Magnat. Manhattan. Tom 1 - Katy Evans - ebook
lub
Opis

Namiętny romans z potężnym i bajecznie bogatym biznesmenem

Aaric Christos to wpływowy biznesmen, który dzięki swojej fortunie może wszystko. Jego serce jest zimne jak lód i nie jest łatwo go przekonać do wspólnych interesów.

Bryn Kelly jest jednak w sytuacji bez wyjścia i musi zwrócić się o pomoc do Aarica. Pamięta go jako troskliwego przyjaciela, który kiedyś chciał od niej czegoś więcej. Szybko stanie się jasne, że po tamtym Aaricu nie ma już śladu.

Czy fakt, że Aaric znał Bryn wcześniej i że kiedyś kobieta boleśnie go zraniła, będzie miał wpływ na jego decyzję?

__

O autorce:

Katy Evans – bestsellerowa autorka gorących romansów, między innymi słynnej serii Manwhore. Mieszka w południowym Teksasie z mężem, dwojgiem dzieci oraz trójką leniwych psów. Uwielbia piesze wycieczki, książki, pieczenie ciast, a także spędzanie czasu z rodziną i z przyjaciółmi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 317

Popularność


Wszystkim moim a może gdyby…

PLAYLISTA

Who Knew – Pink

Better Than Me – Hinder

Everything Has Changed – Taylor Swift i Ed Sheeran

Climax – Usher

Let Me Hold You (Turn Me On) – Cheat Codes i Dante Klein Show Me What I’m Looking For – Carolina Liar

Alone Together – Fall Out Boy

Under Control – Calvin Harris i Alesso

Every Breaking Wave – U2

Say You Won’t Let Go – James Arthur

One – U2

TELEFON

Bryn

Z tego projektu byliby dumni moi rodzice; ja jestem z niego dumna. Nie rozumiem, dlaczego nikt inny nie dostrzega w nim potencjału! Dlaczego ludzie z banku przestają odbierać ode mnie telefony po spotkaniu? Albo dlaczego mój przyjaciel Jensen jest już piątą osobą, którą muszę błagać o załatwienie mi spotkania z najpotężniejszym inwestorem w mieście – to moja ostatnia szansa na przekonanie kogoś, że mój pomysł jest na tyle rokujący, żeby w niego zainwestować.

Tyle razy usłyszałam już „nie”, że kiedy późnym wieczorem dzwoni telefon, a ja widzę migający na ekranie numer Jensena, nie wiem, czy jestem w stanie przyjąć kolejną odmowę.

Potrzebuję kilku sekund i głębokiego oddechu, żeby zebrać się na odwagę, odebrać i wyszeptać drżącym głosem:

– Tak?

– Bryn, kotku – mówi Jensen.

Wstrzymuję oddech i zaciskam palce na komórce odrobinę mocniej, żołądek też mi się ściska, ponieważ śmiertelnie boję się tego, co prawdopodobnie zaraz usłyszę. Że inwestor, z którym tak rozpaczliwie pragnę się spotkać, powiedział Jensenowi, że za cholerę nie ma takiego zamiaru.

– Udało się. Pojutrze. Ósma wieczorem u niego w domu. Nie spóźnij się. Zwykle nie umawia się z nikim poza firmą, ale tylko o tej godzinie jest wolny.

Sens jego słów dociera do mnie dopiero po chwili:

– O mój Boże! Jensen, wielkie dzięki!

– Nie ma sprawy. Daj znać, jak ci poszło – odpowiada ze śmiechem.

– Jasna sprawa! – mówię i rozłączam się. Rzucam komórkę na łóżko, a następnie sama na nie skaczę, łapię poduszkę i przyciskam ją do piersi, przetaczając się na plecy.

Cholera jasna! Gra właśnie się zaczęła, kotku!

Nie jestem pewna, czy mój przyjaciel Jensen wie, ile to dla mnie znaczy, ale gdyby teraz tu był, wyściskałabym go za wszystkie czasy!

Nareszcie!

Jestem umówiona na spotkanie. Z nim.

Ten facet to legenda. Ma dotyk Midasa, a do kompletu oczy w kolorze najczystszego złota.

Kładę się spać z żołądkiem ściśniętym z nerwów. Przewracam się z boku na bok, zastanawiając się, co ten mężczyzna we mnie zobaczy, co powie na temat mojego projektu.

Następny dzień spędzam, szlifując prezentację, chcę być pewna, że jest dokładnie taka, jak trzeba. Moja współlokatorka Sara pracuje dziś cały dzień i nie mam nikogo, z kim mogłabym poćwiczyć. Wygłaszanie mowy do własnego odbicia w lustrze niewiele pomaga, bo przecież słyszałam ją już tyle razy w głowie.

Kiedy wskakuję do pociągu, który ma mnie zawieźć na Upper East Side, zżerają mnie nerwy. Sprawdzam adres, który przysłał mi Jensen, i powoli wypuszczam powietrze z płuc, szykując się do wyjścia.

Jestem w pełni świadoma, że spotkanie może potoczyć się w jednym z trzech kierunków:

a) Dostanę te pieniądze.

b) Dostanę tylko część pieniędzy.

c) Nie dostanę tych pieniędzy.

W ostatnim przypadku będę musiała wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy, a prawda jest taka, że opcje się wyczerpały, a ja jestem w głębokiej dupie. Będę musiała przyjąć do wiadomości, że to wszystko były wyłącznie mrzonki, a ten projekt jest dokładnie tak beznadziejny, jak twierdzą wszyscy (wszyscy oprócz mnie). Plan B jest taki… nie ma planu B! Nie mam bladego pojęcia, jak ruszyć z tym projektem bez pieniędzy, czyli jednak jestem w głębokiej dupie.

