Majorka na końcu świata - Anna Klara Majewska - ebook + audiobook
Opis

Jeśli coś rządzi światem, to ironia losu!
Magda znowu zbliża się do życiowej krawędzi – nadchodzą kolejne urodziny, do których tak panicznie bała się dobić. Jednak nie daje się zwariować, wszelkie wątpliwości właściwe dla kryzysu wieku rozwiewa po swojemu, w różny sposób udowadniając sobie i światu, że wigor i radość życia jeszcze jej całkiem nie opuściły..

Tym razem nie zamierza lecieć na ukochaną Majorkę, bo z najbliższymi – mężem, pieszczotliwie zwanym Klunejem, i córeczką Julką – postanawiają spędzić lato inaczej. Dlaczego w takim razie nagle znów ląduje w pięknej Palmie, a potem w… dalekiej i egzotycznej Japonii? Magda wpada w wir dziwnych zdarzeń, które burzą jej wymarzony spokój, ale też dają szansę na odkrycie nowych zaskakujących smaków życia.

Co dzieje się z jej matką, która przywozi z prowincji dziwaczną, milczącą kuzynkę, a sama nagle znika? Dlaczego na Majorkę nieoczekiwanie przybywa Klunej i spędza noce poza domem? Co zrobi Magda, gdy w Tokio spotka Tima, podkochującego się w niej dawnego znajomego? I kto chce ją ośmieszyć przed całym światem, zamieszczając na jej Fejsbuku oczerniające ją posty?

Anna Klara Majewska jest mistrzynią zabawnych i inteligentnych dialogów oraz trafnych komentarzy na temat życia. W charakterystycznym dla siebie lekko ironicznym i zaczepnym stylu opowiada o losach Magdy, jej nieprzewidywalnej trzypokoleniowej rodziny i przyjaciół. Jej bohaterka z dużym dystansem patrzy na rzeczywistość i nieraz zastanawia się: czy życie samo w sobie nie bywa czasem zwykłym dowcipem?

Dotychczas w serii majorkańskiej ukazały się:

Rok na Majorce

Powrót na Majorkę

Majorka w niebieskich migdałach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział pierwszy Tęcza

No i stało się.

Jestem w drodze do psychologa.

Ja, Magda Kalińska-Hampton, primo voto Blum.

Ja, matka, żona (i to dwukrotna) i (jeszcze) nie kochanka.

Ja, kobieta (powiedzmy) sukcesu i niezłomna optymistka (tyle lat wytrzymałam z własną matką, synem, córeczką i szeregiem niespokrewnionych życiowych popaprańców).

Ja, wydawałoby się, niezniszczalna i niezatapialna, akurat JA potrzebuję wsparcia, ostatniej deski ratunku albo brzytwy, której mogłabym się chwycić, bo czuję, że tonę.

Tonę w szarości. Szara mgła zasnuła mi świat. Szare myśli, szara ja. Drzewa szare, chociaż maj. Wszystko szare jak peerelowski papier toaletowy, który – wystany w długiej kolejce – mój świętej pamięci ojciec, inżynier budowy dróg i mostów, niósł kiedyś do domu na piersi jak laurowy wieniec. Poszarzało wszystko, tylko moje szare komórki jakby wyblakły, bo rozumem swojego dramatu też nie ogarniam… Zamiast tego znowu czuję, jak łzy rozpuszczają mi tusz, wodoodporny, co znaczy, że te cholerne łzy nie są z żadnej wody! Chemia, cholerna chemia, może gdybym się jej uczyła w szkole, zapamiętałabym na całe życie, że w naszym organizmie zachodzą nieuchronne procesy chemiczne i fizyczne, które z latami… Nieuchronność. Lata. Niestety, z matmy miałam piątkę, w końcu chciałam zostać architektką, nawet jeśli wtedy mówiło się jeszcze: architektem. Niestety więc umiem liczyć i… I nijak nie chce mi wyjść inaczej!

– Oszalałaś? – zdziwiła się Ivanka, gdy zadzwoniłam na Majorkę, by wyznać, że oto dotarłam do kresu.

Zwróciłam się do niej, bo komu tu miałabym powiedzieć? Ivanka jest przecież moją najlepszą, a właściwie jedyną przyjaciółką. Ma jeszcze jedną zaletę: mieszka na wyspie, więc doszłam do wniosku, że informacja nie wyjdzie poza basen Morza Śródziemnego.

– Nie oszalałam, tylko to już koniec! A przynajmniej, optymistycznie mówiąc, początek końca.

– Jakeho konca? – Gdy się denerwuje, od razu przechodzi na swój rodzimy czeski. Choć po latach mieszkania na Majorce to raczej mieszanina różnych języków.

– Takeho, że konca! – ryknęłam do słuchawki, bo nie znalazłam wsparcia. – Wiesz, jak by to nazwał Piotruś? Wiesz? Że to ostatnie podrygi zdychającej ostrygi!

– Aaaa, jedlam nedavno pyszne ostrygi, zaprosił mnie jeden, no, podobam mu się, rzikał mi, że on by chtiel moją ostrygę! Musim ci to rzic! Kiedy przyjedziesz? A Piotruś… Ech, takie jeho gadanie, tvuj brat to homosexual histericky! A ty mądra babićka jesteś! I mladsza!

Młodsi, starsi. Starsi, młodsi… Takich wyjaśnień oczekiwałam raczej od psychologa.

– Jeno do chlapika idź, nie do baby! – poradziła Ivanka.

– Ty ciągle z tymi chłopami! Kobieta zrozumie mnie znacznie lepiej!

– Bzdura! Baba będzie ci zazdrościć. Krasy, figury, wszystkiego, co masz. I chętnie cię pogrąży, zamiast pomóc. A chlap to chlap… I zresztą może fajny będzie? Nekdy, jeszcze w Ołomuńcu, w klasie maturalni, odesłano mne do psychologa… Tak ztratilam panenstvo!

– Ale ja już nie stracę dziewictwa! Stracę za to wszystko inne, wszystko, co miałam, kapujesz? A właściwie to już straciłam! – łkałam do słuchawki.

– A jednak nejaki romantiku dobre by ci zdelał! – upierała się Ivanka.

– Sama sobie romansuj, romantiku! – Wyłączyłam się.

Wiedziałam, że się nie obrazi.

Tabliczka na kamienicy przy Poznańskiej, przed którą właśnie stoję, mówi wyraźnie: PROFESOR JAN SZUBERT, PSYCHOTERAPEUTA. Więc „chlap”, niech jej będzie. I Szubert, jak ten melancholijny kompozytor. Dlaczego więc miałam nadzieję, że wyciągnie mnie z błyskawicznie opadającej melancholii? Chyba z powodu zdjęcia. Tak, z internetowego katalogu warszawskich psychologów wybrałam pana Szuberta przede wszystkim z powodu zdjęcia. Owszem, opinie miał pozytywne, ale ta fotografia! Szubert wyglądał jak skrzyżowanie dostojnego bernardyna z pewnym swego geniuszu buldogiem. Czy gdyby Ivanka go zobaczyła, nadał pchałaby mnie w jego objęcia? Tak czy siak, nie mogłabym przecież zapisać się do alfabetycznie następującego po nim doktora Tarczyńskiego. Opinie miał jeszcze lepsze, wręcz entuzjastyczne, lecz przecież, niech go cholera, wyglądał prawie jak Clooney, a przecież jak Clooney to wygląda mój mąż, Marek! A właściwie wyglądał wtedy, gdy go poznałam. Ale podobieństwo jeszcze się tli, a jak miałabym o tym rozmawiać z Markiem?! Zresztą jeszcze chwila, chwileczka, bo to moje ostatnie podrygi zdychającej ostrygi, a Marek przestanie ze mną gadać. Przecież teraz znajdzie sobie młod…

Ocieram oczy i wciskam przycisk domofonu. Muszę. Nie mam wyjścia. Julka jest wciąż za mała, by nie mieć mamusi. Ktoś otwiera mi niemal natychmiast.

No bo stało się. Skończyłam pięćdziesiąt lat!

