Mała wielka wyspa Wielkanocna - Marek Fiedler - ebook
Opis

Wyspa Wielkanocna zdobyła światową sławę dzięki niesamowitym posągom moai. Stworzenie figury przeciętnej wielkości zajmowało około roku i wymagało gigantycznego nakładu pracy. Dlaczego Rapanujczycy porywali się na coś takiego? A potem wszystkie posągi obalili. Co ich skłoniło do uczynienia tego desperackiego kroku? Wyspa Wielkanocna to zakątek o dramatycznej i fascynującej historii, a także miejsce kryjące wiele niezwykłych tajemnic.

 

Wyspa Wielkanocna jest fenomenem, który stawia więcej pytań niż oferuje odpowiedzi.

Marzyło nam się, by przeniknąć otaczające ją tajemnice. W tym celu

wcielaliśmy się momentami a to w psychologa, a to w detektywa.

- Marek Fiedler

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Mojej żonie Krystynie poświęcam

1. SPEŁNIONE MARZENIE

Do ostatniego etapu naszej podróży na Wyspę Wielkanocną wystartowaliśmy z Limy. Lot trwał sześć monotonnych godzin. Pod nami bezkres oceanu. Wreszcie maszyna zaczęła wytracać wysokość. Wyjrzałem przez okno. Samolot zataczał koło i z boku zamajaczył cel naszej wyprawy. Niepozorny kawałek ziemi, na którego widok serce uderzyło mocniej w piersiach. Zawsze marzyłem o tym, by poznać Rapa Nui[1]. Bo to zakątek o dramatycznej i fascynującej historii, a także miejsce kryjące wiele niezwykłych tajemnic.

Po wylądowaniu dowiedzieliśmy się, że tutejszy maleńki terminal dysponuje jednym z najdłuższych pasów na świecie, ponieważ Amerykanie w 1985 roku urządzili tu awaryjne lądowisko dla wahadłowców.

Wybierając się w daleką podróż, z reguły nie rezerwuję noclegu, wolę na miejscu rozejrzeć się za czymś dogodnym i niedrogim. Ale tym razem pewna Europejka mieszkająca na wyspie obiecała, że zarezerwuje nam kwaterę i odbierze nas z lotniska (towarzyszył mi mój syn Marek Oliwier). Jednakże na próżno rozglądaliśmy się za nią, również telefonicznie była nieuchwytna. (Później okazało się, że pomyliła daty). Na innych pasażerów Boeinga 767, którym przylecieliśmy, czekali tubylcy i rozwozili ich do hoteli. Niebawem przed skromnym budynkiem miejscowego lotniska Mataveri zrobiło się niemal pusto. Jeszcze tylko dwóch Rapanujczyków oczekiwało turystów. Zapytaliśmy ich o nocleg dla nas.

– Nie macie rezerwacji? – Ich oczy wyrażały zdumienie. – Teraz wszystko zajęte. Wkrótce zaczyna się Tapati!

Tapati to wielki festiwal, którym żyje wyspa przez pierwsze dwa tygodnie lutego każdego roku. Festiwal zapoczątkowano w latach 70. XX wieku, żeby wspierać miejscową kulturę i krzewić szacunek dla tradycji Rapa Nui. Tapati to współzawodnictwo w tańcach i śpiewie, to zmagania w różnych tradycyjnych zawodach sportowych, to wreszcie ostra rywalizacja między dwiema wybranymi dziewczynami o tytuł królowej Tapati. Festiwal organizują tubylcy przede wszystkim dla siebie samych, ale w ostatnich latach stał się dużą atrakcją turystyczną.

Widząc nasze zawiedzione miny, jeden z mężczyzn „zlitował się” nad nami:

– Może znajdę dla was jeszcze jakieś wolne miejsce, ale to będzie kosztować po sto pięćdziesiąt dolarów za noc od osoby. I radzę się szybko decydować!

Niech go kule biją! Wiedzieliśmy, że na Wyspie Wielkanocnej jest drogo, ale żeby aż tak? W takich chwilach należy zachować zimną krew. Po długiej podróży (nasza trwała z przesiadkami przeszło dwie doby: z rodzinnego Puszczykowa via Berlin, Madryt, Miami, Limę aż tu, po drugiej stronie kuli ziemskiej) człowiek jest zmęczony, chciałby jak najszybciej odpocząć w hotelu. Trzeba się jednak zmobilizować i ruszyć w poszukiwaniu czegoś tańszego. Już zarzucaliśmy plecaki na ramiona, gdy raptem nadjechała biała terenówka, z której wysiadła uśmiechnięta Rapanujka i przywołała nas gestem ręki.

