Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 594 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Małe historie rodzinne - Tomasz Białkowski

Tomasz Białkowski, pisarz doświadczony, autor ponad dziesięciu książek, doskonale potrafi utrzymać równowagę pomiędzy dramatem i groteską, między światem realnym i wyobrażonym, przeżytym i wyśnionym. Znakomicie potwierdzają to Małe historie rodzinne, tom złożony z trzech krótkich powieści: Zmarzlina (2008) roku, Pogrzeby (2006) i Teoria ruchów Vorbla (2011). Pisze o relacjach międzyludzkich, czyli o tym, co jest odwiecznym tematem literatury w ogóle, ale umie znaleźć swój własny język i swój interesujący punkt widzenia.

Jest wyjątkowo bystrym obserwatorem i nie daje się zwieść pozorom, umiejętnie wychwytuje i opisuje to, co kryje się pod maskami, które ludzie zakładają, wchodząc w relacje z innymi. Prostymi literackimi środkami opisuje prawdziwe dramaty, psychologiczne niuanse, uczuciowy chłód, cierpienia spowodowane samotnością, wykluczeniem, nieprzychylnymi zrządzeniami losu, a czasem po prostu biedą.

To ponury świat pięknie i przekonująco opisany. I niestety, w dużym stopniu boleśnie prawdziwy. Tak, proza Białkowskiego robi wrażenie...

Leszek Bugajski

Opinie o ebooku Małe historie rodzinne - Tomasz Białkowski

Fragment ebooka Małe historie rodzinne - Tomasz Białkowski

Projekt okładki: Anna Moderska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Renata Kuk

© by Tomasz Białkowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-590-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

1.

W nocy padał mokry śnieg i rano mocno się namęczyłem z wózkiem. Był to dobry, amerykański wózek inwalidzki firmy Colours, który kupiłem kilka dni temu. Ślizgaliśmy się po całej szerokości chodnika i nic nie pomagały tylne, szprychowane, pneumatyczne dwudziestoczterocalowe koła. Wózek zapadał się w brei, uciekał do krawężnika, a przy przystanku na Kołobrzeskiej uderzył w plastikową siatkę kobiety wybierającej z kosza pogniecione puszki. Bezdomna przerwała poszukiwania. Patrzyła na wózek z autentycznym zainteresowaniem, by wreszcie wyseplenić:

– Ty dlaniu.

Dalej było jeszcze gorzej, bo zbliżaliśmy się do dworca, a przez to ruch był coraz większy. Niezdarnie wymijałem zaspanych ludzi idących na ranną zmianę do fabryki opon. Spod brei wyłaził mokry piach z wodą i aluminiowe cacko stawało w błocie. Na pocieszenie, wraz ze wschodzącym słońcem wracał mróz. Przy hotelu Kormoran poprawiłem na palcach skórzane rękawiczki, które przemokły dzień wcześniej i teraz przymarzały do chromowanych ciągów. Ale to nie miało już znaczenia, bo po drugiej stronie ulicy był dworzec autobusowy. Złodzieje z mafii taksówkowej nawet nie zwrócili na wózek uwagi, siedzieli w białym mercedesie, którego wnętrze całkowicie zaparowało od kawy i kwaśnych oddechów. Chyba grali w karty. Przetoczyłem pojazd wzdłuż kolumny samochodów, przy budce z hamburgerami poczułem głód. Pierwszy raz od trzech dni zachciało mi się jeść. Potem, pomyślałem. Wszystko zrobisz potem. Wózek ustawiłem przy drugim z filarów podtrzymujących wiatę przed dworcem. Spojrzałem na umieszczony na dachu zegar, który co jakiś czas wskazywał temperaturę. Minus pięć, zapamiętałem. Odchyliłem w wózku podnóżki, wyregulowałem ich wysokość, poprawiłem podparcie na podudzie. A potem zdjąłem z dłoni sztywne rękawiczki i położyłem je na kolanach matki. Odszedłem w kierunku wiaduktu. Nie oglądałem się za siebie.

W delikatesach kupiłem pęto dobrej, suszonej kiełbasy i butelkę bolsa. Dziewczyna zza lady odliczyła pieniądze i nakazała swojej koleżance ściszyć radio.

– Ani to piosenka, ani melodia. Takie nie wiadomo co! – rzuciła z niesmakiem w moją stronę. W radiu puszczali Roda Stewarta.

Wróciłem do mieszkania. Na podłodze rozłożyłem gazetę, do kiełbasy przyniosłem z kuchni chleb, a do wódki słoik ogórków, no i oczywiście paczkę niebieskich elemów. Odruchowo przejrzałem informacje z kraju. Piłem i jadłem, przeglądałem równocześnie poplamioną gazetę. Od dwóch dni tematem głównym była zima, a wraz z nią korki i zaspy. Pojawiły się pługi drapiące asfalt. Na Pomorzu wiatr wtłoczył morską wodę do rzek, pozalewało drogi. Obliczono, że w wypadkach zginęło dwanaście osób, a blisko dwieście zostało rannych. W Gdańsku toczyła się rozprawa przeciwko wyrostkom, którzy zaszczuli koleżankę z klasy, załamana popełniła samobójstwo. Większość uczestników sondy obstawiała uniewinnienie dręczycieli. Na ich korzyść przemawiały niewinne twarze. Na kolejnej stronie zamieszczono informację o broni atomowej, którą kiedyś podarowali nam Rosjanie, ale gdzieś przepadła. Poszukiwano też oszustów sprzedających podrobione dyplomy. Dłużej zatrzymałem się przy repertuarze kinowym. Reklamowano Życie na podsłuchu niemieckiego reżysera młodego pokolenia. Film opowiadał historię kapitana tajnej niemieckiej policji, który ulega nawróceniu. To mogłoby być ciekawe, chociaż jest nieprawdziwe, pomyślałem. Kiedy skończyłem kiełbasę, zadzwoniłem do faceta od nieruchomości. Powiedziałem, żeby przyszedł wieczorem, kiedy wytrzeźwieję.

– To znaczy, że mama wyjechała? Tak jak pan mówił?

– Tak, właśnie ją odprowadziłem na dworzec – wyznałem szczerze. – Proszę przyjść, dopełnimy formalności.

Potem to do mnie zadzwonił telefon. Annie nie musiałem nic mówić.

– Jesteś pijany – powiedziała.

– Być może, ale to nie zmienia faktu, że ona już tego nie zobaczy.

– Powiedz, czy ty to zrobiłeś?

– Tak, właśnie oswajam się z tą myślą.

– Boże, to co teraz będzie?!

– Z tobą czy ze mną?

– Z nami!

– Nas już dawno nie ma. No więc… ciebie zapewne przesłucha policja, ale przyjmij to ze spokojem, masz przecież wprawę.

– Przestań! Błagam cię, przestań! Ja tego nie zrobiłam!

Odłożyłem słuchawkę.

Pomyślałem o matce, która wolno zamarzała przy siódmym stanowisku. Wieje wiatr, a powietrze jest mroźne. Matka oczy ma nieobecne, martwe, jak zawsze. Ponura, z wykrzywioną, jakby zdziwioną prawą stroną twarzy, obserwuje ruch na placu. Jej mokre włosy obłażą szronem, a nos, uszy, dłonie i stopy lodowacieją, na policzkach rosną pęcherze, sinoczerwone plamy pokrywają całą twarz, krew w naczyniach krwionośnych stygnie. Widzą to przypadkowi pasażerowie. Próbują ją rozgrzewać, jakaś paniusia wydobywa z torebki krem przeciwzmarszczkowy, naciera matce twarz, czego właśnie nie należy robić w takich wypadkach, jakiś podchmielony idiota wlewa w jej usta wódkę, robią wszystko, by ją dobić. Potem wciągają do hali dworcowej, panienka z piekarni biegnie z gorącą herbatą. Wszyscy skutecznie przyspieszają jej koniec. A kiedy ból ustępuje i skóra na twarzy robi się blada, jest już po wszystkim. Serce przestaje pulsować. Pojawia się pogotowie, by stwierdzić zgon kobiety o nieznanej tożsamości, w przybliżeniu sześćdziesięcioletniej, wnioskując z aparatu umieszczonego w uchu – z uszkodzonym słuchem.

Telefon zadzwonił ponownie.

– Za pół godziny będę pijany – przedstawiłem Annie najbardziej prawdopodobny przebieg wypadków. – Ktoś, kto nie śpi kilka nocy, a jest w półśnie całe dwudziestojednoletnie życie, po wypiciu butelki wódki, nawet tak dobrej jak bols, idzie spać. Kiełbasa tylko rozleniwia. A ponieważ sprzedano wszystko, co tylko było w tym domu do spieniężenia, położę się na gazecie, która służy mi teraz za obrus lub, jak kto woli, informator kulturalny. Bo przecież dzisiaj nie pracuję… No to, jak już się wreszcie wyśpię, przyjdzie tu ten cwany facet z nieruchomości i zabierze mi klucze. Tak to chyba będzie wyglądało. A potem…

– Proszę cię, przestań. Powiedz, co teraz będzie!?

– A potem będą szukać zwyrodnialca, który w piątkowy, styczniowy poranek przyciągnął na wózku inwalidzkim przed dworzec starszą panią i zostawił na mrozie. Jej dane osobowe, na razie, nie są znane, ale to przecież tylko kwestia czasu, bo wiele osób widziało tych dwoje, jak sunęli przez najdłuższą ulicę w mieście. Taki marsz trwa dosyć długo. A już na pewno ich spacer zarejestrowały policyjne kamery rozmieszczone na każdym większym skrzyżowaniu. – Zapaliłem papierosa. – No i ukaże się w jutrzejszej prasie zdjęcie smutnej, zimnej, lodowatej, suchej i pomarszczonej staruchy, a pod fotografią będzie dopisek: „Osoby mogące pomóc w ustaleniu tożsamości denatki są proszone o kontakt z komendą policji. Telefon…”.

– Czy możesz przestać?! – Anna krzyknęła w słuchawkę. – Ja się boję, rozumiesz?! Co myśmy zrobili?

– No cóż – zaciągnąłem się ponownie – wszystko wskazuje na to, że zabiłem matkę. Mogłem ją wypchnąć z okna, udusić we śnie, zagazować w łazience. Chociaż nie, gaz mógłby wybuchnąć, a to przecież już nie jest nasze mieszkanie. Tak więc gaz odpada. Mogłem ją zadźgać nożem, utopić w wannie. No i oczywiście otruć… Ale ponieważ jestem tchórzem, ubrałem ją rankiem w cienką bieliznę, którą wcześniej wychłodziłem na balkonie. Na plecy narzuciłem palto bez podpinki. Jak się domyślasz, nie protestowała. Wsadziłem do wózka i pchałem przez godzinę po Dworcowej. By było jasne, taki wózek źle się prowadzi po błocie i należą mi się słowa uznania. Jeszcze jestem spocony, może nawet się przeziębiłem… A potem ją tam zostawiłem. Oddałem jej również skórzane rękawiczki, jedyny prezent, jaki od niej w życiu dostałem.

– Ty oszalałeś.

– Już jakiś czas temu. Nie ja jeden zresztą. I nie powinno to być dla ciebie żadnym odkryciem. A rękawiczek może faktycznie żal. To były całkiem dobre rękawice, prawie niezniszczone, chociaż nosiłem je, jak wiesz, często.

