Majowa pora sucha - Andrzej Trybuła - ebook

Majowa pora sucha ebook

Andrzej Trybuła

0,0
19,80 zł

Opis

W 2075 r. świat jest po wielkiej wojnie. Kryzys gospodarczy w Chinach spowodował falę migracji. Część emigrantów z Dalekiego Wschodu osiedliła się w Opolu, gdzie powstały chińskie dzielnice, w których biały jest rzadkością.

W takich okolicznościach dochodzi do brutalnego zabójstwa młodej kobiety. Komisarz Joachim Kaluza, znudzony pracą samotnik i karierowicz, dostaje do rozwikłania zagadkę. Śledztwo, które z początku wydaje się być rutynową sprawą, przybiera nieoczekiwany obrót i zaczyna się komplikować. Kto zabił? Trzeba doczytać do ostatniej strony…

Majowa pora sucha” to kryminał przeplatający się z political fiction. Jednakże ta literacka fikcja nie jest nieprawdopodobna. Dzisiaj nie wiemy co przyniesie nam świat w 2075 r. Opisana rzeczywistość jest alternatywą, która może się wydarzyć.

Andrzej Trybuła pisze od ponad 10 lat, a pomysł na „Majową porę suchą” dojrzewał w głowie przez lat siedem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 591




Andrzej Trybuła

Majowa pora

sucha

Zwolennikom „Dużego Opola”

Majowa pora sucha Copyright © 2017 by Andrzej Trybuła E-mail: [email protected]

ISBN 978-83-947563-0-7

Projekt okładki: Krzysztof Trybuła Skład: Tadeusz Meszko

Wydawnictwo Kancelaria

Druk:

Wydawnictwo i Drukarnia Świętego Krzyża w Opolu 45-007 Opole, ul. Katedralna 8A Tel. 77 44 17 140, e-mail: [email protected] Sklep internetowy: www.wydawnictwo.opole.pl Drukarnia: www.drukujunas.eu

Spis treści

Część pierwsza

Dzień pierwszy ............................................................................. 7

Dzień drugi ................................................................................ 40

Dzień trzeci ................................................................................ 81

Dzień czwarty .......................................................................... 122

Dzień piąty ............................................................................... 154

Dzień szósty ............................................................................. 197

Część druga

Dzień siódmy ........................................................................... 233

Dzień ósmy ............................................................................... 272

Dzień dziewiąty ....................................................................... 309

Dzień dziesiąty ......................................................................... 340

Dzień jedenasty ........................................................................ 369

Dzień dwunasty ....................................................................... 406

Dzień trzynasty ........................................................................ 423

Dzień czternasty ...................................................................... 452

Epilog ........................................................................................ 475

Część pierwsza

„Wyobraź sobie, że niedaleko twojego domu rozpoczyna się właśnie budowa zupełnie nowej, chińskiej dzielnicy. Opisz swoje odczucia i refleksje”

Centralne Archiwum Państwowe. Ministerstwo Edu-kacji Narodowej. CKE. Wydział Maturalny. Rok szkolny 2038/2039. Materiały Egzaminacyjne. Język polski. Część pisemna. Autor: Grupa Ekspercka MEN…

Propozycja odrzucona.

Dzień pierwszy

Poniedziałek, 13 maja 2075 roku.

Pomalowany w żółto-niebieskie barwy, podmiejski skład osobowy linii Strzelce Opolskie – Opole, wjechał na stację końco-wą dokładnie o godzinie 6.29 rano. Idealnie w zgodzie z rozkładem jazdy, czym wprawił w zakłopotanie wszystkie służ-

by dworcowe z wyraźnie spóźnionym dyżurnym megafonistą włącznie.

Młody Chińczyk o pokrytej krostami twarzy chłopca, czekał od dłuższej chwili, stojąc niemal bez ruchu w najbardziej widocznym dla wszystkich miejscu dworca, pod wielką białą tablicą z napisem „Stacja Opole Główne”. Ubrany w sięgającą prawie do kolan tęczową kurtkę i równie pstrokatą wojskową czapkę ochronną typu „kepi”, wyglądał z oddali niczym żywa reklama ruchów integrystycznych, ostatnio tak bardzo popu-larnych wśród buntującej się młodzieży.

Gdy przebrzmiał ostatni dźwięk zapowiedzi, chłopak drgnął, wychylając się nieznacznie do przodu. Delikatny uśmieszek, który dotychczas nadawał jego twarzy lekko kpią-

cego wyglądu, zniknął szybko, zastąpiony niemal natychmiast przez bardziej zdecydowaną minę służbisty. Skoncentrowany, obserwował teraz uważnie mijających go w pośpiechu podróż-

8 | Część pierwsza nych, próbując dostrzec w tłumie osobę, przez którą zmuszony był marznąć, wystając o tak wczesnej porze dnia na dworcu.

Wreszcie jego cierpliwość została wynagrodzona.

Schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku wyszedł ze środkowego wagonu jako ostatni. Wyraźnie unikał kontaktu z ludźmi. W odróżnieniu od innych nie sprawiał także wrażenia człowieka, który spieszy się dokądkolwiek. Wręcz przeciwnie. Specjalnie odszedł nawet na bok pozwalając wyprzedzić się jeszcze grupie seniorów. Jako jedyny znalazł też dłuższą chwilę na to, żeby poprawić zmięty płaszcz i spodnie. Dopiero po tych zabiegach, spokojnym krokiem skierował się w stronę wyjścia na miasto. Jego tempo wzrosło nieznacznie, gdy przed sobą dojrzał znajomą sylwetkę.

Chłopak natychmiast wyszedł mu na spotkanie.

– Dzień dobry, panie komisarzu. Jak tam poranek? – zagaił ze słodką miną na ustach.

Mimo całego sprytu jaki włożył w powitanie, aspirant Chan Wong nie doczekał się jednak odpowiedzi. Jego szef, komisarz Joachim Kaluza, główny śledczy komendy miejskiej policji w Opolu, stał co prawda tuż przed nim, jednak w tym momencie patrzył jakby przez niego. Nieobecnym wzrokiem

„wiercił dziurę” w pobliskim budynku poczty. W jego oczach pojawił się lekki błysk, dopiero wtedy, gdy w wysuniętych do przodu dłoniach Chana dostrzegł dwa pojemniki z kawą.

Mężczyzna bez słów odebrał kubek od młodszego kolegi natychmiast przytykając go do ust. Chłopak obserwował jak z wyraźną rozkoszą smakuje pierwsze łyki gorącego napoju.

Przez krótką chwilę obaj panowie stali naprzeciw siebie mierząc nawzajem wzrokiem.

– Cześć młody!

Chan zupełnie niespodziewanie otrzymał wreszcie to, czego pragnął. Niestety, już po chwili Joachim Kaluza ponow-

Dzień pierwszy | 9

nie stracił zainteresowanie rzeczywistością. Ocknął się dopiero wtedy, gdy zdesperowany Chińczyk chrząknął bardzo głoś-

no tuż przed jego nosem, wyraźnie domagając się w ten sposób uwagi.

Komisarz spojrzał na niego już nieco bardziej przytomnie.

– No dobra, Wong! – zaczął ponownie, odrywając wreszcie wargi od kubka. – Czas najwyższy zarobić na chleb. Co tam słychać na komendzie? Jest coś nowego?

– I to ile!... Szefie!

Ton odpowiedzi nie był zupełnie normalny. Kaluza od razu zwiększył czujność.

– Jak wszyscy Obywatele – kontynuował, cedząc teraz wy-raźnie słowa, młody Chińczyk – leżeli sobie spokojnie w łó-

żeczkach ciesząc się zasłużonym odpoczynkiem po należytym wypełnieniu niedzielnego, wyborczego obowiązku wobec ojczyzny. My, ciężko pracujący Rezydenci mięliśmy naprawdę burzliwą noc. W sumie było aż czterdzieści pięć zdarzeń. Mam wymienić w kolejności ważności, czy w zależności od ilości ofiar?

Informacja o ilości ofiar jeszcze bardziej zaintrygowała komisarza.

– W kolejności ważności – odpowiedział jednak ostrożnie, biorąc kolejny łyk z kubka.

– Dobra! – podjął Chan, poprawiając czapkę na głowie.

Widać było od razu, że ponownie odzyskuje normalną dla niego pewność siebie. – W takim razie zaczynam. Niech szef trzyma się za buty, żeby przypadkiem nie spadły z wrażenia. Największe, to napad z bronią w ręku na oddział Pierwszego Ar-meńskiego Banku Kredytowego… – Przerwał na chwilę, ro-biąc triumfalną minę. – Napad na bank! – wyjaśnił. – Prawdziwy!

10 | Część pierwsza Komisarz Kaluza kiwnął głową na znak, że rozumie i gestem nakazał mu mówić dalej.

– Cholerna jatka, a przy okazji mieszanina niekompetencji i zbiegów okoliczności. Po pierwsze, bankierzy z Armenii jak zwykle chcieli być bardzo cwani organizując przyjęcie du-

żej przesyłki w niedzielę, do tego wyborczą. Naprawdę, nie wiem na co liczyli? Że przestępcy przestrzegają kodeksu pracy? A po drugie – kontynuował Chan, nie tracąc entuzjazmu

– napastnicy okazali się też nie lepsi. Najpierw skrewili sprawę i oczywiście musieli uruchomić alarm, a potem nie pozostało im już nic innego, jak tylko zabarykadować się z zakładnika-mi w banku i czekać… Po trzecie wreszcie, w nocy zaatakowa-li nasi i również spieprzyli sprawę, jak tylko mogli. Doszło do strzelaniny, kilku bandziorom udało się zbiec. Był pościg i blo-kada miasta, normalnie jak w jakimś filmie gangsterskim. Zginęły cztery osoby, w tym jeden zakładnik…

– I mnie tam nie było! – przerwał mu Kaluza.

– No właśnie, Nikogo prawie nie było, bo większość miała wolne i powyłączała swoje vidofony. Szef zresztą też.

Joachim Kaluza dopiero teraz uświadomił sobie, że wczoraj, tuż przed wejściem do lokalu wyborczego przełączył ko-mórkę na opcję BEZ GŁOSU, odcinając się tym jednym ruchem od świata. Na domiar złego, jakoś nie mógł sobie przypomnieć: czy później, ponownie włączył aparat, czy też nie? Zdenerwowany, sięgnął do kieszeni płaszcza wyciągając zeń czarny, podłużny przedmiot.

Cholera! Jednak go nie włączył!

Szybko wcisnął odpowiedni guzik i zamarł. Z informacji widniejącej na wyświetlaczu wynikało, że miał czterdzieści sześć nieodebranych połączeń. W tym dwadzieścia dwa z sekretariatu pani komendant.

Dzień pierwszy | 11

– No właśnie. – Chan, w charakterystyczny dla siebie, sarkastyczny sposób spuentował wściekłą minę szefa. – Następna w kolejności jest masakra w chińskiej dzielnicy…

– Masakra?! – Przerwał mu ponownie Kaluza, tym razem krztusząc się kawą. Teraz był już naprawdę zaskoczony poziomem niecodziennych wiadomości przekazywanych przez asystenta. – Co to jest… Wrocław? Albo jakaś cholerna Warszaw-ka? Coś nas… zmetropolizowało? W ciągu dwóch dni? Ile ofiar? – dodał szybko.

– Dwadzieścia sześć, sami Chińczycy. Statystyki pękają w szwach. Ale szef powinien się przecież cieszyć. Wreszcie coś się dzieje w naszym małym, poczciwym Opolu. Nie będzie już można narzekać na nudę w mieście.

– Nie mów takich bzdur! Wiesz dobrze, że wcale tak nie myślę – obruszył się Kaluza.

– Przepraszam – odburknął Chan.

W jego ustach zabrzmiało to jednak zbyt ironicznie. Komisarz spojrzał na niego ostrzegawczo.

