Małe tęsknoty. Pragnienia Elżbiety - Aneta Krasińska - ebook
Opis

W drugiej części trylogii Małe tęsknoty spotykamy znajome już bohaterki: Kalinę, Elżbietę i Lenę. Pewnego dnia przewrotny los przypadkowo splótł ze sobą ich losy i wywrócił ich życie do góry nogami. Każda na własną rękę usiłuje się pozbierać i rozliczyć z demonami przeszłości.

Elżbieta po wypadku zapada w śpiączkę i choć nie ma z nią kontaktu, ona sama odbywa podróż w przeszłość, do wydarzeń z młodości, które położyły się cieniem na całym jej życiu.

Kalina traci dziecko i dręczona wyrzutami sumienia nie jest w stanie wrócić do pracy, która do tej pory dawała jej mnóstwo satysfakcji. Dodatkowo żyje w ciągłym lęku, że trafi do więzienia za spowodowanie wypadku.

Lena, najmłodsza z bohaterek, wciąż ma problemy z budowaniem relacji. Kiedy zyskuje zainteresowanie starszego od siebie Adama, przez chwilę wierzy, że teraz wszystko w jej życiu się zmieni. Niestety, ten związek zwiastuje wyłącznie kłopoty…

Czy kobiety będą umiały stawić czoło przeciwnościom i pierwszy raz w życiu powiedzieć, że są szczęśliwe?

Pragnienia Elżbiety to niesamowicie prawdziwa powieść, przepełniona uczuciami i emocjami, które poruszają najczulsze struny w sercu i duszy. To niebanalna historia, która skłania do wielu refleksji i daje nadzieję na lepsze jutro. Właśnie takie historie pisze prawdziwe życie. Gorąco polecam!

Sylwia Stawska, Kobiece recenzje

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Aneta Krasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

 

Skład i łamanie

Maciej Martin

 

 

Wydanie elektroniczne 2018

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

ISBN: 978-83-7674-796-5

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

 

 

 

 

ROZDZIAŁ I

 

 

 

 

 

 

28 sierpnia 2015 r. (wtorek)

 

 

KALINA

 

Bez pośpiechu podniosła powieki. Wokół wciąż panował nieprzyjemny mrok. Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i wytężyła wzrok, by spojrzeć na zegarek. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w jego białą tarczę zdołała dojrzeć leniwie posuwające się wskazówki, pokazujące godzinę drugą dwadzieścia cztery. Znowu próbowała zasnąć bez środków nasennych i znowu poniosła porażkę. Od trzech miesięcy przestała liczyć, ile ich było. Każdego dnia wstawała z łóżka z jedną myślą: jak wiele byłaby w stanie oddać, by zmienić przeszłość.

Odruchowo sięgnęła ręką w stronę stolika. Bez trudu znalazła niewielkie opakowanie estazolamu stojące tuż przy lampce nocnej, której nawet nie musiała włączać. Natychmiast połknęła jedną z tabletek i położyła się ostrożnie, by nie obudzić męża. Miała dość jego pocieszeń. Doceniała je, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie pojąć bólu rozrywającego jej wnętrzności, przenikającego do mózgu, miażdżącego kolejno napotykane sploty nerwowe.

Wiedziała, że ma jeszcze pół godziny, zanim lekarstwa zaczną działać. Cierpliwie leżała, wpatrując się w ciemną przestrzeń. Przed oczyma wciąż miała ten sam obraz, który powracał do niej każdej nocy, gdy czekała, aż jej mięśnie zaczną wiotczeć, a myśli przestaną ranić. Powracająca scena wypadku wyryła się w jej pamięci. Słyszała dochodzące zewsząd krzyki i pytania o to, jak się czuje. Na niebie tłoczyły się nisko zawieszone chmury, jakby każda z nich chciała wygrać w starciu z inną. Wilgoć przesyciła czerwcowe powietrze, pozbawiając paletę wszystkich barw oprócz wszechobecnej szarości. Skurcz, który skutecznie pozbawił ją sił do walki o życie dwóch rannych kobiet, odebrał jej oddech, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Nie czuła, jak łzy płynęły jej po policzkach. Nerwowo rozglądała się wokół siebie, ale nie poznawała żadnej z twarzy. Przez cały czas jak mantrę powtarzała jedno słowo: dziecko. Będąc w karetce pogotowia, wiedziała, że musi być dzielna i myśleć pozytywnie, dlatego zamknęła oczy i coś nuciła pod nosem, starając się nie słuchać tego, co mówili do siebie sanitariusze. Prawą dłoń położyła na brzuchu, jakby w ten sposób chciała ochronić swój największy skarb.

Nie odpowiadała, gdy pytano ją o nazwisko.

Nie odpowiadała, gdy pytano o rodzinę.

Nie odpowiadała, gdy pytano o miejsce zamieszkania.

Wciąż powtarzała jedno słowo: dziecko.

Środki nasenne najwyraźniej zaczynały działać, bo wspomnienia zaczęły się rozmywać, tworząc duże plamy w szaroburych kolorach. Przekręciła się na bok i mocniej przytuliła do śpiącego męża. Jego ciało emanowało spokojem i kuszącym ciepłem.

