Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 286 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mała księżniczka. Seria romantyczna - Frances Hodgson Burnett

Siedmioletnia Sara Crewe wiedzie życie jak z bajki. Na pensji dla dziewcząt w Londynie jest hołubiona przez wszystkich. Ma własny salon, garderobę, kucyka, a nawet pokojówkę! Co więcej, ma odziedziczyć po rodzicach wielką fortunę. Nie jest jednak rozpieszczonym dzieckiem – wrodzoną skromnością i przyjaznym usposobieniem zjednuje sobie ludzi.

Jej życie zmienia się, gdy w dniu jedenastych urodzin dowiaduje się o nagłym bankructwie i śmierci ojca. Z dnia na dzień z pupilki staje się służącą, a z pięknego pokoju przenosi się na zimny strych. Schronienie przed okrutną rzeczywistością znajduje w świecie wyobraźni. Co wieczór przekradają się do niej Ermengarda i Lottie, by wysłuchać opowiadanych przez nią niezwykłych historii…

Opinie o ebooku Mała księżniczka. Seria romantyczna - Frances Hodgson Burnett

Fragment ebooka Mała księżniczka. Seria romantyczna - Frances Hodgson Burnett

Tytuł oryginału: A Little Princess

© Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

Warszawa 2014

Tłumaczenie: Józef Birkenmajer

Korekta: Anna Alfut, Jolanta Gomółka, Rafał Sarna

Projekt graficzny serii i okładki: Agnieszka Kucharz-Gulis

Zdjęcia na okładce: © Mary Schannen / Trevillion Images

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: 88em

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze w tej edycji, Warszawa 2014

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0176-0

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

1SARA

PEWNEGO POCHMURNEGO ZIMOWEGO DNIA, gdy cały Londyn tonął w żółtawej mgle, tak gęstej i ciężkiej, że okna domów rozjaśniały już światła, a witryny sklepowe oświetlone były, niczym w nocy, lampami gazowymi, głównymi ulicami miasta z wolna toczyła się dorożka, która wiozła pewną małą dziewczynkę i jej tatusia.

Dziewczynka siedziała z podkulonymi nóżkami, oparta o ramię ojca, i wielkimi oczyma o dziwnym, jakby niedziecięcym spojrzeniu przyglądała się przez szybę przechodniom.

Ten wyraz oczu wcale nie pasował do jej drobnej twarzyczki. Było to raczej spojrzenie dziewczynki dwunastoletniej, a Sara Crewe miała dopiero siedem lat. Mimo to, od kiedy tylko sięgała pamięcią, zawsze zwykła marzyć i rozmyślać o dziwnych rzeczach, o sprawach ludzi dorosłych i o świecie, do którego należeli. Miała wrażenie, jakby żyła już bardzo długo, wiele, wiele lat.

Teraz, jadąc dorożką, przypominała sobie podróż, którą właśnie odbyła razem z ojcem, kapitanem Crewe. Myślała o wielkim okręcie, który wiózł ją z Bombaju, o laskarach1 snujących się wokół w milczeniu, o dzieciach bawiących się na rozgrzanym pokładzie i o kilku młodych paniach, żonach oficerów, które wciągały ją do rozmowy i śmiały się z różnych jej powiedzeń.

Najbardziej zastanawiała się nad tym, jak dziwnie układają się ludzkie losy – ona sama najpierw mieszkała pod skwarnym niebem Indii, potem płynęła przez bezkresny ocean, a wreszcie teraz jechała w tym dziwnym powozie przez niezwykłe ulice, gdzie w dzień było ciemno niczym w nocy. Wydało jej się to tak zagadkowe i intrygujące, że przysunąwszy się do ojca, odezwała się do niego cichym, stłumionym głosikiem:

– Tatusiu!

– Co, kochanie? – spytał kapitan Crewe, przytulając ją mocniej do siebie i przyglądając się uważnie jej twarzyczce. – O czymże to rozmyśla moja Sara?

– Czy to już to „miejsce”, tatusiu? – szepnęła Sara, przytulając się do niego jeszcze mocniej.

– Tak, moja mała, to już to miejsce. Właśnie dojechaliśmy – odpowiedział ojciec, a choć Sara miała dopiero siedem lat, wyczuła w jego głosie smutek.