Jedno jest pewne, nie mogę wrócić do Toasts and Bagels. Nawet nie silili się na uprzejmość, informując mnie, że jestem najgorszą kelnerką na świecie. Cały czas bujam w obłokach i nadaję się tylko do tego, żeby mnie wylać.

Ale wystarczy już tego pesymizmu! Przecież mam szansę na pierwszą opcję – dostanę te pieniądze. Facet jest znany z tego, że chętnie podejmuje ryzyko i bierze pod swoje skrzydła firmy, których banki nie tknęłyby nawet palcem, a nikt, kto ma chociaż odrobinę oleju w głowie, by na nie nigdy nie spojrzał. A on czyni z nimi cuda! Wyprawia je w stratosferę. Okej… może sama w to nie wierzę, ale to moja ostatnia deska ratunku. Kiedy usłyszałam i rozpoznałam jego nazwisko, pomyślałam: „Co mi szkodzi spróbować?”. W końcu co mam do stracenia? Bankierzy mają mnie już dość.

Jadę koleją, w której robi się nieprzyjemnie gorąco. Gotuję się w swoim eleganckim żakiecie, kropelki potu pojawiają się na moim czole, między piersiami, nawet na dłoniach. Spokojnie, Bryn. Spocona i zdyszana nie zrobisz dobrego wrażenia.

Sprawdzam SMS-y na pękniętym ekranie telefonu i ponownie czytam wiadomość, którą wczoraj w nocy dostałam od najlepszej przyjaciółki:

Becka:Bez Ciebie kompletnie brak mi inspiracji…

Becka jest przymierającą głodem artystką, pisarką i poetką. No, może nie tak dosłownie przymiera głodem, ale przecież wiecie, o co mi chodzi… Czeka na wielki przełom w życiu. Zresztą, kto nie czeka?

Ja: Też za Tobą tęsknię, Becks! – odpisuję. – Ale właśnie idę na TO spotkanie!

Becka:O mój Boże! Biegnij i zdobądź te pieniądze, kochanie! Zawróć mu w głowie tak, żeby nie miał żadnych szans. Zresztą Ty zawsze potrafiłaś zawrócić mu w głowie…

Ja: To nieprawda. Ale dam znać, jak poszło!

Wyskakuję z kolejki, krótki spacerek i już stoję przed jego domem.

A dokładnie przed kamienicą z elewacją z piaskowca na Park Avenue, najbardziej ekskluzywnej z nowojorskich alei.

Widok na moment zapiera mi dech w piersiach. Zmierzając po schodach w kierunku podwójnych drzwi, gratuluję sobie w duchu, że zdecydowałam się na zabójczą małą czarną, elegancki żakiet oraz zgrabne baleriny.

Prosty, ale efektowny zestaw.

Rozumiecie, być może czuję się trochę onieśmielona, ale z pewnością na taką nie wyglądam.

Drzwi otwiera pokojówka. Ubrana jest w schludny, czarno-biały mundurek. Włosy zaczesała w gładki koczek. Z adekwatnie do zajmowanego stanowiska poważnym wyrazem twarzy prowadzi mnie korytarzem do oszałamiającego gabinetu.

Znów przez chwilę nie jestem w stanie złapać tchu, rozglądam się tylko bezradnie po imponującym księgozbiorze.

Ten pokój to prawdziwy raj dla mola książkowego! Jest w nim lśniący, chromowany bar, nowoczesne mahoniowe biurko ze szklanym blatem oraz dwa ogromne fotele obite skórą koloru whiskey. W jednym z nich prawie się zapadam, kiedy pokojówka mówi, żebym usiadła i poczekała.

Bębnię palcami, wdychając zapach skóry i wina, i wspominam faceta, którego znałam w czasach, kiedy nosił granatowy strój mechanika. Jego podbródek był zawsze umazany jakimś smarem, a kiedy się na niego spojrzało, w pierwszej chwili widziało się tylko wielki nos. A szkoda, bo miał piękne oczy i naprawdę kuszące usta.

Teraz pławi się w luksusie. Wow! Przynajmniej jemu się udało!

Słyszę odgłos zbliżających się kroków, a małe włoski na ramionach stają mi na baczność. Odwracam głowę i widzę wchodzącą do pokoju wysoką, ciemną sylwetkę. Zbliża się do mnie najbardziej onieśmielający mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Porusza się, jakby był panem świata – idzie dumnym, spokojnym krokiem, roztacza wokół siebie aurę elegancji i siły.

– Christos – słyszę swój własny, zdumiony szept.

Jest teraz taki wysoki… ma co najmniej sto dziewięćdziesiąt centymetrów. Włosy ciemnoblond, złotozielone oczy, pięknie wyrzeźbiony podbródek i wspaniały profil.

Ubrany jest na czarno, jak przystało na stuprocentowego nowojorczyka.

Ma na sobie czarne spodnie i marynarkę, a pod nią czarny golf.

Gapię się na niego, szczęka trochę mi opadła. Ten mężczyzna jest… taki męski! Testosteron. Muskuły. Wzrost. Szerokie bary. Nagle czuję ukłucie w sercu, bo dociera do mnie, że chłopca, którego znałam, już nie ma.

Zmuszam się, żeby wstać:

– Dziękuję, że zgodziłeś się ze mną spotkać.

Zbliża się do baru i nalewa dwa drinki, następnie bez słowa podchodzi, siada naprzeciwko mnie w obitym skórą fotelu w kolorze whiskey i pochyla się, jednym palcem popychając w moją stronę szklaneczkę koniaku.

Czeka.