Kiedy świadomość zaczęła ponownie wracać, Kalina usłyszała szum wody. Otworzyła oczy. Słońce nie przenikało przez grube rolety. Powoli spojrzała na zegarek. Spała prawie pięć godzin. Od niedawna taka ilość snu całkowicie jej wystarczała do codziennego funkcjonowania. Nigdzie nie musiała się spieszyć, wciąż nie powróciła do pracy. Nie dyskutowała z lekarzem, gdy zasugerował, że po wyjściu ze szpitala powinna odpocząć. Niby do czego miała biec? Nikt już jej nie potrzebował. Znowu nie spisała się jako matka. Miała wrażenie, że wszystko, co robi, dzieje się w zwolnionym tempie. Im wolniej toczyło się jej życie, tym głębiej przeżywała stratę dziecka. Każdy dzień stanowił walkę z własnymi słabościami, wątpliwościami. W tym wszystkim najgorszy był dla niej brak celu.

Podniosła się z łóżka i włożyła kapcie. W tej samej chwili drzwi do sypialni się uchyliły i ukazała się w nich kruczoczarna czupryna Kamila, którą najwidoczniej dopiero co zdołał okiełznać pod prysznicem. Kilka kropli wciąż lśniło na jego nagim torsie. Ciemne oczy kontrastowały z jasną cerą.

Gdy spostrzegł, że Kalina już wstała, bez wahania wszedł do środka.

– Cześć, skarbie – odezwał się, całując ją w policzek. –Jak dzisiaj spałaś?

– Jak zwykle – odparła, tuląc się do niego. –Myślałam, że uda mi się zasnąć bez tabletek, ale najwyraźniej przeliczyłam się i nawet tego nie potrafię.

– Daj spokój – poprosił, delikatnie gładząc jej włosy, które wyraźnie odrosły i teraz niedbale opadały jej na czoło –lekarz uprzedzał, że napady lękowe i bezsenność mogą jeszcze potrwać przez kilka miesięcy.

– Rozumiesz, że mam tego dość? Chciałabym żyć jak dawniej, ale nie potrafię. Nie umiem zasnąć i zapomnieć o tym, co się zdarzyło. Nie umiem…

– Wiem, kochanie. Jeszcze chwilę. Wszystko się ułoży. Czas leczy rany.

– Gówno prawda! – wybuchła i odskoczyła od niego niczym oparzona. –Gówno prawda! – powtórzyła, patrząc mu prosto w oczy. –Minęły trzy miesiące, a ja, gdy zamykam oczy, czuję, jakby ktoś przykładał mi do piersi rozżarzone węgle. I wiesz co? Mam wrażenie, że wypalają mi wnętrzności!

– Uspokój się – poprosił, próbując ją objąć.

– Mam dość pocieszania! Każdy dzień jest oczekiwaniem, tylko na co? Nie mam już nic!

– Nie mów tak. Jesteśmy my. Kochamy się i uda nam się przez to przejść.

– Codziennie rano wychodzisz, a ja odliczam sekundy, minuty i godziny do twojego powrotu, a każdą z nich wypełnia wciąż jedna myśl…

Zamilkła.

Zawahał się, czy powinien pytać dalej, jednak po chwili sama kontynuowała:

– Wszytko spieprzyłam. Wszystko. – Na moment zawiesiła głos, jakby ważyła utracony czas. –Zagapiłam się. Powinnam być bardziej uważna. Może wtedy…

– Nie możesz się obwiniać – zaczął, sadzając ją na łóżku. –Wypadek nie był z twojej winy.

– Szkoda, że prokurator nie jest tego taki pewien – bąknęła, nie podnosząc na niego wzroku.

– Musiałby być ślepy, żeby tego nie dostrzec.

– Widocznie tak mu wygodniej.

– Obiecuję, że kiedy to wszystko się skończy, wyjedziemy gdzieś odpocząć – zmienił temat. –Może Wyspy Kanaryjskie?

Milczała, jakby nie usłyszała pytania. Patrzyła na swoje stopy, wydawały się takie obce.

Przez chwilę czekał, aż się otrząśnie, a kiedy to nie nastąpiło, powiedział:

– A może powinnaś wrócić do pracy? – W napięciu obserwował jej minę, ale nie był w stanie niczego z niej wyczytać. –Zawsze kochałaś swój zawód. Uwielbiasz dzieciaki, z którymi pracujesz, więc dlaczego miałabyś kontynuować zwolnienie?

– Nie dam rady. – Podniosła na niego wzrok. W jej oczach był smutek spotęgowany brakiem wiary. –Nie potrafię – szepnęła.

– To jak z jazdą na rowerze – zażartował. –Tego się nie zapomina.

– Nie mam siły śmiać się razem z nimi. Nie mam siły słuchać ich pytań. Nie mam siły patrzeć na ich beztroskie miny. Nie!

– Dobrze, nie będę nalegał, ale obiecaj mi, że się nad tym zastanowisz.

W odpowiedzi jedynie pokiwała głową, po czym podniosła się i wyszła z sypialni.

W kuchni nastawiła wodę na herbatę i zabrała się za krojenie chleba. Jak każdego dnia nie miała ochoty na śniadanie, ale przestała walczyć z Kamilem, który wciąż jej powtarzał, że musi jeść.

