Małe rączki - Andrés Barba - ebook
NOWOŚĆ

Małe rączki ebook

Andrés Barba

4,0

Opis

Małe rączki opowiadają historię dziewczynki, która po nagłej śmierci rodziców trafia do domu dziecka. Barba z jednej strony penetruje doświadczenie dziecięcej traumy, z drugiej opisuje, jak w zderzeniu z osobą, która wie, czym jest utrata i ma wspomnienia z innego świata, puste i ułomne zaczynają czuć się dzieci, dla jakich do tej pory sierociniec był wszystkim. Przybycie Mariny oznacza utratę pierwotnego raju. Porównanie z kimś tak innym niszczy symbiotyczną jedność grupy. „Pierwszy raz niektóre poczuły się grube albo brzydkie, poczuły, że są ciałem i tego ciała nie da się zmienić. Tak jak pojawiała się ona, pojawiałyśmy się my; te dłonie, te nogi, teraz wiedziałyśmy, że takie jesteśmy i nie sposób od tego uciec”. Ceną za poczucie odrębności jest cierpienie.

Marina jawi się niczym przybyszka z kosmosu. Zadomowione w sierocińcu dziewczynki podziwiają ją i się jej boją. Pożądają ją i jej nienawidzą. Ona sama podejmuje rozpaczliwe próby, by na powrót zejść na ziemię. Barba w sobie tylko znany sposób – obrazem, metaforą, rytmem zdań – opisuje sprzeczne uczucia i skomplikowane myśli, jakie są udziałem dzieci, które nie potrafią jeszcze ich werbalizować. Ma, jak pisze w posłowiu do polskiego wydania Ewa Modzelewska–Kossowska, „wyjątkową zdolność obdarzenia nieświadomości językiem”. A jednocześnie daje nam przeszywająco odczuć rzeczywistość pozajęzykową. W Małych rączkach pokazuje, jak milczkiem niepohamowana zachłanność na życie przepoczwarza się w mordercze impulsy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 81

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (23 oceny)
8
9
3
3
0

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu hisz­pa­ńskie­go: Las ma­nos pe­qu­eñas

© An­drés Bar­ba, 2008

© EDI­TO­RIAL ANA­GRA­MA, S. A., 2008

Pe­dró de la Creu, 58

08034 Bar­ce­lo­na

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Fil­try, 2021

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ka­ta­rzy­na Okra­sko, 2021

Pro­jekt okład­ki: Mar­ta Ko­na­rzew­ska / Ko­na­rzew­ska.pl

Ilu­stra­cje: Mar­ta Ko­na­rzew­ska / Ko­na­rzew­ska.pl

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Wie­le­ży­ńska

Re­dak­cja: Ewa Po­la­ńska / Pra­cow­nia 12A

Ko­rek­ty: Pra­cow­nia 12A

ISBN 978-83-960609-1-4

Wy­daw­nic­two Fil­try sp. z o.o.

ul. Fil­tro­wa 61 m. 13

02-056 War­sza­wa

e-mail: re­dak­[email protected]­daw­nic­two­fil­try.pl

www.wy­daw­nic­two­fil­try.pl

Skład i kon­wer­sja do eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­bło­ński / jjpro­jekt.pl

Dla Ma­ri­ny i Te­re­sy, któ­re były dziew­czyn­ka­mi ja­sny­mi i mrocz­ny­mi, zu­pe­łnie jak te

I do­pie­ro kie­dy lal­ka była tak zde­for­mo­wa­na, że prze­sta­ła przy­po­mi­nać ludz­kie dziec­ko, dziew­czyn­ka za­częła się nią ba­wić.

Ano­ny­ma, Ko­bie­ta w Ber­li­nie

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jej oj­ciec zgi­nął na miej­scu, a mat­ka uma­rła w szpi­ta­lu. „Tata zgi­nął na miej­scu, a mama jest w śpi­ącz­ce”, tak wła­śnie brzmia­ło zda­nie, któ­re usły­sza­ła Ma­ri­na, to pierw­sze, któ­re usły­sza­ła. Mo­gła nie­mal po­ło­żyć dłoń na wszyst­kich wy­pu­kło­ściach tej fra­zy, fra­zy brze­mien­nej w skut­ki i nie­zro­zu­mia­łej.

„Tata zgi­nął na miej­scu, a mama jest w śpi­ącz­ce”.