Miała wrażenie, że upłynęło wiele lat, odkąd zaczęła się oswajać z myślą o „miejscu”, jak zawsze nazywała szkołę w Londynie. Sara straciła matkę zaraz po urodzeniu, więc nie pamiętała jej wcale i nie tęskniła za nią. Młody, przystojny, bogaty, czuły ojciec wystarczał jej za całą rodzinę. Bawili się zawsze razem i łączyła ich ogromna miłość. Wiedziała, że jest bogaty, ponieważ słyszała, jak określano go w ten sposób, gdy sądzono, iż ona tego nie słyszy; mówiono też, że i ona będzie bogata, gdy dorośnie, nie rozumiała jednak, co to znaczy być bogatym. Mieszkała zawsze w pięknym bungalowie, hinduskiej willi, otoczona liczną służbą, która zwracała się do niej „missi sahib”, składała przed nią ukłony i ustępowała jej we wszystkim. Miała dużo zabawek i zwierzątek oraz ayah, hinduską nianię, która ją ubóstwiała. Sara stopniowo uświadamiała sobie, że wszystko to muszą posiadać ludzie bogaci, poza tym jednak nie wiedziała nic więcej.

W jej króciutkim życiu stale niepokoiła ją tylko jedna rzecz, a mianowicie owo „miejsce”, do którego kiedyś miała się przenieść. Klimat Indii jest bardzo niezdrowy dla dzieci Europejczyków, więc rodzice starali się wyprawić je stamtąd jak najprędzej – zazwyczaj do szkół w Anglii. Sara widywała już, jak odjeżdżały inne dzieci, i słyszała, jak ich rodzice rozmawiali o listach, które od nich otrzymywali. Wiedziała, że ona też będzie musiała wyjechać, a choć ciekawiły ją opowiadania ojca o podróży i o nowym kraju, myśl, że ojca z nią nie będzie, smuciła ją.

– A czy nie mógłbyś i ty pojechać ze mną do tego miejsca, tatusiu? – zapytała, kiedy miała pięć lat. – Czy nie mógłbyś i ty chodzić do szkoły? Ja bym ci pomagała w odrabianiu lekcji.

– Ależ nie zabawisz tam długo, córuchno – pocieszał ją ojciec. – Zamieszkasz w pięknym domu, razem z wieloma małymi dziewczynkami i będziesz się z nimi bawiła, a ja będę ci przysyłał mnóstwo różnych książek… i ani się obejrzysz, minie te parę lat, staniesz się dorosłą mądrą panienką, a wtedy wrócisz do swego tatusia, żeby się nim opiekować.

Lubiła marzyć o tej przyszłości. Zarządzanie sprawami domowymi w zastępstwie ojca, przejażdżki konne, siadywanie na pierwszym miejscu podczas proszonych kolacji, rozmowy z ojcem i czytanie książek – wszystko to wydawało się czymś cudownym, więc za cenę osiągnięcia tego szczęścia godziła się nawet z myślą wyjazdu do owego „miejsca” w Anglii. Na towarzystwie małych dziewczynek bynajmniej jej nie zależało, ale obiecane „mnóstwo książek” było dla niej prawdziwą osłodą losu. Książki bowiem lubiła nade wszystko w świecie i pochłaniała je z zachwytem. Układała też często własne opowiastki o różnych pięknych rzeczach i opowiadała je samej sobie, a czasem i ojcu, który słuchał ich zawsze z wielkim upodobaniem.

– Tak, tatusiu – odezwała się potulnie – skoro już tu jesteśmy, sądzę, że powinniśmy pogodzić się z losem.

Roześmiał się, ubawiony tym poważnym stwierdzeniem, i ucałował ją serdecznie. Sara była dla niego najukochańszą osobą na świecie i zdawał sobie sprawę, jak bardzo poczuje się przygnębiony i osamotniony, gdy po powrocie do Indii wejdzie do bungalowu i nie zastanie już tam małej osóbki w białej sukience. Przycisnął ją silniej do serca, podczas gdy dorożka wtoczyła się właśnie na duży, ponury plac, gdzie wznosił się dom będący celem ich podróży.

Była to olbrzymia, posępna kamienica z czerwonej cegły, zupełnie podobna do innych do niej przyległych, z tą tylko różnicą, że na bramie wisiała mosiężna tablica z wyrytym czarnym napisem:

MARIA MINCHIN

wzorowa pensja dla panienek

– Jesteśmy na miejscu, Saro – odezwał się kapitan Crewe, starając się, by jego głos zabrzmiał jak najweselej.

Wysadził ją z dorożki, po czym weszli na schodki i zadzwonili do bramy.

Później Sarze niejednokrotnie przychodziło na myśl, że ta kamienica dziwnie jakoś przypomina pannę Minchin. Była dostojna i porządnie umeblowana, lecz wszystko tam było brzydkie, nawet fotele wydawały się jakby kościste. W holu wszystko było twarde i wypolerowane, nawet czerwona twarz cyferblatu wysokiego zegara stojącego w kącie miała sztywny, odstręczający wyraz. Salon, do którego ich wprowadzono, zasłany był dywanem w kwadratowy deseń, krzesła były kanciaste, a na ciężkim marmurowym gzymsie stał ciężki marmurowy zegar.

