Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Majsterka - Paul Harding

Książka Paula Hardinga, wyróżnionego prestiżową Nagrodą Pulitzera – o przemijaniu i śmierci, o zacieraniu się granicy między przeszłością a teraźniejszością…

Ostatnie osiem dni życia George Washington Crosby spędza spokojnie – leżąc w łóżku, we własnym salonie. Jest wnikliwym obserwatorem, widzi, jak dom, któremu poświęcił życie, powoli niszczeje. Staruszek analizuje relacje z bliskimi. Przywołuje najważniejsze wspomnienia, które ukształtowały go jako ojca, syna, męża, pracownika. Uświadamia sobie, jak relacja z rodzicami wpłynęła na  jego stosunek do dzieci i wnuków.

Wzrusza się, dostając od nich tyle dyskretnej troski i miłości. Jaka jest ostatnia myśl odchodzącego człowieka? I jak przeżyć swoje życie możliwie najlepiej?

Opinie o ebooku Majsterka - Paul Harding

Fragment ebooka Majsterka - Paul Harding

Paul Harding

MAJSTERKA

Przekład: Maciej Nowak-Kreyer

Tytuł oryginału: Tinkers

Copyright © 2009 by Paul Harding

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Maciej Nowak-Kreyer, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Meg, Samuelowi i Benjaminowi poświęcam

1.

George Washington Crosby zaczął majaczyć na osiem dni przed śmiercią. Z wypożyczonego szpitalnego łóżka, które postawiono pośrodku sypialni, widział owady wbiegające i wybiegające przez urojone pęknięcia tynku na suficie. Szyby w oknach, które wcześniej lśniły i tkwiły mocno we framugach, teraz się chybotały. Jakiś mocniejszy powiew mógł je wyrwać, a wtedy runęłyby na głowy członków jego rodziny siedzących na sofie, na dwuosobowej kanapce i na kuchennych krzesłach, które przyniosła jego żona, aby nikt nie musiał stać. Grad szklanych odłamków wypędziłby wszystkich z pokoju; uciekłyby wnuki z Kansas, Atlanty i Seattle, siostra z Florydy, a on tkwiłby na mieliźnie łóżka otoczony morzem potłuczonego szkła. Dom zostałby oddany na pastwę pyłków, wróbli, deszczu, a także bezczelnych wiewiórek, przed którymi pół życia chronił karmniki dla ptaków.

Sam postawił ten dom: wylał fundamenty, wzniósł szkielet budynku, przyłączył rury, przeciągnął kable, otynkował ściany i pomalował pokoje. Kiedyś, gdy w odsłoniętych fundamentach spawał ostatnie spojenie zbiornika na gorącą wodę, nagle uderzył piorun, ciskając nim na przeciwległą ścianę. Jednak George zaraz wstał i dokończył spawanie. Pęknięcia betonu przestały być pęknięciami, zapchane rury zostały przepchane, zdrapano farbę łuszczącą się na zewnętrznym deskowaniu i pokryto je świeżą farbą.

– Dajcie mi trochę gipsu – powiedział, unosząc się w łóżku, które wyglądało jakoś dziwnie i oficjalnie wśród perskich kobierców, mebli w stylu kolonialnym oraz dziesiątków staroświeckich zegarów. – Dajcie trochę gipsu. Jezu, trochę gipsu, trochę drutu i parę haków. Wszystko kupicie za pięć dolców.

– Tak, dziadku – odparli.

– Tak, tato.

Przez otwarte okno za ich plecami wpadł podmuch wiatru i rozjaśnił zmęczone głowy. Na trawniku stukały kule do bocce.

Południe zastało go, gdy przez chwilę był sam, bo rodzina przygotowywała w kuchni lunch. Rysy sufitu rozszerzyły się w szczeliny. Zablokowane koła łóżka utkwiły w nowych rozpadlinach, które pootwierały się w dębowej podłodze pod dywanem. W każdej chwili podłoga mogła ustąpić pod jego ciężarem. A wtedy bezużyteczny żołądek podskoczyłby mu aż do piersi, jakby znalazł się w wesołym miasteczku w Topsfield. Z wstrząsem, który mógłby złamać kręgosłup, George oraz jego łóżko wylądowaliby w piwnicy, na gruzach warsztatu. Wyobraził sobie, co by ujrzał, gdyby coś takiego rzeczywiście nastąpiło: sufit salonu dwie kondygnacje wyżej, poszarpany lej ze strzaskanym parkietem, wygiętymi miedzianymi rurami oraz kable elektryczne jak rozerwane żyły, sterczące ze ścian i skierowane ku niemu, a on w samym środku nagle powstałej ruiny. Z kuchni dobiegały niewyraźne głosy.