– Jestem Cecylia. Zapraszam do siebie – rzekła, wręczając nam wizytówkę, na której widniała informacja: „Chez Cecylia. Cabaña y Camping”. Cabaña to w języku hiszpańskim „szałas” albo „buda”. „Lepszy szałas niż hotel za 150 dolarów” – przemknęło mi przez głowę. Nie namyślając się, wsiedliśmy do auta. Dobrze trafiliśmy. Cabaña okazała się przyzwoitym domkiem, w którym czekał na nas obszerny pokój z łazienką i dostępem do kuchni. A wszystko to za bardzo przystępną cenę, jak na tutejsze warunki: 60 dolarów za dobę dla nas dwóch.

Znajdowaliśmy się w miasteczku Hanga Roa, położonym w pobliżu lotniska w południowo-zachodniej części wyspy. Hanga Roa skupia 95 procent populacji Rapa Nui. Jest to jedyne miejsce na wyspie z dostępem do elektryczności i bieżącej wody. W miasteczku były dwa banki, szpitalik, apteka, poczta, minimarkety i sklepy z pamiątkami oraz całkiem pokaźna liczba restauracji. W pobliżu naszej cabaña zauważyliśmy kilka knajpek; do jednej z nich, pod nazwą „Mana”, wstąpiliśmy na obiad. Byliśmy w siódmym niebie. Zdobyliśmy wygodną kwaterę w świetnym miejscu, nieopodal malowniczej Zatoki Cooka – to właśnie tu James Cook zarzucił kotwicę w 1774 roku. Pod samym niemal nosem mieliśmy też główną scenę, gdzie niebawem rozpoczną się występy na festiwalu Tapati. A kilka kroków dalej widniał kompleks Tahai z trzema platformami ahu[2], na których stało siedem wspaniałych posągów moai!

Tymczasem w knajpce „Mana” kelnerka przyniosła nam skromny posiłek: jakieś dwie nieokreślone rybki z ryżem. Podczas płacenia rachunku czekała nas przykra niespodzianka: kelnerka zażądała aż 65 dolarów! Zdegustowani, przez kilka następnych dni obywaliśmy się bez obiadów.

Drożyzna na Wyspie Wielkanocnej wynika stąd, że ogromną większość produktów trzeba sprowadzać samolotem z kontynentu. Nawet butelkowana woda pochodzi z Chile. Z wodą zawsze był tu problem, ponieważ wskutek porowatego wulkanicznego podłoża nie ma na wyspie rzek ani strumieni. Są tylko trzy jeziora w kraterach wygasłych wulkanów: Rano Kau, Rano Raraku i Rano Aroi. Krajowcy gromadzili wodę deszczową w kamiennych zbiornikach.

Z cenami jednak okazało się nie tak źle, jak na pierwszy rzut oka wyglądało. Niebawem wyszukaliśmy knajpkę, w której za przyzwoity obiad płaciliśmy o połowę mniej niż w nastawionej na łupienie turystów „Manie”. Poza tym przekonaliśmy się, że jak ognia należy unikać płacenia dolarami. Dolar przez długi czas był tu panem, wszystkie ceny podawano przede wszystkim w tej walucie. Ostatnio jednak miejscowi wolą kasować w chilijskich peso. Oczywiście przyjmą od turysty „zielone”, ale zastosują niekorzystny przelicznik. Lepiej więc udać się od razu do banku – tam uczciwiej wymieniają.

Wyspę zamierzaliśmy przemierzyć wzdłuż i wszerz. Pochyliliśmy się nad mapą. Powierzchnia Rapa Nui wynosi około 170 kilometrów kwadratowych (dla porównania, Warszawa zajmuje 495 kilometrów kwadratowych) i tworzy nieregularny trójkąt o bokach długości 24, 18 i 16 kilometrów. Uformowały ją trzy wulkany: Poike, Rano Kau oraz Terevaka, który jest równocześnie najwyższym wzniesieniem wyspy, sięgającym 507 metrów n.p.m. Charakterystyczną cechą Rapa Nui jest mnogość jaskiń, wykorzystywanych dawniej przez tubylców w celach kultowych, a także podobno jako schrony w okresie niepokojów na wyspie. Do najciekawszych miejsc można dojechać drogami asfaltowymi bądź gruntowymi. Postanowiliśmy więc wynająć terenowy samochód. Z pomocą naszej gospodyni Cecylii dostaliśmy niedrogie suzuki o dumnej nazwie samurai. Ten samurai najlepsze lata miał już dawno za sobą. Przy prędkości 60 kilometrów na godzinę dygotał przeraźliwie, ciskając się w lewo i prawo jak pijany niecnota. Na szczęście tutejsze drogi są ciągle jeszcze niemal puste, więc nasze harce po nich uchodziły nam na sucho. Trzeba było tylko uważać na wałęsające się konie, zazwyczaj półdzikie, których żyje tu około sześciu tysięcy, przewyższając liczbą mieszkańców.

