Małe tęsknoty. Marzenia Kaliny - Aneta Krasińska - ebook
Opis

W powieści przeplatają się ze sobą losy trzech bohaterek, które na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Są w różnym wieku i z odmiennym bagażem doświadczeń, mają zupełnie inne zainteresowania oraz usposobienie. Tym, co je łączy, jest pragnienie posiadania rodziny, którą utożsamiają ze szczęściem.

Kalina ma cudowną pracę, kochającego męża i własny dach nad głową. Wydawać by się mogło, że nic więcej nie potrzeba młodym ludziom do szczęścia. Nic bardziej mylnego…

Lena to nastolatka poturbowana emocjonalnie przez los, jaki zgotowali jej rodzice. Skrzywdzona przez najbliższych i osamotniona, staje się łatwym celem dla człowieka, który chce wykorzystać jej niewinność…

Elżbieta jest dojrzałą kobietą. W młodości spotkała mężczyznę, który odcisnął piętno na jej życiu. Dramatyczna decyzja dotycząca dziecka wciąż głęboko tkwi w jej podświadomości i nie pozwala normalnie funkcjonować …

Okrutny los drwi z kobiet, a feralny wypadek splata ich historie…

Walka o marzenia często opiera się na determinacji. Zatapiając się we własnych emocjach, zapominamy, jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek. Kibicowanie trzem bohaterkom w zmaganiach z codziennością przyciąga magnetyczną siłą, a gorzki finał pozostawia zastanawiającą pustkę i jedno pytanie: dlaczego?

Przeczytajcie koniecznie.

Aneta Kwaśniewska

Książki w eterze, ksiazkiweterze.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Aneta Krasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-810-8

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

ROZDZIAŁ I

26 maja 2015 (wtorek)

KALINA

Bezkresne, smoliste niebo zdawało się mocno na nią napierać, skutecznie ograniczając jej przestrzeń. Bezkształtne, ciężkie chmury kłębiły się wokół niby wygłodniałe sępy, w każdej chwili gotowe do ataku. Przesycone potem powietrze zdawało się zaciskać swe amorficzne palce wokół jej gładkiej szyi, na której gołym okiem można było dostrzec przyśpieszony puls. Dziesiątki, setki, tysiące dłoni falowało wokół jej ciała targanego strachem, skupiając się wokół miejsca, które kurczowo starała się osłonić nagimi ramionami. Usiłowała przypomnieć sobie dotyk tych dłoni i miała wrażenie, że każdą z nich już kiedyś spotkała.

Skuliła się tak mocno na łóżku, że czuła przeszywający ból mięśni, które protestowały, broniąc się przed naciskiem. Nie miało to dla niej znaczenia. Widziała, że jest jedyną osobą, która jest w stanie ochronić swój największy skarb. Jeszcze mocniej podkurczyła nogi, brodą dotykając kolan. Słony pot spływał stróżkami po jej gładkiej twarzy i wsiąkał w cienką, bawełnianą koszulę nocną, pozostawiając na niej mokre plamy, tworzące swoistą mozaikę. Chciała się ukryć pod kocem przed napastliwym dotykiem dłoni, ale nie wyczuwała go wokół siebie, dlatego miotała się po łóżku jak ryba nagle wyjęta z wody przez rybaka, który jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, czy ocali jej życie.

Nagle poczuła lekkie szarpnięcie. Nie miała siły się dłużej bronić. Bezwolnie się poddała, czekając na kolejny impuls. Wtedy w oddali usłyszała głos:

– Kalina, Kalina. Obudź się. Musisz otworzyć oczy.

Niechętnie podniosła ociężałą powiekę. Półmrok rozjaśniał wątły strumień światła, sączącego się z lampki stojącej na stoliku nocnym tuż obok łóżka. Nieprzytomnym wzrokiem rozej- rzała się wokół. Poznawała niedawno urządzoną sypialnię; postawiła na minimalizm i nie pozwoliła Kamilowi wnieść tu niczego oprócz wygodnego łóżka, dużej, zasłaniającej całą boczną ścianę szafy w kolorze śmietankowym oraz dwóch niepozornych szafek nocnych. Na nic zdały się głośne protesty mężczyzny, gdy twierdził, że nie ma gdzie ustawić swojego rowerka stacjonarnego, z którym najchętniej by się nie rozstawał. Kalina zdecydowanie zamknęła drzwi do sypialni, a sprzęt do ćwiczeń ostatecznie wylądował na balkonie.

W wiszącym naprzeciw łóżka lustrze dostrzegła swoje odbicie. Krótkie blond włosy były posklejane. Przyśpieszony oddech tłumaczył rumieńce pojawiające się na policzkach. Przesiąknięta potem koszula nocna przykleiła się do ciała, podkreślając chudość trzydziestodwuletniego ciała. Przenikliwe i rozbiegane piwne oczy błyszczały w napięciu.

– Boże, jak się wystraszyłam – zaczęła, wyraźnie wyczerpana, przecierając twarz chusteczką higieniczną, która leżała na stoliku. – Dobrze, że to tylko sen.

– Kolejny w tym tygodniu – stwierdził Kamil i wstał, żeby wyjąć z szafy świeżą piżamę. – Musisz się uspokoić, bo nerwy mogą ci jedynie zaszkodzić.

– Boisz się, że zabraknie mi piżam? – zażartowała, choć wcale nie było jej do śmiechu. – Myślisz, że to takie proste zapanować nad snami? Jeśli wiesz, jak to zrobić, to mi powiedz, bo jak widzisz, sama tego nie potrafię.

– Przestań się przejmować, inaczej zwariujesz, a już na pewno niczego nie przyśpieszysz ani w niczym to nie pomoże – tłumaczył, pomagając jej się przebrać.

– Wiem, ale nie potrafię zapomnieć o swoich emocjami. – Zapięła guzki od piżamy. – Tak bardzo chciałabym już wiedzieć…

– Doskonale zdajesz sobie sprawę, że jest jeszcze za wcześnie na wyniki – powiedział, idąc do łazienki, by wrzucić przepoconą koszulę do kosza na brudną bieliznę.

– Nie musisz mi o tym przypominać po tylu latach, ale nie masz pojęcia, jak mnie wykańcza brak wiedzy – oświadczyła, chowając twarz w dłoniach.

– Kochanie, w poniedziałek masz wizytę u lekarza i wtedy wszystko będzie jasne, ale do tego czasu nie możesz o tym ciągle myśleć, bo nic, kompletnie nic to nie da. – Usiadł przy niej, delikatnie gładząc jej plecy.