Wita mnie sekretarka, recepcjonistka, hostessa czy jak ją tam nazwać, w każdym razie laska na oko dwie dychy ode mnie młodsza. Gdy tak się jej przyglądam, gapiąc się z wyżyn moich stu siedemdziesięciu ośmiu centymetrów prosto w jej idealny dekolt, raczej niewyssany ani z mlekiem matki, ani przez gromadkę dzieci, ona chwyta hybrydowymi pazurkami moją złotą kartę.

– Dwieście pięćdziesiąt – wyjaśnia to, co właśnie pokazuje terminal, i całe szczęście, bo nie założyłam okularów, a ja moim ułamanym paznokciem wbijam PIN, który wbiję nawet z zamkniętymi oczami wyrwana ze snu.

Czy to aby nie jest kolejny temat dla profesora Szuberta? Symbiotyczny, więc toksyczny związek z kartą kredytową? Ale wróćmy do meritum! Ileż ta dziewczyna może mieć lat? Trzydzieści, czterdzieści, czterdzieści pięć? Im dłużej jej się przyglądam, tym mniej wiem.

– Przepraszam… ile pani właściwie ma lat? – wyrzucam z siebie może niezbyt grzecznie, lecz to nie szkoła savoir-vivre’u, tu się przychodzi walić całą oczyszczającą prawdę i tylko prawdę prosto z mostu!

Spogląda na mnie przenikliwie jak belferka szukająca ściągi i zniża głos:

– Z tym pani do nas przyszła?

Skubana! Skąd wie? Czyżby takich jak ja pojawiało się tu więcej?

– Nie. – Dumnie podnoszę głowę i zaraz znów ją pochylam. – Tak…

– Słoneczko! – Odwraca się w stronę wciąż zamkniętych drzwi do gabinetu, jakby się bała, że nagle wyskoczy zza nich klunejopodobny profesor. – Wobec tego to nie ten adres… Dam pani właściwy. – Mierzy mnie wzrokiem. – To mój brat.

I oto trzymam w dłoni niewielki kartonik ze złotymi literami: WIECZNA MŁODOŚĆ ZAPRASZA, DOKTOR… Nie czytam już, co za jeden. Wiem tylko, że doktor Szubert hoduje na własnej piersi żmiję, która odbiera mu klientów! I zaraz mu to powiem, niech no tylko wyjdzie… Lecz nie wychodzi, a za drzwiami gabinetu rozlega się przeraźliwy krzyk. Jezusiczku, terapia jest aż tak bolesna czy ten cały Szubert dorabia jako dentysta? Z kartonika blikują mi w oczy złote litery. WIECZNA MŁODOŚĆ…

– Nie chcę wiecznej – oświadczam głośno. – Ona nie istnieje, pani braciszek przesadził z PR-em, ale tak jeszcze z dziesięć lat, no, może piętnaście! – Czuję, że zaraz znów się rozryczę.

Zza drzwi znów słychać krzyk. Kobieta! Rozglądam się po ścianach w poszukiwaniu gabloty z pejczami i innymi bajerami sado-maso. Nic tu nie wisi. Łzy wracają do aparatu łzowego, a żmija wręcza mi jakąś ilustrowaną książeczkę.

– Stąd się pani dowie więcej…

I nagle mnie oświeca.

Nieeee! Nie chcę wyglądać jak moja matka! Parę lat temu przyjechała do mnie na Majorkę i wyglądała jak zombie, bo poprawiła sobie za dużo. Na szczęście wszystko puściło, wróciło na swoje miejsce i znów wygląda normalnie. Ale co by było, gdyby efekt pracy tego partacza się utrzymał?

Trzeci krzyk kończy naszą rozmowę. Coś na kształt rozdzierającego szlochu morderczyni, która wreszcie przyznała się do zakopania w przydomowym ogródku trzynastu osób lub przeciwnie, którą skazano na dożywocie zupełnie niesłusznie, sprawia, że w ułamku sekundy jestem przy drzwiach.

– A tak na marginesie – rzuca za mną recepcjonistka już całkiem va banque – za miesiąc kończę czterdzieści siedem lat!

W windzie przeglądam broszurkę reklamową. Co my tu mamy? Wypełniacze, botoksy, magiczne niteczki, lasery, bajery… przecież ja to wszystko znam! Wprawdzie głównie ze słyszenia, ale to mi wystarczy, żeby nie chcieć wyglądać jak pekińczyk zamrożony botoksem i napompowany restylane’em! Czyli jak kilka moich koleżanek, bo już nawet nie wiem, czy pod spodem kryje się jeszcze jakaś dawna przyjaciółka.

A więc w to chciała mnie wrobić ta zdradziecka sucz, będąca w zmowie z Szubertem! Nie będziemy przyjmować pacjentek, które przychodzą zdołowane pięćdziesiątką albo myślą, że z dnia na dzień przestały lub przestaną być atrakcyjne, że najpóźniej dziś położą się spać jako królewny, a obudzą jako babony, lecz od razu odeślemy je do „Wiecznej młodości”! A kaska za nieodbytą wizytę leci… Para oszustów! Nie para, trójkącik, bo jeszcze bratu suczy napędzają klientelę! A po co tym dwojgu miałaby być wolna godzina? Ha, na potajemny seks oczywiście!

Nakręcam się własnym śledztwem do tego stopnia, że czuję suchość w gardle jak na pustyni, na szczęście mam w torebce butelkę wody… Gdy ją wyciągam, wypada puderniczka i, jakżeby inaczej, wali o chodnik i, jakżeby inaczej, gdy ją podnoszę i otwieram, lustereczko jest złowieszczo pęknięte na pół. Sedem let nestestia!, zawyrokowałaby natychmiast Ivanka. Ba! Lecz skoro mam już lusterko w dłoni, spojrzę, czy straszę bardzo, czy tylko trochę… No? Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?

Hmmm, nie jestem może najpiękniejsza, tu i tam mogłoby być lepiej, jedna dziurka od nosa węższa niż druga, o, i uszy na różnej wysokości, jedno jakby wyżej o milimetr, a jednak wcale nie jest najgorzej… Wreszcie nawiązuję kontakt wzrokowy z samą sobą. Zły, przestraszony i udręczony wzrok na jedno wielkie NIE! Wzrok protest, zwijający czoło w ohydne starcze ruloniki, zmniejszający przecież wcale nie za małe oczy, oświetlający policzki jakimś brzydkim, trupim światłem. Jestem tak wykończona, że nagle zbiera mi się na śmiech. I co widzę? Jakkolwiek głupio i banalnie to zabrzmi, widzę, jak… ładnieję! Uśmiecham się do siebie i myślę: Kiedy ostatnio miałam taką prawdziwą chwilę dla siebie? Taką beztroską, bez obowiązków, esencję miłego życia. No, kiedy? Upijam łyk wody i kątem oka dostrzegam kawiarniany ogródek. Otóż to! Niemal frunę w tamtą stronę.

– Kawę i lody poproszę! – mówię do kelnera.

A co! Mam być dla siebie dobra!

– Jakije liody? – Młody Ukrainiec zgina się w ukłonach.

Chyba całe miasto obsługują młodzi Ukraińcy, zginający się w ukłonach.

– Jakiekolwiek! – rzucam, uśmiechając się najszerzej, jak potrafię.

Keep smiling, Madziu! Zobacz, kochanie, słońce świeci, jest maj! Pomyśl, kochanie, może jednak znów zatrudniłabyś gotującą i sprzątającą opiekunkę dla Julii, zamiast się urabiać po czubek nosa?

Po aferach z Oksaną, którą tak idiotycznie podejrzewałam o romans z Markiem, zatrudniłam jeszcze dwie panie, najpierw leniwą fleję o złotym sercu, a potem pracowitą i czystą do obłędu sekutnicę. Referencje to chyba podrabiały u tego samego fałszerza! Gdy się od nich uwolniłam, czułam się tak wspaniale, że zrobiłam coś najgłupszego na świecie: sama wzięłam się do wszystkiego! Rozumiem, że ileś kobiet tak ma, lecz ileś też nie ma, a ja akurat nie musiałam, Marek naprawdę dobrze zarabia… No tak, przebąkuje, że to się może skończyć, niepewna sytuacja, ale póki mogę, powinnam z tego korzystać. Gdzie się podział czas na moje przyjemności?

