Wydawca: Goneta Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 122 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Maja z Hoteliku Pod Wierzbami - Monika Lipińska

Pełna ciepła rodzinnego książka dla młodzieży, napisana łatwym językiem, co jest cechą charakterystyczną tej pisarki.

Poznajemy Maję i jej mamę, kiedy mieszkają w miasteczku na Dolnym Śląsku. Autorka nie podaje jego nazwy, nazywa je po prostu miasteczkiem. Maja uwielbia wycieczki do lasu i kocha przyrodę. Jej mama samotnie opiekuje się swoją córką, bo tata zmarł, kiedy Maja była dzieckiem. Mama Mai, Adela, pracuje jako pokojówka w dużym hotelu poza miasteczkiem. Otrzymuje jednak propozycję pracy we Wrocławiu w hotelu „Pod Wierzbami”, co uważa za okazję do poprawienia bytu swojego i córki. Podejmuje decyzję o opuszczeniu miasteczka. Wyjeżdżają obie z ogromnymi obawami o przyszłość. Hotel „Pod Wierzbami” okazuje się hotelikiem rodzinnym z pięcioma pokojami dla gości, usytuowanym niedaleko rzeki, z dala od centrum miasta. Maja od razu zakochuje się w tym miejscu. Zwłaszcza że hotelikiem zarządzają uroczy i pełen ciepła opiekuńczy pan Tymoteusz i jego wspaniała żona Adela, która piecze i gotuje najlepsze przysmaki na ziemi. Maja zaprzyjaźnia się z synem właścicieli, Tymkiem, który z powodu problemów w szkole, uczy się w domu. Dzięki Mai Tymkowi udaje się pokonać przeciwności losu, za co wdzięczni są jego rodzice i babcia, również mieszkająca w hoteliku. Jest jeszcze młodsza siostra Tymka, Flora. Mama Mai z początku przerażona tym, co zobaczyła po przyjeździe, powoli przekonuje ufnych i otwartych właścicieli do wprowadzenia zmian wokół posesji i w pokojach gościnnych. Mama Mai jest malarką-amatorką, więc na ścianach pokoi dla gości wyczarowuje piękne i oryginalne ozdoby . Wszyscy zaprzyjaźniają się szybko i zaczynają się traktować prawie jak rodzina. Dzieje się tak nawet, gdy pojawiają się pierwsi goście hoteliku „Pod Wierzbami”. Mama Mai namawia też właścicieli, żeby stosownie do nazwy miejsca posadzić wierzby przed hotelem. Każdy z domowników sadzi swoje drzewko. Taki zaszczyt spotka jeszcze kilka innych wspaniałych osób, uczestniczących w różny sposób w życiu tego uroczego miejsca. Nie brakuje tu też oczywiście różnych zwierząt — jest pies Nero, kot Troll i kanarek.

Opinie o ebooku Maja z Hoteliku Pod Wierzbami - Monika Lipińska

Fragment ebooka Maja z Hoteliku Pod Wierzbami - Monika Lipińska

Maja z hoteliku „Pod Wierzbami”

Monika Lipińska

Warszawa 2012

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Goneraul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawawww.goneta.net

Okładka: Małgorzata Szymszonhaxi69@gmail.com

Korekta: Anna Makarewicza_makarewicz@o2.pl

Redakcja: Aneta Gonerawydawnictwo@goneta.net

Skład: INPINGO

Inpingo Sp. z o.o.ul. Niedźwiedzia 29b, 02-737 Warszawa

ISBN: 978-83-62041-75-6

Wydanie 1.Warszawa, czerwiec 2012

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Od redakcji:

„Maja z hoteliku Pod Wierzbami” — pełna ciepła rodzinnego książka dla młodzieży, napisana łatwym językiem, co jest cechą charakterystyczną tej pisarki.