George odwrócił głowę z nadzieją, że może ktoś siedzi obok, tuż za zasięgiem wzroku, z papierowym talerzem na kolanach pełnym sałatki ziemniaczanej oraz zwiniętych w rulony plastrów wołowej pieczeni i z plastikowym kubkiem piwa imbirowego w dłoni. Jednak ruina trwała. George’owi zdawało się, że krzyczy, jednak kobiece głosy z kuchni oraz męskie z podwórza nadal szumiały nieprzerwanie. Leżał więc na zwałowisku gruzu, spoglądając w górę.

Zawaliło się na niego pierwsze piętro wraz z niedokończoną sosnową konstrukcją i ślepymi rurami (te zaczopowane rury nigdy nie połączyły się ze zlewem ani z toaletą, które niegdyś zamierzał zainstalować), do tego wieszaki ze starymi płaszczami, pudła zapomnianych gier planszowych, układanki, zepsute zabawki i koperty pełne rodzinnych fotografii – czasem tak starych, że umieszczonych na blaszanych płytkach – wszystko to leciało do piwnicy, a on nawet nie był w stanie unieść ręki, żeby osłonić twarz.

Jednak był już prawie duchem, już prawie składał się z nicości, więc drewno, metal i stosy jaskrawo zadrukowanego kartonu i papieru („Przesuń się o sześć pól na ulicę Łatwą”, prababcia Noddin w chuście, usztywniona i krzywiąca się do obiektywu, absurdalna w swoim kapeluszu à la nagrobek żeglarza przykrytym zwałami kwiatów i zwojami drutu), które w innych okolicznościach zmiażdżyłyby mu kości, spadając na niego, odbijały się jak filmowe rekwizyty, bo stanowiły imitacje niegdysiejszych prawdziwych rzeczy.

I oto leży wśród zdjęć z ukończenia szkoły, starych wełnianych marynarek, pordzewiałych narzędzi, wycinków z gazet o jego awansie na kierownika działu rysunku technicznego w miejscowym liceum, potem na kierownika poradni zawodowej, a następnie o jego przejściu na emeryturę i życiu jako handlowca i specjalisty od starych zegarów. Wśród całego bałaganu poniewierają się splątane mosiężne mechanizmy zegarów – tych, które reperował. Spojrzał trzy kondygnacje w górę, ku odsłoniętym dźwigarom stropu oraz biegnącej nad nimi warstwie wełnianej izolacji ze srebrną folią. Któryś z wnuków (który?) lata temu przyczepił tę izolację zszywkami, a teraz jej dwa czy trzy płaty zwisały luźno na całej długości niczym wywalony różowy i włochaty jęzor.

Zawalił się dach, spuszczając nową lawinę drewna i gwoździ, papy, dachówek i izolacji. Ukazało się niebo pełne chmur o płaskich szczytach, płynących po błękicie niczym flotylla kowadeł. George miał teraz takie niejasne, surowe uczucie, jakie się miewa, kiedy będąc chorym, znajdzie się na dworze. Chmury zatrzymały się, zastygły na chwilę, a potem runęły mu na głowę.

Podążył za nimi sam błękit nieba, ściekając z wysokości do zagraconej betonowej jamy. Potem spadły gwiazdy, dźwięcząc wokół George’a jak rozedrgane ozdoby. Wreszcie odczepiła się sama czarna otchłań, by udrapować się na owym stosie i okryć cały nieład unicestwienia George’a.

Niemal siedemdziesiąt lat przed śmiercią George’a jego ojciec Howard Aaron Crosby zarabiał na życie, jeżdżąc wozem. Był to drewniany wóz, coś jakby komoda na dwóch osiach i drewnianych szprychowych kołach. Znajdowało się w nim kilkanaście szuflad, każda zaopatrzona w spoczywający we wgłębieniu mosiężny pierścień, który podnosiło się, chwytając zagiętym palcem. W szufladach leżały pędzle i olej do drewna, proszek do czyszczenia zębów i wełniane pończochy, mydło do golenia i brzytwy z prostymi ostrzami. Były także schowki z nabłyszczającą pastą do butów i sznurówkami, z kijami do mioteł oraz końcówkami mopów. Była również sekretna szuflada, gdzie Howard trzymał butelki ginu.

