Małe sekrety Tiny - Beatriz Williams - ebook
Opis

Świat wielkiej polityki ma swoje sekrety.

Druga po Tajnym życiu Violet Grant powieść Williams o siostrach Schuyler. Tym razem bohaterką jest najstarsza z nich, Tiny, której mąż jest kandydatem na senatora. W toku kampanii wyborczej Franka na jaw wyjdą sprawy, które postawią pod znakiem zapytania dotychczasowe życie obojga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Beatriz Williams

MAŁE SEKRETY TINY

przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska

Tytuł oryginału: Tiny Little Thing

Copyright © 2015 by Beatriz Williams

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Teresa Tyszowiecka-Tarkowska, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Tym, którzy wracają z wojny uszkodzeni na ciele i duszy, oraz tym, którzy ich kochają

Tiny, 1966Cape Cod, Massachusetts

Pierwsze zdjęcie przychodzi pocztą tego samego dnia, kiedy w telewizji pokazują mojego męża podczas uroczystości dekorowania zasłużonych Medalem Honoru. Do zdjęcia, jakżeby inaczej, dołączony jest liścik wykaligrafowany dużymi drukowanymi literami. Zdążyłam się już na tyle poznać na polityce – jak również na rodzinie męża – żeby nie wierzyć w przypadek.

Adresu zwrotnego rzecz jasna nie ma, ale pieczątka na dwóch znaczkach z Jerzym Waszyngtonem po pięć centów sztuka informuje, że list został nadany wczoraj w Bostonie. Zwykła koperta z manili, taka jakiej używają w urzędach: obracam ją w palcach nerwowo, a moje serce kołacze o żebra.

– Tiny, moja droga, kiedy wreszcie siądziesz z nami przed telewizorem? – woła z salonu babka mojego męża.

W jej ustach najprostsze zdanie brzmi jak wezwanie na wokandę, ergo: lepiej go nie lekceważyć. Raz po raz wygładzam kopertę dłonią, jakbym liczyła na to, że jej zawartość w końcu wyparuje: puf, presto! Ostatecznie wsuwam ją w najgłębszy schowek sekretarzyka, na którym gosposia co dzień odkłada pocztę.

– Już idę! – wołam.

Telewizor pojawił się w domu specjalnie na tę okoliczność. Babka Hardcastle niechętnie odnosi się do nowinek technicznych; nawet Franklin, mój mąż, transmisji ze spotkań Red Soxów słucha chyłkiem na strychu. Babka mówi o radiu lekceważąco „radioaparat”, co nie znaczy, że gardzi wieczorną dawką Sinatry czy Glenna Millera, w ulubionym fotelu z wzorzystym obiciem, w salonie, przy kieliszku koniaku. Według niej trzeba czymś zagłuszyć szum oceanu. Niezupełnie się z nią zgadzam. Po pierwsze, nawet cały ten zgiełk akompaniujących Sinatrze trąbek nie zagłuszy wody, jeśli fale niestrudzenie uderzają w plażę ledwie pięćdziesiąt metrów od pokrytych gontem ścian domu. Po drugie, po co?

Przystaję obok tacy, żeby przyrządzić sobie szklankę lemoniady. Do tego kusztyczek wódki, ani grama więcej.

– Już zaczęli? – pytam, starając się, by mój głos był równie chłodny jak wyraz mojej twarzy. Właśnie odkryłam, że wódka znakomicie schładza.

– Jeszcze nie. Teraz próbują mi wcisnąć wybielacz do tkanin – mówi babka z naganą w głosie, gasząc papierosa w srebrnej popielniczce. Pali nałogowo, ale tylko w towarzystwie kobiet.

– Lemoniady?

– Nie, dziękuję. Ale jeszcze bym zapaliła.

Ruszam w kierunku sofy, po drodze wysuwam szufladę w stoliku pod lampą, gdzie babka chowa papierosy. To jej słodka tajemnica. Wytrząsam jednego z pudełka i zwracam się w stronę telewizora, udając głębokie zainteresowanie reklamą, żeby babka nie zauważyła nieznacznego drżenia moich dłoni, kiedy zapalam zapalniczkę i przytykam płomień do czubka papierosa. Niewiele rzeczy ujdzie uwagi babki Hardcastle.

Podaję jej zapalonego papierosa.

– Co tak latasz jak kot z pęcherzem. Siądź wreszcie – karci mnie.

Rozumiecie teraz, o co mi chodzi? Wyobraźcie sobie, że musicie spędzić z nią lato pod jednym dachem. Ani byście się obejrzeli, jak zaczęlibyście doprawiać lemoniadę wódką.

Przeszklone drzwi na taras otwierają się z impetem.

– Czy już się zaczęło? – pyta któraś z kuzynek, chyba Constance, gdy gromadka opalonych pań w letnich różach i zieleniach wpływa do salonu, wnosząc z sobą zapach oceanu i olejku kokosowego.

– Jeszcze nie. Lemoniady?

Szykuję cztery czy pięć szklanek lemoniady. Panie sadowią się w salonie. Większość z nich dotarła tutaj, podobnie jak ja, na początku lata, w ramach corocznego exodusu kobiet i dzieci z podmiejskich dzielnic Bostonu. Reszta, spoza Massachusetts, zleciała się samolotami. Panowie, z nielicznymi wyjątkami, są w pracy – ostatecznie jest środa – i dobiją dopiero jutro, na powitalny obiad ku czci naszego rodzinnego bohatera.

Napełniam ostatnią szklankę lemoniady – dla czteroletniej siostrzenicy Franka, Nancy – i zajmuję ostatnie wolne miejsce na sofie, krzyżując skromnie nogi w kostkach i wygładzając spódnicę. Poduchy wydzielają miłą, dobrze znaną woń. Lemoniada, unoszący się w powietrzu zapach nikotyny i sofy działają rozluźniająco na mięśnie mojego karku, a nawet całych pleców. Ekran telewizora migoce w ciszy salonu. Butelka wybielacza znikła, zastąpiona przez grube, czarne oprawki okularów, zza których spogląda Walter Cronkite – dziś z wyrazem grobowej powagi.

– Tiny, kochanie, czy mogłabyś włączyć dźwięk?

Wstaję posłusznie i przecinając na ukos dywan, podchodzę do telewizora. Odbiornik nie należy do szczególnie okazałych modeli, które cieszą się wzięciem w innych okolicach niż nasza. Jak większość członków naszej kasty, babka Hardcastle nie skąpi grosza na rzeczy ważne i trwałe: biżuterię, buty, domy, meble i wykształcenie młodego pokolenia – ale niechętnie wydaje na głupoty w rodzaju telewizorów. Gdyby was pokusiło spojrzeć na tacę, którą wniosła gosposia, zobaczylibyście kompozycję z krakersów i pasty paprykowej, plasterki gumowatego sera i małe, blade, łykowate małże ze słoika.

– Czemu nic nie jesz? – pyta Constance, kiedy opadam obok niej na sofę. Constance ma koński wdzięk i takąż budowę; w jej opinii każdej szczupłej kobiecie grozi śmierć głodowa.

– Jeszcze nie zgłodniałam. Zresztą, zjadłam potężne śniadanie.

– Ćśś. Już są – mówi babka.

Jej fotel stoi blisko mojego miejsca na sofie, tak blisko, że wyraźnie dociera do mnie staroświecka nuta jej wody kwiatowej, a spod niej zapach pudru, który wysysa tlen z powietrza.

Jesteśmy teraz w Ogrodzie Różanym Białego Domu; ekran wypełnia twarz prezydenta z miną naburmuszonego niemowlaka.

– Fajnie tam mają – komentuje Constance.

Odpowiada jej zgodny pomruk. Uwagi Constance traktowane są przez zgromadzone panie z szacunkiem należnym aneksowi do Dekalogu. Constance cieszy się pozycją królowej roju, czyli, w tej rodzinie, wysoką. Na jej kolanach półroczny dzidziuś w różowej kiecuszce wyrywa się w kierunku podłogi.

– Biedny Frank, zaraz mu nogi wejdą w tyłek – dodaje, bo prezydent Johnson na tle ukwieconego ogrodu w kółko truje o amerykańskiej obecności w Wietnamie i niecnych knowaniach komunistów.

Od drzwi ogrodowych pada cień: to mąż Constance, Tom, w kąpielówkach i białym podkoszulku, z eksperymentalnym kilkudniowym zarostem na twarzy. Opiera mokrą od morskiej wody głowę o szybę, dzięki czemu ogarnia wzrokiem jednocześnie kobiety, dzieci i ekran. Notuję w pamięci, tuż obok spisu obowiązków posortowanych metodycznie na kategorie, żeby dopilnować przetarcia szyby, zanim pójdziemy spać.