Usta, któ­re wy­ma­wia­ją to zda­nie, nie za­trzy­mu­ją się ani na chwi­lę. Roz­brzmie­wa szyb­ko i su­cho. Do­cie­ra do uszu na ty­si­ąc ró­żnych, zu­pe­łnie nie­prze­wi­dzia­nych spo­so­bów, cza­sem bez ostrze­że­nia. Jak deszcz, któ­ry nie­spo­dzie­wa­nie pada na pola. Ma­ri­na na­uczy­ła się wy­po­wia­dać je, nie oka­zu­jąc smut­ku, tak jak­by przed­sta­wia­ła się nie­zna­jo­mym, jak­by mó­wi­ła: mam na imię Ma­ri­na i mam sie­dem lat, „Mój oj­ciec zgi­nął na miej­scu, a mat­ka uma­rła w szpi­ta­lu”.

Jej war­gi nie po­ru­szy­ły się pra­wie wca­le, kie­dy sko­ńczy­ła mó­wić, za­ma­rły w bez­ru­chu, war­ga gór­na nie­co wy­su­ni­ęta nad dol­ną. Ale to nie jest ża­den gry­mas. Kie­dy wy­po­wia­da to zda­nie, cza­sem jest po­wol­ne, jak­by przy­cho­dzi­ło z da­le­ka. Jak­by to ono wy­bra­ło ją, a nie ona wy­bra­ła zda­nie. Dziw­ny po­wrót do domu i do przed­mio­tów, któ­re na ten dom się skła­da­ły. Pach­nie. Wy­miar zda­nia strze­la w górę, roz­pry­sku­je się wo­kół, za­gęsz­cza­jąc at­mos­fe­rę. Sta­je się rze­czą. Rze­czą raz na za­wsze ukry­tą, dla­te­go trze­ba po­wie­dzieć:

„Mój oj­ciec zgi­nął na miej­scu, a mat­ka uma­rła w szpi­ta­lu”, i wró­cić przez tę myśl do in­nej, praw­dzi­wej, po­wol­nej my­śli o wy­pad­ku. Nie ma nic po­wol­niej­sze­go, nic bar­dziej kru­che­go. Naj­pierw był to od­głos szo­sy pod ko­ła­mi, głu­chy, mor­ski od­głos szo­sy i do­tyk tyl­ne­go sie­dze­nia, w któ­rym z po­cząt­ku wca­le nie wy­czu­wa­ło się nie­bez­pie­cze­ństwa.

Se­kun­dę po­tem wszyst­ko się roz­trza­ska­ło. Co ta­kie­go? Lo­gi­ka. Jak ar­buz o podło­gę, za jed­nym ude­rze­niem. Za­częło się od szcze­li­ny na sie­dze­niu, na któ­rym sie­dzia­ła, ten do­tyk nie był już tym sa­mym do­ty­kiem, uścisk pa­sów bez­pie­cze­ństwa stał się mor­der­czy. Wcze­śniej, na dłu­go przed krak­są, czu­ła jak wie­le in­nych razy mi­ęk­ko­ść sie­dze­nia, ta­pi­cer­ki w bar­dzo cien­kie bia­łe prążki, w któ­rych na­gle za­szła ja­kaś zmia­na. Głos mamy do taty:

„Nie wy­prze­dzaj”.

I po­tem szcze­li­na w sie­dze­niu, któ­ra na po­wrót po­chła­nia­ła głu­chy od­głos szo­sy pod opo­na­mi przy­spie­sza­jące­go sa­mo­cho­du.

Ude­rze­nie było bru­tal­ne.

Sa­mo­chód prze­le­ciał nad pa­smem zie­le­ni dzie­lącym szo­sę na pół, przeda­cho­wał przez prze­ciw­le­gły pas ru­chu i roz­bił się o ska­ły na po­bo­czu. I cała ta sce­na, któ­rą Ma­ri­na pa­mi­ęta­ła do­kład­nie jesz­cze czte­ry mie­si­ące po wy­pad­ku, ro­dzi­ła się z pręd­ko­ści, była czy­stą pręd­ko­ścią. Nic w niej nie było wi­dać, nie dało się jej zgłębić.

Była też dźwi­ękiem. Ha­ła­sem gwa­łtow­nym, choć od­da­lo­nym od wy­da­rze­nia, któ­re było jego przy­czy­ną. Dźwi­ękiem pu­stym i nie­ci­ągłym, któ­ry wy­bu­chał i na­tych­miast mil­kł w od­da­li, nie­zdol­ny się utrzy­mać ani prze­trwać, a jed­nak to­wa­rzy­szył sa­mo­cho­do­wi prze­la­tu­jące­mu nad pa­sem i lądu­jące­mu na da­chu.