Zazwyczaj jeździł bocznymi drogami, zakurzonymi szosami, które przez głęboki las wiodły na przykład ku ukrytej polanie, gdzie wśród trocin i pieńków wznosiła się chata drwala, a kobieta w prostej sukience i z włosami ściągniętymi tak mocno, że zdawała się uśmiechać (wcale tego nie robiła), stała w koślawych drzwiach ze strzelbą na wiewiórki. Och, Howardzie, to ty. Dobra, chyba nam się przyda któreś z tych twoich blaszanych wiader. Latem wdychał zapach wrzosu i nucił Ktoś rozbujał łódź mych marzeń, patrząc na motyle monarchy (królowie motyli, motyli monarchowie – zawsze trochę uważał się za poetę), które przyleciały z Meksyku. Wiosną i jesienią zarabiał najwięcej. Jesienią dzięki mieszkańcom lasu szykującym się do zimy (towary wykładał na lśniące klonowe liście), wiosną ze względu na to, że mieszkańcom lasu zapasy kończyły się zwykle całe tygodnie przed tym, jak drogi zaczynały się nadawać do pierwszych objazdów. Wtedy zbliżali się do wozu jak lunatycy: z błyszczącymi oczami, łapczywi. Czasem Howard wracał z puszczy z zamówieniem na trumnę – dla czyichś dziecka albo żony, owiniętych w grube płótno i zesztywniałych gdzieś w drewutni.

Zajmował się też majsterką. Lutował garnki z cyny i kutego żelaza. Lut topniał i zbierał się za glinianą zaporą. Łatanina żywym srebrem. Od czasu do czasu młotek coś wyklepywał, blacha wibrowała, brzęcząc, taka maleńka pod deklem północnego lasu. Dzięcioł, kotlarz, ale najczęściej obwoźny sprzedawca szczotek i mopów.

George zdołał wykopać i wylać fundamenty swojego domu. Zdołał pociąć drewno i zbić konstrukcję. Zdołał pozakładać przewody w pokojach oraz kanalizację. Zdołał postawić ściany działowe z kartonu-gipsu. Zdołał położyć podłogi i dachówki. Zdołał zbudować ceglane schodki. Zdołał oszklić okna i pomalować framugi. Jednak nie zdołałby rzucić kulą ani przebiec mili – nienawidził ćwiczeń fizycznych, a od kiedy w wieku sześćdziesięciu lat przeszedł na emeryturę, nigdy się nie wysilał, jeżeli nie musiał, nawet jeśli chodziło tylko o przedarcie się przez gęste krzaki, by dotrzeć do miejsca, gdzie można złowić dobrego pstrąga. To właśnie brak ćwiczeń fizycznych mógł się przyczynić do tego, że po pierwszym naświetlaniu nowotworu, którego miał w pachwinie, nogi spuchły mu jak dwie martwe foki na plaży, a potem zrobiły się twarde jak drewno. Zanim został przykuty do łóżka, chodził jak weteran wojenny sprzed czasów nowoczesnej protetyki. Jakby do pasa miał przyczepione dwie drewniane nogi na żelaznych zawiasach. Kiedyś nocą żona dotknęła jego nóg przez piżamę i skojarzyły się jej z dębem albo klonem, więc zaraz musiała pomyśleć o czymś innym, aby odpędzić natrętny obraz, że schodzi na dół do warsztatu, bierze papier ścierny i bejcę, a następnie poleruje mężowi nogi i nasącza bejcą, jak część mebla. Parsknęła głośno, starając się zdusić śmiech wywołany skojarzeniem „mój mąż stół”. Potem poczuła się z tym tak bardzo źle, że się popłakała.

Upór wiejskich kobiet, z którymi Howard stykał się podczas codziennych objazdów, rozwijał u niego, jak sądził – lub raczej sądziłby, gdyby świadomie się nad tym zastanowił – niewzruszoną, rozsądną cierpliwość. Kiedy jakaś firma produkująca mydło zastępowała stary detergent nowym środkiem i zmieniała wygląd opakowania, Howard musiał znosić dyskusje, w których prędko uznałby się za pokonanego, gdyby jego adwersarze nie byli jednocześnie płacącymi mu klientami.

– Gdzie jest mydło?

– To jest mydło.

– Pudełko jest inne.

– Tak, bo je zmienili.

– Co było nie tak ze starym pudełkiem?

– Nic.

– To dlaczego je zmienili?

– Bo to mydło jest lepsze.

– Mydło jest inne?

– Lepsze.

– Ze starym mydłem wszystko było w porządku.

– Oczywiście, ale to jest lepsze.

– Skoro ze starym mydłem wszystko było w porządku, jak to może być lepsze?

– No, bo lepiej myje.

– Wcześniej też dobrze myło.

– To myje lepiej. I szybciej.

– Dobra. Ale ja wezmę pudełko normalnego mydła.

– To jest właśnie normalne mydło.

– Nie mogę dostać normalnego mydła?

– To jest normalne mydło. Gwarantuję.

– Dobrze, ale ja nie chcę próbować nowego mydła.

– To nie jest nowe mydło.

– Ależ to właśnie pan powiedział, panie Crosby. To pan powiedział.

– No dobrze, proszę pani, ale ja potrzebuję dodatkowego centa.

– Dodatkowego centa? Za co?