Babka przechyla się do mnie.

– Powinnaś była z nim pojechać, Tiny. Lepiej by wyglądało, gdyby towarzyszyła mu żona, zwłaszcza młodziutka, ładna. Kamery aż się wyrywają do młodych, urodziwych żon. Reporterzy też je lubią. Jesteś jak stworzona do telewizji.

Stentorowy głos babki Hardcastle niesie się w nienaturalnej ciszy, bo wszyscy udają, że jej nie słyszą, z wyjątkiem dzieci, na których jej wypowiedź nie robi żadnego wrażenia. Kitty przydreptała i klepie mnie po kolanie.

– Mnie też się, ciociu, bardzo podobasz.

– Bardzo mi miło, złotko.

– Uważaj na lemoniadę, kochanie – wtrąca Constance.

– Doktor mi odradzał ten wyjazd – odpowiadam babce szeptem, gładząc Kitty po delikatnych włoskach.

– Przecież to już tydzień, moja miła. Ja dzień pomoim poronieniu byłam na chrzcinach siostrzenicy.

Słowo poronienie krąży po pokoju, rykoszetem odbijając się od głów rumianych kuzynek Franka, od Kitty grzechoczącej lodem w szklance, od brzuszków trójki czy czwórki krążących po pokoju berbeci, od pulchnych jak paróweczki palców u nóg dwojga niemowląt wiercących się na kolanach matek. Wszyscy zdrowi i żywi, każdy dokucza rodzeństwu.

– Nie martw się, moja miła – podejmuje babka, zaciągając się mocno papierosem. – Następnym razem na pewno się uda.

Strzepuję rąbek sukienki.

– Wygląda na to, że prezydent zaraz dobrnie do końca.

– Za co naród będzie mu dozgonnie wdzięczny – dorzuca Constance.

Kamera odjeżdża, pokazuje teraz całą scenę i grupkę postaci skupionych wokół prezydenta. Constance ma rację; nawet na ziarnistym, czarno-białym ekranie telewizora widać, że jest nieznośny upał. Pot lśni na białych czołach mężczyzn. Przymykam oczy i wciągam nosem smużki dymu z papierosa siedzącej blisko Constance, a kiedy je otwieram, na ekranie widać już znajomą twarz mojego męża, uroczystą, jak nakazuje ranga ceremonii oraz obecność prezydenta.

W czterech ścianach swojego domu Frank nieodmiennie nazywał prezydenta durnym dupkiem, ale nikt z telewidzów w całym kraju nie poznałby po twarzy mojego męża, co naprawdę sądzi o przywódcy kraju. Franklin Hardcastle jest przystojnym mężczyzną na ekranie, a jeszcze przystojniejszym w naturze, gdy intensywnym błękitem oczu przyprawia o bicie serca, a fala włosów nad jego czołem przyciąga światło ze wszystkich stron. Ręce, zgięte w łokciach pod perfekcyjnym kątem prostym, trzyma statecznie za plecami.

Myślę o czarno-białej fotografii w kopercie ukrytej w najgłębszym zakamarku sekretarzyka. Myślę o dołączonym liściku i dłoń mi mdleje, grożąc rozlaniem lemoniady na dywan salonu.

Prezydent poprawia okulary na nosie. Czyta z kartki. Nazwy zamorskich miejscowości płynnie recytuje nosowym teksańskim akcentem, jakby spędził poranek nad słownikiem wietnamskim.

– …Wyniósłszy rannego przyjaciela w bezpieczne miejsce, wrócił wśród gradu kul, by osobiście, pomimo rozległych ran, obsłużyć karabin maszynowy, do samego końca osłaniając ewakuację swojego oddziału z Plei Me.

No tak. Rozległych ran. Słyszałam to zdanie już wcześniej, kiedy tekst prezydenckiej mowy, przekazany słowo po słowie telegrafem ze stolicy wdzięcznego narodu, odczytano zebranym w salonie domu babki Hardcastle w Brookline. Potrafię też wyrecytować z pamięci pełną listę wspomnianych ran, przekazaną mi dwa dni po tym, jak zostały zadane. Trwale wryła mi się w pamięć

Niestety, ani trochę mi to nie pomaga. Wszystko mnie boli, a raczej rani, kiedy słucham słów padających z ust prezydenta Johnsona. Dzwoni mi w uszach, jakby mój organizm się bronił przed wysłuchaniem tej litanii kolejny raz. Czy to możliwe, żeby tak silnie reagować na cierpienie innej osoby? Bólem do szpiku kości, którego nie potrafią uśmierzyć końskie dawki aspiryny, wódki, mentolowej nikotyny?

Mój mąż słucha tej wyliczanki bez mrugnięcia okiem. Z szeregu ciemnych garniturów i białych czół wyławiam wzrokiem jego postać. Podziwiam profil Franka, jego męski podbródek, patriotyczny błysk w oku.

– Przyznacie, że dobrze wygląda – mówi babka. – Ta jego noga w ogóle nie rzuca się w oczy. Mogę poprosić o papierosy?

Ostatnia na sofie sięga do szuflady pod lampą, po czym pudełko wędruje z rąk do rąk, aż trafia do mnie. Podaję babce papierosy i zapalniczkę, nie odrywając wzroku od ekranu. Kamera najeżdża na twarz prezydenta, dając znak, że mowa dobiegła końca.

Musisz to obejrzeć, mówię do siebie w duchu. Nie wolno ci od tego uciec.

Znowu zamykam oczy, co tylko pogarsza sprawę, bo przy zamkniętych oczach słuch się wyostrza. Dźwięki dobiegają ze środka głowy, jakby były wytworem mojego własnego umysłu.

– W imieniu naszego narodu przyznaję ci, majorze Caspianie Harrisonie, to zaszczytne odznaczenie, w dowód głębokiej wdzięczności za odwagę, ofiarność oraz niezłomną troskę o dobro twojego oddziału i twojej ojczyzny. W świecie współczesnym, w którym, niestety, coraz trudniej o bohaterów, twój przykład jest dla nas wszystkich inspiracją.

Z drugiego końca salonu mąż Constance prycha wzgardliwie, kołysząc drzwiami na taras. Zawiasy skrzypią, gorący podmuch z zewnątrz owiewa moją twarz.

– Dlaczego tak siedzisz z zamkniętymi oczami, Tiny? Dobrze się czujesz?

– Trochę mi się kręci w głowie, tylko tyle.

– Weź się w garść, bo przegapisz najważniejsze.

Nie mam wyjścia, muszę otworzyć oczy. Na ekranie prezydent Lyndon Johnson ściska dłoń odznaczonym, wśród których jest kuzyn mojego męża, major Caspian Harrison z 3. Dywizji Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych. Na potężnej piersi majora połyskuje Medal Honoru.

Pełna powagi twarz, której nie widziałam od dwóch lat, wypełnia cały ekran, wydaje się tak znajoma, że dławi mnie w gardle i zaczynam się dusić. Odstawiam szklankę na stolik przed sofą, nie mogąc oderwać wzroku od szarej, ziarnistej sylwetki Caspiana na ekranie, przez co o mało nie przeoczam najważniejszego.

Obok Caspiana, uśmiechając się z dumą, stoi wysoki mężczyzna w czerni i bieli, który wygląda bardziej na prezydenta, niż sam prezydent. Ten mężczyzna jest moim mężem.

Parę godzin później dzwoni do mnie z hotelowego pokoju w Bostonie.

– Widziałaś? – pyta niespokojnie.

– Naturalnie. Wyglądałeś zabójczo.

– Piękny dzień. Chwała Bogu, Cap zniósł to dzielnie.

– Pomimo nogi?

– Pamiętaj, moja droga, że kuzyn Cap nigdy nie narzeka – odpowiada ze śmiechem. – Dobrze się trzymał, prawie wcale nie kulał. Jeden z cudów współczesnej medycyny. Byłem z niego dumny.

– To było widać.

– Jest tutaj ze mną. Może chcesz mu złożyć gratulacje?

– Nie, nie! Błagam. Na pewno jest zmęczony. Przekaż mu po prostu… moje gratulacje. Oczywiście wszyscy jesteśmy z niego bardzo dumni.

– Cap! – woła Frank w głąb jakiegoś pomieszczenia. – Tiny ci gratuluje, a reszta jest z ciebie dumna. Wygląda na to, że nas oglądali z Dużego Domu. Czy mam rozumieć, że babcia w końcu sprawiła sobie telewizor? – mówi znów do słuchawki.

– Tak. Mąż Connie pomógł jej wybrać odpowiedni model.