Poznajemy Maję i jej mamę, kiedy mieszkają w miasteczku na Dolnym Śląsku. Autorka nie podaje jego nazwy, nazywa je po prostu miasteczkiem. Maja uwielbia wycieczki do lasu i kocha przyrodę. Jej mama samotnie opiekuje się swoją córką, bo tata zmarł, kiedy Maja była dzieckiem. Mama Mai, Adela, pracuje jako pokojówka w dużym hotelu poza miasteczkiem. Otrzymuje jednak propozycję pracy we Wrocławiu w hotelu „Pod Wierzbami”, co uważa za okazję do poprawienia bytu swojego i córki. Podejmuje decyzję o opuszczeniu miasteczka. Wyjeżdżają obie z ogromnymi obawami o przyszłość. Hotel „Pod Wierzbami” okazuje się hotelikiem rodzinnym z pięcioma pokojami dla gości, usytuowanym niedaleko rzeki, z dala od centrum miasta. Maja od razu zakochuje się w tym miejscu. Zwłaszcza że hotelikiem zarządzają uroczy i pełen ciepła opiekuńczy pan Tymoteusz i jego wspaniała żona Adela, która piecze i gotuje najlepsze przysmaki na ziemi. Maja zaprzyjaźnia się z synem właścicieli, Tymkiem, który z powodu problemów w szkole, uczy się w domu. Dzięki Mai Tymkowi udaje się pokonać przeciwności losu, za co wdzięczni są jego rodzice i babcia, mieszkająca również w hoteliku. Jest jeszcze młodsza siostra Tymka, Flora. Mama Mai z początku przerażona tym, co zobaczyła po przyjeździe, powoli przekonuje ufnych i otwartych właścicieli do zmian wokół posesji iw samych pokojach. Mama Mai jest malarką-amatorką, więc na ścianach pokoi dla gości wyczarowuje piękne i oryginalne ozdoby . Wszyscy zaprzyjaźniają się szybko i wyłapują wspaniałą rodzinną atmosferę, a także akceptują zwyczaje tego domu. Powoli zaczynają się traktować prawie jak rodzina. Dzieje się tak nawet, gdy pojawiają się pierwsi goście hoteliku „Pod Wierzbami”. Mama Mai namawia też właścicieli, żeby stosownie do nazwy miejsca posadzić wierzby przed hotelem. Każdy z domowników sadzi swoje drzewko. Taki zaszczyt spotka jeszcze kilka innych wspaniałych osób, uczestniczących w różny sposób w życiu tego uroczego miejsca. Nie brakuje tu też oczywiście różnych zwierząt — jest pies Nero, kot Troll i kanarek.

Monika Lipińska — studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, ale ostatecznie ukończyła Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy. Z wykształcenia jest zatem bibliotekarzem i animatorem kultury.

Z zamiłowania podróżnik i eksplorator innych kultur i obyczajów, których poznawanie ogromnie ją fascynuje. Zwłaszcza kultura Chin i Japonii.

Przez rok była wolontariuszką we Włoszech. Przygoda ta zaowocowała jej pierwszą książką zatytułowaną „Wszystkie smaki cappuccino”, wydaną w 2006 roku. Potem ukazała się powieść dla młodzieży „Miasto Zaginionych Ojców” (2007). W tym samym roku pani Lipińska zdobyła trzecie miejsce w konkursie Wydawnictwa Telbit na powieść dla młodzieży za książkę „Ćmy i motyle”, wydaną również w tym samym roku. W tym samym wydawnictwie w 2009 roku ukazała się powieść dla dzieci „Gaja i Anioł”, a w 2010 roku ostatnia książka pani Moniki Lipińskiej zatytułowana „Kokosowy Budda”, która zdobyła pierwsze miejsce w konkursie Wydawnictwa Telbit na powieść dla młodzieży.

Monika Lipińska ma na koncie również artykuły o kulturach innych krajów. W 2005 roku zdobyła pierwsze miejsce w konkursie ogłoszonym przez czasopismo „Praca i Nauka za Granicą” za reportaż zatytułowany „Bezdomność w Dublinie”, opowiadający o sytuacji Polaków za granicą.

W 2011 roku ukazało się jej pierwsze opowiadanie napisane dla dorosłych pod tytułem „PKN” wydane przez Gonetę w wersji elektronicznej.

Rozdział 1.

Wyprowadzka na urodziny

Poza tortem, na dwunaste urodziny, mama uraczyła mnie niesamowitą wiadomością — wyjeżdżamy z miasteczka. I to chyba na dobre, bo znalazła pracę w dużym, pięknym mieście.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć, bo lubię naszą mieścinę, z jej niewysokimi domami, okrągłym placykiem w centrum i starą stacją kolejową, na której coraz rzadziej zatrzymują się pociągi. Lubię także moją szkołę, nieduży budynek z czerwonej cegły, stojący w pobliżu lasu, do którego często chodzimy na lekcjach przyrody albo ot tak, bez powodu.

Wiosną szukamy białych łebków przebiśniegów, dzielnie przebijających się na świat, cieszymy się zawiązkami młodych listków. Latem zbieramy jagody i włóczymy się po znanych na wylot ścieżkach. Jesienią las jest nasz, na wyścigi zbieramy kasztany, brodzimy w kolorowym, szeleszczącym morzu liści. Zimą rozwieszamy karmniki dla ptaków i uzupełniamy siano w paśniku.