Odłożyłem słuchawkę, wyciszyłem też całkowicie komórkę, żeby mi nie przeszkadzała. Potem zgasiłem papierosa. Ostatnio dużo paliłem i można powiedzieć, że miałem z tym problem. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że wtłaczam w płuca te wszystkie substancje toksyczne z amoniakiem, formaldehydem i izotopami pierwiastków promieniotwórczych. Mieszam to z rakotwórczym chlorkiem winylu, nitrozaminami i cholera wie czym tam jeszcze. Na szczęście mieszkanie od jakiegoś czasu stało puste i dym miał gdzie się rozłazić. A potem pomyślałem, że jak na świeżego matkobójcę zachowuję się nad wyraz racjonalnie. Telefon zaczął dzwonić, więc wyrwałem przewód z gniazdka. Bo co ja w tej chwili miałem jeszcze do powiedzenia Annie? Ogarniała mnie senność, podczołgałem się do letniego grzejnika, zwinąłem w embrion, zasnąłem. Śniło mi się, że siedzę na podłodze z Humphreyem Bogartem i pijemy razem bolsa. Ja co chwilę częstuję go elemem, a on niezmiennie odmawia i wskazując na dziurę w szyi, mówi:

– To mnie, chłopie, zabiło. To kurewstwo. Rak krtani. No i przełyku. Czy ty wiesz, że teraz, kiedy palisz, wywalasz na mnie i te ściany cztery tysiące substancji chemicznych?! Przez tę oto dziurę w szyi przepływa lotna smoła. – A potem stary aktor rzuca się na mnie, wyrywa papierosa z ust i kończy go żarłocznie. – Podobno skłonność do nałogów jest zapisana w konkretnym fragmencie kory mózgowej, dasz wiarę? – Sztacha się łapczywie, gasi kiepa i sięga po nowego papierosa. – Nie pal, chłopcze. Nie pal fajek, bo szkoda zdrowia.

Obudził mnie dzwonek do drzwi. Przez judasza dostrzegłem chudego gościa w źle uszytym płaszczu. Facet przebierał ubłoconymi trzewikami, co znaczyło, że znowu wróciła odwilż. Mogło to też znaczyć, że stał pod drzwiami na tyle długo, że śnieg na jego nogawkach się rozpuścił. W łapach ściskał brązową aktówkę. Otworzyłem mu drzwi, a sam ruszyłem do pokoju i zmieniłem światło na delikatniejsze. Piekły mnie oczy i gardło. Niestety, półmrok pomagał tylko na te pierwsze. Słyszałem, jak tamten zamyka drzwi, opukuje je dyskretnie, bada trwałość.

– Już pan chyba to robił, prawda? – zapytałem szczura w płaszczu i wziąłem się do wypalania dziury w krtani. – Niech pan wejdzie dalej, proszę. To przecież pańskie mieszkanie.

– No, niezupełnie moje. – Uśmiechnął się jak przy badaniu trwałości futryny, a ja dostrzegłem, że brakuje mu lewej górnej szóstki. – To mieszkanie chce kupić pewien lekarz.

– Dentysta?

– Dlaczego dentysta?

– Nie wiem, tak mi przyszło do głowy.

– Przyjdziemy tu z tym panem jutro, już dzwoniłem do niego. Pan raczył powiedzieć, że już dzisiaj odda klucze… Chociaż umawialiśmy się do końca miesiąca. Dzisiaj dopiero dwudziesty szósty… Cieszę się tym bardziej.

– Tak, może je pan zabrać.

– Czyli, rozumiem, mama pańska dostała wreszcie tę wizę… Co za szczęście! Ja chciałem to panu powiedzieć już podczas pierwszego spotkania, tu by nie miała szans. Tu nikt by jej nie pomógł.

– Ale, jak pan widzi, znaleźli się dobrzy ludzie. Prawda? I teraz może się pan cieszyć razem ze mną. No, śmiało. Niech się pan cieszy! – Objąłem go za chude ramię, które było jeszcze bardziej wysuszone, niż myślałem. – Cieszmy się razem! Moja matka wyjechała, pan zrobił dobry interes, a dentysta postawi w miejscu, gdzie leżą te kiepy, fotel. Może po promocji załata panu ubytki! No, niech się pan cieszy! Kieliszeczek?

– Co pan ciągle z tym dentystą? – Wyswobodził się z uścisku, poprawił płaszcz. Z teczki wyciągnął umowę. Jego twarz przybrała urzędowy wyraz. – Tu i tu niech mi pan podpisze. – Podsunął mi taniego parkera. – Pieniądze będzie pan miał na koncie za kilka dni. Minus to, co wziął pan jako zaliczkę tydzień temu.

Ciągle był urzędowo uprzejmy, bo pióro zawiesiłem nad kartką. Wreszcie podpisałem, gdzie wskazał. Papiery złożyłem w kostkę i schowałem do portfela. Dopiłem resztę wódki, włożyłem kurtkę. Wcześniej wcisnąłem mu w malutką dłoń pęk kluczy.

– To ginekolog – powiedział, chowając pióro.

– Kto?

– Ginekolog. Facet, co maca babki. To ginekolog kupi to mieszkanie. – Uśmiechnął się szeroko, a ja zauważyłem, że brakuje mu więcej zębów. – A czasami im wycina macice, by nie przychodziły na świat takie śmieci jak ty. – Cofnął się kilka kroków, był przygotowany do ucieczki.

– Pewnego dnia go zabrakło – powiedziałem spokojnie. – Miotłę znajdzie pan w kuchni!

Mijając go, zarzuciłem na barki niewygodny plecak. Wyszedłem z mieszkania, w którym bywałem codziennie, a nie mieszkałem nigdy.

Na korytarzu znowu dostałem ataku suchego kaszlu i duszności. Ostatnio choroba się nasilała, czułem to wyraźnie. Rano, dla uspokojenia sumienia, wziąłem garść witamin. Jak zwykle: A, D, E, K. Źle się odżywiałem, to też mogło być przyczyną nawrotu choroby. Częste podróże pociągami, wysiłek fizyczny, wszystko razem sprawiało, że byłem zupełnie wykończony. W tej wyliczance świadomie pominąłem papierosy.

Już na dole wpadłem na sąsiadkę. Poprawiała elegancki kapelusz, który zakrywał połowę zeżartej używkami twarzy.

– Znowu nie wygrałam! Da pan wiarę? Znowu nie wygrałam!

Milczałem. Ciekawe, jak z wiekiem ludzie zmieniają sposób zwracania się do innych. Kiedyś wołała za mną Dębszczak, mówiła: „Ten Dębszczak z ósmego, spod sto dwadzieścia”. Stara dewotka i złodziejka z siódmego. Spod sto szesnaście.

– Ale to dobrze, to bardzo dobrze. Bo jak wygram, to co wtedy? No, co ja wtedy zrobię?! Tylu fałszywych przyjaciół się zleci! No, niech mi pan powie!

Stałem nad nią o dwa stopnie wyżej i zamiast wyminąć kobietę i opuścić klatkę schodową, zastanawiałem się, co biedna, stara ma zrobić z pieniędzmi, które, od kiedy pamiętałem, miała wygrać w totalizatorze. Wreszcie powiedziałem:

– Pani Mario, trzeba mocno wierzyć. Grać i wierzyć. Dobry Bóg sprawi, że będzie pani grać i nigdy nie wygra. W Panu Bogu nadzieja.

Wreszcie minąłem ją i wyszedłem na zewnątrz. Owinął mnie

2.

chłód.

W dzieciństwie lubiłem taką pogodę. Właściwie to przesadzam, mówiąc o całym dzieciństwie. Gdybym chciał być precyzyjny i uczciwy, to powiedziałbym, że była to raptem jedna zima. A ponieważ mogę być już tylko precyzyjny, bo uczciwość dawno zatraciłem, to wyznam, że była to zima roku osiemdziesiątego dziewiątego. Miałem cztery lata i stałem w przedpokoju naszego mieszkania na Dworcowej, przede mną klęczała matka. Zapinała mi palto, owijała szalikiem. Przy zakładaniu butów bardzo się zdenerwowała, bo nijak nie dało się ich wcisnąć na stopy. Zdejmowała mi zatem grube, wełniane skarpety i wciskała cieniutkie elastyczne podkolanówki. Gdy wszystko było gotowe, łącznie z rękawicami i czapką, wychodziliśmy na ulicę. Było tak samo zimno jak teraz. Matka nakazywała mi trzymać się za poły futra i tak połączeni sunęliśmy śliskim chodnikiem w górę czarnej ulicy, którą tylko gdzieniegdzie rozjaśniały długie lampy. Przy skrzyżowaniu na Żołnierskiej skręcaliśmy w lewo. Matka zaczynała mówić o Adamie. O moim bracie, który w nocy nasikał do nocnika i mocz, jej zdaniem, jest podejrzanego koloru. Może warto pójść z tym do lekarza. I że głuptas się nie przyznał, wylał siki do muszli, ale nie spuścił wody i ona i tak wszystko wie. Martwi się o niego, bo to takie dziecko dobre, tyle że skryte… Mówiła też jeszcze wiele innych rzeczy, ale ja ich już nie słuchałem, bo skupiałem się na barwie jej głosu, którą tak lubiłem. Głos matki, kiedy mówiła z troską o Adamie, stawał się aksamitny. Na chwilę wchodziliśmy do delikatesów naprzeciw szpitala. Zostawałem przy drzwiach i obserwowałem, jak matka kupuje pączki umoczone w lukrze, chowa je do eleganckiej torebki i żegna się ze sprzedawczynią, która z szacunkiem mówi: „Dziękuję, pani doktor”. A potem szliśmy dalej, tyle że już niewielki kawałek. Matka kończyła jakąś historię, z której docierało do mnie tylko, że Adam wyjedzie z nią na ferie do Szczawnicy, bo słyszała, jak kaszle rano i coś z tym trzeba zrobić, a w takich wypadkach to najlepsze jest świeże, górskie powietrze. Przechodziliśmy przez metalową furtkę i stawaliśmy przy szkole. W kilku oknach migały jakieś postacie. Matka wyciągała z torebki termos, nadstawiała kubek pod światło i nalewała gorącą herbatę. Teraz z torebką pod pachą szła wzdłuż budynku, z kubkiem w dłoniach i termosem skręcała w lewo i dochodziła do sali gimnastycznej. Zatrzymywała się pod okratowanymi oknami i w skupieniu patrzyła do wnętrza. Szukała wzrokiem mojego brata Adama, który miał trening koszykówki. Wreszcie matka go dostrzegała, jej dłonie drżały, rozlewała płyn na brudny śnieg. „Zobacz, zobacz”, wołała. „Twój brat! Adasiek, Adasiunio! Dziecko moje kochane!” Teraz i ja dostawiałem głowę do szyby, czasem ją lizałem. Widziałem młodych mężczyzn ganiających z krzykiem za czerwoną piłką. Widziałem mojego brata, który w maju miał zdawać maturę. „To bardzo ważne”, mówiła matka. Ale równie ważne jest, by go do tej matury dopuszczono, bo Adam ma kłopoty. Matka stukała w szybę, machała do Adama, posyłała mu całusy. „Adaś, Adaś, cudo moje jedyne! Jaki zgrabny, jaki wysoki, a jakie ma ramiona. I taki zwinny!” Znowu rozlewała herbatę. Fajny był ten mój brat i lubiłem z matką tu do niego przychodzić. Spacerowaliśmy tak w każdy wtorek i piątek. „O Boże!”, krzyczała matka, bo Adama ktoś potrącił i mój brat upadł. Krzyczała to „O Boże!” tak głośno, że jej głos przebijał szkło i kraty, rozlewał się po sali. Tyle tylko że w ciemnościach nie było nas widać i Adam nie musiał się wstydzić. Bo Adam się denerwował i udawał, że nas nie widzi, kiedy spacerowaliśmy pod szkołą. To była męska szkoła, techniczna. Taka, w której było mało dziewczyn. Bo „Adam ma na dziewczyny jeszcze czas”, mówiła matka. A tak całkiem szczerze, to wcale mu dziewczyny nie są potrzebne, bo Adam ma matkę. No i chyba miał mnie. Matka chowała głowę pod parapet, nie chciała być zauważona. Mój brat nie lubił, kiedy tak przychodziliśmy. No więc matka ciężko dyszała pod parapetem, a ja zaczynałem krążyć wzdłuż muru, bo te cienkie podkolanówki nie dawały zbyt wiele ciepła, szybko mokły. Szedłem w stronę warsztatów szkolnych. Tam było ciekawiej niż przy sali sportowej. Tam były praktyki zawodowe. Chłopaki stawiali z cegły mur. Mieli młotki, kielnie, taczkę z zaprawą murarską. Obok nich krążył instruktor, udzielał im wskazówek. Czasem krzyczał, kiedy mur był krzywy. Następnym razem, kiedy przychodziłem, mur był już otynkowany. A przy następnej wizycie chłopcy go malowali. Przy kolejnych odwiedzinach zaś burzyli. I tak na okrągło. Policzyłem, że już trzy razy rozwalali młotkami mur. Praktykanci mieli też radio i rudego kota, który łaził między cegłami, ocierał się o ich nogi. Wołali na niego Mruk. Śpiewali piosenki z radia i dla żartu oblewali kota wodą z pędzla. Ale pewnego dnia muzyki już nie było. To przez to, że instruktor zdenerwował się na chłopców. Znalazł kota zatopionego w betonie. Wykuł go dłutem z taczki i czyścił wodą ze szlaucha. Kiedy już usunął bryły zaprawy, zawinął zwierzę w papierowy worek i wyszedł z warsztatu. Wcześniej zgasił światło. Chłopcy siedzieli w ciemności, czasem słyszałem ich nerwowy śmiech.