Suzuki samurai, choć ułomne, jednak nas nie zawiodo. Wyspa Wielkanocna ze wszystkimi swoimi niezwykłościami stanęła przed nami otworem!

2. NAJSAMOTNIEJSZE MIEJSCE NA ŚWIECIE?

Rapa Nui: nikły punkcik geograficzny zagubiony w bezmiarze Pacyfiku, oddalony od Ameryki Południowej o 3700 kilometrów, a od najbliższej zamieszkanej wysepki Pitcairn o 2086 kilometrów. Trudno się dziwić, że spośród wszystkich wysp globu, na których żyją ludzie, Rapa Nui zyskała miano najbardziej samotnego miejsca na świecie. Tak mówili o niej pierwsi europejscy żeglarze, którzy docierali tu w XVIII wieku, tak też postrzegano ją w burzliwym i nieszczęsnym dla niej XIX stuleciu, niewiele w tym względzie zmieniło się również w wieku XX.

Przywołajmy rok 1914 i historię angielskiej uczonej Katherine Routledge. Dzielna niewiasta była jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły uniwersytet w Oksfordzie. A gdy w British Museum ujrzała posąg moai z Rapa Nui, było to dla niej tak ogromne przeżycie, że postanowiła udać się na wyspę, na której powstały takie dzieła. Jej Ekspedycja Mana zorganizowana w latach 1914–1915 była pierwszą poważną badawczą wyprawą na Rapa Nui. Katherine Routledge interesowało wszystko to, co przetrwało w pamięci najstarszych tubylców. Wypytywała ich niestrudzenie o dawne wierzenia, zwyczaje i tradycje. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu udało jej się częściowo ocalić historię tego niezwykłego ludu, tak tragicznie doświadczonego przez XIX-wiecznych łowców niewolników i inne dopusty losu. Jej książkę The Mystery of Easter Island (Tajemnica Wyspy Wielkanocnej) przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem[3].

Jednak i tej kobiecie, chociaż oddawała się pracy z autentyczną pasją, przytrafiały się na wyspie chwile słabości, doskwierało życie w odosobnieniu, z dala od jej świata w dalekiej Europie. Skarżąc się na przytłaczającą izolację Rapa Nui, w swoich notatkach nazwała ten zakątek, podobnie jak inni przed nią, „najsamotniejszym miejscem na globie”. W odruchu buntu wobec nękającego ją poczucia dotkliwego osamotnienia wpadła na ekscentryczny (Anglicy w tym celują) pomysł. W swoich pismach zaproponowała, aby powołać komitet, który zwróciłby się z solennym adresem do Imperium Brytyjskiego o wypowiedzenie bezwzględnej wojny wszelkim przejawom samotności!

Uczonej z trudem przychodziło pogodzić się z faktem, że wyspa leży na tak koszmarnym odludziu. Jedynie raz w roku docierał tu okręt chilijskiej marynarki wojennej z zaopatrzeniem. Niekiedy przed zmierzchem Katherine Routledge siadała na brzegu i nostalgicznie patrzyła w bezmiar oceanu. Jej wzrok szybował daleko, sięgając widnokręgu. W kobiecie tliła się nadzieja, że być może kiedyś dostrzeże jakiś nadpływający statek. Mijały dni przepełnione bolesną tęsknotą, a ona daremnie wytężała wzrok: rozpościerał się przed nią bezgranicznie pusty ocean. Jednakże któregoś ranka czekała ją ogromna niespodzianka! Kiedy wyszła z namiotu i zaczęła krzątaninę wokół śniadania, raptem stanęła się jak wryta. Zobaczyła coś tak niesamowitego i nieoczekiwanego, że doznała gwałtownego wstrząsu, aż jej się w głowie zakręciło. Na morzu, w pobliżu wyspy, stała cała flotylla potężnych, najeżonych groźnymi działami, wojennych okrętów! Skąd się tu wzięły te stalowe monstra?! Jawa to czy sen?! Zdumiona sięgnęła po lornetkę: były to niemieckie krążowniki i kontrtorpedowce! Jakie licho je przygnało na ten kraniec ziemi? Badaczka nie miała najmniejszego pojęcia, że w dalekiej Europie wybuchła wielka wojna. Angielka dopiero co roiła o walce Brytanii z samotnością, tymczasem jej ojczyzna rozpoczęła zupełnie na serio śmiertelne zapasy z całkiem realnym, potężnym wrogiem.