W milczeniu.

Mój żołądek robi fikołka, całkiem jakby mężczyzna właśnie powiedział coś megaseksownego i trochę nieprzyzwoitego.

– Pewnie mnie nie pamiętasz. Przepraszam, że tak się wprosiłam – zaczynam nerwowo.

– O co chodzi?

Na dźwięk jego głosu przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Pamiętam ten głos, choć teraz wydaje mi się o wiele głębszy.

– Słyszałam, że czasami inwestujesz w start-upy.

– „Czasami” to mało powiedziane. – Podnosi brwi, jakby chciał mi powiedzieć, że powinnam była lepiej się przygotować.

Ej, Bryn! Skup się! Bądź BŁYSKOTLIWA! Tak, żeby nie mógł się oprzeć ani tobie, ani twojemu biznesowi! W ciszy, która zapadła, on uważnie mi się przygląda, po czym powoli odkłada drinka, pochyla się w moją stronę i nieoczekiwanie się uśmiecha. Do mnie.

To tylko uśmiech.

Ale pod jego wpływem świat drży w posadach.

– Cześć, kruszynko. – Widzę w jego oczach ledwo dostrzegalny błysk rozbawienia, kiedy odchyla głowę i lustruje mnie spojrzeniem. – Myślałem, że podrosłaś trochę przez te ponad dziesięć lat, od kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Chociaż o kilka centymetrów.

Odchyla się na oparcie fotela, najwyraźniej niezadowolony. Wow, facet nie ma w sobie nic z chuderlawego chłopaka, którego kiedyś znałam! Teraz jest niebezpiecznie przystojny i świetnie zbudowany.

Nie zostało w nim już absolutnie nic chłopięcego. Boże. Przez chwilę żałuję, że nie można cofnąć czasu – chyba wolałabym omawiać mój projekt z tamtym chłopakiem sprzed lat.

Tyle że umiejętność podróżowania w czasie nie jest jednym z moich talentów, a wszystko wskazuje na to, że dopiero się okaże, czy w ogóle dysponuję jakimikolwiek talentami – wszystko zależy od tego, jak wypadnę w oczach tego faceta.

– A jednak tu i ówdzie jest mnie o kilka centymetrów więcej. – Boże, naprawdę właśnie to powiedziałam?

Parska śmiechem, bezczelnie mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Wstydź się, chyba nie próbujesz wypatrzyć, czy to prawda? – pytam, marszcząc brwi.

Lekceważąco wzrusza ramionami, po ustach błąka mu się lekki uśmiech:

– Nie mogę się powstrzymać. Coś musiało się zmienić.

– Niby dlaczego?

– Bo nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Nawet ty, kruszynko. – Teraz uśmiechają się nawet niezapomniane, zielonozłote oczy.

A mnie przeszywa dreszcz. Ponieważ…

Christos mnie rozpoznał.

– Widzę, że jesteś tak niepoprawny, jak zawsze. – Potrząsam głową, ale z uśmiechem, bo naprawdę mi ulżyło, że mnie skojarzył.

– Staram się. – Wydaje z siebie niebezpieczny pomruk.

Nagle czuję, że robi mi się ciepło. Nie wierzę, że tak bezczelnie się na niego gapię, ale nie potrafię oderwać od niego oczu. Wygląda boleśnie znajomo, a jednocześnie zupełnie inaczej, dlatego po prostu muszę się w niego wpatrywać, żeby zlokalizować, co dokładnie się zmieniło w jego rysach. Podbródek zdecydowanie nabrał charakteru, a jego ciało składa się teraz z mocnych, pięknie ukształtowanych mięśni, które poruszają się sprężyście pod drogimi, markowymi ubraniami. Nie wierzę, że to ten sam facet, którego kiedyś znałam!

On również w milczeniu bada, co się we mnie zmieniło, a jego pełne aprobaty spojrzenie mówi mi, że zmiany bardzo przypadły mu do gustu. Nawet sukienka, którą mam na sobie.

– Ty zmieniłeś się tak bardzo, że wyczerpałeś limit na nas dwoje! – wyrzucam z siebie.

– Serio? A to w jaki sposób? – pyta.

– Dorosłeś do swojego nosa.

– Serio? – Parska śmiechem, jakby wbrew sobie.

– Wszerz i wzdłuż. I to całkiem sporo – uściślam.

– Coś jeszcze? – zachęca, unosząc pytająco brew.

– Umiesz się teraz dobrze ubrać.

Spogląda w dół na swój czarny strój:

– Masz na myśli te stare ciuchy? – Uśmiecha się od ucha do ucha, po czym przesuwa się do przodu i nagle poważnieje. – Co mogę dla ciebie zrobić, Bryn? Zaskoczyłaś mnie, chętnie wysłucham, co cię tutaj sprowadza. – Jego spojrzenie znów jest ciepłe.

– Też jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się, że tutaj wyląduję – przyznaję i przez moment w jego oczach widzę kogoś, kogo dobrze znam. Kogoś, kto dawno temu był częścią mojego życia. – Pamiętasz, jak byłeś we mnie nieszczęśliwie zakochany i powiedziałeś mi, że pewnego dnia zrozumiem, co to znaczy rzucać kamyczkami w czyjeś okno z nadzieją, że mi otworzy? Teraz właśnie stoję pod twoim oknem i celuję w nie kamieniem.

– Wolałbym, żebyś raczej zaśpiewała serenadę – zauważa beznamiętnie, mrużąc oczy.

– Nie. Przecież wiesz, że to nigdy nie miało… No wiesz… – Nie przypominaj, jak mu dałaś kosza, Bryn! – Chodzi o coś lepszego. O interesy.

