Mała Garbo - Bodo Kirchhoff - ebook
Opis

Czy w świecie wykreowanym przez media pozostało jeszcze coś prawdziwego?
Przed napadem na bank sprawdź, czy są w nim pieniądze. Strzelając na postrach, uważaj, by kula nie trafiła staruszki. Porywając samochód, upewnij się, że jest pusty. Możesz bowiem niechcący porwać młodziutką gwiazdę filmową i zwrócić przeciwko sobie nie tylko policję, ale i cały świat mediów.
Na skuloną na tylnym siedzeniu dziewczynkę w kostiumie anioła czeka już na planie cała ekipa. Mają nakręcić kluczową scenę filmu i tak łatwo się nie poddadzą. Porywacz żąda czterech milionów okupu i ukrywa się wraz z małą gwiazdą w zaśnieżonym lesie. Przed nimi ciężka noc, która odmieni ich życie.
Czy coś może połączyć przestępcę wiecznie prześladowanego przez pech i dziecko, któremu wszystko się zawsze udaje? Bodo Kirchhoff napisał mistrzowską, nasyconą emocjami powieść, która opowiada o tym, jak odróżnić prawdziwe życie od gry pozorów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Dla So­phii

1

Prze­kro­czyły gra­nicę nocą, gna­ne przez głód, nie za­sta­na­wiając się, czy gdzie in­dziej może być le­piej niż w zna­nej im oko­li­cy. Minęły ni­ski, pstro­ka­ty jak ich sierść las brzo­zo­wy, prze­pra­wiały się przez kanały i rze­ki, le­d­wo wy­sta­wiając łby z wody, może też, po­go­dzo­ne z bie­giem wy­da­rzeń, prze­miesz­czały się na lo­do­wych krach; nikt nie był w sta­nie po­wie­dzieć ni­cze­go kon­kret­ne­go. Pew­ne było tyl­ko to, że zno­wu się tu osie­dliły. Ich ślady wi­dzia­no na pia­skach ko­pal­ni od­kryw­ko­wej i wokół po­bli­skich sa­mot­nych je­zior, we wsiach znaj­do­wa­no od­cho­dy za­wie­rające kości i sierść. Słychać było ich żałosne wy­cie, wznoszące się i cichnące jak śpiew – szu­kały to­wa­rzy­stwa, choćby psów. Za śla­da­mi poszły wkrótce po­głoski: po­dob­no na te­re­nach re­kre­acyj­nych od­kry­to szczątki dzi­kiej zwie­rzy­ny, a na obrzeżach ogródków działko­wych – głowę pu­dla, nie mówiąc już o prze­rze­dzo­nych sta­dach owiec. Te nie­przy­jem­ne, ale spo­ra­dycz­ne wy­pad­ki, jak mówili ich obrońcy, po­zwo­liły prze­ciw­ni­kom wstąpić na drogę sądową i wy­wal­czyć po­zwo­le­nie na od­strzał oraz uak­tyw­niły powiększającą się liczbę cie­kaw­skich.

Tu­ry­sta, który wy­trzy­mał cały dzień w gęstwi­nie, mógł co naj­wyżej zo­ba­czyć z da­le­ka sza­robrązowe zwierzę na cien­kich no­gach – fan­tom biegnący truch­tem w so­bie tyl­ko zna­nym kie­run­ku. Na­gle zwierzę nie­ru­cho­miało, za­czy­nało węszyć, nad­sta­wiało uszu i w oka­mgnie­niu zni­kało w zaroślach. W le­sie zja­wia­li się jed­nak nie tyl­ko turyści, szu­kający tak na­prawdę bi­cia własne­go ser­ca, zja­wia­li się też inni lu­dzie.

*

W środ­ku długiej zeszłorocz­nej zimy do tej oko­li­cy przy­je­chała eki­pa fil­mo­wa, bar­dziej niż cie­ka­wość spro­wa­dził ją tu po­dob­ny do wil­cze­go in­stynkt – in­stynkt po­lo­wa­nia, w tym wy­pad­ku na zdjęcia. Fil­mow­cy zja­wi­li się w szczy­cie zi­mo­we­go se­zo­nu, roz­bi­li obóz nad ustron­nym leśnym je­zio­rem, naj­ustron­niej­szym, jak sądziła kie­rująca wszyst­kim pro­du­cent­ka. Roz­sta­wi­li się wokół ogrom­nej przy­cze­py, z której po­dob­no ko­rzy­stał Tom Cru­ise po sce­nie wal­ki w Mis­sion Im­pos­si­ble 2, wte­dy miał ją tyl­ko dla sie­bie, te­raz przez kil­ka go­dzin mu­siała służyć większej licz­bie osób. Gwiaz­da miała zająć naj­wy­god­niej­sze po­miesz­cze­nie, z łóżkiem i prysz­ni­cem, dla dwójki dru­go­pla­no­wych ak­torów prze­zna­czo­ny był ro­dzaj sa­lo­nu, w którym cze­ka­li na zdjęcia, oglądając te­le­wizję. Poza tym w przy­cze­pie zna­lazło się jesz­cze miej­sce na biu­ro pro­du­cent­ki.

Stała w płasz­czu przy oknie i pa­trzyła na za­mar­z­nięte je­zio­ro z re­flek­to­rem przy brze­gu, udzie­lając przez te­le­fon trze­cie­go już dzi­siaj wy­wia­du. Mówiła, że tytuły fil­mo­we po­win­ny być krótkie,   k r ó t k i e,   k r ó t k i e ,   k r ó t k i e, po czym przeszła na te­mat ak­tu­al­nej pro­duk­cji: my­ste­ry dra­ma, Pocałunek anioła, to jej po­mysł, dzie­więćdzie­siąt mi­nut, w pro­gra­mie na nie­dziel­ny wieczór, z Małą – tak na­zy­wała swoją gwiazdę – w ob­sa­dzie. Po­tem jesz­cze trochę ględze­nia i wy­wiad zo­stał zakończo­ny. Wyszła z biu­ra. Ściem­niało się, cho­ciaż nie było jesz­cze czwar­tej, w swo­im na­prawdę miękkim płasz­czu z każdym kro­kiem czuła przej­mujące zim­no. Na szczęście nowe opa­dy śnie­gu za­po­wia­da­no do­pie­ro na wieczór, więc Mała, do­pie­ro jadąca na plan, zdąży na czas. Pro­du­cent­ka była nie­spo­koj­na, jak za­wsze przed noc­ny­mi zdjęcia­mi; wie­działa, co ją cze­ka – chy­ba na­wet wolałaby mieć przed sobą jakiś lek­ki poród.

*

To był ostat­ni dom na uli­cy i w zi­mo­we popołudnia wyróżniał się spośród po­kry­tych śnie­giem pól leżących na końcu osa­dy, miej­sca znaj­dującego się nie­da­le­ko lasów, w których, co udo­wod­nio­no, znów po­ka­zały się wil­ki. Jesz­cze do nie­daw­na w tym domu znaj­do­wała się wypożyczal­nia ka­set wi­deo, ale tego ro­dza­ju usługi wyszły prze­cież z mody. Te­raz jest tu­taj je­dy­na w oko­li­cy fi­lia ban­ku, ale i tak cza­sa­mi przy­cho­dzi ktoś, kto chciałby wypożyczyć film, a swoją pomyłkę do­strze­ga do­pie­ro wówczas, gdy w środ­ku spo­ty­ka tyl­ko mat­ki z dziećmi i sta­re ko­bie­ty z książecz­ka­mi oszczędnościo­wy­mi.