Okręty dotarły na wody Rapa Nui, realizując plan niemieckiego dowództwa, które właśnie tu wyznaczyło wielkie rendez-vous całej swojej flocie Pacyfiku. Położona z dala od morskich szlaków wyspa nadawała się do tego najlepiej: Niemcy byli przekonani, że nie napatoczą się w tym rejonie na brytyjskie jednostki. Katherine Routledge nie musiała się obawiać nieproszonych gości. Wyspa Wielkanocna należała do neutralnego Chile i Niemcy uszanowali jej status prawny. Niebawem ich okręty odpłynęły tak nagle, jak nieoczekiwanie się zjawiły. Dodajmy, że w listopadzie 1914 roku niemiecka eskadra pokonała Brytyjczyków u wybrzeży Chile. Była to pierwsza porażka Royal Navy od czasu wojen napoleońskich. Brytyjczycy wzięli srogi odwet miesiąc później w pobliżu Falklandów: z niemieckiej eskadry ocalał tylko jeden krążownik.

Wróćmy na Wyspę Wielkanocną. W 1952 roku przybył tu doktor Dario Verdugo, przysłany przez Chile, by leczyć tubylców. Powierzono mu tę misję, bo urzędników rządowych w Santiago de Chile ruszyło sumienie: wreszcie dotarło do nich, że Rapanujczycy, będący od kilkudziesięciu lat ich poddanymi, żyją w skrajnej nędzy i cierpią na liczne przypadłości, takie jak gruźlica, choroby weneryczne, a nawet trąd. Zacny doktor miał wiele zapału i dobrych chęci, w trudnych warunkach na rapanujskiej placówce spędził dwa lata, starając się nieść pomoc wyspiarzom. W tych wysiłkach wspierała go dzielnie towarzysząca mu przez cały czas żona. Miał przy sobie także dwóch synów. Wydawać by się mogło, że otoczony najbliższymi, kto jak kto, ale on nie powinien się lękać samotności. A jednak…

Na wyspie nie było prądu, wodociągów, telefonu, dróg i wielu innych cywilizacyjnych udogodnień. Lecz nie to mu doskwierało; przyjeżdżając tu, wiedział przecież, w jakich warunkach przyjdzie mu żyć. Doktor lubił robić w wolnych chwilach piesze wycieczki. Któregoś dnia wspiął się na najwyższe wzniesienie Maunga Terevaka, będące stożkiem wygasłego wulkanu. Jest to miejsce szczególne, z którego dobrze widać całą wyspę jak długa i szeroka. Doktor rozejrzał się… i nagle poczuł się nieswojo – wszędzie dokoła maleńkiego lądu rozciągał się bezmiar pacyficznych wód. Raptem odniósł wrażenie, że jest odcięty od całego świata, zawieszony w środku zionącej przygnębieniem pustki, w sercu jakiejś zawrotnej kosmicznej otchłani, jakiejś druzgocącej samotności. To szarpało nerwy, wytrącało z równowagi. Odtąd poczciwiec zaczął skrzętnie liczyć dni, które dzieliły go od powrotu do rodzinnego domu w Chile.

W roku 1955 przybył na Rapa Nui Thor Heyerdahl z zespołem naukowców. Słynny podróżnik szukał odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań. Skąd przypłynęli twórcy olbrzymich posągów moai? Kim byli? Kiedy wykonali te rzeźby? W jakim celu? W jaki sposób? Jak je transportowali? Ciekawość świata Heyerdahla, jego żądza przygód i niezwykłe dokonania były inspiracją dla wielu. Charyzmatyczny globtroter wzbudzał entuzjazm, rozpalał wyobraźnię, swymi pomysłami porywał ludzi. Swój siedmiomiesięczny pobyt na Rapa Nui opisał w fascynującym reportażu Aku-Aku. Ta książka będzie dla nas jednym z przewodników po wyspie. A sam Heyerdahl jeszcze nie raz się pojawi w kolejnych rozdziałach naszej opowieści. Obecnie dodam tylko, że rozsławił Rapa Nui jak nikt przed nim. ­Równocześnie w swej książce – jakżeby inaczej! – zdecydowanie potwierdził powszechną opinię, że jest to „najbardziej samotne ze wszystkich miejsc zamieszkania człowieka”.