– To mydło jest droższe o centa, bo teraz jest lepsze.

– Mam zapłacić dodatkowego centa za jakieś inne mydło w niebieskim pudełku? To ja po prostu wezmę pudełko mojego normalnego mydła.

George kupił na wyprzedaży zepsuty zegar. Sprzedawca za darmo dorzucił mu przedruk osiemnastowiecznego poradnika o naprawach czasomierzy. I tak George zaczął dłubać w trzewiach starych zegarów. Jako mechanik znał się na przekładniach, tłokach i wałkach zębatych, fizyce i wytrzymałości materiałów. Będąc Jankesem z Północnego Wybrzeża, z krainy koni, wiedział również, gdzie szukać starych pieniędzy, które drzemały, śniąc o tkalniach bawełny i kopalniach łupku, o taśmie perforowanej oraz polowaniu na lisa. Zauważył, że bankierzy dobrze płacą za podtrzymywanie mierzenia czasu przez ich oporne rodowe dziedzictwo. Potrafił ręcznie wymienić zużyty ząb koła mechanizmu zegarowego. Położyć zegar tarczą do dołu. Odkręcić śrubki, może nawet wyciągnąć je z cedrowej albo orzechowej obudowy – gwinty już dawno zmieniły się w drewniany pył ulatujący z gzymsu kominka. Unieść tylną ścianę zegara niczym wieko skrzyni ze skarbami. Przysunąć bliżej jubilerską lampę na długim wysięgniku, tuż ponad swoim ramieniem. Przyjrzeć się ciemnemu mosiądzowi. Przypatrzyć się wałkowi zębatemu zaklejonemu brudem i smarem. Obejrzeć zielone i purpurowe zmarszczki metalu, który był kuty, zginany, rozgrzewany palnikiem. Wetknąć palce do zegara, pomajstrować przy wychwycie (każda część zegara nosi idealną dla siebie nazwę; wychwyt to kraniec mechanizmu, miejsce, gdzie energia zostaje wychwycona i miarowo odmierza czas). Zbliżyć twarz. Metal pachnie taninami. Przeczytać imiona wygrawerowane na mechanizmach: Ezra Bloxham – 1794; Geo. E. Tiggs – 1832; Thos. Flatchbart – 1912. Wydostać poczerniały mechanizm z pudła. Zanurzyć go w amoniaku. Wyjąć go. W nosie będzie piekło, oczy zaczną łzawić i zobaczysz przez łzy, że mechanizm błyszczy i migocze jak gwiazda. Oczyścić ząbki. Docisnąć tuleje. Naprawić zegar. Dodać swoje imię.

Majsterkowicz. Złota rączka. Złoto, złoto, złoto. Dzwonienie garnków i wiader. A teraz i dzwonienie w uszach Howarda Crosby’ego, dzwonienie, które zaczęło się gdzieś w oddali i zbliżało, dopóki nie osiadło na jego uszach, a potem się w nie wwierciło. Głowa mu brzęczała, jak gdyby stanowiła serce dzwonu. Ziąb wskoczył na czubki palców i wraz z rozchodzącymi się falami dzwonienia rozpełzł po ciele, aż wreszcie zęby zaczęły szczękać, kolana zmiękły i Howard musiał się objąć, aby się nie rozsypać. To właśnie była jego aura, zimne halo chemicznej elektryczności otaczającej go tuż przed atakiem. Howard chorował na padaczkę. Jego żona Kathleen, z domu Black, z tych Blacków z Quebecu, tyle że z podupadłej, bocznej gałęzi rodziny, odsuwała wtedy krzesła i stoły i prowadziła męża na środek kuchennej podłogi. Owijała w serwetkę sosnową listewkę, żeby zacisnął na niej zęby i nie połknął albo nie odgryzł sobie języka. Jeżeli atak przychodził nagle, po prostu wciskała mężowi listewkę między zęby, a Howard budził się potem, mając w ustach pełno drzazg i żywiczny posmak. Wydawało mu się także, że zamiast głowy ma szklany słój pełen starych kluczy i pordzewiałych śrub.