– Pięć lat – zaczęła, wciąż skulona. – Pięć cholernie długich lat – dodała łamiącym się głosem.

– Ciii, kochanie. – Uspokajał ją, coraz mocniej tuląc do siebie. – Jestem tu. Jesteśmy razem i wierzę, że wszystko będzie dobrze.

– Obejmij mnie, bo już nie mam siły – odezwała się, coraz mocniej drżąc na całym ciele.

Oparł się plecami o ścianę i mocno przyciągnął ją do siebie, po czym okrył ją kocem i pozwolił, by szlochała, dopóki nie opadła z sił i zasnęła w jego ramionach. Ostrożnie się odsunął i położył ją na miękkiej poduszce ozdobionej kwiatowym motywem, który Kalina uwielbiała. Może dlatego z nią nie walczył i akceptował kolejną pościel w kolorze lawendowym czy brzoskwiniowym.

Dwie godziny później siedzieli przy kuchennym stole, w ciszy jedząc śniadanie, jakby w nocy nic się nie wydarzyło. Jedno z setek załamań, które przychodziły i – czasem szybciej, a czasem wolniej – w końcu mijały.

Kalina zdążyła wziąć prysznic, wymodelować włosy i nałożyć makijaż, który miał ukryć nocny dramat. Zwiewna sukienka lekko falowała, gdy szła do pracy – jedynego miejsca, w którym na dłuższą chwilę potrafiła oderwać się od rzeczywistości.

W budynku przywitał ją znajomy gwar dochodzący zza drzwi. Od razu skierowała się w stronę pomieszczenia, które za każdym razem, gdy do niego wchodziła, pozwalało jej wrócić do beztroskiego dzieciństwa, gdzie nie trzeba było myśleć o następnym dniu.

– Dzień dobry, skrzaty – odezwała się Kalina, wchodząc do sali przedszkolnej. – Co chcecie dzisiaj robić? – spytała, choć doskonale znała odpowiedź, niezmienną od początku roku szkolnego.

– Bawić się! – Usłyszała chóralną odpowiedź.

– Dobrze – odpowiedziała, po czym jak zwykle dodała: – Najpierw pobawimy się w rysowanie.

Uważnie obserwowała twarze swoich milusińskich, ale na żadnej z nich nie dostrzegła grymasu. Najwidoczniej znowu udało jej się zainteresować ich nauką, choć zupełnie nie byli tego świadomi.

– Kto mi powie, jakie mamy dzisiaj święto? – spytała, gdy przedszkolaki usiadły przy stolikach.

– Ja wiem – wyrwał się do odpowiedzi Krzyś, który nie mógł usiedzieć w miejscu. – Dzień Mamy.

– Świetnie, Krzysiu – pochwaliła go, kładąc na stołach kredki i bloki. – Waszym zadaniem będzie namalowanie portretu swojej mamy.

– Mogę namalować, jak sprząta mój pokój? – dopytywała Ola, która najwyraźniej miała już pomysł na swoją pracę.

– Może lepiej namaluj mamę, gdy odpoczywa albo się śmieje – poradziła Kalina, jednocześnie zastanawiając się, w jakiej sytuacji przedstawiłoby ją jej dziecko. Poczuła lekkie ukłucie, którego nie potrafiła jednoznacznie zdefiniować, i z zazdrością patrzyła na powstające portrety, które przyciągały wzrok niebanalną kolorystyką, pozostającą w całkowitej rozbieżności z rzeczywistością. Nikogo nie dziwiły fioletowe włosy jednej z mam czy niebieskie dłonie innej. Artysta ma wizję i realizm nie jest w stanie jej zniszczyć.

Nachylając się nad pracą jednego z dzieci, kątem oka dostrzegła wchodzącą starszą, korpulentną kobietę, która niepewnie się do niej uśmiechała. Kobieta nosiła zbyt opięte, wzorzyste sukienki, podkreślające mankamenty figury. Buty na niewielkim obcasie wyraźnie buntowały się przeciwko jej wadze, koślawiąc się na boki. Właścicielka nic sobie jednak z tego nie robiła i raźnie maszerowała w stronę zapracowanych dzieci.

Kalina doskonale wiedziała, jakie pytanie za chwilę padnie. Instynktownie zacisnęła dłonie, a jej oddech automatycznie przyspieszył, jakby za moment miała się znaleźć na ringu. Choć wciąż udawała, że nie dostrzega swojej szefowej, wiedziała, że rozmowa jest nieunikniona.

– Dzień dobry, dzieci – zaczęła dyrektorka, stając tuż obok Kaliny. – Widzę, że ciężko pracujecie.

– Malujemy mamę, a to nie jest ciężka praca – bez namysłu wypalił Krzyś, który zdążył już obgryźć czerwoną kredkę, jakiej użył do narysowania ramki wokół przygotowywanego przez siebie portretu.

Kalina zgromiła go wzrokiem, choć w głębi serca najchętniej by się roześmiała, widząc minę szefowej, która najwidoczniej nie wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować. Zdążyła nabrać duży haust powietrza i na moment zatrzymać je w płucach, zanim zrobiła wydech. Wyraźnie nie miała ochoty na niespodzianki ze strony dzieci, bo zwróciła się do nauczycielki:

– Kalinko, co słychać?

Kalina nienawidziła tak ogólnikowo zadawanych pytań. Na usta cisnęła jej się zdawkowa odpowiedź, która powinna dać jej czas do namysłu, ale po tylu latach pracy z dyrektorką wiedziała, że to na nic. Była przekonana, że szefowa nie wyjdzie z sali, dopóki nie otrzyma jednoznacznej odpowiedzi, nawet jeżeli będzie musiała drążyć temat i pytać wprost. Kompletnie jej nie przeszkadzało, że w ten sposób narusza czyjąś prywatność.

Wreszcie odpowiedziała:

– Na razie nic ciekawego.

– Jeszcze nic nie wiadomo? – dopytywała nachalnie szefowa. W jej głosie pobrzmiewała nuta zainteresowania.

– Nie – odparła Kalina i odwróciła się na pięcie, by pomóc najmłodszej w grupie dziewczynce namalować nos i oczy mamy. – Jeśli ktoś skończył rysować portret, to może zacząć ozdabiać ramki – dodała, podając dzieciom niewielkie motylki i kwiatki wycięte z kolorowego papieru.