Kiedy kilka minut później wszedł do kuchni ubrany w popielaty garnitur i śnieżnobiałą koszulę, śniadanie już na niego czekało. Kalina usiadła naprzeciwko i obserwowała, jak nadgryza pierwszą kromkę chleba.

– Nie będę jadł sam – ponaglił ją.

– Wiem – odparła z wyraźną rezygnacją w głosie.

– Smacznego.

– Nawzajem. – Sięgnęła po kanapkę.

Uszczknęła niewielki kęs i przez chwilę żuła go, zupełnie nie czując smaku.

– Może wyjdziesz na spacer? – zaproponował Kamil, patrząc na nią z troską. – Zapowiada się ładny dzień.

– Może – rzekła bez przekonania.

– Zostało trochę suchego chleba, może zaniesiesz go kaczkom?

– Może – powtórzyła bez większych emocji.

– Spróbuj spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu – zachęcił, choć w jego głosie pobrzmiewała nutka rezygnacji.

– Postaram się – obiecała niechętnie.

– Biegnę, kochanie, żebym się nie spóźnił – oświadczył, próbując odzyskać spokój ducha. –Jeszcze tylko cztery dni, a później nie będę już musiał przed nikim się tłumaczyć.

Uśmiechnęła się niewyraźnie. W ostatnim czasie to było jedyne wydarzenie, które potrafiło poprawić jej nastrój.

– Zasłużyłeś na to. – Podniosła głowę znad talerza. –Będziesz świetnym szefem, mężem już jesteś, tylko masz beznadziejną żonę – dokończyła.

– Jeśli jeszcze raz coś takiego usłyszę, to obiecuję, że…

– Zostawisz mnie? – spytała natychmiast, a jej dolna warga zaczęła lekko drżeć.

– Nie licz na to. – Ukląkł przed nią i ukrył jej dłonie w swoich. –Nigdy tak o mnie nie myśl, bo sprawiasz mi ogromną przykrość.

– Przepraszam – zaczęła. –Ostatnio tylko to potrafię.

– Kocham cię najbardziej na świecie i nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię stracić. Nieważne, co się stanie, jesteśmy razem i wspólnie przez to przejdziemy. – Mocno ją objął i pocałował w czubek głowy.

Szybko przywarła do jego ciała. Nawet przez koszulę i marynarkę poczuła ciepło i napięte mięśnie. Chciała tak trwać jak najdłużej, jednak czas ponaglał, dlatego po chwili bez słowa się odsunęła i podeszła do zlewu, by umyć naczynia.

– Do zobaczenia wieczorem!

– Cześć – odparła, nie odrywając wzroku od łyżeczki, którą właśnie płukała.

Kiedy drzwi trzasnęły, zapanowała kompletna cisza. Kalina przyzwyczaiła się do samotności. Mogła wtedy odpoczywać, choć nigdy tego nie robiła, mogła przemyśleć swoje położenie, choć nie dawało jej to nowych perspektyw. Mogła też snuć plany na przyszłość, choć nie widziała w tym celu.

Od momentu, gdy wyszła ze szpitala, myślała o tym, by spotkać się z dwoma ofiarami wypadku. Wiedziała od policjantów prowadzących śledztwo, że starsza kobieta w ciężkim stanie wciąż przebywa w szpitalu na ulicy Banacha w Warszawie, nastolatka zaś po kilkudniowym pobycie na oddziale ortopedycznym ze złamaniem kości piszczelowej w lewej nodze i kilkoma otarciami opuściła szpital i powróciła do opiekunów. Właśnie ta ostania informacja nie dawała jej spokoju. Zastanawiała się, ile musiała znieść tak młoda osoba w swoim krótkim życiu, a teraz jeszcze wypadek.

Kalina wiedziała, że nie ma prawa burzyć spokoju którejkolwiek z kobiet, ale czuła, że dłużej nie zdoła się przed tym bronić. Jej serce drżało, gdy wyobrażała sobie, ile bólu im sprawiła. Wiedziała, że dopóki nie stawi temu czoła, nie odzyska spokoju.

Odstawiła na suszarkę wszystkie umyte naczynia i na moment przysiadła na krześle. Dokończyła pić herbatę, która zdążyła już przestygnąć, po czym na nowo podeszła do zlewu i przepłukała kubek, jednak myśl o spotkaniu stała się tak natrętna, że nie była w stanie o niej zapomnieć.

Wyszła do przedpokoju. Na moment zawiesiła wzrok na swoim odbiciu w lustrze. Zbyt długie blond włosy bezładnie opadały na czoło, zasłaniając piwne oczy. Cera pozostawała blada mimo letnich upałów. Choć ostatnio się nie ważyła, to i bez tego potrafiła stwierdzić, że schudła kilka kilogramów. Kości policzkowe uwydatniły się, dodając jej twarzy kilka dodatkowych lat. Odruchowo dotknęła brzucha, który wciąż był płaski.