– Przepraszam! Naprawdę! – Poprawił się szybko Chiń-

czyk.Tym razem przekaz był bardziej wiarygodny. Kaluza nie do końca miał jednak pewności, czy przeprosiny dotyczyły poprzedniej aluzji, czy też niedopuszczalnej formy, w jakiej Chan odezwał się do swojego, bądź co bądź, przełożonego. Znając Azjatów i ich zwyczaje honorowe rodem z wczesnego średnio-wiecza, równie dobrze mógł spodziewać się jednego, jak i drugiego. Na wszelki wypadek szybko wrócił do poprzedniego tematu.

– To mówisz, że dwadzieścia sześć ofiar… Jezu!

Specjalnie przybrał zatroskaną minę, aby pokazać młodszemu koledze swoje bardziej ludzkie oblicze.

12 | Część pierwsza

– Dokładnie! – potwierdził Chan. – Ale obawiam się, że wasz biały Bóg, Jezus, niewiele miał chyba z tym wspólnego.

Do zabójstwa doszło w małej knajpce, w chińskiej dzielnicy.

W nocy. Mniej więcej w tym samym czasie, w którym zamykaliśmy miasto robiąc obławę na złodziei z banku. Zginęli goście i cała obsługa knajpy… Wspominałem już, że sami Chińczycy?

Kaluza kiwnął potwierdzająco głową.

– Jak dla mnie – kontynuował Wong, – cała ta sprawa wy-gląda na jakieś wewnętrzne, czysto-chińskie porachunki, chociaż z drugiej strony dowody wskazują na coś zupełnie przeciwnego. Na ścianie knajpy, ktoś po zabójstwie wypisał po polsku obraźliwe dla naszych słowa. W mediach, oczywiście już robi się z tego wielką, rasistowską aferę na miarę naszych czasów. Na komendzie mówią, że może nawet dojść do rozruchów w mieście.

– Kto dostał sprawę? – zapytał Joachim z nadzieją w głosie.

– Podkomisarz Widacka!

Odpowiedź wyraźnie nie zadowoliła Kaluzy. Mężczyzna syknął coś w złości pod nosem.

– Miał być pan, szefie! – dodał zaraz Chińczyk. – Ale, podobno natychmiast po zdarzeniu odezwały się jakieś telefony z centrali i pani komendant się ugięła. No i… nie było kontaktu – wyjaśnił, nie bez wyraźnej złośliwości Chan.

– To, co dostałem? Napad na bank?

– Nie. To wzięli ludzie z komendy wojewódzkiej. Sprawa podobno przekracza nasze kompetencje.

– To, co mi w końcu dali? – Komisarz Kaluza niecierpliwił

się coraz bardziej.

– Jajko niespodziankę. Trzecie w kolejności ważności. Też trup. Nagie ciało młodej kobiety znalezione nad ranem pod mostem na Młynówce. Przy samej komendzie. Wiadomo, naj-

Dzień pierwszy | 13

ciemniej pod latarnią. Ciało jest lekko zniekształcone. Zresztą, co będę mówił. Szef sam zobaczy, to przecież niedaleko.

***

Solidny, żelbetowy most, stanowiący przedłużenie ulicy Korfantego znany jest Opolanom przeważnie z dwóch powodów. Tym, bardziej zmotoryzowanym, kojarzy się głównie z przeprawą samochodową nad kanałem wodnym o wdzięcznej nazwie „Młynówka”, prowadzącą przez samo centrum miasta, od ulicy 1-go Maja i dworca PKP, w kierunku rzeki Odry i zaodrzańskich dzielnic miasta, a potem jeszcze dalej, do autostrady A4 i Wrocławia. Natomiast tym, mniej lubiącym pojazdy silnikowe, pasjonatom turystyki pieszej i spacerów dla zdrowotność, znany jest bardziej jako przejście przez jezdnię na urokliwej ścieżce wiodącej od miejscowej filharmonii i mostu „Groszowego”, w kierunku parków nadrzecznych, urokliwej wyspy „Bolko”, oraz miejskiego ogrodu zoologicznego stanowiącego jedną z głównych atrakcji miasta.

Kaluza i Chan do miejsca zdarzenia doszli właśnie od tej drugiej, spacerowej strony. Widząc już z daleka spory tłum ga-piów otaczający żółtą taśmę, postanowili go ominąć przechodząc skrótem przez policyjny parking. Przy okazji komisarz miał okazję zobaczyć swój nowy samochód. Srebrne BMW

stało wśród innych wozów, czekając na nowego użytkowni-ka niczym wierny rumak w zagrodzie, który to widok natychmiast poprawił mu humor. Korzystając z uroków ścieżki dla pieszych, wolnym krokiem zmierzał teraz w kierunku zejścia pod most i widocznych tam funkcjonariuszy policji.

Na odgrodzonym od ludzi nadrzecznym skwerze, wśród zarastających brzeg rzeki traw, krzewów i licznych w tym miejscu drzew, krzątali się już technicy z miejscowego wydzia-

14 | Część pierwsza łu kryminalistyki, przeczesując uważnie miejsce po miejscu.

Nad ich głowami. Tuż przy balustradzie mostu. W najlepszym punkcie widokowym, instalowali się pospiesznie przedstawiciele miejscowych mediów, rywalizując o miejsce z tłumem zwyczajnych, lecz wcale przez to nie mniej zainteresowanych przechodniów. Ku ubolewaniu większości zgromadzonych: ani dziennikarze, ani fotoreporterzy, ani też zwykli mieszkań-

cy miasta nie mieli w tej chwili wglądu w najbardziej ciekawe miejsce zdarzenia. Pod samym mostem, dosłownie kilka me-trów od jego brzegu. Na środku szerokiego chodnika, leżały przykryte czarną folią zwłoki ofiary. Obok nich stał, zapisując coś w swoim nieodłącznym notatniku przyjaciel komisarza Kaluzy, detektyw John Corben Candy. Z pochodzenia Anglik z Londynu, jednak sercem Ślązak z Opola, jak mawiał o sobie zawsze po trzecim głębszym. Od lat młodzieńczych, gorący zwolennik kluseczek śląskich, golonki i piwa, co niestety bardzo szybko odbiło się na jego wyglądzie. Ze względu na swoje nadnaturalne, gigantyczne wprost rozmiary XXXL, a także liczne krągłości, zwłaszcza na brzuchu i twarzy, zwany przez swoich znajomych, na przemian: to z polska, Misiem lub Misiem Puchatkiem, to znów z angielska, po prostu Winnim.

– Cześć Misiu, co mamy tym razem? – zagadał Kaluza podchodząc do niego od tyłu.

– Poranną zagadkę do kawy – odpowiedział Candy odwracając się w stronę kolegi. Nalana, rumiana twarz, szczery, jo-wialny uśmiech, współgrająca z wyglądem rubaszność, niesamowicie cięty dowcip, a przede wszystkim niezmiernie rzadka w dzisiejszych czasach umiejętność snucia gawędy przy stole biesiadnym, zjednały Johnowi liczne grono przyjaciół. Joachim Kaluza po prostu nie wyobrażał sobie siedzenia w knaj-pie, przy piwku, bez Johna Candy. Może dlatego, że w odróż-

nieniu od kolegi, on sam, w sytuacjach innych niż praca, nie

Dzień pierwszy | 15

potrafił porozumiewać się inaczej, jak tylko przy użyciu zdań krótkich.

– A poważnie? – zapytał, nie oczekując raczej powagi.

– Sam zobacz, Achim! – W odróżnieniu od Chana, John Candy posiadał przywilej zwracania się do komisarza po imieniu.Anglik podszedł do zwłok i uchylił nieznacznie czarną folię ukazując górną połowę ciała ofiary. Głowa denatki była zmasakrowana uniemożliwiając rozpoznanie twarzy.

– Cholerna rozpierducha – dodał od siebie Candy. – Tak, jakby ktoś całą noc walił w kobitkę młotkiem. Widocznie musiał nam się trafić jakiś dowcipniś, albo rzeźnik amator.

– Co wiemy? – zapytał ponownie Kaluza.

– Niewiele. To co widać. Kobieta, młoda, jakieś trzydzie-

ści lat, rasy białej, bez znaków szczególnych na ciele. Układ ko-

ści twarzy i rysy chyba słowiańskie. Nasi juz wzięli skan czaszki. Za jakąś godzinę powinien być pierwszy, wstępny rysunek.

Ofiara była naga. Oczywiście nie miała przy sobie I-de. Innych dokumentów też brak. Można domniemywać, że to Obywatel-ka, choć z tym nigdy nic nie wiadomo. Będziemy sprawdzać DNA. Dwie dziury postrzałowe w plecach i mnóstwo ran za-danych na przemian: ostrym, i tępym narzędziem. Tak, jakby ktoś ją najpierw pociął, a później jeszcze rozklepał… Jak scha-bowego.

– Może jakiś kucharz? – wtrącił Kaluza.

– Wcale niewykluczone. Taki mord rytualno-kulinarny.

Cholera wie. Więcej będziemy wiedzieć po sekcji. Ale na wyniki przyjdzie nam tym razem czekać pewnie do jutra. Patolog jest zawalony robotą. Słyszałeś, ile mamy zgonów? W staty-stykach pewnie już doganiamy Trójmiasto. No i coroczną pochwałę za wyniki szlag trafił… łącznie z premią.

16 | Część pierwsza

– Jasne. Nie ma lekko, trzeba robić swoje. Kto znalazł zwło-ki? – Jakiś facet z pieskiem. Nic ciekawego. Już go przesłucha-

łem. Emeryt Wiesław Laga. Miejscowy. Mieszka tuż obok. Codziennie rano chodzi tą samą trasą na spacer. Gdyby nie pies, w ogóle by niczego nie zobaczył. Sprawca owinął dziewczynę czarną folią. Podobną do używanej przez służby ratunko-we. Potem wcisnął ją miedzy betonowe wręgi mostu i dodatkowo przykrył kartonem. Gdyby nie zwierzak, mogłaby tak leżeć biedaczka i kilka dni. Aż zaczęłoby sobie śmierdzieć. Szczury miejskie miałyby niezłą wyżerkę.

– I co o tym wszystkim sądzisz? – zapytał Kaluza z przyzwyczajenia. Zazwyczaj pierwsze spostrzeżenia Johna okazywały się nadzwyczaj trafne.

– Śmierdząca sprawa. Sam nie wiem? – odpowiedział Candy zastanawiając się przez moment. – Dziewczyna na pewno nie zginęła tutaj. Widziałeś ciało. Sama masakra musiała trwać chyba z kilka godzin. Jakoś nie wyobrażam sobie goś-

cia, z młotkiem w jednym ręku i nożem w drugim, tłukącego przez dwie godziny w trupa pod mostem. No i jak na razie, nie znaleźliśmy tutaj żadnych śladów… Mam dwie hipotezy – do-dał po chwili. – Albo mamy początek serii. Jakiś psychol, pe-dancik, podrzuca nam ciało wprost pod nogi, krzycząc w ten sposób na cały świat „Patrzcie, jaki jestem odważny!”, albo…

to zwykły przypadek.

– Jak to… przypadek? – zapytał Kaluza, patrząc z niedowierzaniem na ciało ofiary. Rany widoczne pod folią wcale nie wyglądały na przypadkowe.

– Mam na myśli, taki wymuszony przypadek – wyjaśnił

Candy. – Wiesz, wczoraj była niezła jazda na mieście. Nie dość, że cholerne wybory prezydenta, to jeszcze ten napad na bank, a potem rozróba w chińskiej dzielnicy. Skończyło się tym, że

Dzień pierwszy | 17

wszystkie drogi wyjazdowe z centrum były zablokowane. Przypadek, mógł polegać na tym, że sprawca wcale nie zamierzał

porzucać ciała akurat tutaj, tyle, że nie miał innego wyjścia.