Gdy zasiedli na jednym z tych kanciastych mahoniowych krzeseł, Sara rozejrzała się szybko dokoła.

– Nie podoba mi się tutaj, tatusiu – odezwała się – ale przecież i żołnierze, choćby najdzielniejsi, niechętnie ruszają do boju.

Kapitan się roześmiał. Był młody i wesoły, a dziwnych wypowiedzi Sary mógł słuchać bez końca.

– Tak, moja mała – powiedział. – Cóż pocznę, gdy nie będzie nikogo, kto przemawiałby do mnie tak poważnie?

– Ale czemu te poważne rzeczy skłaniają cię do śmiechu? – zapytała Sara.

– Bo jesteś taka zabawna, kiedy mówisz w ten sposób – odpowiedział, śmiejąc się jeszcze bardziej.

Naraz przestał się śmiać, przytulił ją do siebie i ucałował, a w oczach błysnęły mu łzy.

W tejże chwili weszła panna Minchin – osoba wysoka, posępna, dostojna i brzydka, zupełnie jak jej własna kamienica. Miała duże, zimne, rybie oczy i rybi, szeroki uśmiech, który stał się jeszcze szerszy, gdy ujrzała Sarę i jej ojca. O młodym oficerze słyszała bardzo dużo dobrego od pani, która zarekomendowała mu jej szkołę; słyszała między innymi, że jest bogaty i gotów nie żałować pieniędzy na kształcenie swej córki.

– Miło mi będzie roztoczyć opiekę nad tak śliczną i obiecującą dziewczynką, panie kapitanie – odezwała się, głaszcząc rękę Sary. – Pani Meredith bardzo ją chwaliła. Grzeczna i mądra dziewczynka to dla mnie nie lada skarb.

Sara znów pomyślała o czymś dziwnym.

„Czemu ona nazwała mnie śliczną? Nie jestem nawet ładna. Belcia, córka pułkownika Grange’a, jest naprawdę śliczna. Ma dołki w buzi, różowe policzki i długie złociste loki. A ja mam krótkie czarne włosy i zielone oczy, przy tym jestem chuda i całkiem blada. Jestem jedną z najbrzydszych dziewczynek na świecie”.

Sara myliła się jednak, wydając taki sąd o swojej powierzchowności. Wprawdzie nie była zgoła podobna do Izabeli Grange, słynnej w całym pułku z niezwykłej urody, miała jednak w sobie wiele oryginalnego wdzięku. Była osóbką smukłą, zgrabną, jak na swój wiek dość wysoką; twarzyczkę miała bystrą i miłą, włosy gęste, krucze, sfalowane nad samym czołem; jej duże, przedziwne oczy przysłonięte były długimi czarnymi rzęsami, a choć ich szarozielony kolor nie zachwycał jej samej, to wielu ludzi prawdziwie urzekał. Mimo wszystko uważała się za brzydką i pochlebne słowa nie zawróciły jej w głowie.

„Jestem równie brzydka jak ona… choć na inny sposób. Czemu ona mnie tak określiła?”

Z czasem, poznawszy bliżej pannę Minchin, Sara dowiedziała się, że w ten sam sposób przemawia ona do każdego ojca i każdej matki, którzy przyprowadzają dziecko do jej szkoły. Przyczyną umieszczenia Sary na pensji panny Minchin było to, że uczęszczały tu w swoim czasie dwie córki lady Meredith, której rozsądkowi i doświadczeniu kapitan Crewe ufał bezgranicznie. Sara miała cieszyć się tu szczególnymi przywilejami, z jakich nie korzystały inne pensjonarki. Miała dostać dla siebie oddzielną sypialnię i salonik, kucyka i powóz oraz własną pokojówkę, która zastąpiłaby jej nianię z Indii.

– Nie mam najmniejszych obaw co do jej wychowania – mówił kapitan Crewe z wesołym uśmiechem, głaszcząc rękę Sary. – Trudność polega na tym, by nie pozwolić jej przemęczać się nauką. Najchętniej cały czas siedziałaby z nosem w książkach; ona ich nie czyta, ale wprost pożera… i nigdy nie może się nimi nasycić. Wciąż rwie się do książek, i to książek dla dorosłych… wszystko jedno: po francusku, niemiecku czy po angielsku… do dzieł historycznych, biografii czy poezji. Proszę więc odrywać ją od książek, jeśli będzie czytała zbyt wiele. Niech wtedy raczej pojeździ sobie na kucyku… albo niech uda się do miasta, by kupić sobie nową lalkę. Powinna więcej bawić się lalkami.