„Aby na nowo poskładać rozebrany zegar, tylną płytę mechanizmu kładzie się na łóżku nakrytym miękkim materiałem, najlepiej grubym zamszem wielokrotnie złożonym. Gdy każde koło i jego oś umieszczone zostaną w stosownym otworze, poczynając od wielkiego koła i jego luźno dopasowanego bębna – tego stożkowego żłobionego cudu ofiarowanego rodzajowi ludzkiemu przez pana da Vinci – aż po najmniejsze kółko, a zęby każdego z nich zejdą się z zębami następnego i tak dalej, wówczas mechanizm wybijający godziny i koło wychwytowe pracującego mechanizmu wpasują się w odpowiednie miejsca. Wtedy zegarmistrz spogląda na otwarty mechanizm, cudo z księgi baśni, a koła kręcą się tam i z powrotem jak leniwa machina pogrążona we śnie. Czas wszechświata nie może być oznaczony. Pokrętny i nietrwały mechanizm może jedynie zatrzymywać urojone godziny niesfornych duchów. Przednią płytę mechanizmu należy ująć w palce i dopasować wpierw do znajdujących się naprzeciwko osi sprężyn głównych i napędzających oraz możliwie jak najlepiej do drobnych elementów. To uczyniwszy, zegarmistrz unosi do oczu chwiejny przekładaniec luźnych trzewi, utrzymując mechanizm w całości poprzez przyciskanie dwóch płyt, dbając wszelako, by nie przykładać zbyt dużego nacisku (gdyż to uszkodzi delikatniejsze z niepołączonych końcówek wałów) ani też zbyt słabego (gdyż to sprawi, że na wpół naprawiona machina rozpadnie się w sobie na różne części składowe, które często uciekają ku zakurzonym i ciemnym kątom warsztatu zegarmistrza, co jest profanacją i bluźnierstwem). Gdy cierpliwy zegarmistrz zakończy swoją pracę, a zegar po pchnięciu wielkiego koła bardziej skrzypi i bełkocze, niźli szumi, i kręci się z mosiężną logiką, proces cały musi zostać odwrócony i próba dokonana ponownie z chłodnym rozsądkiem, a powtarzana tak długo, aż zostaną wypędzone wszelkie chochliki nieporządku. Jeśli idzie o zegary jedynie z mechanizmem odmierzającym czas, ożywienie ich jest całkiem proste. Bardziej złożone urządzenia, takie jak owe modne nowinki ustrojone dodatkami w rodzaju pantomimy księżyca lub trefnisia żonglującego owocami, wymagają niezmierzonej, rzec można, wprawy i zręczności. Autor słyszał o pewnym zegarze, widzianym ponoć we wschodniej Bohemii, który swym kształtem upodabniał się do wielkiego dębu, misternie wykonanego z żelaza i mosiądzu oplatających cyferblat. Kiedy w ojczyźnie zegara zmieniały się pory roku, drobne listki okrywające gałęzie drzewa, z których każdy osadzony był na cienkim niby włos trzpieniu (z jednej strony mając emaliowaną zieleń, a z drugiej czerwień metalu), za sprawą niezwykłego mechanizmu skrytego w pudle – wystylizowanym tak, by wyglądało jak jeden z owych mitycznych filarów, na których, jak ongiś wierzono, wspiera się Ziemia – obracały się na trzpieniach i zsuwały ku niższym partiom tarczy zegarowej. Jeżeli taka machina rzeczywiście istniała, pan Newton nie mógłby usiąść pod bardziej zadziwiającym drzewem”.

Rozumny zegarmistrz

Pióra wielebnego Kennera Davenporta, roku 1783

George Crosby, umierając, przypominał sobie wiele rzeczy, jednak w układzie, którego nie potrafił kontrolować. Spojrzenie na własne życie, rozważanie go z pozycji, którą jak zawsze sobie wyobrażał, człowiek zajmuje u kresu, równało się obserwowaniu skłębionej masy, elementów mozaiki obracających się, wirujących, układających w różne obrazy, zawsze w rozpoznawalnych pasmach barw, znajomych elementów, cząstek, osobistych prądów, teraz jednak niezależnych od jego woli, pokazujących mu jego inne ja za każdym razem, gdy próbował złożyć je w całość.

***

Sto sześćdziesiąt osiem godzin przed śmiercią, w noc Halloween, wślizgnął się przez okno do sutereny kościoła metodystów West Cove i uderzył w dzwon. Czekał w tej suterenie na swojego ojca, aby dał mu za to w skórę. Jego ojciec zaśmiał się głośno i klepnął się po udzie, bo George wypchał siedzenie spodni starymi egzemplarzami „Saturday Evening Post”. Siedział przy kolacji w ciszy, bojąc się spojrzeć na matkę, bo była już jedenasta wieczorem, a ojca wciąż nie było w domu, jednak matka kazała im czekać przy wystygłym jedzeniu. Ożenił się. Przeprowadził. Był metodystą, kongregacjonalistą, a wreszcie unitarianinem. Rysował maszyny, uczył rysunku technicznego, miał zawał i wyszedł z tego, razem z kolegami z technikum pędził nową autostradą, zanim ją otwarto, uczył matematyki, uzyskał dyplom magistra pedagogiki, był doradcą w liceum, każdego lata wracał na północ i łowił na sztuczną muchę wspólnie ze swoimi kumplami od pokera – lekarzami, gliniarzami, nauczycielami muzyki. Na pchlim targu kupił zepsuty zegar i reprint osiemnastowiecznego poradnika, jak naprawiać chronometry, przeszedł na emeryturę, jeździł na wycieczki do Azji, Europy i Afryki, przez trzydzieści lat naprawiał zegary, rozpuścił wnuki, dostał parkinsona, dostał cukrzycy, dostał raka i położył się na szpitalnym łóżku pośrodku swojego salonu, dokładnie tam, gdzie zwykle stawiali stół z okazji świątecznych obiadów, rozkładając jego dwa dodatkowe skrzydła.