Także tego popołudnia, na krótko przed za­mknięciem od­działu, ktoś wszedł do sali obsługi klientów. Nie wpłacał pie­niędzy ani nie wypłacał, chciał się ogrzać i od razu pod­szedł do ka­lo­ry­fe­ra obok ga­blo­ty ze złoty­mi mo­ne­ta­mi. Nosił skórzaną kurtkę z rze­mie­nia­mi i po­dusz­ka­mi na ra­mio­nach, taką, ja­kie kie­dyś można było zo­ba­czyć je­dy­nie u mo­to­cy­klistów (kie­dyś, kie­dy jesz­cze wszyst­kie­mu to­wa­rzy­szyły poważniej­sze oko­licz­ności, zwłasz­cza skórza­nym kurt­kom), w dłoniach trzy­mał wełnianą czapkę, którą zdjął, wchodząc do ban­ku. Jego głowa wyglądała jak czasz­ka po­wle­czo­na skórą, miał gęste włosy opa­dające na uszy, czer­wo­nobrązowe oczy, czer­wo­ny od zim­na, ostro zakończo­ny, ale spo­ry nos, a na sze­ro­kim czo­le zmarszcz­ki wyglądające jak pięcio­li­nia, zmarszcz­ki, które na­gle stały się głębsze, gdy jego pal­ce jak­by same z sie­bie wy­wier­ciły w wełnia­nej czap­ce dwie dziu­ry.

Ciąg dal­szy (za­re­je­stro­wa­ny przez wiszącą przy su­fi­cie ka­merę) trwał nie­wie­le po­nad mi­nutę. Mężczy­zna naciągnął na głowę wełnianą czapkę z otwo­ra­mi i jed­no­cześnie drugą ręką sięgnął do kurt­ki, wyciągnął pi­sto­let i krzyknął:

– To jest na­pad!

Następnie wy­ce­lo­wał broń w jedną z ko­biet z dziećmi, co praw­da tyl­ko w jej ko­za­ki, i roz­ka­zał ka­sje­ro­wi przy­nieść z kasy wszyst­kie pie­niądze. Ka­sjer chciał po­wie­dzieć, że ten na­pad w ogóle się nie opłaca, ale wte­dy człowiek w ma­sce dla ostrzeżenia strze­lił w ban­ko­mat; kula odbiła się jed­nak od kan­tu i tra­fiła w oko sta­ruszkę. Ko­bie­ta za­to­czyła się, wy­rzu­ciła jesz­cze z sie­bie ja­kieś nie­zro­zu­miałe słowo i runęła mar­twa na zie­mię. Krzy­cze­li wszy­scy, spraw­ca na­padu również. Po chwi­li zagłuszył resztę, krzycząc: „Na zie­mię!”, ka­sjer wyjął wszyst­kie pie­niądze ze schow­ka i podał je przez otwór w szkla­nym okien­ku. W tym sa­mym cza­sie jego koleżanka na­cisnęła stopą przy­cisk alar­mo­wy. Człowiek w wełnia­nej ma­sce za­brał pie­niądze, upchnął je pod kurtką z rze­mie­nia­mi i wy­co­fując się tyłem, opuścił po­miesz­cze­nie. Zaczął biec do­pie­ro na dwo­rze. Pod­biegł do mo­to­ro­we­ru i wsko­czył na sie­dze­nie; ucie­kając przez zaśnieżone pola, wyglądał jak chwiejący się cień.

*

Mała jak zwy­kle sie­działa z tyłu, tego wy­ma­gał jej skom­pli­ko­wa­ny kon­trakt. Przed sobą miała pu­sty fo­tel pasażera z ekra­nem i łączem te­le­wi­zyj­nym w tyl­nej ścian­ce opar­cia, obok niej sie­dział pies, który przy­po­mi­nał jam­ni­ka szorst­kowłose­go, ale bar­dziej rzu­cał się w oczy: miał szarą kudłatą sierść i ogon jak mio­tełka do za­mia­ta­nia ku­rzu, który za­czy­nał się kręcić przy byle wesołej oka­zji, wy­star­czył cho­ciażby dźwięk bu­dzi­ka w komórce, wy­ry­wający właśnie Małą z półsnu. W pew­nym sen­sie od tego dźwięku człowiek i zwierzę za­czy­nali dzień. Dziew­czyn­ka na­tych­miast oprzy­tom­niała i za­brała się do pra­cy. Z tor­by na ubra­nia wyciąg­nęła ko­stium do fil­mu i zaczęła go wkładać, oglądając przy tym na BBC World ak­tu­al­ne wia­do­mości – jed­no i dru­gie zgod­nie z radą jej agen­ta: na pla­nie za­wsze wyglądaj świet­nie, fo­to­gra­fo­wie nie znają litości, i za­wsze bądź do­brze po­in­for­mo­wa­na, dzien­ni­ka­rze lubią za­da­wać pod­chwy­tli­we py­ta­nia.

W to późne popołudnie prze­bie­ra­nie się nie było jed­nak ta­kie pro­ste, gdyż dziew­czyn­ka nie grała zwy­czaj­nej roli typu przyszła ofia­ra mor­der­stwa, w jaką nie­ste­ty cza­sa­mi mu­siała się wcie­lać, lecz rolę na­prawdę nie­zwykłą, i kie­dy w końcu włożyła ko­stium, usiadła na brze­gu pod­grze­wa­ne­go sie­dze­nia, tak by nie po­gnieść skrzy­deł. Miała już za sobą sześć dni zdjęcio­wych, wszyst­kie ujęcia kręcono we wnętrzach, te­raz cze­kały ją noc­ne zdjęcia w ple­ne­rze nad leśnym je­zio­rem. Trzy­ma­na przez dźwig ma z na­tu­ral­nym uśmie­chem le­cieć nad za­mar­z­niętą taflą, ale na ra­zie nie za­wra­cała so­bie tym głowy. Skon­cen­tro­wała się na wia­do­mościach, za kie­row­nicą sie­dział pan We­iss, jej kie­row­ca, czy też ochro­niarz, jak z upo­rem na­zy­wały ich ma­ga­zy­ny poświęcone życiu gwiazd, wzo­rując się na najgłupszej z ga­zet – dzien­ni­ku „Hur­ra”.

Pan We­iss był sa­mot­ni­kiem, mężczyzną żyjącym wczo­rajszą mu­zyką i dzi­siejszą tech­niką. Ucho­dził za wy­kształco­ne­go, cho­ciaż źródła swo­jej edu­ka­cji utrzy­my­wał w ta­jem­ni­cy, przy­pusz­czal­nie ma­turę zro­bił w la­tach sześćdzie­siątych. W każdym ra­zie na twa­rzy i na rękach miał już dosyć dużo star­czych plam i z tego po­wo­du w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­nał ochro­nia­rza; swo­jej młodej pasażerce w ogóle wy­da­wał się sta­ra­wy, jak niektórzy krew­ni wi­dy­wa­ni tyl­ko na po­grze­bach, na­wet jeśli nie był jesz­cze aż tak sta­ry, jak mówił. W rze­czy­wi­stości czuł się młodziej niż sześćdzie­sięcio­la­tek i nie­prze­rwa­nie gro­ma­dził prze­bo­je swo­jej młodości oraz wszyst­ko, co go wzru­szało, włącznie z aria­mi; i tę mu­zyczną ener­gię za­pi­sy­wał na twar­dym dys­ku w mul­ti­me­dial­nym sys­te­mie po­jaz­du. Tyle że każdy utwór z osob­na mógł ude­rzyć w czułą strunę kie­row­cy i to był pe­wien pro­blem, który nie­co się zmniej­szał, gdy miłość do mu­zy­ki zastępowało uwiel­bie­nie dla Małej. Bo „do­bry pan We­iss”, jak go na­zy­wa­no, uwiel­biał Małą naj­bar­dziej ze wszyst­kich wożonych przez sie­bie gwiazd te­le­wi­zji i dla­te­go za­wsze wie­dział, co ona ak­tu­al­nie gra. W naj­now­szym fil­mie grała anioła i tak długo miała chro­nić przed miłosny­mi za­sadz­ka­mi parę albo parkę w ogóle nie­pa­sujących do sie­bie lu­dzi, aż hi­sto­ria po­to­czy się da­lej sama. Dow­cip po­le­gał na tym, że tyl­ko wi­dzo­wie oglądali anioła przy pra­cy, na­to­miast nie­do­bra­na para – nie, mężczy­zna z pie­niędzmi i niezłomny­mi za­sa­da­mi oraz dziew­czy­na bez pie­niędzy i z chwiej­ny­mi za­sa­da­mi, jak w fil­mie ­Pret­ty Wo­man. Według We­is­sa ten dow­cip nie był naj­wyższych lotów, a i hi­sto­ryj­ka nie mogła mieć pre­ten­sji do ory­gi­nal­ności, toteż Mała mu­siała tym bar­dziej się po­sta­rać.

