Opis

Sierpień 2007 roku.Pierwszy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy wyrusza na wojnę do Afganistanu. W wyniku diabolicznego spisku trafia jednak na pola bitew Wojny Obronnej w roku 1939…



Kwiecień 1943 roku.Uwięzieni w czasie żołnierze batalionu kontynuują walkę z niemieckim okupantem i chronią pozostałości sprzętu przed niemieckimi i sowieckimi agentami. Generał Rowecki, wspierany przez porucznika Wojtyńskiego, rozpoczyna negocjacje z Amerykanami starając się pozyskać ich wsparcie w zamian za technologię z przyszłości. Jednocześnie do Warszawy przybywa SS-Brigadeführer Jürgen Stroop z powierzoną mu osobiście przez Heinricha Himmlera misją przeprowadzenia ostatecznej likwidacji getta warszawskiego…



 

Ależ drogi Stroop. – Generał drgnął. Tylko dwie osoby na świecie, osoby godne najwyższego szacunku i uwielbienia, zwracały się do niego w ten sposób. I przybysz z pewnością nie był żadną z nich. - Rozumiem więcej, niż się panu wydaje. Wiem więcej, niż się panu wydaje. Umiem mianowicie przepowiadać przyszłość – mężczyzna ponownie się uśmiechnął, ale oczy pozostały zimne. Wzrok generała przyzwyczaił się już nieco do panujących w pokoju ciemności, więc zaczął lepiej dostrzegać szczegóły. Oczy tego człowieka były oczami zabójcy.SS-Brigadeführera Jürgena Stroopa, przyszłego dowódcę SS i policji na Dystrykt Warszawski przeszedł dreszcz. Przez głowę przemknęła mu przelotna myśl, którą odgonił w panice, że nie wyjdzie z tego spotkania żywy...(Fragment)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MarcinCiszewski

Major

Kasi, Maxowi, Oldze Iwanownie

i Jaśkowi poświęcam

Marcin Ciszewski jest absolwentem Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, ze specjalizacją historia najnowsza. Od lat, choć nie uprawia historii zawodowo, pasjonuje się przebiegiem II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem kampanii wrześniowej.

W roku dwa tysiące siódmym rząd polski podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu udziału w wojnie – oficjalnie zwanej misją stabilizacyjną – w Afganistanie. W wyniku długich dyskusji podjęto decyzję o utworzeniu uderzeniowego oddziału Wojska Polskiego w sile wzmocnionego batalionu, przeznaczonego do walki z talibami na południu tego pięknego, surowego kraju.

Rozkazem ministra obrony narodowej jednostka o niezbyt oddającej istotę rzeczy nazwie: Pierwszy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy, została sformowana w oparciu o zasoby stacjonującej w południowo-zachodniej Polsce Piątej Brygady Pancernej, dowodzonej przez energicznego i kompetentnego generała brygady Lucjana Dreszera. Batalion liczył pięciuset starannie wyselekcjonowanych żołnierzy, samych ochotników. Zadbano o to, aby wyposażyć oddział w możliwie najnowocześniejszy sprzęt, względnie sprzęt starszy, ale zmodernizowany przy użyciu najnowszych wojskowych technologii, szczodrze przekazywanych przez amerykańskich sojuszników, którym bardzo zależało na stworzeniu szerokiej antytalibskiej koalicji. Na czele batalionu stanął, ku swemu zaskoczeniu, świeżo upieczony podpułkownik Jerzy Grobicki.

Wysiłki Amerykanów nie ograniczyły się do podarowania pewnej ilości sprzętu i wyposażenia. Przesłali do Polski także niewielki oddział wojska dowodzony przez kapitan Nancy Sanchez. Oddział ów złożony był z trzydziestu ludzi – dwunastu marines ochrony oraz osiemnastu najwyższej klasy specjalistów: informatyków, elektroników, inżynierów nuklearnych, speców od łączności. Rychło okazało się, że Sanchez jest bardzo dobrą znajomą Grobickiego, co zresztą nie pozostało bez wpływu na zachowanie i decyzje podejmowane przez nich oboje.

Ale nie to okazało się najważniejsze.

Najistotniejszym elementem amerykańskiego wsparcia było najnowsze dziecko zaawansowanych technologii Pentagonu, system obrony o nazwie Mobile Defence System, MDS. Maszyneria ta zdolna była do wytworzenia mocarnego pola siłowego, rodzaju tarczy chroniącej ukryty pod nią oddział przed wszelkiego rodzaju fizycznymi zagrożeniami – ataku nuklearnego nie wyłączając. Co więcej, komputer sterujący polem siłowym napędzanym przez kieszonkowy reaktor atomowy był w stanie również łamać barierę czasu i dokonywać pewnych – ograniczonych co prawda – skoków w przeszłość. W zamierzeniach pomysłodawców technologia ta pomyślana była jako niezwykły atrybut dowódcy jednostki chronionej polem siłowym, dający możliwość korygowania błędów na polu bitwy. Projektanci wyszli z założenia, że cofnięcie się w czasie oddziału, który wpadł w tarapaty, na przykład o godzinę lub dwie, pozwoli odwrócić łańcuch wydarzeń i uniknąć popełnionego błędu przy drugim rozdaniu.

Wydawało się, że spełnił się odwieczny sen o władzy nad rzeczywistością.

Konstruktorzy MDS-a przeanalizowali setki rozmaitych bitewnych scenariuszy, nauczyli komputer reagować na tysiące możliwych kombinacji zdarzeń, uczynili MDS-a i kierujących nim ludzi niemal wszechwładnymi. Nie wzięli pod uwagę jednego, jak się okazało, decydującego czynnika: przedsiębiorczości i nieposkromionej fantazji polskich sojuszników. Generał Lucjan Dreszer, dowódca Piątej Brygady Pancernej, miał własny, autorski pomysł na wykorzystanie możliwości futurystycznej technologii. Generał, wybitny taktyk, znawca historii wojskowości w ogóle, a historii Polski w szczególności, od dawna owładnięty był ideą zrewidowania i naprawienia tragicznych losów Rzeczypospolitej. W jednej chwili zorientował się, że trafia mu się okazja, o jakiej zawsze marzył i jakiej nikt nigdy nie miał – cofnąć się w czasie, będąc wyposażonym we współczesną wiedzę i technologię wojskową, osiągnąć punkt kluczowy, którego zmiana pozwoli na skierowanie biegu historii w pożądanym kierunku.

Plan działania powstał szybko. Dreszer zwerbował do pomocy dwóch bezwzględnych i zdecydowanych na wszystko ludzi i zlecił im skonstruowanie wirusa umożliwiającego objęcie władzy nad systemem. Nim Amerykanie przekroczyli próg jednostki, wszystko było gotowe. Korzystając ze swoich szerokich uprawnień, generał dostał się do MDS-a i wpuścił wirusa do głównego komputera, starannie zacierając ślady tej operacji. Wirus zmienił oprogramowanie sterujące. W trakcie pierwszego testu pola siłowego, przeprowadzanego na poligonie pod Olesnem, uaktywnił się, po czym wysłał Pierwszy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy wraz z pokaźnym zapasem amunicji, paliwa i części zamiennych w podróż zakończoną dnia pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku.

Był piątek, parę minut po siedemnastej.

Oddział wylądował niemal na plecach niemieckiej 4 Dywizji Pancernej i z miejsca został zaatakowany przez pluton żandarmerii polowej tejże dywizji. Żołnierze batalionu nie mieli ani możliwości, ani czasu na przeprowadzenie szczegółowej analizy położenia, a także rozważań co do celowości i chęci ingerencji w historię znaną z podręczników. Po prostu odparli atak, po czym, pchani siłą rozpędu i silną wolą Grobickiego, zaatakowali sami. Efektem było zniszczenie nie tylko 4 Dywizji Pancernej, ale i reszty XVI Korpusu Pancernego dowodzonego przez generała Ericha Hoepnera, a także zadanie bardzo poważnych strat idącemu w sukurs XIV Korpusowi. Natarcie niemieckie na froncie zachodnim zostało w znacznej mierze zahamowane.

Jednak sama przewaga techniczna tonie wszystko. Nawojnie ogromną rolę odgrywa przypadek i zwykłe szczęście – lub jego brak. Trzeci dzień września okazał się dla batalionu niezwykle pechowy. Jedna przypadkowo zrzucona z niemieckiego samolotu bomba obróciła wniwecz zamierzenia dowódcy o rozegraniu tego pokera z historią znaczonymi kartami wyciąg niętymi z własnej kieszeni. Dwustukilogramowa skorupa wypchana materiałem wybuchowym, ostatni akord wielkiego, z sukcesem zresztą odpartego nalotu Luftwaffe, trafiła w MDS-a, w znacznym stopniu go uszkadzając i czyniąc niezdatnym do użytku, oraz ciężko raniła dowódcę batalionu. Powrót do roku dwa tysiące siódmego, choć jeszcze pół godziny wcześniej wydawał się na wyciągnięcie ręki, stał się niemożliwy. Najstarszy stopniem oficer walczył ze śmiercią. Zapasy batalionu, jakkolwiek znaczne, wyczerpywały się szybko. Zdania co do dalszego postępowania były podzielone zarówno wśród oficerów, jak i żołnierzy. Większość Amerykanów nie przejawiała ochoty do walki. W tej sytuacji batalion, wyczerpawszy swoje możliwości ofensywne, uległ rozwiązaniu. Część żołnierzy, w tym niemal wszyscy Amerykanie, ranny dowódca i kilku oficerów, via Węgry i Rumunia rozjechała się po świecie.

Reszta, w sile dwustu pięćdziesięciu ludzi, nad którymi objął dowództwo dziarski artylerzysta kapitan Wójcik, ukrywszy pozostałości ciężkiego sprzętu w Górach Świętokrzyskich, udała się do Warszawy i w końcowej fazie wojny wzięła udział w jej obronie.

Kampania jesienna, pomimo poniesienia przez Wehrmacht znaczących strat, została przez stronę polską przegrana. Wojska sowieckie na początku października wkroczyły na terytorium Rzeczypospolitej, wypełniając wobec Niemców sojusznicze zobowiązania.

Warszawa skapitulowała pod koniec listopada. W przeddzień kapitulacji, trafiony niemal ostatnią kulą wystrzeloną przed zawieszeniem broni, zginął kapitan Wójcik.

Decyzją pozostałych naplacu boju oficerów batalionu, nowym dowódcą jednostki został komandos, dowódca plutonu GROM, porucznik Janusz Wojtyński.

PROLOG

17 KWIETNIA 1940 ROKU

Choć śnieg zalegał jeszcze wielkim płatami, w lesie czuło się wiosnę.

To nie były wyraźne objawy, ot, jakiś ciepły powiew, nieśmiały ptasi trel, pierwszy pączek budzący się do życia. Moment, w którym chce się oddychać pełną piersią, zaczerpnąć żywicznego aromatu, aż zabolą płuca i zakołuje się w głowie. Moment, w którym chce się żyć.

Zwłaszcza w takim dniu jak dzisiejszy.

Rozklekotany autobus z oknami pobielonymi wapnem kołysał się na nierównościach dziurawej polnej drogi. Jechał niespiesznie, pewny kierunku i celu. Dwadzieścia metrów za nim podążał następny, równie zdezelowany wehikuł. Nawet najmniejszy podmuch wiatru nie mącił martwej ciszy. Dostojny sosnowy las zastygł w pełnym zadumy oczekiwaniu, jakby przeczuwając nadciągające wydarzenia.