George nigdy nie pozwalał sobie na wyobrażanie ojca. Jednak od czasu do czasu, kiedy naprawiał jakiś zegar, kiedy jakaś nowa sprężyna, którą starał się naciągnąć na trzpień, zeskakiwała z niego i rozprężała się gwałtownie, kalecząc mu dłonie, a czasem nawet uszkadzając mechanizm, wtedy widział swojego ojca leżącego na podłodze, jego stopy kopiące krzesła, mierzwiące dywany, lampy zrzucane ze stołów, głowę walącą o podłogę, zęby zaciskające się na patyku albo na palcach syna.

Matka aż do śmierci mieszkała z George’em i jego rodziną. Od czasu do czasu, głównie w trakcie posiłków, może dlatego, że przecież mąż ją ubiegł, zostawiając przy kuchennym stole razem z planami, żeby odejść wraz z synem, wspominała, jakim nieodpowiedzialnym mężczyzną był ten jego ojciec. Przy śniadaniu wkładała owsiankę do ust, po czym wyciągała łyżkę z uścisku sztucznych szczęk z głośnym stuknięciem i odgłosem zasysania i mówiła coś w stylu: Poeta, ha! To był ptasi móżdżek, sroka, dziwak, rozdygotany przez te swoje ataki i w ogóle.

Jednak George wybaczał matce serce pełne sprzeczności. Kiedy tylko pomyślał, co starały się hamować jej gorzkie lamenty, do oczu napływały mu łzy. Przerywał swoje zajęcia lub unosił wzrok znad nagłówków porannej gazety, aby pochylić się nad matką i pocałować w wysmarowane kamforą czoło. Na ten gest reagowała tak, jakby mówiła: Nie staraj się mnie pocieszyć! Tamten człowiek na zawsze rzucił cień na mój spokój duszy. Cholerny głupiec! A jednak nawet to sprawiało, że George czuł się jakoś lepiej. Niekończące się litanie koiły ją i przypominały, że tamto życie się skończyło.

Na łożu śmierci George zapragnął znowu ujrzeć ojca. Chciał go sobie wyobrazić. Za każdym razem, kiedy próbował się skupić i cofnąć myślami, gdy próbował wkopać się głęboko i daleko od teraźniejszości, daleko od bólu, hałasu, od kogoś, kto przetaczał go z boku na bok, aby zmienić prześcieradło, od toksyn sączących się z jego zapchanych rakiem nerek do gęstniejącej i ciemniejącej krwi, w końcu i tak wracał do zużytego ciała i szamoczącego się umysłu.