– Jesz­cze się uczysz tek­stu? – rzu­cił do tyłu. – A może posłucha­my mu­zy­ki?

– Wolę mu­zykę – po­wie­działa jego młoda pasażerka.

– Tę z podróży do Pra­gi, okej?

Pio­sen­ka z podróży do Pra­gi była prze­bo­jem, który wstrząsnął nim już wte­dy, gdy nie miał jesz­cze żad­nych plam na skórze. Utwór za­li­czał się do pereł jego ko­lek­cji Ear­ly Six­ties, był to mia­no­wi­cie Piękny nie­zna­jo­my mężczy­zna śpie­wa­ny przez Con­ny Fran­cis. Do­pie­ro kil­ka mie­sięcy wcześniej, nocą na au­to­stra­dzie We­iss zaczął za­zna­ja­miać Małą z mu­zyką swo­jej młodości i był to strzał w dzie­siątkę. Woził ją już od po­nad dwóch lat, od cza­su jej nie­ocze­ki­wa­ne­go suk­ce­su w tryp­ty­ku hi­sto­rycz­nym Dziec­ko pu­sty­ni. Za­grała tam dziew­czynkę, która wy­my­ka się z rąk sie­pa­czy He­ro­da, ­sa­mot­nie błądzi po Ga­li­lei i spo­ty­ka młode­go Je­zu­sa – na samo wspo­mnie­nie tego fil­mu We­iss kręcił głową, tyle że jego głowa nie od­gry­wała żad­nej roli. Po­tem za­grała główną rolę w czte­rech in­nych fil­mach te­le­wi­zyj­nych, po­ja­wiała się w każdym talk show, a ostat­nio re­kla­mo­wała na­wet karmę dla psów i te­le­fo­ny komórko­we; ten, kto jej nie znał i nie lubił, sam był so­bie wi­nien.

– A nie byłoby le­piej, gdy­byś się jesz­cze trochę prze­spała? – za­pro­po­no­wał, ale wte­dy ze wszyst­kich głośników piękne­go sa­mo­cho­du – z ośmio­ma cy­lin­dra­mi i kom­pre­so­rem – popłynął sta­ry przebój i Mała, jak za­wsze przy mu­zy­ce, oparła czoło o szybę i za­nim za­mknęła oczy, pa­trzyła jesz­cze na prze­su­wające się zaśnieżone pola. Jej szo­fer, kie­ro­wa­ny łagod­nym głosem kom­pu­te­ro­we­go na­wi­ga­to­ra z do­ty­ko­wym ekra­nem, wy­brał bo­wiem skrót między au­to­stradą i la­sa­mi ota­czającymi od­da­lo­ny od cy­wi­li­za­cji plan zdjęcio­wy.

*

Mężczy­zna w skórza­nej kurt­ce je­chał po po­lnej dro­dze do­chodzącej do szo­sy. Było zim­no, więc z początku miał jesz­cze na głowie czapkę z dziu­ra­mi, ale po­tem, żeby le­piej wi­dzieć, zdjął ją i upchnął obok pie­niędzy i pi­sto­le­tu, be­ret­ty bri­ga­dier, ka­li­ber czter­dzieści, o którym wie­dział tyl­ko naj­ważniej­sze rze­czy – jak zmie­nić ma­ga­zy­nek, odciągnąć za­mek i jak na­cisnąć spust. Pi­sto­let po­cho­dził od pew­ne­go pol­skie­go den­ty­sty, który wy­ry­wając mu nie­dro­go dwa zęby trzo­no­we, opo­wia­dał o równie nie­dro­giej ko­lek­cji. Uwol­nio­ny od bólu, za­ku­pił wspa­niały okaz tego zbio­ru – broń może się przy­dać, gdy życie bie­rze w łeb, nie ma lep­sze­go narzędzia uwal­niającego od bólu. W ma­ga­zyn­ku na dzie­sięć kul, według jego ra­chu­by, było jesz­cze osiem po­cisków. O ile do­brze zro­zu­miał, po strza­le jed­na z kul utkwiła w głowie klient­ki ban­ku, dru­ga prze­sunęła się do ko­mo­ry na­bo­jo­wej. Go­rzej już być nie mogło, zwłasz­cza że nie­daw­no odeszła od nie­go żona, ka­ta­stro­fa nu­mer dwa. Ka­ta­stro­fa nu­mer je­den wy­da­rzyła się nie­co wcześniej (nie licząc in­nych ka­ta­strof, które w pew­nym sen­sie się przedaw­niły), mia­no­wi­cie wy­rzu­co­no go z ser­wi­su li­mu­zy­no­we­go po tym, jak pry­wat­na roz­mo­wa pasażerów wyszła na jaw w ga­ze­cie „Hur­ra”. Kie­dy sprze­da­wał te in­for­ma­cje, był w błędzie, myśląc, że tego typu lu­dzie sami sprze­dają swo­je życie roz­ma­itym ga­ze­tom, ale błędne myśle­nie to dla nie­go nie nowość, wszyst­ko dla­te­go, że w ogóle za dużo myślał. Kil­ka go­dzin temu opusz­czał sto­licę z be­rettą w kurt­ce i tyl­ko jedną myślą, czy ra­czej życze­niem. Życze­niem, by pod­czas jaz­dy mo­to­ro­we­rem roz­jaśniło mu się w głowie na tyle, żeby mógł so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy życie jesz­cze się opłaca. Nie prze­wi­dział tyl­ko zim­na; do­ku­czało mu co­raz bar­dziej i w końcu, chcąc się ogrzać w ja­kiejś knaj­pie, zaje­chał do pierw­szej lep­szej miej­sco­wości. Knaj­py jed­nak nie było, były tyl­ko małe sza­re domy, w których już świe­ciły te­le­wi­zo­ry, a na końcu tej miej­sco­wości – bank. I tam się ogrzał, aż jego ręce z wełnia­nej czap­ki zro­biły maskę, z czym nie tyle związany był po­mysł na­pa­du na bank (albo lep­sze­go życia w no­wym miej­scu), co ra­czej myśl, że zdo­byłby pie­niądze w bar­dzo krótkim cza­sie i w związku z tym w bar­dzo krótkim cza­sie od­zy­skałby żonę; od lat su­szyła mu głowę o rejs na pięknym, wiel­kim stat­ku wy­ciecz­ko­wym. A te­raz ka­ta­stro­fa nu­mer trzy, mar­twa ko­bie­ta, mimo że nie ce­lo­wał na­wet do­brze w ban­ko­mat.

Lo­do­wa­te po­dmu­chy wia­tru chłostały go po twa­rzy, gdy dojeżdżał polną drogą do szo­sy, i do­pie­ro tuż przed nią na­cisnął ha­mu­lec sta­rej ma­szy­ny, żeby wy­ko­nać nagły zwrot kie­row­nicą, jak­by mógł jesz­cze wy­ko­nać zwrot w swo­im życiu. Mo­to­ro­wer za­char­czał, runął na zie­mię ni­czym ran­ny ptak i sunął da­lej już bez nie­go, po czym ude­rzył w łyse drzew­ko owo­co­we – złowro­gi trzask i huk, a chwilę później równie złowro­ga ci­sza. Pośrod­ku tej ci­szy leżał mężczy­zna, któremu nic się nie uda­wało i który wi­dział nad sobą sa­motną gwiazdę, swoją pe­chową gwiazdę, o ile taka ist­niała.