Cały czas ignorowała obecność szefowej, co i rusz nachylając się nad którymś z dzieci i pomagając mu przy jego szkicu, jednocześnie udzielając wskazówek, jak powinno dalej pracować. Miała wrażenie, że trwa to w nieskończoność. Bała się podnieść wzrok, by nie natrafić na przeszywające spojrzenie, dociekające prawdy, której ona sama wciąż nie znała.

Gdy wreszcie odwróciła się w stronę drzwi, spostrzegła, że jej rozmówczyni opuściła salę. Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą i powróciła do pytań, które w naturalny sposób rodziły się w głowach jej małych uczniów. Pytań, których się nie bała. Pytań, za które ich chwaliła. Przysiadła na jednym ze stolików i zaczęła śpiewać piosenkę, której od ubiegłego tygodnia uczyła swoich wychowanków. Kilkanaście głosów natychmiast się do niej przyłączyło, wywołując na jej twarzy uśmiech. Uwielbiała te dzieciaki, po ośmiu latach pracy nauczyła się czerpać radość z ich małych sukcesów, które poniekąd były jej zasługą, i korzystać z energii, którą emanowały.

Kalina odbierała od dzieci ukończone prace i kolejno wieszała je na gazetce ściennej, by wszyscy mogli je podziwiać. Gdy każdy już opowiedział o przygotowanym portrecie, nadszedł czas na upragnioną zabawę. Wreszcie miała chwilę wytchnienia dla siebie. Usiadła za biurkiem i tępo zapatrzyła się w stronę radośnie bawiących się maluchów. Ich pokrzykiwania, głośne rozmowy i śmiech tym razem nie zdołały jej zainteresować. Miała wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że jest jedynie fragmentem filmu odtwarzanego w zwolnionym tempie. Wreszcie uzmysłowiła sobie, że myślami zaczyna powracać do nocnego koszmaru, który wciąż ją przerażał. Spostrzegła, że spocone dłonie zaciska na wiecznym piórze, po którym ścieka granatowy tusz, tworząc na jej sukience nieregularne wzory. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło. Poderwała się z krzesła i pobiegła do niewielkiej łazienki przylegającej do sali. Nachyliła się nad nisko zawieszoną, bo przygotowaną z myślą o dzieciach, umywalką i zaczęła nerwowo mydlić dłonie. Tusz jednak nie dawał się tak łatwo zmyć i mimo wysiłku, na opuszkach palców wciąż były widoczne jego ślady. Wiedząc, że nie może na długo pozostawić dzieci samych, pospiesznie zabrała się za czyszczenie sukienki. W tym przypadku zadanie okazało się jeszcze trudniejsze. Pierwsza próba zakończyła się całkowitym fiaskiem, a rozmoczona plama utworzona z mniejszych kleksów, które w niezrozumiały dla Kaliny sposób zdołały połączyć się ze sobą, przypominała kontury państw stanowiących Unię Europejską. W końcu bez zbędnych ceregieli wsadziła dół sukienki do zlewu, obficie polała ją mydłem i zdecydowanymi ruchami zaczęła ją zapierać. Po kilku minutach plama odrobinę zbladła, oddając swój kolor pianie, która zdążyła zawładnąć przednią częścią sukienki. Jeszcze kilka ruchów i można było spłukiwać. Kilka kropel skapnęło jej na sandały, ale dotyk ociekającej wodą sukienki był nie do zniesienia. Złapała wiszący na ścianie ręcznik i mocno wykręciła w nim przemoczone ubranie, które posłusznie oddało część ze swej wilgoci. Po chwili wyszła z łazienki, czując na nogach dotyk zawilgłego materiału, który jeszcze przez jakiś czas miał jej przypominać o chwilowej dekoncentracji. Na wywabienie plamy musiała poszukać innego sposobu, ale mogła to zrobić dopiero po powrocie do domu.

Kiedy wyszła z łazienki, zebrała grupę dzieci i po umyciu rąk poprowadziła wszystkich do jadalni, gdzie gromadziły się pozostałe przedszkolaki. Wbrew oczekiwaniom w sali panowała względna cisza. Słychać było jedynie brzęk sztućców uderzających o talerze.

Kalina przywitała się z pozostałymi nauczycielkami i podeszła do najbliższej koleżanki, stojącej nieopodal grupy najmłodszych przedszkolaków.

– Cześć, skąd taka mina? – spytała Iza z troską.

– Ciężki dzień – zaczęła Kalina. – Beznadziejna noc – dodała, wzruszając ramionami.

– Ile masz jeszcze czasu?

– Sześć dni.

– Kalina, wytrzymałaś tyle, więc musisz walczyć dalej – przekonywała drobna szatynka, ubrana w zbyt krótką bluzkę, która podjeżdżała do góry za każdym razem, gdy nachylała się nad którymś z dzieci. – Naprawdę podziwiam cię za to, co robisz, i dlatego nie możesz odpuszczać.

– Dziękuję – odezwała się po chwili Kalina ledwie słyszalnym głosem. – Iza, nie masz pojęcia, jak bardzo mam już tego wszystkiego dosyć. To ciągłe czekanie na wyniki, efekty, prognozy i założenia po prostu mnie wykańcza psychicznie. Nie mam siły cieszyć się słońcem. Nie mam ochoty spotykać się z ludźmi, by mówić o sprawach, które nie mają dla mnie żadnego znaczenia.

– I masz do tego pełne prawo, a to, co o tobie sądzą inni, jest kompletnie nieistotne. Pozwól sobie na takie myślenie, a będzie ci łatwiej.

– Chciałabym to całe zamieszanie przespać i móc obudzić się w lepszej dla mnie rzeczywistości…

– Musi być lepiej! Będzie lepiej, tylko w to uwierz – prosiła Iza.

Kalina lubiła ją właśnie za to, że pozwalała jej dostrzec światełko w najciemniejszym tunelu. Jej optymizm i szczerość w tym, co mówiła i co robiła, sprawiały, że Kalina zaczynała odzyskiwać wiarę we własne siły i możliwości, której od pięciu lat z każdym dniem miała w sobie coraz mniej. Kamil jedynie ją pocieszał i była mu za to wdzięczna, ale nie potrafił motywować jej do działania w taki sposób, w jaki czyniła to Iza. Kalinie już nie wystarczało poklepywanie po plecach, potrzebowała wiary graniczącej w pewnością, że to błędne koło, w którym w niewyjaśniony sposób utkwiła, wreszcie zostanie przerwane i zdoła się z niego wydostać, by znów zacząć oddychać pełną piersią. Czasem tak bardzo czuła się zmęczona i przytłoczona, że zapominała o swoim wieku i marzeniach związanych z podróżowaniem po świecie. Wtedy wolała zaszyć się w domu, pochłaniając kolejną książkę. Kiedy chandra mijała, starała się powrócić do aktywnego życia. Jednak za każdym razem miała poczucie, że jakaś maleńka cząstka jej osobowości umarła, w zamian pozostawiając czarną pustkę.