– Tatusiu – odezwała się Sara – gdybym co parę dni kupowała sobie nową lalkę, prędko wszystkie by mi się znudziły. Z lalkami powinno się żyć w prawdziwej przyjaźni. Moją serdeczną przyjaciółką będzie Emilka.

Kapitan Crewe i panna Minchin spojrzeli po sobie.

– Któż to jest Emilka? – zapytała panna Minchin.

– Opowiedz nam, Saro – z uśmiechem zachęcił ją ojciec.

W zielonych oczach Sary widniał wyraz wielkiej powagi i spokoju, gdy zaczęła mówić:

– To lalka, której jeszcze nie dostałam, a którą tatuś dopiero mi kupi. Pójdziemy po nią razem. Nazwałam ją Emilka… a gdy tatuś odjedzie, będę miała w niej przyjaciółkę… i będę jej opowiadała o tatusiu.

Szeroki, rybi uśmiech panny Minchin stał się w tej chwili wręcz przypochlebny.

– Jakież to niezwykłe dziecko! – zawołała. – Jakież przemiłe maleństwo!

– Tak – potwierdził kapitan Crewe, przyciskając Sarę do serca. – Przemiłe maleństwo. Proszę troskliwie się nią opiekować, panno Minchin.

Przez kilka następnych dni, aż do czasu, gdy ojciec wyruszył w podróż powrotną do Indii, Sara mieszkała wraz z nim w hotelu. Zwiedzając miasto, wstępowali razem do dużych sklepów i kupowali najrozmaitsze rzeczy. Nie wszystkie były Sarze potrzebne, to prawda, ale kapitan Crewe był człowiekiem młodym i niedoświadczonym, a córkę kochał ogromnie, więc pragnął, by miała wszystko, co tylko jej się podobało i co podobało się jemu samemu. W ten sposób wspólnymi siłami zgromadzili stosy garderoby, aż nazbyt wytwornej jak dla siedmioletniej dziewczynki. Były tam aksamitne sukienki bramowane cennymi futerkami, sukienki haftowane i naszywane koronkami, kapelusze z wielkimi, puszystymi strusimi piórami, gronostajowe mufki i kołnierze oraz pudełka pełne takiej ilości chusteczek do nosa, rękawiczek i jedwabnych pończoch, iż panienki sklepowe szeptały sobie na ucho, że ta dziwna dziewczyneczka o wielkich, poważnych oczach musi być najpewniej zagraniczną księżniczką, może córką jakiegoś indyjskiego radży.

Obeszli wiele sklepów i przyjrzeli się wielu lalkom, dużym i małym, czarnookim i błękitnookim, ubranym i nieubranym, zanim wreszcie znaleźli Emilkę.

– Ona musi być inna – mówiła Sara. – Musi przede wszystkim patrzeć inaczej, tak jak gdyby słuchała tego, co do niej mówię. A u żadnej z lalek nie spotkałam takiego spojrzenia.

Po wielu nieudanych próbach postanowili iść pieszo i przyglądać się kolejno wszystkim wystawom sklepowym, a woźnicy nakazali jechać krok w krok za nimi. Minęli ze trzy składy zabawek, nawet nie wstępując do środka, i właśnie dochodzili do małego, niepozornego sklepiku, gdy Sara nagle drgnęła i mocno ścisnęła ojca za ramię.

– Tatusiu! – wykrzyknęła. – To Emilka! – Rumieniec wystąpił jej na twarzyczkę, a zielone, wielkie oczy nabrały takiego wyrazu, jak gdyby spostrzegła dobrze sobie znajomą, serdeczną przyjaciółkę.

– Właśnie tu na nas czekała! – zawołała podekscytowana Sara. – Chodźmy do niej.

– Wiesz co, moja droga – rzekł ojciec – mam wrażenie, że ktoś powinien nas jej przedstawić.

– Dobrze! Ty przedstawisz mnie, a ja ciebie – rozstrzygnęła Sara. – Ale ja poznałam ją od razu, ledwo tylko ją zobaczyłam… więc może i ona mnie poznała.

I było to bardzo prawdopodobne, ponieważ gdy Sara wzięła Emilkę na ręce, jej oczy patrzyły nad wyraz rozumnie. Była to lalka dużych rozmiarów, lecz nie tak duża, by nie można jej było swobodnie nosić na rękach. Miała prawdziwe włosy, spływające falą złocistokasztanowych kędziorków, jasne, siwoniebieskie oczy o gęstych, jedwabistych rzęsach, nie namalowanych farbą, lecz prawdziwych.

– Tak – mówiła Sara, trzymając ją na kolanach i przyglądając się jej twarzy – tak, to jest Emilka!