Znowu kłamię, nie jestem uczciwy, bo śmierć zwierzęcia zalanego zaprawą murarską przez młodych oprawców albo stanie na mrozie pod oknem w mokrych, cienkich skarpetkach to nie są rzeczy, które się powinno wspominać z rozrzewnieniem. Myślę, że chodzi tu o coś innego. O te chwile, kiedy matka w roztargnieniu głaskała mnie po głowie miękkimi i ciepłymi dłońmi, poprawiała w przedpokoju czapkę. „Stój prosto”, mówiła i obejmowała mnie ramionami. Nigdy potem już tego nie robiła. Żadne pączki mi już tak nie smakowały, jak te zamarznięte, gryzione w ciemnościach. Nigdy potem już nie chodziliśmy pod salę gimnastyczną. Tamtej zimy mój brat Adam zniknął

3.

przed blokiem.

Na chodniku było pusto. Głos sąsiadki umilkł, poczułem ulgę. Minąłem śmietnik, obok którego leżał wybebeszony, roztrzaskany komputer. Nieco dalej stał zniszczony tapczan matki, poplamiona kołdra. Na tapczanie stały brązowe donice z przemarzniętymi kwiatami. Był pokryty czapą śniegu i kromkami chleba dziobanymi przez stado szarych ptaków. To już trzy dni, pomyślałem. Trzy dni temu wyrzuciłem to wszystko na śmietnik. A zaraz potem poczułem złość na służby komunalne, które dopuszczają do takich sytuacji. Nieroby, pomyślałem. Ostatni raz zadzwoniłem na komórkowy Maksa, a kiedy znowu odezwała się automatyczna sekretarka, ruszyłem w kierunku jego piwnicy. Byłem mu to winien. Można też powiedzieć, że zagłuszałem wyrzuty sumienia. Powinienem był go odnaleźć zaraz po tym, jak odkryłem prawdę. Rozgrzeszałem siebie zmęczeniem, brakiem siły i snu. Ale Maks też nie był bez winy, po co wyłączył telefon? A może właśnie dlatego to zrobił? By go nie odnaleźli? Doszedłem do skrzyżowania z Żołnierską, minąłem szpital, ponure warsztaty, odruchowo spojrzałem na okna, za którymi uwijało się kolejne pokolenie budowlańców sadystów. Dalej był hotel i ulica prowadziła

4.

do Śródmieścia.

Matka ciągnęła mnie, ale robiła to z taką złością i siłą, że nie czułem zimna, tylko ból i zmęczenie. Nawet nie założyła mi skarpet. „Skurwysyn, skurwysyn”, syczała pod nosem, a przy murze aresztu śledczego już zupełnie głośno ciskała przekleństwa. Zdumieni ludzie stawali w miejscu, patrzyli na elegancką brunetkę w futrze, w kozakach do kolan, która językiem rynsztoku wrzeszczała w kierunku uwieszonego jej rękawa malca. Ale ona tego nie widziała. Rozpalona, z odkrytą głową i obłędem w oczach, wrzeszczała: „Jeżeli ten skurwysyn czegoś nie zrobi, to już nigdy ciebie nie zobaczy! Ja go urządzę!”. Wcześniej nie mówiła w taki sposób. Nie było to przyjemne, z drugiej jednak strony byłem ciekaw, kim jest człowiek, który nigdy mnie nie zobaczy. Mogło to też znaczyć, że przedstawiam dla niego jakąś szczególną wartość. Biegłem zatem z matką ulicami ośnieżonego miasta. Biegłem najszybciej, jak potrafiłem. A przy Teatrze Jaracza upadłem na twarz i zgubiłem czapkę. Matka chwyciła mnie za włosy i pociągnęła dalej. Zatrzymaliśmy się dopiero na Partyzantów, przed ponurym, okratowanym gmaszyskiem.

Milicjant przy drzwiach zażądał od matki dowodu osobistego, a widząc dokument, niezdarnie zasalutował. Mijając go, czułem na sobie ironiczne spojrzenie. Po schodach popędziliśmy na piętro i długim korytarzem dotarliśmy do drzwi, przed którymi matka poprawiła rozwichrzone włosy. Bez pukania wdarła się do pokoju za drzwiami, a po chwili wybiegła na korytarz z mężczyzną, którego nie znałem. Milicjant był lekko łysawy i otyły. Przechodzący obok ludzie salutowali mu z energią, której próżno by szukać u tego przy drzwiach. Mijający nas ciekawsko gapili się na matkę. No i na mnie, bo przez ten brak skarpetek otarłem pięty. Zdjąłem but i badałem okaleczone miejsce dłońmi. Teraz i ważniak spojrzał na mnie, a wtedy matka nakazała mi stanąć za sobą.

– No i co teraz zrobisz, draniu? No co? – Matka starała się być opanowana.

– O co ci chodzi? – Milicjant głos miał niski, mocny. Dopinał guziki.

– Ty dobrze wiesz, o co chodzi.

– Czyżby twój synalek miał znowu kłopoty? Co tym razem?

– Taki mój, jak i twój! Ja mogłeś, bydlaku, na to pozwolić!?

– Niby na co? Znowu coś zwędził? A może jak ostatnio… Kogo tym razem pobił?

Matka sięgnęła do torebki, długo w niej grzebała, by wreszcie wyciągnąć małą, zieloną książeczkę. Uniosła ją na wysokość twarzy i wysyczała:

– Co to jest?! Powiedz mi, co to, do cholery, jest!

Milicjant uśmiechnął się ironicznie.

– Czyżbyś dostała książeczkę wojskową? Wybierasz się? U nas kobiet nie biorą, my nie Izrael.

– Ty draniu, dobrze wiesz, co to jest. Prosiłam cię, to była jedyna rzecz, o którą ciebie prosiłam w życiu.

– Prosiłaś mnie o wiele rzeczy. Masz wybiórczą pamięć. Domyślam się, że był w WKU. Jak ten czas leci. No popatrz…

– To jeszcze dziecko!

– Wybacz, ale mam na ten temat nieco inny pogląd.

Wyciągnął dłoń, a matka podała mu książeczkę.

– No proszę, A jeden! Lepiej być nie może. Zdrowy jak byk. Tylko pogratulować takiego syna. Pięknie!

Z matką działo się coś złego, cała drżała, zacisnęła palce na moich włosach, szarpnęła nimi. Jęknąłem. Ale mój pisk przy tym, co teraz zrobiła matka, był niczym. Puściła moje włosy, wyrwała facetowi książeczkę, ukryła ją w kieszeni spodni i wrzasnęła na cały korytarz:

– Ty skurwysynu! Miałeś go przed tym chronić czy nie? Obiecałeś? Adam to twój syn, kurwo. Łgarzu, kłamco!

– Kobieto, to, że stanął na komisji, jeszcze nic nie znaczy. Każdy chłopak musi to przejść. Rozumiesz? Zda maturę, pójdzie na studia i najwyżej przejdzie przeszkolenie. Od tego się nie umiera.

– Obiecałeś… – jęknęła matka – że dostanie całkowitą niezdolność… Obiecałeś mi to… A ja głupia uwierzyłam…

Ludzie przystawali, patrzyli z ciekawością w naszą stronę. Widząc ich, milicjant poprawił mundur i zniknął za drzwiami. Zaraz w jego miejsce pojawił się inny, wyższy i młodszy. Próbował objąć matkę, uspokoić jej roztrzęsione ręce. Wyrwała mu się i cofnęła o kilka kroków. Zaczęła grzebać w torebce, a po chwili na korytarz zaczęły lecieć po kolei: Medal Trzydziestolecia Polski Ludowej, odznaka honorowa „Za zasługi dla oświaty”, srebrna odznaka „Za Zasługi dla Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej”. Leciały tak przez cały korytarz pracowite lata w socjalistycznej ojczyźnie, a ja, w jednym bucie, ruszyłem za nimi i zbierałem do drugiego.

– Macie, macie, dranie! – darła się matka, puszczając w powietrze Zasłużonego Nauczyciela PRL-u. – Co wy myślicie, że ja te gówniane blaszki zbieram, bo kocham tę waszą zasraną czerwoną rzeczywistość!? A macie, zabierajcie je sobie. Przez niego je zbieram, przez tego waszego zasranego majorka! By mi ta kurwa dzieci nie odebrała! Bo nie odbierze. O, dlaczego nie odbierze! – Teraz zamachała legitymacją członka partii. – Jestem dobrą towarzyszką, dobrą matką i nawet tacy jak on mają za krótkie łapki. Wiem, jak dojść do Komitetu na Głowackiego. Mieszkam niedaleko! A macie, żryjcie! – Teraz rzuciła moją ulubioną złotą odznakę harcerską, poprawiła tę z przysposobienia sanitarnego PCK. Podbiegła do drzwi, za którymi ukrył się mężczyzna. – Nigdy już go nie zobaczysz! Nigdy! – A teraz wrzasnęła w moim kierunku: – Zostaw to żelastwo! Słyszysz, natychmiast! Chodź tutaj! Popatrz sobie przez dziurkę na tatusia, pierwszy i ostatni raz! Więcej okazji nie będzie! – Nad głową przeleciała mi odznaka „Za pracę społeczną” z doczepioną do niej „Za strzelanie indywidualne”. – Twój tatuś zawarł umowę i jej nie dotrzymał. Jest kłamcą i za to poniesie karę. – Plunęła na Odznakę Nagrody Państwowej II stopnia i cisnęła nią w zbliżającego się milicjanta. Ten uchylił się, ale już przed nadlatującymi kolejno odznakami „Nieprzetartego Szlaku” i „Zasłużonego dla ochrony przyrody” nie miał szans. „W Służbie Gdyni” rozcięło mu łuk brwiowy.