Starszy major bezpieczeństwa państwowego Piotr Nikołajewicz Bieriezuchin niecierpliwił się. Stał nieopodal głębokich, rozległych dołów wykopanych w nocy przez koparkę i coraz częściej spoglądał na zegarek. Autobusy miały się pojawić prawie dwadzieścia minut temu. Major wiedział, że przedsięwzięcie, którego miał za chwilę stać się świadkiem, nie jest łatwe ani od strony logistycznej, organizacyjnej, ani pod kątem, by tak rzec, zasobów ludzkich. Po to jednak miejscowych czekistów wspomagają specjalnie przysłani z Moskwy najlepsi ludzie, aby on, w końcu najstarszy stopniem z całej tej lekko pijanej i zdenerwowanej gromady funkcjonariuszy, nie musiał marznąć któryś z rzędu kwadrans, skazany na towarzystwo niezbyt rozgarniętego starszego lejtnanta Zajcewa.

W końcu autobusy, poprzedzone zgrzytliwym warkotem, pojawiły się u wylotu leśnej drogi. Niespiesznie dotarły na miejsce i stanęły może o piętnaście metrów od wykopu. Po dłuższej chwili drzwi pierwszego otworzyły się. Wyskoczyło z nich kilkunastu czekistów, z których część uzbrojona była w karabiny z nasadzonymi na lufy bagnetami, po nich oficer, a na końcu dwie kobiety ubrane w zielone mundury wojsk konwojowych NKWD. Widok tych ostatnich nieco majora zdziwił. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że niedawno słyszał plotki – jak w każdym wyższym dowództwie część czasu spędzało się na kolportowaniu i omawianiu rozmaitych oficjalnych i nieoficjalnych wieści – że w niektórych komendach NKWD zatrudnia się kobiety. Ambitne, uświadomione klasowo, prawdziwe, oddane sprawie komunistki. Za towarzysza Stalina i Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich gotowe skoczyć w ogień.

Kobiety wyjęły z mapników tekturowe podkładki, długopisy oraz kartki papieru zapisane równym, maszynowym pismem. Kierowane jakby jedną komendą wygładziły płaszcze, przemaszerowały kilka kroków, stanęły na skraju wykopu i równocześnie spojrzały na pozostałych członków ekipy.

Funkcjonariuszka stojąca bliżej majora była olbrzymia. Patrzysz z przodu – może nawet i niebrzydka. Z tyłu – piec martenowski. Błyszczące oficerki z trudem opinały potężne łydki. Wypchnięty gigantycznymi krągłościami mundur sprawiał wrażenie, jakby przy gwałtowniejszym ruchu miał popękać wzdłuż i wszerz. Błękitne oczy spoglądały lodowato, wąska kreska ust była jak zasznurowana.

Stojąca dalej kobieta, dziewczyna właściwie, szczuplutka, niezbyt wysokiego wzrostu, została przez los obdarzona, o ile major był w stanie dostrzec z tej odległości, figurą zdecydowanie lepszą od gargantuicznej koleżanki. Spod furażerki wysmykiwał się kosmyk jasnych włosów, poprawianych co chwila niecierpliwą ręką. Dziewczyna uśmiechała się niepewnie, rozglądając ciekawie na boki.

Oficer dał znak i zaczęło się. Dwóch czekistów otworzyło drzwi pierwszego autobusu i wskoczyło do środka. Coś się tam zakotłowało, ktoś krzyknął chrapliwie, pojazd zakołysał się. Po chwili w drzwiach ukazali się zdyszani czekiści ciągnący za wykręcone ręce człowieka ubranego w polski oficerski mundur i długi wojskowy płaszcz. Cała trójka niezdarnie zeskoczyła na ziemię. Gdy jeniec znalazł się na skraju wykopu, nosem niemal dotykał kolan. Kobieta-piec zaznaczyła coś na liście. Od tyłu podszedł trzeci funkcjonariusz, płynnym ruchem podniósł pistolet i strzelił skazańcowi w kark. Trzask wystrzału odbił się od drzew wątłym echem i zniknął w głębi lasu. Kula wyszła oczodołem, oficer wpadł do wykopu.

Droga od autobusu do śmierci zajęła jeńcowi najwyżej dziesięć sekund.

– Tak trzeba strzelać – instruował grupę wyselekcjonowanych funkcjonariuszy NKWD podczas niedawnej, specjalnej narady słynny Wasia Błochin, najbardziej doświadczony egzekutor na terenie Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.

Bieriezuchin miał okazję uczestniczyć w tym spotkaniu. Zapamiętał niemal wszystko, słowo po słowie:

– Jak strzelisz w głowę od tyłu, kula przebije mózg i wyjdzie czołem, a krwi będzie tyle, że się utopić można. Zastrzelisz dziesięciu, musisz wskoczyć do dołu i ułożyć, bo równo nie spadają. A jak krwi będzie dużo, oficerki uwalasz, że potem nie doczyścisz. I zapadać się będziesz. Ale jeżeli strzelisz w kark, pomiędzy kręgi szczytowy i obrotowy kręgosłupa szyjnego, ot tak – zademonstrował na pobladłym z wrażenia młodszym lejtnancie, którego sekundę wcześniej szarpnięciem postawił na nogi – kula wyjdzie oczodołem i poleci do góry, w las, a krwi będzie tyle co nic. Zaoszczędzisz nerwów i czasu.

Wszyscy kiwali głowami z przejęciem. Fachowiec ten Wasia, bez dwóch zdań. Wie, co mówi.

Funkcjonariusze zarówno przy pierwszym, jak i drugim stanowisku zapamiętali tę lekcję. Strzelali płynnie, fachowo, bez konieczności poprawki. Pomocnicy stojący o pół kroku za egzekutorami sprawnie wymieniali magazynki w podawanych przez ramię pistoletach i oddawali kolegom zapasowe, naładowane.

Wyprowadzani wprost w wiosenne słońce oficerowie nie mieli już jakichkolwiek złudzeń i zdawali sobie sprawę, co ich czeka. Siedząc w coraz bardziej opustoszałych autobusach, strzały słyszeli przecież doskonale. Wielu z nich jeszcze przed półgodziną miało nadzieję, że transport – w ciągu ostatniego półrocza nie pierwszy przecież – może oznaczać po prostu zmianę lokalizacji obozu. Ci nastawieni najbardziej optymistycznie liczyli wręcz na powrót do domu.

Konfrontacja z rzeczywistością wywołała szok. Większość pogodziła się z losem, niektórzy jednak za wszelką cenę starali się opóźnić moment, w którym zapada wieczna ciemność. Szarpali się, wyrywali, nie chcieli wychodzić z autobusów. Tych, pomagając sobie bagnetami, czekiści wyciągali siłą, zarzucali na głowy płaszcz i krępowali ręce sznurem, wolny koniec zapętlając na szyi skazańca.

Egzekucja nabierała tempa, wszyscy uwijali się jak w ukropie. Śmierć zbierała należną jej daninę. Trzaski wystrzałów odbijały się od drzew i płoszyły ptaki.

Bieriezuchin pomyślał, że właściwie zmarnował czas, przyjeżdżając tutaj. Miał swoje zadania, znacznie ważniejsze niż asystowanie przy kolejnej egzekucji, nawet jeżeli ofiarami byli ludzie szczególnie zagrażający bezpieczeństwu państwa. Jeszcze kilka minut i czas jechać. Nic tu wymyślić się nie da, natchnienie nie przyjdzie. Major zastanawiał się, co mu przyszło do głowy, aby spędzić w tym miejscu solidny kawał przedpołudnia. Nie był przecież wyznaczony do bezpośredniego wykonania, według określenia swoich przełożonych, „zadania specjalnego”. Mógł asystować, wedle uznania, ale i w biurze miał co robić. Zarówno w swoim oficjalnym życiu, jak i, bardziej nawet, nieoficjalnym.

Krzyk dotarł do Bieriezuchina jednocześnie z tą ponurą konstatacją.

– Towarzyszu majorze! – Zajcew złapał go za rękaw mundurowej bluzy i potrząsał natarczywie. – Patrzcie.

Ale major patrzył już od kilku sekund.

Przy drugim stanowisku młody oficer gwałtownym ruchem wyrwał się funkcjonariuszom. Jednego pchnął mocno i wrzucił do rowu, drugiego powalił mocnym ciosem w twarz, łamiąc nos. Obrócił się w momencie, gdy przypadał do niego egzekutor z podniesionym do strzału pistoletem. Oficer złapał za broń, drugą ręką próbując uderzyć enkawudzistę w twarz. Chwilę trwała bezwładna szarpanina. Pistolet zniknął z widoku, uwięziony gdzieś między walczącymi. Czwarty czekista, ten od ładowania, stał jak słup soli, nie reagując ze strachu i zaskoczenia.

Chrapliwe krzyki walczących jakby zmroziły wszystkich dookoła.

Huknął strzał, egzekutor pobladł śmiertelnie i puścił broń. Oficer szarpnął się w tył, chcąc uwolnić rękę z pistoletem z fałdów obszernego wojskowego szynela. W końcu osiągnął cel. Miał w garści załadowanego walthera pp – z co najmniej sześcioma nabojami w magazynku – i tylko sekunda dzieliła go od przejęcia kontroli nad sytuacją. Nie miał szans ani na wygraną, ani na ucieczkę, z czego zdawał sobie sprawę. Chciał tylko – i aż – zabrać ze sobą do grobu możliwie największą liczbę funkcjonariuszy Narodnowo Komissariata Wnutriennych Dieł.

Oficer spojrzał w stronę pierwszego stanowiska, po czym podniósł broń. Zlekceważył ładowacza i dziewczynę. I popełnił podwójny błąd.

Gdy tylko odwrócił się i złożył do strzału, stojąca metr dalej jasnowłosa funkcjonariuszka znalazła się za jego plecami. Do tej pory sprawiała wrażenie kompletnie sparaliżowanej strachem, podobnie jak pomocnik ładowacz. Ale – Bieriezuchin uświadomił to sobie w przeraźliwie krótkim przebłysku zrozumienia – to był tylko kamuflaż, przejściowe oddanie pola przeciwnikowi. Gdy warunki zmieniły się, dziewczyna niczym atakująca pantera doskoczyła do zastygłego w bezruchu pomocnika, płynnym ruchem wyrwała mu z ręki pistolet, podniosła na wysokość oczu i wystrzeliła, trafiając oficera dokładnie tam, gdzie jeszcze przed piętnastoma sekundami zamierzał wycelować wytrawny kat-specjalista, leżący teraz u jej stóp.

Pchnięty uderzeniem pocisku oficer wpadł do dołu wprost na ciała towarzyszy i na jęczącego z bólu, powalonego pierwszym ciosem czekistę.

Echo wystrzału potrzebowało do wybrzmienia ładnych kilku chwil. Zgromadzeni na polanie ludzie – jeszcze kilku następnych na ochłonięcie. W tym czasie dziewczyna zdążyła zabezpieczyć walthera, wepchnąć go za pasek, podnieść z ziemi tekturkę z listą wraz z ołówkiem, dmuchnąć potężnie, aby oczyścić kartkę z sosnowych szpilek, po czym, po krótkim momencie zastanowienia, odhaczyć na liście właściwe nazwisko.

Starszy major bezpieczeństwa państwowego Piotr Nikołajewicz Bieriezuchin zrozumiał, że decydując się dziś rano na przyjazd w to miejsce, podjął jedną z najlepszych decyzji w całym swoim zawodowym życiu.

CZĘŚĆ I

17 KWIETNIA 1943 ROKU

1

– Szybciej! Już niedaleko! Szybciej!

Żołnierz przebiegł kilkanaście metrów i upadł, przygnieciony ciężarem trzydziestokilogramowego plecaka. Hełm opadł na oczy, pot kapał ciurkiem i wsiąkał w wilgotną, wiosenną ziemię.

– Wstawaj! Nie po to biegłeś taki kawał, żeby rezygnować.

Chrapliwy oddech zakłócał senną, popołudniową ciszę. Żołnierz leżał nieruchomo z oczami wytrzeszczonymi z wysiłku. Czuł, że umiera. Nie mógł myśleć o dalszym biegu czy choćby zwykłym marszu. Nawet pełzanie wydawało się czynem ponad siły.