– Doskonale. Teraz przynajmniej będzie w domu telewizor. Masz u mnie, stary, kolejkę.

Z oddali dobiega przytłumiony głos Capa.

– Masz jak w banku – rechoce Frank. – Nie mówiąc już o tym, że świecąc dziś tą swoją zakazaną mordą na całe Stany, musiałeś nieźle podkręcić moje wyniki w sondażach.

„Szu, szu, szu”. Nie wysilam się, żeby zrozumieć, co mówią, bo po co?

Każde słowo Caspiana kwituje salwa śmiechu Franka.

– Ty skurczybyku – rechoce i nie przestając się śmiać, zwraca się do mnie: – Wybacz, kochanie, ale mamy nasze męskie tajemnice. Ale, ale, nie zgadniesz, kto z nami jutro przyjedzie.

– Pojęcia nie mam.

– Twoja siostrzyczka Pepper.

– Pepper?

– Zabrała się z nami z Waszyngtonu. Śpi u koleżanki.

– Dziwne…

– Co w tym dziwnego, że śpi u koleżanki? Gdzieś musi spać.

Znowu śmiech. Śmieje się jak najęty. Jest w szampańskim humorze. Występ na oczach tysięcy telewidzów dał mu potężny zastrzyk adrenaliny.

– Mam na myśli ten nagły przyjazd. Nie wspominała o nim. To jej pierwsza wizyta tutaj. – Próbuję dyskretnie dać do zrozumienia, że nigdy nie przepadałyśmy za sobą z Pepper, że łączyła nas wyłącznie życzliwa tolerancja, odkąd dorosłyśmy na tyle, by pojąć, że ją napędza paliwo dla odrzutowców, a mnie benzyna wysokooktanowa, a gdy cadillac jedzie po jednym pasie z odrzutowcem, ktoś komuś może przytrzeć podwozie.

– Prawdę mówiąc, to moja wina. Zobaczyłem ją na bankiecie końcowym, wydała mi się markotna, więc spytałem, czyby się nie przejechała z nami. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że przez myśl mi nie przeszło, że się zgodzi.

– Czy ona aby nie powinna pracować?

– Powiedziałem jej szefowi, że potrzebuje paru dni wolnego – odpowiada chełpliwie, wyraźnie zadowolony z siebie.

Tak się składa, że szef Pepper jest świeżo upieczonym, młodym senatorem ze stanu Nowy Jork, a Hardcastle’owie lubią demonstrować przewagę nad politycznymi rywalami.

– A, teraz już rozumiem. Każę przygotować jeszcze jeden pokój. Mówiła ci, jak długo zamierza zostać?

– Nie, nie mówiła.

Fotografią w kopercie z manili zajmuję się dopiero o dziesiątej – bezpieczna we własnym pokoju, wypełnionym zapachem świeżo ściętych hiacyntów w wazonie, podczas gdy za oknem biją fale oceanu.

Najpierw zasuwa. Kiedy Franka nie ma, a więc często, jego babka ma uciążliwy zwyczaj wpadania do naszego pokoju na pogawędkę w drodze do łóżka, czasem uprzedzając pukaniem, a czasem nie. „Moja droga”, zaczyna drżącym głosem, co w jej ustach brzmi: „moja dhoga”, a potem rozpoczyna perorę pełną skomplikowanych figur retorycznych, naszpikowaną sokratejskimi pytaniami na miarę oskarżyciela sądowego, mającymi mnie oszlifować i uczynić ze mnie istotę godną miejsca u boku Franklina Hardcastle’a, który będzie się ubiegał o coraz to wyższe urzędy, aż wespnie się na sam szczyt, nim menopauza pozbawi mnie fotogeniczności i zdolności czarowania cudzoziemskich przywódców biegłością we francuskim i hiszpańskim, wyczuciem stylu w doborze garderoby, nienagannymi manierami i wypracowaną w pocie czoła umiejętnością poruszania się z wdziękiem.

Jako dziecko tęskniłam za matką, która przejawiałaby wyraźniej odruchy matczynej troski. Traktowałaby macierzyństwo jak wysokiej klasy rzemieślnik, który własnymi, twardymi dłońmi ugniata glinę na porcelanę, zamiast zlecać to przyziemne zajęcie zastępowi nianiek, szoferów i kucharzy. Matką, która wstawałaby rano, żeby przyszykować śniadanie, sprawdzić szkolny mundurek i lekcje, zamiast żądać, żebym o ósmej trzydzieści przyniosła jej szklankę bloody mary, małą czarną i podwójną aspirynę, za co nagradzała mnie na pożegnanie bezsilnym cmoknięciem.

Teraz już wiem, że bycie zaniedbanym dzieckiem w zamożnym domu to jeszcze nie najgorsze, co się może wydarzyć. Uświadamiam sobie, że wypatrywanie przez teleskop jak gwiazdki z nieba matczynej uwagi i aprobaty jest, mimo wszystko, mniej przykre od wicia się pod lupą nestorki rodu Hardcastle’ów.

Ale dość tych dygresji.

Przekręcam zasuwę i zrzucam kapcie – które nosi się w domu, kiedy nie ma mężczyzn, żeby nie niszczyć dywanów i podłóg – a następnie nalewam sobie szkocką z tacy Franka. Koperta spoczywa w mojej szufladzie z bielizną, pod stertą bawełny i jedwabiu, w których zagrzebałam ją przed obiadem. Sączę alkohol – przyznam bez bicia, że nie cierpię szkockiej – wpatrując się w uchwyt szuflady, aż szklanka zaczyna świecić dnem, a mój język przyjemnie drętwieje.

Odstawiam szklankę i wyjmuję kopertę.

Najpierw liścik.

Charakter pisma nic mi nie mówi, ale czyż nie po to właśnie się pisze dużymi drukowanymi literami. Granatowy atrament równych, zdecydowanych znaków odcina się wyraźnie od typowego dla urzędowych pism, gładkiego, cienkiego papieru. Podnoszę kartkę do nosa, licząc na to, że wywęszę jakiś ślad, ale pachnie tylko świeżym papierem.

CZY TWÓJ MĄŻ WIE?

JAK ZAREAGOWAŁABY PRASA?

SPODZIEWAJ SIĘ DALSZYCH WIADOMOŚCI.

PS DONACJA W WYSOKOŚCI 1000 $ W NIEOZNAKOWANYCH BANKNOTACH MILE WIDZIANA.

J. SMITH

PO BOX 55255

BOSTON, MA

Robi wrażenie, przyznacie. Nigdy dotąd nie byłam szantażowana, ale domyślam się, że list został napisany z zachowaniem reguł sztuki. Pan Smith – jestem dziwnie pewna, że rzekomy „J” to mężczyzna; wyczuwam coś męskiego w całym przedsięwzięciu, w dużych, kanciastych literach – jest w posiadaniu tej cholernej fotografii, za którą chce zainkasować tysiąc. Rzecz jasna, mógł ją wysłać do Franka, ale kobiety są zawsze wdzięczniejszym celem. Bardziej tchórzliwe, chętniej płacą szantażyście, gotowe na kompromis, byle uniknąć otwartej wojny. Tak w każdym razie obstawiałby przestępca płci męskiej, mając ku temu niewątpliwe podstawy w postaci mojej pozycji i wizerunku ładnej, młodej żony kandydata do Izby Reprezentantów ze stanu Massachusetts, której twarz, dla celów kampanii wyborczej, spogląda z uwielbieniem na męża z niezliczonych zdjęć.

Nie jest to typ kobiety skłonnej ryzykować, że tego rodzaju fotografia pojawi się na pierwszej stronie „Boston Globe’a” w miesiącach poprzedzających wybory do Kongresu, przełomowe dla kariery jej męża.

Jak dalece słuszne były kalkulacje szantażysty?

Wstaję z łóżka i znów nalewam sobie ociupinę szkockiej Franka. Na tacy nie ma wódki, z racji mylnego założenia, że jego żona nie pije do poduszki. Mam pewien problem ze szkocką: zdecydowanie wolę jej zapach niż smak. Mocny, aromatyczny, tajemniczy. Kawy też nie lubiłam w dzieciństwie i dopiero z wiekiem nauczyłam się cenić jej smak jeszcze bardziej niż woń.

Tak więc jeśli będę piła dostatecznie często, jeśli co wieczór strzelę sobie do poduszki szklaneczkę lub dwie single malt, by spłukać z siebie niesmak po wykładach babki Hardcastle, może w końcu przekonam się do whisky.

Odstawiam nietkniętą szklankę na tacę i wracam do łóżka. Kładę się w poprzek i przykrywam brzuch puchową kołdrą. Bose stopy wystawiam poza krawędź łóżka. Wyciągam fotografię z koperty i widzę siebie.