I to już był koniec. Kiedy ja w pośpiechu wyzbierałem do buta wszystkie matczyne odznaczenia, ją obezwładnili dwaj przybyli na pomoc milicjanci, a w jednym z nich rozpoznałem tego, który głupawo uśmiechał się do nas przy wejściu. Po kilku minutach znaleźliśmy się na ulicy. Matka poprawiła loki, ja przełożyłem odznaki z buta do jej torebki. W takich oto okolicznościach matka przedstawiła mi ojca. Odkryłem też siłę literatury. Wiedziałem już, że nie tylko opasłe tomy, ale i małe książeczki również mogą wzbudzać wielkie

5.

emocje.

Na Dąbrowszczaków, za Centrum Polsko-Francuskim, skręciłem w prawo. Na parterze znajdowały się siedziby: jubilera, lombardu i sklepu z markową, męską odzieżą. Ale to od frontu. Wszedłem na podwórze, którego granice wyznaczały garaże kryte papą i kilka obdrapanych kamienic komunalnych. Niedawno gazety pisały o znalezionym tam zamarzniętym bezdomnym. Biedak przeholował z piciem, zasnął. Od jutra gazety będą miały nowego zamarzniętego. Ruszyłem do drugiej kamienicy z rzędu po lewej, zapaliłem światło na klatce schodowej i wolno zszedłem do nieoświetlonej piwnicy. Korytarz był wąski. Ocierałem się o cuchnące pleśnią ściany i zaczepiałem o wystające z nich kłódki, zawiasy i gwoździe. W połowie drogi rozciąłem sobie dłoń. Czułem, jak buty zapadają się w czymś miękkim, śliskim i kleistym. Błoto śniegowe, pomyślałem. Tylko skąd tyle błota? A po kilku krokach brnąłem w całkowitych ciemnościach, bo ktoś zamknął drzwi u góry i światło przestało docierać. Na końcu korytarza były drzwi do piwnicy Maksa. Obmacałem je w poszukiwaniu klamki. Zapukałem kilka razy, wreszcie szarpnąłem za klamkę. Na górze ktoś uchylił drzwi i snop światła ruszył w moim kierunku. Biegał po ścianach, z sufitu przenosił się wprost na mnie.

– A pan tu czego? – usłyszałem niski, kobiecy głos.

Milczałem.

– No co, głuchy pan? Kolejny złodziej weków? – Głos z nieprzyjemnego stał się napastliwy. – A może żarówki się wykręca?

– Szukam kolegi – powiedziałem i zachciało mi się śmiać, bo pomyślałem o reakcji, jaką normalnie powinno wzbudzić takie wyznanie. Facet pod ziemią, w brudnej, ciemnej piwnicy szuka znajomego. Ale jej to widocznie nie zdziwiło, bo zapytała:

– A którego kolegi? Bo jak tego z końca korytarza, to żeś się pan spóźnił. – I skierowała snop światła na drzwi, które jakaś wprawna ręka okleiła plastrami z urzędowymi pieczęciami. A potem kobieta oświetliła podłogę, po której walały się kredowe karty, kiedyś białe, a teraz pomięte, w błocie. – Niech pan lepiej stąd idzie, oni jeszcze mogą tu wrócić.

– A Maks…? – Chciałem wiedzieć.

– Niech pan idzie, jak najszybciej… Pana kolega w porę wszystko wyniósł, w koc zawinął. Tylko te kartki zostały… Kłódki nie było, to je dzieciaki rozwlekły po piwnicy. Niech pan idzie gdzieś

6.

daleko.

Tak powiedziała matka, kiedy zapytałem o Adama. „Twój brat jest gdzieś daleko”. Ciągle gdzieś łaził, jeździł, a teraz ulotnił się całkiem. Właściwie to trudno powiedzieć, kiedy tak dokładnie Adam zniknął. Często nie wracał na noc, wyjeżdżał z jakimiś długowłosymi kolesiami na całe dnie. Potem pojawiał się nagle. W dłoniach ściskał torbę z węgierskimi płytami Locomotiv GT, Omegi, kolorowymi koszulkami z nadrukami zachodnich zespołów, pudełkami kaset magnetofonowych. Wiedziałem wtedy, że był „na handlu nad morzem”. Kiedy indziej zwoził jakieś breloczki, kamizelki, czapeczki, dżinsy. To znaczyło, że był w Warszawie. Dlaczego tam jeździł? Pamiętam, że niczego nam nie brakowało. Mieszkanie było czyste, duże, czteropokojowe. Mieliśmy piękne, stylowe meble, na ścianach wisiały obrazy w ciężkich ramach. Moim ulubionym meblem był potężny stół z wajchą na dole, która służyła do regulacji ustawień. Pod tym stołem kryłem się przed ludźmi. Naciągałem sprężynę i waliłem z hukiem w drewno, wzbudzałem przerażenie. Ale goście bywali u nas rzadko, by nie powiedzieć wcale… Tak więc Adam jeździł po dużych miastach, zwoził fragmenty tamtego świata. Czy lepsze? Gorsze? Nie wiem. Inne. Wtedy myślałem, że mój brat podróżuje, bo jest po prostu dorosły, i tyle. Kiedyś ja też, tak jak on, będę wstawał o świcie, zakładał dżinsową kurtkę i z plecakiem znikał w drzwiach. I kiedy pod koniec zimy w tych drzwiach zamiast Adama stanęło dwóch smutnych facetów w wojskowych mundurach, nagle odkryłem, że mojego brata w domu nie ma już od bardzo dawna. Odkryłem, że od wielu tygodni z jego pokoju nie dochodzą dźwięki hałaśliwej, gitarowej muzyki. Nie byliśmy także z matką w Szczawnicy, o której w kółko gadała pod oknami sali gimnastycznej. Nie wydarzyło się tysiąc innych rzeczy, które towarzyszyły mojemu bratu. Kłótnie z matką, trzaskanie drzwiami, odłączanie telefonu, płacz, po którym następowały dni ponurej ciszy.

– Gdzieś daleko jest – powiedziała matka tym ludziom w drzwiach. – Nie wiem, przysięgam!

Broniła dostępu do mieszkania butem wciśniętym w ościeżnicę, nerwowo zaciskała dłonie na klamce. Ale oni naparli na drzwi i wtargnęli do środka. Bez pytania zajrzeli do każdego pomieszczenia, na dywanach zostawili grudy topniejącego błota ze śniegiem, w powietrzu smród próchnicy. Potem rozsiedli się w salonie, nawet nie zdejmując czapek. Rozpięli jedynie grube płaszcze w zgniłym kolorze, pod którymi błyszczały równie zgniłe guziki z orzełkiem. Wyglądali prawie identycznie. Dwa wielkie, nalane kloce o sinych pyskach i ogromnych łapach, w których trzymali notesy.

– Kiedy syn kontaktował się z obywatelką ostatnio?

Matka stała blada w drzwiach, nigdy jej takiej nie widziałem. Była przeciwieństwem kobiety z korytarza komendy. Tam wściekła i stanowcza, tu słaba, mała, z łamiącym się głosem.

– Nie pamiętam. Miesiąc, może trzy tygodnie.

– Nie łżyj. Sąsiedzi widzieli go osiem tygodni temu – wrzasnął jeden z nich.

– To już tak długo? – Matka zagryzła wargi.

– Gdzie jest syn? Pytamy po dobroci.

– Panowie, przecież to jeszcze dziecko, on ma maturę w maju!

– Czyżby? – Drugi z bydlaków zapalił papierosa. Matka pobiegła do kuchni i przyniosła mu talerzyk na lody. W naszym domu się nie paliło. Była to święta zasada. Ale matka nie protestowała, usłużnie podała porcelanowy krążek bydlakowi. Ten zaciągnął się dymem i wypuścił kłąb wprost pod stół, w moją twarz. Kolejny wywalił już pod sufit.

– Słuchajcie, kobieto, dzieckiem to on był jakiś czas temu. A maturę to powinien zdawać w tamtym roku? Prawda? – I sam sobie odpowiedział: – Prawda! A do szkoły nie chodzi i ze szkoły wywalony.

– Nieprawda! – zapiszczała matka. – Zawieszony! To różnica!

– Gówno tam zawieszony, ja pismo ze szkoły mam. Wyrzucony. I cytatu użyć mogę. Posłuchajmy: „Dyrekcja Technikum informuje, że uczeń Adam Dębski z dniem piętnastego lutego roku osiemdziesiątego dziewiątego zostaje wydalony z naszej szkoły. Powodem jest notoryczne opuszczanie zajęć, brak dyscypliny, krnąbrność, nieumiejętność pracy w grupie, a nade wszystko osiem ocen niedostatecznych w semestrze zimowym. Uczeń Dębski nie rokuje nadziei na poprawę wyników nauczania, jego gorszący wpływ na innych uczniów jest zagrożeniem dla właściwego funkcjonowania naszej placówki oświatowej, podpisano…”.

– To co, zawieszony czy wydalony? – zapytał ten drugi.

– Nie wiem, panowie, ja nie wiem… Wiem tylko, że zniknął, wyjechał, często wyjeżdża… Może do Gdańska pojechał… Często tam jeździ…

– To wiem czy nie wiem? Co? – Ten od papierosa znowu dmuchnął mi w twarz. – Gdzie jest synalek? Adres. Niech obywatelka poda adres! – wydarł się tak głośno, że puściłem sprężynę, która walnęła go w kolano. – O kurwa! Co on robi, ten dzieciak!? Wyłaź spod tego stołu, gnoju! – I wyciągnął mnie za włosy na środek pokoju.

Przerażona matka wyprowadziła mnie do kuchni, zamknęła drzwi, gęsto przy tym przepraszała tego, który dostał żelastwem.

– A was, obywatelko, pytam ostatni raz, gdzie macie syna? Adres i telefon. To w jego interesie. Nie zgłosił się po odbiór powołania. To jest dezercja. Dwa lata paki. Dobrze wam radzę!

– O Boże! – słyszałem przez drzwi jęk matki. Potem ciężkie uderzenie o podłogę. Wbiegłem do salonu i zobaczyłem matkę leżącą na dywanie z rozciętą głową. Obok leżał rozbity na trzy części, zakrwawiony talerzyk, w który żołnierz wbił kiepa,

7.

zgasił.

Maks wziął kolejnego papierosa, dłonie mu drżały. Obok dwóch pijanych facetów wyprowadzało z sali trzeciego. Chudy, rudy gość szarpał się i wyrywał, uczepił klamki. Pchnęli go ze schodów w czerń ulicy. Wrócili do stolika pełnego kieliszków wódki stojących w kałużach bezbarwnej cieczy. Widok Maksa ucieszył mnie bardzo, znaczyło to tyle, że nawet w tak paskudnym czasie nie zmienił swoich przyzwyczajeń, znaczyło to też, i to było ważniejsze, że jeszcze go nie dopadli.

Knajpa znajdowała się na Mrongowiusza. Podzielono ją na dwie części. W jednej znajdowała się mordownia. Drugie drzwi prowadziły do restauracji U Violi. Maks siedział w mordowni, czasem zachodziłem po zajęciach w to miejsce. Nie ja jeden zresztą. Wiele szanowanych żon równie szanowanych obywateli miasta zdziwiłoby się bardzo, wiedząc, gdzie ich małżonkowie spędzają czas wolny, ale też często godziny tak zwanego czasu służbowego. Obok żuli siedzieli zgodnie znani dziennikarze, urzędnicy z pobliskiego ratusza, poeci kilku pokoleń, pewien doktor historii zatrudniony na uniwersytecie. Na setę wpadał wzięty lekarz, siadał obok Cygana z rozbieganymi oczami. Pił, płacił i robił miejsce oficerowi wojska. Wszyscy oni mogli siedzieć wygodnie w sali obok, ale, nie wiedzieć czemu, wybierali smród uryny, kłęby dymu, hałas i ryzyko utraty portfela, a czasem spotkania z nożem. Stanąłem przy ladzie, zdjąłem plecak i zamówiłem dwie pięćdziesiątki wódki. Tłusta kobieta o zepsutej cerze pokrytej złym makijażem podała mi kieliszek.