– No dobra, jak chcesz. Możesz sobie leżeć. Nie spiesz się. Odpadasz!

– Nieee!

Krzyk zabrzmiał niezbyt mocno, ale czuć w nim było desperację. Choć jeszcze przed paroma sekundami wydawało się to niemożliwe, żołnierz dźwignął się na kolana, podparł karabinem szturmowym i powoli wyprostował. Z widocznym wysiłkiem spróbował utrzymać równowagę. Obtarte i odparzone stopy zdawały się płonąć. Zacisnął zęby i po chwili chwiejnie ruszył przed siebie. W bucie chlupnęło. Potem w następnym.

Miał przed sobą pół kilometra.

Pięćset ciągnących się w nieskończoność metrów.

2

Leśny, górski potok pędził z szumem w dół, omywając wielkie głazy, którymi gęsto usiane były dno i brzegi. Zawieszoną na wysokości trzeciego piętra stalową linę, długości co najmniej czterdziestu metrów, przymocowano do dwóch wiekowych drzew po obu stronach strumienia. Metr wyżej biegnące równolegle do siebie dwie cieńsze linki tworzyły namiastkę poręczy.

Żołnierz znajdował się dokładnie pośrodku mostu i dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo się boi. Najwyraźniej – o czym nie miał wcześniej pojęcia – cierpiał na lęk wysokości. Za żadne skarby nie chciał wracać, ale nie był w stanie ruszyć do przodu.

– Jeszcze trzydzieści sekund! Potem już możesz sobie darować, twoja grupa odpada! – usłyszał.

Żołnierz stęknął z rozpaczą. Drżącymi dłońmi złapał poręcz i pomału, niepewnie, zrobił krok. Po nim następny. Most zakołysał się, uginając się pod ciężarem człowieka, plecaka i broni. Żołnierz stanął, zamknął oczy i zaczął się modlić.

Stojący na drugim brzegu pozostali trzej członkowie grupy wrzeszczeli coś niezrozumiale.

3

Na początku zaatakowało go dwóch.

Wypadli z drzwi starej, zrujnowanej chałupy, gdy ostrożnym krokiem wyszedł zza rogu. Był przygotowany na coś w tym rodzaju, więc zareagował zgodnie z wdrukowanym w podświadomość odruchem. Miękko odskoczył, zszedł z linii ataku bliższego napastnika i wyprowadził cios prawą ręką. Uderzenie doszło. Przeciwnik zachwiał się i odskoczył, by po chwili znowu zaatakować. Żołnierz kątem oka zauważył, jak drugi z napastników przesuwa się w prawo i szykuje do skoku. Szybko wszedł z pierwszym w zwarcie, starając się uderzyć głową w nos. Nie udało się precyzyjnie zadać ciosu, ale przeciwnik upadł.

Wtedy żołnierz zobaczył nóż.

Jednocześnie poczuł, że ktoś zaplata ramię na jego szyi. Trzeci przeciwnik musiał podążać za nim. Teraz wypadł zza domu i przystąpił do dzieła. Człowiek ten był bardzo silny, żołnierzowi niemal natychmiast zabrakło tchu. Przez łzy dostrzegł drugiego napastnika szykującego się do zadania ciosu.

Na ułamek sekundy opanowała go panika. Przypomniał sobie liczne opowieści krążące wśród uczestników kursu. Między nimi i tę, że na każdym etapie szkolenia jeden lub dwóch adeptów ginie gwałtowną śmiercią. Nie wierzył tym historyjkom, mając je za wyolbrzymione przez strach bajeczki rozsiewane przez dowództwo lub co bojaźliwszych kursantów.

Teraz jednak był absolutnie pewien, że ci, którzy po kątach snuli takie przypuszczenia, mieli całkowitą rację.

Rzucił się w tył. Duszenie gilotynowe, jeśli założone zostało prawidłowo, jest techniką nienaruszalną i kończącą, a ostateczny rezultat zależy tylko od intencji zakładającego. Toteż żołnierz nie miał wielkich nadziei na pomyślny koniec walki, chciał tylko odwlec jej skutki, zadziałał także zwykły, pierwotny instynkt walki o życie.

Desperacja musiała dodać mu sił, bo duszący go przeciwnik stracił równowagę. Obaj upadli na plecy, żołnierz czuł pod sobą napastnika. Powietrze uszło z sykiem z płuc obydwu, z dolnych w zdecydowanie większym stopniu. Nie zwlekając, żołnierz przekręcił się gwałtownie i uchwyt rozluźnił się. Z całych sił uderzył łokciem w brzuch dusiciela. Gdyby przeciwnik nosił kamizelkę kuloodporną, żołnierz skończyłby dzień z potrzaskanym stawem, ale cios wszedł miękko i spowodował, że napastnik wypluł resztę powietrza z płuc. Wyglądało na to, że nie ma już żadnych rezerw i jest na granicy utraty przytomności.

Żołnierz poderwał się akurat w momencie, kiedy nożownik rozpoczął atak, próbując zadać klasyczne szermiercze pchnięcie. Odskoczył więc gwałtownie i zaczął uciekać. Po kilku krokach dostrzegł leżący na ziemi mocarny, masywny drąg, który okazał się styliskiem od łopaty.

Chwycił kij obiema rękoma, podniósł w górę...

Nożownik zatrzymał się o dwa kroki przed nim. Zastanawiał się przez chwilę, spojrzał na dwóch powalonych kolegów, po czym schował nóż.

– Nieźle – powiedział.

4

Żołnierz desperacko starał się ustabilizować oddech.

To była już dziesiąta godzina nieustannego wysiłku, przerywanego torsjami i napadami zwątpienia. Tylko w ciągu ostatnich dwóch godzin dopadły go trzy takie kryzysy. Ostatni był najgorszy i dosłownie ułamki sekund dzieliły żołnierza od wypadnięcia z gry, co zniweczyłoby nie tylko dzisiejszy wysiłek, ale przede wszystkim sześciomiesięczny okres przygotowawczy. Do tego nie mógł dopuścić. Za żadną cenę.

Kilkakrotnie zamrugał i skupił się na celu. Starał się ocenić dystans. Sto metrów. Może sto dziesięć. Mała, pochylona sylwetka niemal zlewała się z otoczeniem. Pot skapywał z nosa, mgła przed oczami nie chciała się rozwiać. To miał być teoretycznie najłatwiejszy strzał. Z leżącej pozycji, do nieruchomego celu. Żołnierz skupił się. Nie mógł tu tkwić w nieskończoność, przeciwnie, czuł, że jego czas się kończy. Wycelował najlepiej, jak mógł, wstrzymał oddech i nacisnął spust...

Wyciszony tłumikiem dźwięk był na tyle dyskretny, aby nie alarmować nikogo w okolicy. Drugi strzał. Trzeci. Czwarty. Piąty.

Tarcza zachwiała się, ale żołnierz nie był pewien rezultatu.

Poderwał się i zaczął biec. Pilnie rozglądał się na boki, obserwując jednocześnie teren na wysokości oczu, a także wyżej, na poziomie gałęzi drzew. Po prawej zamajaczyła tarcza. Strzelił szybko z biodra. Poprawił. Karabin fukał jak pies poczęstowany tabaką. Po lewej w głębi człowiek w hełmie. Strzał. Poprawka. Na wprost tarcza. Strzał. Poprawka. Po prawej człowiek w marynarce. Żołnierz przez sekundę trzymał go na muszce, ale nie strzelił. Z przodu ruch. Dwie sylwetki naraz, przemieszczające się na lewo. Za nimi następne dwie. Żołnierz przełączył karabin na ogień ciągły i oddał dwie krótkie serie do obu grup. W biegu zmienił magazynek. Za sobą usłyszał hałas. Odwrócił się i strzelił instynktownie. Sylwetka cywila upadła. Żołnierz zaklął wściekle, ale kontynuował bieg. Na drzewie po lewej snajper. Przyklęk. Strzał. Drugi. Poprawka. Cztery sylwetki w hełmach po lewej. Seria. Zmiana magazynka. Dwie krótkie serie.

Koniec.

Ukląkł, przez chwilę nie widział nic. Przed oczami biegły oszalałe, kolorowe plamy.

5

Wybuch spowodował, że żołnierz upadł i na jakiś czas stracił słuch, równowagę i wyczucie kierunku. Przez dłuższą chwilę walczył z zawrotami głowy. Kłęby dymu spowiły pomieszczenie, potęgując ciemność, dezorientację i strach. Powoli podniósł się i ruszył do przodu. Potknął się o jakiś przedmiot leżący na podłodze, ale utrzymał się na nogach. Nie widział nic, dym drapał w oczy, w uszach dzwoniło. W dłoniach, na wysokości oczu, ściskał pistolet. Dokładnie tak, jak przez dziesiątki godzin wbijał mu do głowy instruktor. Po prawej wyczuł ruch. Zatrzymał się i skierował lufę w tamtą stronę. W krótkim błysku światła zobaczył dwie sylwetki. Strzelił do dalszej, częściowo ukrytej za pierwszą, bliższą. Światło zgasło, w tym momencie usłyszał łomot walącego się ciała. Błysk z przodu. Dwa strzały. W celu.

Dwa pociski za siebie. W celu.

Dwa w prawo – jeden w celu, drugi pudło.

Na wprost – dwaj cywile. Tylko spokojnie.

Światło zgasło. Usłyszał tupot wielu nóg, ktoś zaklął i nagle przed nim zapalił się mocny reflektor, oślepiając na chwilę. Żołnierz instynktownie zmrużył oczy, zobaczył wokół siebie kilka niewyraźnych sylwetek, strzelił na wyczucie do wybranych...

I zmartwiał.

Na krześle naprzeciwko, nie dalej jak cztery, najwyżej pięć metrów od żołnierza, siedział dowódca i przyglądał mu się uważnie. Przypominający do złudzenia żywego człowieka manekin w niemieckim mundurze i hełmie, z dziurą w miejscu prawego oka, znajdował się najwyżej trzydzieści centymetrów od jego twarzy.

6

– Żołnierze! – Głos zdawał się dominować nad okolicą, choć nie był wcale głośny. Dwuszereg kilkudziesięciu postaci odzianych w jednolite, czarne kombinezony wstrzymał oddech. – Wczoraj zakończyliście szkolenie. Dziś zdawaliście egzamin. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy sześć miesięcy temu, było was, wyselekcjonowanych spośród tysiąca, stu dwudziestu czterech. Zostało – trzydziestu dwóch. Siedemdziesiąt pięć procent waszych kolegów odpadło w trakcie szkolenia i kolejnych egzaminów. Nie dlatego, że byli złymi żołnierzami. Przeciwnie. Wykazywali się wielkim umiejętnościami i zapałem. Ale zaszczytu służby w szeregach batalionu może dostąpić tylko część z was. I tak być powinno, na tym polega selekcja. Dzięki swojemu uporowi możecie czuć się wybrani. Najlepsi z najlepszych. Swoim postępowaniem udowodniliście, że jest w was hart ducha i gotowość do poświęceń. Przed chwilą zdaliście ostateczny egzamin, a to, że żyjecie, a także fakt, że ja również pozostałem przy życiu, oznacza, że zdaliście go wszyscy celująco. – Dowódca uśmiechnął się nieznacznie, a dwuszereg odetchnął z ulgą. Nieznacznie. – Z tą chwilą stajecie się żołnierzami Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Armii Krajowej. Niesie to ze sobą zaszczyt walki z wrogiem na pierwszej linii. Będziecie uczestniczyć w akcjach bojowych, które w sposób jednoznaczny pokażą okupantowi, jak skuteczny i groźny potrafi być polski żołnierz. Odbierzecie Niemcom wolę walki i chęć do terroryzowania naszego społeczeństwa. Będziecie współtworzyć historię. Jednocześnie członkostwo w naszym oddziale to zaszczyt szczególnego rodzaju, ponieważ jesteście zobowiązani do zachowania bezwzględnej tajemnicy. O niczym, czego się nauczyliście, wróg nie może się dowiedzieć. Ani żaden z was, ani żadna część uzbrojenia lub wyposażenia nie może wpaść w jego ręce. Nawet za cenę życia. I żaden z nas, żołnierzy Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Armii Krajowej, nie może się zawahać, aby ofiarę życia, w razie konieczności, złożyć.