– Mów dalej.

– Wiedziałam, że to cię zainteresuje. – Uśmiecham się chytrze. – Więc to prawda, że teraz twoją miłością są pieniądze…

– Gotóweczka zawsze oddaje tyle, ile zainwestowałem. Choć nie ma szczególnie jędrnego tyłka – zauważa nonszalancko.

– Wow. Może i wystroiłeś się w firmowe ciuszki, ale gębę masz tak niewyparzoną, jak zawsze.

– Dzięki – mruczy, a jego oczy uśmiechają się do mnie.

Nie mogę powstrzymać śmiechu. Ale zaraz poważnieję, bo dociera do mnie, że on czeka, aż coś powiem.

– Potrzebuję pieniędzy na rozkręcenie start-upa. – Nie owijam w bawełnę.

– Ile?

– Sto tysięcy.

– Interesują mnie inwestycje powyżej miliona. – Kręci szklanką, wpatrując się w wirujący w niej złocisty płyn.

– Cóż, w takim razie proszę o milion.

Podnosi brwi i odstawia szklankę.

– Nie chodzi o to, o ile prosisz, ale o to, ile jest wart twój biznes. – Obrzuca mnie zimnym, onieśmielającym spojrzeniem.

– Zapewniam cię, że będzie wart więcej niż milion – blefuję.

– To dobrze. Tylko że… – Odchyla się, jego ubrania szeleszczą, a każdy centymetr jego obleczonego w czerń, muskularnego ciała porusza się z kocią gracją. – …biorąc pod uwagę, że jak na razie to tylko plany, do których zrealizowania będziesz potrzebowała mojego zaufania, mądrze byłoby zacząć od zdobycia go.

Ta wersja Christosa jest, niestety, nawet bardziej onieśmielająca niż poprzednia. Próbuję ukryć zakłopotanie, staram się, żeby mój głos nie drżał:

– A jak zdobywa się twoje zaufanie?

– Powiedziałbym ci, gdybym był zainteresowany. Ale na razie nie zdecydowałem, czy jestem. – Mierzy mnie wzrokiem, jakby głęboko się nad tym zastanawiał.

Ten facet to jedyny człowiek na świecie, który tak mnie potrafi wytrącić z równowagi! Próbuję się skupić na tym, po co tu przyszłam, ale głupie serce nie chce przestać bić jak szalone.

– Przygotowałam pełną prezentację. Nie przyjmuję do wiadomości odmowy. – Sięgam do aktówki.

– Skarbie, jesteś gotowy?

Nieruchomieję na dźwięk kobiecego głosu. Do gabinetu pewnym krokiem wchodzi olśniewająca kobieta. Nie spuszczając ze mnie wzroku, Christos wstaje i wyciąga rękę po telefon komórkowy, który podaje mu kobieta.

– Już skończyliśmy – odpowiada, wkładając telefon do kieszeni, w dalszym ciągu się we mnie wpatrując.

– Poczekam w samochodzie. – Podnosi głowę i całuje go w podbródek, kładąc mu ręce na piersi gestem jasno wskazującym, że ten facet należy do niej, po czym obrzuca mnie taksującym spojrzeniem, odwraca się na pięcie i odchodzi, a jej pozbawione grama tłuszczu ciało lśni od klejnotów, którymi jest obwieszona.

Zapada cisza, a ja słyszę dźwięk spłuczki w toalecie – moje nadzieje związane z potencjalnym inwestorem właśnie odpływają do ścieków.

– Zastanowię się – stwierdza.

– Christos…

– Powiedziałem, że się zastanowię – mówi, stojąc w drzwiach.

– Dzięki – rzucam do jego pleców, po czym przykładam ręce do ust. – Wpadnę jutro. O tej samej porze? – Trochę się wygłupiam.

Z zaskoczeniem stwierdzam, że zawraca. Ponownie staje w drzwiach, a nasze spojrzenia się spotykają:

– Skontaktuję się… – Znacząco unosi brwi. – Jeśli będę zainteresowany projektem. – Kiwa głową. – Miło znowu cię zobaczyć, Bryn.

Hmm, nie da się ukryć, że poszło beznadziejnie.

Nie, poszło gorzej niż beznadziejnie. Wychodzę z pokrytej elewacją z piaskowca kamienicy tak zestresowana moim marnym występem, że zamiast udać się prosto do domu, idę wzdłuż Upper East Side, ponieważ… Hmm, ja po prostu tak mam. Lubię spacerować. Wtedy najlepiej mi się myśli.

Jednak w tym momencie mam w głowie taki mętlik, że w ogóle nie jestem w stanie myśleć. Nieznośny ciężar na piersi, ściśnięty żołądek. Nie mogę przestać myśleć o chwili, kiedy Christos wszedł do pokoju i… po prostu tam był. Tak blisko. Po tych wszystkich latach zachodzenia w głowę… myślenia. Bez końca. O nim.

Był trochę zdystansowany, trochę rozbawiony, trochę za bardzo…

Seksowny, podpowiada cichy głosik w mojej głowie.

I ciągle niesamowicie cię kręci, mała.

Odsuwam tę niepokojącą myśl na bok, ale nie mogę przestać myśleć o Aaricu.

Aaricu chrzanionym Christosie.

Tak jak Erick, wymawia się podobnie, ale na początku jest A. Pierwsza litera alfabetu, na dodatek podwójna. Można powiedzieć, że to imię idealnie do niego pasuje. Poznaliśmy się w szkole średniej, już wtedy nikt nie dorastał mu do pięt.

Biorąc pod uwagę, jak trudno było załatwić spotkanie z nim, nic się od tamtej pory nie zmieniło.