– Chciałem dwie pięćdziesiątki – powiedziałem. – To jest setka, a takie rzeczy źle się kończą.

– Nie mam, dzieciaku, no nie mam. Wytłukli – wytłumaczyła rzeczowo.

– Rozumiem. Niech mi pani zatem rozleje to do dwóch kieliszków.

Uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Dziecko, warto szkło brudzić?

– No tak… – W porę zrozumiałem niestosowność żądania.

Do lady podszedł mały, chudy człowieczek w skórzanej, brązowej kurtce. Przechylił się przez ladę i coś szeptał do ucha barmance. Powierzał jej jakąś tajemnicę, nerwowo machając rękami. Po chwili odepchnęła go od siebie i wrzasnęła na całą salę tak, że ludzie zwrócili wzrok w ich kierunku.

– A skąd ja ci wezmę te twoje zęby!? Ja ich nie widziałam! Szukaj se człowieku, może pod stołem gdzie leżą?

Co oni wszyscy dzisiaj z tymi zębami, pomyślałem i dyskretnie dałem znak Maksowi, że jeszcze nie czas, że może jeszcze chwilę odczekamy. Ktoś mógł nas obserwować. Pokiwał głową ze zrozumieniem i wrócił do gapienia się za okno.

Chudy od zębów zmieszał się, ale po chwili rzucił się na kolana i sunąc między nogami ludzi, zniknął pod stołem przy drzwiach.

Obejrzałem jego plecy z wytłoczonym stylizowanym na logo Nike napisem „Smile” i wróciłem do swojego kieliszka. Opróżniłem zawartość i podsunąłem go grubej.

– A nie mówiłam! Po co kieliszek brudzić? – Nalała setkę i postawiła ją przede mną. – Coś widzę po minie, że mogłam od razu całe pół litra postawić.

Zapłaciłem i wychyliłem zawartość. Wódka była paskudna, ale zimna, dlatego nie zwymiotowałem. Od porannego spaceru wypiłem już sporo. To, że jeszcze się jakoś trzymałem, tłumaczyłem sobie emocjami. Ale kiedy wypiłem kolejny kieliszek i zapaliłem papierosa, rozpychając tłum, wpadłem do oszczanego kibla i dławiąc się, opróżniłem zawartość żołądka. Resztki posiekanych ogórków i kiełbasy oblepiły mi buty. Pomyślałem, że dopiero teraz wyglądam tak, jak się czuję. Kiedy wróciłem na salę, mojego plecaka już nie było. To dziwne, lecz nie czułem złości i żalu po stracie. Pomyślałem, że teraz nie mam już niczego, co mogłoby mi ciążyć. Barmanka w skupieniu czekała, co zrobię po odkryciu kradzieży.

– No i czemu, dzieciaku, nie pilnowałeś plecaka? Ja nawet nie zdążyłam krzyknąć za tym, co ci go wziął. Zresztą, baru nie zostawię, nie polecę…

Poprosiłem o szmatę. Wytarłem obuwie i oddałem tej, u której na zapleczu zaraz po moim wyjściu plecak się odnajdzie. Złodzieje podzielą się kilkoma łachami, zawartością kosmetyczki, będą kląć nad kilogramami książek, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo stare… Sam plecak też niemodny. Nadaje się tylko do kradzieży słoików z piwnic. Jak mawiają złodzieje, takie „robienie w brudach”. Ale ona jeszcze o tym nie wiedziała. Dlatego pocieszała mnie i na koszt firmy postawiła kielicha.

– U nas to takie coś pierwszy raz się zdarza. Normalnie, to mi wstyd.

Poprosiłem o jeszcze jednego i wtedy ruszyłem do stolika Maksa.

– To dziwne – powiedział Maks – czuję wreszcie spokój.

– Nie ty jeden – powiedziałem i postawiłem przed nim kieliszek.

– Wiedziałem, że nas kiedyś nakryją. Bałem się tej chwili, a kiedy już to się stało, czuję spokój. – Zaciągnął się głęboko. – Byli dzisiaj u mnie, brat mówił. Dwóch, po cywilnemu. Powiedzieli bratu, że lepiej, jak sam się zgłoszę, tak radzili.

– Pójdziesz?

– Za pięć minut.

– Co im powiesz?

– Że to ja sam… Że mój pomysł.

– Nie, Maks. Pójdziesz i powiesz im, że to ja. Tak będzie najlepiej. Oni już wszystko wiedzą. Nic ci nie zrobią.

– Powiedziałeś im? A co będzie z twoją matką? Kto się nią zajmie?

– Nie musiałem nic mówić, to Anna. Zdradziła nas. Wcześniej czy później by to zrobiła. A matką nie musisz się martwić.

Maks był wyraźnie zły.

– I tu się mylisz, przyjacielu. To nie ona. Nie Anna. A twoja matka mnie nie obchodzi. Gadałeś o niej często, więc przez grzeczność pytam.

– Jak to nie Anna? – zapiszczałem. – Nikt inny nie mógł…

– Nie wiem kto. Wiem, że to nie ona. Rozumiesz, nie ona…

– No to kto?

– Nie wiem, nie wiem… – Przechylił kieliszek. – Na mnie już czas. Na ciebie jeszcze nie. – Założył śmieszną ruską czapkę, zatoczył się przy drzwiach i ruszył na komisariat. Dobry, naiwny miś. Liczył na wyrozumiałość i dobroduszność tamtych.

Piłem zatem dalej, chociaż już bez Maksa. I chyba nawet zdarzył się cud, bo w którymś momencie pojawił się kieliszek pięćdziesięciogramowy. Ludzie przepływali przez jasną salę, opowiadali dowcipy, mierzyli się na ręce, dopingowali i robili zakłady. Ten bez zębów odnalazł w toalecie swoją szczękę. Oczyścił ją szmatą, być może tą, którą ja wcześniej wycierałem buty. Wszyscy mu gratulowali, poklepywali serdecznie. Stachu, bo tak go nazywano, wsadził szczękę w usta i zaśpiewał piękną piosenkę o dziewczynie, którą ukochany porzucił dla innej. Płakałem na jego ramieniu i podarowałem mu futerał na okulary, by już nigdy nie zgubił szczęki, na którą, jak mi zdradził, pożyczył kupę forsy od faceta siedzącego w kącie sali. Ten sam facet ukradł mój plecak, który teraz ma pod ladą Gruba. Nie zmyśla, bo widziała to cała sala, no i teraz niech potwierdzą. Ale nikt nie chciał potwierdzać i za obrażanie pani Wandy wyrzucili nas z baru na zimną ulicę Mrongowiusza, gdzie było już całkiem ciemno i zaczął łapać ostry mróz połączony ze śnieżną zadymką. A kiedy tak jeden po drugim wylatywaliśmy, w drzwiach zamajaczyła mi ponura gęba rudzielca, którego wyrzucali, kiedy wchodziłem do baru. W dłoni zaciskał coś nieprzyjemnie błyszczącego,

8.

twardego.

Dyplom mojej matki był z wyróżnieniem. Młoda panna Lewczuk biegła z nim już dłuższą chwilę. Dostała zadyszki, jej małe piersi falowały, a na jasne czoło popłynęły kropelki potu. Zawinęła kosmyk czarnych włosów za ucho, dyskretnie rozglądając się wokół, wsadziła palce pod granatową spódniczkę, kciukiem poprawiła gumkę w majtkach. Wyrównała oddech i już wolniej, tłumiąc emocje, starała się iść środkiem chodnika. Z Jaśkowej Doliny skręciła w lewo, na Matejki. Minęła grupę studentów; zdawało jej się, że kilku widziała na wykładach u dziekana Kwiatkowskiego. Młoda magister Lewczuk mogła skręcić w Fiszera, ale obrała drogę przez Studzienki. Na wprost miała dom studencki, tyle że tam nie było przejścia i trzeba było skręcić w Traugutta. Jej serduszko zaczęło walić znowu mocniej na Sobieskiego. Na schodach do świeżutkiego, ledwo miesiąc istniejącego Uniwersytetu Gdańskiego poczuła, że mdleje. Jakimś cudem, przytrzymując się ściany, dotarła do sekretariatu. Usiadła na ławeczce pod drzwiami, równając po raz kolejny oddech, czekała na rozmowę, jak się jej zdawało, najważniejszą w życiu. Czekała cierpliwie, bo nie co dzień czeka się na najważniejszą rozmowę w życiu. Czekała zatem kwadrans, drugi, przy trzecim poczuła lekkie zaniepokojenie. Po godzinie wstała z ławki i lekko pukając, przestąpiła próg gabinetu. Po pięciu minutach wybiegła zapłakana z dawnego Królewskiego Seminarium Nauczycielskiego i nic nie widząc, bo przecież była zapłakana, popędziła przed siebie. Gnała tak przez cały Wrzeszcz, początkowo tylko płacząc, w alei Karola Marksa już krzycząc, przekrzykując tramwaj numer trzynaście skaczący po zdeformowanych żyłkach torów w stronę Brzeźna, a gdy skręciła w lewo, nie wiedząc, w jaki sposób znalazła się na ulicy Pestalozziego, zawyła niczym dzikie zwierzę. Usiadła przy fontannie i ryczała. Taką ją zastał kapral milicji obywatelskiej Dębski Jan, mój przyszły ojciec, dnia trzynastego kwietnia roku siedemdziesiątego. I jak tu nie mówić o pechu. Ale najpierw było wielkie szczęście, które

9.

miałem.

– Ma pan wielkie szczęście – powiedział mi gliniarz, który zatrzymał radiowóz tuż przed moją postacią – że to na mnie pan trafił. Kto łazi środkiem ulicy? Co? No kto?

– Ja – powiedziałem. – Piotr Dębski. Matkobójca.

Na szczęście było bardzo zimno i gliniarzowi nie chciało się wyłazić z ciepłego auta.

– Na chodnik!

Tak mi powiedział, to poszedłem, gdzie kazał. Przy chodniku znalazłem też ławkę, pomyślałem, że

10.

usiądę.