Dowódca zamilkł. Dwuszereg z przejęciem chłonął wypowiedziane przed chwilą słowa. Analizował. Przetrawiał. Wyciągał wnioski.

– Kapral Szuwar! Wystąp!

Żołnierz drgnął zaskoczony, ale po sekundzie zreflektował się i płynnym krokiem podszedł do prowadzącego uroczystość oficera. Stanął na baczność i zasalutował.

– Kapralu! Ukończyliście z wyróżnieniem kurs szkoleniowy i zostaliście przyjęci w szeregi Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Armii Krajowej. Z dniem dzisiejszym otrzymujecie stopień sierżanta i obejmujecie stanowisko dowódcy drugiej drużyny pierwszej kompanii. Gratuluję.

Świeżo upieczony sierżant zasalutował ponownie i z wielką ochotą uścisnął podaną dłoń.

– Ku chwale ojczyzny, panie komendancie!

– Spocznij. Możecie wrócić do szeregu.

Żołnierz odwrócił się i zajął swoje miejsce.

Dowódca wyczytywał kolejne pseudonimy. Żołnierze wychodzili na środek placu apelowego z dumą w oczach i zarumienionymi z emocji policzkami. Przyjmowali awanse i funkcje, z trudem skrywając entuzjazm.

Porucznik Janusz Wojtyński był z nich naprawdę dumny.

Choć uroczystość powtarzała się po raz piąty w ciągu ostatnich dwóch lat, nigdy nie uchylał się od prowadzenia ceremonii zaprzysiężenia nowych żołnierzy batalionu. Uważał to za swój obowiązek, a nawet – widząc zapał i chęć do boju tych młodych ludzi – coś w rodzaju podszytej satysfakcją przyjemności. Uświadomił sobie, zresztą całkiem niedawno, jak silne jest przywiązanie ludzi wychowanych w patriotycznych tradycjach dwudziestolecia międzywojennego do wojskowego ceremoniału i symboli. Jak bardzo potrzebują takich chwil jak ta.

Wcześniej zarówno on, jak i reszta weteranów Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego, niewiele myśleli o patriotyzmie i miłości do ojczyzny. Górę brały raczej pragmatyzm i profesjonalne podejście do obowiązków. Kalkulacja ryzyka była jednym z pierwszoplanowych, wynikłych ze szkolenia nawyków.

Dla ludzi stąd i ludzi stamtąd ważne były różne rzeczy.

Do czasu.

7

– Dużo ostatnio myślałem... – odezwał się porucznik Tomasz Sawicki.

– Zdumiewające – roześmiał się Jamróz.

– Dajcie mu powiedzieć. – Wojtyński po raz pierwszy od dłuższego czasu wyglądał na rozbawionego. Za oknem hulała śnieżna i mroźna zima czterdziestego roku, pierwsza zima okupacji. – Jak wykonał ten wysiłek, niech mówi.

– No dobra. – Jamróz udał, że się zastanawia. W tych żartach było coś straceńczego, ale pomagało utrzymać nerwy na wodzy. – Niech mówi.

– No więc przeanalizowałem problem. – Sawicki, ekspert od uzbrojenia i szef kompanii logistycznej batalionu, sprawiał wrażenie, jakby docinki go nie dotyczyły. Rozłożył na kolanie pomięty zeszyt gęsto zapisany równymi rządkami drobnych, starannych liter. – Stoimy przed kilkoma zadaniami. Zostało nam sporo sprzętu, uzbrojenia i nieco amunicji, zwłaszcza strzeleckiej. Część sprzętu nie nadaje się do użytku, resztę można spróbować wyremontować. Ale jeżeli mamy myśleć serio o walce w konspiracji, skutecznej walce, musimy mieć stałe źródło zaopatrzenia w odpowiednią broń i amunicję.

– Z ciężkiego sprzętu trzeba odzyskać to, co się da – powiedział Wojtyński, poważniejąc. – Zakonserwujemy go i będzie czekał, aż się przyda. Broni i amunicji batalionu też nie będziemy używać, poza wyjątkami. Jednak i tak musimy spróbować uzupełnić zapasy amunicji, choćby czołgowej, do rosomaków czy beryli.

– To skomplikowana sprawa. Amunicję można produkować tylko w warunkach fabrycznych. A to są nietypowe kalibry.

– Ale techniczna możliwość istnieje?

– Owszem. Z tym że wymaga dużych przygotowań, surowców i czasu na przekalibrowanie maszyn. No i raczej jakość nie będzie oryginalna.

– W porządku. – Wojtyński kiwnął głową. – Ty zorganizujesz to od strony technicznej, ja zapewnię linię produkcyjną. Przeprowadzimy jednorazową akcję, wyprodukujemy to, co potrzebne, i znikniemy.

– To naprawdę nie takie proste.

– Wiem. Zostawmy to na razie.

Sawicki wyglądał na nieprzekonanego, ale zanotował uwagi dowódcy w zeszycie.

– Mów dalej.

– Jeszcze przed kapitulacją zorganizowałem zbiórkę broni i amunicji przedwrześniowej. Sporo tego jest i bardzo nam się przyda. Zaraz o tym powiem. Jednak i tak musimy zorganizować produkcję broni, która będzie lepiej się nadawać do naszych celów, oraz dostawy amunicji – kontynuował Sawicki. – Potrzebujemy pistoletów maszynowych, granatników i kaemów. Najłatwiejszy do wykonania peem to sten. Prymitywny, ale jak się go starannie wykona – skuteczny. Dla partyzantki miejskiej wystarczająco dobry. Możemy go produkować w stosunkowo dużych ilościach. Jeżeli chodzi o kaemy, mamy trochę polskich browningów. Bez problemu mogę je przerobić na zasilane większym magazynkiem, na przykład pięćdziesięcionabojowym. To podniesie szybkostrzelność praktyczną. Na pewno lepsze są niemieckie MG-34 czy w przyszłości MG-42, o ile dałoby się je zdobyć. Wszystkie strzelają amunicją mauzerowską, produkowaną przed wojną w Polsce. Tej amunicji mamy spory zapas, kilkaset tysięcy sztuk. Więc jeżeli chodzi o kaemy, problemu nie ma. Do stena potrzebne są dziewięciomilimetrowe naboje typu parabellum, takie same jak do MP-5 czy MP-40. Można je kraść, zdobywać albo kupować w fabrykach w Skarżysku czy Radomiu.

– Słowo „kraść” mi się nie podoba. Będziemy je organizować. Pomyślę, w jaki sposób. – Wojtyński miał już w głowie niemal gotowy plan. – Trzeba będzie dotrzeć do niemieckich zarządów tych zakładów. Nieważne, czy mamy zorganizować produkcję, czy kupować typowe kalibry, i tak musimy rozpracować wywiadowczo te fabryki.

– Jest gorsza sprawa, jeżeli chodzi o nasze PK i wukaemy. Niemcy takiej amunicji nie produkują, nasi też nie. Natomiast idealnie pasują ruskie naboje do DSzK czy mosinów. Tyle że ciężko będzie je zdobyć.

– Wcale nie – odezwał się Wiechecki. – Hitler napadnie na Ruskich za półtora roku i na początku, jak być może pamiętacie, da im strasznie w dupę. Niemcy zdobędą nieprzytomne ilości uzbrojenia, sprzętu i amunicji. Musimy tam być w odpowiednim czasie i miejscu i przechwycić część.

– Będziemy tam. – Wojtyńskiemu pomysł najwyraźniej przypadł do gustu. – Na razie nasze kaemy proszę zamelinować i nie używać. Ile zostało amunicji do barettów i sako?

– Po około pięćset sztuk na rodzaj broni.

– Będzie tylko na specjalne akcje. Co dalej?

– Jeżeli chodzi o granatnik przeciwpancerny, najprostszy do wytworzenia jest pancerfaust. Prosta rura, prosta głowica, prosty mechanizm spustowy. Można dość łatwo zorganizować materiały i produkować go w dużych ilościach. Szczerze mówiąc, na bieżący użytek batalionu produkowałbym tylko steny i pancerfausty oraz przerabiał browningi na bardziej szybkostrzelne. Resztę broni kupowałbym albo zdobywał. Aha, muszę oczywiście mieć gdzie to produkować, naprawiać i magazynować. Potrzebuję miejsca.

– Dobrze – powiedział Wojtyński. – Znajdziemy miejsce.

Ta rozmowa odbyła się ponad trzy lata temu. Jednym z jej skutków było powstanie Obiektu Numer Dwa.

W ciągu kilku tygodni, z mapą przedwojennej Warszawy w ręku, przeprowadzono dokładną analizę topograficzną miasta oraz szereg wizji lokalnych. Wybór padł na spory kwartał zabudowań pomiędzy ulicami Obozową, Listopadową i Ożarowską. Lokalizacja była dyskretna, nierzucająca się w oczy, otoczona drobnymi zakładzikami i składami, miała bardzo dobre walory obronne, a także, co najważniejsze, zapewniała możliwość szybkiej ewakuacji załogi i ochrony w razie zagrożenia. Posługując się fałszywymi dokumentami oraz zdobycznymi lub przydzielonymi przez Komendanta Głównego Armii Krajowej pieniędzmi, przeprowadzono szereg transakcji zakupu i w ten sposób wiosną czterdziestego roku niektórzy z oficerów batalionu stali się właścicielami całkiem pokaźnej liczby nieruchomości.

Sawicki, niezmordowany organizator całego przedsięwzięcia, oprócz wyboru miejsca stanął także przed koniecznością skompletowania zespołu specjalistów zdolnych podołać wymogom konspiracyjnej produkcji. Jako że jego zbrojmistrze stanowili tylko niewielką, kilkuosobową grupę, podjęto decyzję o włączeniu w skład zespołu produkcyjnego starannie wyselekcjonowanych fachowców – wykształconych w latach dwudziestych i trzydziestych inżynierów, techników i robotników. Ludzie ci dobrani byli nie tylko pod kątem fachowości i zdecydowanego nastawienia do okupanta, co w zasadzie było oczywiste i nie podlegało dyskusji, ale także – a może przede wszystkim – braku zobowiązań rodzinnych. Po włączeniu w skład ekipy produkcyjnej całkowicie zniknęli z życia codziennego okupowanej Warszawy, niemal nie ruszając się na krok poza obręb Obiektu Numer Dwa.

Szybko okazało się, iż połączenie sił i kompetencji ludzi stamtąd i ludzi stąd dało niezwykle twórczą mieszankę. Zadziałał efekt synergii. W warunkach głębokiej konspiracji szybko udało się opanować technologię wytwarzania oraz zorganizować seryjną produkcję niezbędnego batalionowi uzbrojenia.

Niemało wysiłku włożono również w zabezpieczenie zakładu. Obiekt składał się z pozornie chaotycznej plątaniny podwórek, gołębników, walących się garaży, szemranych warsztacików i starych, drewnianych chałup. Po terenie i wokół niego kręcili się nieogoleni i wiecznie pijani wozacy, węglarze, pokątni handlarze złomem, a także lokalne tuzy czarnego rynku obrotu mięsem z nielegalnego uboju. W środku tego królestwa, niczym rodzynek w cieście, tkwił niewielki kompleks budynków okolony solidnym, ceglanym murem. W tym miejscu nie było już towarzystwa przebywającego pięćdziesiąt metrów dalej. Zakład, oficjalnie należący do firmy Stamm Werke, GmbH, mającej wieloletnie umowy na dostawy priorytetowych elementów wojennej gospodarki III Rzeszy, odwiedzali wysocy rangą niemieccy urzędnicy, a także funkcjonariusze organizacji Todt oraz służb pomocniczych z opaskami „Im Dienst dem Deutschen Wehrmacht” na ramionach. Ciężarówki wwoziły dziesiątki ton surowców i półfabrykatów, a wywoziły gotowy towar.