Całkiem możliwe, że spanikował, bojąc się wpadki na bloka-dzie i porzucił zwłoki w najbardziej dogodnym do tego miejscu.– Musiał być zorientowany – wtrącił Achim podejmując trop.– Mordercy zazwyczaj są lepiej zorientowani niż inni. Potrafią precyzyjnie planować. Cholerne umysły analityczne.

Chociaż równie dobrze mógł to być zwykły zbieg okoliczno-

ści, że dziewczynę porzucono akurat w martwej strefie nie ob-jętej monitoringiem.

– Zaraz przy komendzie? Nie wierzę w takie przypadki.

– Ja też, od kiedy pracuję w policji nie wierzę w przypadki.

Policja leczy skutecznie z wszelkiej wiary, szczególnie w ludzi.

Choć, tak się akurat składa, że dziewięćdziesiąt procent spraw jakie miałem, to były właśnie zbrodnie obfitujące w różne splo-ty przypadków. Może ktoś potrącił denatkę wozem, a potem chcąc zatuszować wypadek upozorował morderstwo? Moż-

na to sobie nawet wyobrazić. Na przykład, taki trochę wypity po imprezie, jednocześnie: i kumaty i głupi jak but student prawa. Najpierw tłucze w babkę swoim zdezelowanym graci-kiem na gaz, a potem spanikowany chce nakierować nas na zły trop. Pożycza od swego ojca pistolet kaliber dziewięć milimetrów. Strzela do zwłok, potem pół nocy ciacha je nożem i obija podręcznikami do prawa rzymskiego. A potem podrzuca pod komendą, żeby policja łatwiej podjęła trop psychopaty, licząc przy okazji naiwnie na to, że nie sprawdzimy broni. Miałem już takie sprawy. A może, to mord polityczny?

– Myślisz? – Kaluza udał, że bierze na poważnie to, co mówi do niego kolega.

18 | Część pierwsza

– Oby nie! – Candy wyraźnie spuścił z tonu. – Jest czas wyborów. Teraz wszystko jest, kurwa polityczne. Nie można pierdnąć na ulicy żeby nie pokazali tego w wiadomościach.

Rozjechali by nas jak walcem, albo wykorzystali do jakichś swoich gierek. Oby nie.

Kaluza zaciął usta.

Candy wzruszył ramionami.

– Z drugiej strony – zaczął ponownie Achim. – To i tak wszystko jedno. Morderstwo, to morderstwo. Trzeba zakasać rękawy i robić swoje. Idę do szefowej.

– Idź, idź. Nic tu po tobie. Poradzę sobie sam z tym całym bałaganem. Jestem już dużym chłopcem. Nie trzeba mi wcale podcierać nosa. A jeśli nawet, to znajdę sobie jakąś młodą praktykantkę z czystą chusteczką, a nie takiego starego pier-dziela jak ty, bez obrazy.

Achim uśmiechnął się do kolegi, a następnie odszukał

wzrokiem Chana. Chińczyk stał cały czas trochę z boku, dyplomatycznie nie wtrącając się do rozmowy starszych stopniem.

Szybko zareagował jednak na nieznaczny ruch ręki komisarza oznaczający, że czas wracać do komendy.

***

– Pani komendant nie ma w biurze!

Jadzia Mielczarek, sekretarka i zarazem zaufana przyjaciół-

ka szefowej zatrzymała go tuż przy drzwiach. Kaluza w ostatnim momencie cofnął rękę wiszącą już nad klamką, którą właś-

nie za chwilę miał zamiar pociągnąć w dół.

– A gdzie jest? – zapytał zdziwiony, naiwnie nie domyśla-jąc się jeszcze prawdy.

– Wyszła… do domu. Źle się czuje.

Dzień pierwszy | 19

Kłamstwo było aż nazbyt widoczne. Achim spojrzał se-kretarce prosto w oczy. Czaiła się w nich błagalna prośba, by wreszcie skończył zadawać głupie pytania.

Zrozumiał.

Nie mogli przecież na cały głos trąbić o tym, że młodsza inspektor Dorota Brzózka. Poważna i pryncypialna pani komendant, szefowa Komendy Miejskiej Policji w Opolu leży teraz bez ducha, wtulona jak w misia w jedną, a może nawet i dwie puste flaszki po wódce. Kaluza zerknął na zegar wiszą-

cy tuż nad wejściem do gabinetu. Była siódma czterdzieści trzy.

– Rekord! – powiedział wskazując brodą na drzwi.

– Ciężka noc… i ciężki poranek. – odpowiedziała Jadzia Mielczarek. – Dzwoniła do ciebie, chyba ze dwadzieścia razy.

– Ostatnie słowa wypowiedziała z wyraźnym wyrzutem, tak jakby to właśnie Achim był odpowiedzialny za alkoholizm jej przyjaciółki, niestety, trafiając tym stwierdzeniem w jego czu-

ły punkt.

– Byłem zajęty – odburknął szorstko. – Zdążyła zostawić coś dla mnie? – zapytał, szybko zmieniając niewygodny dla niego temat.

– Na razie tyle – Jadzia wręczyła mu białą kopertę z nada-nym numerem sprawy. W środku były też: dowód rejestracyj-ny i dwie pary kluczyków do jego nowego wozu.

– Dzięki. Powinno wystarczyć… Przypilnujesz, żeby szybko doszła do siebie?

– Jak zwykle – odpowiedziała, machając ręką z rezygnacją.

Achim pożegnał się z Jadzią Mielczarek i odszedł szybko w kierunku własnego gabinetu. Był wyraźnie rozczarowany. Po cichu liczył trochę na dłuższą rozmowę z szefową w sprawie przejęcia śledztwa Widackiej, ale w tych okolicznościach najwyraźniej musiał odłożyć tę sprawę na później. Mówi się trudno. Odprawę zespołu zarządził już wcześniej na dziewiątą, wy-

20 | Część pierwsza dając Chanowi wyraźne instrukcje, więc miał teraz trochę wolnego czasu dla siebie. Akurat tyle, by zaparzyć kolejną kawę i przejrzeć prasę, a może nawet posłuchać trochę radia. Po drodze, zerknął jeszcze do gabinetu techników, ale portret tworzony na podstawie skanu czaszki i zdjęć twarzy denatki, jeszcze się nie wygenerował. Nie pozostało mu nic innego, jak pójść do biura i uruchomić komputer.

Prasa, jak można było przypuszczać poświęciła dość sporo miejsca wczorajszym, niecodziennym wydarzeniom w Opolu.

Na portalach ogólnopolskich dominowała co prawda tematyka wyborcza. Jednak już elektroniczne wydanie miejscowej „Nowej Trybuny Opolskiej” podzieliło na pół całą pierwszą stronę, nadając „Rzezi w chińskiej dzielnicy” i „Napadowi stulecia”

jak nazywały te wydarzenia krzyczące tytuły, rangę porównywalną z wynikami – nierozstrzygniętych wcale w pierwszej turze, jak wcześniej zapowiadano w sondażach – wyborów prezydenckich, co Achim odnotował ze sporym zdziwieniem. Informacje o trwającej w kraju suszy i spowodowanych tym stanem stratach w gospodarce, tym razem zepchnięto na dalsze strony, lub nawet całkiem pominięto.

Lektura wstępniaków nie była zbyt zachęcająca. Złośliwi, rządni sensacji dziennikarze pastwili się nad opolską policją wytykając, bez żadnych ogródek szereg błędów popełnionych podczas obławy przy banku. Z tej perspektywy Kaluza nie dziwił się wcale, że słaba komendant postanowiła „dać w rurę”

i w błogim amoku pijackim przeczekać pierwszy atak ścierwia-rzy, jak na własny użytek nazywał większość pismaków. Sam ledwo przeszedł przez całość tekstu, o mało co, nie przypłacając tego wyczynu zawałem serca. Na temat zwłok znalezionych przy komendzie nie było na szczęście jeszcze nic, choć Achim już wyobrażał sobie te wszystkie szyderstwa i kpiny jakie bę-

dzie musiał najpierw przeczytać i wysłuchać, a potem prze-

Dzień pierwszy | 21

łknąć jak gorzką pigułkę na rozwolnienie i wydalić. Teraz nikt nie odpuści. To było pewne. To była właśnie ta chwila. Okazja, jedna na milion, jakiej nie można przepuścić. Kilka osób.

Nie tylko dziennikarzy, może wypłynąć i na pewno wypłynie na tych sprawach w górę, a Achim bardzo, ale to bardzo chciał

być jedną z nich. Wreszcie była okazja, żeby wyrwać się z pipi-dówka Opola i przenieść gdzieś wyżej. Może nawet do samej Warszawy, kto wie.

Zmęczony prasówką przełączył net na telewizję klasyczną, przerzucając przy okazji obraz z monitora stojącego na biurku na dużą tapetę wizyjną zamontowaną wprost, na przeciwległej do biurka ścianie. Rozparł się wygodniej w fotelu i popijając kawę z filiżanki włączył głos. W programie pierwszym trwało właśnie poranne studio wyborcze. Prowadząca program, równie piękna co złośliwa Magdalena Loska – ostatnie objawienie programów publicystycznych typu „face to face” – usilnie starała się zmęczyć przedstawicieli kolejnych komitetów wyborczych, zadając im po raz setny te same pytania co zwykle.

Achim przymknął oczy wsłuchując się i wczuwając w mechaniczną rytmikę sztampowych pytań i wyuczonych odpowiedzi, złotoustych jak zwykle w tego typu przypadkach, polityków.

– …oczywiście, ze zrozumiałych względów jesteśmy zadowoleni z wyników pierwszej tury wyborów. W końcu wygrał

ją nasz kandydat i to dosyć wyraźnie… Dziesięciopunktowa przewaga pani prezydent Bożysławy Jagiełło to przepaść, któ-

ra dobitnie wskazuje na fakt, że Obywatele nie akceptują wizji rozwoju kraju przedstawianych przez pozostałych kandydatów i związane z nimi opcje polityczne…

– Ale jeszcze na tydzień przed wyborami – przerwała prowadząca – sondaże dawały obecnej pani prezydent aż dwadzieścia cztery punkty przewagi nad kolejnym z kandydatów i pewne zwycięstwo w pierwszej turze. Gdy tymczasem rze-

22 | Część pierwsza czywistość najwidoczniej spłatała wszystkim figla, odbiegając, i to dosyć znacznie, od tej, wstępnej prognozy. Przede wszystkim mamy dogrywkę, w której obok kandydata partii rządzą-

cej weźmie udział skazywany przez państwa na pożarcie i trochę też wyśmiewany przedstawiciel Integrystów. Jak wskazują niektórzy komentatorzy, nawet z dużymi szansami na wygraną. Czy nie są państwo zaniepokojeni takim obrotem sprawy?

– Bardzo szanuję profesora Marka Sowińskiego i jeszcze raz z tego tu miejsca chciałbym mu serdecznie pogratulować uzyskanego wyniku. Przewidywaliśmy już wcześniej, że może dojść do drugiej tury. Pan profesor udowodnił po raz kolejny że jest osobowością wybitną; Wybitnym politykiem i mę-

żem stanu od lat, niezmiennie cieszącym się wysokim poparciem społecznym. Tylko dzięki jego osobie, poważaniu którym się cieszy w społeczeństwie i osobistej charyzmie, Partia Integrystów uzyskała tak wysoki wynik. Niestety, sama osoba profesora nie wystarczy do tego żeby wygrać wybory prezyden-ckie, na dodatek w tak ważnym dla świata kraju, jakim jest Polska. Oprócz poparcia, trzeba mieć jeszcze za sobą wizję rozwoju możliwą do zrealizowania bez konieczności wywracania do góry nogami budowanego latami, stabilnego porządku spo-

łecznego i politycznego, na którym nasz kraj zbudował swoją obecną pozycję. Ze spokojem czekamy teraz na debatę prezydencką, po której przewaga prezydent Jagiełło powinna się tylko umocnić. Nasze społeczeństwo obywatelskie nie jest jeszcze przygotowane na tak drastyczne zmiany, jakie proponują Integryści. Związane, trzeba to powiedzieć bardzo dobitnie, bardziej ze sferą pobożnych życzeń niż z realną polityką i moż-

liwościami. Dlatego jesteśmy spokojni o wynik w drugiej turze wyborów.