– …obok pani – powiedział mój ojciec do zapłakanej matki. Nawet przystojny, pomyślała i wzięła się do kolejnych spazmów. Gdyby oglądała filmy, to powiedziałaby, że jest podobny do amerykańskiego aktora Paula Newmana. Ale moja matka filmów nie oglądała. Miała nad czym płakać. Beata Lewczuk właśnie została po raz pierwszy w życiu tak okrutnie potraktowana. Jeszcze rano czuła się asystentem mającego powstać w czerwcu Instytutu Chemii. Tak jej obiecano i tego się trzymała. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej? Zawsze najlepsza, błyskotliwa, pracowita. Dyplom zrobiła z wyróżnieniem, a jej praca o rtęci w ślimakach winniczkach na Helu wzbudzała szczerą zazdrość rówieśników i podziw naukowców. Kariera mojej matki zdawała się błyszczeć jasnym płomieniem, długo i z każdym rokiem intensywniej. Dlatego kiedy godzinę wcześniej dowiedziała się, że jej miejsce zajmie córka jednego z profesorów, świat błyskotliwej Beaty zgasł. Inaczej sprawa się miała z kapralem Janem Dębskim. Można wręcz mówić o odwrotności losów tych dwojga. Prosty Jan – cham z podtoruńskiej wioski z zaoczną maturą – robił efektowną karierę w milicji. Bardziej może nawet efektywną niż efektowną, ale w jego fachu poklask należał do rzeczy niewskazanych. Był dopiero kapralem, to jednak nie miało znaczenia. Dębski został skierowany do Olsztyna, niewielkiego wojewódzkiego miasta, gdzie sprawował funkcję inspektora operacyjnego referatu bezpieczeństwa na wolnym etacie inspektora wydziału śledczego. Był młodym, świetnie zapowiadającym się esbekiem. Tak oto los posadził na jednej ławce złamanego inteligenta i głodnego plebejusza. Mieszanka zaiste trująca. Dębski Jan powierzchownie obejrzał moją matkę, uwagę skupił na jej wzburzonych piersiątkach. Od tygodnia siedział skoszarowany z grupą podobnych mu wilczków. Początkowo zajęcia mu się podobały. Doświadczeni pracownicy aparatu represji opowiadali o metodach inwigilacji, pacyfikacji, agitacji. Słowa nieco trudne, ale gdzie im tam do trudności, jakie zaczęły się przy omawianiu bojowych środków trujących. Kapral Jan wyprężał zwoje mózgowe, drobnym maczkiem notował. Adamsyt, chloroacetofenon, chloropikryna, LSD-25, meskalina, sernyl, iperyt, luizyt, fosgen, arsenowodór… Za nic nie mógł zapamiętać właściwości toksycznych związków chemicznych, ich wpływu na atmosferę, obiekty przemysłowe, uprawy, wreszcie ludzi i zwierzęta. Głowa go bolała, kiedy słuchał o sarinie, fluorooctanach i cyjanowodorze. Za cholerę nie mógł zapamiętać, które dobrze rozpuszczają się w tłuszczach, które w alkoholach, benzenie. A co można rozpuścić w zwykłej wodzie? Nic go to nie obchodziło. Bo i do czego mu taka wiedza? Czy na komisariacie przy Partyzantów będzie pryskał w przesłuchiwanych gazem? Przecież to kurewstwo przenika przez wszystko, gumę, ciuchy, łatwo się rozpuszcza, nie śmierdzi. Jeszcze rozlezie się po całej komendzie! Kto to potem wyłapie?! Kapral Dębski Jan dobrze potrafił przypierdolić i tego się trzymał, to był jego klucz do sukcesu. Mało kto wytrzymywał więcej niż kilkanaście uderzeń gumową lolą. Tak więc mój ojciec nudził się i przysypiał na wykładach z teorii bojowych środków trujących. Wreszcie, sam nieco zaskoczony swoją odwagą, zapytał prowadzącego zajęcia: „A łzy, takie zwykłe ludzkie łzy, jak się komuś pryśnie w oczy takim gazem, z czego się składają”?

11.

Łzy?

– Z wody, chlorku sodu i białka te pani łzy – powiedział mój ojciec do mojej matki na ławce we Wrzeszczu w kwietniowy dzień, a ona spojrzała na niego kompletnie zaskoczona, bo trafił w nią tymi słowami niczym nabojem 7,62 mm podczas strzelania numer jeden z karabinu AK-47. W sam środek, w serce. Podał jej chusteczkę. – Niech pani nie płacze.

– Tak, rzeczywiście! – Matka otarła łzy. – Człowiek wylewa ich dziennie pół centymetra sześciennego, a ja chyba już dawno przekroczyłam tygodniowy limit.

– Jan Dębski – wyciągnął dłoń – kapral z drogówki. Przyjechałem tu na szkolenia z zakresu ruchu. – Uśmiechnął się w wytrenowany sposób. Skłamał bez zająknienia. Odebrał chusteczkę, a chowając ją do kieszeni, jeszcze raz obejrzał małe piersi mojej matki. Nie pominął też zgrabnych nóg.

– Beata. Beata Lewczuk. – Podała mu rękę. – Czy pan może jest z naszej uczelni?

Jaka głupia dupa, pomyślał. Przecież przed chwilą się przedstawiłem. No nic, im głupsza, tym lepsza. Byle tylko nie miała cioty, bo

12.

nie lubię.

– …naprawdę nie lubię. I nie piję – powiedziała moja matka, kiedy siedzieli na ławce, ale w innej części miasta, bo na plaży w Brzeźnie. Przed oczyma mieli sine morze. Świeciło słońce, a od wody ciągnął chłód. Jan Dębski z braku otwieracza wcisnął kciukiem korek do wnętrza butelki, czym nieco zadziwił pannę Beatę. – Naprawdę, nie lubię. To znaczy, ja nigdy nie piłam. Raz w akademiku mnie częstowali, ale jakoś mi nie poszło, kwaśne takie było… – wzbraniała się moja matka. Równocześnie wyświetlała sobie w głowie ciągi skojarzeniowe związane z alkoholem. Właściwie robiła tak ze wszystkim, co ją otaczało, z każdym przedmiotem, zjawiskiem atmosferycznym. Patrząc na butelkę czerwonego wina, myślała o fermentacji alkoholowej zbóż lub owoców, o wydzielaniu się dwutlenku węgla, widziała rosnące stężenie, etanol niszczący drożdże. Przypomniała sobie o temperaturze wrzenia i krzepnięcia. Ale Jan był nieustępliwy. Ta jego stanowczość i szorstkość zestawiona z szumem fal i niezwykłością sytuacji sprawiła, że Beata odebrała od milczącego, lekko zasępionego Jana ciężką butelkę. Wszystko było takie irracjonalne. Ona z obcym mężczyzną na pustej plaży, poniżenie, jakiego doświadczyła przed południem na uczelni. Zawieszenie. Niejasna przyszłość. Kto wie, może w jej precyzyjnym, wykreślonym niczym chemiczny wzór życiu była potrzebna taka chwila, krzywa niewiadoma. A co tam! I przechyliła butelkę. W tej chwili sto tysięcy neuronów ze stu bilionów, jakie posiadała, poszło w niebyt. Pomyślała o dziurze w pamięci, którą wyrył jej ten łyk kwaśnego alkoholu. Pomyślała też o opuszczających jej organizm biotynie, tiaminie, pirydoksynie i kwasie pantotenowym. Przez chwilę zrobiło jej się ich żal. Ogarnęło ją poczucie winy, strach przed zapaleniem wielonerwowym, parestezją objawiającą się brakiem czucia w kończynach. Spojrzała w niebo, na moment straciła wzrok. Czy to neuropatia wzrokowa? Bała się picia jak ognia. No, ale piła. Odbierała butelkę od Janka i ciągnęła kolejny łyk. Właściwie nie rozmawiali ze sobą. On patrzył w morze, ona w szkło, które nie przewodziło ciepła ani prądu, chociaż jego zawartość rozgrzewała. W milczeniu ustalała położenie atomów krzemu i tlenu w krystalicznym stanie konsystencji. Raz przypominało ono sześcian, za chwilę było asymetryczne. Mieszanka wapienia, piasku kwarcowego i sody. Kiedy je podgrzać, mięknie i staje się gęstą cieczą. Jak krew. Myślała teraz o swojej krwi, w której porusza się tanie wino. Ale przecież też rozpuszczone związki organiczne, białka, tłuszcze, węglowodany, hormony i składniki mineralne. Mojej matce kręciło się w głowie. Słońce już dawno zaszło, na niebie pojawiły się gwiazdy.

– Wodór i hel – powiedziała do Jana. – Cała reszta to tylko zasrane pierwiastki cięższe, tlen, azot i węgiel… Ale po co ja ci to mówię, przecież sam wiesz…

Patrzyła w niebo na świecące, młode, białoniebieskie gwiazdeczki, przez dno butelki, niczym przez lunetę gapiła się na gwiazdy czerwone. Te były starsze i zimniejsze. Obserwowała ich światło, mieszaninę promieniowania z różnych warstw. Ich zniekształcone widmo. We wnętrzu mojej matki, niczym w gwiazdach, zachodziły reakcje prawie jądrowe. Tyle że to nie wodór przemieniał się w hel, a osobowość mojej matki stawała się osobowością zupełnie innej kobiety. Pomyślała o leukocytach, które odpowiadają za układ odpornościowy. Odbierają sygnał od obcych komórek i niszczą je. Panna Lewczuk poczuła, jak ręce Jana obejmują jej tułów, jak spływa wraz z nim pod ławkę. Niczym preparat była rozbierana na czynniki. Półnaga, bez majtek i rajstop, leżała pod cielskiem mruczącego coś do jej ucha faceta. Poczuła lekkie ukłucie, potem nasienie w postaci plemników, substancji osocza i wydzieliny gruczołów płciowych wyruszyło w poszukiwaniu komórki jajowej. Moja matka czuła gorącą spermę lezącą w jej ciało. Pomyślała, że tych plemników musi być zdecydowanie więcej niźli sześćdziesiąt tysięcy w milimetrze. Współczuła spermie Jana, która ma tylko sześć godzin aktywnego ruchu, na dodatek musi pokonać kwaśne pH jej pochwy. Na szczęście w dalszych odcinkach dróg rodnych pH zmienia się w zasadowe, a to sprzyja wędrówce. Że już o zjawisku kapacytacji nie ma co gadać. Tak więc leżała moja matka Beata pod ojcem moim Janem, który dymał ją tej nocy jeszcze wiele razy. Jak na naukowca z zacięciem przystało, za każdym razem odkrywała jakieś nowe aspekty pierdolenia. A na koniec uniosła biodra mojego ojca i zażądała, aby spuścił się jej w dłoń. Koniecznie chciała przebadać jego spermę organoleptycznie. Smak miała

13.

taki sobie.

– …ten kraj. Ta cała Polska. Dlatego wyjeżdżam. Najpierw ja, a potem żona z synem do mnie dołączą. Na Wyspach.

To było rok temu, siedziałem w pociągu z łysym facetem około trzydziestki. Wagon nie miał przedziałów i siedzieliśmy w czteroosobowym boksie. Siedzieliśmy we dwóch, bo facet założył wolne miejsca torbami. Zdjął buty i oparł nogi na siedzeniu przy mnie. Obok nas przeszła kobieta z malcem. Był to jeden z niewielu pociągów jeżdżących nad morze, dlatego po korytarzu kręciło się wielu pasażerów, którzy poszukiwali wolnych miejsc. Jechałem do Prabut. Małego miasteczka w połowie drogi między dużym węzłem kolejowym w Iławie a Malborkiem, miastem z największym średniowiecznym zamkiem w Europie. Dalej był już tylko Tczew, a po nim Gdańsk. To był mój pierwszy raz. Pierwszy przekręt, jaki sobie wymyśliłem. Nie miałem sprecyzowanego planu działania. Po prostu zamierzałem dojechać do tych całych Prabut, odnaleźć gościa i sprzedać mu kit, wyciągnąć pieniądze. Pełna improwizacja. Drażnił mnie ten łysol naprzeciwko, pił piwo i gadał jak nakręcony. Obok nas znowu przeszła młoda matka z dzieckiem. Kilka razy.