Po powrocie z przedszkola, wykończona całym dniem pracy i nocnym horrorem, nie miała ochoty na jedzenie. Kamil niedawno do niej dzwonił z informacją, że zbiera się zarząd spółki i w związku z tym musi dłużej zostać w pracy. Szykował się kolejny samotny wieczór, dlatego wygodnie położyła się na kanapie i włączyła telewizor. Nie zdążyła podjąć decyzji, co będzie oglądała, bo ciężkie, spuchnięte z niewyspania powieki same jej się zamknęły. Zasypiając, myślała tylko o tym, by nic jej się tym razem nie śniło. Potrzebowała snu, jej organizm domagał się tego, ona zaś oczekiwała od niego, że choć na moment pozwoli zapomnieć o problemach, dając ukojenie.

Widocznie jej prośby zostały wysłuchane, bo kiedy otworzyła oczy, w pokoju panował mrok. Gdzieś w oddali słyszała niezbyt głośny chrobot, który po chwili udało jej się rozpoznać. W tym samym momencie drzwi do mieszkania się otworzyły i ktoś wszedł.

– Kamil? – spytała rozespana, siadając na kanapie. – To ty?

– Już jestem, kochanie – odpowiedział Kamil, zdejmując buty i stawiając je w przedpokoju.

– Chyba dopiero. – Spojrzała na wiszący nad telewizorem zegar, którego wskazówki przesuwały się szybko po tarczy w kształcie elipsy.

– Spotkanie jak zwykle się przeciągnęło, bo dział finansowy przedstawiał plan optymistyczny i pesymistyczny na najbliższy kwartał. – Kamil w pośpiechu zrzucił z siebie marynarkę, której najwidoczniej miał na dzisiaj dosyć. – Jest coś do jedzenia? – spytał, delikatnie całując żonę.

– Nie miałam siły, żeby coś przygotować – wytłumaczyła Kalina przepraszającym tonem.

– Nienajlepszy dzień? – Pogładził ją po policzku. – Jakieś wiadomości?

– Nie. – Wzruszyła ramionami.

– Brak wiadomości to w tym wypadku najlepsza wiadomość. – Kamil pocałował ją w czoło i podniósł się z kanapy – Masz ochotę na ryż z jabłkiem?! – spytał, wychodząc z pokoju. – Chyba nic bardziej wyszukanego nie jestem w stanie szybko przygotować – oświadczył, myjąc w łazience ręce.

– Jesteś niezastąpiony – stwierdziła Kalina, podnosząc się z miejsca. – To ja powinnam czekać na ciebie z kolacją – wyrzucała sobie, idąc do kuchni.

– Nigdy nie lubiłaś szufladkować ludzi, wiec dlaczego robisz to w stosunku do siebie samej? – zapytał, stając obok niej.

– Nie jestem dobrą żoną, prawda? – spytała, a jej głos zaczął drżeć.

– Kalina, jesteś najlepszą, jaką mam – odpowiedział, mocno tuląc ją do siebie. – Nie chcę żadnej innej ani innej ciebie, rozumiesz?

Pokiwała głową, nie mogąc wypowiedzieć słowa.

– Nawet jeśli tym razem się nie udało, to nie zamierzam odpuścić – szepnął jej do ucha. – Zbyt wiele przeszliśmy, żeby przestać próbować. Nie damy za wygraną. A wiesz dlaczego? – Na moment przerwał, by ją nieco odsunąć od siebie. Patrzył na kobietę, która była dla niego wszystkim, a biorąc z nią ślub, złożył jej przysięgę, że nie tylko będzie ją szanował i kochał, ale, co dla niego było to równoznaczne ze zobowiązaniem, że zapewni jej szczęście. – Nie pozwolę, byś przez całe życie tęskniła i wyczekiwała, że wreszcie twoje marzenie się spełni. Jeśli tym razem zabieg się nie powiódł, to najwyższy czas zacząć rozważać inne opcje.

Powoli przywarła do jego ciepłego ciała, które dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Biała koszula w drobne błękitne paski swym niechlujnym wyglądem przypominała o tym, jak wiele rozmów i spotkań odbył jej właściciel, z iloma problemami musiał się dzisiaj zmierzyć. Kalina miała pewność, że jej nastrój udziela się mężowi, ale nie miała wystarczająco silnej woli, by ukryć to przed nim. Poza tym dla niej przysięga małżeńska też nie była stekiem pustych słów, które nie mają odbicia w rzeczywistości. Wierzyła, że małżeństwo to trwałe więzi, głęboko zakorzenione w świadomości dwojga ludzi, którzy dla partnera są w stanie zrobić jeszcze więcej niż dla samych siebie.

Kobieta nie miała siły się odezwać, ale doskonale wiedziała, co miał na myśli. Rozpłakała się niczym małe dziecko, które usłyszało obietnicę kupna wymarzonej zabawki.

LENA

Właśnie wychodziła ze swojego pokoju, gdy dotarły do niej radosne głosy dochodzące z kuchni, w której od kilku miesięcy jadała posiłki. Powoli podeszła bliżej i stanęła w drzwiach.

– Najlepsze życzenia z okazji Dnia Matki – wyrecytowała Agnieszka, trzymając w rękach kolorową laurkę z życzeniami.

– To od nas wszystkich – pośpiesznie dodał chłopiec stojący tuż za nią.

Kilka innych głów przytaknęło, czekając na reakcję kobiety z siwiejącymi włosami mocno upiętymi na czubku głowy. Jej skóra gdzieniegdzie zdążyła pokryć się zmarszczkami, a oczy straciły dawny blask. Teraz stała przed piątką dzieci, wyciągając do niech swe pulchne dłonie, by je objąć.

– Ale niespodziankę mi sprawiliście – westchnęła. – Dziękuję wam wszystkim – dodała i podniosła głowę, kierując swój wzrok na Lenę. – Tobie też.