– Zadam pytanie trochę inaczej!

Prowadząca najwyraźniej nie zamierzała zmieniać tematu.

Dzień pierwszy | 23

– Partia Instytucjonalno-Państwowa sprawuje władzę w Polsce nieprzerwanie od dwudziestu pięciu lat. W całej historii państwa ugrupowania, nie było jeszcze tak słabego wyniku jak obecnie. Czy nie jest to przypadkiem przejaw spadku zaufania do obecnie rządzących. Swoisty znak, za pomocą któ-

rego wyborcy przekazują wam prostą wiadomość, że czas na zmiany?

– Zmiany na pewno będą potrzebne, chociaż nie tak rady-kalne jak proponują to Integryści i znacznie rozłożone w czasie. Już teraz rząd przygotowuje pakiet ustaw, mających na celu zwiększenie poziomu integracji i aktywizacji społecznej Rezydentów. Jednym z przełomowych rozwiązań wynikających z nowych propozycji ma być likwidacja podstawowego cenzu-su obywatelstwa w wyborach do władz gmin organizowanych w małych miejscowościach poniżej stu tysięcy mieszkańców, a także w wyborach powiatowych. Powinno to…

Achim wyłączył głos pozostawiając teraz tylko obraz. To samo ble, ble, ble, co zawsze, pomyślał. Bez słyszanych słów, wymądrzający się z ekranu minister Marek Szujski, szef kampanii wyborczej urzędującej prezydent Bożysławy Jagiełło, wy-dał mu się bardziej interesujący niż poprzednio. Teraz był nawet… całkiem ludzki. Patrząc na mówiącą bezgłośnie postać w telewizji Kaluza postanowił zagrać w swoją starą grę, polegającą na dopasowywaniu do poruszających się ust polityka jakichś własnych tekstów. Nie za bardzo mu jednak wyszło. „Ko-cham ludzi”. Nie…, nie! To stwierdzenie, to było zupełne nie-porozumienie. Nawet przy najszczerszych chęciach i niewy-czerpanych pokładach dobrej woli, bardzo trudno było sobie wyobrazić sytuację, w której polityk z pierwszych stron gazet mógłby szczerze wypowiedzieć takie słowa. Znudzony zabawą wyłączył wreszcie komputer, koncentrując się teraz wyłącznie na kawie.

24 | Część pierwsza

***

Wszystkie śmiechy i głośne rozmowy prowadzone bez żadnego skrępowania, na cały głos, tak jakby publiczna (bądź, co bądź) przestrzeń komendy należała tylko i wyłącznie do nich, ucichły w momencie gdy komisarz przekroczył próg pokoju odpraw. Rozmawiający dotąd swobodnie ludzie, teraz ucichli nagle rozchodząc się do swoich miejsc.

Kaluza spojrzał krytycznie na swój zespół, wzrokiem tak oschłym, że co niektórym powinno dodatkowo zaschnąć od tego w gardle. Oprócz Johna same młokosy, pomyślał. Więcej w nich buty i arogancji niż doświadczenia, a już próbują podrywać autorytet starszych kolegów. Taka była dzisiejsza policja.

Stara gwardia się wykruszała a na ich miejsce wchodzili bez pardonu młodzi, uważając przy tym, że najlepsze sprawy i stanowiska są im należne, jak psu buda, już tylko z samego faktu ukończenia szkoły policyjnej.

– Dobra ludziska, koniec zabawy, zabieramy się do roboty – rozpoczął stając za pulpitem. Na blacie położył plik kartek z wygenerowanym komputerowo wizerunkiem ofiary. Wyciąg-nął pierwszą z góry i włożył do podajnika. Tuż za nim, na du-

żym ekranie, pojawił się teraz zrekonstruowany obraz twarzy denatki. Przedstawiał, niezbyt już młodą, ale jeszcze dość ład-ną dziewczynę o blond włosach i ciemno-brązowych oczach, wyglądającą tak, jakby właśnie przed chwilą przymknęła odrobinę powieki, chroniąc oczy przed porażeniem.

Jak słusznie zauważył Achim odbierając wcześniej portrety z gabinetu techników. Z taką miną dziewczyna równie dobrze mogłaby się znajdować na plaży, co na ulicy… lub nawet w kinie. Czyli wszędzie.

– Na razie wiemy tyle, co nic – kontynuował komisarz Kaluza, gdy wszyscy z obecnych przyglądnęli się już ofierze z każ-

dej strony. – Mamy tylko ciało i kilka hipotez. Nie wiemy, kim

Dzień pierwszy | 25

była ofiara, ani czym się zajmowała. Nie wiemy dokładnie, co było przyczyną zgonu, chociaż zakładamy, że raczej mamy tu do czynienia z morderstwem, a nie wypadkiem przy pracy. Nie znamy narzędzia zbrodni, choć rany wskazują na użycie broni palnej, ale także, cholera, ostrych i tępych narzędzi. Nie znamy nawet miejsca zbrodni. Cały czas czekamy na raport patologa i chyba trochę jeszcze poczekamy. Czyli jednym słowem mamy wielkie ‘Gie” i zaczynamy od zera.

Achim narysował na czole ofiary znak zapytania. Czarny symbol pojawił się na tablicy za nim, niczym posępny znak zwiastujący nadejście złych czasów.

– Są jakieś sugestie?

Pytanie szefa skwitowała jedynie sugestywna cisza.

– Widzę tu entuzjazm, jak na stadionie narodowym podczas centralnych dożynek. Chociaż tam jest chyba ciut większy

– zauważył gorzko. – W takim razie, nie ma co czekać. Trzeba iść na miasto i coś znaleźć. John! – Kaluza zwrócił się do Candego. – Weźmiesz Joasię. Sprawdzicie urzędy, instytucje i par-tie. Nikomu nie odpuszczaj, ale bądź ostrożny, w razie czego daj mówić naszej kochanej aspirant. Jej nikt, niczego nie od-mówi.

Siedząca w drugim rzędzie, wysoka brunetka o wyglądzie zadbanej studentki biznesu i niesamowicie długich nogach, teraz podkurczonych skromnie tak, by zmieściły się w przerwie między krzesłami, uśmiechnęła się lekko i wdzięcznie, pokazując wszystkim wkoło rząd idealnie równych, białych jak śnieg zębów.

Achim, jak i pozostali siedzący w sali odpraw mężczyźni mimowolnie odwzajemnili jej uśmiech.

Aspirant Joanna Wilk była w tym gronie jedyną osobą pochodząca z tak zwanych, sfer wyższych. Jej bardzo bogata rodzina od wielu pokoleń zajmował się z powodzeniem produk-

26 | Część pierwsza cją infrastruktury szpitalnej, zaopatrując w specjalistyczne łóż-

ka, szafki i półki prawie pół świata. Jednak młoda Joanna, dzie-dziczka fortuny Wilków, nie miała wcale zamiaru kontynuować rodzinnych tradycji. Zafascynowana od małego literatu-rą kryminalną, wybrała sobie inną ścieżkę kariery, podąża-jąc nią jednak równie konsekwentnie, co jej rodzina w bizne-sie. Komisarz Kaluza już wielokrotnie wykorzystywał światowe obycie i specyficzną arogancję Joanny Wilk, właściwą jedynie pewnej klasie ludzi, wysyłając ją wszędzie tam, gdzie zwykły policjant mógł być potraktowany jak zwykły śmieć.

– Murat i Siena sprawdzą środowiska rosyjskie i bałkańskie

– kontynuował komisarz. – Dziewczyna wygląda na Słowian-kę, może traficie na jakiś ślad. A jak nie, to potem hotele, za-jazdy i wszystkie miejsca gdzie można spać i jeść. Nawet azy-le bezdomnych.

– Się robi, szefie! – Wysoki i barczysty niczym dąb Murat Paczygin, pstryknął palcem w daszek wojskowej czapki z dwugłowym, rosyjskim orłem pośrodku.

– No, no, tylko bez żadnych wygłupów! – Pogroził palcem Kaluza. – Pamiętajcie o tym, że wasi ziomale, Rosjanie, zazwyczaj, nie mają wcale poczucia humoru.

– Mają, mają, tylko inne niż wszyscy. Nasze poczucie humoru zmutowało zmienione przez radioaktywny wiatr, hu-lający na zgliszczach dawnych miast. – Poważna i jak zwykle trochę rozkojarzona Siena Murgałowa popatrzyła na niego, tymi swoimi, wielkimi niczym bezmiar smutku mateńki Rosji, oczami.

– Mówiłem ci już, że powinnaś wydać te swoje wiersze? –

prychnął Kaluza. – Po cholerę ci praca w policji. W klubie lite-rata czekają na takich, jak ty. Na pewno zrobiłabyś tam oszałamiającą karierę.

Dzień pierwszy | 27

– Ssswołocz – syknęła przez zaciśnięte usta Siena. Wcale znowu nie tak cicho, żeby komisarz Kaluza nie mógł tego usłyszeć. Achim dał jej jednak spokój. Dziewczyna była co prawdę trochę niezrównoważona i dziwna. Z równą łatwością oklepy-wała twarz każdemu, kto jej podskoczył, co kleciła rymy w tym swoim zeszycie, z którym się zresztą nigdy nie rozstawała. Jednak prócz tych kilku, drobnych wad, była też dobrą policjantką i z powodzeniem robiła co trzeba.

– Iwo i Wu Lai sprawdzą nasz mały półświatek. – Achim westchnął, prowadząc odprawę coraz bardzie znużonym głosem. – Kartoteki, informatorzy, meliny, wszystko. Powiado-micie też komisariaty na dzielnicach, niech sprawdzą wszystko na swoim terenie. Ludzie, to nie dzikie zwierzęta. Coś ro-bią, gdzieś mieszkają, muszą jeść i pragną się od czasu do czasu zabawić. Wszędzie zostawiają ślady swej bytności, prędzej czy później znajdziemy jakiś trop. Czy wy mnie w ogóle słu-chacie?!

– Tak jest, szefie! – Znany z codziennej błazenady. Ewidentnie znudzony już przedłużającą się odprawą, Iwo Prosicz. Błą-

dzący od dłuższego czasu wzrokiem, gdzieś w okolicach sufitu

– zapewne podziwiając maestrię wykonania zalegających tam pajęczyn, – teraz wstał nagle skarcony czujnym wzrokiem Kaluzy. Nie mogąc się jednak powstrzymać, stuknął mocno ob-casami, wyprężył się w pozycji na baczność i zasalutował sprę-

żyście, niczym rekrut podczas spotkania z sierżantem, czym oczywiście wywołał na sali odpraw powszechną wesołość. Siedząca obok niego Wu Lai, kiwnęła tylko głową nie zmieniając przy tym nawet na jotę wyrazu swojej posągowej, chińskiej twarzy.

Achim westchnął ponownie.

– Widzę, że znowu mogę zapomnieć o awansie. Naprawdę, tak mnie lubicie? Tak bardzo, że nie chcecie wypuścić z tej

28 | Część pierwsza dziury? Pragniecie razem ze mną dotrwać w Opolu do emery-tury, czy co? Takie są wasze marzenia? – zapytał.

– Nie, nie szefie! Skądże znowu! Nie ma mowy! Pewnie że nie – zaprotestowali, mówiąc jeden przez drugiego.