Sięgam po serwetkę, a ze stoliczka obok porywam cienkopis, który ktoś tam zostawił.

Kino.

Teatr.

Koncert.

Spacer.

Romantyczna kolacja.

Seks.

Seks? Umęczona odpuściłam sobie wszystko. Zresztą sobie jak sobie: Markowi odpuściłam, nam odpuściłam! Sama nie proponuję niczego od dawna i na nic się nie zgadzam, gdy jemu wymsknie się jakaś propozycja. Nie powiem, że często, ale kilka razy jednak mu się wymsknęła.

Właśnie z tego powodu w końcu poszuka sobie innej. Nie dlatego, że zrobiłam się starsza i bardziej spatynowana od… No właśnie, od kogo? Przecież nie od Kidman, która przesadziła w udawaniu dziewczynki. Znów wybucham śmiechem. Gdzie moje pęknięte lusterko? Jest… No, dobrze, jest dobrze! Rozjaśniona uśmiechem mogłabym bez wstydu stanąć w szeregu z Sandrą Bullock, piękną po pięćdziesiątce jak nigdy wcześniej, i Monicą Bellucci, ponętną jak dojrzały arbuz. Arbuz? Uznajmy to za komplement. Przynajmniej nikt by nie rechotał jak na widok podstarzałej uczennicy Kidman… Pęknięte lusterko. A może, do cholery, pora wreszcie na siedem lat szczęścia! Czyż to nie ostatnia chwila?

– Kawa i ljody, proszu…

– Spasiba – odpowiadam, by znów oswoić piękny, melodyjny język rosyjski, który znienawidziłam przez cholerną Oksanę.

Nienawiść też szpeci, o!

Ukrainiec dostaje rumieńców, jakby się wstydził, że w swoim kraju mówię do niego w jego języku, jeśli rzeczywiście jest jego, bo może młodzi Ukraińcy mówią już tylko po ukraińsku? I jeśli to w ogóle Ukrainiec, a nie Rosjanin czy Białorusin… O, jak przyjemnie mieć przez chwilę wyłącznie takie dylematy! Kawa za zimna, lody za słodkie, nie szkodzi. Znów biorę do ręki cienkopis.

Patrzę na serwetkę z zapisanymi supermądrościami i czuję, że jestem obserwowana. Gdybym była stara, nie poczułabym, o! Ach tak, stolik pod płotem, no, no, przystojniak. I młodszy z piętnaście lat. Tyle że nigdy nie lubiłam szczyli. Ha, ha, śmieję się w głos, który nagle grzęźnie mi w gardle. Komórka! Przed wejściem do doktora Szuberta wyłączyłam dźwięk i wibracje! Ręka daje nura do torebki. Jest. Trzy SMS-y, pięć nieodebranych połączeń… Życie męczennicy nie pozwala o sobie zapomnieć. Ale mu się nie dam. Nie sprawdzę, nie teraz. Powoli przejdę przez miasto, dojadę do domu, pomyślę o tym i o owym, czyli o sobie, o sobie! Szczyl jak z żurnala – bary, bródka, kalesonki, adidasy na gołe stopy, cały ten nowy męski kosmos, który mnie, klasycznej miłośniczki klasyki, już nie kręci – podnosi dłoń w indiańskim pozdrowieniu. Robię to samo: houk! I już nie zwracam na niego uwagi, wołam kelnera, płacę. Nie smakowało, nieważne, nie mówię. Życie ma mi zasmakować. Znów! Houk!

No i proszę, drzewa od razu jakieś zieleńsze i moje szare komórki też się zazieleniły. A jeślibym się za mało uspokoiła i pocieszyła, to zostaje mi jeszcze świadomość, która w innym wypadku rozwścieczyłaby mnie i rozgoryczyła, lecz teraz jest uskrzydlająca. Otóż tak się złożyło, że tym razem nikt, ale to nikt, nawet pies z kulawą nogą, nie pamiętał o moich urodzinach, a na Fejsbuku nie wyskoczył różowy torcik przy nazwisku, bo wszystko – dzień, miesiąc i oczywiście rok – skrzętnie zafałszowałam, po czym jeszcze kliknęłam: nie wyświetlać! Dlatego trzy dni temu, bo to już trzeci dzień mego wstrząsającego wieku, panował zupełny spokój, jakbym nigdy się nie urodziła, a na pewno nie przed półwieczem! Ani matka, ani mąż, który wprawdzie był za granicą, ale przecież mógł zadzwonić, ani syn, ani córka, ani brat… Kto inny by się zabił, mając taką troskliwą, serdeczną i opiekuńczą rodzinkę, ale ja się ucieszyłam, jakby mnie wystrzelono do Hollywood na ceremonię rozdania Oscarów i pooscarowy jubel. I taka ucieszona otwieram drzwi: chwilo, trwaj!

Ale chwila nie trwa, tylko zmienia się w scenę z familijnego kina grozy.

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!

Oczywiście! Dlaczego nie wpadłam na to, że i ja mogę się stać ofiarą amerykańskich filmów? Impreza niespodzianka!

Stoję za progiem jak wryta i jeśli nie przecieram oczu, to dlatego, by znowu nie rozmazał się ten cholerny, na pewno niewodoodporny tusz. Niech chociaż ja nie wyglądam jak z rodziny Adamsów, bo oni…

Od lewej: moja córka Julka w czerwonej narciarskiej puchówce, za moment się zgrzeje, roztopi i rozchoruje. Koło niej mój mąż Marek w idiotycznej pomarańczowej pelerynce, służącej… – tak, pamiętam! – służącej niegdyś mojej matce do domowego farbowania włosów! Przy Marku ona, moja matka we własnej osobistości, cała na żółto, jakby nagle, w sweterku i spódnicy, dostała żółtej febry, której zaraz dostanę i ja. Obok mamusi mój brat Piotruś w zajebiście zielonym kolarskim wdzianku, opinającym się na każdej fałdce i oponce. I nie pouczajcie mnie, że nie mówi się „zajebiście”, bo ten kolor to nie jest wściekła zieleń, tylko właśnie zajebista, osobna kategoria! Przy Piotrusiu stoi mój syn Michaś, odziany na niebiesko, w kombinezon, który chyba zdarł z jakiegoś hydraulika! Galerię barwnych postaci, jakby to z pewnością rutynowo opisał jakiś krytyk cyrku, dopełnia osoba mi nieznana, bez płci i wieku, o kształtach zbliżonych do beczki piwa, spowita od stóp do głów we fiolety: jakaś upiorna śliwka węgierka, ożywiona do przyrodniczego filmu o sekretach działkowiczów!

– Dziękuję! – wyrywa mi się z piersi starannie dobrane słowo, gdy już milknie kakofonia najbardziej fałszującego chórku świata. – Ale naprawdę nie trzeba było…

Stoją przede mną bez ruchu, nawet Julka nie podbiega, by mnie wycałować.

– Ale… widzisz to? – pyta zajebiście zielony i jeszcze bardziej zachwycony Piotruś. – Widzisz?

– No, widzę – odpowiadam, choć nie wiem, co mam widzieć poza paranoicznym urodzinowym obciachem.

 – Ale widzisz, że razem dajemy sygnał do walki o tolerancję? I bynajmniej nie chodzi tylko o tolerancję do osób… hmmm… starszych… – Piotruś mruga porozumiewawczo świeżo nabotoksowanym oczkiem.

– Jaki sygnał? – Mój mąż jednak nie rozumie.

– No przecież teraz jesteśmy żywą gejowską flagą! I powinniśmy tak wyjść na ulicę! Przykład dać! Międzypokoleniowa, międzygenderowa tolerancja! – oświadcza mój brat.

Marek robi się pomarańczowy nawet na twarzy i szybko występuje z szeregu, niszcząc gejowską tęczę.