Bolała go kość pisz­cze­lo­wa, poza tym przy ustach po­czuł gorąco, a na szyi ciepło – z ja­kiejś rany płynęła krew. Uniósł się nie­co i sięgnął do skórza­nej kurt­ki – pie­niądze ciągle tam tkwiły, na dro­dze leżał pi­sto­let i kil­ka zwitków bank­notów. Naj­wi­docz­niej spadł z po­jaz­du i ko­ziołkował, a jed­nak z nie­zwykłą żywością zaczął zbie­rać pie­niądze. Mo­to­ro­wer wyglądał jak wygięty spi­nacz biu­ro­wy. Klnąc po ci­chu, li­czył pie­niądze. W naj­grub­szym zwit­ku były nie­po­sor­to­wa­ne dwu­dziest­ki, po­tem pięćdzie­siątki i set­ki z ban­de­ro­la­mi, na­to­miast fio­le­to­we pięćset­ki zmieściły się w dłoni. Nie było sześciu tysięcy, nie wy­star­czy na­wet na po­se­zo­no­wy rejs stat­kiem, Mo­rze Śródziem­ne i ka­binę wewnętrzną; upo­lo­wał śmie­ci; to był jakiś kiep­ski dow­cip. Ude­rzył dłonią w czoło i jakość dow­cipu jesz­cze spadła, bo na set­ki po­ciekła krew, i te­raz zaczął już wy­krzy­ki­wać prze­kleństwa: prze­kli­nał pola i drzew­ko owo­co­we, na którym wi­siał mo­to­ro­wer. Do­tknął rany. Znaj­do­wała się przy bro­dzie, mieścił się w niej ko­niec pal­ca – do­brze, że nikt go nie wi­dzi w tym sta­nie, na­wet on sie­bie sa­me­go, cho­ciaż chciałby się jesz­cze raz zo­ba­czyć, nie­na­ru­szo­ny, ale z obu lu­ste­rek zo­stały tyl­ko odłamki, za małe, żeby się w nich roz­po­znać.

Pod­niósł pi­sto­let, który za­wdzięczał dwóm usu­niętym trzo­now­com, i wciągnął po­wie­trze, jak­by nie chciał umrzeć, tyl­ko za­nur­ko­wać. Otwo­rzył usta i włożył lufę tak da­le­ko, że do­tknęła świeżej dziu­ry w dziąśle. Pi­sto­let ude­rzał o zęby, ręka drżała bar­dziej ze stra­chu przed bólem niż przed śmier­cią, choć początek i ko­niec bólu nastąpiłyby prze­cież w tym sa­mym mo­men­cie – ale jed­nak nie była to wspie­rająca myśl, li­czył się je­dy­nie ruch pal­ca; za­czy­nał się lek­ko zgi­nać, kie­dy na dro­dze po­ja­wiły się światła ja­kie­goś niewątpli­wie dro­gie­go sa­mo­cho­du i za­trzy­ma­ne życie po pro­stu popłynęło da­lej.

*

Pies, przybłęda zna­le­zio­ny na ja­kiejś plaży La Pal­my, był przy Małej od jej dzie­siątych uro­dzin. Ura­to­wała go od pew­nej śmier­ci, od usy­piającego za­strzy­ku w hisz­pańskim schro­ni­sku. W jego do­ku­men­tach wid­niało imię Lor­ca, co niby miało świad­czyć o upo­rze hyc­la. Po­dob­no dzie­ci na plaży, to zna­czy w schro­ni­sku, nie roz­po­znając w tej wiecz­nie pędzącej isto­cie osob­ni­ka płci męskiej, wołały na nią Loca, błaźnica albo wa­riat­ka, a on zro­bił z tego Lor­ca, może na cześć wiel­kie­go za­mor­do­wa­ne­go pi­sa­rza, cho­ciaż nie ocze­ki­wa­li­byśmy po hyc­lu aż ta­kiej sub­tel­ności. Mała przez wzgląd na trud­ne dzie­ciństwo Lor­ki zo­sta­wiła to imię, choć myślała ra­czej o czymś wy­twor­niej­szym; wkrótce Lor­ca stał się dla niej naj­lep­szym psem na świe­cie, miał wszyst­kie do­bre ce­chy przybłędy. Kie­dy goniły go duże psy, gnał przed sie­bie bez stra­chu o własne życie, pragnąc je­dy­nie uwol­nić się od prześla­dowców, w no­wej oko­li­cy sam od­naj­dy­wał drogę do domu, no i był do­sko­na­le obojętny na szum wokół jej oso­by.

Ni­cze­go się nie bał, Mała na­to­miast zdążyła już po­znać lu­dzi, którzy do oso­by występującej w te­le­wi­zji le­cie­li jak ćmy do światła, i do­wie­działa się, do ja­kiej podłości jest zdol­na śmierć. W ostat­nim roku naj­pierw przy użyciu fur­go­net­ki za­brała jej kota, a wkrótce po­tem, za po­mocą uda­ru mózgu, dziad­ka. Była kimś, kogo nie po­wstrzy­ma urządze­nie alar­mo­we w miesz­ka­niu i kto przy­cho­dzi na­wet w piękny let­ni dzień, kie­dy śpie­wają pta­ki. Kot właśnie się do nich wy­bie­rał, a kie­row­ca ciężarówki nie za­trzy­mał się, słysząc krzyk Małej. Kie­dy było już po wszyst­kim, pta­ki, jak gdy­by nig­dy nic, śpie­wały da­lej, a wnętrzności kota błysz­czały w słońcu jak zro­szo­ne desz­czem czer­wo­ne i białe kwia­ty ma­gno­lii.

Miesz­ka­nie ro­dziców znaj­do­wało się w po­bliżu sta­re­go par­ku, gdzie mogła spa­ce­ro­wać z Lorcą na­wet po zmro­ku, o ile lu­dzie od razu jej nie roz­po­zna­li. Za drze­wa­mi widać było rzekę, da­lej rozświe­tlo­ne mia­sto z naj­wyższy­mi bu­dyn­ka­mi w kra­ju. Mała lubiła wieżowce, były częścią jej oj­czy­zny, a tu­taj, na wscho­dzie, wszyst­ko wy­da­wało się obce. Miej­sce, w którym na­gle za­trzy­mał się kie­row­ca, przy­po­mi­nało Sy­be­rię, właśnie uczy­li się o niej na geo­gra­fii.

Wy­pa­dek, po­wie­dział pan We­iss, musi pomóc, ona ma zo­stać w sa­mo­cho­dzie.

– I le­piej za­mknij oczy! – krzyknął jesz­cze i wy­siadł, ubra­ny tyl­ko w wy­kroch­ma­loną ko­szulę. Po długiej jeździe za­czy­nała już wy­sta­wać ze spodni.

Mała nie za­mknęła oczu, pa­trzyła, jak kie­row­ca pod­cho­dzi do mężczy­zny siedzącego na środ­ku dro­gi, który dłonią zasłaniał twarz przed światłem re­flek­torów. Po­chy­lił się nad mężczyzną i coś do nie­go mówił, a na jego czar­nych spodniach, jak zwy­kle zresztą, utwo­rzyły się zwi­sające nad bu­ta­mi fałdy. Nig­dy nie nosił pa­ska, ale dorośli nie po­tra­fią się ubie­rać – jej mama cho­dzi na za­ku­py w szpil­kach i w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Mimo za­mkniętych okien słyszała ich roz­mowę, nie rozróżniała słów, ale roz­ma­wia­li głośno, jak­by obaj mie­li pro­ble­my ze słuchem, a prze­cież pan We­iss ich nie miał – słyszał na­wet jej naj­cich­sze bek­nięcia po coli i na chwilę uno­sił wte­dy brwi.