A dzisiaj, czy coś się w tym względzie zmieniło? Otóż opinia ta tak mocno przylgnęła do wyspy, że nadal często pojawia się w podróżniczych reportażach wielu obieżyświatów. Odnoszę wrażenie, że ciągle jeszcze wypada pisać o Rapa Nui jako o zakątku, który otacza aura osamotnienia. A przecież wszystko się zmieniło, odkąd w latach 60. XX wieku zbudowano tu lotnisko i zaczęli pojawiać się turyści. Podczas naszego pobytu na wyspie z pewnym niepokojem obserwowaliśmy lądujące samoloty. Każdego dnia przybywał co najmniej jeden boeing, raz z Santiago de Chile, raz z Limy. Rozpoczął się festiwal Tapati, więc częstotliwość lotów zwiększono. Każdy samolot przywoził około ćwierć tysiąca pasażerów.

– Tego się nie spodziewałem! Jeśli tak dalej pójdzie, to ludziska zadepczą Rapa Nui – martwił się mój syn, a ja mu wtórowałem.

Co ciekawe jednak, w maleńkiej mieścinie Hanga Roa nie było widać szczególnego przypływu turystów. Gdzież, do diaska, się podziewali? Odpowiedź okazała się prosta: każdy boeing zabierał z wyspy (nawet podczas trwania festiwalu!) tyle samo pasażerów, ile przywoził. Większość ludzi przyjeżdża tu na bardzo krótko. Zaliczają dwie, trzy wycieczki do najciekawszych miejsc, sycą oczy widokiem pięknych tancerek, będących ozdobą Tapati – i odlatują.

Cecylia, sympatyczna gospodyni, szóstego dnia naszego pobytu w jej cabaña zaczęła zdradzać dziwny niepokój. Siódmego dnia nie mogła się powstrzymać przed zadaniem nam nieoczekiwanego pytania, kiedy wreszcie zamierzamy wyjechać! Zaskoczony przypomniałem jej, że przecież wynajęliśmy pokój na dłużej. Spojrzała na nas z niedowierzaniem. Dopiero kiedy pokazałem jej kwit za opłacenie noclegów z góry, jaki sama nam wystawiła, zaczęła się gęsto tłumaczyć:

– Och, przepraszam, palnęłam głupstwo… Wielu moich gości wpada tylko na kilka dni, rzadko siedzą dłużej. Zupełnie zapomniałam, że wy macie inne plany.

Dzisiaj Rapa Nui odwiedza coraz więcej turystów, są tu telefony, telewizja, kafejki internetowe… Zapomnijmy o oceanicznej samotni. Tutaj już jej nie znajdziemy!

3. HOLENDRZY ODKRYWAJĄ WYSPĘ POSĄGÓW

Był rok 1722. Dowodzący trzema żaglowcami holenderski admirał Jacob Roggeveen przemierzał Ocean Spokojny w poszukiwaniu legendarnego Południowego Kontynentu. Ówcześni geografowie byli przekonani, że jakiś wielki nieznany ląd powinien rozpościerać się gdzieś na południowym Pacyfiku. Piątego kwietnia Holendrzy dostrzegli małą wyspę. Snuły się nad nią dymy ognisk, zatem była zamieszkana. Roggeveen postanowił ją zbadać. Ponieważ przypadała akurat Niedziela Wielkanocna, nazwał odkrytą ziemię Paasch Eyland – Wyspą Wielkanocną.

Roggeveen nie miał pojęcia, że mieszkańcy wyspy od długiego czasu żyli w całkowitej izolacji. Ponoć zwali oni swą ojczyznę Te Pito O Te Henua, co można przetłumaczyć jako „Pępek Świata” albo „Kraniec Ziemi”. Nazwa ta dobrze oddaje położenie geograficzne tego zakątka. W tym jednak sęk, że usłyszano ją po raz pierwszy dopiero w 1873 roku. Dodajmy, że od razu się przyjęła i zaczęła funkcjonować jako tradycyjna nazwa wyspy, wywodząca się rzekomo z dawnych wieków. A może mieszkańcy w dawnych czasach zwali swoją wyspę po prostu Te Kainga – „Ziemia”, jako że w pobliżu nie było żadnego innego lądu, od którego trzeba by ją odróżnić?

Spróbujmy sobie wyobrazić, co czuli tubylcy, kiedy ujrzeli europejskie żaglowce. Było to dla nich przeżycie, jakiego my byśmy doznali, gdyby u nas wylądowały statki UFO! Jakiż to ważny moment w ich życiu – pojawienie się obcych, o których pochodzeniu i zamiarach zgoła nic nie wiedzieli! Jak się zachować? Jak postąpić? Czy ukryć się i czekać, aż nieoczekiwani przybysze odpłyną, bo może stanowią zagrożenie? Czy przyjaźnie ich powitać?