Większość Niemców nie domyślała się, że obskurne budy nieopodal i fabryka Stamm Werke, GmbH stanowią jedną całość i oprócz przedmiotów niezbędnych do zwycięskiego zakończenia wojny i ukoronowania dzieła budowy Wielkiej Rzeszy, produkują również przedmioty, których istota działania była całkowicie z tym dziełem sprzeczna. Ci z Niemców, bardzo zresztą nieliczni, którym wpadły do głowy jakieś podejrzenia, zostali zaopatrzeni w solidną porcję gotówki, a także wyrażoną stanowczym tonem informację, iż życie ich samych oraz rodzin zakończy się w momencie, w którym kierownictwo zakładu wyczuje jakiekolwiek zagrożenie z ich strony.

Tak więc spacerujący Obozową przypadkowy przechodzień nie zobaczyłby nic prócz tego, co było do pokazania.

Ktoś bardzo spostrzegawczy jednak, wyposażony w dokładny plan wszystkich nieruchomości wchodzących w skład kompleksu, wiedzący na dodatek, czego szukać, zwróciłby uwagę, że wozacy i handlarze tylko udają pijanych, starannie natomiast lustrują przylegające ulice. Po dokładnych poszukiwaniach znalazłby także, choć wymagałoby to nie byle jakiego kunsztu, wiedzy i ogromnej dozy szczęścia, zamaskowany podziemnymi tunelami, bramami i podwórkami system połączeń wszystkich obiektów w jedną, starannie zaplanowaną i zrealizowaną całość. Być może zauważyłby też, choć byłoby to wyczynem nie lada, przeszło pięćdziesięciu żołnierzy plutonu ochronnego, mających do dyspozycji dwanaście punktów ogniowych w pierwszej linii, osiem w drugiej oraz bastion ostatniej linii oporu, zwany powszechnie, choć nieoficjalnie, Westerplateńko.

Najbardziej nawet uważny obserwator, o ile nie siedziałby w głowie dowódcy, nie odnalazłby natomiast blisko dwóch ton materiałów wybuchowych i kilkudziesięciu min umieszczonych w pasie ochronnym dookoła kompleksu, a także w kilku parkujących przy chodniku samochodach-pułapkach, zresztą każdego dnia zmienianych. Wszystkie kable zapłonowe prowadzące do zapalników zbiegały się w pomieszczeniu dowódcy ochrony obiektu. Miał on prawo, a w pewnych okolicznościach, gdyby uznał sytuację za beznadziejną, a kompleks niemożliwy do obrony, nawet obowiązek, wysadzić go w powietrze razem ze wszystkimi budynkami, maszynami i zapasami.

Dowódca ochrony został zatem obarczony nielichą odpowiedzialnością. Musiał być człowiekiem o silnych nerwach oraz cieszyć się idealną opinią i zaufaniem Wojtyńskiego.

8

Uroczystość skończyła się. Porucznik wydał rozkaz „spocznij” i dwuszereg rozpadł się na kilka dyskutujących z ożywieniem grupek. Żołnierze ponownie przeżywali sześć miesięcy morderczego treningu powodującego konieczność nieludzkich wyrzeczeń, zaniedbywania rodzin i pracy zarobkowej, wyczerpującego fizycznie i psychicznie. Wymieniali się wrażeniami, podśmiewali z cudzych i własnych słabości, złośliwie komentowali osiągnięcia swoje i kolegów. W głębi ducha jednak pękali z dumy. Wyszli z tej potyczki zwycięsko, więc mieli do tego prawo.

Wojtyński również odczuwał satysfakcję. Zdawał sobie sprawę, jak trudno tym urodzonym na początku lat dwudziestych chłopakom przystosować się do metod szkoleniowych z początku następnego stulecia, do narzuconego tempa ćwiczeń, które dla niego, człowieka urodzonego trzydzieści kilka lat po wojnie, było oczywiste. Ale zacisnęli zęby i przetrwali. Toteż z przyjemnością stał wśród nich, żartował, wspominał co śmieszniejsze momenty treningów, szkoleń oraz egzaminów, i miał pełne poczucie sensu tego, co robi.

Nie zaprzyjaźnił się z nimi. Ani nie był tego typu człowiekiem, ani nie pozwalał na to wytworzony przez obie strony dystans, ale lubił ich i szanował, a nawet podziwiał. Mieli w sobie coś, czego nie umiał do końca nazwać, jakąś cechę charakteru czy raczej właściwość osobowości, której brakowało i jemu, i weteranom batalionu. W kontaktach z ludźmi stąd za każdym razem to najbardziej go uderzało.

Po raz kolejny przyszła mu do głowy myśl, że w takich momentach przestaje mu doskwierać, zwykle przygniatająca ciężarem niemal ponad siły, odpowiedzialność za tych ludzi oraz za skutki podejmowanych przez batalion działań.

A także zwykła tęsknota za domem rodzinnym oddzielonym barierą nie do pokonania.

– Panie komendancie, melduje się porucznik Stańczak. – Karol Stańczak, ongiś dowódca plutonu rozpoznawczego batalionu, obecnie skuteczny, zimny i wyrachowany szef komórki wywiadu i kontrwywiadu, był czymś przejęty, co samo w sobie należało do wydarzeń zgoła niezwykłych i niezmiernie rzadkich. Wojtyńskiemu zawsze wydawało się, że niemal nic na świecie nie jest w stanie wytrącić go z lodowatej, profesjonalnej obojętności. Gdy byli sami, mówili sobie po imieniu, teraz jednak znajdowali się wśród podwładnych, dlatego porucznik zdecydował się na oficjalną formę meldunku. – Mogę pana prosić?

Wojtyński wiedział, że Stańczak nie przerywałby mu chwili nader względnego co prawda, ale jednak relaksu, gdyby nie miał ważnego powodu, toteż bez protestu wyszedł z kręgu roześmianych żołnierzy i pytająco spojrzał na porucznika.

– Jakiś facet do ciebie.

Dowódca podniósł brew.

– Jakiś facet? Zapraszałeś kogoś?

– Niezupełnie. – Stańczak zdawał sobie doskonale sprawę, że pomimo lekkiego tonu Wojtyński traktuje takie sprawy ze śmiertelną powagą. Sam traktował je ze śmiertelną powagą. – Przeszedł przez dwie linie posterunków, wpadł na trzeciej.

– To ci się chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło, co? – mruknął łagodnie Wojtyński, rozglądając się dookoła. Liczba żołnierzy strzegących terenu była znacznie większa od liczby trenujących kandydatów. Jeszcze nie było przypadku, by ktokolwiek zakłócił przebieg szkolenia lub egzaminu. Zabezpieczenie ćwiczeń było jednym z priorytetów dowództwa batalionu i leżało w kompetencjach Stańczaka.

– Nie. – Porucznik potarł niegolony od dwóch dni zarost. – Nogi z dupy powyrywam.

– Powyrywaj. A teraz pokaż mi tego gościa. Polak? Niemiec?

– Polak. Leśnik.

– Czego chce?

– Nie chciał gadać. Powiedział, że musi się widzieć z komendantem.

Wojtyński cmoknął z zaciekawieniem i spojrzał na porucznika pytająco, ten jednak potrząsnął głową, po czym zrobił minę z serii „sam zobaczysz”. Dowódca wzruszył ramionami, oficerowi dowodzącemu ćwiczeniami wydał polecenie zamknięcia uroczystości i rozesłania żołnierzy do macierzystych jednostek, po czym poszedł za Stańczakiem.

Doszli do skraju polany i weszli w las. Mrok zgęstniał. Od ziemi ciągnęło chłodem, wiatr szumiał wysoko w gałęziach. Kontury drzew były zamazane, ale Wojtyński nie potrzebował latarki. Miał wzrok niczym kot i pierwszorzędny zmysł orientacji.

Nie szli długo. Ostatnia, bezpośrednio ochraniająca miejsce ćwiczeń linia czujek oddalona była najwyżej o sto metrów od polany, na której odbywała się uroczystość zakończenia kursu. Toteż Stańczak zatrzymał się gwałtownie już po niecałej minucie. Przed nimi stało dwóch żołnierzy ubranych w kamuflujące mundury, kevlarowe hełmy i uzbrojonych w karabiny szturmowe beryl. Jeden celował do klęczącego na ziemi ubranego w zielony mundur człowieka, drugi, skryty za pniem drzewa, czujnie oglądał przedpole przez noktowizyjne gogle.

Żołnierz z noktowizorem odwrócił się.

– Panie komendancie, melduję, że przechwyciliśmy tego człowieka około pięciu minut temu – powiedział całkowicie wypranym z emocji głosem.

Wojtyński już dawno zauważył, że większość podwładnych stara się go naśladować. A w ostateczności Stańczaka.

– Skąd przyszedł?

– Od południa. Stamtąd. – Żołnierz machnął ręką w dół pokrytego lasem stoku. Poniżej powinny znajdować się jeszcze dwie linie czujek. Powinny.

– Dziękuję – zgrzytnął Wojtyński. Choć nie znosił takich zaniedbań, z reguły unikał demonstrowania złego humoru wobec żołnierzy, którzy niczemu nie zawinili, przeciwnie, wykazali się należytą czujnością. Podszedł do klęczącego mężczyzny. – Może pan wstać – powiedział.

Tamten podniósł się. Miał około pięćdziesiątki, przyprószone siwizną włosy i wyraz spokojnej rezygnacji na twarzy. Wojtyński znał już na tyle ludzi stąd, aby odgadnąć, że facet reprezentuje typ rzetelnego urzędnika państwowego, traktującego swoje obowiązki ze śmiertelną powagą.

Na gajowego za stary. Raczej leśniczy, pomyślał. Gospodarz tego terenu.

– Co pana sprowadza? – zapytał.

Tamten rozejrzał się dookoła, jakby chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. O ile oficerowie wyglądali według standardów z lat czterdziestych dwudziestego wieku całkiem zwyczajnie, o tyle wartownicy wzbudzili ogromne zainteresowanie i zamaskowaną zmieszaniem obawę gościa.

– Mam wiadomość dla dowódcy – powiedział w końcu. – Pan tu dowodzi?

– Owszem. Od kogo ta wiadomość? – odpowiedział pytaniem na pytanie Wojtyński, choć już domyślał się, w jakim kierunku będzie zmierzała rozmowa.

– Od władz wojskowych odpowiedzialnych za ten teren. Mam przekazać, że komendant jest zaniepokojony pojawieniem się w jego rejonie obcego oddziału wojskowego i proponuje spotkanie w celu udzielenia wyjaśnień.

– Komendant rejonu? – zapytał Wojtyński.

– Tylko tyle miałem do powiedzenia. Komendant prosił, abym pana przyprowadził. Jak najszybciej.

– Nie ma mowy. Może pan przekazać komendantowi, że jeżeli chce się ze mną widzieć, musi się sam pofatygować.

– Ja tam nie wiem. Co miałem powiedzieć, powiedziałem.

– Ja również. Do widzenia.

Chciał odwrócić się na pięcie i odejść, gdy poczuł, że ktoś chwyta go za rękaw.

– Pozwól na chwilę. – Stańczak miał poważną minę. Choć Wojtyński zaczynał się już niecierpliwić, usłuchał. Odeszli kawałek. – Ja bym radził iść.

– Z jakiego powodu?