– Debilu ty! Paradę równości sobie moim kosztem urządzasz! – Łapie Piotrusia za zajebiście zielone fraki i potrząsa, po czym odwraca się i idzie w głąb domu.

– Ale czad! – rechocze mój syn. – Jakoś nie zakumałem, gdy nas przebierał i ustawiał! Myślałem, że to tak dla jaj, żeby matkę wkurzyć!

– Michaś, jak tak możesz! Zarzekała się żaba błota! – fuka na niego moja matka swoim eksweterynaryjnym slangiem i odwraca się do Piotrusia, a srogość na jej twarzy natychmiast zmienia się w rozanielenie. – Mój stylista! Co za talent! – Cmoka synka w policzek, jakby wymyślił nowy model krzesła dla Ikei.

Julka biega wokoło, a za nią struga potu, zimowa puchóweczka w maju, faktycznie, co za talent z tego mojego brata!

– Ściągnijcie jej tę kurtkę! – przekrzykuję hałas.

I wtedy cud-śliwka z filmu dla działkowiczów jak na rozkaz jednym susem dopada do Julki, fachowo obierając ją z tej czerwieni jak owoc ze skórki, a ta pomyka jak młody kucyk do salonu.

Przede mną staje matka.

– Moja droga, pół wieku to nie przelewki! Młode kózki to winogrona, ale stare kozy to rodzynki!

I już chce mnie całować, gdy wywijam się tak, by cmoknęła mnie najwyżej w nos. Stara koza? Rodzynki? Pocieszam się, że słodkie. Doskonale milutki wstęp do życzeń, których nawet nie chcę słuchać. Nie słyszę więc, co jeszcze gada, póki nie strzela palcami jak cham na kelnerkę. Lecz to nie na kelnerkę, to na… śliwkę! I fioletowa beczułka jest przy nas w mgnieniu oka.

– To jest nasza kuzynka Zenobia. Z Ząbkowic Śląskich!

Śliweczka się uśmiecha. Czy mi się zdaje, czy gołymi dziąsełkami? I zgina głowę w poddańczym ukłonie.

– Mamy tam jakąś rodzinę? Pierwsze słyszę.

– Mamy ogromną rodzinę! Gromada psów to śmierć zająca! – oświadcza triumfalnie matka. – Pamiętaj, że moja prababka miała jedenaścioro dzieci, z których każde miało przynajmniej troje, a stryjenka Gienia zmarła przy siedemnastym porodzie!

Chryste, nic mi o tym nie wiadomo! Czy gdy Piotruś przebierał ich za gejowską tęczę, mój syn częstował babcię jakimś białym proszkiem? A zresztą matka łże jak pies nawet i bez proszku.

– Pali się, pali się! – Julka wyskakuje z salonu, sama już rozpalona po lataniu w cholernej kurteczce przy dwudziestu pięciu stopniach.

Uroczyste urodzinowe przejście do salonu zmienia się w sztafetę bez ładu, składu i pałeczki. Dobiegam jako ostatnia. I co widzę? Mój mąż w otoczeniu reszty rodziny, nawet tej bezzębnej z Ząbkowic Śląskich, rozpaczliwie macha nad stołem zdjętą z siebie i już nadpaloną pomarańczową pelerynką, spod której wydobywają się może nie kłęby, ale kłębki dymu.

– Korona zajęła się od świeczek! Jula zrobiła ci z kartonu koronę na tort! – informuje rzeczowym tonem biznesmena.

– A cyferki? Tak się starałam. Nic im się nie stało? – dopytuje się matka.

Czy ona zawsze musi mnie podliczać?

– Moja korona! – Julce łamie się głos.

– Moja pelerynka! – Piotruś też dziwnie jęczy. – Mieliśmy strzelić fotkę żywej tęczy.

– Ja ci dam fotkę! – wścieka się Marek. – Wiesz, co by było, gdyby ktoś taką fotkę pokazał na zarządzie? Ze mną w tym całym gejowskim gów…

– Mareczku, proszę cię! – Biorę sprawy w swoje ręce, a kuzynka Zenobia bierze w swoje odratowanie stołu, który oczyszcza z popiołu.

Tymczasem przede mną staje Michaś i wręcza mi jakieś puzdereczko.

– To dla ciebie, lubisz takie duperele…

– Stare srebro! – rozpoznaję od razu. – Synku, czy ty nie…

– Mamo – przerywa mi – niczego nie zajumałem, nie mam już szesnastu lat ani głupich pomysłów, nawet narodowcem już nie jestem, studiuję, pracuję, zapomniałaś?

Że Michaś nie jeździ już na zjazdy do Niemiec, pamiętam doskonale, bo kamień spadł mi z serca.

– Dziękuję, kochany…

– Ale obejrzałaś? Otwórz!

Otwieram.

– No, ładne… – bąkam.

– Nic nie zauważyłaś? Znaczy, że jest okej! – cieszy się, też zaglądając do środka.

– A co? – pytam zdezorientowana.

– A… to! – Wsadza palec i…

– Drugie dno!

– O właśnie, to już moja robota! – Szczerzy zęby w uśmiechu.

– Ale… po co?

– Tak pomyślałem, że jakbyś chciała gdzieś trzymać białe…

– Co białe? Perły czy brylanty? Musiałabym najpierw je mieć. – Zerkam wymownie na Marka.

– Oj, mamo, to jest na donosy, jakby co!

– Donosy? Na kogo? – Nic już nie rozumiem.

– Na nikogo, to do nosa się bierze – chichocze.

Białe, biały proszek, a jednak! Kokaina jak nic! I może już im dał, Markowi na pewno, bo jak inaczej mój mąż zgodziłby się włożyć tę kretyńską pelerynkę?

Chwytam syna mocno za łokieć.

– Michał, ja cię bardzo proszę, zaklinam cię! Obiecałeś!

– Oj, mamo, ja już niczego nie biorę, nawet nie jaram, ale ty teraz, po pięćdziesiątce, możesz mieć różne kryzysy i pomyślałem…

Kryzysy! Pomyślał!

Nie mam jednak czasu teraz o tym myśleć, bo matka ryczy zza stołu:

– No gdzie ty? Co tam robicie? Świeczki trzeba zdmuchnąć! Na co czekasz, Magdusiu? I żółw się śpieszy czasem, ale między żółwiami!

Nawet gdybym nie chciała, czuję, jak ktoś bierze mnie za rękę i ciągnie do stołu. Kuzynka Zenobia! Jaka usłużna, zaraz się wzruszę, co za cudowna rodzina! Dżizas, co ja widzę! Świeczek jest siedem! Pięć małych plus dwie w kształcie seledynowych cyferek.

– Po każdej na jedną dekadę! – ryczy matka na całą dzielnicę, jakby mi mało w życiu zrobiła przykrości. – A te dwie… dla podkreślenia jubileuszu!

Biorę wdech i niemal się krztuszę: wyraźnie widzę płonące seledynowe pięćdziesiąt osiem! Jakby pięćdziesiąt było za mało. Wypuszczam powietrze, chrzanię to, nie zdmuchnę! Mimo to biorę się w garść i ćwierkam najuprzejmiej:

– Kochani, ale ja nie mam jeszcze pięćdziesięciu ośmiu lat!

– Tu jest pięćdziesiąt – wzdycha matka.

– Widzę ósemkę! – upieram się już nie tak uprzejmie.

– Robiłam, co mogłam, żeby wyszło zero! Wycięłam jej brzuszki!

– Jak to, a wyszła ci, babciu, ósemka? – zaciekawia się Julka.

Moja matka, emerytowana doktor weterynarii Krystyna Dziubak-Kalińska, robi minę, jakby miała zaszczepić hienę pręgowaną.

– Nie wyszła, tylko już była, znaczy miałam, oj, no miałam ósemkę i piątkę, bo na ojca urodziny szykowałam, ale jak wiecie, nie dożył…

A ja nie dożyję chwili, w której matka nie przestanie być skąpiradłem.

– Oj, Magda, dmuchaj. – Marek obejmuje mnie jak za dawnych dobrych czasów. – Pięćdziesiąt osiem też ci kiedyś stuknie!