Holendrzy stanęli na kotwicy dwie mile od brzegu. Porywisty wiatr i wezbrane fale nie sprzyjały przybiciu do brzegu. Bardzo się zdziwili, gdy ujrzeli krajowca, który – nie lękając się wzburzonego morza – w maleńkiej, kruchej, skleconej z deszczułek łódce poważył się zapuścić tak daleko w ocean, by do nich dotrzeć. Śmiałek postanowił poznać nieznajomych. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna około pięćdziesiątki. Całkowicie nagi, bezbronny, nie okazywał bojaźni. Roztropnie próbował porozumieć się na migi. Z ogromną ciekawością zwiedził statek. Wszystko go fascynowało: wysokość masztów, żagle, grubość lin, działa, instrumenty nawigacyjne. Wyraźnie przejęty, wszystkiego z nabożeństwem dotykał. Kiedy zobaczył swoje odbicie w zwierciadle, które przed nim ustawiono, w pierwszej chwili stanął jak wryty. Po chwili zajrzał za lustro, szukając tam bliźniaczo podobnego do siebie człowieka. Rozbawionych marynarzy nie omieszkał obdarzyć uśmiechem; dał im tym samym do zrozumienia, że nie czuje urazy z powodu żartu, który mu wycięli. Gdy zagrali mu na skrzypcach, skakał i tańczył na pokładzie razem z nimi.

Holendrzy przyglądali się przybyszowi z zainteresowaniem. Jego ciało pokrywały wymyślne tatuaże. Jednakże najbardziej zdumiewały ich uszy wyspiarza: były tak wydłużone, że zwisały niemal do ramion. Podarowali mężczyźnie dwa sznury niebieskich paciorków, które zawiesił sobie na szyi, małe lusterko, nożyczki i kilka innych drobiazgów. Wkrótce odpłynął, przedtem jednak serdecznymi gestami zaprosił ich wszystkich do odwiedzenia wyspy.

Roggeveen zdecydował się przybić do brzegu dopiero kilka dni później, gdy wiatr przycichł. Dziwne to było „lądowanie” – przypominało bowiem jako żywo zbrojne wtargnięcie na obcą ziemię! Stu trzydziestu czterech Holendrów na kilku szalupach dotarło na brzeg; wszyscy byli uzbrojeni w muszkiety i szpady, ponadto przywieźli na łodzi dwa działa gotowe do strzału. W szyku bojowym ruszyli w głąb wyspy. Rozemocjonowani krajowcy cisnęli się tłumnie wokół kolumny maszerujących. Niektórzy z nich z czystej ciekawości dotykali uniformów i broni przybyszów. Nagle z tyłu kolumny dało się słyszeć kilka wystrzałów i ostry krzyk:

– Już czas! Już czas! Ognia!!!

Rozległ się huk wielu muszkietów tak gwałtowny, że aż ziemia zadrżała. Krajowcy zastygli na chwilę przerażeni, po czym rozpierzchli się w panicznej trwodze, zostawiając na murawie 10 zabitych i wielu rannych. Wśród poległych był także ów mężczyzna około pięćdziesiątki, który tak życzliwie powitał przybyszów kilka dni wcześniej, kiedy przypłynął do nich łódką… „Krew naznaczyła pierwsze kroki cywilizacji pychy” – napisze francuski podróżnik i pisarz Francis Mazière.

– Jak ci Holendrzy mogli postąpić tak haniebnie! – oburzył się Marek Oliwier, kiedy rozpamiętywaliśmy tamto krwawe zajście. – Przecież Rapanujczycy byli do nich przyjaźnie usposobieni. Potwierdził to nawet w swej relacji jeden z kapitanów Roggeveena, Cornelis Bouman, który napisał, że tubylcy nie mieli absolutnie żadnej broni, na powitanie podeszli do Holendrów tłumnie z gołymi rękami, skacząc z radości. Przybysze budzili w nich ogromną ciekawość. Mogło to być fascynujące spotkanie dwóch różnych cywilizacji, dwóch różnych światów! Dlaczego Holendrzy zmienili je w koszmar?

– Postąpili nie tylko podle, lecz także wbrew własnemu interesowi – dodałem. – Ich zapasy żywności były nadwątlone, doskwierał im szczególnie brak świeżych owoców. Krajowcy mogli im przecież dostarczyć bananów, których mieli pod dostatkiem…

– Czemu więc do nich strzelali?

– Ze strachu!

Niejeden gwałt zadany drugiej istocie ma swoje źródło w strachu. Gdy obawiasz się czegoś, stajesz się zły, agresywny – twierdził hinduski jezuita, filozof i mistyk Anthony de Mello. A Ryszard Kapuściński w książce Ten Inny pisze: „Ksenofobia to choroba wystraszonych (…), przerażonych myślą, że przyjdzie im przeglądnąć się w zwierciadle kultury Innych”. I dodaje: „Inny to zwierciadło, w którym się przeglądam, czy w którym jestem oglądany, to lustro, które mnie demaskuje i obnaża…”.