Kupili więc Emilkę i natychmiast udali się z nią do sklepu z ubrankami dla lalek, gdzie wybrali dla niej stroje tak wspaniałe, jak miała sama Sara. Lalka dostała więc sukienki koronkowe, aksamitne i muślinowe, chusteczki do nosa i futerka.

– Będzie jej u mnie tak dobrze jak dziecku u kochającej mamusi – mówiła Sara. – Bo przecież właściwie jestem jej mamusią, ale i przyjaciółką.

Kapitana Crewe także ogromnie radowałyby te sprawunki, gdyby nie dręczyła go smutna myśl, że wkrótce rozłączy się ze swą najukochańszą małą córeczką.

Tej nocy wstał z łóżka, podszedł do Sary śpiącej z Emilką w objęciach i długo się jej przyglądał. Czarne włoski rozsypały się po poduszce, mieszając się ze złocistokasztanowymi kędziorkami Emilki. Obie były ubrane w obszyte koronką koszulki nocne i obie miały długie rzęsy ocieniające policzki. Emilka do tego stopnia wyglądała na prawdziwe dziecko, że kapitan Crewe poczuł, że cieszy się z jej obecności. Westchnął, targając wąsy.

– Ej, moja mała córeczko! – szepnął. – Na pewno nie wiesz, jak smutno będzie tatusiowi bez ciebie!

Rano zawiózł Sarę do panny Minchin i tam ją zostawił, ponieważ już nazajutrz miał odjechać. Oznajmił pannie Minchin, że wszystkie rachunki będą regulować jego plenipotenci, panowie Barrow i Skipworth, do których też należy się zwracać po wszelkie potrzebne informacje. Prosił, by spełniano każde życzenie Sary, i obiecał pisywać do niej dwa razy w tygodniu.

– Jest rozumnym dzieckiem i nigdy nie prosi o rzeczy niemożliwe – wyjaśnił jeszcze pannie Minchin.

Następnie udał się z Sarą do jej małego saloniku, gdzie nastąpiła chwila pożegnania. Sara usiadła mu na kolanach i ująwszy rączkami wyłogi jego surduta, długo i przenikliwie patrzyła ojcu w oczy.

– Czy chcesz zapamiętać, jak wyglądam? – zapytał, gładząc jej główkę.

– Nie. Przecież pamiętam. Mam cię w moim sercu.

Ucałowali się i przytulili się do siebie mocno, jak gdyby nie chcieli dopuścić do rozstania.

Gdy ojciec wsiadł do dorożki, Sara siadła na podłodze swego pokoiku i podparłszy główkę rękoma, patrzyła w ślad za odjeżdżającym powozem, dopóki nie zniknął za rogiem. Emilka siedziała obok niej i również wpatrywała się w dorożkę. Gdy nadeszła panna Amelia, siostra przełożonej, chcąc – z jej rozkazu – dowiedzieć się, co dzieje się z dziewczynką, napotkała drzwi zamknięte na klucz.

– Zamknęłam je umyślnie – usłyszała grzeczny, ale dziwnie brzmiący głosik. – Bardzo bym sobie życzyła zostać przez chwilę sama.

Panna Amelia była to osoba gruba i przysadzista, i całkowicie zahukana przez siostrę. Miała lepsze serce, jednakże nigdy nie śmiała się sprzeciwić jej woli. Zeszła na dół, ogromnie zaniepokojona.

– Nigdy jeszcze nie widziałam tak śmiesznego i dziwacznego dziecka, siostruniu. Zamknęła się w pokoju i siedzi tam cicho jak trusia.

– Wolę to, niż żeby tupała nogami i krzyczała, jak to niektóre z nich umieją! – odpowiedziała panna Minchin. – Myślałam, że dziecko tak rozpieszczone jak ona podniesie wrzask na cały dom. Bo też nie widziałam, by komu dogadzano tak jak jej.

– Pomagałam jej otwierać i rozpakowywać kufry – ozwała się panna Amelia. – Czegoś podobnego nigdy nie widziałam. Sobole… gronostaje… walansjeńskie koronki. Niektóre suknie już widziałaś. I co, moja droga siostro, sądzisz o tym wszystkim?

– Sądzę, że to wszystko jest mocno śmieszne – odpowiedziała panna Minchin. – W każdym razie będzie się w tym ładnie prezentowała na czele szeregu, gdy w niedzielę będziemy prowadzić dziewczynki do kościoła. Otrzymała wyprawę jak mała księżniczka.

W zamkniętym saloniku na górze Sara wraz z Emilką siedziały na podłodze i wpatrywały się w róg ulicy, za którym zniknęła dorożka. Kapitan Crewe jeszcze przez pewien czas oglądał się za siebie, machał ręką i przesyłał córce całusy, jak gdyby nie miał jej ujrzeć już nigdy.