Dmucham! Bo to przecież znaczy, że nie zamierza sobie szukać młodszej, a przynajmniej nie oficjalnie… Pięć, a nawet siedem świeczek gaśnie, brawa. I wtedy mój mąż wyciąga eleganckie pudełeczko.

– Z drugim dnem? – pytam zaniepokojona.

– Z jakim dnem? – Marszczy brwi i otwiera to cacko, a mnie zapiera dech.

Takich kolczyków nie ma nawet angielska królowa, nie mówiąc o Kate i Meghan!

Za to ja mam wciąż nieprzekłute uszy… Trudno, przerobi się na klipsy jak zwykle.

– Stara holenderska robota, osiemnasty wiek, wyjątkowy szlif, razem ponad karat – recytuje mój mąż. – Prosto z Amsterdamu, w końcu to przez ten mój wyjazd musieliśmy przełożyć uroczystość.

– Tata kazał nic nie mówić, żebyś myślała, że zapomnieliśmy – śmieje się Julka.

No tak, ja przechodzę na kolejną półkę nieświeżości, a moja córka dorośleje: jeszcze niedawno nie utrzymałaby tajemnicy nawet przez minutę… Z początków melancholii wydobywa mnie dyszkant Piotrusia w korytarzu.

– Uwaga! Uwaga! Wjeżdża kawa!

Nawet nie zauważyłam, że zniknął. No tak, mój braciszek w nowym zawodzie, a zrobił w końcu kurs baristów, i to nawet z wyróżnieniem, musi się popisać! Wjeżdża więc nasz barek na kółkach, z którego zniknęły wszystkie alkohole, a zamiast nich stoi sześć moich najelegantszych filiżanek. Za pojazdem pyszni się Piotruś, wciąż w zajebiście zielonym kombinezonie.

– Uuuuu, szacun dla wuja! – rechocze z podziwem Michał, wcielający się w rolę kelnera.

Uuuuu, słychać po chwili z ust nas wszystkich, a z moich najdłuższe! Bo jak tu nie podziwiać samej siebie, twarzy z profilu niczym w medalionie, brązowo-beżowo-kremowej, układającej się na kawie w każdej z filiżanek. Nawet Marek spogląda w stronę Piotrusia z uznaniem.

– Szkoda pić – oświadcza Julka, gdy moja matka kroi tort.

– Ty nie możesz pić kawy, kotku – przytomnieję.

– Ja też nie za bardzo. – Matka odsuwa swoją filiżankę.

– Lekarz mi zakazał, bo mam wysokie ciśnienie – mruczy Marek.

Piotruś patrzy na nas wszystkich, jakbyśmy mu rodzinę zabili.

– No wiecie co! – prycha urażony.

I wtedy empatyczna śliweczka, kuzynka Zenobia, spogląda na mojego brata z troską, bierze łyżeczkę, sypie trzy łyżki cukru i z impetem miesza, dzwoniąc o ścianki najcieńszej porcelany świata, po czym wali tą łychą o rant, który natychmiast się szczerbi. Niezrażona podnosi filiżankę, a potem mały palec i uśmiechając się do kawowego mistrza, wychyla całość jak setkę wódki.

– Mamo, czy ona w ogóle mówi? – pytam szeptem, gdy towarzystwo rozgaduje się w podgrupach.

– Nieważne – odpowiada matka. – Istotne, że umie się podpisać!

Nic z tego nie rozumiem, ale nigdy nie rozumiałam swojej matki. I już o nic nie pytam, bo wkrótce przeprasza, że muszą się już ewakuować, i wychodzą. Kuzynka Zenobia tylko najgrzeczniej kiwa głową. Ja także kiwam. A potem dalej kiwam i kiwam tą swoją biedną głową nad własnym półwiecznym losem, który jeszcze zamierzam wykiwać!

Rozdział drugi Topielec

Po takim seksie, w dodatku małżeńskim, powinnam była zasnąć jak nowo narodzona. A jednak nie śpię, nie mogę. Mąż szeptał, jaka jestem słodka, jakbyśmy się dopiero poznali! Ale może dosłownie byłam słodka: czyż nie spałaszowałam kawałka ohydnego ulepku, zwanego tortem mojej matki, i czy nie popiłam go moim ulubionym Angel d’Or, cudownym pomarańczowym likierem z Majorki? Przy formie, którą trzymam – mój dawny trener Karol S. byłby ze mnie dumny! – mogę sobie od czasu do czasu pozwolić na takie wyskoki! Mój mąż mruczał w uniesieniu, jaka jestem piękna. Ale może tylko postanowił mi pokadzić? Sprytna strategia! Bo sam, nie wiedzieć kiedy, przestał o siebie dbać i z Kluneja idzie drogą Marlona Brando wprost w objęcia choroby zwanej lustrzycą: gdy to, co masz pod pępkiem, możesz już zobaczyć tylko w lustrze. Teraz bardziej przypomina nadmuchiwanego hipopotama, z którego uszło trochę powietrza… Więc skoro nie zdoła mi zaimponować boskim ciałem, to chociaż obsypie komplementami, co?

A jednak było naprawdę fajnie, nawet jeśli chwilami wyobrażałam sobie, że trzymam w objęciach tamtego wysportowanego Kluneja sprzed lat. Czy nie na tym w końcu polega wieloletni związek, że jesteśmy mieszanką siebie obecnych i tamtych: młodych i pięknych? Miksem teraźniejszości i wspomnień? Jednak potem, gdy zasnął, a chrapie właśnie na drugim końcu łóżka jak podrzucony mi złośliwie mors, przyszło mi do głowy, że Marek chciał mi zrobić dodatkowy prezent, że zobowiązał się przed samym sobą do tego wymyślnego seksu trochę ponad (swoje) siły i możliwości, a przede wszystkim ponad chęci, bo co to niby za wielki eksajtment: robić to po raz enty ze znaną sobie od lat pięćdziesiątką?

Miało być z naciskiem na ENTY, bo dobrze wiem (od Ivanki, która nigdy i z nikim tego po raz enty nie robi, za to na brak nakręconych na nią trzydziestolatków nie narzeka), że to w tym ENTY tkwi problem, a nie w „pięćdziesiątce”.

Czyżby? To dlaczego nie śpię, a gdy tylko zamykam oczy, płoną mi pod powiekami seledynowe woskowe cyferki? Piątka i wystrugane przez matkę zero. PIEprzona PIĘćdziesiątka! O proszę, jak to do siebie pasuje! A przecież jeszcze przed chwilą byłam czterdziestką! I jak to szybko minęło! Nawet nie zdążyłam porządnie zaryczeć!

A jednak komiczne, że urodziny, upływ czasu dają mi po łbie nie co roku, lecz jakoś tak co pięciolatkę. Choć może to najzdrowszy mechanizm obronny? Przecież ostatnio tak miałam przy czterdziestce piątce, gdy lamentowałam, że „czterdzieści pięć plus” to zbliżająca się pięćdziesiątka, do której oczywiście nigdy, przenigdy nie zamierzam się zbliżyć! I przez parę lat panował względny spokój, jeśli przy jakiejś liczbie pojawił się plus, było to tylko „pięćset plus”, na które, rzecz jasna, się nie załapałam… I teraz znów: łup, buch, bum!

Gdzie moja broń? Gdzie błogosławiona mindfulness – już nie tak modna, ale wciąż prawdziwa, zalecająca bycie TU I TERAZ? Jakie to jest „tu i teraz”, skoro dopiero składano mi życzenia, a za oknem już skwierczy nowy dzień? Gdzie hygge, które usiłowałam praktykować, duńska superidea koncentracji na duperelach i znajdowania w nich przepełniającej nas frajdy? Wobec mnie – bobsleja brutalnie wrzuconego trzy, nieee, już cztery dni temu na tor i rozpędzającego się na drodze prowadzącej prosto do szóstego krzyżyka – jakoś nie działają…

Łup! Buch! Bum! Szósty krzyżyk! I to mój, mój, a nie jakiejś starej baby, którą zresztą już w liceum postanowiłam nigdy się nie stać, choćbym miała i dziesięć krzyżyków! Na razie idzie mi całkiem nieźle, stwierdzam, lekko wyfruwając z łóżka na moim ciężko wypracowanym niskim BMI. Ach, co to był za dzień, gdy aplikacja w telefonie zaświeciła się na czerwono, alarmując, że osiągnęłam dolną granicę wagowej normy! Natychmiast apgrejdowałam apkę do wersji PRO i wrzuciłam do folderu ULUBIONE!