Mała bar­dzo go lubiła. Prze­je­cha­li ra­zem tysiące ki­lo­metrów, pan We­iss nig­dy nie ry­zy­ko­wał, jak na przykład jej oj­ciec, wy­prze­dzając z pra­wej stro­ny, a mimo to po noc­nej podróży za­wsze punk­tu­al­nie zja­wiała się na lek­cjach, zresztą dzi­siaj będzie tak samo: pan We­iss ode­brał ją z lot­ni­ska i na czas dotrą na plan zdjęcio­wy. Nie bez po­wo­du na­zy­wa­no go do­brym pa­nem We­issem, toteż Mała przyjęła, że pod­nie­sio­ne głosy mężczyzn muszą mieć związek z wy­pad­kiem. Pan We­iss po pro­stu za­wsze za­cho­wy­wał się jak należy, na­wet jeśli nie do końca ra­dził so­bie z używa­niem jej podwójne­go imie­nia. Raz na­zy­wał ją jed­nym, raz dru­gim imie­niem i tyl­ko cza­sa­mi, późno w nocy, zwra­cał się do niej, używając skrótu, do którego wszy­scy poza nim już się przy­zwy­cza­ili. Mówił, że uni­ka imie­nia Malu z tro­ski o nią, bo ko­ja­rzyło mu się z pa­pie­ro­sa­mi i cie­nia­mi do po­wiek, tym­cza­sem Małej przy­spa­rzało tro­ski właśnie to, co wid­niało w pasz­por­cie. Nosiła bar­dzo kla­sycz­ne imio­na, Ma­rie-Lu­ise, po bab­ci, ale kto by chciał nosić kla­sykę po oso­bie, której na­wet na oczy nie wi­dział. Na na­zwi­sko miała März, co w połącze­niu z tymi imio­nami też nie brzmiało do­brze. Imię po­win­na ce­cho­wać kla­sa, a nie kla­syka. W ja­kimś talk show po­wie­działa za­tem, że jej pies właści­wie miał się na­zy­wać Malu, ale Lor­ca na­zy­wał się już Lor­ca, poza tym był sam­cem, więc imię Malu wciąż było do wzięcia. Wkrótce w „Hur­ra” ktoś właśnie tak ją na­zwał, a cała resz­ta pod­chwy­ciła ten po­mysł.

Pan We­iss schy­lił się po coś, ale nie zdążył tego pod­nieść, bo między nim a mężczyzną wywiązała się szar­pa­ni­na – mężczy­zna wstał tak szyb­ko, jak­by nic mu nie do­le­gało. Na bro­dzie miał krew, w dłoni jakiś przed­miot. Mała zo­ba­czyła jesz­cze, jak pan We­iss za­cho­dzi mu drogę i wyciąga po ten przed­miot rękę, a po­tem roz­legł się trzask, głośny jak pod­czas kręce­nia fil­mu, Lor­ca zaczął szcze­kać, a ona od­gryzła so­bie kawałek pa­znok­cia.

*

To nie był strzał z fil­mu, to był strzał z ostrej amu­ni­cji, ka­li­ber czter­dzieści, od­da­ny pod­czas sza­mo­ta­ni­ny – u mężczy­zny po­szko­do­wa­ne­go w wy­pad­ku, który naj­wy­raźniej chciał za­brać sa­mochód, a tym sa­mym Małą, kie­row­ca zo­ba­czył naj­pierw zwit­ki bank­notów, a po chwi­li pi­sto­let. Pod­czas wal­ki o broń w nieszczęśli­wym mo­men­cie czyjś pa­lec na­cis­nął spust, ucier­piał kie­row­ca, na­to­miast od­po­wied­nie ko­rzyści odniósł po­sia­dacz pi­sto­letu.

Kula przeszła uko­sem przez pierś pana We­is­sa, prze­biła kość, musnęła ser­ce i wyszła łopatką, wy­ry­wając dziurę wiel­kości pięści. Wszyst­ko nastąpiło w ułamku se­kun­dy. Ser­ce jesz­cze biło, ale krew nie płynęła już do mózgu i nóg, zaczęła wsiąkać w wy­kroch­ma­loną ko­szulę, pan We­iss chwy­tał po­wie­trze, jak­by mógł się tam cze­goś przy­trzy­mać. Wyglądało na to, że za­raz upad­nie, ale tak się nie stało – mężczy­zna, który chciał tyl­ko za­strze­lić sa­me­go sie­bie, przy­tu­lił go do sie­bie jak bra­ta i zaciągnął do sa­mo­cho­du. Otwo­rzył drzwi i po­sa­dził na obi­tym jasną skórą przed­nim sie­dze­niu dla pasażera. Pan We­iss przez chwilę mil­czał, po­tem z jego ust zaczęły wy­do­by­wać się dźwięki jak z odpływu w wan­nie. Odwrócił się i zaczął coś mówić, jak­by chciał się uspra­wie­dli­wić, ale już przy pierw­szym słowie z jego ust trysnęła krew i po­le­ciała na zagłówek, a Mała jesz­cze bar­dziej się sku­liła. Za­ty­kała Lor­ce pysk, wciąż miała otwar­te oczy, a przed nimi podłogę wyłożoną ja­gnięcą skórą, która właśnie zmie­niała ko­lor.

Klęczała tuż za sie­dze­niem kie­row­cy, żeby nie po­gnieść skrzy­deł, i gryzła kciuk. Był to trik, który sama wy­pra­co­wała na pierw­sze ca­stin­gi, gdzie za­wsze każą uda­wać tru­pa, a przy­cho­dzi prze­cież tu­zin dziew­czy­nek, które to po­tra­fią. Po ugry­zie­niu w pew­nym sen­sie zmniej­szała się do roz­miarów bolącego kciu­ka i w ten sposób przy uda­waniu tru­pa nie miała so­bie równych. Za każdym ra­zem ktoś w końcu krzy­czał: „Prze­stań, ożyj już!” – tre­ning oka­zał się te­raz bar­dzo po­moc­ny. Na­wet się nie po­ru­szyła, tyl­ko ser­ce jej waliło. Pies też sie­dział ci­cho. „Wszyst­ko w porządku” – zdążyła mu jesz­cze wy­szep­tać do ucha, za­nim do sa­mo­cho­du wsiadł człowiek, który strze­lił do pana We­is­sa. Nic nie było w porządku.

Za­mknął drzwi, nie mu­siał się długo za­sta­na­wiać nad obsługą ja­gu­ara da­im­le­ra z pełnym wy­po­sażeniem, już po ­chwi­li szu­miały sil­nicz­ki, które usta­wiają sie­dze­nie, a opar­cie się rozłożyło, jesz­cze bar­dziej ją przy­ci­skając. Mężczy­zna uru­cho­mił po­jazd, wy­re­gu­lo­wał po­dmuch na za­pa­ro­wa­ne szy­by, usta­wił bocz­ne lu­ster­ka. Zaklął pod no­sem, kie­dy z ust pana We­is­sa wy­do­był się dźwięk, jaki wy­dają chy­ba tyl­ko je­le­nie. Sa­mochód łagod­nie ru­szył, jak­by w ogóle nic się nie stało, i może dla­te­go człowiek za kie­row­nicą nie słyszał, że tuż za nim dwa ser­ca biją jak osza­lałe.

*

Reżyser, który kręcił film o anie­le stróżu i nie­do­bra­nej pa­rze, miał na imię Ben­ja­min (to był rocz­nik Oli­verów, Lu­kasów i Ke­vinów), ale chciał, żeby mówio­no do nie­go Ben. Po pierw­sze, brzmiało to ener­gicz­niej, ale w dal­szym ciągu miło, a po dru­gie, po­zwa­lało w in­nym świe­tle zo­ba­czyć jego na­zwi­sko, Me­ier, co do­brze wyglądało w te­le­wi­zji. Ben Me­ier wpraw­dzie nie miał żydow­skich ko­rze­ni, ale ocho­czo przy­sta­wał na nie­po­ro­zu­mie­nia. Na­po­my­kał o obrzędach i zwy­cza­jach, których nig­dy nie ce­le­bro­wał, wy­ry­wały mu się słowa typu „sza­bas” albo „ko­szer­ny”, a kie­dy słuchał wia­do­mości z Bli­skie­go Wscho­du, z reguły marsz­czył czoło.