Pewnego popołudnia, wiosną przed śmiercią, gdy nasiliły się objawy choroby, George postanowił nagrać na magnetofon wspomnienia i anegdoty ze swojego życia. Przed wyjściem na zakupy jego żona położyła na stole w piwnicy dyktafon. George otworzył drzwi prowadzące z warsztatu do składziku narzędzi. Stał tam żelazny piecyk na drewno, między wiertarką pionową a tokarką do metalu. Zmiął jakąś starą gazetę i wcisnął do piecyka razem z trzema szczapami z połowy wiązki drewna, którą trzymał w drugim kącie składziku, przy drzwiach do komórki. Rozpalił ogień, ustawił dyszę promiennika, starając się ogrzać betonowy ziąb piwnicy. Wrócił do stołu warsztatowego. Magnetofon miał tani mikrofon, który nie chciał tkwić pionowo w obejmie. Uchwyt był tak lekki, że pętla na kablu biegnącym z mikrofonu do magnetofonu ciągle go przeważała. George próbował wyprostować przewód, jednak mikrofon wciąż nie chciał stać, więc wreszcie położył go na magnetofonie. Pokrętła urządzenia chodziły z trudem, trzeba było się wysilić, żeby je poruszyć. Każde pokrętło oznaczono jakimś zaszyfrowanym skrótem. George musiał trochę poeksperymentować, zanim nabrał pewności, że odnalazł odpowiednią kombinację pozwalającą nagrywać głos. Kaseta miała wyblakłą różową etykietę, na której wydrukowano: „Składanka wczesnego bluesa. Prawa autorskie: Hal Broughton, Jaw Creek, Pensylwania”. George przypomniał sobie, że razem z żoną kupił tę kasetę na jakimś kursie w college’u Eldershostel, gdzie byli któregoś lata, dawno temu. Kiedy po raz pierwszy wcisnął play, męski głos, piskliwy i daleki, zaśpiewał coś o tropiącym go diabelskim ogarze. George, zamiast przerwać odtwarzanie, poczuł, że ta skarga może stanowić dobry wstęp do jego wspomnień, więc po prostu zaczął nagrywać. Pochylił się nad mikrofonem, krzyżując ramiona i opierając się o krawędź stołu, jakby uczestniczył w przesłuchaniu. Zaczął oficjalnie: „Nazywam się George Washington Crosby. Urodziłem się w West Cove, w Maine, w roku 1915. W roku 1936 przeprowadziłem się do Enon w stanie Massachusetts”. I tak dalej. Podawszy te dane, odkrył, że potrafi przypomnieć sobie tylko rymowanki i trochę obsceniczne anegdoty, zazwyczaj związane z głupimi numerami, które wycinał, kiedy na rybach wypił za dużo whisky. Historyjki często dotyczyły spotkań ze strażnikiem, gdy miało się kosz pełen pstrągów, za to nie miało karty wędkarskiej. Czasem dotyczyły pistoletu, który jakiś lekarz zabrał do lasu. Jeśli ten pistolet ma kaliber dziewięć milimetrów, to pocałuję cię w twoją gołą zziębniętą dupę, zaraz tutaj, na śniegu. Tekst piosenki Dalej, matko, lepiej, jak nie śpisz. I tym podobne. Ale po kilku takich historiach George zaczął opowiadać o ojcu, o matce, o swoim bracie Joem, o siostrach, o zajęciach wieczorowych, na które chodził, żeby skończyć szkołę, i o tym, jak został ojcem. Opowiadał o błękitnym śniegu, o baryłkach jabłek i o pękającym na mrozie drewnie, tak kruchym, że dźwięczało podczas łamania. Opowiadał, jak to jest po raz pierwszy zostać dziadkiem i zastanawiać się, co po tobie zostanie, kiedy umrzesz. Gdy półtorej godziny później taśma się skończyła (nawet nie pamiętał, że przełożył ją na drugą stronę), a przycisk nagrywania wyskoczył z trzaskiem, George już całkiem otwarcie szlochał i lamentował nad utratą świata blasku i nadziei. Poruszony do głębi, wyciągnął kasetę z urządzenia, przewinął do samego początku, nałożył ponownie na smukłe rolki, po czym wcisnął play w nadziei, że odsłuchując Opowieść, zdoła zachować nastrój czystej, klarownej żałości. Wyobrażał sobie, jak zabrzmią jego wspomnienia – słowa szacownej obcej osoby, osoby, której nie znał, ale którą od razu rozpozna i pokocha z całego serca. Tymczasem usłyszał głos nosowy, zachrypnięty i co gorsza, zdradzający brak wykształcenia. Jakby należał do jakiegoś prostaka, któremu kazano – może nawet po to, żeby z niego zakpić – świadczyć o rzeczach świętych, i jakby nie samo świadectwo, lecz plątanie się w zeznaniach stanowiło przyczynę stawiennictwa przed jakimś okropnym niebiańskim sądem. George wysłuchał sześciu sekund nagrania, a potem wyjął taśmę i cisnął w ogień buzujący w piecyku.

Kłoć i wysokie dzikie kwiaty porastające środkowy pas pylistych dróg delikatnie ocierały się o brzuch wozu Howarda. Rozłogi rozpierzchały się po krzakach wzdłuż kolein.