Dziewczyna się nie odezwała. Odsunęła krzesło, które wydało głośny jęk, i nieśpiesznie usiadła przy stole. Nie czekając na innych, zabrała się za smarowanie chleba masłem.

– Siadajcie do śniadania – ponaglała kobieta, nie chcąc wdawać się w kłótnię z nastolatką. – Kto chce kakao?

Dwoje dzieci ochoczo się oblizało, czekając na słodki napój. Lena nie podnosiła wzroku, całkowicie skupiając się na posiłku. Od kilku miesięcy, co rano, siadała przy tym stole i słuchała przekomarzań dzieciaków, z którymi nic jej nie łączyło. Witała się z ludźmi, którzy byli jej całkowicie obojętni. Za każdym razem, gdy zasypiała, wmawiała sobie, że to tylko chwilowy pobyt w miejscu, do którego nie miała ochoty przyjeżdżać. Szkopuł tkwił w tym, że nie miała pojęcia, kiedy będzie mogła stąd wyjechać.

– Jak wrócicie ze szkoły, będzie niespodzianka – obiecała kobieta przygotowująca stos kanapek, które miały stanowić drugie śniadanie.

– Jaka, jaka? – dopytywał się Wojtek, który był najbardziej ruchliwy z całej szóstki dzieci.

– Za tak piękne życzenia należy wam się nagroda, więc bądźcie dzisiaj grzeczni, a przekonacie się, co dla was wymyśliłam – oświadczyła, pakując kanapki do śniadaniówek.

– Cześć – powiedziała Lena, podnosząc się od stołu i w pośpiechu zabierając swoje drugie śniadanie, które następnie bez zbędnych ceregieli wrzuciła do plecaka leżącego w przedpokoju.

– Cześć – odpowiedziała jej kobieta. Coś jeszcze krzyknęła, ale Lena zamknęła drzwi i znalazła się na korytarzu, nie słysząc jej słów.

Od razu poczuła się o niebo lepiej. Nikt na nią nie patrzył. Nikt nie analizował jej zachowania, stroju i fryzury. Miała dość sztucznych uśmiechów zarezerwowanych dla każdego dziecka, która zjawiało się w tym mieszkaniu. Uważała, że dom to rodzina, a ona nie miała tu nikogo bliskiego. Do tego te żenujące życzenia z okazji święta, z którym ta kobieta nie miała nic wspólnego. Nie czuła wdzięczności do tych ludzi i nie zamierzała za nic im dziękować.

Otrzepała porwane jeansy, do których przyczepiło się kilka okruchów chleba, i ruszyła do szkoły. Od września chodziła do gimnazjum i zgadzała się ze wszystkim, co mówiono o tych placówkach. Przemoc fizyczna i psychiczna były na porządku dziennym, tylko nikt o tym głośno nie mówił: nauczyciele, bo nie chcieli mieć więcej pracy, dyrektor, bo nie chciał mieć kłopotów w kuratorium, a uczniowie, bo nie chcieli pogorszyć swojej i tak beznadziejnej sytuacji.

Lena przecięła w poprzek ulicę przed szkołą i skierowała się do głównego wejścia. Nawet nie weszła do szatni. Odkąd zrobiło się ciepło, prawie nikt nie zmieniał obuwia, a woźne bezradnie rozkładały ręce, po czym brały szczotkę i bez końca zamiatały przestronne korytarze, skąpane w promieniach wschodzącego słońca, którego blask rozlewał się po podłodze wyłożonej kolorową wykładziną. Głośny dzwonek obwieścił początek zajęć. Kilkunastu zniechęconych nastolatków człapało w stronę pracowni polonistycznej. Lena zamknęła drzwi i zamierzała przejść na koniec sali, ale dostrzegła jedyne wolne miejsce obok Janka. Natychmiast zmieniła zdanie i usiadła w pierwszej ławce, która zazwyczaj pozostawała pusta. Wyjęła tylko zeszyt. Nie przywiązywała wagi do tego, aby pakować się do szkoły. W plecaku nosiła wszystkie zeszyty, a podręcznikami nie zajmowała sobie głowy.

Nie skupiała się, gdy nauczycielka mówiła o dzisiejszej dacie. Dopiero gdy zaczęła czytać wiersz, ocknęła się, wsłuchując się w słowa:

Ona mi pierwsza pokazała księżyc

I pierwszy śnieg na świerkach

I pierwszy deszcz.[1]

Oczyma wyobraźni widziała kobietę, która sadza na swoich kolanach małe, roześmiane dziecko i tuląc je w ramionach, opowiada mu o księżycu, o planetach, o kosmosie. Głośno się śmieje, gdy dziecko zadaje pytania, na które już dawno znaleziono odpowiedzi, ale ono jeszcze nie ma prawa o tym wiedzieć. Kobieta pyta, czy chciałoby kiedyś polecieć na księżyc, a ono odpowiada, że tylko wtedy, gdy ona usiądzie obok niego w rakiecie. Na koniec kobieta obejmuje je i niesie do łóżka, po czym dokładnie okrywa je puszystą kołdrą obleczoną w czystą, pachnącą pościel i całuje na dobranoc maleńkie, różowe usta, które opromienia szczery, może odrobinę naiwny uśmiech.

Nagle Lena poczuła przejmujący chłód. Gdy dotknęła swoich ramion, spostrzegła na nich gęsią skórkę. Jej oczy się zaszkliły, dlatego zaczęła szybko mrugać, by nikt się nie zorientował, co się z nią dzieje.

Nie słyszała dalszych słów polonistki, która starała się dociec, czy uczniowie zrozumieli wiersz Gałczyńskiego. Nie zrażały jej kolejne nietrafione odpowiedzi i wciąż ponawiała pytania o odczucia. Wreszcie spojrzała na Lenę. Dziewczyna wpatrywała się w pustą ścianę, a łzy ciekły jej po policzkach. Ufarbowane na czarno włosy opadały na twarz, kontrastując z jasną cerą, która najwyraźniej unikała wiosennego słońca. Nauczycielka minęła Lenę, szukając innych chętnych do odpowiedzi.

Gdy lekcja się skończyła, Lena ze spuszczoną głową wyszła z klasy. Udawała, że nie słyszy wołania nauczycielki. Poszła prosto do łazienki, wydmuchała nos w papier toaletowy i wyciągnęła z plecaka jasny puder, by poprawić makijaż. W lustrze dostrzegła odbicie chudej twarzy z niebieskimi oczami, typowymi dla blondynek. Znudził ją jasny kolor włosów, dlatego wbrew wszystkim przefarbowała je na czarno. Niewielki, lekko zadarty nos odejmował jej lat, co wprawiało ją w konsternację i pozbawiało pewności siebie. Za to długie i gęste rzęsy mocno podkreślone mascarą nie tylko powiększały jej oczy, ale również nadawały im dojrzałości, do której tak bardzo tęskniła.