– Skoro tak, to zabierajcie dupy w troki i do roboty. Sprawa sama się nie rozwiąże. Aha! – Powstrzymał ich w pół kroku. –

Ja i Chan bierzemy resztę terenu. Spróbujemy pogonić też patologa. Może uda się trochę wcześniej uzyskać jakieś informację. Chan robi za sekretarkę. Wszystkie telefony proszę kierować do niego. Oszczędzi nam to w przyszłości spotykania się na durnych odprawach i strzępienia języka po próżnicy. Każdy wie, co ma robić, Jeżeli czegoś konkretnego nie znajdziecie, to nie chcę was nawet widzieć na oczy. Pobierzcie portrety i teraz już naprawdę, do roboty!

Komisarz Joachim Kaluza machnął ręką, kończąc w ten sposób odprawę i wyganiając swoich współpracowników z sali.

***

Są takie miejsca na ziemi, które mimo upływu lat, zmian ustrojów, mód, poglądów na architekturę, wzornictwo, a także mentalności i wrażliwości ludzkiej, nigdy się jednak nie zmieniają. Do takich właśnie miejsc zaliczyć można z całą pewnoś-

cią, wyglądające od lat tak samo, prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej działającego w ramach Wojewódzkiego Centrum Medycznego, przy ulicy Witosa w Opolu.

Achima i Chana już na wejściu przywitały te same co zwykle, szare, lśniące glazurą i chemiczną czystością podłogi, oraz zielone kafelki ścienne, potęgujące jedynie wrażenie chłodu, w długim, i sterylnym niczym pozbawiona uczuć kobieta, pokoju badań. Te same lampy i sprzęty. Ta sama od lat, przysunięta do ściany, czarna, dziewięciokomorowa zamrażarka, słu-

Dzień pierwszy | 29

żąca równie często do przechowywania zwłok jak i mrożenia napojów. Ogólnie wnętrze to samo. Jednak akurat dziś było tu, jakby inaczej.

Przede wszystkim nie było miejsca.

Po pierwsze. Zazwyczaj puste przestrzenie, długiej niczym kiszka, jednak dość wąskiej sali do sekcji, przechodząc przez które, w normalnym czasie, można było jedynie usłyszeć miarowy stukot własnego obuwia. Teraz, pozastawiane były rzęda-mi stojących dosłownie wszędzie, miejsce przy miejscu, wóz-ków na zwłoki. Na wózkach, okryte białymi prześcieradłami, leżały ciała wczorajszych ofiar. Szczelne przykrycie nie pozwalało co prawda na jednoznaczną identyfikację osoby. Spod płachty całunu wystawały jedynie nogi zmarłych, na których ktoś, intrygująco pedantyczny (jak zdążył zauważyć komisarz Kaluza) pozawieszał – mocując, w każdym przypadku pętelką na dużym palcu u lewej nogi – tekturowe karteczki zawierające kolejny numer porządkowy. Jednak Achim nie miał zbytniego problemu ze skojarzeniem ilości zwłok z wcześniejszymi wypadkami na mieście. Osoba wchodząca do prosektorium od strony szpitala, tak jak zrobili to Achim i Chan, aby przejść na drugą część sali, musiała niestety minąć ten szpaler, klucząc i lawirując pomiędzy rzędami wózków, niczym narciarz mię-

dzy tyczkami na stoku. Dość często narażając się przy tym na nieprzyjemny kontakt z wystającymi kończynami denata.

Po drugie. W zazwyczaj cichej, umożliwiającej pracę w skupieniu i koncentracji sali, było teraz tłoczno i gwarno, jak w nie przymierzając w galerii handlowej. Achim nie przypuszczał nawet, że w prosektorium może pracować, aż tylu ludzi Na końcu sali, tuż obok wyjścia na korytarz prowadzącego na ze-wnątrz, w kierunku parkingu szpitala. Przy dwóch – obwieszo-nych baterią lamp różnej wielkości – stołach do sekcji, pracowali lekarze. Dokoła nich kręcił się spory tłum ludzi. Z począt-

30 | Część pierwsza ku, w tym całym rozgardiaszu nie za bardzo było wiadomo: kto jest kim? Jednak dla wprawnego w rozwiązywaniu łamigłówek umysłu śledczych, dość szybko uwidocznił się pewien swoisty porządek panujący na sali. Szybko zaczęli rozróżniać: pomocników, techników, pielęgniarzy i pozostających na samym dole hierarchii sprzątaczy. Prowizoryczny system pracy stworzo-ny do obsługi tej, dość niecodziennej, można powiedzieć nawet „awaryjnej” sytuacji był jednak całkiem spójny i logiczny.

Jedna grupa ludzi przygotowywała ciało do sekcji. Denaci byli rozbierani, ważeni, wreszcie oznakowani i pozostawieni na wózkach przy zachowaniu jak widać odpowiedniej kolejności.

Po nich do pracy przystępowali lekarze. Pracując w grupach, na dwóch stołach naraz, po trzy osoby przy każdym stole, by było szybciej. Gdy dwóch lekarzy dokonywało czynności właś-

ciwych asystując sobie nawzajem, trzeci robił notatki do protokołu. Normalnie, procedura była taka, że po zakończeniu sekcji, zwłoki były myte, a następnie umieszczano je w zamrażar-ce do czasu odebrania przez członków rodziny. Jednak dzisiaj, ze względu na brak miejsca, natychmiast po myciu przekazy-wano ciała następnym osobom, którzy szybko wywozili zwłoki denata na zewnątrz, by tam, za odpowiednim pokwitowaniem przekazać je, cierpliwie czekającym na „przesyłkę” przedstawi-cielom miejscowych zakładów pogrzebowych.

Całym tym, uporządkowanym bałaganem kierował, pracujący teraz przy stole numer jeden, doktor Mieczysław Tarnowski. Dyrektor Wojewódzkiego Zakładu Medycyny Sądowej. Główny patolog szpitala. Dystyngowany starszy pan, któ-

rego łatwo było rozpoznać. Od swoich młodszych kolegów różnił się bowiem prawie wszystkim. Od siwych włosów, przez archaiczny wręcz sposób ubioru, z niemodną dziś marynarką, koszulą i krawatem na czele, po sposób chodzenia i wysławia-nia włącznie. Przy czym, doktor Tarnowski bynajmniej nie był

Dzień pierwszy | 31

dziwakiem. Swój swoisty anturaż, odziedziczył po prostu po arystokratycznych przodkach, a jak sam mawiał często: szla-chectwo zobowiązuje.

Zapracowany Tarnowski dopiero po pewnym czasie zauważył zbliżających się gości. Mimo natłoku obowiązków i wyraźnego zmęczenia rysującego się już na twarzy doktora, widok komisarza Kaluzy, ewidentnie sprawił mu jednak przyjemność. Stary doktor postanowił wykorzystać moment od-wiedzin i zrobić sobie krótką przerwę. Szepnął coś do stoją-

cego obok asystenta. Przekazał mu narzędzia, po czym ściąga-jąc lateksowe rękawiczki z rąk ruszył w stronę Achima, kiwając mu głową na powitanie.

– A ciebie, co tu sprowadza? – zagadnął jako pierwszy, poprawiając okulary na nosie.

– Chodzi o nieznaną denatkę znalezioną dziś pod komendą – odpowiedział Kaluza, robiąc proszalną, zakłopotaną minę.

– Dzisiaj?! Człowieku, widziałeś co tu się dzieje! Mamy kolejkę, jak stąd do Pekinu. Najpierw Chińczycy, potem ofiary napadu na bank, a dopiero później pozostali. Czyli raport mo-

żesz dostać najwcześniej pojutrze, i to jak dobrze pójdzie. Nie ma kumpli, musisz czekać.

– Proszę cię, Mietek – jęknął Achim. – Chociaż rzuć okiem.

– Rzucić mogę, tylko jak je później włożyć na miejsce? –

Tarnowski zadrwił sobie z lapsusa słownego kolegi.

– Słuchaj! – Achim nie dawał za wygraną decydując się na sięgnięcie po broń ostateczną. – Proszę cię. Nie muszę mieć tego raportu już teraz, ale jeśli dość szybko nie znajdę jakiegoś punktu zaczepienia, to niestety obawiam się, że nie będę mógł

przyjść w środę na karty. John też nie.

Tarnowski popatrzył na niego z wyraźnym wyrzutem. Argument był bardzo celny.

32 | Część pierwsza

– Cholera. – Doktor zaklął pod nosem, co jako zaprzysię-

żony gentleman czynił tylko w bardzo wyjątkowych okazjach.

– Rozczarowałeś mnie Achim. Nie wiedziałem, że mój najlepszy kolega potrafi być, aż taki cyniczny. Nie dajesz mi po prostu wyjścia. Ale dobra, poddaję się, wygrałeś tę partyjkę – do-dał po chwili. – Twoja NN leży chyba pod szóstką. Zerknę na nią… z tym, że uprzedzam uczciwie, mam tylko pięć minut.

Jeden z młodszych pielęgniarzy wyglądający na praktykan-ta wyciągnął dziewczynę z lodówki, pozostawiając ciało na po-dajniku. Ściągnął jedynie materiał zakrywający zwłoki. Achim i Mietek Tarnowski podeszli bliżej. Chan pozostał nieco z tyłu profilaktycznie zasłaniając usta. Chińczyk po prostu bał się umarłych uważając, zupełnie irracjonalnie, że martwe ciała mogą przenosić śmiertelne zarazki. Tak straszył go zawsze ojciec, a on, mimo, że wyrósł już z większości dziecięcych leków, tego jednego, jakoś nie mógł się do końca pozbyć.

Zwłoki kobiety nie były specjalnie szczególne. Od reszty ciał w prosektorium różniło je tylko to, że były bardziej pokie-reszowane, nic więcej. Tarnowski założył nowe rękawice, poprawił okulary i zaczął dokładnie oglądać denatkę, mrucząc coś cały czas do siebie. W tym samym czasie, jego nadgorli-wy pomocnik rozchylił nogi dziewczyny, najwyraźniej zamierzając dokonać pomiaru temperatury zwłok. Stary doktor powstrzymał go łapiąc za rękę w ostatniej chwili, gdy końców-ka maszyny wnikała już w odbyt kobiety. Widok był tak niecodzienny i krępujący, że komisarz odruchowo spuścił głowę, a Chan odwrócił się nawet, żeby nie patrzeć.

– Czy szanowny kolega mógłby mi wyjaśnić, co właściwie teraz robi? – zapytał zgryźliwie Tarnowski, puszczając rękę chłopaka.

– Ja… chciałem tylko… – pielęgniarz zawiesił się nie potrafiąc dokończyć zdania.

Dzień pierwszy | 33

– Zmierzyć temperaturę ciała? – pomógł mu doktor. – Cia-

ła, które właśnie zostało wyciągnięte z lodówki? A właściwie, to po co, jeśli łaska wiedzieć?

Chłopak nie odpowiedział. Odszedł krok do tyłu, a jego twarz pokryła się ciemnym pąsem. Najwidoczniej w ten sposób radził sobie ze stresem. Tarnowski pokręcił tylko głową i wrócił do oględzin dziewczyny. Tym razem już sam obrócił ją plecami do góry, wkładając następnie w otwory wlotowe pocisków, długi, plastikowy pręt.

– Co mogę powiedzieć – zaczął, gdy ciało wróciło do swojej poprzedniej pozycji – Kobieta. Dwadzieścia osiem – trzydzieści pięć lat. Była wysportowana, więc zakładam raczej ten górny przedział wiekowy. Zginęła w sposób nagły. Najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci na teraz, są rany postrza-

łowe serca, zadane od tyłu, z bliskiej odległości. Więcej bę-

dziemy mogli powiedzieć po wyciągnięciu pocisków z rany.

Tor wlotu kuli świadczy o tym, że albo strzelano z góry, albo napastnik był dużo wyższy od ofiary. Plamy opadowe zdąży-

ły się już utrwalić, więc zgon nastąpił od ośmiu do dwunastu godzin temu, może jeszcze wcześniej. Potwierdza to także badanie temperatury ciała denatki dokonane zgodnie z procedurą natychmiast po przywiezieniu zwłok do prosektorium. –

Tarnowski chrząknął i popatrzył znacząco na stojącego obok chłopaka. – Jedno jest pewne – kontynuował. – Ciało zostało pocięte. Co ja mówię, zdemolowane znacznie później, co najmniej godzinę, lub nawet dwie po śmierci.