Uzbrojeni po zęby Holendrzy obawiali się krajowców, nie ufali im, być może wietrzyli jakąś zasadzkę. Paniczny lęk zawładnął tchórzliwym z natury młodszym sternikiem Cornelisem Mansem, który znienacka wypalił z muszkietu. Za nim grzmotnęli inni…

Holendrów ogarnęło niemałe zdziwienie, gdy jakiś czas po krwawej strzelaninie, którą urządzili, przybyła grupa tubylców z wodzem i złożyła przed nimi kosze pełne darów, głównie trzciny cukrowej, drobiu i owoców. Pokojowy gest skrzywdzonych całkowicie ich zaskoczył. To pokazało, że wyspiarze, których mieli za dzikusów, mogli być dla nich wzorem szlachetnego postępowania! (Chociaż pewnie nie brakło wśród przybyszów i takich, co przyczynę zachowania krajowców upatrywali jedynie w poczuciu własnej słabości i strachu przed potęgą broni obcych oraz w chęci ich ugłaskania). Marynarze gestami dali do zrozumienia, że nie chcą trzciny cukrowej, natomiast z zadowoleniem przyjęli 60 kur i 30 kiści bananów, za które odpłacili się barwnym płótnem.

Na wyspie Holendrów najbardziej zadziwiły ogromne kamienne posągi. Kolosy widoczne były już ze statków; teraz przyjrzeli im się z bliska. Stały na kamiennych platformach rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża. Przybysze zachodzili w głowę, w jaki sposób mogli je wznieść tubylcy pozbawieni grubego drewna (na wyspie nie było w ogóle drzew), a także mocnych lin, bez których nie sposób zbudować dźwigu potrzebnego do ich ustawienia, jako że niektóre sięgały nawet 10 metrów wysokości. Intrygująca zagadka nie dawała im spokoju. Ustawienie posągów było zdumiewającym osiągnięciem wyspiarzy, świadczącym o ich zadziwiających zdolnościach nie tylko rzeźbiarskich, lecz także technicznych i organizacyjnych.

Po raz drugi tego dnia Holendrzy poczuli się nieswojo. Krajowcy, na których chcieli spoglądać z góry, okazali się twórcami zupełnie niezwykłych dzieł. Po raz kolejny przyszło Holendrom przeglądnąć się w zwierciadle własnej kultury. Nie była to przyjemna dla nich konfrontacja. Sytuacja, w jakiej się znaleźli, irytowała szczególnie Roggeveena, grała mu paskudnie na nerwach. O nie, dumny admirał nie zamierzał zachwycać się dokonaniami jakichś marnych tubylców na tej zagubionej wśród oceanu wysepce! Musiał więc na gwałt coś wymyślić, żeby je umniejszyć, pozbawić znamion niezwykłości. W swym sprawozdaniu z wyprawy napisał więc z całą stanowczością, że krajowcy wcale nie wyrzeźbili posągów w kamieniu, tylko ulepili je zwyczajnie… z gliny! No bo cóż to za wielkie osiągnięcie – gliniane figury?

To kuriozalne stwierdzenie pozwoliło admirałowi odzyskać chwilowo równowagę ducha. Zarozumialec nawet nie podejrzewał, że palnął kapitalne głupstwo, które okryło go śmiesznością.

– A jednak kolosy, wbrew intencjom Roggeveena, zawładnęły wyobraźnią Holendrów – powiedziałem.

– O ile dobrze pamiętam, to jeden z członków załogi admirała, co prawda, nie Holender, a żołnierz niemiecki nazwiskiem Behrens, stwierdził, że wszystkie figury były jednak z kamienia – zauważył syn.

– Owszem, ów Behrens, zagorzały łowca przygód, napisał wspomnienia z ekspedycji, przepojone bujną wyobraźnią, ale posągi ocenił trzeźwo. Lecz nie o nim chciałem mówić. Zdumiewające relacje z pobytu na wyspie sporządzili dwaj anonimowi członkowie wyprawy, zwykli marynarze. Wedle ich słów, wyspę zamieszkiwali olbrzymy mierzące 12 stóp, a więc dwukrotnie wyżsi od Europejczyków! Obrazowo dodali, że Holendrzy mogliby z łatwością, bez schylania głowy przejść między nogami tych dzieci Goliata.

– Ależ puścili wodze fantazji! – syn się uśmiechnął.