To ja. Tiny sprzed dwu lat, Tiny, która przemknęła jak sen: jeszcze nie całkiem zamężna, smukła, o mlecznej cerze, drobnokoścista i gibka, na tle ciemnej sofy, której każdą nitkę dotąd pamiętam.

Tiny na moment przed popełnieniem najbardziej karygodnej nieostrożności w życiu.

Caspian, 1964Boston

Wskazówka na zegarze nad drzwiami kafeterii dosięgła jedenastej i przesuwała się dalej, ale nadal nie było ani śladu Jane.

Nie żeby na nią czekał. Niekoniecznie też miała na imię Jane.

A może jednak? Diabli ją tam wiedzą. Jane było popularnym imieniem, grzecznym imieniem żeńskim; dziewczynę, która je nosiła, mógłbyś spokojnie wziąć do domu i przedstawić matce, gdybyś ją miał. Byłby niezły numer, gdyby któregoś dnia przysiadł się do Jane Doe w jej boksie i spytał ją o imię, a ona spojrzałaby na niego znad kubka kawy tymi swoimi lśniącymi czekoladowymi oczami i powiedziała zwyczajnie: „Jane”.

Dokładnie tak – zwyczajnie.

Nigdy jednak do niej nie podszedł. Kiedy codziennie, punkt dziesiąta, Jane Doe siadała zawsze na tym samym miejscu w kafeterii Boylana i zamawiała kubek najlepszej kolumbijskiej kawy oraz drożdżówkę z morelą, wytwarzała wokół siebie niewidzialne ogrodzenie elektryczne, którego nie mógł przekroczyć nikt oprócz kelnerek z dzbankiem dolewki i samym Boylanem, siwym mężczyzną wpatrzonym w nią jak w obraz. Mogłeś podziwiać Jane z daleka, ale nie było mowy, żeby ją poderwać. Młody, gorącokrwisty samiec nie miał szans zbliżyć się do tej dziewczyny. Swoje brudne łapska należało trzymać przy sobie.

– Jeszcze kawy, Cap?

Spojrzał na swój toporny kubek na grubym białym spodku. Jego wielka dłoń zaciskała się wokół naczynia. Resztki czwartej dolewki zalegały jeszcze na dnie. Nie miał ochoty dłużej czekać.

– Dzięki, Em. Chyba będę już leciał.

– Skoro musisz.

Rzucił dwa jednodolarowe banknoty na laminowany blat – dolar pięćdziesiąt za jajka na bekonie plus pięćdziesiąt centów dla Em, utrzymującej dwójkę dzieci i męża pijaka, na którego wyżalała się koleżankom za ladą – i wsunął swoją lekturę do kieszeni torby na aparat fotograficzny. W kafeterii panował spokój; przetoczyła się już fala śniadaniowa i w sali zapadła cisza przed burzą w porze lunchu. Wstał i zarzuciwszy torbę z aparatem na ramię, wyszedł z boksu. Ruszył do drzwi, a jego kroki po linoleum odbijały się echem w pustym lokalu.

– Na pewno zjawi się jutro – dogonił go głos Em. – Mieszka zaraz za rogiem.

– Co ty, u diabła, pleciesz, Em?

Pchnął drzwi, potrącając te przeklęte dzwonki, które stale działały mu na nerwy.

– Mam przecież oczy! – krzyknęła za nim.

Na zewnątrz nad Back Bay unosił się, jak co lata, zapachowy bukiet spalin, ścieków i rozgrzanych murów. Pierwsza, wczesna fala upałów, którą rano zapowiedziało radio, już dała się wyczuć w powietrzu; dobrze znana Capowi tropikalna duchota otwierała gwałtownie delikatne majowe pąki. Skierował się w stronę portu. Kawał drogi dla cywila, jednak w porównaniu z piętnastokilometrowym marszem z dwudziestokilogramowym plecakiem i karabinem M16, gdy cieknący spod hełmu pot szczypał w oczy, a za każdym drzewem mogła się kryć zasadzka diabelnego Wietkongu, trasa do bostońskiego portu miała wymiar niedzielnej przechadzki w raju.

Tyle że mniej emocjonującej, ale Cap, podobnie jak jego kumple, był w stanie przez krótki czas wytrzymać bez mocnych wrażeń.

Na skutek wyuczonej reakcji organizmu pot już zaczął mu spływać po plecach. Gdzieś wyczytał, że u sportowców wyczynowych wykryto obniżony próg wydzielania potu. Bezwiednie podniósł rękę, żeby poprawić hełm, ale trafił tylko na włosy, gęste i domagające się już fryzjera.

Skręcił w lewo, w Commonwealth Avenue, a kiedy wyszedł zza rogu, nie kto inny jak Jane Doe we własnej osobie maszerowała pospiesznie w jego stronę, spowita niewidzialną mgiełką elegancji. Popatrywała na zegarek, a końce chusteczki z żółtego jedwabiu we wzorek powiewały za jej głową.

Przystanął z wrażenia i wtedy niechcący na niego wpadła. Złapał ją za filigranowe, szpiczaste łokcie.

– Ojej! Przepraszam.

– To moja wina.

Uniosła głowę, żeby zajrzeć mu w twarz.

– Och!

Uśmiechnął się mimo woli. Nie sposób było się nie uśmiechnąć na widok zdumionych piwnych oczu panny Doe i jej różowych warg, na których błąkało się milczące pytanie: „Czy my się skądś nie znamy?”.

– Z kafeterii – wyjaśnił, nie puszczając jej szczupłych łokci.

Miała na sobie wykrochmaloną białą bluzkę i granatowe rybaczki. Na szyi nosiła złoty łańcuszek z potrójnym breloczkiem. Była muskularna i delikatna, jak sarna. Jednym ruchem mógłby ją poderwać do góry.

– Wiem. – Uśmiechnęła się uprzejmie. Żółta chustka siała słoneczny blask wokół jej szyi. – Czy mogłabym już odzyskać moje łokcie?

– Koniecznie?

– Obawiam się, że tak.

Torebka zsunęła się jej z ramienia. Jane uwolniła się z jego rąk i podciągnęła pasek na miejsce, a dziwnie intensywne o tej porze roku słońce zaiskrzyło w brylantowym pierścionku na jej serdecznym palcu, eksplodując znienacka światłem niczym nadepnięta mina.

Niestety, nieszczęścia mają to do siebie, że zawsze spadają jak grom z jasnego nieba.

Tiny, 1966

Kiedy nazajutrz rano wracam z plaży, przy stole śniadaniowym siedzi ojciec Franka i je naleśnika.

– Dzień dobry panu.

Siadam na swoim miejscu. Drzwi na taras są otwarte na oścież, a ciepły wiatr od oceanu przyjemnie owiewa mi plecy.

Teść uśmiecha się znad gazety.

– Dzień dobry, Tiny. Wracasz z porannej przechadzki?

– Zgadł pan. Zresztą, Percy budzi mnie o świcie, domagając się spaceru. – Głaszczę psiaka po łbie, a on układa się u moich stóp z lekkim westchnieniem. – Przyjechał pan w nocy?

– Tak, spędziłem trochę czasu w biurze kampanii, a potem przyjechałem tutaj, kiedy już wszyscy spali. Mam nadzieję, że nie obudziłem nikogo.

– Nie sądzę.

W polu widzenia nie ma jeszcze gosposi, więc sama sięgam po dzbanek z kawą.

– Jak wypadła ceremonia? Oglądaliśmy ją w telewizji, w salonie.

– Wszystko poszło znakomicie. Powinnaś była tam być.

– Lekarze mi odradzili.

Twarz Hardcastle’a seniora smutnieje.

– Naturalnie. Oczywiście, nie miałem na myśli, że powinnaś była tam być. Podróże lotnicze nie zawsze są wskazane. – Sięga nad stołem i głaszcze mnie po ręce, tak jak ja Percy’ego przed chwilą. – Jak się miewasz?

– Znacznie lepiej, dziękuję. Długo pan zostanie?

– Tylko do wieczora, do obiadu, a potem muszę wracać do Bostonu. Kampania rusza na całego. – Mruga porozumiewawczo.

– Frank na pewno docenia pańską pomoc.

– Ma prawo na mnie liczyć, Tiny. Po to właśnie jest rodzina. Jedziemy na jednym wózku. W jedności siła. – Składa pedantycznie gazetę i sięga po filiżankę z kawą. – Domyślam się, że młodzież miała wczoraj własne plany. To znaczy Frank, Cap i twoja siostra.

– Tak?

– W samolocie z Waszyngtonu byli w szampańskich humorach. Dokazywali tak, aż się bałem, że spadniemy. Raczej bym się ich nie spodziewał do południa.