– To wszystko? – zapytał Kaluza

– Mówiłem już, więcej będzie po sekcji. Zapraszam pojutrze.– I nie ma niczego… dziwnego? – komisarz nalegał dalej, nie dając się zbyć byle czym.

34 | Część pierwsza

– Jest! Dziewczyna ma stary tatuaż nad łechtaczką. Nic wielkiego, zwykły wzorek, ale jednak. Może była prostytutką?

– Dla podkreślenia swych słów Tarnowski jeszcze raz rozchylił nogi denatki, tym razem pokazując jej wydepilowane krocze. Achim ponownie opuścił wzrok krzywiąc usta, natomiast Chan nie zmienił swojego wyrazu twarzy, która jednak stała się teraz zdecydowanie bardziej czerwona. Cała sytuacja wywoła-

ła ewidentną wesołość w zachowaniu towarzyszącego Tarnowskiemu studenta, który nie mogąc wytrzymać napięcia, parsknął śmiechem.

– Sugerujesz jakieś podłoże seksualne? Była zgwałcona?

– Zadając pytanie koledze, Achim popatrzył na pielęgniarza zimnym wzrokiem, szybko gasząc jego uśmieszek.

– Zostaw chłopaka w spokoju. On się tu tylko uczy – zareagował Tarnowski. – Ja nic nie sugeruję. Masz przecież protokół ze wstępnych oględzin. Żadnych otarć, żadnego nasienia.

Dziewczyna nie była zgwałcona, jeśli o to ci chodzi. Nie doko-nano na niej też innych czynności seksualnych. Mam sprawdzać to jeszcze raz?

– Nie trzeba. Po prostu liczyłem na coś więcej – wyjaśnił

Kaluza. – Przepraszam – dodał po chwili.

– Ma dziwną ranę głowy.

– Co?! – Stwierdzenie Mietka Tarnowskiego, wypalone ni z gruszki, ni z pietruszki, zupełnie zaskoczyło Achima.

– Powiedziałem, że dziewczyna ma dziwną ranę głowy.

Zbyt regularną. Wygląda na to, że ktoś wywiercił jej otwór w czaszce.

– Aha? – przytaknął Achim, nie za bardzo kojarząc jednak fakty.

– Wytęż umysł Sherlocku. Być może szukacie kogoś z wykształceniem medycznym.

Dzień pierwszy | 35

– Aaaaa. No, to jest już coś! – wypalił Kaluza z uznaniem patrząc na Tarnowskiego.

– Dobra, dobra. Nie podpalaj się tak. Na dzisiaj koniec. Zadzwoń jutro. Ta rana głowy jest trochę intrygująca, więc może uda się zrobić coś więcej. Dziewczyna też człowiek i zasługuje na normalną, w miarę porządną sekcję, a nie takie fiu bździu, jak teraz – dodał doktor Tarnowski, widząc, że jest już wzywa-ny do kolejnego denata. – Mam nadzieję, że pomogłem choć trochę w śledztwie… To co, środa aktualna? – zapytał jeszcze na odchodnym.

– Masz to, jak w banku. Zdzwonimy się jutro. Nie przeszkadzam. Cześć – potwierdził Achim, zbierając się do wyjścia.

***

Reszta dnia zeszła im na żmudnych, acz bezskutecznych wizytach w klubach, barach, spelunkach, salonach masażu, burdelach i wszystkich tych dziwnych i jednocześnie zakaza-nych dla zwykłych ludzi miejscach, tak bardzo naturalnych natomiast dla przedstawicieli światka przestępczego. Niestety, dziewczyny ze zdjęcia nikt nie znał. Nikt nawet jej nie kojarzył. Co gorsza, wyglądało na to, że ludzie, zazwyczaj żyją-

cy w kłamstwie, tym razem mówili prawdę, może pierwszy raz w życiu. Kilku „dobrych znajomych” Kaluzy obiecało co prawda powęszyć w sprawie, ale były to obietnice tak mgliste, jak poranny opar na drodze w jesienny dzień. Podobnie jak w przypadku oparu Achim nie oczekiwał po nich zbyt wiele.

Potem odwiedzili jeszcze szpitale, ale i tam nie udało im się dowiedzieć niczego nowego.

Gdy zbliżał się wieczór, komisarz Kaluza zwolnił zmęczonego Chana do domu, a sam postanowił wypróbować moc swego, nowego BMW na autostradzie.

36 | Część pierwsza

***

Vidofon zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie.

Achim zdążył wyjechać już z miasta, a do bramek wjazdowych na autostradę pozostało mu niecałe pięć kilometrów. Aby odebrać połączenie musiał jednak stanąć na poboczu. Normalnie skorzystałby pewnie z zestawu głośnego zamontowanego fa-brycznie w aucie, jednak samochód był nowy i komisarz zapomniał go jeszcze zestroić z własną komórką. Klnąc na czym świat stoi zatrzymał się obok przydrożnej restauracji i sięgnął

po aparat. Ekran pulsował, pokazując i znikając na przemian twarz Johna Candy. On jeden miał prawo dzwonić do niego bezpośrednio. Kaluza przełączył vidofon na odbiór.

– Mamy chyba coś ciekawego – rozpoczął Candy bez żadnych wstępów.

– A już myślałem, że chciałeś zobaczyć moją piękną buzię i pogadać o pogodzie. Dobra mów!

– Okej. Pomyszkowaliśmy tu i tam. Pochodziliśmy trochę po urzędach i instytucjach, odwiedziliśmy nawet biura partii politycznych, choć akurat siedzący tam ludzie nie byli tym faktem szczególnie zachwyceni. Oczywiście, nikt nic nie wie. Nikt dziewczyny nie zna. Nikt, nigdy jej nie widział. I tak dalej. Nor-malka… Ale, jak byliśmy w ratuszu coś mnie tknęło i wpadłem na chwilę do centrum monitoringu miejskiego.

– No tak, monitoring – westchnął Kaluza.

– No właśnie. I opłaciło się. Coś tam mam. Słuchaj Achim!

Wczoraj w nocy pełnił tu dyżur niejaki Jamal Khehir. Obywatel. Dyżur jak dyżur, nic ciekawego, ale od jego kolegów dowiedziałem się, że facet miał drobne problemy z pamięcią, a ponieważ był sumienny i skrupulatny, miał także w zwyczaju za-pisywać wszystkie ważniejsze zdarzenia na karteczkach, a potem wyrzucać te karteczki do śmieci. Ot, taka dziwna przypad-

łość. Pogrzebałem trochę w jego koszu i na jednej z kartek zna-

Dzień pierwszy | 37

lazłem dziwny zapis. Facet napisał tam, że o pierwszej piętna-

ście w nocy miał telefon, zgadnij skąd?

– Nie jestem jasnowidzem.

– Z MSW!

– Jak?

– Nie przesłyszałeś się, z samego MSW, a to nie jest normalne w tej branży.

– Skrót MSW może znaczyć zupełnie coś innego.

– Nie, nie! Facet nie napisał tego skrótem. Napisał „13 maja, godzina pierwsza piętnaście. Telefon. Ministerstwo Spraw We-wnętrznych. Dyżurny”.

– No tak, ale to mogło być cokolwiek?

– Jasne, dlatego sprawdziłem zapisy rozmów z wczorajszej nocy– I co?

– No właśnie, nic. Zapisy są puste, nic tam nie ma.

– O kurwa! A coś takiego można w ogóle skasować?!

– Nasi ludzie twierdzą, że tak. Trzeba tylko posiadać odpowiedni, bardzo drogi sprzęt.

– Co jest do cholery!

– No właśnie, od razu mówiłem, że to śmierdząca sprawa. Ten cały Jamal skończył służbę o siódmej rano i pojechał

do domu.

– Masz adres?

– Mam. Dąbrowa, ulica Kwiatowa 16. Próbowałem już dzwonić ale nikt nie odbiera telefonu. Bardzo dziwne. Nasi na-mierzyli jego I-de. Wszystko wskazuje na to, że facet jest teraz w domu, na miejscu.

– Słuchaj John. Zostaw Joasię w centrum miasta. Niech idzie już do domu. Ty jedź do Dąbrowy. Nic nie rób, obserwuj i czekaj na wsparcie. Ja dzwonię po chłopaków ze SPAP-u. Jestem teraz w Źlinicach, niedaleko restauracji Antek, więc będę

38 | Część pierwsza na miejscu za jakieś… dziesięć minut. – Achim uśmiechnął się do siebie zdając sobie nagle sprawę, że jednak przejedzie się po autostradzie i to odpowiedni szybko, na sygnale. – Odwiedzi-my pana Jamala, może nie jest jeszcze za późno – dodał na za-kończenie.

***

Spokojna i cicha Dąbrowa, niewielka miejscowość położo-na niedaleko Opola, na trasie prowadzącej do Wrocławia, powoli zanurzała się już w cowieczornym rytuale kanapowo-te-lewizyjnego wypoczynku. W oknach domostw, w większości niepozasłanianych jeszcze szczelną barierą nieprzeniknionych rolet, jarzyły się jasne światła pozwalając dostrzec zewnętrznym obserwatorom spore fragmenty z życia, pędzącej w miarę spokojny i ustabilizowany żywot, klasy średniej.

Na ścianach domów kładły się już cienie wywołane przez ostatnie promienie zachodzącego powoli słońca, gdy na pustą ulicę Kwiatową powoli wtoczyły się, jadąc z przeciwnych stron, dwie czarne furgonetki z oznakowaniem jednego z miejscowych operatorów telewizji kablowej. Samochody zatrzymały się po obu stronach krytego czerwoną, ceramiczną dachówką, starego domu, oznaczonego numerem 16. Z wnętrza furgone-tek, wyszło kilku techników ubranych w firmowe drelichy, od razu, szybko kierując się w stronę wejścia do domu.

Kilka chwil później było już po akcji.

Drzwi zostały otwarte, dom spenetrowany, teren zabezpieczony, a ubrani w mundury funkcjonariusze, którzy jeszcze niedawno udawali pracowników kablówki, meldowali przez radio o zakończeniu czynności. Stojący dotąd na uboczu Joachim i John wyszli z ukrycia kierując swe kroki prosto w stronę otwartych na oścież drzwi wejściowych. Gdy weszli do środ-

Dzień pierwszy | 39

ka, ich oczom ukazał się prawdziwie domowy widok. W głębokim, obitym sztucznym zamszem, zapewne bardzo wygodnym fotelu, siedział sobie, jak gdyby nigdy nic, ze szklanym wzrokiem skierowanym w ekran telewizora, gospodarz domu, pan Jamal Khehir. I wszystko byłoby pewnie w najlepszym porząd-ku, gdyby nie fakt, że telewizor był najzwyczajniej na świecie wyłączony, natomiast wysokie, śniade czoło gospodarza do-mostwa zdobiła teraz mała, regularna dziurka, pamiątka po kuli pędzącej z prędkością czterystu metrów na sekundę.

– Trzeba zawiadomić media! – wypalił wściekły Kaluza, po raz pierwszy w tym dniu, naprawdę podnosząc głos. – Jutro ta sprawa ma się stać publiczna jak… jak… – Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. – …jak, kurwa, najbardziej publiczny z burdeli. Twarz blondyny ma być wszędzie: w prasie, telewizji i necie, na każdym słupie, w każdym kiblu i spelunie, nawet na plakatach wyborczych kandydatów na prezydenta. Po prostu wszędzie. Nie ma już żadnych świętości. Ktoś mi tutaj likwiduje świadków, a to oznacza, że zadarł ze mną osobiście.

Dzień drugi

Wtorek, 14 maja 2075 roku.