Zawsze było go… więcej. Wybijał się ponad średnią, zawsze był pierwszy. Pierwszy, którego zauważało się w pokoju. Pierwszy, który na imprezach przyjmował wyzwania, na które nikt inny nie chciał się odważyć. Pierwszy, który wyciągał pomocną dłoń, kiedy tego potrzebowałeś, ale też pierwszy, który bezlitośnie cię wyśmiał, kiedy dałeś ciała.

Nazywał mnie „Usteczka”. Albo „Kruszynka”.

Pragnął mnie.

Ale ja nie byłam zainteresowana (a przynajmniej nigdy się do tego nie przyznałam sama przed sobą). Kilka lat później wyjechał z bratem. I to by było na tyle.

Więc to spotkanie było trochę strzałem w ciemno. Nie wiedziałam, czy mnie pamięta, ani czy po naszym rozstaniu pomyślał o mnie choć jeden raz.

W końcu dwanaście lat to kawał czasu.

Kilka razy słyszałam o nim jakieś plotki od kumpli ze szkoły, w tym od Jensena (który utrzymywał z nim kontakt). Słyszałam, że bardzo się zmienił, że stał się bezduszny, zimny i groźny, że nie zostało w nim nic z sympatycznego gościa, którym kiedyś był. Nie to, żeby się wdał w jakieś szemrane interesy, po prostu stał się mężczyzną budzącym postrach wśród innych facetów.

Ale i tak każdy chce, żeby zainwestował w jego start-upy. A jego interesują tylko ryzykowne przedsięwzięcia, takie, od których banki trzymają się z daleka. Jeśli Christos ci odmówi, to znaczy, że wyczerpałeś wszystkie opcje – i że, ogólnie mówiąc, jesteś skończony.

A ja naprawdę nie chcę być skończona.

Tyle że po dzisiejszym spotkaniu z tym wszechmocnym, wpływowym mężczyzną mam niemiłe przeczucie, że zmierzam dokładnie w tym kierunku. Chcę się bawić w poważne biznesy z dużymi chłopcami, ale tak naprawdę nawet nie znam reguł tej gry.

Christos najwyraźniej przebył długą drogę. Jest obrzydliwie bogaty, ma oszałamiającą dziewczynę, która zwraca się do niego per skarbie, i jest grubą rybą na Manhattanie. A ja? Można powiedzieć, że od czasów, kiedy byłam siedemnastoletnią licealistką, tylko się cofnęłam. Po śmierci matki Christos wyjechał, a wraz z nim jakby zniknęło słońce. Odtąd moje życie usłane było kolejnymi tragediami, a mnie nie pozostało nic innego niż rozpaczliwie próbować utrzymać równowagę.

Przepełniał mnie smutek, a ja usiłowałam znaleźć sposób na zapełnienie tej pustki i nadanie mojemu życiu jakiegoś znaczenia.

I właśnie to jest jeden z pomysłów. Mój start-up. Jestem w tym naprawdę dobra, a na dodatek to coś, co daje mi poczucie więzi z mamą i tatą. Poza tym szczerze pokochałam tę robotę.

Mam trzydzieści lat, w grudniu skończę trzydzieści jeden. Zawsze myślałam, że na tym etapie będę miała męża i dobrze rokującą karierę. Jednak nie mam ani jednego, ani drugiego. Pogodziłam się z tym, że nie wszystko w życiu jest tak, jak sobie zaplanowałam, ale nie zrezygnowałam z marzeń, a przeprowadzka do Nowego Jorku miała udowodnić, że podchodzę do nich naprawdę poważnie. Miała być pierwszym krokiem w kierunku ich spełnienia.

Wreszcie docieram do swojego małego mieszkanka, ale Sary, mojej współlokatorki, nie ma jeszcze w domu. Siadam na łóżku i rozkładam przed sobą plany i szkice. Nic tak nie poprawia mi humoru, jak zanurzenie się we własnym, małym świecie. Biorę do ręki ołówek, ale tym razem nie mogę się skupić.

Wyjmuję laptopa, włączam i otwieram wyszukiwarkę.

Wpisuję „dziewczyna Aarica Christosa”.

Wyskakuje niejaka Miranda Santorini.

Należy do nowojorskiej śmietanki towarzyskiej. Para jest widywana razem od trzech miesięcy. Krążą plotki, że jej ojciec posiada jakieś działki, na których Christos chciałby położyć rękę.

Właśnie mam zamiar zamknąć komputer, kiedy słyszę głos Sary:

– Co oglądasz? Czy to ciacho na horyzoncie to Aaric Christos?

Pospiesznie zamykam laptopa i odwracam się w jej stronę. Kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku, Sara akurat dała ogłoszenie, że szuka współlokatorki na Manhattanie. Odpisałam, od razu się polubiłyśmy i od tego czasu razem mieszkamy. Młodsza ode mnie o dwa lata, wysoka i szczupła Sara jest baleriną ze złamaną kostką i złotym sercem, obecnie zatrudnioną w czterogwiazdkowym hotelu Downtown jako konsjerżka. Jestem zaskoczona, że od razu skojarzyła, kto to jest.

– Skąd go znasz?

– Wszyscy go znają. Ten facet to petarda!

– Raczej cały pokaz fajerwerków… – mruczę pod nosem.

– A ty skąd go znasz? – Chce wiedzieć.

– To znajomy z dawnych lat. Widziałam się z nim dzisiaj. – Pocieram skronie, bo na samo wspomnienie tego spotkania zaczynają boleśnie pulsować. – Wygląda naprawdę dobrze. Jest jak wino, czym starszy, tym lepszy. Boże, robił wrażenie takiego pewnego siebie! Takiego spełnionego. Jakby był królem świata.