Tymczasem frunę jak najciszej koło chrapiącego nieopodal morsa, którego nie obudziłby teraz nawet wybuch nuklearny, i skradam się do salonu po buteleczkę Angel d’Or. Porywam ją do sypialni i moszczę się z powrotem pod lekką kołderką, jakby wlezienie do nory i przykrycie się miały mnie uchronić po wsze czasy przed stawieniem czoła własnemu istnieniu. Otwieram flaszkę i prosto z gwinta pociągam boski łyczek. Przez szyjkę wydobywa się od razu jakiś dżinn. Mój majorkański przyjaciel Altos, niestrudzony mag i metafizyk, z pewnością wiedziałby, jaki i co z nim zrobić, żeby nie straszył, a ja… Ten mój dżinn z likieru już lata mi przed oczami i jak to dżinn przybiera coraz to nowsze twarze. Pojawiają się i zaraz znikają, zupełnie jak te, które Piotruś rysuje mlekiem na cappuccino. Widzę Amy Winehouse – dwadzieścia siedem, Marilyn Monroe – trzydzieści sześć, Whitney Houston – czterdzieści osiem… Szczęściary, nie dotrwały do upiornej pięćdziesiątki! Biorę jeszcze łyczek, zakręcam flaszkę i chyba udaje mi się zamknąć także dżinna, bo przytomnieję. Zaraz, zaraz, jakie tam szczęściary? Biedne ofiary alkoholu, dragów i nieodpowiednich facetów w dowolnej ilości i kolejności… I znowu przypomina mi się Ivanka, niewiele ode mnie młodsza, deklarująca z wyższością:

– Siksy? Kdyż one myslą, ze jsem stara, to od razu chcę im rzikać, że nie wiadomo, czy dożiją jutra, a ja, prosim was, dożiłam i mam se doskonale!

Podobno nawet jednej tak rzekła, aż tamtej poszło w pięty…

No dobra, jeszcze jeden łyczek, ostatni, tylko jak otworzyć flaszkę, by nie wylazł ten zły dżinn? Proszę, ja też dożyłam i mam się doskonale, mamroczę pod nosem, upijam odrobinkę i szybciutko zakręcam. Dożyłam i mam się doskonale… I chyba wylazł dobry dżinn, bo jak na filmie przechodzą z lewa na prawo całkiem inne przykłady. Susan Sarandon, Helen Mirren, Dolly Parton… eee, no ta może zbyt plastikowa, i jeszcze wisienka na torcie: nie-do-zdarcia Superfonda, wszystkie mogłyby być moimi matkami! Własnej nie zamierzam mieszać w tę wizję, od razu by mi wszystko popsuła, choć po tym, jak popękały jej szwy po kretyńskiej operacji, wygląda całkiem, całkiem i nie na swój wiek… Gorycz myśli o mamusi zapijam jeszcze jedną, naprawdę ostatnią kropelką Angel d’Or i czuję się doprawdy anielsko…

Śnią mi się konie… Konie? Jezus Maria! Otwieram oczy wprost na wielki zegar nad drzwiami: jedenasta piętnaście! Julka od kwadransa powinna być w stajni pod miastem, dokładnie na drugim końcu tegoż miasta! Nie ma bata, żebyśmy zdążyły, raptownie obudzony mózg asocjuje hipiczne idiomy, gdy galopuję w jednym kapciu do kuchni, bo jak wiadomo, w kuchni znajduje się centrum dowodzenia rodziną.

Tymczasem jedyne, co tam znajduję, to nabazgrana przez Marka wiadomość, że był uprzejmy osobiście odtransportować małą na lekcję, oraz mój telefon, na którym złowieszczo wyświetla się liczba nieodebranych połączeń: szesnaście. Czyżby znowu zapomnieli czegoś zabrać, na przykład samych siebie? Ale nie! Wszystkie połączenia pochodzą najpierw od Michasia (godzina 4.25), a potem od matki (godzina 4.50)… No tak, coś się stało, i to coś strasznego! O tej godzinie mogą zdarzyć się wyłącznie rzeczy straszne, na przykład straszny wypadek, BYĆ MOŻE nawet śmiertelny. Tylko któremu z nich? No trudno, nigdy nie byłam wzorową córką, pozwalam więc sobie na nadzieję, że to jednak nie Michasiowi coś się przytrafiło, że to matkę zabrano w nocy do szpitala, może nawet mój syn ją odwiózł, bohater, jaki on już dorosły i odpowiedzialny! Od razu czuję ulgę. Skoro ona i tak już jest w szpitalu, a Julka na koniach, to może jeszcze chwilę się przyczaję, kawki napiję, kąpiel w spokoju ducha wezmę…

Gdzie tam! Niemal synchronicznie z pierwszym krokiem w kierunku ekspresu do kawy rozlega się ujadanie rottweilera! Nie naszego, nie mamy psa, a już na pewno nie rottweilera. W chwili złości przypisałam w komórce to ujadanie telefonom od matki. Mamusia objawia mi się więc wraz z dzikim podkurwieniem oszalałego psa mordercy.

– Niedobrze, Madziu, nie jest dobrze! – ujada bez wstępu i powitania.

– Nie czujesz się dobrze? Gdzie leżysz? – przekrzykuję ją, niemal szczerze zatroskana.

– Czy to teraz ważne? Nie leżę, siedzę! Całą noc ganiałam, chyba wystarczy! Od mostu Śląsko-Dąbrowskiego do Łazienkowskiego i z powrotem! A potem jeszcze po Mazowieckiej, od klubu do klubu! Ile tam młodzieży rano na ulicy! I krzyczałam, wołałam, aż ochrypłam! Dziś bal, jutro żal! Teraz twoja kolej! Może jeszcze nie wszystko stracone…

– Znowu pijesz? – Przygania kocioł garnkowi, ale jakoś nie znalazłam innego wytłumaczenia. – Coco jumbo na spirytusie jest grane, co?

– Michaś! Michaś zaginął! Znaleziono tylko jego rzeczy! Gdzieś nad Wisłą…

Czy matka może usłyszeć coś gorszego? Syn zaginął! To prawie jak zginął, a nawet jeśli tylko zaginął, to czy się znajdzie? Ale, ale… przecież do mnie dzwonił. O drogę spytać czy co?

– Zaraz do niego zadzwonię! – Uspokajam siebie i ją.

Dorosły jest, chyba się aż tak bardzo nie zgubił. Zawsze może spytać kogoś doroślejszego, choćby przechodnia.

– Nie zadzwonisz! – Chrypi śmiertelnie poważnie matka. Chyba naprawdę straciła w tych klubach głos. – Jego telefon jest u mnie! Odebrałam go od dobrych ludzi, którzy znaleźli jego, TWOJEGO syna, pod stołem nad Wisłą! Co tu się dziwić, niedaleko pada śliwka od jabłoni! Był… nieprzytomny, nie wiedział, kim jest ani gdzie mieszka, ale dobrzy ludzie zabrali mu telefon, odblokowali jego kciukiem i wydzwaniali pod hasło MAMA, niestety nie odebrałaś… Widzisz, równie dobrze mogłaś dalej figurować w jego telefonie pod ksywką Armagedon! Co z ciebie za matka!

A z niej? Czy nawet w tak dramatycznych okolicznościach musi kąsać?!

Osuwam się bez sił na kuchenną terakotę.

– I co było dalej? – pytam, jakby mi właśnie streszczała na dobranoc baśnie braci Grimm.

– No jak to co? Zadzwonili pod kontakt BABCIA. Odebrałam natychmiast, bo ostatnio płytko sypiam. Co miałam robić, ubrałam się i pojechałam po niego na bulwary.