– Muszą się trochę wyszumieć. Majorowi Harrisonowi należy się odrobina rozrywki po tym, co przeszedł. Mam nadzieję, że Frank zabrał go gdzieś, gdzie tętni życie, i dobrze się bawili.

– Nie niepokoi cię, że bawią się bez ciebie?

– Chłopcy to chłopcy, jak mówi moja mama. Trzeba dać im się wyszaleć.

Drzwi wahadłowe z kuchni otwierają się, pchnięte ramieniem pani Crane, która na jednej ręce niesie półmisek śniadaniowy, a w drugiej dzierży parujący dzbanek z kawą. Kratkę pod grzanki nasadziła sobie na kciuk.

– Proszę, panie Hardcastle.

– Dziękuję bardzo, pani Crane.

Kiedy biorę do rąk nóż i widelec, zaczyna mnie swędzieć skóra. Wyraźnie czuję na sobie czyjś wzrok. Odwracam się i przechwytuję spojrzenie teścia. Przygląda mi się bacznie, mrużąc jedno oko, a wiązka zmarszczek rozbiega mu się po policzku.

– O co chodzi? – pytam.

Starszy pan uśmiecha się coraz szerzej, czarującym uśmiechem podobnym do uśmiechu Franka na użytek kampanii. Tego samego uśmiechu, w który Frank oblekł twarz, kiedy prosił mnie o rękę.

– Właściwie o nic. Po prostu jesteś idealną żoną. Szczęściarz z mojego Franka. – Z powrotem bierze gazetę do ręki. – To wielka radość dla nas wszystkich, że dołączyłaś do rodziny.

O pierwszej, kiedy właśnie dobiega końca nieformalny lunch na oszklonej werandzie wychodzącej na ocean, żółty kabriolet Franka zatrzymuje się z wizgiem hamulców, wzbijając fontannę drobnego żwiru.

Obiecałam sobie, że nie dam się ponieść nerwom, nie będę pić ani palić przed przyjazdem Franka, i udało mi się wytrwać w tym postanowieniu przez cały ranek, żeby mąż zastał mnie świeżą, przytomną i pachnącą lemoniadą.

– Witajcie! – wołam melodyjnym głosem, podchodząc do samochodu w lilaróż trapezowej sukience w tańczące małpy, a moje czółenka chrzęszczą na żwirze. Wspinam się na palce, żeby pocałować Franka.

– Dzieńdoberek! – Humor mu dopisuje, jak poprzedniego dnia, choć na zmiętej twarzy i w przekrwionych oczach gołym okiem widać ślady wczorajszej nocy. – Przywitaj się z siostrą.

– Ostrożnie.

Pepper wysiada z samochodu, złożona tylko z połyskliwej skóry rąk i nóg i obcisłej ognistopomarańczowej sukienki. Niepewnym ruchem zdejmuje ciemne okulary.

Pepper ma kaca, najdroższa.

Powiem wam, że nigdy nie kochałam mojej siostry tak, jak w tamtej chwili, gdy gramoliła się z kabrioletu Franka, żeby dołączyć do mnie w gnieździe rodowym mojej nowej rodziny. Opadły mnie wspomnienia – może za sprawą pomarańczowej sukienki, a może wrodzonego wdzięku, z jakim się poruszała – pewnego wieczoru z Pepper i Vivian, przed kilkoma laty z okazji czyjegoś dyplomu, wieczoru, w trakcie którego wypiłam za dużo szampana i nagle okazało się, że stoję w korytarzu obskurnego klubu nocnego przyparta do muru przez bardzo pewnego siebie kolegę Pepper, nie wiedząc, jak się z tego grzecznie wymotać, aż wyrosła przed nami Pepper i zmyła kolesiowi głowę gniewną tyradą: „Możesz sobie wsadzać tego swojego chujka uchlanym uczenniczkom” – czy coś równie mało eleganckiego – „ale od mojej siostry łapy precz, kapewu”?

Koleś oklapł.

Pepper. Ostrzegam, nie należy jej powierzać męża ani chłopaka, ale przed atakami z zewnątrz broni rodziny jak lwica.

Ruszam w jej stronę z wyciągniętymi rękami i ściskam z nieoczekiwanym entuzjazmem. Co więcej, Pepper ściska mnie równie mocno. Całuję ją w policzek i odsuwam się, nie wypuszczając jej z rąk; coś każe mi zadać jej pytanie, którego nigdy dotąd nie zadawałam.

– Wszystko w porządku, Pepper?

Jest taka śliczna, pomimo, a może właśnie dzięki temu, że jest potargana po dwu godzinach jazdy kabrioletem Franklina. Rozchełstanie służy Pepper, inaczej niż mnie. W jej oczach odbija się niebo, nagle jednak dociera do mnie, że są dziwnie rozświetlone.

– W najwyższym porządku, droga siostro – mówi. – Poza tym, że rano nie mogłam nic przełknąć, więc zanim dojechaliśmy do mostu Sagamore, tak zgłodniałam, że byłam skłonna spałaszować ostatnią nogę naszego kuzyna, nie bacząc na jego urok.

Na mojej twarzy musiała się odmalować zgroza, bo Pepper się śmieje.

– Zmyślam. Ale nie pogardziłabym sandwiczem. I wódką z tonikiem, z przewagą wódki. Twój mąż jeździ jak wariat.

– Ja też reflektuję – mówi Frank zza podniesionej klapy kufra; wyjmuje walizki z bagażnika.

– Ale gdzie jest major Harrison?

Nie potrafię powiedzieć tak po prostu: „Caspian”. Udaję, że się rozglądam, jakbym dopiero teraz zauważyła, że nie siedzi w samochodzie Franka.

– Cap? Wysadziliśmy go w sąsiedztwie. Ma uroczy domek. Nie tak piękny jak wasz. – Kiwa głową w stronę Dużego Domu. – Ale też, jako kawaler, biedaczek ma skromniejsze potrzeby.

– Straszna szkoda. Liczyłam na to, że go wreszcie poznam.

Frank staje obok walizek.

– Racja. Zapomniałem, że nie było go na ślubie.

– Na pewno nie było go na waszym ślubie. – Pepper się śmieje. – Myślisz, że przeoczyłabym takie ciacho?

Nawet na kacu Pepper nie byłaby sobą, gdyby nie flirtowała z moim mężem za pomocą dwuznacznych uwag na temat innego mężczyzny. Biorę ją pod rękę i prowadzę do domu, pozostawiając Frankowi taszczenie za nami waliz. Bliskość Pepper dodaje mi odwagi.

– Ale na obiad przyjdzie, jak rozumiem?

– Wypadałoby. Jest przecież honorowym gościem – mówi Frank.

– Jeśli do szóstej się nie stawi, chętnie wpadnę do niego pomóc mu się ubrać – dorzuca Pepper.

Najpierw trzeba zająć się gościem. Prowadzę Pepper na górę do jej sypialni, żeby pokazać łazienkę, garderobę, ręczniki, sole kąpielowe, karafkę z wodą, w której plasterki cytryny leniwie zderzają się z kostkami lodu. Kiedy zaczynam wprowadzać ją w tajniki działania kranów nad wanną, Pepper popycha mnie w kierunku drzwi.

– Już dobrze, dobrze, chyba nie myślisz, że nie potrafię obsłużyć kranu. Idź już, przywitaj się z mężem. Uszczknijcie dla siebie coś z popołudnia. – Puszcza oko.

Najwyraźniej mama nie powiedziała jej o moim poronieniu, albo powiedziała, ale Pepper nie do końca się orientuje w skutkach takiego wydarzenia.

Tak czy owak, mój dobry humor zaczyna przygasać, a kiedy docieram do naszego pokoju i mój wzrok nieuchronnie pada na starannie domkniętą szufladę komody, po wesołości nie ma już śladu.

Frank jest w łazience, woda leci z kranu. Przez uchylone drzwi widzę kłęby pary pod sufitem. Podchodzę do otwartej walizki na łóżku i wyjmuję koszule Franka.

Mój mąż pakuje się bardzo oszczędnie, nigdy nie bierze zbędnych rzeczy, więc prawie wszystkie ubrania są brudne. Wrzucam koszule i bieliznę do kosza. Wieszam pasek i jedwabne krawaty na drążku w jego garderobie, odwieszam pedantycznie marynarki w kolejności od czarnych do jasnoszarych.

Staram się nie zaglądać do kieszeni, bo nie chcę być jak jedna z tych żon, ale kiedy zawracam do walizki, moją uwagę przykuwa błysk metalu. Pewnie spinka do mankietu, myślę, próbując ją wyłowić spomiędzy brudnych skarpetek Franka.