Posiadanie własnego. Albo lepiej, własnego-służbowego samochodu, oprócz wszelkich innych zalet ma też i taką, że pozwala szczęśliwemu posiadaczowi pojazdu na luksus zwią-

zany z dokładniejszą kontrolą własnego, cennego czasu. Osoby uzależnione od korzystania z innych, (gorszych) środków lokomocji, zazwyczaj takiego komfortu już nie mają. Zmuszone są dostosowywać swój czas i dzienne harmonogramy licznych obowiązków do narzucanych im odgórnie rozkładów jazdy.

Komisarz Joachim Kaluza, podobnych dylematów nie do-

świadczał prawie w ogóle. Chyba, że podobnie jak w dniu wczorajszym zmuszony był oczekiwać na przydział nowego auta, jednak takie sytuacje zdarzały się naprawdę bardzo rzadko, raz na kilka lat. Zazwyczaj, jako szczęśliwy użytkownik służbowego pojazdu policji z nieograniczonym limitem na pa-liwo, był całkowicie wolny od rozterek dnia codziennego zwykłych zjadaczy chleba. Do pracy przyjeżdżał o szóstej trzydzie-

ści – godzinę przed rozpoczęciem służby – nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że lubił. Że tak mu odpowiadało. A jedyne, co go ograniczało w tym zakresie, to kwestia własnych upodo-

Dzień drugi | 41

bań i wyrobionych latami przyzwyczajeń, w które obrósł z czasem, niczym pień starego drzewa w kolejne warstwy kory.

Achim po prostu lubił wstać rano, około szóstej. Lubił szybko się ubrać, dokańczając w biegu kolację z dnia poprzedniego, a potem wyrwać ze swoich Strzelec Opolskich i mknąć autostradą niczym wiatr, korzystając w całej okazałości z dobro-dziejstw systemu „viaToll public card” i posiadanych przez resort policji uprawnień do darmowych przejazdów. Lubił przejeżdżać przez Opole, zanim jeszcze większość pojazdów mieszkańców miasta wyjechała na drogi, składając się w swej masie całkowitej na tak zwany poranny szczyt komunikacyjny. Lubił

wreszcie przyjeżdżać do pracy jako jeden z pierwszych. W porze, kiedy w budynku komendy w zasadzie jeszcze nikogo nie było. Nikt nie przeszkadzał. Nikt nie biegał w pospiechu. Nikt nie narzucał się z jakimiś bzdurnymi prośbami o załatwienie tej, czy innej sprawy. W porze, kiedy na korytarzach nie spotkało się żywej duszy, bo tych kilku, zadekowanych w zaciszach swych własnych biur nieszczęśników, kończących właśnie nocny dyżur, marzyło już tylko o wybiciu pełnej godziny, wyjściu z budynku i ciepłej kołdrze we własnym łóżku.

Komisarz Joachim Kaluza po prostu uwielbiał te poranne chwile wytchnienia.

Tylko wtedy mógł skrócić krok, by wreszcie, w spokoju przespacerować się pustą przestrzenią korytarza. Napawać ko-jącą atmosferą komendy, w murach której czuł się zdecydowanie najlepiej. Wdychać substancję budynku, nasiąkać nią, zu-pełnie tak, jakby przechadzał się dostarczającą wszelkich moż-

liwych doznań, urokliwą alejką pięknego parku miejskiego, a nie tylko wzdłuż ścian, wykończonych pomalowaną na zie-lonkawy kolor lamperią, pamiętającą jeszcze lepsze czasy.

Tylko wtedy, mógł w sposób optymalny przygotować organizm do całodziennej, trudnej aktywności zawodowej, wy-

42 | Część pierwsza czerpującej zdrowie i psychikę równie szybko, jak wirus gry-py podczas pandemii.

Przy czym Achim miał swoje, niezmieniane od lat rytuały, które absolutnie musiały być wypełnione. Inaczej dzień uwa-

żał za stracony.

Przede wszystkim, zaraz po szybkim przejściu drzwi mag-netycznych, oddzielających dyżurkę od właściwego wnętrza komendy, od razu, dość energicznie skręcał w prawo, po czym przystawał nagle, jak zatrzymany w czasie.

Zawsze tak samo, tuż przed pierwszym stopniem schodów prowadzących na piętro.

Stał tak chwilę patrząc w górę, jakby nie był zdecydowany: czy iść, czy wracać? Wreszcie wzdychał głęboko, zakładał ręce na plecy i ruszał do góry. Teraz już dostojnie, bez pośpiechu, stopień po stopniu, aż na drugie piętro. Tam zwalniał jeszcze bardziej. Do przejścia miał przecież cały, długi korytarz, który tak lubił i pokonanie którego zajmowało mu całą minutę.

A potem była kawa.

Na samym końcu korytarza, tuż przed drzwiami do biura Achima. Ktoś bardzo rozsądny, dawno, dawno temu postawił automat z napojami i kilka krzeseł. Mimo średniej jakości oferowanego produktu, poranny rytuał komisarza przewidywał pobranie pierwszego kubka gorącej kawy właśnie z tego, stojącego w korytarzu automatu.

Pierwszy łyk kofeiny uderzał zawsze, niczym piorun pe-

łen słodkości. Kaluza pił łapczywie, jakby nie miał dostępu do kawy co najmniej od dwóch tygodni. Potem wchodził do swego biura, starannie zamykał za sobą drzwi, siadał za biurkiem i… całkowicie zamierał, zrywając na chwilę kontakt z otoczeniem. Uspokojony kofeiną pozwalał, by życie, myśli i zdarzenia przebiegały obok niego. Z letargu budziły go dopiero odgłosy świadczące o pierwszych oznakach aktywności jego kolegów.

Dzień drugi | 43

Prostował się wtedy i wstawał, nastawiając prywatny ekspres.

Pijąc drugą filiżankę ukochanego napoju ćwiczył słuch, pró-

bując po odgłosie kroków i innych dźwiękach rozpoznać: kto przyszedł i co dzieje się na komendzie? Dopiero później, do-kładnie o siódmej dwadzieścia, pan komisarz Joachim Kaluza wstawał i zbierał się do wyjścia. W tej chwili był już naprawdę gotów, by zmierzyć się z kolejnym dniem pracy.

We wtorek rano vidofon zadzwonił akurat w tej chwili najwyższej gotowości. Na wyświetlaczu widniała twarz Mietka Tarnowskiego. Achim błyskawicznie przerzucił obraz z aparatu na tapetę wizyjną i zwiększył głos.

– Musisz koniecznie, zaraz przyjechać do prosektorium!

– Stary doktor wyglądał jakoś dziwnie, jakby właśnie nałykał

się proszków na pobudzenie. Jego zazwyczaj spokojna twarz, promieniała teraz nienaturalną ekstazą. W takim stanie Achim widział go po raz pierwszy. Oczy o wyraźnie powiększonych źrenicach, błyszczały mu niebezpiecznie zza szkła okularów, wskazując na stan najwyższego podniecenia.

– Stało się coś? – zapytał zaniepokojony.

– No stary, zupełna bomba. Nie uwierzysz. Pakuj się zaraz do wozu i przyjeżdżaj.

– Ale… jesteś pewien. Przecież wczoraj…

– Żadnego „ale”! To nie jest rozmowa na telefon. Musisz koniecznie sam to zobaczyć, na własne oczy.

Doktor zrobił bardzo przekonującą minę, przynajmniej tak mu się zdawało.

– Będę za dziesięć minut – westchnął Achim.

– Czekam! – Nieoczekiwanie dla komisarza Kaluzy, Mietek Tarnowski przerwał połączenie. Ekran zamigotał przybierając ponownie kolor ściany. Zaintrygowany, sięgnął po płaszcz udając się stronę wyjścia z gabinetu.

44 | Część pierwsza

***

– Chodź, chodź! Musisz to koniecznie zobaczyć! Jezu, chłopie, co ty mi przysłałeś? W życiu nie miałem podobnego przypadku. Zresztą, sam to ocenisz. Musisz to zobaczyć! Koniecznie. Takie coś! No mówię ci, normalnie niemożliwe! Jezu, takie coś! Chłopie! Musisz to, po prostu musisz to zobaczyć…

Doktor Tarnowski prowadził Achima w kierunku stołu do sekcji nie mogąc powstrzymać potoku słów zachwytu, powta-rzanych cały czas w kółko, jak jakaś mantra. Był podekscytowany jak nigdy dotąd. Jak młodzik, jakby znów miał dwadzieś-

cia lat. Komisarz Kaluza, naprawdę, jeszcze nigdy dotąd nie widział starego przyjaciela w takim stanie, a znali się przecież całe dorosłe życie. Co prawda, na razie nic nie rozumiał z tego potoku, chaotycznie „wystrzeliwanych” słów, ale zachowanie kolegi było tak sugestywne, że mimochodem jemu też udzielił się dobry nastrój. Sam zastanawiał się teraz, co też takiego mo-gło podniecić starego patologa? Na dodatek, w tak zaskakują-

cy sposób. Zmieniając w jednej chwili statecznego, poważne-go doktora, w jakiegoś bełkoczącego, śliniącego się nastolatka.

Jaką tajemnicę odkrył jego przyjaciel?

Zwłoki dziewczyny tym razem leżały już przygotowane na stole. Odwrócone plecami do góry, całe pokryte były siatką delikatnych nacięć i znaków. Z odległości kilku kroków, ten skomplikowany ornament wyrysowany na plecach i udach denatki, upodabniał je bardziej do jakiegoś starożytnego zna-leziska, klasyfikowanego teraz uważnie, przez szacowne grono nobliwych archeologów, niż do ciała podlegającego ruty-nowemu badaniu patologa. Tuż przy stole, na dużym statywie, ustawiona była kamera rejestrująca przebieg badania. Achim przez całą swoją karierę nie uczestniczył jeszcze w sekcji prowadzonej w tak drobiazgowy sposób. Co to może być, pomy-

ślał. Do głowy przychodziły mu różne, zadziwiające pomysły

Dzień drugi | 45

rodem z filmów, lecz zaraz odrzucał je, jako zbyt niedorzeczne.

Wreszcie zrezygnował z domysłów. Postanowił cierpliwie poczekać do momentu, kiedy wreszcie dowie się naprawdę, o co w tym wszystkim chodzi.

Prosektorium było teraz zupełnie puste, więc w miarę szybko udało im się przejść całe pomieszczenie i dojść do sto-

łu sekcyjnego. Nie było już przeszkadzających wózków z szere-giem ciał, które wczoraj zajmowały prawie całą dostępną przestrzeń, blokując przejście. Zniknęli też wszyscy wczorajsi po-mocnicy doktora. Przy zwłokach stał tylko jakiś młody chłopak, którego Achim w ogóle nie kojarzył. Jak wynikało z pla-kietki, niechlujnie przypiętej do zielonego fartucha, był to kolejny praktykant o dziwnym, dość staromodnym imieniu Zenon. Zapewne student pierwszego roku, jakich pełno zawsze kręciło się w dużym szpitalu na Witosa. Znając życie, może nawet jakiś członek rodziny Mietka, a biorąc pod uwagę zbież-

ność poziomu starodawności imion obu panów, wydawało się to nawet całkiem prawdopodobne. Sądząc po znudzonej minie asystenta, obowiązki traktował – jak to student – na odlew, nie podzielając wcale zainteresowania i podniecenia swojego nowego, tymczasowego szefa.

Gdy szli przez halę, pobudzony Tarnowski cały czas lekko popychał Achima do przodu, szturchając go w plecy. Więc teraz, gdy doszli wreszcie na miejsce, Kaluza od razu, profilaktycznie, uciekł spod ręki doktora, ustawiając się po drugiej stronie stołu, obok kamery. Niewzruszony praktykant Zenek dalej stał tam, gdzie do tej pory. Czyli w nogach dziewczyny, wgapiony bez ceregieli w okolicę jej krocza.