Howard miał na wozie sosnową skrzynkę, taką na pokaz, przymocowaną pasami z imitacji skóry i przyciemnioną, by wyglądała jak zrobiona z orzecha. Wewnątrz na fałszywym aksamicie leżały tanie pozłacane kolczyki i wisiorki z półszlachetnymi kamieniami. Otwierał tę skrzynkę przed wymizerowanymi wiejskimi kobietami, kiedy ich mężowe byli poza domem, rąbiąc drwa albo kosząc łąki. Co roku podczas ostatniego objazdu pokazywał im tych samych kilka błyskotek. Myślał sobie – oto nastał koniec sezonu. Zapasy zrobione, drewno narąbane, wieje północny wiatr i robi się coraz chłodniej, wieczór zapada coraz wcześniej, z północy napierają mrok i lód wprost na surowe drewno ich chat, na zgrubnie ociosane krokwie, które uginają się, a czasem pękają od ciężaru mroku i lodu, grzebiąc śpiące rodziny. Mrok i lód, a czasem jeszcze czerwień na niebie pomiędzy drzewami – zawał serca chłodnego słońca. Myśli: Kup wisiorek, niech zsunie ci się w dłoń z fałd sukienki, pozwól, aby padł na niego słaby blask ognia tej późnej nocy, kiedy czekasz, aż strop się podda, aż załamie się twoja wola i aż lód okaże się za gruby, aby dało się go przerąbać siekierą, kiedy stoisz w butach swojego męża na zamarzniętym jeziorze o północy, suche uderzenie ostrza o lód, tak drobnego pod krążącymi i zmarzniętymi gwiazdami, pod tak dźwiękoszczelną pokrywą, że twój mąż nawet nie drgnie w swoim śnie w chacie po drugiej stronie lodu, nigdy niczego nie usłyszy i nie przybiegnie, na wpół zamarznięty w swoich jedynych trykotach, żeby ratować ciebie przed wyrąbaniem dziury w lodzie i wsunięciem się w nią, jak gdyby stanowiła błękitną żyłę, przed ześlizgnięciem się w dół, na ciemne, muliste dno jeziora, gdzie nie zobaczysz już niczego, gdzie może poczujesz tylko drgnięcie jakiejś sennej ryby wśród ciemności, gdy wpadniesz na nią ubrana w wełnianą sukienkę i wielkie buty i zakłócisz jej niemrawe zimowe sny o pradawnych morzach. Może nawet byś tego nie poczuła, szarpiąc się w ubraniach, które byłyby jak stygnąca smoła. Potem byś zwolniła, uspokoiła się nawet i otworzyła oczy, i spojrzała na pulsowanie srebra, na nachodzące na siebie łuski, a kiedy znów zamknęłabyś oczy, czując, jak powieki zmieniają się w śliską rybią skórę i krew pod nimi staje się zimna – wtedy okazałoby się, że już o nic nie dbasz, niczego nie chcesz, wreszcie odpoczywasz, wreszcie nie pragniesz niczego poza tym nagłym, nowym i zwyczajnym szumem między oczyma. Lód jest jednak o wiele za gruby, by go przerąbać, nigdy ci się to nie uda. A zatem kup złoto, ogrzej je swoją skórą, połóż na kolanach, gdy siedzisz przy ogniu, bo inaczej wszystko, co zdołasz jeszcze zrobić, to spojrzeć na swojego żylastego męża żującego coś gołymi dziąsłami albo na spękaną skórę swoich pomarszczonych dłoni.

Żadna z tych kobiet nigdy nie kupiła biżuterii. Czasem któraś z nich podnosiła wisiorek z wyściółki, pocierała między palcami. Gdyby powiedział: Tak, to piękna rzecz, odparłaby: Na pewno tak. Czasem widział, jak kobieca twarz zastyga na drobniutki ułamek sekundy, biżuteria drży na wpół zapomnianą intymną nadzieją, jakimś marzeniem z odległego zakątka małżeństwa. Albo jak przez chwilę oddech kobiety się szarpie, jak gdyby coś przez długi czas zawieszonego na haczyku lub wbitego w podbródek nagle się odczepiło, jednak trwa to tylko chwilę. Kobieta oddawała zaproponowaną jej błyskotkę. Nie, nie, Howardzie, myślę, że jednak nie. Szkatułka wślizgiwała się z powrotem do swojej szuflady, a on zawracał wóz na podwórzu i ruszał w las, zaś zima opieczętowywała wieśniaków, których zostawiał za sobą.

Miejscowym agentem Howarda zajmującym się sprawami zaopatrzenia był człowiek o nazwisku Cullen. Ów Cullen był cwaniakiem. Raz w miesiącu siadał przy stole na zapleczu sklepu Sandera i ograbiał współpracownika z jego doli. Rozkładał na stole rachunki Howarda z danego miesiąca, pochylał się nad nimi, aby przyjrzeć im się poprzez dym papierosa, który niezmiennie dyndał mu na wardze. Kiedy to robił, Howard zawsze myślał, że jego agent wygląda, jakby rozkładał karty do partii pokera albo jakiejś magicznej sztuczki. Cullen krzywił się, patrząc na rachunki. Tylko pięć pudełek ługu. Do zniżki trzeba sześciu. Dziesięć bawełnianych końcówek mopów. Dobrze, ale moje koszta wzrosły. Teraz już trzeba sprzedać tuzin. Masz pięć centów mniej. Co z tym nowym mydłem? Nie obchodzi mnie, że trudno przekonać te sknery, w końcu ty jesteś sprzedawcą, czym ty się tam, do cholery, zajmujesz? Wąchaniem stokrotek? Crosby, do diabła, co ty robisz z tymi lodówkami i pralkami? Ile broszurek rozdałeś? Ni cholery mnie nie obchodzi, czy rozumieją plan ratalny. Raty to coś na przyszłość, to właśnie jest Święty Graal sprzedaży.

Cullen