– Bo nim jest. Skąd ty się urwałaś, ten facet to żywa legenda! – Uważnie mi się przygląda. – A czemu masz takie błyszczące oczy? Czyżbyś miała na niego ochotę? – pyta podstępnie.

Natychmiast się rumienię i rzucam spojrzenie na zamkniętego laptopa.

– Oj, daruj sobie! Przecież ma dziewczynę.

Znacząco porusza brwiami w górę i w dół:

– Ale to nie znaczy, że nie możesz mieć na niego ochoty…

– Owszem, znaczy! Chodzi o to, że… znałam go jako chłopaka. A teraz… sama nie wiem. Jest największym a może gdyby w moim życiu. Tym, nad którym zawsze się zastanawiam.

– Nie mogę uwierzyć, że znałaś Christosa. – Podchodzi do łóżka i ciężko na nie opada, zrzuca buty, podwija nogi i siada na piętach.

– Ja też nie. Wydaje mi się, że w swoim czasie był nawet mną zainteresowany. Ale ja nie chciałam, żeby coś między nami było. – Potrząsam głową. – Zawsze tego żałowałam. A dzisiaj chciałam porozmawiać z nim o interesach, ale nie poszło mi za dobrze.

– Prawdopodobnie uważa, że skoro ty nie dałaś mu szansy, to dlaczego on miałby teraz dawać szansę tobie?

– Może – zgadzam się, ale jednocześnie potrząsam głową. – Nawet nie wie, czym się zajmuję.

– W takim razie wymyśl coś, żeby znowu się z nim zobaczyć. Pomyśl, jak go przekonać.

– Wiesz co? – Chwytam laptopa i rzucam jej żartobliwe, przekorne spojrzenie. – Idź się zajmij swoimi sprawami i pozwól mi w spokoju poużalać się nad sobą.

Parska śmiechem i stuka kostkami palców w ścianę nad moim łóżkiem:

– Jeśli będziesz mnie potrzebować, to jestem na twoje zawołanie.

Kiwam głową i sięgam po papier i ołówki.

– A jak tam twoje przesłuchanie? – pytam Sarę, która zmierza w stronę drzwi.

– Tak samo, jak twoje spotkanie.

– O, nie! – jęczę i wołam za nią: – Następnym razem zdobędziesz rolę!

– A ty zdobędziesz tego faceta.

– Nie zależy mi na tym facecie, Saro! Chodzi mi tylko o pieniądze na rozkręcenie biznesu.

– W takim razie dostaniesz te pieniądze – krzyczy do mnie z przedpokoju.

– I za to cię kocham! – odkrzykuję.

Jestem zdecydowana pokazać mu, że nie wstydzę się rzucić więcej niż jednym kamyczkiem w jego okno. Jeśli będzie trzeba, zużyję ich całą tonę.

PRZYSŁUGA

Christos

Osiemnaście godzin wcześniej

Odbijam piłkę, która poleciała w kierunku ściany, prawie uderzając Wellsa.

– Masz już pierścionek? – pyta.

– Tak – odbijam ponownie.

– Naprawdę chcesz to zrobić?

Wzruszam ramionami:

– A czemu nie? – Odwracam się i ponownie odbijam. Bach, bach, bach.

– Jak zwykle chodzi o interesy? – nie odpuszcza przyjaciel.

Idę napić się wody, szybko przełykam kilka łyków, po czym wracam na kort. Podrzucam piłkę i serwuję.

– Przyjaźnimy się. Dobrze się razem bawimy. Szanujemy się nawzajem. Ona chce otwartego małżeństwa. Dostanie moje pieniądze, a ja zostanę szanowaną głową rodziny.

– Same korzyści – przyznaje.

– Christos – odzywa się za mną jakiś głos.

– Hill – witam się z Jensenem, kumplem ze szkoły średniej, który stoi oparty o szklane drzwi z rakietą u boku.

– Masz chwilę? – pyta.

Podchodzę do niego, ocierając czoło ręcznikiem.

– Chcę cię prosić o przysługę. Znam kogoś, kto od wielu tygodni bezskutecznie próbuje się z tobą spotkać.

– Jestem naprawdę zajęty. – Wrzucam ręcznik do kosza.

– Tak. Zajęty to mało powiedziane. – Szeroko się uśmiecha, ale nie daje za wygraną. – Myślisz, że mógłbyś poświęcić jej kilka minut?

– Przepraszam, ale naprawdę jestem zajęty. – Z uśmiechem poklepuję go po plecach.

– No, nie bądź taki, to moja dobra przyjaciółka. Potrzebuje twojego midasowego dotyku, żeby rozkręcić interes. Zresztą ty też ją znasz.

Pytająco podnoszę brwi.

– Bryn Kelly. Niewiele ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Zabawna.

– Pamiętam Bryn – ucinam.

– No to zgodzisz się z nią spotkać?

Bryn Kelly.

Wyglądasz jak facet, który myśli, że mnie pocałuje.

Bo tak będzie.

Odsuwam od siebie to natrętne wspomnienie. Nie mam pojęcia, jak długo milczałem.

Nagle ogarnia mnie jakieś niespokojne uczucie, drapię się po brodzie, próbując je od siebie odgonić:

– Jutro o ósmej wieczorem u mnie. Pogadam z nią między przebraniem się a wyjściem na miasto z Mirandą.

– Jestem twoim dłużnikiem. – Jensen puszcza do mnie oko. – Zapraszam na kolację w przyszły weekend.

Podnoszę rakietę na znak, że przyjąłem do wiadomości i odchodzę. Chwytam piłkę i uderzam nią tak mocno w ścianę, że aż szklane przepierzenia drżą.