– Słuchaj – zaczął Mietek Tarnowski gdy stanęli naprzeciw siebie. – Wziąłem sobie dziewczynę rano na warsztat. Myśla-

łem, że uwinę się w pięć minut, a tu proszę. Normalna bomba!

Chyba zejdzie mi cały dzień, jak nie więcej. Aż musiałem wziąć

46 | Część pierwsza pomocnika. Wyobrażasz to sobie? Trzeba wszystko dokładnie sprawdzić i udokumentować. Taka niespodzianka!

– Ale, co? – zapytał, zniecierpliwiony już odrobinę, tym nic nie znaczącym słowotokiem Kaluza.

– Wszystko po kolei. Wszystko po kolei. Od czego by tu za-cząć? – Stary patolog wyciągnął rękę do przodu wciągając głę-

boko powietrze w płuca. Najwyraźniej próbował w ten sposób uporządkować myśli i trochę się uspokoić. – Okej. Czas zgonu niedziela, godzina jedenasta, jedenasta trzydzieści w nocy –

rozpoczął po chwili, fachowo, jak na lekarza przystało. – Przyczyna zgonu prozaiczna. Dwa strzały w plecy z bliskiej odległości. Broń krótka, pocisk klasyczny, dziewięć milimetrów.

Pierwszy strzał oddany z jakichś dwóch metrów, prosto w serce. Ofiara jeszcze stała. Drugi z góry, też w serce, ale ten był

już tylko formalnością. Bach, bach – pokazał Mietek strzelając plastycznie palcem w zwłoki. Najpierw prosto, potem do dołu.

– I to są te twoje rewelacje?! – prychnął Kaluza. – Najpierw ją ktoś zastrzelił, a potem zmasakrował.

– Właśnie, właśnie! I tu jest pies pogrzebany – ucieszył się Tarnowski jak dziecko. – Nie zma–sa–kro–wał, tylko zo–pe–

ro–wał i to dosyć fachowo. Na pewno przy użyciu profesjonal-nego sprzętu. Mówiłem ci już wczoraj, że sprawca mógł mieć przygotowanie medyczne – lekarz zrobił triumfalną minę.

– Jak to, zoperował? – Kaluza z wyraźną ulgą przyjął fakt, że chodzi o jakieś nowe ustalenia, mogące pchnąć sprawę trochę do przodu.

– Zobacz tutaj! – Teraz obaj pochylili się nad zwłokami.

Tarnowski wskazał na jedną z szarpanych ran w okolicach kręgosłupa. – To co początkowo wyglądało na robotę rzeźni-ka z krwawego zaułka, tak naprawdę było tylko próbą ukrycia śladów po poprzednio przeprowadzonej operacji – wyjaśnił.

– Zresztą próbą dość nieudolną i w zasadzie nie pasującą do

Dzień drugi | 47

możliwości sprawcy. No bo jak? Najpierw precyzyjna operacja neurochirurgiczna z użyciem skalpela plazmowego, z umiejętnym obejściem tkanki, a zaraz potem taka zupełna fuszer-ka, która niczego nie ukrywa. Dla mnie wniosek może być tylko jeden, sprawców było co najmniej dwóch. Jeden zoperował, a drugi zmasakrował. Przy czym, ten drugi na pewno nie był

lekarzem. Masakra była dość nieudolna. Lekarze raczej nie po-pełniają takich błędów.

– Dobra, dobra. Dedukcję, to ty lepiej zostaw lepszym od siebie… doktorze Watson – skwitował rewelacje Tarnowskiego komisarz Kaluza, usuwając na krótką chwilę z twarzy Mietka, goszczący tam od dłuższego czasu wyraz samozadowolenia.

– Jasne, cwaniaku – obruszył się doktor. – Wielki komisarz się znalazł. Clouseau prawie. Teraz się mądrzysz a przy-pomnij sobie, ile to już razy wisiałeś na mojej klamce błagając o jakieś informacje. A może poczekasz sobie kilka dni na oficjalny raport, co?

Riposta okazała się dość celna

– Dobra Mietek. Przyznaję uroczyście. Wszem i wobec.

W obecności świadka. Tego tu oto, Zenona. – Kaluza wskazał na młodego pomocnika doktora, który po tym niespodzie-wanym geście wreszcie zaczął wykazywać jakieś normalne objawy zainteresowana dziejącymi się wkoło sprawami. – Przyznaję, że jesteś najlepszym lekarzem medycyny sądowej jakiego znam, a na swojej robocie znasz się jak mało kto.

– Iii? – dodał Tarnowski.

– I przyznaję, że jesteś najlepszym detektywem wśród lekarzy jakiego znam. A teraz, czy mógłbyś już wrócić do rzeczy?!

– ponownie zirytował się Kaluza.

– Dobra, przeprosiny przyjęte. – Wyraźnie zadowolony z odpowiedzi Tarnowski, chichocząc pod nosem, pochylił się nad denatką kontynuując swój wywód. – Jak już wspomnia-

48 | Część pierwsza łem wcześniej. Dziewczyna niedługo po śmierci. No, góra godzinę po śmierci, przeszła skomplikowaną operację neurochirurgiczną. Sprawca zoperował prawie cały układ nerwowy denatki. Łącznie dziesięć punktów, cztery w centralnym układzie i sześć w obwodowym.

– Możesz mówić jak człowiek?!

– Okej, panie ignorancie. Więc powiem to jak do Zenka

– Tarnowski westchnął, a jego młody asystent już po raz drugi zareagował na słowa wypowiadane w jego obecności. Tym razem robiąc do swego szefa minę obrażonego dzieciaka. –

Sprawca zrobił ofierze jedną dziurę w mózgu, trzy dziury w pasie mięśnia grzbietowego i po trzy w nogach tu, tu i tu… I tu muszę niestety przyznać – dodał doktor Mieczysław Tarnowski, tym razem już bez uśmiechu, – że jako lekarz nie mam kompletnie pojęcia, po co?

W sali sekcyjnej prosektorium zapanowała znacząca cisza. Tak, jakby ktoś niespodziewanie odciął dopływ prądu do głośno grającego przez dłuższy czas radia. Kaluza bał się przez chwilę, że przerwa w wypowiedzi kolegi może tak naprawdę oznaczać koniec odkrytych przez niego rewelacji. Nie chcąc zapeszyć, stał tylko wpatrzony w Mietka, z wyraźnym pytaniem w oczach „co dalej”?

– Oczywiście – zareagował po długim okresie milczenia Tarnowski. Zbyt długim jak na możliwości układu nerwowego komisarza Kaluzy, – mam pewną, karkołomną hipotezę, któ-

rą mógłbym się z kimś podzielić, jeżeli to w ogóle kogokolwiek obchodzi.

– Mnie obchodzi! Obchodzi jak jasna cholera! – warknął

Achim.

– Moim zdaniem – kontynuował doktor. – A w tych sprawach raczej się nie mylę. Nasz polowy neurochirurg wykonał

operację usunięcia… czegoś… z układu nerwowego denatki.

Dzień drugi | 49

– A czego, jeśli można się dowiedzieć? – Kaluza opuścił

barki w dół, w oznace bezsilności.

– Aaa! No właśnie, tego to ja na razie nie wiem. Ale sprawa jest intrygująca, dlatego posprawdzam tu i tam i postaram się dowiedzieć.

– Jak już będziesz wiedział, zadzwoń. – Rozczarowany komisarz Kaluza odwrócił się gwałtownie na pięcie, kierując w stronę wyjścia.

– A ty co, wychodzisz już? – Pytanie Tarnowskiego, zatrzymało go w miejscu.

– No tak, nic tu po mnie – wyjaśnił.

– Ale to jeszcze przecież nie wszystko.

Doktor Mieczysław Tarnowski potrafił być irytujący. Czasami nawet bardziej niż irytujący. Potrafił nawet doprowadzić swych rozmówców do szału, albo na skraj czarnej rozpaczy. Ale był także niezłym specjalistą w swoim fachu, dlatego Achim, choć niechętnie, zawrócił jednak i ponownie podszedł

do stołu.

– Dobra, tylko się streszczaj – powiedział.

– Dziewczyna skrywa wiele tajemnic. I to tajemnic pisanych przez duże „T” – zaczął Mietek, kolejny raz popadając w przesadę, czym wywołał grymas złości na twarzy Kaluzy. –

Przyjrzyj się jej dokładnie i powiedz co widzisz?

– Nic szczególnego. Wysoka, sądząc z obrazka twarzy wy-generowanego przez naszych techników, cholernie ładna i przy tym zgrabna jak modelka, dobrze zbudowana, typ sportsmen-ki – odburknął.

– A nogi?

– Nogi normalne, umięśnione, dobrze biegała!

– No właśnie, i to jest największa niespodzianka. Przyczyna mojego cholernego, że tak się wyrażę podniecenia. Dlatego właśnie zamierzam pokroić ją w drobny mak. Jak, nie przy-

50 | Część pierwsza mierzając, pietruszkę do zupy. Wyobraź sobie, że ta dziewczyna w ogóle nie powinna tak wyglądać. Powinna być słaba jak niemowlę, a jej nogi powinny przypominać suche patyki.

Jak chrust zbierany przez biedne babcie do palenia w zimie…

Tak, jak nogi każdej osoby z przerwanym rdzeniem kręgowym i niedowładem kończyn, jeżdżącej od dłuższego czasu na wóz-ku inwalidzkim.

– No, co ty? – Kaluza nic z tego nie zrozumiał, ale na wszelki wypadek nie zamierzał wybijać Mietka z rytmu wypowiedzi.

– Dziewczyna nie powinna mieć takich nóg. Nie mogła biegać. Przy dzisiejszym poziomie medycyny to niemożliwe.

Miała złamany kręgosłup, i to od dosyć dawna! Komórki gle-jowe co prawda regenerują częściowo połączenia nerwowe, ale nikomu jak dotąd nie udało się wrócić do pełnej sprawności.

Dwadzieścia procent, to maksimum. I to po wielu, wielu latach ciężkiej rehabilitacji. W takim stanie można co najwyżej wstać raz na tydzień, samodzielnie ruszać palcami u nóg i udawać, że wszystko jest w porządku, nic więcej.

– Jak to? – Tym razem znaczenie wiadomości dotarło także do jego umysłu i to z siłą pioruna. – Jak to w ogóle…

– Możliwe? – dokończył za niego Mietek. – Nie mam poję-

cia stary, ale jeszcze raz powtórzę, że dziewczyna nie powinna tak wyglądać. Ma wyraźnie regenerowany rdzeń kręgowy, i to co najmniej od ośmiu lat. I to jest normalne w jej stanie. Ale poza tym, nic się nie trzyma kupy. Na przykład jej kości. Powinny być teraz słabe i kruche niczym kreda, tymczasem są…

nadzwyczajne. Mocne i grube jak jakiś, stuletni dąb. Żaden normalny człowiek nie ma takich mocnych kości, jak ona. Budowa mięśni wskazuje na ponad przeciętną sprawność. Jeżeli prawdą jest to, co widzą moje stare, zmęczone oczy, to mamy przed sobą, albo jakąś niesamowitą mutację, albo prawdziwy

Dzień drugi | 51

przełom w medycynie. Przełom, co najmniej wart mszy, jak nie Nagrody Nobla. Coś niesamowitego.

– I nielegalnego… Prowadzącego co prawda do mszy, tyle, że od dupy strony, przez nagłą i dość bolesną śmierć. – Kaluza swym głośnym stwierdzeniem sprowadził błąkającego myśla-mi, gdzieś wysoko w chmurach Tarnowskiego na ziemię.

– Chcesz wiedzieć gdzie zginęła? – wyszeptał Mietek cicho, jednak zupełnie wyraźnie.

– A ty to wiesz? Znasz miejsce zbrodni? – żachnął się Kaluza.– Oczywiście!

– I nic nie mówisz do cholery?! – tym razem to był już prawdziwy krzyk rozpaczy.

– Przecież nie pytałeś?