Weszła do salonu i zaczęła nerwowo przeszukiwać górną szufladę stojącej w rogu komody. Po chwili odnalazła kopertę, która kilka tygodni temu była biała. Teraz jej kolor balansował pomiędzy beżowym z wyraźnymi śladami odcisków palców a brunatnym od plam po kawie. Wysunęła z niej kilka połączonych ze sobą czarno-białych kartoników. Przez dłuższy czas się w nie wpatrywała. Niewielka szara kropka w centralnej części wydruku przez niewprawionego obserwatora mogłaby nie zostać dostrzeżona. Ona jednak wiedziała, czym, a w zasadzie kim była. Doskonale pamiętała chwilę, gdy podczas badania USG doktor Stachlewski potwierdził to, o czym od pięciu lat marzyła. Wreszcie miała szansę poczuć się matką i ta myśl sprawiła jej nieopisaną radość, której zdawało się, że nic nie jest w stanie przyćmić. Oczyma wyobraźni widziała, jak jej dziecko się do niej uśmiecha, zachłannie wyciąga swoje małe, pulchne rączki, by się przytulić. Chciała je objąć, osłonić przed całym światem, ale to marzenie nie miało już szans na spełnienie.

Nie czuła, gdy bezradnie osunęła się na podłogę. Z rąk wysunęły się wydruki ultrasonografu, które były jedynym dowodem, że nie oszalała i nie wymyśliła sobie istnienia dziecka. Przez chwilę jej ciało drżało z zimna, a może z emocji, po czym poddało się konwulsjom, połączonym z coraz głośniejszym szlochaniem. Nie była w stanie zapanować nad uczuciami, które rozdzierały jej duszę na coraz mniejsze kawałki. Czuła się jak pogrążona w spazmatycznym tańcu, napędzanym przez cierpienie, z którym nie potrafiła się uporać.

Kiedy się ocknęła, nie wiedziała, ile minęło czasu. Starannie złożyła plik kartek i wsunęła je z powrotem do koperty. Całość ukryła w szufladzie pod obrusami. Nigdy nie przyznała się przed Kamilem, że posiada wydruki z ultrasonografu. To było coś, co należało wyłącznie do niej, co sprawiało, że choć przez moment czuła, że jej życie nabrało znaczenia.

Zupełnie rozbita usiadła na kanapie, podwinęła pod siebie nogi i wpatrywała się w ścianę, którą w ubiegłym roku wspólnie pomalowali na kolor ecru. Od tamtej chwili nosili się z zamiarem, by kupić jakąś reprodukcję lub jeden z bardziej nowoczesnych plakatów, który mogliby zawiesić w centralnym punkcie, ale dotychczas nie mogli się zdecydować na nic konkretnego. Póki co ściana pozostawała pusta, dostarczając mnóstwa możliwości nieokiełznanejwyobraźni ludzkiej.

Kalina nie miała siły marzyć. W jej głowie panował chaos, a myśli podążały w dwóch kierunkach: ku ofiarom wypadku i ku nienarodzonemu dziecku, jednak obydwie sprawy na końcu splatały się ze sobą w jedno słowo: ból.

Mocno zagryzła wargi i pośpiesznie pokręciła głową, jakby chciała się otrząsnąć ze złego snu. Wreszcie podeszła do komody, na której leżał jej telefon. Wybrała numer i poczekała na zgłoszenie się recepcjonistki.

– Słucham – usłyszała młody kobiecy głos. –Kancelaria adwokacka Garstka i partnerzy. W czym mogę pomóc?

– Dzień dobry. Kalina Majchrzak – zaczęła, starając się zapanować nad drżeniem głosu. –Czy mogłabym rozmawiać z mecenasem Garstką?

– W tej chwili jest u niego klient i nie wiem, jak długo może potrwać spotkanie, ale gdy tylko się skończy, przekażę mecenasowi, że pani dzwoniła –poinformowała recepcjonistka miłym głosem.

– Dobrze. – Kalina nie kryła zawodu. –Czekam.

– Miłego dnia i do usłyszenia – uprzejmie zakończyła kobieta i odłożyła słuchawkę.

Kalinie przemknęło przez głowę, że recepcjonistki muszą przechodzić specjalne przeszkolenie, by mieć tak wyrozumiały i serdeczny ton głosu dla klientów. Wróciła na kanapę i dalej tępo wpatrywała się w ścianę.

Po pewnym czasie telefon wreszcie się odezwał.

– Halo?

– Piotr Garstka – usłyszała w słuchawce głos mężczyzny, którego przy pierwszym spotkaniu oceniła na pięćdziesiąt lat. Już wtedy wzbudził w niej respekt i przekonanie, że zna się na tym, co robi. –W czym mogę pomóc, pani Kalino?

– Muszę porozmawiać z tymi kobietami – wyrzuciła z siebie, bojąc się, że straci odwagę. –Pamiętam, co pan ostatnio mówił, że to może zostać źle zinterpretowane przez prokuratora, ale ja już dłużej nie wytrzymam. Muszę się z nimi spotkać, inaczej oszaleję.

– Pani Kalino, dopóki prokurator nie przedstawi pani zarzutów, pozostawałbym na stanowisku, że spotkania z ewentualnymi świadkami nie są w pani przypadku wskazane.

– Proszę – upierała się, starając się zapanować nad cisnącymi się jej do oczu łzami. –Czy jest pan w stanie zrozumieć, że ja co noc widzę ich twarze, ich ból? I to ja jestem jego przyczyną.