SZCZĘŚLIWY TRAF

Bryn

Jest sobotni wieczór, a ja znalazłam fuchę. Polega na wyprowadzaniu psów i dzięki niej będę w stanie płacić czynsz, dopóki mój start-up nie ruszy pełną parą. Od dwunastej w południe do wieczora świetnie się bawię, spacerując najpierw z gromadką małych psów, a potem odbywam indywidualne spacery z trzema dużymi. Pod wieczór jestem mokra od potu i, dzięki Bogu, nie pamiętam o problemach związanych z interesami.

Kiedy odprowadzam do domu ostatniego psa, suczkę retrievera o imieniu Milly, pani Ford oprócz zapłaty wręcza mi darmową wejściówkę na siłownię. Równie dobrze mogę tam zaglądnąć! Zobaczę nową siłownię, porozciągam się trochę, wskoczę pod prysznic, a zanim wrócę do domu, kupię jeszcze jakieś jedzenie.

Akurat mam straszną ochotę na sałatkę z jednej z moich ulubionych knajpek w dzielnicy Tribeca. Uwielbiam balsamiczny dressing, którym jest skropiona, oraz kruchość świeżych sałat. No i ta kombinacja sera koziego i jagód – pyszności! Niewiele mi trzeba do szczęścia.

Dzwonię do Jensena, ale włącza się poczta głosowa.

– Hej! Potrzebuję kolejnego spotkania, a najlepiej by było, gdyby tym razem trwało więcej niż pięć sekund. Przestań odrzucać połączenia ode mnie! Nie dam za wygraną!

Ogarnia mnie frustracja. Rozłączam się i wzdycham.

Żeby dotrzeć do Tribeki, muszę przejść kilka ulic. Widzę, że na końcu jednej z nich zatrzymuje się czarny samochód. Wysiada z niego jakaś para, a na chodniku czekają na nich przyjaciele. Wszyscy wyglądają jak wycięci z żurnala, kobiety mają na sobie strojne spódnice i jedwabne topy, a mężczyźni spodnie i koszule.

Rozpoznanie najwyższego z mężczyzn nie zajmuje mi nawet sekundy.

O, tak!

Barczysty.

Wysoki.

Opalony.

Włosy ciemnoblond.

Przystojny.

Niesamowicie atrakcyjny.

Facet.

Zwalniam.

Nie wierzę własnym oczom! Wyjmuję słuchawki z uszu i lekko drżącą ręką wpycham telefon do torebki. Czy to naprawdę on? Czyżby wszechświat nareszcie doszedł do wniosku, że warto udzielić dyskretnego wsparcia moim planom? Co mam teraz zrobić, po prostu podejść i zagadać?

Nie ma mowy, nie zrobię tego!

Ale przecież nie mogę przejść na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć spotkania z nimi, bo byłoby to dziecinne i takie oczywiste. Spuszczam głowę i prę naprzód.

Zerkam na nich i widzę, że cała czwórka nadal stoi na chodniku pod markizą restauracji, gawędzą sobie przed wejściem do środka.

Im jestem bliżej, tym mocniej wali moje serce. W obecności Aarica-chłopca czułabym się bezpiecznie, ale Aaric-mężczyzna sprawia, że czuję się jak ryba na haczyku.

A zresztą, pieprzyć to! Skoro mamy ze sobą współpracować, to nie mogę się przejmować głupim sercem. Biorę głęboki oddech i właśnie mam zamiar niepostrzeżenie koło nich przemknąć, kiedy słyszę:

– Dawno się nie widzieliśmy.

To niski, głęboki głos Christosa. Moje serce najpierw staje, a potem zaczyna bić jak szalone.

Z uśmiechem odwracam głowę w jego stronę.

– Kogo ja widzę, czy to nie mój przyszły partner w interesach? Właśnie o tobie myślałam – mówię.

Pochyla się w moją stronę, żeby na powitanie musnąć mnie ustami w policzek:

– Jestem pewien, że to właśnie na myśl o mnie tak się zaróżowiłaś.

Jego dotyk sprawia, że przechodzi mnie dreszcz, czuję się niezręcznie i wszędzie robi mi się gorąco.

Nie mogę się nadziwić.

Czy naprawdę flirtuje ze mną na oczach swojej dziewczyny?

Co jest z nim nie tak?

– Bryn? To naprawdę ty? Ze sto lat się nie widzieliśmy! Chodź tu do mnie. – Cole, brat Aarica, ściska mnie serdecznie.

– Cole! – mówię, oddając uścisk przyjacielowi ze szkolnej ławy. – Mieszkasz tutaj z bratem?

– Nie mieszkam z nim, ale tak, zdecydowanie jestem teraz nowojorczykiem – przyznaje.

Po przywitaniu się z kobietami – Mirandą, czyli blondynką Aarica, która wita się ze mną chłodno i zdecydowanie patrzy na mnie z góry, oraz Gwen, blondynką Cole’a, która w ogóle nie raczy na mnie spojrzeć – próbuję szybko wymyślić, co powinnam powiedzieć, podczas gdy trzy pary zaciekawionych oczu bacznie się we mnie wpatrują.

– Nie sądziłam, że jeszcze cię zobaczę. – Spoglądam na Aarica, w myślach dodając: „Masz zamiar się ze mną jeszcze spotkać, czy nie, uparciuchu?”.

– Wybieramy się właśnie na kolację. Dołączysz do nas, Bryn? – pyta Cole.

Przez chwilę się waham:

– Och, nie lubię być piątym kołem u wozu… – Próbuję się wymigać.