Ze sce­no­pi­sem w dłoni stał nad brze­giem sa­mot­ne­go je­zio­ra, które te­raz nie było już tym sa­mym ciem­nym je­zio­rem w le­sie, bo ja­skra­wo oświe­tlały je dwa re­flek­to­ry. Jego anioł będzie po­trze­bo­wał mnóstwo światła, w te­le­wi­zji nie ma nic gor­sze­go niż bla­de ko­lo­ry, może z wyjątkiem szyb­kie­go ga­da­nia w ame­ry­kańskich fil­mach; żywe ko­lo­ry i rozsądne dia­lo­gi – na tym mu zależało. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Sa­mochód z Małą po­wi­nien niedługo przy­je­chać, jej kie­row­ca zgłaszał każde spóźnie­nie i za­wsze był dostępny, tyl­ko nie te­raz, ale pew­nie nie ma zasięgu, to cena za odosobnie­nie. Po­zo­sta­je cze­ka­nie, które wiązało się z za­wo­dem reżyse­ra tak samo jak wiecz­nie zim­ne sto­py. Po­szedł do ogrom­nej przy­cze­py z po­ko­jem dla gwiaz­dy i salą te­le­wi­zyjną dla dwóch in­nych ak­torów – oglądali właśnie wia­do­mości, przy­siadł się.

Pry­wat­nie nie byli parą, dla­te­go też jakoś się zno­si­li, tyle że jed­no z nich było bar­dziej zna­ne i w związku z tym więcej za­ra­biało. Była to ak­tor­ka, ale w wy­pad­ku fil­mu z aniołem nie miało to większe­go zna­cze­nia, bo i tak Mała była bar­dziej zna­na niż oni obo­je ra­zem wzięci. To, że za dzień zdjęcio­wy Malu do­sta­wała więcej niż ak­tor­ka, było zasługą jej agen­ta, pana Brau­se­na, oso­by zna­nej w branży, ba! – le­gen­dar­nej. Brau­sen miał oko na wszyst­ko, co do­ty­czyło jego pod­opiecz­nej. Pil­no­wał sce­na­riu­szy, które mogły być co naj­wyżej trochę głupie, ale nie bez­brzeżnie głupie, toteż jego na­tu­ral­nym prze­ciw­ni­kiem stała się ko­bie­ta w miękkim płasz­czu, utrzy­mująca, że tytuły fil­mo­we mają być krótkie, krótkie, krótkie, krótkie.

Na­zy­wała się Hain, na imię miała Han­ne (rocz­nik Sandr i Sar) i była pro­du­cen­tem za­trud­nio­nym przez stację te­le­wi­zyjną, która wy­pro­du­ku­je, wy­emi­tu­je i roz­po­wszech­ni film o anie­le. To ona od­kryła Małą, albo ra­czej tak właśnie uważała, bo pra­co­wały ra­zem przy tryp­ty­ku o dziec­ku na pu­sty­ni. Suk­ces ude­rzył jej do głowy bar­dziej niż Małej. Wie­rzyła, że jej fil­my po­ru­szają cały naród i że miałyby pew­ne szan­se na­wet w Hol­ly­wo­od – uro­je­nie, które ułatwiało jej kon­tak­ty z po­li­ty­ka­mi, też prze­cież wierzącymi w to, że są dla wszyst­kich, a nie tyl­ko dla sie­bie sa­mych. Ra­zem z Be­nem Me­ie­rem, reżyse­rem, tak długo zmie­niała sce­na­riusz fil­mu, aż nie­do­bra­ni ko­chan­ko­wie wy­po­wia­da­li tyl­ko ta­kie kwe­stie, ja­kie chciałaby usłyszeć pu­blicz­ność przed te­le­wi­zo­ra­mi. Je­dyną nowością w fil­mie były wil­ki, re­al­ny mo­tyw o – można by na­wet po­wie­dzieć – społecz­nym pod­tekście, na­wet jeśli zdjęcia miały być kręcone w zoo. Hain uważała się za au­torkę fil­mu i uwiel­biała mo­ment, kie­dy jej na­zwi­sko po­ja­wiało się w czołówce, lubiła też pro­wa­dzić kon­fe­ren­cje pra­so­we, nic na tym nie tra­ciła; jeśli nie pra­ca w te­le­wi­zji, to może w po­li­ty­ce. Do­brze było znać po­li­tyków i być przez nich znaną, nie prze­pusz­czała więc żad­nej oka­zji, by nawiązać nowe zna­jo­mości. Kie­dy w to późne popołudnie, czy może już wcze­sny wieczór, do jej biu­ra wszedł Ben Me­ier, pro­wa­dziła właśnie roz­mowę te­le­fo­niczną z se­kre­ta­rzem sta­nu.

Me­ier od razu włączył te­le­wi­zor pa­no­ra­micz­ny, część wy­po­sażenia biu­ra, i na ka­na­le Live obej­rzał pierwszą re­lację z na­pa­du na bank, tak jak­by eki­pa dzien­ni­ka­rzy już cze­kała przed filią. Po­ka­zy­wa­li krew za­strze­lo­nej klient­ki na płyt­kach i mówili, że spraw­ca uciekł na mo­to­ro­we­rze. Można było zo­ba­czyć mapę oko­li­cy i do­wie­dzieć się o możli­wych tra­sach uciecz­ki na tym le­si­stym ob­sza­rze z nie­licz­ny­mi dro­ga­mi – jed­na z nich wiodła właśnie na plan zdjęcio­wy.

– Chy­ba po­za­my­ka­li te wszyst­kie dro­gi, dla­te­go Mała się spóźnia – po­wie­dział reżyser, a Hain roz­mowę z se­kre­ta­rzem sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Spraw Wewnętrznych już kie­ro­wała z za­gad­nień prze­mysłu fil­mo­we­go, w których urzędnik był kom­pe­tent­ny, na spra­wy bez­pie­czeństwa, w których czuł się kom­pe­tent­ny. Mówiła stłumio­nym głosem, jak za­wsze, gdy cze­goś chciała. Pro­siła o in­for­ma­cje o ak­tu­al­nym rozkładzie sił po­li­cyj­nych w oko­li­cy, a tym­cza­sem Ben Me­ier, z po­ora­nym troską czołem, śle­dził naj­now­sze do­nie­sie­nia o ak­cji od­we­to­wej w Stre­fie Gazy.

2

Człowiek, który chciał tyl­ko za­strze­lić sa­me­go sie­bie, a nie­chcący zabił dwie inne oso­by, przy czym tę ostat­nią dla­te­go, że w pe­cho­wym mo­men­cie po­ja­wił się jakiś sa­mochód i po raz dru­gi pi­sto­let wy­strze­lił pod niewłaści­wym kątem, po­tra­fił zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, mimo bra­ku doświad­cze­nia w życiu przestępczym, kro­ki, ja­kie po­dej­mie po­li­cja. Żeby go nie zlo­ka­li­zo­wa­li, musi uni­kać uczęszcza­nych dróg, nie włączać na­wi­ga­cji sa­te­li­tar­nej. I naj­le­piej ucie­kać w po­je­dynkę, co zna­czy, że po­sia­dacz sa­mochodu, czy kim tam był ten za­la­ny krwią człowiek obok, po­wi­nien jak naj­szyb­ciej umrzeć, żeby nie trze­ba było wzy­wać po­mo­cy albo wieźć go do naj­bliższe­go szpi­ta­la, co i tak nie miałoby sen­su przy tak dużej utra­cie krwi.