– Taki sobie ten kraj – powtórzył podpity łysol. – Do niczego tu nie dojdę. Politolog jestem, ale bardziej historyk. W szkole robię. Podstawówka i gimnazjum. Takie tam. Moja żona jest anglistka, robi w szkole językowej. Zarobki nędza. Córka dziesięć lat ma. Pomyśl, języki prywatnie, koło taneczne, szkółka malarska, dżudo. A ciuchy, a żarcie… Mieszkanie niby mamy, cztery pokoje w wieżowcu. Jadę pociągiem, bo jeep teścia w naprawie. Teść sam, teściowa na nerwy się wykończyła. Dom pod miastem ma. Właściwie to dwa domy, jeden Niemcom na sezon wynajmuje. Samego płotu pięć kilometrów. Latem studenci, takie siurki jak ty, dwa miesiące malowali, nie dali rady całego. Teściu parobka takiego ma, ale chuj nierób. Więcej i więcej chce… Straszy, że odejdzie. Weź w takiej samotni sam siedź! W Gdańsku to biorę taryfę i jadę do Rembiechowa, na samolot. W fabryce będę robił najpierw, jakieś kartony pakował. Nie wiem dokładnie, koleś mi nagrał. – Wykończył puszkę. – A najgorsi ludzie. Pazerne, jebane buractwo. Bez kultury. Rozumiesz, duszę się tutaj. Bardzo

14.

duszę się.

– …ale nie przestawaj! – powiedziała moja matka do mojego ojca następnego dnia, po tym jak ją dopadł na plaży w Brzeźnie. Tym razem spotkali się na rogu Piastowskiej i Chłopskiej. Ruszyli bez słowa w stronę bud z cuchnącymi rybami i przypalonym olejem. Przed budami skręcili w prawo, w krzaki. Tym razem to matka sama zdjęła majtki. Rajstop przezornie nie brała, bała się, że je porwie. Ona sama bądź jej narowisty kochanek. Cały świat wokół był w ruchu. Leżeli w trawie, nad nimi kiwały się zielone buki, klony i kasztanowce. Matka pod tyłkiem miała czyściutką chusteczkę do noska. Kapral Dębski kiwał się między jej udami. Matka moja patrząc na liście, dokonywała ich analizy anatomicznej. Rozłożyła ręce na boki, w dłoniach gniotła źdźbła traw i szeptała:

– …kutykula, górna epiderma, miękisz palisadowy. Co dalej? Oczywiście miękisz gąbczasty, dolna epiderma. A dalej, ha, ha, szparka! Komórki szparkowe, drewno, łyko, a na końcu wiązki przewodzące…

Mój ojciec nie mógł widzieć liści, z bladym tyłkiem wycelowanym w drzewostan powtarzał:

– Zadaniem Służby Bezpieczeństwa jest ochrona systemu komunistycznego w kraju. Kontrolowanie i przenikanie do wszystkich struktur życia społecznego w kraju i za granicą. Penetracja, inwigilowanie. – Jeszcze raz powtórzył to trudne słowo: – Inwigilowanie inteligencji, mniejszości narodowych, Kościoła. Jest nas blisko dwadzieścia pięć tysięcy. Kontrolujemy dziewięćdziesiąt tysięcy tajnych współpracowników.

Tu ojciec mój przerwał definicję, bo na tyłek spadła mu kropla wody. Nad nimi zbierały się deszczowe chmury.

– Szybciej, no szybciej – jęknęła mu do ucha matka. A kiedy ruszył znowu, pomyślała o kwaśnych deszczach, niebezpiecznych dla roślin i zwierząt. O tym, że wywołują je tlenki siarki i azotu. Wiła się pod ojcem, myśląc o cząsteczkach dwutlenku siarki, które przekształcają się w siarczan amonowy, ten rozrasta się w kontakcie z wodą. Rośnie! Och, jak rośnie! Wrzasnęła na cały lasek, bo Jan idealnie zsynchronizował się z jej orgazmem. Kiedy purpurowa na twarzy zakładała majtki, szepnęła mu w tajemnicy:

– Czy wiesz, Janku, że tylko jedna chmura na siedem daje opad atmosferyczny?

Moi rodzice spotykali się do końca kursu Jana. Zwykle był to lasek w Jelitkowie. Beata ściągała majtki i brała się do powtarzania materiału z zakresu studiów, kapral Jan dymał ją w rytm regułek z porannych zajęć. Z czasem przestał narzekać na kąsające go w tyłek komary. Liście w lasku zmieniały kolor, z zielonych przechodziły w czerwień. Patrząc na listki spadające z klonu pospolitego, matka moja tłumaczyła Janowi:

– To, mój drogi, tylko spadek ilości chlorofilu, jego rozkład. Mniejsza ilość fotosyntezy, głuptasku. Hydroliza białek i węglowodanów, myszko.

Jak widać, przez te letnie miesiące zaczęli ze sobą rozmawiać. Moja matka dowiedziała się wreszcie, że Jan nie jest studentem z jej roku, a kapralem milicji drogowej z dobrymi rokowaniami. Dębski uznawał pewne granice w wyznaniach. W dalszym ciągu nie przyznał się do ubeckiej profesji. Nie powiedział o niej też matce Beaty, a mojej babce. Kornelia Lewczuk obejrzała go dokładnie. Podobny do Paula Newmana, pomyślała. W przeciwieństwie do córki oglądała filmy, a szczególnie lubiła amerykańskie. Jan przyjeżdżał do nich na Jaśkową Dolinę co drugą sobotę. Pił z kobietami herbatę, słuchał opowieści o Urzędzie Miasta, w którym pracowała babka. Kiwał ze zrozumieniem głową. Babce jego praca w milicji nie przeszkadzała. Poglądy miała elastyczne.

– Nie każdy gliniarz to esbek – powtarzała córce. – A ten twój z drogówki pijaków łapie. I co z tego, że bez studiów? Ja też bez, a pracę w urzędzie mam. Ty, córuś, po studiach, a roboty znaleźć nie możesz. I grzeczny ten Janek, pojętny, nawet wodę w toalecie się nauczył spuszczać. Do obiadu ręce też myje. Nikt nie był od razu doskonały.

Ojciec mojej matki, mój dziadek Stefan słuchał tego gadania przez uchylone drzwi. Dziadek zajmował się renowacją starych zegarów. Nic innego go nie interesowało. Zegary go nakręcały.

Robiło się coraz chłodniej, Jan nie chodził już z Beatą do lasku, dymał ją co drugą sobotę na poddaszu. Nie robili z tego tajemnicy, bo moja matka od wielu miesięcy była w ciąży. W styczniu miał się urodzić mój brat Adam. Kobiety kombinowały, jak ściągnąć Jana na Wybrzeże. W listopadzie przyszły zięć wyznał w głębokiej tajemnicy, że idą podwyżki. Dżem będzie najdroższy, trzydzieści procent w górę, kasza też trzydzieści. Warto kupić więcej. „Jak co będę jeszcze wiedział, to powiem”. I zniknął tak jakoś konspiracyjnie. Ale za zwyczajowe dwa tygodnie się nie pojawił. Na początku grudnia też nie. Kobiety przyjęły to ze zrozumieniem, miały zresztą inne problemy. Matce brzuch rósł w tempie imponującym. Do tego trzynastego grudnia oprócz dżemu i kaszy jęczmiennej podrożały makaron, masło i mąka. Robiło się gorąco. Następnego dnia ludzie wyszli protestować na ulice miasta, tłum ruszył pod Stocznię. Gdyby moja matka miała chęci i siły ruszyć do walki o obronę ceny kaszy dla mającego zaraz się urodzić Adama, to być może wśród ludzi obserwujących protestantów na ulicy Marynarki Polskiej dostrzegłaby szybko przemieszczającego się za tłumem amerykańskiego aktora Paula Newmana z aparatem Praktica na szyi. Człowiek ten co rusz regulował obiektyw Pancolar i z narażeniem życia uwieczniał chwilę. Portrecista w pewnej chwili stracił orientację i wpadł na wzburzony tłum. Tego popołudnia wraz z blisko setką swoich kolegów milicjantów dostał łomot od rozjuszonego tłumu. Bez aparatu, ze złamaną szczęką i licznymi potłuczeniami trafił do Akademii Medycznej. Być może gdyby leżący obok niego w sali demonstranci rozpoznali w amerykańskim aktorze kaprala Jana Dębskiego, zatłukliby go natychmiast. Jan miał szczęście, w cywilnym ubraniu przeleżał pod oknem, wsłuchując się w wycie syren, huk palących się samochodów, tłuczone szkło demolowanych sklepów. Z rozdziawioną gębą patrzył na łuny unoszące się nad Gdańskiem. Przeleżał tak podpalenie Komitetu Wojewódzkiego, najazd czołgów i transporterów na rozpalone miasto, pierwsze strzały i trupy na ulicach, masakrę na wiadukcie w Gdyni, gdzie koledzy Jana ze swoich AK-47 pruli do bezbronnych robotników, aresztowania. Przeleżał tak narodziny swojego syna Adama, bo matka moja, ogłupiała ze strachu, zdecydowała się rodzić w rytm chrzęstu gąsienic transporterów opancerzonych. Do Olsztyna wrócił dopiero po Nowym Roku, już jako starszy kapral, z odznaczeniem na piersi. W ślad za nim podążyła moja matka z dzieciątkiem na ręku, bo jej matka, a moja babka, chociaż była osobą o elastycznych poglądach, po masakrze grudniowej za nic w świecie nie chciała mieć pod jednym dachem oprawcy, a tym bardziej dziecka zrodzonego z jego przeklętej spermy. Babka opłaciła pociąg, obiecała przesłać pocztą matce

15.

książki.

Były teraz jej ratunkiem. Inaczej moja matka by oszalała. Siedziała w garnizonowym hotelu przy Gietkowskiej w pokoiku o wymiarach łazienki w gdańskim mieszkaniu. Czytała lektury, karmiła niewielką piersią malutkiego Adama. Czekała z obiadem na Jana, który po wydarzeniach grudniowych urósł w siłę. Został inspektorem wydziału śledczego SB. Dostał podwyżkę i obietnicę mieszkania w bloku. Był wredny, zakłamany, niedouczony, ambitny i podstępny. Prosty jak jego imię. Dla zwierzchników idealny. Na wiosnę Jan z Beatą wzięli ślub cywilny. Za świadków mieli ciecia z hotelu i koleżankę z czasów studenckich Beaty. Rodzice Jana bali się inteligenckiej synowej i nie przyjechali. Babka moja wysłała tylko okolicznościową kartkę. Wyrzucała w niej brak perspektyw dla tego związku. Główną przeszkodą był teraz, o dziwo, niski poziom edukacji Jana. Olga, koleżanka matki, przyjechała do Olsztyna, by tworzyć podwaliny Wyższej Szkoły Nauczycielskiej powstałej rok wcześniej. Władzy zależało na otwieraniu nowych szkół, niezależnych od istniejących uniwersytetów. „By kształciły nauczycieli, którzy pracą wychowawczo-dydaktyczną wspieraliby porządek ustrojowy”. Jak przy uroczystym, ślubnym obiedzie wyrecytowała Olga. Po przyjęciu cała czwórka udała się do hotelu nowożeńców. Cieć wrócił na portiernię, a Jan, Beata i Olga kontynuowali biesiadę w pokoiku numer dwadzieścia pięć. Ustalono, że Olga porozmawia, z kim trzeba, i Beata od jesieni zacznie pracę na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym w charakterze asystenta. Mały Adam miał dostać opiekunkę. Szczęśliwi i pijani, z braku miejsca położyli się w trójkę na wersalce pod wspólną kołdrą. Do snu tykał im piękny zegar firmy Haller. Był to prezent od dziadka Stefana, w tajemnicy podarowany mojej matce. Jak widać, dziadek nie był tak do końca oderwany od rzeczywistości. By nic złego się nie stało, Beata położyła się pośrodku. Rano na jej miejscu, w kusej haleczce, leżała Olga. Trudno to było jakoś sensownie wytłumaczyć, więc sprawę całą uznano za nieporozumienie. Jan w nocy wstawał po wodę i widocznie Beata wtoczyła się na jego miejsce. A Olga na miejsce Beaty. No i gdzie, do cholery, Jan miał się położyć? To się położył tam, gdzie było wolne, na miejsce Olgi. Problem zatem się szybko wyjaśnił. W końcu to była Olga, najlepsza przyjaciółka Beaty, przyszła koleżanka z pracy. Cudowny sen trwał. Beata dostała pracę na uczelni, Jan klucze do czteropokojowego mieszkania w wieżowcu na Dworcowej. Mój brat Adam opiekunkę, Babcię Jadzię. Nawet Olga nie była stratna, bo Jan zaglądał do jej kawalerki na Kołobrzeskiej w każdy czwartek. Lubiła, kiedy brał ją od tyłu w mikroskopijnym przedpokoiku, sczepieni, na czworaka, wjeżdżali do głównego, bo jedynego, pokoju. Docierali do odbiornika telewizyjnego. Jan wtłaczał w Olgę porcję gorącej spermy, po czym zasiadał przed telewizorem i oglądał kolejną odsłonę kryminalnego Teatru Sensacji Kobra. Najbardziej cenił odcinki, w których występował aktor Krzysztof Chamiec. Jan lubił jego głos, chciał mówić tak jak on. Nigdy się tego nie nauczył. Tak mijały im lata. Mój brat Adam rósł, Babcię Jadzię zamieniono mu na przedszkole, Jan z kolei zamienił magister Olgę na jakąś kelnerkę z knajpy Pod Żaglami. Może dlatego, że w telewizji od 1975 roku przestali puszczać Kobrę? Matka moja napisała wspaniałą rozprawę doktorską o ilości rtęci w ślimakach winniczkach łąk podolsztyńskich. W 1978 roku do Olsztyna przyjechał przywódca partii Edward Gierek, z tej okazji urządzono w mieście centralne dożynki. Zbudowano stadion piłkarski, halę widowiskową, dworzec, kilka pomników. Dla równowagi spłonął sąd. Zmarła moja babka. Kolejny