Sa­mo­chód spa­dał, a tam, gdzie spa­dł, prze­cho­dził prze­mia­nę. Sa­mo­chód sta­wał się miej­scem. Wów­czas jak ni­g­dy wcze­śniej ko­niecz­nie trze­ba było od­wo­łać się do zda­nia. Jak­by wy­łącz­nie ono spo­śród wszyst­kich, ja­ki­mi mo­żna by opi­sać wy­pa­dek, mia­ło zdol­no­ść utrwa­le­nia tego, co nie mo­gło zo­stać utrwa­lo­ne, co wi­ęcej, jak­by tyl­ko to zda­nie uka­za­ło się spo­śród wszyst­kich mo­żli­wych, tak bar­dzo pod ręką, tak ła­two zro­zu­mia­łe, żeby una­ocz­nić coś, cze­go nie dało się po­znać.

A po dźwi­ęku ci­sza. Nie brak dźwi­ęku, tyl­ko ci­sza. Ci­sza, któ­ra nie była nie­obec­no­ścią ani za­prze­cze­niem, ale czy­mś po­zy­tyw­nym, i spra­wia­ła, że to, co przed chwi­lą było ela­stycz­ne i szyb­kie, sta­wa­ło się na po­wrót sta­łe; me­ta­licz­ny po­smak w gar­dle, pra­gnie­nie.

Ma­ri­na pa­mi­ęta, że po­czu­ła pra­gnie­nie na­tych­miast po tym, jak wszyst­ko za­ma­rło. Doj­mu­jące pra­gnie­nie, będące częścią ci­szy i bez­ru­chu, któ­re nie zo­sta­ło uga­szo­ne na­wet wte­dy, kie­dy po­czu­ła dło­nie roz­pi­na­jące jej pasy bez­pie­cze­ństwa, zo­ba­czy­ła twarz tej kor­pu­lent­nej ko­bie­ty z wło­sa­mi po­far­bo­wa­ny­mi na blond, usły­sza­ła tam­ten inny męski głos:

– Nie do­ty­kaj jej gło­wy, zo­staw ją tak, jak sie­dzi, nie do­ty­kaj jej gło­wy.

Ma­ri­na po­wie­dzia­ła:

– Wody.

Po­wie­dzia­ła „wody”, jak my­śli się o wo­dzie, kie­dy się od­kry­wa, że ludz­kie cia­ło jest zbu­do­wa­ne pra­wie wy­łącz­nie z tej sub­stan­cji, abs­trak­cyj­nej wody, za­sty­głej w sta­nie sta­łym.

– Ko­cha­nie? Wszyst­ko do­brze? Sły­szysz mnie?

Kor­pu­lent­na ko­bie­ta z tle­nio­ny­mi wło­sa­mi po­chy­la­ła się te­raz tro­chę bar­dziej, z bu­tel­ką w ręku.

Ma­ri­na wi­dzia­ła wszyst­kie czar­ne od­ro­sty na jej gło­wie, ale nic nie utrwa­la­ło się w niej; ani ciecz, któ­rą dali jej do pi­cia, ani me­ta­licz­ny smak krwi na dzi­ąsłach, ani od­ro­sty kor­pu­lent­nej ko­bie­ty, mia­ła wra­że­nie, że w środ­ku cała jest z bło­ta, wszyst­ko było ta­kie mi­ęk­kie, bez­kszta­łt­ne i śli­skie.

– Gło­wę chy­ba ma całą, za to jest ran­na w rękę.

Roz­mo­wa do­cie­ra­ła do niej te­raz jak­by wy­ci­szo­na. Po­czu­ła dłoń ma­ca­jącą jej kark i scho­dzącą wol­no po ple­cach, to był ja­kiś inny czło­wiek, miał wiel­kie dło­nie, mó­głby roz­łu­pać ją na pół, gdy­by chciał, a jed­nak jego do­tyk oka­zał się de­li­kat­ny.

– Ma dro­żne dro­gi od­de­cho­we.

– Jak masz na imię?

– Ma­ri­na.

– Mo­żesz się ru­szać, Ma­ri­no?

– Tak.

– Spró­buj po­ło­żyć się na no­szach.

Pod­nio­sły ją tam­te ra­mio­na i po raz pierw­szy po­czu­ła ból. Elek­trycz­ny im­puls, któ­ry prze­bie­gł po ca­łym jej tu­ło­wiu, a po­tem ustąpił, za­skle­pia­jąc się, jak pra­gnie­nie. Nie mo­gła ru­szać lewą ręką.

– A to bia­łe, co to jest?

– To że­bra.