Do­tknął szyi mężczy­zny, kie­ro­wał te­raz jedną ręką; może tętno jesz­cze było, może już nie. Na pew­no z ust wy­do­by­wało się po­wie­trze, tworząc czer­wo­ne bańki – chy­ba trud­niej było odwrócić wzrok niż na to pa­trzeć. Nie mógł jed­nak pa­trzeć w nie­skończo­ność, mu­siał kie­ro­wać, mu­siał je­chać da­lej. Ciągle po­ru­szał się po wiej­skiej, nie­mal zupełnie pro­stej dro­dze, przy której z rzad­ka tyl­ko wi­dział cień ja­kiejś brzo­zy; od­lud­na oko­li­ca, a stałaby się jesz­cze od­lud­niej­sza. Ostat­nio był tu­taj je­sie­nią, pod ko­niec paździer­ni­ka, kie­dy to od zżętych pól, na których jak nieżywe leżały tysiące zmęczo­nych lo­tem na południe żura­wi, biło światło, które spra­wiało ból. Pta­ki z pew­nością są już na miej­scu, pod­czas gdy on uda­je się na wschód. Auto po­wo­li sunęło, wy­obra­ził so­bie, że przed ko­lejną brzozą na­gle gwałtow­nie skręca, ota­czały go jed­nak po­dusz­ki po­wietrz­ne, nie chciał skończyć w ku­pie białych ba­lonów. Po­tem drzew przy dro­dze było tak dużo, że utwo­rzyły aleję, wje­chał w brzo­zo­wy tu­nel i zwol­nił, ale zo­ba­czył drew­nia­ne krzyże, za­wsty­dził go wi­dok rozłupa­nych pni i zwiędłych kwiatów. Są lep­sze miej­sca na umie­ra­nie – choćby las, do którego właśnie zmie­rzał. Kie­row­nicę zno­wu trzy­mał obie­ma rękami, obok już nic się nie po­ru­szało, tyl­ko wciąż lała się krew i wy­dzie­lała za­pach, który przy­po­mi­nał mu psy. Właśnie zaczął się las. Opuścił szybę i wdy­chał zim­ne po­wie­trze, je­chał prostą drogą pomiędzy ośnieżony­mi brzo­za­mi i so­sna­mi. Lek­ko dodał gazu, co wy­star­czyło, żeby sa­mochód jak po­cisk po­mknął aż do zakrętu. Na szczęś­cie dokład­nie na zakręcie znaj­do­wało się roz­wi­dle­nie, tyl­ko dla­te­go udało mu się go nie prze­oczyć.

To była leśna dro­ga wiodąca wśród po­chy­lo­nych drzew, naj­wi­docz­niej rzad­ko uczęszcza­na, bo sa­mochód le­d­wo się mieścił pomiędzy za­sy­pa­ny­mi śnie­giem krza­ka­mi; ni­sko wiszące gałęzie do­ty­kały da­chu i co chwi­la któraś z nich wdzie­rała się przez okno. Do­pie­ro kie­dy miał ośnieżony lewy rękaw, za­sunął szybę i po­zwo­lił po­jaz­do­wi swo­bod­nie się to­czyć. Wyłączył sil­nik i światła, ale ci­sza i ciem­ność były tak potężne, że za­raz je włączył. Dro­ga wy­da­wała się ginąć gdzieś w le­sie, światło gubiło się w pląta­ni­nie gałęzi, po pro­stu zni­kało tak jak życie po­sia­da­cza sa­mochodu, który prze­stał już wy­da­wać ja­kie­kol­wiek dźwięki. Chwy­cił dłoń wy­stającą z białego ­man­kie­tu czer­wo­nej ko­szu­li, jesz­cze ciepłą dłoń bez pul­su, po­krytą star­czy­mi pla­ma­mi, ka­ta­stro­fa nu­mer czte­ry.

Po raz dru­gi włożył so­bie pi­sto­let do ust, ser­ce biło mu jak sza­lo­ne, miał na­dzieję, że po pro­stu zatłucze go na śmierć. Ale nie umarł, wręcz prze­ciw­nie – to dzięki ser­cu po­czuł, że żyje. Mimo zim­na w sa­mo­cho­dzie po twa­rzy spływał mu pot. Wpa­try­wał się w pa­lec, od którego wszyst­ko te­raz zależało, i był gotów go zgiąć, ale za­brzmiała me­lo­dia, jak­by po­bra­na ze środ­ka jego mózgu po to, by w do­wol­nej chwi­li rzu­cić go na ko­la­na. To był za­gra­ny na skrzyp­cach w wy­so­kich to­nach utwór, przy­po­mniał mu dziew­czynę, z którą daw­no temu tańczył przy pio­sen­ce My Lit­tle Ru­na­way, tuż przed pierw­szym pocałunkiem. Miała na imię Ka­rin, raz z nim cho­dziła, raz nie, i tą pio­senką czy tańcem chciał jej po­wie­dzieć, że wpraw­dzie jest ucie­ki­nierką, ale jego małą ucie­ki­nierką.

Bar­dzo wol­no, jak­by dawał jesz­cze pal­co­wi szansę, wyciągnął pi­sto­let z ust, bo odwrócił się i zo­ba­czył anioła z psem i komórką. Gdy­by nie to zgrab­ne urządze­nie, z którego ciągle le­ciała, pobrzękując, piękna sta­ra pio­sen­ka, pomyślałby, że jest już mar­twy i ten anioł się z nie­go natrząsa. Po chwi­li wy­rwał mu apa­rat z dłoni i wyłączył me­lo­dię.

*

Mała myślała, że to już jej ostat­nia chwi­la i za­raz znaj­dzie się tam, gdzie pan We­iss, czy­li, według jej mnie­ma­nia, gdzieś między nie­bem a zie­mią, ale mężczy­zna siedzący te­raz na jego miej­scu tyl­ko przewrócił ocza­mi. Łapiąc po­wie­trze (bo i jego ser­ce biło jak sza­lo­ne), za­py­tał ją, skąd ma ten dzwo­nek, więc spoj­rzała na swo­je­go kie­rowcę, który często słuchał tej pio­sen­ki i jeśli cho­dzi o trans­plan­ta­cje dzwonków, był zna­ko­mi­tym chi­rur­giem. Jak się na­zy­wa, pytał da­lej, na wszel­ki wy­pa­dek po­wie­działa prawdę, Ma­rie-Lu­ise.

– Ma­rie-Lu­ise? – Mężczy­zna prze­cze­sał pal­ca­mi włosy, nor­mal­nie były siwe, ale od krwi na dłoniach zro­biły się na nich czer­wo­ne pa­sem­ka. – Tak się kie­dyś na­zy­wały tyl­ko ja­kieś strasz­ne ciot­ki. Nie opo­wia­daj bzdur.

– Ale tak mam na imię.

Szczękała zębami jak w gorączce, włożyła kciuk do ust. Mężczy­zna da­lej na nią pa­trzył i chy­ba jesz­cze jej nie po­zna­wał. Ci bo­wiem, którzy ją rozpo­zna­wali, czy to na uli­cy, czy w sa­mo­lo­cie, głupko­wa­to się uśmie­cha­li, na­to­miast jego twarz po­zo­stała nie­ru­cho­ma, tyl­ko nierówny­mi strużkami spływał po niej pot. Ale jeśli jej nie po­znał, możliwe na­wet, że jej wca­le nie znał, to albo jest z da­le­ka, albo nie pro­wa­dzi nor­mal­ne­go życia, to zna­czy ta­kie­go, w którym wie­czo­ry spędza się przed te­le­wi­zo­rem. Wyciągnęła pa­lec z buzi, zęby jesz­cze ci­chut­ko dzwo­niły, za to drżał jej brzuch, jak­by trze­po­tały w nim pta­ki. Pra­wie nie mogła mówić.

– A jak pan się na­zy­wa?

Mężczy­zna otwo­rzył scho­wek i wyjął z nie­go pierwszą rzecz, jaka mu wpadła w ręce – in­strukcję obsługi sprzętu mu­zycz­ne­go. Wy­rwał kil­ka kar­tek i próbował wy­trzeć nimi za­krwa­wio­ny zagłówek.