Przedmiot okazuje się nie spinką, tylko kluczem, i to kluczem do drzwi, a nie kluczykiem do skrzynki czy do samochodu. Oglądam go na wszystkie strony. Klucz nie ma żadnej zawieszki ani nie jest przyczepiony do kółka. Wygląda, jakby się wziął ex nihilo, wyskoczył jak Atena z głowy Zeusa.

Przecinam puszysty niebieski dywan i podchodzę do drzwi łazienki, po czym popycham je mocno. Goły do pasa Frank stoi przed lustrem, wodząc srebrną brzytwą po podbródku. Smugi mydła do golenia znaczą jego policzki zarumienione od gorącej wody i rozgrzanego powietrza w łazience. Trzymam klucz w dwóch palcach.

– To twoje, kochanie?

Frank patrzy na moje odbicie i robi wielkie oczy. Odwraca się i jedną ręką wyrywa mi klucz, drugą nadal trzyma brzytwę przy skórze.

– Skąd to masz?

– Z dna twojej walizki.

– Musiał zlecieć z kółka – mówi z uśmiechem. – To klucz do biura sztabu wyborczego. Któregoś wieczoru zasiedziałem się przy pracy.

– Mogę zejść na dół i doczepić go do reszty.

Kładzie klucz na blacie pod lustrem, obok mydła do golenia, i wraca wzrokiem do namydlonej twarzy.

– Nie trzeba. Sam to zrobię.

– Dla mnie żaden problem.

Przykłada z powrotem brzytwę do policzka.

– Sam to zrobię.

Kiedy już prawie opróżniłam walizkę i odłożyłam wszystko na miejsce, skrupulatnie i pedantycznie, Frank skończył się golić i wychodzi z łazienki z ręcznikiem na szyi, odruchowo pocierając podbródek.

– Dziękuję. – Całuje mnie w policzek. Jego skóra jest wilgotna i gładka jak pupa niemowlęcia. – Tęskniłem za tobą, kochanie.

– Ja za tobą też.

– Ślicznie wyglądasz w tej sukience. – Podchodzi do szafy. – Myślisz, że zdążymy pobujać się na jachcie przed obiadem?

– Nie widzę przeszkód, jeśli tylko uda ci się to załatwić z babką. Oczywiście nie może się doczekać, kiedy jej zdasz szczegółową relację z pobytu w Waszyngtonie. Zwłaszcza o tym, jak szaleliście po ceremonii.

Prycha lekceważąco, pogłębiając moją zazdrość.

– Płyniesz ze mną?

– Muszę pomóc przy obiedzie.

Zasuwam zamek wokół pustej walizki. Frank rzuca ręcznik na łóżko i zaczyna się ubierać. Podnoszę ręcznik i zanoszę do łazienki. Frank zapina koszulę. Chwytam walizkę za rączkę.

– Zostaw, ja to zrobię.

Odsuwa moją rękę i podnosi walizkę. Nie jest ciężka, ale sam gest dowodzi pewnej rycerskości, więc myślę o tym, jaką jestem szczęściarą, że mam męża, który zawsze służy pomocą, kiedy trzeba dźwignąć coś nieporęcznego. Który zawsze proponuje swoją marynarkę, kiedy nagle zerwie się wiatr. Wstawia walizkę do garderoby, obok butów, a tymczasem ja stoję przy łóżku, napawając się dekadenckim zapachem hiacyntów nie w sezonie. Jako żona powinnam teraz coś powiedzieć, ale nie wiem co.

– Jak się jechało?

– Całkiem, całkiem. Nie było wielkiego ruchu na drodze.

– A twój kuzyn? Dobrze zniósł podróż?

– On ma na imię Cap, Tiny – poprawia mnie z uśmiechem Frank. – Możesz tak się do niego zwracać. Albo Caspian, jeśli wolisz, jak to ty, nie spoufalać się zbytnio.

– Caspian – powtarzam, wygładzając różową sukienkę.

– Nie zdążyłaś go poznać. To równy gość. Naprawdę. Wiem, że wygląda onieśmielająco, ale to typ spokojnego olbrzyma. Facet jak inni. Lubi piwo i hamburgery.

– Rozumiem. Zwykły amator piwa, który dziwnym trafem został wczoraj odznaczony Medalem Honoru za bohaterstwo w Wietnamie. – Silę się na uśmiech. – Wiadomo, ilu zabił?

– Pewnie wielu. Ale to wojna, kochanie. Raczej nie zerwie się od stołu, żeby ustawić w jadalni gniazdo karabinu maszynowego.

– Jasne. Tyle tylko, że… wiesz… Wszyscy go znają i całe przyjęcie pewnie będzie się kręcić wokół niego…

– Spokojnie. To tylko nerwy. W końcu obiad dla całej rodziny to nie lada wyczyn.

Robi krok w moją stronę. Jego włosy, gładko zaczesane na brylantynę, łapią refleksy popołudniowego słońca odbitego od powierzchni oceanu.

– Co ty pleciesz?

Frank mnie obejmuje.

– Pójdzie ci jak z płatka, kochanie. Jak zwykle.

Pachnie brylantyną i mydłem. I pastą miętową, która tuszuje nikotynowy sztynk w oddechu. Musieli palić w drodze z Nowego Jorku, Frank i Pepper, a Caspian, który nie pali, siedział na przednim siedzeniu, patrząc przed siebie.

Frank całuje mnie w usta.

– Jak się czujesz? Przyszłaś już do siebie?

– Dobrze. Jeszcze nie całkiem, ale czuję się dobrze.

– Wybacz, że zaraz po tym musiałem jechać.

– Nie rób sobie wyrzutów. Nie spodziewałam się, że Ziemia przestanie się kręcić z tego powodu.

– Spróbujemy znów, kiedy wszystko wróci do normy. Przyprawimy ci brzuszek.

– Tylko mi nie mów, że tym razem się przyjmie, bo ci dam klapsa.

– Babcia jest nieznośna. – Śmieje się.

– Ta niemożliwa płodność waszej rodziny. Nie uwierzysz, ale w tym tygodniu doliczyłam się tutaj co najmniej czworga bobasów.

Frank przygarnia mnie do siebie.

– Tak mi przykro. Jesteś niesamowicie dzielna, Tiny.

– Nic się nie stało. Nie mogę przecież mieć pretensji do innych o to, że urodziły im się dzieci.

Frank wzdycha tak ciężko, że przez chwilę stoję na palcach, podjeżdżając z jego piersią do góry.

– Kochanie, wiem, że to żadna pociecha, ale obiecuję ci, że doczekamy się własnego dzidziusia. Będziemy nad tym pracować, a jeśli trzeba, zaprzęgniemy najlepszych lekarzy do roboty.

Jest taki dobry. Rozklejam się. Wycieram kciukiem kącik oka, żeby mu nie pobrudzić koszuli rozmazanym tuszem do rzęs.

– Jasne.

– Nie płacz, kochanie. Zrobimy wszystko, co się da.

– Nie, nie, ja tylko… ja tylko…

Ja tylko strasznie chcę mieć dziecko. Na własność. Kogoś tylko dla siebie, z kim łączyłaby mnie czysta, nieskomplikowana miłość. Gdy pojawi się dziecko, skończą się moje problemy, bo nic nie będzie się liczyć poza nim.

– Wiem, maleńka. Wiem.

Gładzi mnie po plecach. Czuję przez pończochę, że coś wilgotnego trąca mnie w kostkę, i orientuję się, że Percy zeskoczył z łóżka, żeby pocieszyć moją nogę. Ciało Franka grzeje mnie przez koszulę, właściwie parzy, i nagle dociera do mnie, że to ja jestem zlodowaciała. Biorę się w garść, ale nie odsuwam od Franka. Wolę, żeby nie widział mojej twarzy.

– Już dobrze?

Puszcza mnie i cofa się nieznacznie.

– Tak. Lepiej. – Mimo to tulę się do niego, bo jeszcze nie jestem gotowa pożegnać się z jego ciepłem. – Opowiedz mi coś o twoim kuzynie.

– O Capie.

– O Capie. Ma, zdaje się, siostrę, prawda?

– Tak, ale została w San Diego. Wakacje jej córek zaczynają się dopiero w przyszłym tygodniu.

– A tak ogólnie, to u niego wszystko w porządku? Pozbierał się po tamtej… historii?

– Na to wygląda. Cap to Cap i już. No, może trochę zamknął się w sobie.

– Powinnam coś o nim wiedzieć? Ma jakieś ograniczenia ruchowe? – Biegnę wzrokiem w stronę szuflady w komodzie. – Kłopoty finansowe?