Pozostałe zajęcia jak zawsze wlokły się w nieskończoność, dlatego gdy wychodziła ze szkoły, miała wrażenie, że spędziła tu nie kilka, lecz kilkadziesiąt godzin. Nikt z nią nie wracał. Wolała samotne spacery. Nieśpieszno jej było do domu, więc postanowiła odwiedzić pobliski park, w którym całymi godzinami mogła obserwować dzikie kaczki pływające po niewielkim stawie, którego brzegi upstrzone były dumnie sterczącymi wysokimi pałkami tataraku. Swoboda, z jaką poruszały się ptaki, dawała jej namiastkę spokoju i wolności, które jej odebrano.

Szła powoli wzdłuż znajomych alejek, wysadzanych różnobarwnymi bratkami, wyciągającymi swe delikatne płatki w stronę coraz mocniej grzejącego majowego słońca. Ławka stojąca najbliżej wody była zajęta przez jakąś obściskującą się parę, której zdawali się nie przeszkadzać wolno spacerujący staruszkowie czy młode kobiety, z dumą pchające wózki. Lena przeszła kilkanaście kroków dalej i przysiadła na trawie. Patrzyła, jak kaczka z troską popycha swoje młode, by weszły do wody, a potem płynie jako pierwsza, wyznaczając bezpieczny szlak. Dziewczyna zastanawiała się, jak to możliwe, że zwierzęta mają tak rozbudowany instynkt macierzyński. A co, jeśli chodzi o ludzi? Gdzie kończy się natura i gdzie powinien się pojawić rozsądek?

Nagle poczuła w kieszeni spodni wibracje telefonu. Przypomniała sobie, że po wyjściu ze szkoły nie zdążyła włączyć dzwonka. Odszukała komórkę i odebrała połączenie.

– Halo? – zaczęła, nie zdążywszy spojrzeć na wyświetlacz.

– Co nie dzwonisz? – usłyszała znajomy głos, który natychmiast zmroził ją do szpiku kości.

– Właśnie… wyszłam ze szkoły – jąkała się, próbując się wytłumaczyć.

– Do własnej matki nie dzwonisz z życzeniami! – W głosie rozmówczyni usłyszała wyrzut, a słowa zakłuły ją niczym szpilka wbijana pod paznokcie.

– Chciałam…

– Pewnie wolisz tę paniusię, która przyjmuje pod swój dach wszystkie przybłędy – żachnęła się matka odrobinę zbyt bełkotliwie, czego Lena nie omieszkała odnotować w pamięci.

– Mamo – zaczęła pojednawczo – wszystkiego najlepszego.

– Nie chcę wymuszonych życzeń – burknęła kobieta. – Powinnaś wcześniej o tym pomyśleć, ale ty jak zwykle czekasz, aż inni cię wyręczą.

Lena słuchała jej słów, choć wszystkie je doskonale znała. To, że jest niewdzięczna i podła, słyszała odkąd potrafiła sięgnąć pamięcią. Czasem jeszcze matka dodawała coś o lenistwie i głupocie, ale jej sztandarowym popisem była historyjka o tym, jak Lena chciała ją spalić żywcem. I nieważne było tłumaczenie, że sama zasnęła z zapalonym papierosem i nie chciała się obudzić, gdy córka ją mocno szarpała i krzyczała z całych sił, by wstawała. Żeby uratować jej życie, pobiegła do sąsiada, a ten wyniósł kobietę z łóżka przesiąkniętego zapachem alkoholu. Ale dla matki najważniejsze było to, że Lena wyszła z mieszkania i porzuciła ją na pastwę losu.

Każda jej cząstka chciała się zbuntować i zacząć krzyczeć, że to stek bzdur, a ona najzwyczajniej w świecie chce mieć rodzinę i prawdziwy dom, by nie zastanawiać się, kto ją przygarnie pod swój dach. Ale zdołała tylko wydusić:

– Przepraszam…

– Kiedy przyjedziesz? – Matka nieco złagodniała, jakby dotarło do niej, że niczego więcej nie może już uzyskać. – Trzeba by okna pomyć.

– Mam dużo nauki. – Lena spróbowała się wykpić. – Niedługo koniec roku i muszę poprawić oceny, bo mogę nie zdać.

– To weź się do pracy! Bo nikt nie będzie cię wiecznie utrzymywał!

Dziewczyna zamierzała powiedzieć, że ją akurat utrzymuje państwo i ojciec, który od czasu do czasu coś jej kupi, ale wiedziała, że to jedynie doleje oliwy do ognia, dlatego stwierdziła:

– Niedługo wakacje, więc będę miała więcej czasu. Może wtedy uda mi się do ciebie przyjechać.

Wakacje w ogóle nie kojarzyły jej się z wypoczynkiem. Przeciwnie, z nudą i ciągłymi pytaniami innych, czy wszystko w porządku. Zauważyła, że dorośli dają jej spokój dopiero wtedy, gdy otwiera jakąkolwiek książkę, dlatego przynosiła kolejne i rozkładała je wokół siebie, udając, że czyta. Problem pojawiał się wówczas, gdy gorliwość dorosłych sięgała zenitu i zaczynali ją pytać, co najbardziej podobało jej się w powieści. Ale i na to znalazła sposób. Czytała kilka pierwszych stron i kilka końcowych, by choć pobieżnie móc opowiedzieć wszystkim wścibskim, którzy myśleli, że mogą ją zaskoczyć. Raz nawet się nie zorientowała, kiedy powieść faktycznie ją pochłonęła i zanim zdołała się od niej oderwać, doszła już do ostatniej strony.

– Tylko nie zapomnij, bo często ci się to zdarza. – Matka była wciąż niezadowolona.

– Do widzenia, mamo – powiedziała Lena i się rozłączyła.

Miała nadzieję, że choć końcówka rozmowy zabrzmiała tak, jak powinna brzmieć rozmowa między matką a jej kochaną córką. Ona nie miała wątpliwości, jakie uczucia wobec niej żywi matka. Zaczęła się zastanawiać, jak opisałaby swoje emocje. Najczęściej jej nienawidziła, a może po prostu się jej bała, choć nie chciała się do tego przyznać.