– Proszę przestać się obwiniać. – Jego głos stał się bardziej łagodny. –Jeśli prokurator usłyszałby takie zdanie, nie mam wątpliwości, jak by sklasyfikował pani czyn. Póki nie ma oskarżenia, musimy być dobrej myśli, ale też nie wolno nam podejmować żadnych pochopnych działań na pani szkodę. Rozumiemy się? – upewnił się.

– Tak – odparła chłodno, bo jej nadzieje znowu się rozmyły. –Czy coś pan wie o zdrowiu pani Elżbiety? – spytała zrezygnowana.

– Jej stan nie uległ zmianie. Obrzęk mózgu wciąż się utrzymuje, dlatego pozostaje w śpiączce i lekarze są zgodni co do tego, że nie wiadomo, kiedy może nastąpić jakaś zmiana.

– Dziękuję – odrzekła, chcąc jak najszybciej się rozłączyć.

– Pani Kalino, proszę się wyciszyć i niepotrzebnie nie zaprzątać sobie niczym głowy.

– Oczywiście.

– Jestem przekonany, że wszystko pójdzie po naszej myśli i akt oskarżenia nie wykroczy ponad nieumyślne spowodowanie wypadku.

– Na pewno ma pan rację. – Podniosła się z kanapy. –Do widzenia, panie mecenasie.

– Miłego dnia, pani Kalino.

Kalina zastanawiała się, dlaczego dzisiaj już druga osoba życzyła jej miłego dnia? A skoro tak, to co powinna zrobić, by ten dzień nie był stracony, jak kilkadziesiąt poprzednich.

Nerwowo spacerowała po pokoju, miotając się od ściany do ściany. Jeżeli nie podejmie działania, nigdy sobie tego nie wybaczy. Zbyt wiele czasu straciła na rozpamiętywanie przeszłości, zapominając o przyszłości. Żyła i dlatego nie powinna godzić się na to, by inni kierowali jej losem. Skąd ma wiedzieć, jak pomóc innym, skoro nie potrafi zadbać o siebie? Szara codzienność dostatecznie ją przybijała, pozbawiając sił witalnych. Minionych dni nie zmieni, ale ma wpływ na każdy kolejny.

Ubrała się i wyszła z domu. Nie miała pojęcia, ile przemierzyła kilometrów po parku, alekiedy Kamil wrócił do domu, była potwornie zmęczona. To nie miało jednak większego znaczenia, bowiem wreszcie zdecydowała się na działanie.

 

 

LENA

 

Od kilku godzin leżała w swoim pokoju. Wokół panowała przejmująca cisza, która tylko wzmagała poczucie osamotnienia. Przez wypadek jej wakacje zaczęły się miesiąc wcześniej niż powinny. Może też dzięki temu nauczyciele zlitowali się nad nią i nie robili problemów ze zdaniem do drugiej klasy. Niestety powrót do szkoły i codzienna walka o przeżycie w tej dżungli zbliżały się wielkimi krokami. Nie lubiła tego miejsca i sama myśl, że spędzi tam jeszcze dwa lata, napawała ją lękiem. Nie dziwiło jej, że nikt z klasy nawet nie zadzwonił, by zapytać o jej zdrowie. Była dla nich niezrozumiałym dziwadłem. Nikogo nie obchodziło, czy siedziała razem z nimi w klasie, czy leżała w szpitalu.

Wypadek pokrzyżował plany urlopowe jej opiekunów prawnych. Widziała zawiedzione miny pozostałych dzieci. Żadne z nich nie było jeszcze nad morzem i tegoroczne wakacje miały stanowić przygodę ich życia.

Kiedy po tygodniowym pobycie w szpitalu wreszcie otrzymała wypis i mogła wrócić dodomu, stało się jasne, że z wyjazdu nici. Wstępnie lekarze zakładali, że spędzi w gipsie sześć tygodni; po upływie tego terminu zdecydowali o pozostawieniu gipsu na jej nodze na kolejne dwa. W tym czasie była całkowicie uziemiona w mieszkaniu. W bloku nie było windy, więc w upalne letnie dni mogła jedynie pomarzyć o wyjściu do parku. Zrośnięcie kości piszczelowej wymagało czasu. Chirurg od początku mówił o tym, że powinna się przygotować na długotrwałą rehabilitację, dlatego zaraz po zdjęciu gipsu Halina przyprowadziła do domu rehabilitantkę poleconą przez znajomą. Tych kilka wizyt przyniosło zaskakujące rezultaty i z każdą chwilą Lena czuła, że odzyskuje sprawność w nodze.

Godziny samotności spędzała, ćwicząc, dlatego, chociaż wciąż utykała i podpierała się jedną kulą, była w stanie samodzielnie wyjść na zewnątrz. Nie wszystkie ćwiczenia mogła wykonać w domu bez specjalistycznych podwieszek, dlatego miała uczęszczać na fizykoterapię do ośrodka zdrowia.

Gdy tylko Halina wróciła z pracy, weszła do pokoju Leny. Dziewczyna leżała, czytając książkę, którą ostatnio dla niej wypożyczyła z pobliskiej biblioteki miejskiej.

– Dzień dobry, Leno, jak się dzisiaj czujesz?