Ja i moja przyjaciółka, Wera, jesteśmy nierozłączne. Mogłybyśmy spędzać razem każdą wolną chwilę. To trudne, bo Wera po lekcjach musi zajmować się trójką rodzeństwa. Często jej pomagam, bo dzieciaki są okropnie energiczne i utrzymanie ich w ryzach to naprawdę ciężka robota. Rodzice Wery prowadzą sklep i zawsze dają mi coś ekstra, jak przychodzę zrobić zakupy. A to parę cukierków, a to batonik czy torebkę orzeszków. Mama złości się, bo uważa, że to nie wypada, ale czy można odmówić, gdy ktoś cię częstuje?

Wbrew temu, co mama myśli, rodzice Wery wcale się nade mną nie litują. Fakt, nie mamy za wiele pieniędzy, ale dajemy sobie radę. Musimy.

Jesteśmy tylko we dwie, bo tatuś zmarł, kiedy byłam malutka i przez to wcale go nie pamiętam. Dziadkowie od strony taty mieszkają daleko, nad samym morzem. Mama swoich rodziców nie pamięta, bo wychowywała się w domu dziecka. Trafiła tam jako niemowlę, więc nic o sobie nie wie. Współczuję jej bardzo, bo to musi być okropne uczucie — nie wiedzieć tak naprawdę, kim się jest. Ale mama jest bardzo dzielna. Nie daje sobie w kaszę dmuchać. Pracuje w hotelu, piętnaście minut drogi od miasteczka.

Nie podoba mi się ten hotel. Nudna, szara bryła z mało oryginalnym napisem „Hotel” na froncie. Rzadko tam jeżdżę. Zresztą mama nie chce, żebym przeszkadzała jej w pracy. Jest jedną z czterech pokojówek i naprawdę ma co robić. Sprzątanie tych wszystkich pokoi to naprawdę ciężka praca, dlatego często wraca bardzo zmęczona. Przynosi ze sobą gotowy obiad, robiony w hotelowej kuchni. Zjadamy go bez specjalnego apetytu. Obiecuję sobie, że niedługo nauczę się gotować i będę przygotowywała mamie takie smakołyki, że mucha nie siada.

Zamierzałam powiedzieć jej o tym podczas przyjęcia urodzinowego na dwie osoby, tymczasem ona wyskoczyła z taką nowiną.

— Będziemy mieszkać we Wrocławiu, w hotelu „Pod Wierzbami”. Co ty na to? — spytała, oblizując palec po kremie.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Patrzyłam na mały, czekoladowy torcik, ozdobiony cukrową różą, z białym napisem „Maja, 12 lat”. Obok, w malutkim pudełeczku, na białym aksamicie, leżał mój prezent urodzinowy — srebrna broszka w kształcie kota.

Kocham koty i bardzo chciałabym mieć własnego, ale mama powtarza, że nie mamy odpowiednich warunków. Może kiedyś… Zamiast tego daje mi z różnych okazji kocie przedmioty — maskotki, malutkie, porcelanowe kotki. Mam też portmonetkę i torbę w kształcie kociej głowy.

— Maja? Czemu nic nie mówisz?

Oderwałam wzrok od srebrzystego kotka.

— Wiem, że to wielka zmiana, ale to najlepsze, co możemy zrobić, córeczko. Rozumiesz to, prawda?

Skinęłam głową, bo słowa, które chciałam wypowiedzieć, ugrzęzły mi w gardle. Nie chciałam wyjeżdżać, ale wiedziałam, że mamie będzie bardzo przykro, gdy jej to powiem. I tak nie mogłam niczego zmienić. Szkoda mi było zostawiać dom i szkołę, i Werę, i las, i to wszystko, co było moje. Ale we Wrocławiu niekoniecznie musiało być źle.

Uśmiechnęłam się, a mama wyraźnie odetchnęła z ulgą.

— Cieszę się, że to rozumiesz — powiedziała. — Zobaczymy, jak nam się ułoży. Na początku będziemy mieszkać w hotelu, a potem poszukamy jakiegoś mieszkania i pomyślimy o jakimś kotku. Co ty na to?

— Naprawdę? Będę miała kotka? Super!

Zerwałam się i rzuciłam mamie na szyję. Uściskała mnie mocno, przy okazji całując w oba policzki.

— Chodź, zjedzmy wreszcie ten tort.

— Najpierw przypnij mi kotka — sięgnęłam po broszkę. — Będę go nosić cały czas. Obiecuję, że nie zgubię.