– Kłopoty finansowe? – Frank ze zdziwieniem unosi brwi. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Po prostu wolałabym uniknąć jakiegoś nietaktu. A wiem, że twoi kuzyni bywają różnie sytuowani.

Głaszcze mnie, a potem odsuwa od siebie.

– O ile wiem, wiedzie mu się nie najgorzej. Oboje rodzice już umarli, zatem odziedziczył ich pieniądze. Nie wiem, ile tego było. Tak czy owak, nie jest przesadnie rozrzutny.

– Skąd wiesz?

– Nie zapominaj, że szalałem z nim dzisiaj w nocy. Można się niejednego dowiedzieć o mężczyźnie, kiedy spędza się z nim wspólną noc w mieście.

Puszcza do mnie oko i zawraca do garderoby, nuci coś pod nosem. Widząc niepokój w oczach Percy’ego, który szura ogonem po dywanie, klękam i przytulam go do siebie. Frank, nie przestając gwizdać, wkłada stare buty żeglarskie i wsuwa pasek w szlufki spodni.

„Bierz tylko to, co najlepsze”, mawiała moja matka, grzechocąc lodem w popołudniowym drinku, a ja jej nie posłuchałam i poprzestałam raptem na bardzo dobrym. Frank jest naprawdę fantastyczny. Wystarczy na niego spojrzeć. Czyż nie mam szczęścia, że jest w takiej świetnej formie, podczas gdy tylu mężów się zapuszcza, a radość z udanego pożycia tak ich rozsadza, że mają brzuchy wydęte jak balony? Mój Frank prowadzi aktywny tryb życia. Co dzień chodzi do biura na piechotę, żegluje, pływa, gra w golfa i uprawia te sporty, które wypada uprawiać, czyli te z rakietą. Smukły, sprawny, metr osiemdziesiąt bez obcasów, sylwetka urodzonego tenisisty i niemal wklęsły brzuch. Jest na co popatrzeć, kiedy wychodzi na kort albo pływa w basenie, dyskretnie ulokowanym w zakolu podjazdu, niewidocznym ani z jego końca, ani z plaży.

Zamyka drzwi garderoby.

– Jesteś pewna, że nie chcesz trochę ze mną popływać?

– Nie, dzięki. Nie oglądaj się na mnie.

Wstaję z klęczek, nadal miętosząc w palcach jedwabiste ucho Percy’ego.

W drodze do drzwi Frank zatrzymuje się, żeby raz jeszcze pocałować mnie w policzek, a ja, sama nie wiem czemu – może z powodu fotografii spoczywającej na dnie mojej szuflady, klucza z walizki Franka, przyjazdu Pepper, obecności babki, naszego nienarodzonego dziecka czy diabli wiedzą czego – czepiam się kurczowo ręki męża na moim ramieniu.

Odsuwa się, żeby spojrzeć mi w oczy.

– Wszystko w porządku, kochanie?

Wśród całego zestawu równoległych światów nie ma takiego, w którym mogłabym mu wyznać prawdę. Percy kładzie się przy mojej nodze, pacając ogonem w dywan, i patrzy na nas z niezachwianą nadzieją, że stanie się cud i któremuś z nas z ręki nagle wypadnie herbatnik.

– Wszystko w porządku – mówię radośnie, skubiąc perły przy szyi. – Aperitify o szóstej. Postaraj się nie zapomnieć.

Frank odpowiada pokrzepiającym, śnieżnobiałym uśmiechem w otoczce mięty. Podnosi moją dłoń do ust i całuje.

– Jakżebym mógł zapomnieć?

Caspian, 1964

Przez dwa następne dni omijał kafeterię. Jednak trzeciego przyszedł o wpół do dziesiątej, zamówił kawę i po kwadransie wyszedł w nędznym humorze. Spędził dzień, fotografując włóczęgów wokół nabrzeża Long Wharf, a wieczorem poderwał dziewczynę w barze i poszedł z nią do jej pokoju w Charlestown. Nalała im po kieliszku jägermeistera i zaczęła mu rozpinać koszulę. Neon za oknem rzucał różowo-niebieskie refleksy na jego skórę.

– Ojej, to blizna? – spytała, dotykając jego pleców.

Patrzył z góry na jej sztuczne rzęsy, rozmazaną szminkę, obwisłe piersi wylewające się niechlujnie z biustonosza. Odstawił nietknięty kieliszek i wyszedł z mieszkania.

Daleko mu było do świętego, ale nie potrafił zerżnąć na zimno dziwki, nie tutaj, w Bostonie, gdzie nie było wojny.

Czwartego dnia odwiedził swoją babkę w Brookline, w jej eleganckim domu z cegły, wypełnionym wonią lilii i pasty do podłóg.

– Nareszcie. – Nadstawiła mu pergaminowy policzek. – Jadłeś śniadanie?

– Dawno temu.

Pocałował ją i podszedł do okna.

Wysadzana drzewami uliczka tonęła w promieniach słońca. Prognozowano koniec fali upałów, a koniec, jak wiadomo, zawsze był najgorszy. Młode zielone liście więdły w żarze buchającym z chodników. Lśniący czarny cadillac przemknął za szybą, ale okna babki były tak szczelne, że do wnętrza nie docierał warkot silnika. A może on zaczynał głuchnąć, bo zbyt często słyszał huk.

– Strasznie wcześnie wstajesz. Pewnie nauczyli cię tego w wojsku.

– Zawsze byłem rannym ptaszkiem, babciu.

Odwrócił się od okna. Babka siedziała na swoim ulubionym fotelu z wzorzystym obiciem, obok półki z książkami, upudrowana i nieskazitelna w sukni koloru lilaróż, zgranej w tonacji z barwą ukochanego mebla.

– Masz to chyba po ojcu. Twoja matka zawsze sypiała do południa.

– Muszę ci wierzyć na słowo.

– Możesz mi wierzyć. – Sięgnęła po dzwonek na małym stoliczku z chińską porcelaną i zadzwoniła krótko i zdecydowanie. Babka nie należała do osób skłonnych do nurzania się w żalu, nawet po najstarszej córce. – Co cię sprowadza do twojej staruszki?

– Nic, poza tym, że niedługo wylatuję na kolejną misję.

Skrzywiła się z dezaprobatą.

– Czemu, na Boga?

– Ponieważ jestem żołnierzem, babciu. To mój zawód.

– Jest wiele innych rzeczy, które mógłbyś robić. O, Hetty, jesteś wreszcie. Zrób kawę mojemu wnuczkowi. Jest już po śniadaniu, ale na pewno nie pogardzi odrobiną ciasta dla osłody.

Ciekawe. Czyżby jego dola naprawdę była gorzka?

Odczekał, aż Hetty wyjdzie za drzwi.

– Na przykład co, babciu? Co takiego mógłbym robić?

– No wiesz, mógłbyś pracować w firmie wuja. Albo skończyć prawo. Chciałam powiedzieć medycynę, ale chyba jesteś już za stary na zabawę w te klocki, nie mówiąc o tym, że mamy lekarza w rodzinie.

– Innymi słowy wszystko, tylko nie wojsko? – Stał z założonymi rękoma, oparty o półkę z książkami. – Wszystko, bylem nie poszedł w ślady mojego ojca.

– Tego nie powiedziałam. W końcu Eisenhower też był w wojsku.

– Niech babcia sobie daruje. Nie każdy z nas musi być kimś wybitnym.

– Nic takiego nie powiedziałam.

– Ale ten uśmiech babcię zdradził. Niestety, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Chodziłem do college’u, i proszę, jak skończyłem. – Rozłożył bezradnie ręce. – Obawiam się, że musi mnie babcia zaakceptować z całym dobrodziejstwem inwentarza. Każda rodzina ma swoją czarną owcę. To nam dodaje klasy. Prasa to kocha. Niech tylko babcia sobie wyobrazi, jak telewizja będzie się ślinić, jeśli Frank wygra wybory prezydenckie.

– Co ty opowiadasz! Nie jesteś żadną czarną owcą, wystarczy na ciebie spojrzeć. – Wycelowała gniewnie palec w stronę jego potężnej sylwetki opartej o rzędy książek. – Martwię się o ciebie, to wszystko. Wyjeżdżasz na drugi koniec świata, w dodatku do tego całego Syjamu.

– Wietnamu.

– Dobrze, że chociaż po to, aby walczyć z komunistami.

– Ktoś to musi robić.