– Wiem, kto jest szefem w tej okolicy. Wiechecki sporo mi o nim mówił. To nasz. Mądry. Odważny. I nie odpuści nam, jak nie będzie wiedział, o co chodzi.

– Co to znaczy, nie odpuści?

– Będzie węszył. Ma solidne oparcie w miejscowych. Jest stąd, zna każdy kąt. Możemy mieć kłopoty na przykład z furażem.

Porucznik zastanowił się przez chwilę.

– Któż to taki, ten superman? – mruknął, przyglądając się spod oka międlącemu w rękach czapkę leśnikowi.

– Znany jest pod pseudonimem Ponury.

Nic więcej nie było trzeba. Wojtyński odwrócił się na pięcie i podszedł do starszego mężczyzny.

– Dobrze – powiedział głośno. – Pójdę z panem. Obaj oficerowie będą mi towarzyszyć.

– Komendant kazał, żeby pan sam... – Leśnik wyglądał na zmartwionego. I nadal się bał. Dobrze to o nim świadczyło. Władza kazała mu przyjść i gadać, no to przyszedł i gada, choć się boi.

– Trudno. – Wojtyński rozłożył ręce. – Nie będę sam.

Mężczyzna dumał przez moment, w końcu machnął ręką na znak, że wszystko mu jedno.

Wojtyński odszedł na bok, by wydać rozkazy żołnierzom ubezpieczenia. Po chwili wrócił, dopiął guziki czarnej, prostej bluzy bez żadnych dystynkcji i poprawił pas z pistoletem.

– Możemy iść – powiedział.

9

Pułkownik IV Zarządu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, znanego także pod nazwą Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlienie, w skrócie GRU, Nikołaj Stiepanowicz Kazakowcew, przebywał w Warszawie od blisko miesiąca.

Ćwierć setki dni minęło w tempie, które przyprawiało o zawrót głowy. Skok, lądowanie, nerwowe poszukiwanie ludzi z placówki, która miała ich odebrać, jeszcze bardziej nerwowa podróż do Warszawy – po drodze byli dwa razy kontrolowani, ten drugi omal nie skończył się wpadką – urwany kontakt już w samym mieście, szukanie kontaktu rezerwowego, szczęśliwe odnalezienie kontaktu pierwotnego, rozlokowanie członków oddziału, szesnastu mężczyzn i trzech kobiet, w kilku konspiracyjnych lokalach – to wszystko następowało tak szybko, że początek misji niemal zlewał się w jedną kakofonię zdarzeń oraz wizualnych i dźwiękowych bodźców.

Pułkownik w końcu opanował sytuację. Łączność pomiędzy rozproszonymi w różnych punktach miasta sekcjami oddziału została ustanowiona, udało się także skontaktować z licznymi agentami terenowymi, z najcenniejszym, wartym każdych pieniędzy Kontaktem Numer Jeden na czele. Zadania zostały rozdzielone, zespoły udały się w teren, radiotelegrafiści dwadzieścia cztery godziny na dobę tkwili przy radiostacji, a Kazakowcew łamał sobie głowę nad następnymi posunięciami.

Zajmowane przez niego obszerne mieszkanie znajdowało się w śródmieściu Warszawy, miało dobre połączenia komunikacyjne z całym miastem, było wyposażone w telefon oraz w dwa wejścia – frontowe i kuchenne – co w razie konieczności zwiększało szanse odskoku.

Wskazani przez przełożonych Polacy byli na każde skinienie, ale nie narzucali się ze swoją obecnością.

Po pierwszym zwariowanym tygodniu, gdy wszystkie rozkazy zostały wydane, a praca rozdzielona, nastąpił okres spokoju przechodzącego w nudę.

Pułkownik któregoś dnia wyszedł na spacer, coś w rodzaju pierwszego rekonesansu, ale zlany potem wrócił po czterdziestu minutach. Postanowił więcej nie kusić losu i bezterminowo zawiesił wypady na miasto.

Warszawa zdecydowanie mu się nie spodobała, wzbudzając mieszaninę niesmaku i – co tu dużo gadać – obawy. Podczas tej krótkiej wycieczki dwa razy wybuchła strzelanina, wyły niemieckie wozy policyjne, tłum przemieszczający się po ulicach potrafił zniknąć w jednej minucie w bramach, wiedziony wskazaniami jakiegoś zbiorowego systemu alarmowego. Metody stosowane przez Niemców wobec Polaków zasadniczo nie odbiegały od tego, co niedawni sojusznicy wyprawiali w zajętej przez siebie części Rosji, a jednak były jakby bardziej gwałtowne, radykalne, stosowane z jeszcze większą bezwzględnością. Kazakowcew widział, jak patrol żandarmerii zastrzelił na ulicy niewinną ofiarę – a może winną, kto to wie. Widział, jak żydowskie dziecko wpadło w ręce policji, jak bieda i strach panoszą się dokoła. Nie, nie żałował ani Żydów, ani Polaków. Szczerze mówiąc, nie tylko ich nie żałował, ale w ogóle o nich nie myślał, skupiony na zadaniu, którego wykonanie przybliży upragnione nadejście Nowego Porządku, Sprawy, Celu – Rewolucji Światowej.

Dlatego nie mógł ryzykować własnego życia, było zbyt cenne.

Dla Sprawy.

Kazakowcew nieraz wątpił. Och nie, nie w Sprawę. W tę wierzył niezachwianie i z zapałem. Po prostu łapał się czasami na myśli, że ponosi go fantazja (prawda, rozbudzona podczas licznych rozmów z Szefem), że scenariusz zakładający objęcie Nowym Porządkiem całego świata wydaje się zbyt śmiały czy przedwczesny, a rozciągnięcie sowieckich, rewolucyjnych idei nad samą tylko Europą, łącznie z ukochanymi przez Lenina Niemcami, byłoby postępem nie lada. Gdy serce rewolucji zacznie bić w jednym, europejskim rytmie, wtedy każde marzenie stanie się realne. Cóż pozostanie? Skorumpowana, tchórzliwa, schowana za morzem Ameryka? Brytyjskie kolonie? Azja?

Tak, silna, zjednoczona sowiecka Europa, kierowana prawdziwą socjalistyczną ideą jako kolejny krok ku Rewolucji Światowej, to właściwa kolej rzeczy. Zwłaszcza że będzie to krok milowy.

A jeżeli wydarzenia potoczą się według założonego scenariusza, on, Nikołaj Stiepanowicz Kazakowcew, dowódca operacji specjalnej o kryptonimie „Jutrzenka”, dostarczy bojownikom Sprawy i ich wodzowi, towarzyszowi Stalinowi, gromowy oręż, wobec którego wszystkie armie świata z ich czołgami, samolotami i okrętami okażą się żałośnie bezradne. Ten oręż pozwoli odwrócić losy wojny, zmienić skutki wiarołomnego hitlerowskiego ataku, rozpoczętego zanim przyczajona do skoku Armia Czerwona, która kosztem milionów ofiar od tylu lat przygotowywała się do wojny, zdołała zadać skrwawionej Europie śmiertelny cios. Cios przy użyciu siedmiu milionów żołnierzy wspartych żelazną pięścią ponad dwudziestu pięciu tysięcy czołgów i piętnastu tysięcy samolotów.

Ale rankiem dwudziestego drugiego czerwca niemiecko-faszystowskie dywizje runęły na niczego niespodziewające się wojska sowieckie i nadzieja na zaprzężenie Europy, całej Europy, a po niej całego świata do socjalistycznego rydwanu, obróciła się wniwecz.

Kazakowcew pamiętał swoją rozpacz podczas tamtych strasznych czerwcowych dni. Stał na czele batalionu wyposażonego w najnowsze czołgi T-34, batalionu należącego do najpotężniejszej w całej Armii Czerwonej 4 Dywizji Pancernej, wchodzącej w skład IX Korpusu Zmechanizowanego. W toku walk odwrotowych niemal płakał z wściekłości. Nie dlatego, że całe sowieckie ugrupowanie rozpadło się w pył, niczym wydmuszka uderzona kowalskim młotem. Nie dlatego, że widział wokół siebie powszechną dezercję, masowe oddawanie się do niewoli, niedołęstwo, głupotę i tchórzostwo dowódców oraz komisarzy.

Płakał, bo upadła nadzieja, że Sprawa zwycięży.

W końcu wziął się w garść. Przeżył odwrót, awansował, został dowódcą pułku, odznaczył się w wielu bitwach. Był jednym z najmłodszych i najzdolniejszych pułkowników Wojsk Pancernych Armii Czerwonej. Za śmiałe manewry podczas bitwy stalingradzkiej nadano mu tytuł Bohatera Związku Sowieckiego.

I wtedy zjawił się Szef.

Oczywiście Kazakowcew z początku nie wiedział, kto zacz, nie domyślał się, że Szef jest szefem czegokolwiek. Przybysz nazwisko mruknął niewyraźnie, mogło się za nim kryć sto znaczeń, jakiś Kriukin, Matziukin, Riuchin, Śmukin albo jeszcze inny czort. Ale ten dziwny człowiek wyciągnął go w mroźny, nadwołżański step, wymówił trzy zdania i Kazakowcew zaczął słuchać jak zaczarowany. Po dwóch tygodniach został zwolniony z dowództwa pułku i piętnastego grudnia czterdziestego drugiego roku zameldował się w niepozornym, otoczonym ceglanym murem domu, ulokowanym w zalesionym terenie sto kilometrów na wschód od Moskwy.

Chociaż miał kilkunastu konkurentów, szybko stał się ulubieńcem Szefa. Z ogromnym samozaparciem przeszedł morderczy i okrutny trening, celująco zaliczył wszelkie testy i sprawdziany. Jego oddanie Partii nie podlegało dyskusji, pochodzenie było nienaganne, wiedza i zaangażowanie w Sprawę – pełne. Pod koniec lutego przyjęto go w szeregi etatowych pracowników IV Zarządu.

Treningi trwały dalej.

Szef zostawiał pułkownika w fachowych rękach instruktorów i znikał na całe tygodnie. Kazakowcew nie miał pojęcia, po co ani gdzie, ale nawet nie pytał. Sześć tygodni temu, po dłuższej niż zwykle przerwie, Szef nagle pojawił się w ośrodku i wezwał go do gabinetu.

– Zielony jeszcze jesteś. Zielony i młokos. – Ha! Trzydzieści cztery lata i młokos. Kazakowcew uśmiechnął się w głębi ducha, ale stał z kamienną miną wyprężony jak struna. Szef machnął ręką, żeby siadać. – Ale z tych wszystkich durni plączących się po budynku ty jeden wydajesz się mieć głowę na karku. Masz głowę na karku, Kazakowcew?

– Tak myślę, towarzyszu generale.

– Myślisz? Czy wiesz? – Szef westchnął. Udał, że się zastanawia. Zapalił papierosa i milczał. Gdy w końcu się odezwał, głos miał niższy, pełen skupienia. – Jedziesz na pierwszą linię frontu. Na zachód. Przeszło tysiąc kilometrów na zachód.

– Front nie tam, towarzyszu generale.

– Tam. Najważniejszy. Wiem, co mówię.

– Tak jest!

– Kazałem siadać, więc siadaj. Za kilka dni przerzucimy cię do Warszawy. – Kazakowcew zdziwił się, ale nie dał po sobie nic poznać. Berlin, owszem. Londyn, jak najbardziej. W ostateczności Genewa, miasto szpiegów i wielkich pieniędzy. Ale Warszawa? Peryferie Europy? Cóż ciekawego może się dziać w tym miejscu? – Dostaniesz ludzi, najlepszych. Wszyscy mówią po polsku.

– Polacy?