Ignorowała uwagi nastoletnich koleżanek z klasy, które żaliły się, że matki nie potrafią ich zrozumieć, bo nie chcą dać im pieniędzy na hybrydowe paznokcie czy na kolczyk w pępku. Lena była przekonana, że jej matka nawet by tego nie dostrzegła, zapatrzona w kolejnego kochanka, dla którego gotowa była przegnać z domu własne dziecko.

Gdy mówiły, że nie mają co na siebie włożyć, patrzyła na swoje znoszone jeansy, które ojciec jej kupił za pieniądze z zapomogi otrzymanej na zakup opału. To nie były jej problemy i być może dlatego w klasie wciąż trzymała się na uboczu i z nikim nie nawiązała bliższej znajomości.

Wyjęła z plecaka niedokończoną kanapkę i zaczęła ją rwać na kawałki, które kolejno wrzucała do wody. Kaczki szybko zorientowały się, co należy zrobić z łatwo zdobytym posiłkiem i co rusz spoglądały w jej stronę.

Gdy skończyła, podniosła się i dokładnie otrzepała spodnie. Nie chciała ich pobrudzić, wtedy znowu musiałaby się tłumaczyć z tego, gdzie była. Dochodziła szesnasta, wiec należało się zbierać, by zdążyć przed powrotem z pracy jej zastępczej matki. Te dwa słowa zawsze wywoływały w niej rozdrażnienie Co to bowiem znaczy „zastępcza matka”? Ona ma już matkę i nie musi jej zastępować, bo niby w jaki sposób: na chwilę, po kawałku? Wszystko to brzmiało zbyt dziwaczne, by mogła to zrozumieć.

Właśnie wychodziła z parku, gdy jej telefon na nowo zaczął dzwonić. Miała tylko nadzieję, że to nie matka z kolejnymi wymówkami.

– Cześć, tato – odezwała się ochoczo.

– Cześć, maleństwo – przywitał ją. – Miałaś dzwonić.

– Jakoś nie miałam głowy. Wyszłam ze szkoły i zasiedziałam się w parku – wyjaśniła.

– Czyli matka już do ciebie dzwoniła. – Ojciec bardziej stwierdził niż zapytał.

– Tak.

– Bardzo narzekała?

– W normie. Jak to ona. – Lena wzruszyła ramionami.

– Nie przejmuj się nią. Jutro już nie będzie o tym pamiętać.

– Pewnie tak – odpowiedziała, choć doskonale wiedziała, że to nieprawda. – Co u ciebie? Odebrałeś już wyniki badań?

– Już mam. – Lena usłyszała kaszel. – Bez zmian.

– Dobrze, że nie jest gorzej – odpowiedziała natychmiast, starając się ukryć zawód.

– Ty się tym nie przejmuj – stwierdził ojciec. – Pamiętaj, że masz się uczyć i nie myśleć o niczym innym.

– Pamiętam – potwierdziła, choć miała świadomość, jak bardzo rozmija się z prawdą. Wiedziała, że gdyby ojciec poznał jej oceny, byłby zdumiony, bo z jej opowiadań wynikało, że jest pilną uczennicą, która rzetelnie wykonuje swoje szkolne obowiązki. Nie chciała go martwić, mówiąc, że szkoła ją nudzi, a większości omawianego materiału najzwyczajniej w świecie nie rozumie. Szkoła tylko na początku ją fascynowała. Nowi ludzie, możliwość poznania rówieśników – tego jej najbardziej brakowało. Z każdym kolejnym rokiem wymagania nauczycieli rosły, a jej coraz trudniej było im sprostać. Nikt nie garnął się do tego, by jej pomóc, czy chociażby zapytać, w czym problem. – Kiedy mogłabym cię odwiedzić?

– Może w wakacje uda ci się przyjechać do mnie na kilka dni. Zadzwonię do pani Haliny i zapytam, czy mogę cię do siebie zabrać – obiecał ojciec.

– Dobrze, tato, ale wolałabym przyjechać wcześniej, może nawet w ten weekend.

– Masz szkołę i dużo nauki, a u mnie do tego nie ma warunków.

– Wszystko odrobiłabym w piątek i w sobotę rano mogłabym przyjechać – nalegała.

– Nie chcę, żebyś sama tłukła się pociągiem do Otwocka. W twoim wieku to nie jest bezpieczne. Rozumiesz?

– Tak – odpowiedziała niechętnie, choć wcale nie przekonał jej tymi argumentami.

– To trzymaj się, maleństwo, i nie zapominaj dzwonić do starego ojca.

– Cześć – pożegnała się zrezygnowanym głosem.

Kolejny raz nie udało jej się go odwiedzić. Zawsze miał jakąś wymówkę. Nie miał pojęcia, ile by oddała, aby móc z nim zamieszkać. Mogła spać nawet na tekturowym kartonie. Mogła myć się w zimnej wodzie, na podwórku w drewnianej balii, która pamięta czasy powojenne. Mogła codziennie palić w piecu kaflowym tak starym, że co roku przed sezonem grzewczym należało go na nowo okleić gliną, by się nie rozpadł, gdy tylko się dobrze rozgrzeje. Ale ani ojciec, ani pracownicy ośrodka opiekuńczego nie chcieli się na to zgodzić.

Nie miało już znaczenia, czy się spóźni na obiad. Powlokła się do mieszkania Haliny i Jacka, którzy od dziesięciu miesięcy byli jej rodziną zastępczą. Przed tym, jak zamieszkała z nimi, przebywała w innym domu, ale tam nie miała nawet własnego pokoju, a kłótnie opiekunów były tak głośne, że sąsiedzi w końcu zgłosili to na policję. Ta zbadała sprawę i szybko zaczęto szukać nowego lokum dla ósemki dzieciaków, które dotychczas były pod tym dachem.

Kiedy weszła do mieszkania, poczuła aromatyczny zapach rosołu. W tym przypadku nos jej nigdy nie zawodził. Smak rosołu poznała dopiero w rodzinie zastępczej. Jej matka nie gotowała obiadów, wciskając jej w rękę pajdę suchego chleba, bo sama zajęta była oglądaniem kolejnego odcinka brazylijskiej telenoweli.

– Dobrze, że jesteś, zaraz podaję obiad – usłyszała, gdy przemykała obok kuchni.

Żadnych wymówek i dąsów, które tak dobrze znała z własnego domu.