– Jednakże ich fantastyczne opowieści odbiły się echem w Holandii[4]. Otóż artysta, Johannes van Braam, zainspirowany ich opisami, wykonał ilustrację przedstawiającą scenę lądowania Holendrów na wyspie. Jego miedzioryt wydany drukiem w 1728 roku był pierwszym obrazem, na którym Europejczycy zobaczyli Wyspę Wielkanocną. Ale dodajmy: obraz przedstawiał ją całkowicie fałszywie. Widzimy marynarzy zbliżających się w szalupach do brzegu, na lądzie zaś kotłuje się tłum dzikich wojowników olbrzymiej postury, wygrażających przybyszom dzidami. Dopiero kiedy marynarze poczęstowali dzikusów salwą z muszkietów i kilku z nich zaryło nosami w glebę, tubylcy stracili rezon. Wymowa ryciny jest jasna: bohaterscy żeglarze przezwyciężą wszelkie przeszkody, nawet rozjuszonych olbrzymów skruszą.

– No tak, w tym obrazie nie ma za grosz prawdy… Chociaż nie do końca, ponieważ jedno się zgadza: Holendrzy faktycznie dopuścili się mordu na krajowcach! – przypomniał syn.

– Wróćmy jednak do owych dwóch anonimowych matrosów. Oni chyba rzeczywiście uwierzyli, iż na wyspie spotkali olbrzymów. Solennie zapewniali, że nie mijają się z prawdą, pisząc o wzroście tych drągali.

– Może trzymali się starej jak świat tradycji, która każe opowiadać dziwy o dalekich lądach?

– Może. Niewykluczone jednak, że kiedy ujrzeli niezwykłej wielkości posągi, ich proste umysły wyolbrzymiły mieszkańców tego lądu, rozdęły ich do rozmiarów gigantów, bo nie mieściło im się w głowach, by takie dzieła mogły wyjść spod ręki zwykłych ludzi. Chociaż nadal nie mogli uwierzyć, czemu dali wyraz w swej pisaninie, aby mieszkańcy wyspy – bez względu na to, jak rośli i mocarni by byli – potrafili ruszyć te kolosy i postawić na kamiennych podstawach.

Przypisy

[1] Tę polinezyjską nazwę wyspa zawdzięcza sprowadzonemu tu w XIX wieku przez Europejczyków robotnikowi z Rapa, malutkiej wyspy w Polinezji Francuskiej. Kiedy przybył na Wyspę Wielkanocną, stwierdził, że jest jak Rapa, tylko większa (Nui znaczy „wielka” – stąd Rapa Nui). Jej mieszkańcy to Rapanujczycy, a ich język – rapanui. Nazwę Rapa Nui używam w książce wymiennie z nazwą Wyspa Wielkanocna.

[2]Ahu to ceremonialna platforma, swoisty ołtarz. Na takich kamiennych podestach ustawiano posągi moai. W komorach grobowych w głębi ahu chowano zmarłych przywódców poszczególnych rodów.

[3] Przed podróżą pochłonąłem szereg książek o Rapa Nui. Pomogły mi lepiej poznać tajemnice otaczające tę niezwykłą wyspę. Oprócz wyjątkowo cennej pracy Katherine Routledge mógłbym wyliczyć wiele innych; ograniczę się do podania kilkunastu najważniejszych dla mnie pozycji: Alfred Métraux: Easter Island; Sebastian Englert: Island at the Centre of the World; Thor Heyerdahl: Aku-Aku; John Flenley, Paul Bahn: The Enigmas of Easter Island; Terry Hunt, Carl Lipo: The Statues That Walked; Nicolas Cauwe: Easter Island. The Great Taboo; Jo Anne Van Tilburg: Hoa Hakananai’a; William J. Thomson: Te Pito Te Henua; Eugenio Eyraud: Isla de Pascua; Zuzanna Jakubowska: Odkryta przypadkiem, pojęta opacznie. Marek Oliwier również sumiennie przygotował się do wyprawy i przeczytał niemal tyle, co ja.

[4] Anonimowe relacje zdobyły szczególny rozgłos również dzięki temu, że sprawozdania dowódców, zwłaszcza admirała Roggeveena i kapitana Boumana, zostały skonfiskowane, gdy ich statki wpłynęły na wody należące do strefy działalności konkurencyjnej Kompanii Wschodnioindyjskiej, podczas gdy oni reprezentowali Holenderską Kompanię Zachodnioindyjską. Dziennik pokładowy Roggeveena odnaleziono i opublikowano dopiero w XIX wieku, a dziennik Boumana ujrzał światło dzienne jeszcze później – w wieku XX.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition

© 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for text and photos © 2017 Marek Fiedler

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ita Turowicz

Korekta: Ewa Mościcka, Zofia Góralczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: RJ Projekt Robert Jasiński

Skład i łamanie: Adam Dąbrowski

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-7945-812-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.