Mama z poważną miną przypięła kocią broszkę tuż pod lewym rogiem kołnierzyka. Śmieszne, ale przez chwilę czułam się, jakbym dostawała medal. Cieszyłam się, że zareagowałam spokojnie na wiadomość o przeprowadzce. Skoro mogłam oszczędzić mamie zmartwienia, warto było to zrobić. A nawet jeszcze więcej.

Z tą myślą przystąpiłyśmy do pakowania. To straszna robota — spakować całe życie w cztery walizki. Na szczęście jedna z koleżanek mamy zgodziła się przechować nasze meble i wszystko, czego na razie nie potrzebujemy, dopóki nie będziemy miały własnego kąta.

— Miło się przekonać, że ludzie wokół są tacy życzliwi — przyznała mama jednego z ostatnich wieczorów przed wyjazdem, gdy mocowała się z zamkiem opornej walizki.

Ledwie skończyła, rozległ się dzwonek domofonu.

— Kogo tu niesie? Otworzysz?

Nawet się nie zdziwiłam, gdy w słuchawce usłyszałam zachrypniętą od płaczu Werę.

— Możemy na chwilę? — spytała, więc nacisnęłam guzik, bo wyglądało na to, że się dziewczyna rozpłynie we łzach, jeśli nie poklepię jej przyjacielsko po ramieniu.

Trochę zabawne było, że to ja muszę ją pocieszać, a przecież to moje życie zmienia się całkowicie. Czemu jednak powiedziała „możemy”? Trochę się zaniepokoiłam, czy nie przyprowadziła swoich braci. W naszym mieszkaniu panował totalny chaos, żadna rzecz nie leżała na swoim miejscu. Gdyby do tego kramu dobrało się trzech rozbrykanych przedszkolaków, roznieśliby wszystko w pył. Strach się bać!

Ale w drzwiach pojawiła się Wera ze swoimi rodzicami. Było dużo łez, dużo pocieszania i zapewniania o sympatii. Rzuciłyśmy w diabły pakowanie. Mama podała kawę i herbatniki i siedzieliśmy w piątkę przy stole — gadaliśmy i udawaliśmy, że już niedługo się zobaczymy, a tak w ogóle to przecież nie jedziemy na koniec świata. Potem zabrałam Werę do mojego malutkiego pokoju, a ona znów zaczęła płakać i powtarzać, że będzie okropnie smutna i samotna, jak wyjadę, a na dodatek będzie musiała poskramiać samotnie stado braci. W końcu mnie też zachciało się płakać, ale wtedy Wera przypomniała sobie, że ma dla mnie prezent i wyciągnęła z kieszeni malutkie pudełeczko. Było trochę podobne do tego, w którym znajdowała się broszka.

Zrobiło mi się głupio, bo ja nic dla niej nie miałam. Zresztą jakim sposobem? Przecież wpadli jak po ogień.

— Otwórz — zachęciła — Mam nadzieję, że będzie ci się podobać.

Uniosłam wieczko i zapuściłam żurawia do środka. Na czarnym aksamicie leżały malutkie kolczyki w kształcie kocich głów.

— Pomyślałam, że będą ci pasować do broszki — wyznała Wera, trochę zawstydzona. — Podobają ci się?

Teraz na mnie przyszła kolej, by płakać i siąpić nosem. Wera natychmiast do mnie dołączyła. Trwałoby to dłużej, ale mama Wery weszła do pokoju z informacją, że muszą już wracać do domu. Trochę się ucieszyłam, bo byłam już zmęczona tym płaczem.

I strasznie zachciało mi się jeść.

Rodzice Wery zaprosili nas na pożegnalną kolację. Po ich wyjściu odkryłyśmy spory karton, ukryty we wnęce między drzwiami wejściowymi a szafką na buty. Na wierzchu leżała biała, zaklejona koperta z listem w środku o następującej treści: „Chcielibyśmy choć w taki sposób ułatwić Wam przygotowania do wyjazdu. Prosimy o przyjęcie tych kilku drobiazgów. Do zobaczenia na kolacji. Pozdrawiamy serdecznie”.

Mama, z miną nie wróżącą nic dobrego, zerwała przezroczystą taśmę, którą oklejone było pudełko i rozchyliła kartonowe skrzydełka.

Czego tam nie było! Skrupulatnie poukładane pasty do zębów, czekolady, batoniki, zupy w proszku, pudełko cukru w kostkach, gumy do żucia i sama nie wiem, co jeszcze.