– Miałam dodatkowe zajęcia w szkole – skłamała, rzucając plecak na podłogę.

– Zawołaj dzieciaki i idźcie umyć ręce, czekam z rosołem – powiedziała kobieta, nalewając gorący wywar na talerze.

– Dzieciaki do łazienki! – krzyknęła Lena, korzystając z przywileju, jakim był jej wiek.

Pozostałe dzieci były od niej dużo młodsze, co dawało jej przewagę jeśli chodzi o dodatkowe uprawnienia, ale jednocześnie pogłębiało jej poczucie samotności.

– Co w szkole? – spytał starszy mężczyzna, łapczywie pochłaniający zawartość swojego talerza.

– Super! – odezwała się Kasia, głośno wciągając kluski, które miała na łyżce.

– Kasiu, ale ty chodzisz do przedszkola – zwróciła jej uwagę Halina, nie kryjąc rozbawienia.

– Ale jus niedługo będę chodzić do skoły – sepleniła dziewczynka.

– Pani Kalina pochwaliła Kasię, że potrafi pięknie malować – powiedziała kobieta. – Zobaczcie, jaki dostałam od niej prezent. – Pokazała przyczepiony do lodówki portret. Wytrawny znawca nie umiałby odnaleźć podobieństwa między rysunkiem a modelką.

– Lenka, a co u ciebie? – Jacek tym razem zwrócił się bezpośrednio do swojej wychowanki.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała i wpakowała do ust kolejną łyżkę klusek, jakby zamierzała zniechęcić mężczyznę do zadawania kolejnych pytań.

– Kiedy będzie zebranie w szkole? – Mężczyzna się nie poddawał.

– Nie wiem. Chyba już nie będzie.

– Jesteś pewna? – zainteresowała się Halina. – Dzieciaki właśnie przyniosły informację, że w ich szkole jest spotkanie z wychowawcą.

– W podstawówce jest inaczej – oświadczyła Lena z wyższością, szczęśliwa, że nie mogą zweryfikować jej słów. Jej wychowawczyni od ubiegłego tygodnia przypominała o czwartkowym zebraniu.

Lena nie miała czym się pochwalić, dlatego uznała, że wizyta Haliny w szkole nie ma większego sensu. Sama zatroszczy się o to, by zdać do drugiej klasy, i nie musi słuchać gderań, że powinna wziąć się do pracy, bo jest zbyt mądra, by mieć tak niską średnią ocen.

– To jeszcze nie koniec niespodzianek – oznajmiła Halina, gdy skończyli jeść drugie danie.

– A co jeszcze będzie? – niecierpliwił się Paweł, nieustanie przebierając nogami pod stołem.

– Zamknijcie oczy – poprosiła kobieta, otwierając lodówkę. – Nikt nie oszukuje? – upewniła się, kładąc przed każdym niewielkie kolorowe pudełeczko. – Możecie sprawdzić.

– Lody! – krzyknął Paweł, nie mogąc się powstrzymać.

Odgłos otwierania plastikowych pudełek wypełnił kuchnię i sprawił, że Lena na moment zapomniała o swoim wieku. Z dzieciństwa pamiętała, jak z uporem maniaka wpatrywała się w dzieci wychodzące ze sklepu i pośpiesznie rozpakowujące kupione im przez rodziców lody na patyku. Kolorowe opakowania ginęły w koszu na śmieci, a białe, różowe czy brązowe schłodzone smakołyki niknęły w ustach małych smakoszy. Lena musiała się zadowolić chlebem, od czasu do czasu posmarowanym masłem i posypanym cukrem.

– Pycha – zachwycała się Kasia.

– Nic nie mówisz, Lenko – zagadnęła ją Halina.

– Rozkoszuję się – oświadczyła dziewczyna, co było zgodne z prawdą.

– Dzwonił twój tata, mówił, że chce cię zabrać do siebie na kilka dni w czasie wakacji.

– Mówił mi o tym – odpowiedziała Lena zdawkowo.

– I co ty na to?

– Chciałabym do niego jechać – stwierdziła, nie podnosząc wzroku.

– Tata poradzi sobie z opieką nad tobą?

– Sama potrafię o siebie zadbać – żachnęła się, czując irytację.

Czy ta kobieta nie rozumiała, że to Lena częściej opiekowała się ojcem niż on nią? To ona pamiętała o wykupieniu jego leków czy umówionej wizycie u diabetologa. Nawet teraz, gdy z nim nie mieszkała, o wszystkim mu przypominała.

– Wiem, że umiesz – stwierdziła kobieta łagodnym tonem. – Jesteś bardzo zaradna – dodała.

Lena nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. Rzadko słyszała pochwały i nie była przygotowana na ich przyjęcie. Przez chwilę dłubała łyżeczką w swojej porcji lodów, które szybko się roztapiały, pozostawiając różnokolorowe plamy.

– Czyli rozumiem, że najpierw pojedziesz z nami nad morze, a później odwiedzisz swojego ojca – uściśliła Halina, przywykła do porządku zarówno w swoim domu, jak i we wszystkich sprawach, które dotyczyły jej podopiecznych. Być może dlatego przez ostatnich osiem lat niestrudzenie opiekowała się tabunami dzieci, których biologiczni rodzice nie rozumieli, czym jest rodzicielstwo.

– Morze? – zdziwiła się Lena.

– Nie mówiłam ci, że zarezerwowałam dla nas kwaterę w Jastrzębiej Górze? Może będzie trochę ciasno, bo to tylko dwa pokoje, ale chyba wytrzymamy.

Lena jeszcze nigdy nie widziała morza. Nie wyobrażała sobie bezmiaru wody. Nikt wcześniej nie pomyślał, żeby gdzieś ją zabrać na wakacje, dlatego nie wiedziała, jak powinna zareagować. Czy możliwe jest, aby rodzice zastępczy tak bardzo starali się dla dzieci, które dzisiaj są z nimi, ale jutro mogę być w zupełnie innym miejscu? Wygarnęła resztę kolorowej brei, która zdążyła się rozpuścić, i szybko włożyła ją do ust. Słodki smak pozwolił jej na chwilę zapomnieć o codzienności.

Zasypiając, wciąż miała przed oczyma uśmiechnięte buzie młodszych dzieci, które dopiero co dowiedziały się, że pojadą nad morze. Być może wreszcie poczuje się jak ktoś, dla kogo życie to nie tylko ból, ale też radość.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Konstanty Ildefons Gałczyński, Spotkanie z matką