2LEKCJA FRANCUSKIEGO

GDY RANKIEM NASTĘPNEGO DNIA Sara weszła do klasy, każdy przyglądał się jej oczyma otwartymi szeroko z ciekawości. Wszystkie uczennice – począwszy od Lawinii Herbert, która liczyła sobie trzynaście lat i uważała się za dorosłą, a skończywszy na Lottie Legh, która miała dopiero cztery latka i była beniaminkiem szkoły – nasłuchały się już wielu opowieści o nowo przybyłej. Wiedziały, i to z całą pewnością, że jest to uczennica, którą panna Minchin pragnie się popisywać i która, jak sądziła, podniesie prestiż jej zakładu. Kilka dziewczynek widziało nawet jej francuską pokojówkę, Mariettę, która przybyła poprzedniego wieczoru. Lawinia, przechodząc koło pokoju Sary, zobaczyła przez otwarte drzwi, jak Marietta rozpakowywała paczkę, nadesłaną późnym wieczorem ze sklepu.

– Było w niej pełno haleczek, naszywanych suto koronkami – szeptała do ucha swej koleżanki Jessie, pochylonej nad podręcznikiem geografii. – Słyszałam, jak panna Minchin mówiła do panny Amelii, że to aż śmieszne tak stroić małą dziewczynkę. Moja mamusia zawsze mówi, że dzieci powinno się ubierać skromnie. Jedną z tych halek widziałam, gdy siadała.

– Ona ma jedwabne pończochy – szepnęła Jessie. – A jakie małe nóżki! Nigdy nie widziałam tak małych nóżek.

– Phi! – nadęła się Lawinia. – To tylko fason bucików. Moja mamusia zawsze mówi, że nawet duże nogi mogą się wydawać małe, jeżeli szewc jest zręczny. A w ogóle uważam, że wcale nie jest ładna. Jej oczy mają taki dziwny kolor.

– Rzeczywiście, nie jest ładna w zwykłym znaczeniu tego słowa – odpowiedziała Jessie, rzucając ukradkowe spojrzenie na Sarę – ale jest w niej coś interesującego. Ma niebywale długie rzęsy, a oczy prawie zielone.

Tymczasem Sara siedziała spokojnie, czekając, aż jej oznajmią, co ma robić. Wyznaczono jej miejsce w pobliżu stolika panny Minchin. Utkwione w nią liczne spojrzenia bynajmniej nie zbiły jej z tropu. Wszystko ją ciekawiło, więc z pełnym spokojem odwzajemniała spojrzenia dziewczynek, które się jej przyglądały. Zastanawiała się, o czym też one myślą: czy lubią pannę Minchin, czy interesują się lekcjami i czy któraś z nich ma takiego tatusia, jakiego ma ona. Właśnie o tatusiu odbyła dziś rankiem dłuższą rozmowę z Emilką.

– On teraz płynie po morzu, Emilko – mówiła do niej. – Zostałyśmy same i musimy serdecznie się przyjaźnić i opowiadać sobie różne rzeczy. Patrz na mnie, Emilko. Masz prześliczne oczy… o, gdybyś jeszcze umiała mówić!

Sara miała bujną wyobraźnię i doznawała pociechy, łudząc się, iż Emilka żyje, a więc słyszy i rozumie wszystkie jej słowa. Toteż gdy Marietta ubrała Sarę w granatowy mundurek szkolny i przewiązała jej włosy granatową wstążką, dziewczynka natychmiast podeszła do Emilki, usadowionej na foteliku, i podała jej książkę.

– Możesz to czytać, póki nie wrócę ze szkoły.

Widząc zaś, że Marietta spogląda na nią ze zdumieniem, wyjaśniła poważnie:

– Ja wierzę, że lalki potrafią robić wiele rzeczy, tylko nie dają tego po sobie poznać. Jest bardzo możliwe, że Emilka umie czytać, mówić i chodzić… ale robi to tylko wtedy, gdy nikogo nie ma w pokoju. To jest jej tajemnica. Gdyby ludzie wiedzieli, że lalki potrafią wykonywać różne czynności, zaraz by zaprzęgli je do roboty. Pewnie dlatego postanowiły utrzymać to w sekrecie. Póki jesteś w pokoju, Emilka będzie siedzieć spokojnie i patrzeć nieruchomo przed siebie, ale gdy wyjdziesz, na pewno zacznie czytać albo podejdzie do okna i wyjrzy na ulicę. Skoro jednak posłyszy czyjeś kroki, pobiegnie czym prędzej z powrotem na dawne miejsce i będzie udawała, że siedziała tam przez cały czas.