Drzwi się otworzyły i bezszelestnie weszła Hetty, pochylona nad ciężką tacą. Odszedł od półek, żeby przejąć ją od gosposi. Zawsze drażnił go widok służby wnoszącej na jego cześć tace uginające się od kawy i ciasta. W kolejnych miejscach, do których przenoszono ojca, tacę przynajmniej wnosili młodzi, krzepcy żołnierze, zadowoleni, że kazano im nieść tylko kawę, a nie granaty. Dzięki tej drobnej różnicy cała sytuacja stawała się dla Capa nieco bardziej znośna.

– Dziękuję, Hetty – odprawiła służącą babka. – Jak ci idzie ten twój biznes ze zdjęciami? – zwróciła się do Capa.

– To nie jest biznes, tylko hobby. W dodatku nieszczególnie prestiżowe, jak chyba wiesz.

Skinęła, żeby się odsunął, i sama nalała mu kawy.

– Franklin mówi, że fotografia jest sztuką, jak malarstwo.

– To nie to samo, co malarstwo. Choć… chyba do pewnego stopnia jest sztuką. W razie czego możesz tak mówić swoim znajomym.

Wziął filiżankę z rąk babki i z powrotem oparł się o półki.

– Ty chyba, chłopcze, nie potrafisz usiąść.

– Nie, jeśli tylko mogę tego uniknąć.

– Moim zdaniem to właśnie jest źródłem twoich problemów.

Skrzywił się i podniósł filiżankę do ust.

Chrząknęła pobłażliwie, tym swoim starczym „chrrmff”. Podejrzewał, że kiedy miała dwadzieścia wiosen – a oglądał jej zdjęcia jako dwudziestolatki, na swawolnym przyjęciu w Nowym Jorku; no, Edith Wharton to ona nie była – nie uwierzyłaby, że kiedyś będzie wydawać tego rodzaju odgłosy.

– Nie wiem, z czego się znowu śmiejesz. A co z dziewczętami? Domyślam się, że jak zwykle jedna za drugą zabiegają o twoje względy.

– Niespecjalnie. Babcia nie zapomina, że jestem tutaj dopiero od kilku tygodni.

– Dla mężczyzn w naszej rodzinie to nie stanowi przeszkody. – Zadarła dumnie podbródek.

– I z tego jesteś dumna?

– Mężczyźni zawsze będą mężczyznami, a dziewczęta dziewczętami. Tak już nas Bóg stworzył.

Pokiwał głową. Ściskał w dłoni filiżankę… Jak łokieć Jane Doe.

– Właściwie to chyba jest taka jedna…

Ledwie wypowiedział te słowa, dotarło do niego, że to właśnie przez tę „taką jedną” wybrał się w upalny majowy poranek do pachnącego liliami Brookline, do domu z meblami o wzorzystych obiciach i porcelaną malowaną w sceny pasterskie, a przede wszystkim do babki, która odkąd pamięcią sięgał, w ogóle się nie zmieniała.

„Jane Doe. Co z nią robić? Co robić z samym sobą?”.

– Jak się nazywa? – spytała babka.

Skrzywił się znowu.

– Nie wiem. Zamieniłem z nią raptem trzy słowa.

– Jak to?

– Chyba jest zaręczona.

– Zaręczona czy zamężna?

– Chyba zaręczona. Nie miała obrączki. Zresztą, nie wyglądała na mężatkę.

– Cóż, jeśli jest tylko zaręczona, to żaden problem. – Dosypała sobie do kawy kolejną łyżeczkę cukru; srebro brzęknęło kosztownie o miśnieńską porcelanę. – W jakim jest typie?

– Ładnym.

– Z dobrej rodziny?

– Mówiłem przecież, że nie wiem, jak się nazywa.

– Dowiedz się.

– Do diabła! Babciu…

– Jak ty się wyrażasz?!

Odstawił kawę i pomaszerował do okna.

– Sam nie wiem, po co tu, do diabła, przyszedłem.

– Nie przeklinaj! Możesz się wyrażać, jak chcesz, w tym twoim… plutonie, ale nie u mnie w domu.

– Tak, psze pani.

– Już dobrze. A teraz, wracając do sprawy. Po co tutaj przyszedłeś? To jasne: przyszedłeś się mnie poradzić.

– I co mi babcia radzi? – rzucił w okno, w pustą uliczkę za szybą, w ścianę złożoną z identycznych bielonych cegieł w georgiańskim stylu po drugiej stronie jezdni.

Szczęknęło srebro. Babka ukroiła sobie kawałek ciasta i skosztowała.

– Dziwi mnie, mój drogi, to, jak wasze pokolenie niepotrzebnie komplikuje pewne sprawy. Ważne tylko, żebyś przed wykonaniem pierwszego ruchu zadał sobie jedno pytanie.

– Mianowicie?

– Czy chcesz się z nią ożenić, czy zabawić?

Spomiędzy drzew po drugiej stronie ulicy wyłonił się listonosz ubrany w krótkie spodenki; wyglądał, jakby miał zaraz paść trupem.

Caspian bawił się brzegiem wzorzystej zasłony, dumając nad słowem „zabawić” i niedbałym tonem babki. Co, u licha, mogła wiedzieć na temat zabawiania się z dziewczętami? Wolał o tym nie myśleć. Chryste!

– I nie ma żadnego wariantu pośredniego?

– Nie – odparła z dezaprobatą.

– Rozumiem. I co dalej?

– Cóż, to zależy. Jeśli chcesz się zabawić, podchodzisz do niej, przedstawiasz się i zapraszasz ją na obiad.

– To proste. A w drugim przypadku?

Odstawiła talerzyk. Dom, pogrążony w martwej ciszy, podobnej jak na zewnątrz, zdawał się pusty i wymarły po tym, jak kolejno wyfrunęło z niego ośmioro wychowanych przez nią dzieci, a mąż przebywał w biurze w śródmieściu, pod którą to nazwą kryło się mieszkanie kochanki. Babka była ostatnim reliktem, ostatnim świadkiem minionej świetności tej dzielnicy. Podłoga pod dywanem zaskrzypiała, kiedy wstała z fotela i ruszyła w jego stronę w żółwim tempie, jak listonosz za oknem.

Położyła mu rękę na ramieniu, co przyjął ze stoickim spokojem.

– Jak to co, mój miły? Podchodzisz do niej, przedstawiasz się i zapraszasz ją na obiad.

Tiny, 1966

O wpół do szóstej przesuwam do góry okno w sypialni i wychylam się na zewnątrz, żeby poszukać wzrokiem męża.

Upalne powietrze jest przesiąknięte solą.

Na plaży roi się od latorośli Hardcastle’ów w najróżniejszym wieku, ganiają po piasku w skąpych opalaczach. Czy może raczej baraszkują. Gromadka młodszych buduje łopatkami wielki zamek z piasku pod okiem jednego czy dwóch tatusiów; nastolatki ganiają się, chłopcy kontra dziewczęta, fundując sobie ten dziwny, nowy dreszcz pod płaszczykiem zabawy. Pewnie robiłam to samo, gdzieś między trzynastym a szesnastym rokiem życia, w trakcie Schuylerowskich wakacji na Long Island. A jeśli nie ja, to moje siostry, a ja przyglądałam się im spod parasola, który chronił mnie przed piegami, oparzeniem słonecznym i burzą hormonów pokwitających chłopców. Nie rozmieniałam się na drobne, tak sobie przynajmniej wmawiałam, ponieważ moja mama chciała dla mnie czegoś lepszego. Lepszego niż pierwszy z brzegu pryszczaty dziedzic rodowej fortuny.

Dym sączy się spomiędzy moich palców – drugi powód, żeby otworzyć okno – zaciągam się pospiesznie, zanim ktoś spojrzy w górę.

Z siódemki żyjących dzieci Hardcastle’ów, sześcioro jest tu dziś wraz z małżonkami, a równo trzynaścioro kuzynów i kuzynek Franka zatrzymało się w okładanych gontem i kamieniami domkach na terenie posiadłości, którą media okrzyknęły bastionem, jakbyśmy stanowili odrębną jednostkę terytorialną otoczoną murem warownym. Znam imię każdego z przybyłych, co należy do moich zadań. „Jesteś teraz panią domu”, oznajmiła babka Hardcastle, kiedy po raz pierwszy dołączyliśmy do nich na Cape Cod, już po ślubie. Był sierpień, przed tygodniem wróciliśmy z podróży poślubnej. Panowały wściekłe upały. Pod naszą nieobecność babka wyprowadziła się ze swoich pokoi. „Teraz ty jesteś panią domu”, powiedziała przy powitalnym kieliszku, a w jej głosie brzmiała nuta triumfu.

Ale myślałam, że mi się tylko wydaje.

„Teraz ty tu rządzisz” – ciągnęła. „Rób wszystko według własnego uznania. Obiecuję się nie wtrącać, chyba że poprosisz mnie o pomoc”.