— No to już przesada — powiedziała mama, marszcząc nos. — Ale nie możemy tego oddać. To byłoby niegrzeczne. Chociaż to naprawdę przesada. Nie powinni…

Nie dokończyła, bo chyba zabrakło jej powodów, dla których ludzie nie powinni sobie pomagać. Ale taka już jest moja mama — samodzielna do przesady. Ale czasem i ona musi dać za wygraną i przyjąć ludzką pomoc.

— I jeszcze to — odchyliłam włosy i pokazałam kolczyki. — Wera dała mi na pożegnanie. Może też powinnyśmy coś im podarować?

Mama klapnęła na krzesło i sięgnęła po czekoladowy batonik. Rozdarła szeleszczące opakowanie i ugryzła z roztargnieniem. Bez zastanowienia poszłam za jej przykładem, bo w pudełku było kilka moich ulubionych, orzechowych „Wiewiórek”.

— Co mogłybyśmy im dać? — zastanawiała się głośno mama. — Nie mamy za dużo pieniędzy.

Zastanawiałyśmy się przez chwilę, chrupiąc pracowicie swoje batoniki. Czułam się trochę, jak dziecko po otwarciu prezentu od Świętego Mikołaja. I chyba jeden z towarzyszących mu aniołków podpowiedział mi rozwiązanie.

— Przecież możesz coś namalować — powiedziałam z triumfem. — To będzie na pewno oryginalny prezent.

Mama pokiwała w zamyśleniu głową, ale pomysł przypadł jej do gustu. Po pierwsze dlatego, że innego nie miałyśmy. Poza tym dzięki temu miała powód, by znów usiąść za sztalugami. Moja mama jest bardzo zdolną malarką-amatorką. Jedna pani, która organizowała w bibliotece wystawę swoich prac malarskich, zostawiła tam swoje stare, nieużywane sztalugi. Bibliotekarki podarowały je mamie, bo jako jedyna mogła zrobić z nich dobry użytek. W zamian za to mama namalowała kilka obrazów z postaciami z bajek. Zrobiła to z prawdziwą przyjemnością, bo malowanie to chyba jedyne zajęcie, które lubi wykonywać, kiedy nie musi chodzić do pracy.

— Coś wymyślę — obiecała. — Mam nadzieję, że będą zadowoleni.

Byli w siódmym niebie, gdy przyszłyśmy na kolację z dużym pakunkiem. Mama namalowała obraz na kartonie, bo płótno jest dla nas za drogie. Zamiast tego kupiłyśmy specjalną ramę i obraz wyglądał nieźle.

Był to ładny, utrzymany w ciepłych barwach, widok lasu jesienią. Rodzice Wery byli zapalonymi grzybiarzami i wielbicielami przyrody. Maminy las ich zachwycił.

Natychmiast wbili gwóźdź w ścianę nad kanapą i starannie zawiesili obraz, który niesamowicie ocieplił pokój.

— Ma pani prawdziwy talent — powiedziała z przekonaniem mama Wery. — Powinna pani go rozwijać. Może przy okazji przeprowadzki warto o tym pomyśleć? — podsunęła delikatnie.

Mama zarumieniła się i obiecała, że się zastanowi. Miałam nadzieję, że to zrobi. Fajnie byłoby mieć mamę artystkę.

Dni biegły, jakby ktoś je gonił i oto nadszedł nieuchronny moment.

Pożegnałyśmy się ze wszystkimi, wylałyśmy mniejsze lub większe potoki łez, wpakowałyśmy do bagażnika walizy i rozmontowany na części rower.

Wreszcie same zajęłyśmy miejsca w zapchanym do granic możliwości maluchu.

— Zobaczysz, że wszystko się dobrze ułoży — powiedziała mama, wkładając kluczyk do stacyjki, co uruchomiło charkoczący silnik.

— Wiem, mamo — powiedziałam, dotknąwszy przypiętego do piersi kotka.

Kiedy traktowałam go jak medal za odwagę, od razu było mi łatwiej. Chyba tylko dlatego nie pogrążyłam się we łzach, gdy samochód ruszył, a ja machałam i machałam, dopóki sylwetka Wery nie rozpłynęła się na horyzoncie.

Rozdział 2.

„Pod Wierzbami”

Do Wrocławia dotarłyśmy po trzech godzinach jazdy. Zmęczone i poobtłukiwane, bo samochód niezbyt sobie radził na wertepach. Jechałyśmy długaśną drogą między starymi, szarymi budynkami. Na razie nie wyglądało to zachęcająco. Postanowiłam się jednak nie poddawać i nie myśleć o lesie, w którym zakwitają właśnie pierwsze, wrześniowe wrzosy.