– Dobrze. – Lena odłożył książkę na bok, jakby nieco zawstydzona, że komuś udało się przyłapać ją na czytaniu. Dotychczas rzadko sięgała po książki, a jeśli już to robiła, nie uważała tego za chlubne zajęcie, dlatego czytała ukradkiem. Gdyby jej rówieśnicy dowiedzieli się, że zamiast robić tysiące zdjęć i wrzucać je na portale społecznościowe, grzecznie leży w łóżku i czyta, stwierdziliby bez żadnego zastanowienia, że sfiksowała na całego.

– Podoba ci się? – Halina uśmiechnęła się, widząc, jak dziewczyna niezdarnie wpycha książkę pod koc.

– Tak – odpowiedziała. Na jej policzkach pojawiły się wypieki.

– Rozmawiałam z panią Dorotą i dzięki temu, że ktoś zrezygnował, możesz zacząć rehabilitację, i to już od czwartku.

– Dobrze – przytaknęła Lena, choć najwidoczniej nie udzielił jej się entuzjazm Haliny.

W głębi duszy myślała, że jeśli będzie miała kłopoty z chodzeniem, wówczas jeszcze przez jakiś czas nie wróci do szkoły, dlatego teraz żałowała, że tak się przykładała do ćwiczeń.

– Za chwilę będzie obiad – powiedziała Halina, wychodząc z pokoju, ale nagle zatrzymała się i obrzuciła dziewczynę badawczym wzrokiem. –Wszystko w porządku?

– Tak.

– Chyba jesteś zmęczona tym siedzeniem w domu?

– Chyba tak – skłamała Lena, chcąc, żeby Halina jak najszybciej wyszła.

Kiedy została sama, wyjęła książkę spod koca i na nowo zagłębiła się w lekturze. Podświadomie marzyła, by mieć taki dom, jak młodzi bohaterowie powieści, których rodzice, choć ciężko pracują, każdą wolną chwilę spędzają ze swoimi dziećmi. One w zamian darzą ich ogromnym szacunkiem i zaufaniem, dlatego są w stanie powierzyć im każdą tajemnicę.

Na moment oderwała wzrok od stronicy, zastanawiając się, ile sama by dała za kogoś, komu mogłaby bezgranicznie zaufać, komu by na niej zależało. Wpatrywała się w biały sufit, jakby chciała na nim znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk telefonu. Wpatrywała się w niego, nie poruszając się, jakby się bała zdradzić swoją obecność. Zerknęła na wyświetlacz i zawahała się. Nie chciała wracać do przeszłości. Nie chciała pamiętać, że mogła być aż tak naiwna.

Telefon wciąż dzwonił, nawet kiedy ukryła go pod kocem. To nie pierwszy raz, gdy nie chciała odebrać, ale doskonale wiedziała, że jej rozmówca nie odpuści.

– Halo – odezwała się zrezygnowana.

– Nareszcie – odpowiedział jej zniecierpliwiony męski głos. –Już się martwiłem, że znowu coś ci się stało. Ostatnio często przytrafiają ci się wypadki.

– Tak się jakoś zdarza – bąknęła.

Patrzyła za okno, wychodzące na niewielki plac zabaw, na którym młodsze dzieci bawiły się pod czujnym okiem dorosłych. Drażnił ją ich beztroski śmiech.

– Dobrze się czujesz? – spytał mężczyzna, a jego ton nagle stał się jedwabisty, jakby rozmawiał z kimś, na kim mu bardzo zależy.

– Tak – odparła pośpiesznie, mocno zaciskając dłoń na słuchawce.

– Możemy się spotkać?

– Już ci mówiłam, że to niemożliwe, nie wychodzę z domu – odparła Lena nieco znużonym tonem, bo powracał do tego pytania za każdym razem, gdy do niej dzwonił.

– Na pewno? – Głos mężczyzny nagle stał się podejrzliwy. –Dałbym sobie rękę uciąć, że w niedzielę widziałem cię w parku – wypalił w końcu, nie kryjąc poirytowania.

– Wyszłam na chwilę, i to z opiekunami – tłumaczyła się, nie czując, że paznokcie wbijają jej się głęboko w skórę.

Nie miała pojęcia, że ją obserwuje. Nie chciała go widzieć, ale on najwyraźniej miał odmienne zdanie. Od pewnego czasu nakłaniał ją do spotkania, a kiedy odmawiała, stawał się opryskliwy. Bała się tych wybuchów złości. Przypominał jej wówczas matkę, która z byle powodu wpadała w szał, krzyczała, a zdarzało się, że potrafiła podnieść rękę na córkę.

– Nie lubię, gdy ktoś mnie okłamuje – powiedział zimno mężczyzna. Lenie ciarki przeszły po plecach.

Głośno przełknęła ślinę, która nagle w nadmiarze pojawiła się w jej ustach, pozbawiając ją możliwości swobodnego mówienia.

– Nie kłamię – wytłumaczyła, usiłując zapanować nad śliniankami. –Naprawdę sama jeszcze nie wychodzę z domu.

Chciała być z nim szczera, wierzyła, że wreszcie da jej spokój. Ostatnio miała mnóstwo czasu na przemyślenia. Za każdym razem, gdy wracała do wydarzeń z sauny, robiło jej się niedobrze. Jak mogła komuś tak bardzo zaufać? Idiotka!

– Wolałbym cię nie przyłapać na kłamstwie, bo wiesz, jak bardzo cię lubię – syknął do słuchawki. –Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.