Unio­sła się nie­co i zo­ba­czy­ła wiel­ką ranę: nie­ru­cho­mą rękę, roz­ci­ętą skó­rę, cia­ło otwar­te jak­by jed­nym ci­ęciem, skó­ra opa­da­jąca obok jak we­lon, że­bra. Trze­ba było do­ko­pać się do zda­nia, któ­re by ją za­bli­źni­ło, do zda­nia, któ­re zda­wa­ło się zni­kać:

– Ma­ri­no, twój oj­ciec zgi­nął na miej­scu, a two­ja mat­ka uma­rła przed chwi­lą.

Obok niej le­ża­ły le­kar­stwa przy­go­to­wa­ne na ewen­tu­al­ny atak pa­ni­ki, lecz ten nie na­stąpił. Ma­ri­na wci­ąż przy­gląda­ła się zda­niu, jak­by to był sa­mo­lot od­rzu­to­wy, przez całą szpi­tal­ną salę śle­dzi­ła bia­ły ślad po nim. Dziew­czyn­ka nie za­ła­mu­je się, nie pła­cze, nie re­agu­je. Sta­ły przy niej trzy oso­by, dwie ko­bie­ty i mężczy­zna, w bia­łych ki­tlach i czar­nych bu­tach, trzy oso­by ma­jące ręce, nogi i tę fan­ta­stycz­ną, nie­mal ma­gicz­ną wła­ści­wo­ść, jaką Ma­ri­na za­wsze przy­pi­sy­wa­ła do­ro­słym; ale w tych oso­bach było coś, co osta­tecz­nie za­mknęło dro­gę ja­kiej­kol­wiek ma­gii. Ocze­ki­wa­no od niej, że zro­zu­mie to zda­nie. Ale dziew­czyn­ka nie pła­cze, nie za­ła­mu­je się, nie re­agu­je. Dziew­czyn­ka wci­ąż żyje na obrze­żach tego zda­nia. A może po pro­stu jej in­te­li­gent­na wy­obra­źnia wci­ąż nie chce po­łączyć w ca­ło­ść cze­goś, cze­go w ża­den spo­sób po­łączyć się nie da. Zda­nie było wci­ąż wy­po­le­ro­wa­ne i czy­ste, i po­wierz­chow­ne, jak buty do­ro­słych.

– Ro­zu­miesz, co ci po­wie­dzie­li­śmy?

– Tak.

– Obo­je.

– Tak.

Trze­ba było od­po­wia­dać na wszyst­ko „tak”, za ka­żdym ra­zem „tak”. „Tak” rów­nie po­wierz­chow­ne i wy­po­le­ro­wa­ne jak buty. Za­imek i sło­wo „tak”. Ci­sza i sło­wo „tak”. Sło­wo od­kle­jo­ne od języ­ka, star­sze niż język, sa­mot­ne, czy­ste, nie­ska­la­ne.

Mari­na obu­dzi­ła się z nie­ja­snym po­czu­ciem, że ma coś do zro­bie­nia, że nie spe­łni­ła swo­ich obo­wi­ąz­ków wo­bec le­ka­rzy, któ­rzy ro­bi­li ob­chód dwa razy dzien­nie, rano i wie­czo­rem. Obo­wi­ąz­ków po­le­ga­jących – być może – na oka­za­niu ludz­kich uczuć i od­ru­chów, pła­czu, wściek­ło­ści, cier­pie­nia. Przez te dwa mie­si­ące re­kon­wa­le­scen­cji Ma­ri­na za­nu­rza­ła się w spoj­rze­niach jak w kąpie­li. Tyl­ko wte­dy, gdy cze­ka­ła na ob­chód le­ka­rzy, do­skwie­rał jej brak ro­dzi­ców, ale w spo­sób na tyle abs­trak­cyj­ny, że ni­g­dy się nie ob­ja­wił, czu­ła się jak ktoś, kto zna­la­zł się o krok od zro­zu­mie­nia ja­kie­goś zda­nia, a osta­tecz­nie go nie ro­zu­mie. Po­zwa­la­ła rękom opa­ść na ko­łdrę, na ry­su­nek domu, któ­ry po­le­ci­ła jej zro­bić psy­cho­lo­żka, to też nie był gest, po pro­stu opusz­cze­nie rąk było spo­so­bem na zła­go­dze­nie in­ten­syw­ne­go bólu dło­ni spo­czy­wa­jącej na kart­ce, obok domu, góry i drze­wa, na sło­ńcu i pu­szy­stej chmur­ce.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Część pierw­sza

Część dru­ga

Część trze­cia

Po­dzi­ęko­wa­nia

Po­sło­wie