– Comme elle est drôle!2 – rzekła do siebie Marietta i zszedłszy na dół, opowiedziała o wszystkim starszej pokojówce. Od tej chwili zresztą poczuła wielką sympatię dla tej dziwnej dziewczynki, która miała tak rozumną twarzyczkę i była taka uprzejma. Dotychczas Marietta miewała do czynienia z dziećmi, które bynajmniej nie odnosiły się do niej grzecznie, więc teraz z zachwytem zwierzała się pokojówce, jak Sara mówi do niej: „bądź łaskawa, Marietto”, „dziękuję ci, Marietto”, traktując ją jak dystyngowaną damę.

– Elle a l’air d’une princesse, cette petite!3 – zakończyła, wielce zadowolona z nowej pani i z nowego miejsca.

Sara siedziała już od paru minut w swojej ławce, obserwowana z zaciekawieniem przez koleżanki, gdy panna Minchin zastukała w blat katedry.

– Moje dziewczynki! – przemówiła z dziwnie dostojnym wyrazem twarzy. – Pragnę wam przedstawić nową koleżankę.

Wszystkie uczennice powstały, a Sara poszła za ich przykładem.

– Spodziewam się, że będziecie miłe i uprzejme dla panny Crewe, która przybyła do nas z bardzo daleka, bo aż z Indii. Zaraz po lekcjach powinnyście się z nią zaznajomić.

Uczennice dygnęły ceremonialnie, a Sara odwzajemniła im ukłon, po czym usiadły i znów zaczęły się sobie przyglądać.

– Saro – odezwała się panna Minchin tonem, jakiego używała w szkole – podejdź tu, do mnie.

Wyjęła z pulpitu jakąś książkę i zaczęła przewracać stronice. Sara podeszła grzecznie do katedry.

– Ponieważ twój tatuś przyjął Francuzkę jako pokojówkę dla ciebie – odezwała się panna Minchin – przypuszczam, że życzył sobie, byś szczególnie przyłożyła się do nauki języka francuskiego.

Sara poczuła się trochę nieswojo.

– Sądzę – odparła – że tatuś zgodził ją, ponieważ… ponieważ myślał, że ją polubię, proszę pani.

– Mam pewne obawy – panna Minchin uśmiechnęła się cierpkawo – że jesteś dziewczynką bardzo rozpieszczoną, która sobie wyobraża, iż wszystko czyni się tylko po to, aby dogodzić jej zachciankom. Ja natomiast przypuszczam, że twój tatuś sobie życzył, byś poważnie zabrała się do nauki francuskiego.

Gdyby Sara była nieco starsza lub mniej przestrzegała zasad grzeczności, potrafiłaby wyjaśnić w kilku słowach całą sprawę. Tymczasem jednak nie zdobyła się już na ani jedno słówko i tylko gorący rumieniec oblał jej policzki. Panna Minchin była osobą bardzo stanowczą i bezwzględną, a przy tym tak głęboko przekonaną o tym, że Sara nie ma pojęcia o francuskim, iż wszelkie wyprowadzanie jej z błędu mogłaby uznać niemal za impertynencję.

W istocie natomiast język francuski był Sarze znany niemal od kołyski. Jej matka była Francuzką, a kapitan Crewe przez pamięć o ukochanej żonie, którą stracił tak wcześnie, rozmawiał często w tym języku w obecności córki, a także z nią samą, jeszcze gdy była malutka.

– Ja nigdy naprawdę nie uczyłam się francuskiego, ale… ale… – Sara bardzo pragnęła wytłumaczyć nieporozumienie.

Nieznajomość francuskiego była jednym z najpoważniejszych strapień panny Minchin. Fakt ten bolał ją dotkliwie i usiłowała go zataić przed ludźmi, nie miała więc ochoty wdawać się w dyskusję z nową uczennicą i narażać się na jej niedyskretne pytania.

– To wystarczy – przerwała z kwaśną uprzejmością. – Skoro się nie uczyłaś, musisz niezwłocznie przystąpić do nauki. Za parę minut przyjdzie nauczyciel francuskiego, monsieur Dufarge. Weź tę książkę i przejrzyj ją tymczasem.

Sara, cała w pąsach, wróciła do swojej ławki i otworzyła książkę. Spojrzawszy na pierwszą stronicę, starała się zachować poważny wyraz twarzy. Wiedziała, że uśmiech byłby niegrzecznością, a postanowiła sobie święcie, że zawsze będzie grzeczna. W każdym razie bawiło ją w duchu, że kazano jej się uczyć: le père znaczy „ojciec”, a la mère – „matka”.

Panna Minchin spojrzała na nią badawczo.

– Widzę, Saro, że wodzisz oczyma po klasie, zamiast patrzeć w książkę. Szkoda, że nie wykazujesz zapału do języka francuskiego.