Wzdrygnęła się i na chwilę mocno zagryzła dolną wargę. Dopiero kiedy poczuła metaliczny posmak krwi, zdała sobie sprawę, że już dawno powinna rozluźnić mięśnie. Wierzchem dłoni dotknęła piekącego miejsca. Na palcach natychmiast pojawiła się czerwona plama. Wyjęła z szuflady chusteczkę higieniczną i przyłożyła ją do ust.

– Myślę, że to nie ma sensu...

– Powtarzasz to od trzech miesięcy, a ja ani trochę ci nie wierzę – oświadczył mężczyzna nieco milszym tonem.

– Adam, daj mi spokój. – Lena miała świadomość, że jej prośby nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Powtarzała je za każdym razem, gdy do niej dzwonił.

Pierwszy telefon od Adama odebrała, gdy leżała w szpitalu. Kiedy wyjaśniła mu, że jest na oddziale chirurgicznym, zaoferował, że do niej przyjdzie. Odmówiła, tłumacząc, że opiekunowie nie opuszczają jej nawet na moment. Ale on nalegał. Dzwonił do niej prawie codziennie i za każdym razem naciskał na spotkanie, jednocześnie wypytując, czy komuś powiedziała o ich znajomości. Nie rozumiała, dlaczego było to dla niego tak ważne. Spodziewała się, że jeśli powie prawdę, w końcu przestanie wypytywać ją o to samo.

– Lubię, kiedy wymawiasz moje imię – natychmiast podjął temat. –Robisz to tak niewinnie, że mam ochotę cię pocałować.

Te słowa sprawiły, że znowu przypomniała sobie jego zachowanie w saunie, gdy całkowicie ignorował jej protesty. Scena uparcie wracała do niej, gdy zasypiała. Nie potrafiła wyrzucić jej z pamięci. Czuła na sobie jego gorące dłonie, słyszała przyśpieszony, ciężki oddech. Nie chciała pamiętać pożądliwego wzroku, który obnażył jego prawdziwe zamiary. Wzdrygnęła się na tę myśl i nabrała nowych sił.

– Muszę już kończyć – stwierdziła oschle, co nawet ją samą zaskoczyło.

– Kiedy się zobaczymy?

– Nie wiem – odparła. –Cześć.

Odłożyła telefon i ciężko opadła na łóżko. Przez chwilę czuła pulsujący ból w nodze, która dopiero co zdążyła się zrosnąć. Odruchowo pogłaskała to miejsce, jakby chciała przypomnieć sobie, że jest bezpieczna i nikt jejnie zagraża.

Spojrzała na stojące na biurku zdjęcie, na którym stała obok ojca, gdy po raz pierwszy przyjechał ją odwiedzić w Warszawie. Obejmowali się, uśmiechając się do siebie. Miała wtedy dziesięć lat. W tle widać było fragment szarej budowli, którą doskonale zapamiętała od pierwszej chwili, gdy przybyła do stolicy z Otwocka. Wtedy Pałac Kultury przerażał ją swą wielkością; dzisiaj jakby zmalał, a może po prostu przyzwyczaiła się do jego widoku. Lecz choć minęły cztery lata, odkąd zabrano ją od rodziców, wciąż za nimi tęskniła i wierzyła, że kiedyś znowu wróci do Otwocka.

Gdy usłyszała, że obiad jest gotowy, podniosła się z łóżka i poszła do kuchni. Pozostałe dzieci, które mieszkały razem z nią w rodzinie zastępczej, właśnie wróciły z półkolonii, organizowanych przez jedną z pobliskich szkół, i rozemocjonowane opowiadały o dzisiejszej wyprawie na basen. Lena zdawała się nie słuchać ich paplaniny. Przyzwyczaiła się do hałasu, który pojawiał się wraz z ich powrotem do domu, dlatego tym bardziej doceniała chwile, gdy zostawała sama i mogła wsłuchać się w ciszę.

– Lenko, może w czwartek przyjdziesz do mnie do pracy i razem pojedziemy do ośrodka na pierwszą rehabilitację? – zaproponowała Halina, nakładając na swój talerz sałatkę z pomidorów.

Lena kiwnęła głowa, nie podnosząc wzroku znad talerza. Nabijała na widelec ziemniaki na zmianę z kotletem.

– Jak spędziłaś dzień? – włączył się do rozmowy Jacek, oblizując wąsy. Od niedawna był ich dumnym posiadaczem.

– Trochę ćwiczyłam – odparła Lena bez entuzjazmu, mając nadzieję, że w końcu przestaną skupiać na niej uwagę.

Z pomocą przyszły jej młodsze dzieci, które po chwili zdominowały rozmowę. Dziewczyna siedziała, wpatrując się w swój talerz; w głowie wciąż miała słowa Adama, nieustannie namawiającego ją na spotkanie. Nie miała pomysłu, jak się od niego uwolnić, a żadne prośby i racjonalne tłumaczenia do niego nie trafiały. Wstydziła się przyznać sama przed sobą, że popełniła błąd, darząc go zaufaniem.