– Nie bój się, nasi, ale mówią jak Polacy z Zachodniej Ukrainy czy Białorusi. Oni to kiedyś nazywali Kresami Wschodnimi. – Generał skrzywił się nieznacznie i splunął. Stare dzieje, nie warto wspominać. – O PPR słyszałeś? To partia polskich bolszewików. Mamy tam sporo naszych ludzi, do kilku dostaniesz kontakt. Są pewni, o ile Polacy mogą być pewni. Przygotują ci lokale konspiracyjne i środki transportu. Dostaniesz pieniądze. Tyle, ile trzeba. O zadaniu nie wiedzą nic. Mają rozkaz zrobić wszystko, czego zażądasz.

– A zadanie, towarzyszu generale?

Szef, który dotąd krążył po zasnutym papierosowym dymem pokoju, zatrzymał się i spojrzał na Kazakowcewa, jakby jeszcze raz upewniając się, czy podjął właściwą decyzję. Pułkownik wytrzymał ciężki, przenikliwy wzrok, patrząc prosto w oczy Szefa, który dostrzegł w tym jasnym obliczu szczerość, oddanie i rozpierającą trzydziestoczteroletnią osobowość pułkownika żądzę czynu. W jednej sekundzie zrozumiał, że nie mógł dokonać lepszego wyboru. Gdyby przyszło mu wskazać teraz, w tym momencie, komu powierzyć życie: synowi, obiecującemu słuchaczowi Akademii Wojskowej imienia Frunzego czy Nikołajowi Stiepanowiczowi Kazakowcewowi, wybrałby bez wahania, w jednej sekundzie, w ułamku nawet.

Podszedł do sejfu, otworzył ciężkie stalowe drzwi, wyciągnął leżącą na samym wierzchu kartonową teczkę – trzy centymetry grubości, ocenił Kazakowcew – i rzucił pułkownikowi na kolana.

– Czytaj! – rozkazał.

10

Szli przez godzinę. Stary narzucił takie tempo, że nawet im, ludziom wytrenowanym i o trzydzieści lat młodszym, trudno było dotrzymać kroku. Tamten widział w ciemności jak kot, znał każde drzewo, każdą ścieżkę i ani razu nie zgubił kierunku.

Wojtyński ocenił, że zrobili co najmniej pięć kilometrów, co w górach i po ciemku było wyczynem nie lada. O mniej więcej kilometr oddalili się od ostatniej, najbardziej zewnętrznej linii czujek ochraniających teren ćwiczeń.

W końcu doszli na skraj lasu, skąd widać było samotną chałupę otoczoną zabudowaniami gospodarczymi. Za nią rozciągała się rozległa, wolna przestrzeń. Dopiero w sporej odległości majaczyła wieś.

Podeszli do chałupy. Drzwi jak na zawołanie otworzyły się i wyszło z nich trzech mężczyzn. Wojtyński wraz z towarzyszącymi oficerami zatrzymał się o kilka metrów przed nimi. Pomyślał, że miejsce spotkania wybrane zostało doskonale, z wielką znajomością rzeczy. Dobre do obserwacji i obrony, a także do odskoku. Gdyby porucznik miał decydować o tych sprawach, wybór byłby identyczny.

Leśnik zniknął jak duch.

Pośrodku grupki mężczyzn, którzy wyszli im na spotkanie, stał człowiek najniższy z całej trójki – niższy od Wojtyńskiego, którego wzrost już w okolicach matury zatrzymał się na cyfrze sto osiemdziesiąt i za nic nie chciał się podnieść – o ciemnej karnacji, mocnym zaroście na znamionującej stanowczość i siłę woli kwadratowej szczęce, o zimnym błysku piwnych oczu, spoglądających spod krzaczastych, zrośniętych nad nosem brwi. Facet ubrany był w sfatygowany płaszcz ściągnięty w pasie jeszcze bardziej sfatygowanym paskiem, lata świetności spodni i butów także przypadały na okres przedwojenny. Mimo tak niepozornego stroju dało się w tym człowieku wyczuć wojskowego, i to wysokiej klasy. Towarzysze piwnookiego emanowali spokojem i fachowością. Po całej trójce nie widać było wahania. Spotykali się z nieznanym, ale to nie zachwiało ich pewnością siebie. Czuli się doskonale w roli gospodarzy.

Wojtyński nabrał stuprocentowego przekonania, że te twarze, a zwłaszcza twarz dowódcy, szefa pozostałej dwójki – bo bez wątpienia piwnooki był szefem – widział wielokrotnie. W szkole, na lekcjach historii poświęconych drugiej wojnie światowej. Zdolność zapamiętywania rozmaitych szczegółów, na przykład fotografii, była immanentną cechą jego osobowości i bardzo się teraz przydała.

Ponadto Wiechecki, batalionowy ekspert od historii, całkiem niedawno sporo mu o tym człowieku opowiadał.

Piwnooki już otwierał usta, ale porucznik go uprzedził.

– Pan komendant Ponury, jak sądzę – powiedział swobodnym tonem. – Oraz panowie Robot i Nurt.

Przybysze drgnęli. To był frontalny atak. Nie spodziewali się tego. Sami mieli być stroną atakującą. Ale piwnooki oficer uznał, że warto podjąć grę na zasadach narzuconych przez gościa.

– Pan natomiast dowodzi oddziałem, który przebywa na moim terenie, prawda? Od trzech tygodni prowadzicie tu szkolenie wojskowe.

W istocie kandydaci na członków batalionu zasadniczą część kursu odbyli w Warszawie i okolicach. W kieleckie lasy przybyli przed trzema tygodniami, aby odbyć ostatnią turę szkoleń i egzaminów.

Wiadomości były stuprocentowo dokładne. Obie strony strzeliły po pięknej bramce i na razie był remis.

Wojtyński zaklął w duchu, ale zdołał się zmusić do uprzejmego – taką przynajmniej żywił nadzieję – uśmiechu. Przyjemny tenor gospodarza zrobił na nim duże wrażenie. Nie ma się co denerwować. W końcu samo zaproszenie wskazywało, że przeciwnik – a może partner – wiedział o nich coś niecoś. A to, że tyle wiedział i chciał rozmawiać, przemawiało na jego korzyść.

– Tego nie mogę potwierdzić – odrzekł spokojnym tonem. – Skorzystam z faktu, że nie muszę się przed nikim tłumaczyć...

– Niezupełnie – wpadł mu w słowo Ponury. – Jestem komendantem tego obszaru i wszystko, co się na nim znajduje, podlega mojej jurysdykcji i rozkazom.

– Wiem, kim pan jest, i cieszę się, że właśnie pan to przyznał. – Wojtyński kiwnął głową. – Dobrze. Zakładam, że macie panowie jakąś sprawę, inaczej nie fatygowalibyście mnie taki kawał po lesie. Sami też z Michniowa musieliście przejść parę kilometrów.

Dając dowód dobrej orientacji w położeniu Ponurego, Wojtyński po raz kolejny wywołał wyraz zdumienia na twarzach gospodarzy. Ale ci, tak jak poprzednio, opanowali się szybko. Ponury nawet się uśmiechnął, uprzejmym gestem wskazał wnętrze chałupy i powiedział:

– Wygląda na to, że porozmawiamy nieco dłużej, a robi się zimno. Zapraszam na kwaterę.

Wojtyński skinął głową, schylił się i wszedł przez obszerną sień do wielkiej kuchni. Pośrodku stał stół z kilkoma krzesłami, ogień buzował pod blachą. Było ciepło i przytulnie.

– Rozumiem, że tu możemy rozmawiać bez przeszkód – stwierdził.

– Owszem. Teren jest dobrze zabezpieczony.

Bez dwóch zdań. Niezależnie od wszystkiego, Wojtyński sam się o to postarał.

Usiadł. Pozostali również zajęli miejsca przy stole. Trzech na trzech, po dwóch stronach. Pośrodku, przykryta kraciastą ceratą, pusta przestrzeń. Pomyślał, że powinni siedzieć razem.

– Słucham.

– Powiem szczerze. – Ponury zdjął płaszcz i położył go na oparciu krzesła. – Moi ludzie obserwują was od dłuższego czasu. Proszę się nie dziwić. Staram się być człowiekiem dobrze poinformowanym, a jestem odpowiedzialny za ten rejon. Wyniki obserwacji są... zastanawiające. Zasięgnąłem o was języka wyżej. Odpowiedź otrzymałem dużo szybciej, niż się spodziewałem, i to prosto z Komendy Głównej...

– I cóż to była za odpowiedź? – zapytał Wojtyński uprzejmym tonem.

Ponury spojrzał na niego uważnie i uśmiechnął się. Pytanie porucznika wybrzmiewało w izbie jeszcze przez kilka sekund.

– Wie pan, że nie tylko ja się wami interesuję? – raptownie zmienił temat.

Wojtyński siedział nieruchomo, wpatrując się w siedzącego naprzeciwko człowieka. Zastanawiał się, dokąd zmierza ta rozmowa.

– Nie mówię o Niemcach. – Ponury zawiesił znacząco głos.

– A o kim?

Zamiast odpowiedzi, wyciągnął zza pazuchy pomiętą kartkę papieru i rozłożył ją na stole. Była to połówka przedwojennej mapy sztabowej, niezwykle dokładnie przedstawiającej pewien fragment Gór Świętokrzyskich. Spojrzał porucznikowi prosto w oczy.

– Mówi panu coś nazwa Gołoborze Uroczysko?

Cios był niespodziewany i mocny. Na twarzy Wojtyńskiego, zwykle kamiennie spokojnej, przemknął wicher. Po sekundzie zgasł. Ale Ponury dostrzegł, że trafił.

– A konkretnie to miejsce? – Zakreślił wydobytym z kieszeni ogryzkiem kopiowego ołówka niewielkie kółko pośrodku mapy.

– Nie. – Wojtyński wiedział, że przegrał. I zdawał sobie sprawę, że przeciwnik – czy może partner – zdaje sobie z tego sprawę. Pytanie tylko, co zrobić w tej sytuacji.

– Myślę, że pan dobrze wie, o czym mówię. Ma pan tam ulokowany w jaskini schowek ze sprytnie zamaskowanym wejściem. Duże wejście do tej jaskini zostało zawalone wybuchem. Tu obecny mój kolega jest specjalistą od materiałów wybuchowych, a ja także wiem coś niecoś na ten temat. Z boku, bardzo dobrze ukryte, jest małe wejście. Najprawdopodobniej zaminowane. Patrol złożony z kilku świetnie uzbrojonych żołnierzy odwiedza to miejsce codziennie.

Chociaż nie wymienił nawet połowy zabezpieczeń, Wojtyński był pełen podziwu dla wywiadowczej roboty Ponurego. Dyskretnej i skutecznej. Wziąwszy pod uwagę fakt, że ani Stańczak ze swoimi ludźmi, ani bezpośrednia ochrona do dziś nie zdawali sobie sprawy, że jedna z kryjówek jest obserwowana – bardzo dyskretnej i skutecznej.

Problem w tym, że w okolicy znajdowały się dwie kryjówki. Ta, o której mówił przedwojenny oficer policji, cichociemny, dowódca i organizator błyskotliwej akcji rozbicia więzienia w Pińsku i uwolnienia trzech towarzyszy broni, obecny komendant Kierownictwa Dywersji Okręgu Radomsko-Kieleckiego, porucznik Jan Piwnik, pseudonim Ponury, była niezwykle ważna. Kryła dużą ilość nowoczesnego sprzętu – na czele z czołgami twardy, kołowymi transporterami opancerzonymi rosomak, samobieżnym, dwulufowym moździerzem amos, zestawem przeciwlotniczym szyłka oraz sporymi zapasami broni piechoty – a także pewne urządzenie, które stanowić miało kartę rozgrywkową w nadchodzącej batalii o kształt powojennej Polski. Jednak zawartość tego magazynu, jakkolwiek ważka, mogąca przechylić w pewnych szczęśliwych okolicznościach szalę zwycięstwa, bladła w porównaniu z zawartością następnej, znajdującej się kilka kilometrów dalej kryjówki. Miejsca, którego odkrycie z całą pewnością popchnęłoby losy drugiej wojny światowej na zupełnie nowe tory.