16.

rok.

Temu do naszego mieszkania zapukała elegancka kobieta. Powołała się na rozmowę telefoniczną z moją matką. Było to nieprawdopodobne, bo matka rok temu była już wrakiem człowieka. Zaniedbana, wychudzona, milcząca. W wytartym szlafroku pokazywała się czasem w kuchni, brała kromkę chleba i lepiąc z niego kulki, znikała w swoim pokoju. Ale tamtego dnia było zupełnie inaczej. Matka założyła swoją najlepszą suknię. By nie wisiała zbyt luźno, ściągnęła ją w talii paskiem, umalowała się i uczesała siwe włosy. Pomalowała usta i paznokcie. Z szafki wyjęła sztuczne zęby, klapiąc szczęką, krążyła po mieszkaniu. Była bardzo pobudzona. Gdyby nie zapomniała o butach, wyglądałaby całkiem dobrze. W dziurawych, wełnianych skarpetach dumnie wprowadziła tamtą kobietę do salonu, posadziła przy stole i ruszyła do kuchni. Wróciła po dłuższej chwili z herbatą. Wrażenie normalności zepsuły kulki chleba, które postawiła na talerzyku przed gościem. Na koniec przytaszczyła podniszczoną walizkę i wysypała z niej pod nogi kobiety zrolowane dyplomy i medale, jakieś broszury. Było prawie tak, jak na komendzie milicji wiele lat temu. Tyle że matka nie rzucała medalami w przybyłą, nie wyzywała jej i nie krzyczała.

– Jak już pani mówiłam przez telefon – zaczęła tamta spokojnie, jakby scena, której była udziałem, nie zrobiła na niej żadnego wrażenia – reprezentuję firmę pana Hubnera ze Szwajcarii. Nasze leksykony Who is Who oferują wyjątkowej jakości informacje o osobach znanych z życia publicznego. Pozwalają one zrozumieć czasy, w których żyjemy. Piszemy o politykach, artystach, menadżerach i naukowcach. Przedstawiamy różne rodzaje kariery, piszemy o wybitnych jednostkach, które mogą stanowić wzór dla młodzieży…

Stałem oparty o framugę i słuchałem tej kobiety z coraz większym zdziwieniem. Skąd ona wykopała moją matkę? Czy ona nie widzi, co tu się dzieje? Czy jest ślepa? Gdybym jej opowiedział o rzeczach, które matka wyprawia w tym domu, szybko zabrałaby swój piękny notes i drogie pióro – zapewne nagrodę za zdobycie tytułu pracownika miesiąca. Być może dostała je od samego pana szefa z Zurychu, czy gdzie tam oni mają swoją siedzibę. Wyleciałaby, nie oglądając się za siebie. Ale ona mówiła dalej:

– Pani Beato, w siedemdziesiątym szóstym zrobiła pani habilitację w Warszawie. Została pani profesorem uczelnianym, w siedemdziesiątym siódmym roku szefem Instytutu. Przyjęto panią do Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Otrzymała pani najbardziej prestiżową nagrodę dla młodego naukowca, czyli nagrodę Wiktora Kemuli. Publikowała pani w „Polish Journal of Chemistry”. Na zjeździe w Toruniu dostała pani Medal Jana Harabaszewskiego. Nie miała pani jeszcze wtedy czterdziestki! Ostatni pani artykuł w „Wiadomościach Chemicznych” ma datę styczeń 1989 rok. Co było dalej?

Potem był już tylko obłęd, paniusiu kochana, pomyślałem. Nie musiałem zresztą tego mówić głośno, bo matka po tej niewiarygodnej chwili normalności wracała do swego naturalnego stanu. Najpierw wyjadła kulki z talerzyka, wpychała je w pokrzywione paraliżem usta. Potem wstała i krążąc po pustym salonie, ostukiwała ściany, zaglądała w kontakty. Zupełnie nie zwracała uwagi na gościa. Podeszła do okna, poprawiła ciężkie zasłony i w pokoju zrobił się półmrok.

– Zależy nam, aby pani nazwisko znalazło się w naszej encyklopedii. – Kobieta traciła wytrenowany spokój. Czujnie śledziła matkę. Nerwowo trajkotała swoją wyuczoną gadkę. – Nasz leksykon to nie tylko informacja o pani dokonaniach, ale też dokument współczesnej historii…

Matka podeszła do niej, patrzyła przez chwilę na długie kozaki, kolana, a potem zadarła jej spódnicę i wsadziła głowę między uda.

– Historii rozwoju naszego państwa! – Przedstawicielka firmy ze Szwajcarii zapiszczała i rzuciła się do drzwi. – Koszt encyklopedii wynosi tysiąc pięćset złotych. – W pośpiechu zakładała palto. – Gdyby pani sobie życzyła, to za jedyne sto siedemdziesiąt złotych prześlemy dyplom w ramce! – I zwiała w podskokach.

Odprowadziłem matkę do pokoju. Wróciłem do salonu i zacząłem zbierać do walizy dyplomy i medale pomieszane ze zdjęciami. Na jednym z nich była razem z ojcem przekreślonym czerwonym flamastrem. Matka i ojciec, dzieci socjalizmu. Każde na swój sposób wyjątkowe. Ona, piekielnie zdolna, zepchnięta w prowincjonalną dziurę, dlaczego nie próbowała się z niej wyrwać? Co ją tu trzymało? Gdyby urodziła się w lepszych czasach i lepszym miejscu na ziemi, pracowałaby w prestiżowym zespole badawczym. Miast tego wypuszczała stada nauczycieli z awansu społecznego. On, mój ojciec. Cham spod lasu, który wykorzystał swój czas, nawet nie wiedząc, jak sam jest wykorzystywany. Czy teraz taki mezalians byłby możliwy? Jan próbował dogonić matkę. W 1976 roku był już sierżantem i starszym inspektorem Wydziału Czwartego SB. Rok później wysłano go na studia do Akademii Spraw Wewnętrznych w podwarszawskim Legionowie. Wrócił z nich jako podporucznik, oficer. Cały czas odbywał cykle szkoleń. Stan wojenny dał mu awans na porucznika i stanowisko zastępcy naczelnika wydziału śledczego. Jan był pracowity, napierdalał opozycjonistów tak dobrze, że awansował na kapitana, a rok później pojechał do Związku Sowieckiego, do Wyższej Szkoły KGB. Tamtego dnia, kiedy matka wpadła ze mną w jednym bucie na korytarz Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, ojciec mój był już majorem i Naczelnikiem Wydziału Śledczego. Kariera, trzeba przyznać, imponująca. Ale rok później ślad po moim ojcu zaginął. Major Dębski Jan nie przeszedł weryfikacji komisji powołanej przez nową władzę. Zwolniono go ze służby. Zniknął, zapadł się pod

17.

ziemię.

Mieli twardą ci kopacze. Całe miasteczko, całe pieprzone Prabuty były rozryte przez stada kopaczy. Widok tego miejsca wprawił mnie w przygnębienie. Większość chodników rozebrano, wciśnięto w te współczesne okopy przemarzniętych ludzi i kazano im wywalać ziemię na boki. Za nimi szli inni i z wielkich bębnów rozwijali kabel światłowodu. Pochód zamykali ludzie z łopatami, którzy zasypywali i ubijali ziemię z kablem. Szedłem tak za nimi w nadziei, że gdzieś pojawi się człowiek, dla którego przyjechałem tu porannym pociągiem. Po godzinie miałem dosyć i zapytałem o Nowaka. Nikt z nich nie wiedział, kim jest Nowak. Zirytowali mnie tą niewiedzą, ale po jakimś czasie wydało mi się to zabawne. Dziesiątki przemarzniętych, brudnych ludzi każdego ranka wyciąga z szop i piwnic rowery, dyma po pokrytej lodem drodze kilka, nawet kilkanaście kilometrów do swoich rowów i kopie za cztery złote za godzinę. Nawet nie wiedząc, kto im płaci. Płacił im Nowak. Lokalny biznesmen, człowiek cudotwórca, uzdrowiciel lokalnej gospodarki. Znalazłem go w „Gazecie” kilka dni po wizycie babki od Who is Who. Po kolejnej godzinie znalazł się ktoś, kto wiedział, kim jest Nowak, co więcej, potrafił mi wskazać miejsce jego pobytu. Pokonałem okopy i dotarłem do hotelu robotniczego, w którym kiedyś mieścił się internat. Nowaka zastałem w dobrym humorze, pił samotnie wódkę i oglądał turniej skoków narciarskich.

– Panie Nowak – zacząłem w drzwiach – szukam pana od kilku dni.

– No, to i pan znalazł.

Wyprowadził mnie nieco z równowagi tym stwierdzeniem i musiałem narrację budować od nowa. Zastanawiałem się, jak zacząć, kiedy Nowak wskazał mi miejsce obok i nalał sobie, a po chwili też mnie kieliszek wódki.

– Małysz zaraz leci. Drugi po pierwszej. Jego zdrowie!

Wypiłem z Nowakiem za zdrowie mistrza i powiedziałem:

– Jest pan człowiekiem sukcesu, panie Janie… – W myślach dodałem, podobnie jak Jan Dębski jesteś, Janie Nowaku, niezłą mendą, ale w życiu nie tylko wielkie miłości się spotyka. – Pana hojność jest powszechnie znana, nasza firma…

– Patrz pan, jak leci! Leć, Adaś, leć!

– Od wielu lat…

– Jest! Wygrał! Adam wygrał! A ta szwabska kurwa dwa metry za nim! – Pobudzony zwycięstwem skoczka geniusza nalał jeszcze po jednym. – Szczęście mi pan żeś przyniósł.

Jeżeli już, to chyba bardziej Adamowi, ale mniejsza z tym. Wyciągnąłem z torby notes.