– Sama??? – Nie mogę uwierzyć.

– Z Zenobią! Na kogoś trzeba w życiu liczyć, skoro nie na własne dzieci… Niestety, gdy dotarłyśmy na miejsce, Michasia już tam nie było. Dobrzy ludzie dali mi jego telefon i powiedzieli, że ocknął się i poszedł w kierunku rzeki…

Tak wygląda śmierć! Na razie moja: serce mi stanęło, jestem tego pewna, a gorąca fala adrenaliny oblała od stóp do głów i z powrotem. Michaś poszedł w kierunku rzeki? Przecież z bulwaru do rzeki jest zaledwie kilka metrów! To znaczy, że już dawno zdążył do niej dojść i… o Boże, w jego stanie! A za parę tygodni wyłowią go z Wisły, gdy zahaczy o jakąś gałąź na mieliźnie!

– Jadę go szukać! – wrzeszczę i się rozłączam, choć nie bardzo wiem, jak znaleźć niczym niewyróżniającego się ciemnego blondyna w dwumilionowym mieście pełnym ciemnych blondynów, a tym bardziej jak jechać mu na ratunek bez samochodu i na lekkim gazie. W końcu magiczny dżinn jeszcze się ze mnie do końca nie ulotnił.

Kilka minut później nieumyta, rozczochrana, głodna i w dresie włożonym na piżamę, za to z wieczorową kopertówką ze srebrnej jaszczurki, bo była akurat pod ręką, siedzę w uberze.

– Dzie pani jahadź? Police, posterunek, na pewno?

O Jezu i Allahu, czy to jest ten uchodźca od mojej matki? Abdul Sługa Prawdy czy jak mu tam było? Egzotyczny sprzedawca choinek, którego jakieś pięć lat temu zgarnęła z placu prosto do swojej ciepłej kuchni na Truskawieckiej i na chwilę do swojego siedemdziesięcioparoletniego życia? Ten seksowny młodzieniec, dla którego najpierw poświęciła góralski sweter po ojcu, a potem własną twarz, poddając się makabrycznemu liftingowi? Ten bezwzględny łajdak, który chwilę później zostawił ją, odbijając Piotrusiowego kochanka, i nawiał z nim do gejowskiej komuny? To on czy tylko wygląda podobnie? Bo oni wszyscy wyglądają podobnie… Jednak nie ryzykuję.

– Tak, na policję! Szybko!

– Monsz bije? – pyta najżyczliwiej.

– Tylko by spróbował! – grzmię.

Ale już nie mam głowy, by wdawać się w dalsze dyskusje.

Gdzie może być ten cholerny Michaś? Skoro nie ma go w punkcie A, to może jest w B. Albo C, D aż do Z. Przecież może być wszędzie. Nawet w Wiśle… Sobotnie ulice zalane majowym słońcem puste, wszyscy pewnie spacerują nad tą piekielną Wisłą, bo dojeżdżamy błyskawicznie.

– Czekaj tu na mnie! – rozkazuję, bo w zaistniałej sytuacji nie ma czasu na wersal, i dopadam już wejścia do komisariatu. – Policjaaa! – ryczę.

– No, ale pa cziemu tak krzyczy? Przecież jest na policji! – mówi ktoś.

– Jest? Gdzie on jest?! – krzyczę uradowana.

– Kakoj „on”? Pani jest! – odpowiada znajomy głos.

Odwracam się. Oksana? Tu? Lata z wiadrem i mopem? Nieźle skończyła! Czy przeleciała już wszystkich policjan…? Nie, to nie ona, owszem, tleniona blondyna wytapetowana we wszystkie barwy larwy, w wieku, z cycem i posturą naszej niezapomnianej „carycy”, ale nie. Zresztą podobno Oksana wyszła za mąż w Niżnym Nowogrodzie i ma dwoje dzieci! Palpitacje serca rzuciły mi się na wzrok. W nerwach to człowiek zrobi szamana z butelki szampana.

Czy ktoś krzyknął za mną z okienka, czy raczej coś jeszcze gadała ta nie-Oksana? I czy w ogóle po drodze mijałam jakieś okienko? Barierki? Ladę? A może tę ladę mam tylko w oszalałej głowie, która wchłonęła wizję ze strzępów różnych seriali kryminalnych? Jakieś drzwi, pierwsze lepsze, i klamka… Cholera, kibel, więc następne, zamknięte. Cholera, jednak ktoś za mną biegnie, dudni w korytarzu, chyba pomstuje, każe się zatrzymać… O, jeszcze jedne drzwi, uchylone! Popycham je i wsuwam się do środka, opadając na krzesło na znak, że już stąd nie wyjdę i nikt stąd nie wyjdzie, póki mi nie odnajdą Michasia, żywego! W przebłysku przytomności widzę, że za dwoma biurkami siedzą ludzie, kobieta i facet, spokojnie mi się przyglądając.

– Nie próbujcie mnie stąd zabierać, bo… bo… – Chwilowo tracę rezon, bo od strony mężczyzny irytująco zawiewa jakby zupą cebulową. – Bo popamiętacie!

– Groźby na dzień dobry? – Cebulowy się uśmiecha.

– Nie groźby, tylko Michaś… wszedł do Wisły i nie wyszedł! – Nie muszę brać go na litość, bo naprawdę jestem na granicy rozryczenia się. – To znaczy właśnie nie wiem, czy wszedł, i nie wiem, czy nie wyszedł… – Gubię się w zeznaniach, więc tym mocniej chwytam się mojej wieczorowej torebeczki.

– To… oryginał czy podróbka? – pyta okrąglutka kobitka zza biurka obok.

– Oryginał… Prada, okazyjnie kupiłam na Majorce… – odpowiadam mechanicznie, kładąc jaszczurkowy okaz na jej biurku.

– Diabeł ubiera się u Prady – chichocze kobieta, na oko trzydziestoparolatka.

– Niech się ubiera, gdzie chce, tylko pomóżcie mi, bo mój syn…

– Zaraz, zaraz. – Cebulowy zbiera myśli. – Jest pani obywatelką Majorki? Bo…

– Majorka to Hiszpania – wtrąca papuśna Pradowa. – Na wczasach pewnie była…

– Nie, nie jestem! I nie na wczasach, mam tam dom… I jeśli mi pomożecie, zapraszam was na wczasy w dowolnym terminie!

– Nie jesteśmy parą! – obrusza się Pradowa, obrzucając Cebulowego zalotnym spojrzeniem.

– Mie to wygląda na oferowanie korzyści majątkowych! – Cebulowy nerwowo poprawia koszulę, aż mocniej zawiewa zupą. – Grozi za nie…

– Michasiowi grozi! Grozi mu, że umarł! – Nie mogę złapać tchu. – Trzeba wezwać WOPR, przeczesać rzekę, natychmiast! A na Majorkę możecie do mnie prywatnie!

– Otóż to, prywatnie – wzdycha Pradowa.

– Dobra – wzdycha także Cebulowy – niech pani mówi, co się stało… Albo ja pani powiem. Dzieci trzeba pilnować, szczególnie nad wodą… Ile lat ma dziecko?

– Dwadzieścia… no… dwadzieścia… – Czyżbym zapomniała ile? Liczę gorączkowo w myślach. Skoro ja mam… yyy, pięćdziesiąt, to on… – Dwadzieścia cztery! Ma dwadzieścia cztery lata – wykrzykuję triumfalnie.

– No to dorosły jest! – wtrąca Pradowa. – Nie kwalifikuje się! Niech pani spokojnie czeka.

Czeka? Spokojnie? Żarty sobie robi? Pewnie z zazdrości o Pradę! Patrzę błagalnie na Cebulaka.

– Mie to wygląda, że poszedł w tango na bulwarach wczoraj, co? Napił się, naćpał i ktoś go widział, gdy…

Wizjoner, nie gliniarz!

– Gdy co?! – Zaraz zacznę obgryzać paznokcie, choć ostatnio robiłam to w podstawówce.