Kiedy skończyli jeść, Lena pomogła przy sprzątaniu ze stołu, a następnie wróciła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku i spróbowała skupić na czytaniu, jednak nie była w stanie. Jej wzrok znowu spoczął na zdjęciu ojca. Tak bardzo chciałaby się teraz do niego przytulić i usłyszeć, że wszytko będzie dobrze. Takie miała wyobrażenie prawdziwej rodziny, tyle że nie jej. Nerwowo zacisnęła pięści i na nowo rozprostowała palce, jakby zbierała się w sobie, przekonując się do pomysłu, który nagle jej zaświtał.

Pospiesznie złapała telefon i wybrała numer.

 

– Halo – odezwał się ojciec zaspanym głosem.

– Cześć, tato – zaczęła, uśmiechając się do siebie. –Dawno nie dzwoniłeś.

– Tak? – spytał zaskoczony. –Wydawało mi się, że dopiero co rozmawialiśmy.

– W ubiegłym tygodniu – przypomniała, choć nie chciała robić mu wyrzutów z tego powodu, dlatego zmieniła temat: –Jak się czujesz?

– Raz lepiej, raz gorzej, ale dramatu nie ma – oświadczył, jakby chciał ją uspokoić.

– Dawno się nie widzieliśmy. – Lena nie potrafiła ukryć smutku. –Może mógłbyś mnie odwiedzić?

– Tylko jak mam się dostać do Warszawy? – gderał. –Na wózku trudno mi się poruszać po mieście, a bez niego sobie nie poradzę.

Doskonale znała tę wymówkę i za każdym razem podsuwała to samo rozwiązanie.

– Mogłabym poprosić pana Jacka, żeby po ciebie pojechał – zaproponowała, nerwowo skubiąc rozdwojone końcówki ufarbowanych włosów.

– Nie będę robił problemu obcym ludziom – oburzył się ojciec, jakby zaproponowała mu wyprawę na księżyc. –Wystarczy, że muszą się tobą zajmować.

Na chwilę zmilkła, usiłując zrozumieć, co miał na myśli. Zrobiło jej się przykro, że w tym, co mówił, zabrakło wdzięczności dla ludzi, którzy starali się zapewnić jej opiekę i normalne życie, a przynajmniej jego namiastkę. Wiedziała, że nigdy nie będzie mówić o normalności, dopóki nie będzie miała prawdziwej rodziny.Nie miała na to szans w domu, który zapamiętała z dzieciństwa.

Do dzisiaj pamiętała, jak matka wysłała ją na zakupy. Miała wtedy nie więcej niż sześć lat, a na długiej liście sprawunków znalazły się papierosy. Sklepowa doskonale wiedziała, że to dla matki, ale uparła się i nie chciała sprzedać. Kiedy Lena wróciła do domu, matka natychmiast spytała o papierosy. Lena pamiętała jej nienawistny wzrok, który mógłby przestraszyć niejednego dorosłego, i wściekłość, gdy wyzywała ją od nieudaczników. Dziewczynka schowała się pod stołem w kuchni i z całych sił przycisnęła dłonie do uszu, ale krzyk matki i tak przenikał do jej umysłu. Drżała nawet wtedy, gdy ojciec wrócił do domu i wyciągnął ją spod stołu. Nie była wówczas w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Bała się cokolwiek zrobić czy powiedzieć, by nie narazić się na gniew matki. Stała przed ojcem ze spuszczonym wzrokiem, a tuż za nim sterczała rozjuszona matka, skarżąc się na nią i nie przebierając w słowach. Do Leny docierało głównie jedno słowo: nieudacznik… Tak bardzo wierzyła wtedy matce, że wreszcie sama zaczęła tak o sobie myśleć.

Wreszcie zebrała się w sobie i udając, że nie słyszała poprzednich słów ojca, powiedziała:

– Niedługo zaczyna się szkoła i nie będziemy mieli okazji się spotkać aż do świąt…

– Przecież to szybko zleci i nawet się nie obejrzysz, kiedy do mnie przyjedziesz – oświadczył, a Lena natychmiast wyczuła w jego głosie ignorancję, której tak bardzo nienawidziła.

Wstała i zaczęła kuśtykać po pokoju. Usiłowała znaleźć argumenty, które mogłyby skłonić ojca do zmiany decyzji, jednak podświadomie zdawała sobie sprawę, że to nierealne.

Ojciec od dawna był więźniem we własnym domu. Zamiast wyjść, porozmawiać z sąsiadami, iść na spacer, zasiadał przed telewizorem i całe dnie oglądał coraz bardziej ogłupiające programy telewizyjne. Odkąd zaczęła do niego przychodzić pracownica z ośrodka pomocy społecznej i robić mu zakupy, nie wyściubił nosa z domu. Wyjątkiem były wizyty u lekarza, choć ostatnio wspominał, że i z tym sobie poradził, zamawiając wizyty do domu.

W jaki sposób miała go przekonać, by przyjechał? Powinna powiedzieć, że czuje się samotna, że oddałaby wszystko, by móc zamieszkać z nim w Otwocku? Być może zrozumiałby, jak bardzo za nim tęskni, gdyby zobaczył swoje zdjęcie, które stało na jej biurku? Może gdyby się przyznała, że jakiś mężczyzna ją prześladuje i nęka telefonami, ojciec przestałby być taki nieprzejednany?

Przegrała.

Straciła nadzieję.

Samotność była jej przeznaczeniem.

 

 

Ciąg dalaszy w wersji pełnej