– Po ko­lei – po­wie­dział, a trze­po­ta­nie w brzu­chu Małej roz­prze­strze­niło się na klatkę pier­siową i nogi. Miała wrażenie, że roz­pa­da się całe jej ciało, ale nie płakała; dużo trud­niej było nie płakać na zawołanie niż roz­sz­lo­chać się na zawołanie w ja­kiejś sce­nie. Nie udałoby się to bez Lor­ki, któremu wciąż za­ty­kała wil­got­ny, ciepły pysk.

– Jak pan so­bie życzy – po­wie­działa, trzy­mając się ko­lej­nej rady swo­je­go agen­ta: do do­rosłych zwra­caj się pan i pani, aż sami będą błagać, żebyś przeszła z nimi na ty. Wciąż miała su­che oczy, za­bro­niła so­bie wypaść z roli, ale nie może też prze­sa­dzać, bo to prze­szka­dza uzbro­jo­nym mężczy­znom, na­wet w fil­mie, kie­dy strze­lają śle­py­mi na­bo­ja­mi. Za­gra bez łez i bez roz­ma­chu, jesz­cze nig­dy nie do­stała po­dob­ne­go za­da­nia ak­tor­skie­go, w do­dat­ku musi jej się udać już za pierw­szym ra­zem, jak na ca­stin­gu, kie­dy ktoś zno­wu mówi: wy­obraź so­bie, że właśnie umarła two­ja mama.

– Na­zy­wam się Ho­ede­rer – po­wie­dział mężczy­zna (zresztą zgod­nie z prawdą). – Nie chciałem strze­lić. To był wy­pa­dek, ro­zu­miesz?

Mała, ciągle wciśnięta w róg sie­dze­nia, spoj­rzała na nie­go, a po­tem po­wo­li się pod­niosła z aniel­ski­mi skrzydłami na ple­cach. Miała po­czu­cie, że za­raz zo­sta­nie zde­ma­sko­wa­na, że jest oszustką.

– Pan We­iss chciał tyl­ko panu pomóc! – krzyknęła, a mężczy­zna położył pa­lec na ustach, tak jak­by ktoś mógł ich usłyszeć.

– Tak się na­zy­wał? – za­py­tał.

– Tak, jest moim kie­rowcą.

– Był two­im kie­rowcą – po­wie­dział ze spo­ko­jem – był two­im kie­rowcą – pod­kreślając słowo „był”.

Mała włożyła pal­ce w sierść Lor­ki, obo­je drżeli, ona bała się o swo­je życie, a pies po­czuł krew pana We­is­sa, który już za­padł się w so­bie, zmniej­szył się jak prze­dziu­ra­wio­ny na­dmu­chi­wa­ny del­fin. Mężczy­zna do­tknął jego szyi, jak­by był le­ka­rzem albo sa­ni­ta­riu­szem.

– Nic już się nie da zro­bić – po­wie­dział – ko­niec.

Opuścił rękę. Mała po­chy­liła się, chciała sama po­czuć ko­niec pana We­is­sa, ale wte­dy jego głowa i tułów po­le­ciały na obłożoną skórą półkę nad schow­kiem. Do­pie­ro te­raz zaczęła krzy­czeć tak głośno, jak­by składała się z sa­mych tyl­ko ust, Lor­ca szcze­kał, a mężczy­zna siedzący na miej­scu panaWe­is­sa gwałtow­nie się odwrócił, tak jak jej oj­ciec, kie­dy miał już wszyst­kie­go dosyć. Nie wrzesz­czał, wska­zał tyl­ko na psa i zro­bił pal­cem ruch jak przy na­ci­ska­niu spu­stu.

– Ty też się za­mknij – po­wie­dział. – Jeśli pies mnie ugry­zie, za­biję go, ka­pu­jesz?

Brzmiało to jak ja­kieś zaklęcie, Mała po­ki­wała tyl­ko głową, tak jak w szko­le, kie­dy właści­wie ni­cze­go nie ka­po­wała, a mężczy­zna, który po­no­sił winę za wszyst­ko – ran­ny w brodę, co za­uważyła do­pie­ro te­raz – odwrócił się, włączył bieg i dodał gazu, le­d­wo zdążyła cze­goś się przy­trzy­mać.

Sa­mochód o mocy trzy­stu dzie­więćdzie­sięciu koni me­cha­nicz­nych mknął po leśnej dro­dze, pan We­iss wrócił do po­przed­niej po­zy­cji, jego głowa ude­rzała o boczną szybę. Mała po­chy­liła się. Prze­strzeń między sie­dze­nia­mi wy­ko­rzy­stała, by spoj­rzeć swo­je­mu kie­row­cy – dla niej ciągle nim był – w twarz, niełatwe za­da­nie, na­wet jeśli wcześniej, w fil­mach, miało się do czy­nie­nia z moc­no ucha­rak­te­ry­zo­wa­ny­mi zwłoka­mi. Ostrożnie, ale nie na­zbyt ostrożnie, do­tknęła pal­ca­mi jego szyi, gest, jaki wi­działa kie­dyś u ak­to­ra grającego ko­mi­sa­rza. Nic nie wy­czuła, zupełnie nic, za to na ra­mie­niu po­czuła jakąś dłoń.

– On jest mar­twy – po­wie­dział mężczy­zna, który te­raz pro­wa­dził auto. – Mar­twy, nie żyje, ko­niec.

– Bo go pan za­strze­lił.

– Nie­praw­da – broń sama wy­strze­liła. Kula mogła tra­fić również mnie.

– Ale nie tra­fiła.

– Tak, za­brakło mi trochę szczęścia.

Mężczy­zna ominął jakiś ko­nar na dro­dze i za­trzy­mał sa­mochód. Przekręcił klu­czyk w sta­cyj­ce i po­wie­dział, że muszą oszczędzać ben­zynę, bo noc będzie mroźna.

– Chy­ba że chcesz marznąć?

– Nie – Mała wróciła na miej­sce, wi­działa, że kie­dy mężczy­zna mówi, szy­ba po­kry­wa się parą. Mówił, że ma już dosyć mro­zu, i Małej zaczęło być zim­no w nogi. Po­tem dała o so­bie znać wy­pi­ta cola, napój nie roz­puścił się na­gle w po­wie­trzu, a szan­se na wyjście do to­a­le­ty były bar­dzo małe.

– Co tu ro­bi­my? – za­py­tała, sięgając po pi­ko­waną kurtkę. Leżał pod nią ple­cak, w którym znaj­do­wało się wszyst­ko, co może się przy­dać w podróży, na przykład chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne. Muszą leżeć gdzieś między suchą karmą, cze­ko­ladą, opaską na oczy, pie­niędzmi i iPo­dem. Jed­nak się rozpłakała, tak jak­by cola szu­kała ja­kie­go­kol­wiek ujścia. Grze­bała w ple­caku, ale udało jej się zna­leźć tyl­ko jedną, zmiętą i brudną chu­s­teczkę.

– Nic nie ro­bi­my – od­parł mężczy­zna.

– Więc możemy je­chać da­lej – wy­tarła łzy reszt­ka­mi chu­s­tecz­ki na tyle, na ile się dało, i spróbowała spo­koj­nie od­dy­chać. Na pla­nie już się nie­po­koją, cały rozkład dnia bie­rze w łeb. Pan We­iss nie żyje, jest praw­dzi­wym tru­pem, a ona ko­niecz­nie musi stąd wyjść. Nic już nie było jak daw­niej, świat był inny, nieszczęśliwy jak wte­dy, gdy zginął jej kot. Już miała po­zwo­lić łzom, by płynęły, gdy na­gle roz­legł się dzwo­nek, ja­kie­go nie było w żad­nej in­nej komórce. Od razu wie­działa, kto dzwo­ni.

– To mój reżyser – po­wie­działa, bo mężczy­zna na miej­scu pana We­is­sa pod­niósł te­le­fon do ucha, jak­by dzwo­nio­no do nie­go.

– Ach, anioł jest do fil­mu?

– Do