– Nie wiem, no, może, gdy schodził za nisko w stronę Wisły… Przedstawiam pani klasyczny początek weekendowy. Zgadza się?

– Tak. Nie. Nie wiem… Obudziłam się i zobaczyłam szesnaście nieodebranych połączeń od niego i od mojej matki, która od razu poszła go szukać z Zenobią, naszą kuzynką, ale ona wam nic nie powie, bo niemowa…

– W każdym razie ostatnio nikt się w Wiśle nie utopił – uspokaja mnie Pradowa. – I wie pani co?

– Co?! – Niemal unoszę się nad krzesłem.

– Miałam wujka niemowę!

Opadam znów na twarde siedzenie, przekonana, że z hukiem, choć tamci nie sprawiają wrażenia, jakby coś słyszeli. Za to na tyle profesjonalnie prowadzą tę niby bezładną paplaninę, że po kilku minutach moja żałoba po Michasiu lekko ustępuje na rzecz rosnącego wkurzenia. Na siebie samą, że myślałam, iż policja rzuci, co ma do roboty, by szukać weekendowego imprezowicza, podczas gdy oni zaczynają poszukiwania dorosłych po czterdziestu ośmiu godzinach od zgłoszenia. Na Michasia, że zachowuje się jak palant, no chyba że naprawdę leży gdzieś w kałuży krwi z nerką wyciętą przez rumuńską mafię, a raczej już bez nerki. Na siebie samą, że przybiegłam na komisariat, zamiast najpierw obdzwonić szpitale, jak poradziła mi podporucznik, podkapitan czy podinspektor Pradowa, zerkając łakomie na moją niepodrobioną kopertówkę, bo może jednak w tej kałuży krwi ktoś go zauważył i zadzwonił na pogotowie, oczywiście przyjmując, że mój synek nie zdążył się wykrwawić… Podrzucają mi też myśl, że Michaś po prostu jest w domu! No i oczywiście jestem wkurzona na matkę, że go nie znalazła, irracjonalnie, ale tego nigdy dość! W każdym razie wiem, co mam robić w najbliższych kwadransach.

– Nie spisali państwo żadnego protokołu! – uświadamiam sobie, zabierając z biurka torebkę ku żalowi tłustej policjantki.

– Powiedzmy, że było to takie… nieformalne poradnictwo. A jakby co, proszę. – Cebulowy uśmiecha się pokrzepiająco i podaje mi wizytówkę.

ADAM MAKUŁA, STARSZY PERSPIRANT, szybko przeskakuję litery. Właściwie nic mnie już nie dziwi. Czy istnieje coś, co mogłoby się nie zdarzyć? Zerkam jeszcze raz. No dobrze, istnieje, stopień policyjny to przecież aspirant i tak też jest napisane. Nie, nie mam paranoi, dobry antyperspirant z pewnością przydałby się panu aspirantowi…

Wybiegam z komisariatu rozczarowana, bez protokołu, bez kurew i złodziei w pustym korytarzu, w którym tylko nie-Oksana wciąż tańczy sobie na mopie. Rosnące wkurzenie zmienia się w normalny wkurw na wszystko, gdy wskakuję do ubera. Abdul ni to pyta, ni to stwierdza zza kierownicy:

– Niebieska karta?

– Co? Aaaa, nie, błękitny wieżowiec… Tam jedziemy! Szybko!

Nieopodal, w muranowskiej plombie, Michaś z kolegą wynajmują mieszkanie, zresztą o wiele za drogie jak na ich zarobki. Tamtego akurat nie ma, wiem, że wyjechał, bo Michaś się cieszył na wolną chatę. Cholera, tyle razy prosiłam, by dorobił mi klucz dla bezpieczeństwa, lecz zawsze wtedy spoglądał na mnie, jakbym była ubecją…

– Jezu, cieszył się na wolną chatę! – recytuję w głos jak objawienie.

– Wolnoszcz najważniejsza! – przytakuje Sługa.

Jasne, znajomy ślusarz też wolny, bo gdy dzwonię, odpowiada, że w soboty nie pracuje. Próbuję szukać w sieci, w końcu trzeba się nastawić na wywalenie drzwi, ale… zaraz, zaraz…

– Umie pan wyważyć drzwi? No, rozumie pan, otworzyć bez klucza!

– Umi, umi, wszistko umi. – Kierowca uśmiecha się w lusterku.

Wow! Wow! Wrrrrrrr! Rottweiler ujada, znaczy matka!

– Córeczko! – chrypi w podnieceniu. – Zawiadomiłam Marka, jedzie prosto do Michasia. Szable w dłoń i na koń! Ja już tu jestem. W takiej sytuacji musimy trzymać się razem!

– Razem trzeba się trzymać na co dzień! – warczę jak ten rottweiler i chyba głupio, bo lepiej, żeby na co dzień mamusia się z nami nie trzymała.

Ważne, że już jesteśmy na miejscu. Gdy wysiadam, Sługa nie-Sługa jest już przy bagażniku i wyciąga z niego… łom!

– Wolnoszcz!!! – krzyczy, wymachując łomem w stronę całego świata, jakby na rogu miał kebabownię.

W sumie można zrozumieć, że w kraju takim jak nasz nie wozi go, by pomagać nieszczęsnym rodzinom potencjalnych topielców.

Wpadam do budynku. W recepcji siedzi matka! W fotelu ochroniarza stojącego nad nią! M jak miłość sobie oglądają? W takiej chwili?! Aaaa, nagranie z monitoringu!

– Jesteśmy już na siódmej rano… – wzdycha na mój widok. – Wielu tu wchodziło, ale jeszcze nie Michaś… A pan jest taki miły, że pozwolił mi obejrzeć – słodzi wątłemu emerytowi, który nie wiem, przed czym miałby lokatorów ochronić. Może przed uprzejmymi świadkami Jehowy…

– O, panie patrzą! – ożywia się ochroniarz na widok jakiegoś menela na filmie. – Proszę spojrzeć, ledwo pion trzyma… czy to ten zaginiony?

– Nie! – Stukam się w czoło. – Mój syn był w garniturze!

– To jeszcze powiedz panu, że twój mąż jest z zawodu dyrektorem! – Zza pleców słyszę Marka.

Czy to jest czas i miejsce na tak żenujące dowcipy?

I wtedy do recepcji wbiega Sługa z łomem.

– Dokąd? – krzyczy ochroniarz. – Policjaaaa!

– Abdul Sługa Prawdy? – Matka baranieje i ja też, tylko inaczej.

Abdul zastyga w zachwycie.

– Nie, teraz jestem Stanisław!

– Przechrzciłeś się? – pytam przytomnie.

– Przechrzcił się! – podchwytuje moja, drzewiej pobożna rodzicielka.

– To skomplikowane! – mruczy Abdul Stanisław i otwiera ramiona, w których natychmiast ląduje roześmiana matka, zupełnie jak w przesłodzonej do wymiotów sadze o najszczęśliwszych przypadkach losu.

– Nie ma co się gapić! – Zerkam na ekran. – Ani czulić! – Przenoszę wzrok na dziwny duecik. – Idziemy pod drzwi mieszkania! Natychmiast! – komenderuję.

Ruszają wszyscy. Pierwsza biegnie Julka, za nią ja, gnana podwójną matczyną troską, dalej matka kłusem, jakby przed kimś uciekała, ze Sługą za rękę, który w drugiej łapie dzierży łom. O wąski korytarz obija się dudniąca wymiana zdań:

– Myślałam, że wróciłeś do swojej ojczyzny! – łka moja matka.

– A ja, że już nie żyjesz! – kwili Sługa.

– Ani słowa o śmierci! – syczę naokoło i widzę Zenobię, no tak, jeszcze ona, żegnającą się na słowo „śmierć”, jakby zobaczyła diabła.

Na końcu, naturalnie bez pośpiechu, bo po co, przecież to nie jego dziecko, dystyngowanym krokiem kroczy tłusty Klunej.

– Jest winda! – informuje, gdy my już wspinamy się po schodach.

– To sobie jedź, może kiedyś dojedziesz! – rzucam.

Zenobia od tego diabła jakoś zzieleniała.