Jeżeli Ponury lub któryś z jego milczących do tej pory towarzyszy zdradzi, że w jakikolwiek sposób są poinformowani o istnieniu drugiego magazynu, Wojtyński będzie miał nie lada kłopot. Przeniesienie zawartości obu schowków stanie się nagłym, palącym priorytetem.

– To bardzo interesujące, co pan mówi. – Porucznik zdołał już ochłonąć. Odchylił się do tyłu, założył nogę na nogę. Dłonie położył na kolanach. – Ale jeżeli pan pozwoli, chciałbym wrócić do sprawy, o której pan wspomniał na początku naszej rozmowy. Cóż na nasz temat powiedziała panu Komenda Główna?

– To jest dopiero interesujące. – Ponury uśmiechnął się półgębkiem, choć oczy pozostały czujne. – Oficjalnie nikt nie potwierdza waszego istnienia. I równie oficjalnie dostałem rozkaz, żeby się wami nie interesować. Mam się nie interesować czymś, co nie istnieje. Nie przeszkadzać, nie pomagać, tak jakby was w ogóle nie było. Zagrożono mi, że jeżeli nadal będę węszył, zostanę odwołany ze stanowiska.

– No właśnie. A pan nie wykonał rozkazu.

– Owszem. – Głos nieznacznie, ale zauważalnie się zaostrzył. Ponury wstał raptownie i zaczął przechadzać się po pokoju, zmuszając gości do ciągłego kręcenia głowami. – Nie wykonałem. Powiem panu dlaczego. Bo z obserwacji wynika, że jesteście zorganizowani i uzbrojeni tak, jak żaden oddział partyzancki na terenie Polski. Wyglądacie jak regularne wojsko, a wasze metody szkoleniowe są... – przez chwilę szukał właściwego słowa – nietypowe. Awangardowo nowoczesne, tak bym to ujął. Nie spotkałem się z takimi, choć, niech mi pan wierzy, przeszedłem wszechstronne wyszkolenie wojskowe. Lepsze niż wielu innych. Pan i pana ludzie potraficie zorganizować ćwiczenia tak, że Niemcy nie tylko o tym nie wiedzą, ale nawet nie mają pojęcia, że tak wielki oddział kręci się po okolicy. Zabezpieczacie się fachowo, a w terenie poruszacie się umiejętnie. A jednocześnie nie walczycie, przynajmniej tu, na Kielecczyźnie. Z drugiej strony zewsząd słyszę o wielu tajemniczych akcjach, ot, gubernator Frank ginie od kuli, a strzelec rozpływa się bez śladu. Wiem, że taki strzał musiał być oddany z bardzo daleka, bo Frank miał liczną ochronę i nie było łatwo się do niego dostać. Innym razem przed gmachem radomskiego gestapo wybucha ciężarówka z trotylem i cały budynek znika z powierzchni ziemi, a wraz z nim ponad trzystu funkcjonariuszy. W innych zamachach ginie sporo Niemców, i to wysokiego szczebla. I żadna z akowskich komórek się do tego nie przyznaje, choć oficjalnie wiadomo, że to robota AK. Widzi pan, mam sporo znajomych. Pytałem tu i tam. Nikt nic nie wie i każdy się zastanawia, co to może być. A ja, obserwując was, myślę sobie, że to wszystko może być waszą robotą.

– Czego pan chce? – zapytał Wojtyński, kiedy Ponury zamilkł, by zaczerpnąć tchu.

– Dochodzimy do sedna sprawy. Nie twierdzę, że skoro dotarłem do pana ja z moimi ludźmi, mogą dotrzeć i Niemcy. Albo inaczej, nasi wrogowie. Mam swoich informatorów w terenie, umiem się tu poruszać i wiem, co się dzieje. To prawda, szukaliśmy was długo, ale w końcu się udało. Mimo wszystko, skoro mogłem ja, może się zdarzyć i tak, że ktoś inny, nazwijmy to, nie tak życzliwie nastawiony, pana odnajdzie. I kryjówkę lub kryjówki. – Wojtyński zesztywniał. – Bo zakładam, że to, co wskazałem na tej mapie, to niejedyny pana magazyn czy punkt bojowy. I będzie pan miał kłopoty.

Znowu zamilkł na dłuższą chwilę. Obie grupy asystencyjne – Jamróz i Stańczak z jednej strony i Nurt oraz Robot z drugiej – patrzyły na siebie w napięciu. Za pazuchami tkwiła broń. Cztery dłonie pozostały pod stołem, mocno ściskając wilgotne od potu rękojeści. Z odległości metra colt albo vis wyrywa w ciele takie same dziury jak wist czy glock.

Ale przynajmniej jedna ze stron zdawała sobie sprawę, że strzelanina byłaby absurdem.

– A więc? – przynaglił Ponurego Wojtyński. Dostrzegał wręcz komiczną nienaturalność tej sytuacji.

– Zakładam, że walczymy po tej samej stronie, z tym samym wrogiem. Mogę zapewnić, że poza naszą trójką nikt o panu nie wie, a przynajmniej nie ma całościowego obrazu sytuacji. I tak pozostanie. Otoczę dodatkową ochroną działania pańskich ludzi na tym terenie, nie będę się wtrącał. I nikt z moich podwładnych nie będzie się wami interesował, a mogę zapewnić, że moi ludzie słuchają moich rozkazów. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Może pan liczyć na pomoc w razie konieczności. Przekażę panu dane osoby, która za wami węszy.

– A w zamian?

– Widzę, że jest pan człowiekiem konkretnym. To bardzo dobrze. Moja prośba jest prosta. Wiem, że macie spore możliwości organizacyjne. Chcę broń i wyposażenie dla stu ludzi.

Wojtyński roześmiał się głośno. Tylko ktoś, kto go dobrze znał, wiedział, że śmiechem zamaskował wielkie westchnienie ulgi.

– Tak z ciekawości... jak pan mnie znalazł? – mruknął.

Tym razem to Ponury zaśmiał się filuternie. Atmosfera wyraźnie się rozluźniła.

– Nie chcę usprawiedliwiać nieuwagi pana żołnierzy – powiedział w końcu z wyraźną nutką przekory i satysfakcji – ale utrudniliśmy im zadanie. Znamy dobrze teren i bardzo staraliśmy się, aby nas nie zauważyli. A obserwacja tak wielkiego zgrupowania, i to w dobrze znanym lesie, nie jest w końcu taka trudna, jak się wie, czego szukać, i umie się to robić. I niech pan się nie obawia, Niemcy nie mają takich możliwości.

Wojtyński skinął głową, aby pokazać, że docenia podsuwane mu honorowe wyjście, ale wiedział swoje.

– Winni zaniedbań zostaną ukarani – odparł. – Dziękujemy za zaproszenie. Będziemy się zbierać. Wiem, że wybiera się pan do Warszawy. Dziś mamy siedemnastego. Proszę dwudziestego przed południem, powiedzmy o jedenastej, zadzwonić pod ten numer – wyjął z kieszeni kartkę papieru, ołówek i napisał pięć cyfr – i zapytać o wuja Henryka.

– Rozumiem, że przyjmuje pan moją propozycję?

– Nie nazwałbym tego propozycją. Przystawia mi pan pistolet do głowy. Raczej nie lubię takich sytuacji. Ale w tym przypadku wierzę w pana dobre intencje i wiem, że ma pan ambitne plany zaktywizowania tego rejonu. Postaram się pomóc.

– Dziękuję. A mapę proszę zabrać. Już o niej zapomniałem. Tak jak i o całej sprawie.

Wojtyński kiwnął głową, złożył arkusz na pół i wsadził za pazuchę. Wstał, puścił asystujących mu oficerów przodem, uścisnął dłonie trójki gospodarzy, spojrzał jeszcze raz Ponuremu w oczy i wyszedł w ciemną, kwietniową noc.

11

Porucznik Andrzej Zellman, dowódca plutonu ochronnego Obiektu Numer Dwa, nudził się. Nudził się piekielnie i w całej rozciągłości, nuda oblepiała niemal całe jego służbowe życie. Niemal – bo w chwilach wolnych od obowiązków służbowych porucznik oddawał się marzeniom.

O powrocie do domu, jak wszyscy. To znaczy, oczywiście, wszyscy stamtąd. Zauważył, że od pewnego czasu starannie unikali rozmów na ten temat, instynktownie czując, że jest to obszar zaminowany, a najdłuższa nawet dyskusja nie rozwiąże podstawowego problemu, którym był brak możliwości powrotu. Gdy ktoś zaczynał mówić o jakimkolwiek, nawet mało istotnym zdarzeniu stamtąd, był natychmiast w ostry sposób przywoływany do porządku. Zellman musiał nawet pewnego razu rozdzielać dwóch kaprali ze swojego plutonu. Gdyby o sekundę spóźnił się z interwencją, najprawdopodobniej polałaby się krew.

Ale to, że nie gadali, nie znaczy, że nie marzyli. On tak robił i wiedział, że wszyscy inni robili to samo, jednocześnie starając się sumiennie wykonywać codzienne obowiązki.

I tu trafiali na nudę.

Nuda – rodzona siostra rutyny. Nieodłączny składnik codziennie powtarzanych czynności, wykonywanych w tej samej kolejności, o tej samej godzinie. Obchód stanowisk, odprawa z dowódcami drużyn, sprawdzenie systemów alarmowych, minerskich i łączności, rozmowa z szefem produkcji, wysłuchanie raportu dotyczącego planowanych transportów, sporządzenie własnego raportu do dowództwa. To samo. Codziennie. Tydzień za tygodniem.

Gdy niespełna dwa miesiące temu otrzymywał dowództwo plutonu ochrony, potraktował to jako wyróżnienie, a także swego rodzaju ucieczkę od szarpiących nerwy akcji, ciągłych szkoleń, monotonnych obserwacji. Od cholernej huśtawki nastrojów. Ale początkowy entuzjazm szybko ustąpił miejsca znużeniu. Czasami próbował sobie przypomnieć powody, dla których cieszył się z tej nominacji, i nic nie przychodziło mu do głowy. Zamienił życie aktywne na rutynowe, akcję na nudę, adrenalinę na ciągłą senność.

Sprawy nie ułatwiał sposób, w jaki traktowali go właśni żołnierze.

Wszystkie drużyny plutonu dowodzone były przez dawnych operatorów GROM-u. Również poprzedni dowódcy zmiany pochodzili z tej formacji. A gromiarze mieli zwyczaj, może nie do końca przez nich samych uświadomiony i nie do końca celowo wprowadzany w życie, traktowania kolegów spoza ich kręgu nieco protekcjonalnie. Z dyskretną, ale zauważalną wyższością.

Zellman nie miał nic wspólnego z siłami specjalnymi. Z wykształcenia był specjalistą od konstrukcji mostowych, we wrześniu trzydziestego dziewiątego dowodził plutonem saperów i podlegał Stańczakowi. Po rozpoczęciu nowego życia w szeregach akowskiej konspiracji, kiedy batalion właściwie tworzył się na nowo, zgłosił Wojtyńskiemu chęć przejścia do „oddziałów bojowych”, jak to nazwał. Saperskie obowiązki z ulgą scedował na sierżanta Gintowta, dowódcę pierwszej drużyny w swoim plutonie. Gintowt, ucieszony zresztą takim obrotem sprawy, zdążył od tamtego czasu awansować na podporucznika i z wielką ochotą dowodził batalionowym plutonem saperów, a także prowadził szkolenia dla kolejnych grup entuzjastycznej, akowskiej młodzieży. („Wybuchamy, wybuchamy – zwykł był mawiać, gdy spoceni z wrażenia adepci odpalali pierwsze próbne ładunki, usiłując wysadzić w powietrze obiekt treningowy. – Bo jak my ich nie wybuchniemy, to one nas wybuchną”).