– Ten język bardzo mi się podoba – odpowiedziała Sara, próbując znów wyjaśnić sprawę – ale…

– Nie powinnaś mówić „ale”, gdy otrzymujesz jakieś polecenie. Patrz w książkę.

Sara wbiła więc wzrok w książkę i nie uśmiechnęła się nawet wtedy, gdy wyczytała, że le fils znaczy „syn”, a le frère – „brat”.

„Gdy przyjdzie monsieur Dufarge – myślała – wszystko mu wytłumaczę”.

Niebawem nadszedł monsieur Dufarge, miły, inteligentny Francuz w średnim wieku. Gdy ujrzał Sarę, zainteresował się jej skupieniem.

– Czy to moja nowa uczennica, madame? – zapytał. – Sądzę, że będę miał z niej pociechę.

– Jej ojciec, kapitan Crewe, bardzo pragnie, by rozpoczęła naukę języka francuskiego. Boję się jednak, że ma ona do tego języka jakieś dziecinne uprzedzenia… bo nie bardzo się garnie do nauki – odpowiedziała panna Minchin.

– Wielka szkoda, mademoiselle – uprzejmie zwrócił się do Sary monsieur Dufarge. – Może gdy zaczniemy się razem uczyć, będę potrafił panią przekonać, jaki to piękny język.

Sara wstała. Czuła się tak zrozpaczona, jak gdyby popadła w niełaskę. Swymi wielkimi zielonymi oczami spojrzała szczerze i prostodusznie w twarz monsieur Dufarge’a; wyczytała z niej, że on pojmie, o co chodzi, i po prostu zaczęła w dźwięcznej, płynnej francuszczyźnie tłumaczyć mu całą rzecz. Zwierzyła się więc, że madame nie zrozumiała jej intencji. Prawdą jest, że nie uczyła się francuskiego na lekcjach i z książek, ale tatuś i inni ludzie często rozmawiali z nią w tym języku i po prostu nauczyła się czytać i pisać po francusku tak samo jak po angielsku. Francuski był przecież rodzimym językiem jej matki, która umarła po jej urodzeniu, dlatego też tatuś i ona za jego przykładem tak bardzo pokochali ten język.

W końcu Sara zapewniła monsieur Dufarge’a, że bardzo chętnie będzie się uczyła wszystkiego, czego on zechce ją uczyć, a jeżeli okazała się niegrzeczna wobec przełożonej, to tylko dlatego, że chciała jej wyjaśnić, iż wszystkie słówka w podręczniku zna już od dawna.

W chwili gdy Sara zaczęła mówić, panna Minchin drgnęła i niemal z oburzeniem wpatrywała się przez lorgnon w swoją uczennicę.

Monsieur Dufarge uśmiechał się promiennie, słysząc z ust tego dziecka czysty i uroczy dźwięk swej ojczystej mowy, która przeniosła go myślami hen, do kraju lat młodzieńczych, z dala od ciemnego i mglistego Londynu. Gdy Sara skończyła mówić, spojrzał na nią z rozczuleniem, wziął od niej podręcznik i odezwał się do panny Minchin:

– Ach, madame, doprawdy, niewiele już mogę ją nauczyć! Ona nie uczyła się francuskiego, ale mówi jak rodowita Francuzka. Akcent ma cudowny.

– Powinnaś była mi to powiedzieć! – zawołała panna Minchin, mocno urażona.

– Ja… ja chciałam… – odpowiedziała Sara – ale zdaje mi się, że niewłaściwie zaczęłam.

Panna Minchin zdawała sobie dobrze sprawę, że sama zawiniła, nie dając dziewczynce dojść do słowa. Gdy więc spostrzegła, że inne dziewczęta przysłuchują się całej scenie, a Lawinia i Jessie chichocą, kryjąc się za książkami, wpadła w tym większy gniew.

– Cicho, panienki! – odezwała się surowym głosem, stukając w pulpit. – Proszę natychmiast o ciszę!

Od tej chwili poczuła wielką niechęć do swej pokazowej uczennicy.

3ERMENGARDA

OWEGO PIERWSZEGO DNIA, gdy Sara siedziała koło panny Minchin, obserwowana pilnie przez wszystkie koleżanki, zauważyła wśród nich małą dziewczynkę, mniej więcej w jej wieku, wpatrującą się w nią uporczywie swymi jasnobłękitnymi oczami o nieco tępawym wyrazie. Była to tłusta dziewczynka, bynajmniej niewyglądająca na zbyt mądrą, z buzią nadąsaną, ale poczciwą. Jej lniane włosy splecione były w gęsty warkocz, którego koniec przerzuciła sobie przez ramię i gryzła wstążkę. Opierając się łokciami o pulpit, z podziwem przyglądała się nowej uczennicy.

Gdy monsieur