Kobiety nie wyglądają na zadowolone z propozycji Cole’a.

Szczególnie blondynka Christosa.

– Wśród starych przyjaciół nie ma czegoś takiego jak piąte koło u wozu. Nie każ się prosić! Mój brat na pewno chciałby się dowiedzieć, co nowego słychać u jego Usteczek.

Aaric obrzuca brata lodowatym spojrzeniem, a mnie na moment zamiera serce w piersi. Kobiety wydymają usta z zazdrości.

Christos spogląda mi w oczy i zapraszającym gestem wskazuje na drzwi restauracji. Podążam za nim. Przytrzymuje mi drzwi, a kiedy przechodzę koło niego, nie po raz pierwszy nie mogę się nadziwić, że jest taki wysoki. Czuję jego zapach. Pachnie teraz inaczej. Bardziej… drapieżnie.

Zapach znajomy, ale nowy.

Kiedy jesteśmy w środku, natychmiast podbiega do nas kierownik sali:

– Panie Christos, jak zawsze miło jest nam pana gościć! Stolik już czeka.

– Dzisiaj będzie nas pięcioro, Davidzie – mówi Christos.

– Ależ oczywiście! Proszę chwilkę poczekać – kierownik sali pospiesznie wydaje kilka poleceń.

– Jesteś pewien? – pytam.

– Najzupełniej – uspokaja mnie Cole.

Jednak najwidoczniej na mojej twarzy nadal maluje się wahanie, bo Christos odwraca się w moją stronę i mówi:

– Nalegam.

Nasze oczy się spotykają i w tym momencie przeskakuje między nami niewidoczna iskra.

– Rozumiem, że dobrze się znacie? – pyta partnerka Christosa nieco protekcjonalnym tonem.

– Jeszcze ze szkoły średniej – mówi Christos. Nadal czekamy na stolik.

Przysuwam się do Cole’a i wspinam na palce:

– Jest piękna. Czy dlatego on z nią jest? Jest po prostu idealna, mogłaby być modelką – mówię, starając się, żeby nikt inny mnie nie usłyszał.

Pochyla się w moją stronę i odpowiada ze śmiechem w głosie, jednocześnie kiwając głową z udawaną powagą:

– Ta dziewczyna święcie wierzy, że choć Bóg stworzył świat w siedem dni, Aaricowi zajęłoby to zaledwie sześć dni. – Prostuje się, puszczając do mnie oko.

Zauważam, że Aaric nam się przygląda, podczas gdy jego dziewczyna rozmawia z partnerką Cole’a.

– Wygląda na to, że ma na twoim punkcie bzika – zwracam się do niego.

Rozbawiony podnosi do góry brwi, a choć się nie uśmiecha, w jego oczach zaczynają tańczyć diabelskie iskierki:

– Rozmawiacie o mnie?

Moja twarz natychmiast oblewa się rumieńcem, pospiesznie zmieniam temat:

– Nieważne, czy mogę teraz ci opowiedzieć o swoim pomyśle na biznes? – pytam.

Boże, jemu to najwyraźniej sprawia przyjemność, prawda?

Christos rusza za kierownikiem sali, który prowadzi nas do stolika. Kładzie mi rękę na plecach, na znak, żebym podążała za nim, a drugą ręką robi dokładnie to samo ze swoją dziewczyną.

– Nie, dopóki nie uznam, że jestem zainteresowany. – Pochyla się, żeby mi to powiedzieć prosto do ucha.

– Ale… to przecież nie ma żadnego sensu. – Marszczę brwi, pozwalając mu się prowadzić.

– Jesteś pomysłodawczynią tego projektu – zauważa.

– Owszem. No i co? Nie chcesz robić interesów ze mną? Swoją kruszynką? – pytam z niedowierzaniem.

Potrząsa głową, jego głos jest czuły, ale smutny:

– Nie jesteś moją kruszynką. – Gładzi kciukiem moje nagie plecy, a mnie przechodzą ciarki.

– Za stare, dobre czasy. – Odsuwa mi krzesło, ale nie odpowiada na moje pytanie.

– Christos! – syczę, kiedy odwraca się do swojej partnerki. Pomaga jej usiąść, po czym zajmuje miejsce koło mnie.

Pochyla się w moją stronę, jego usta znajdują się teraz bardzo blisko mojego ucha:

– Możesz się zrelaksować i po prostu dobrze bawić bez gadania o interesach?

Podnosi brwi, jakby rzucał mi wyzwanie.

Gapię się na jego twardą, męską klatkę piersiową i masywną szyję, a w głowie mi się kręci od jego słów. Jest tak blisko, że czuję zapach mydła i szamponu na jego skórze i włosach oraz unoszącą się wokół niego delikatną woń wody kolońskiej.

– Przepraszam na chwilę, muszę skoczyć do toalety. – Biorę głęboki wdech i wstaję od stołu.

Idę do łazienki, ale zamiast wejść do kabiny, zatrzymuję się nad umywalką i patrzę na swoje odbicie w lustrze.

Ten facet dobrze wie, co na mnie działa.

Tak samo było w szkole. Był pierwszym pracoholikiem, jakiego w życiu spotkałam. Naprawiał wszystkim telefony i samochody, a nawet parał się sprzedawaniem testów. Był trochę zbyt niesforny, a ja z kolei byłam trochę za grzeczna. On właśnie stawał się demonem, a ja ciągle byłam małym aniołeczkiem tatusia. Podejrzewam, że to moja wina, że my nigdy, że… Cóż, tak naprawdę nigdy nie mogłam uwierzyć, że jest mną zainteresowany. Przynajmniej nie na serio. Za bardzo się bałam, że mnie zrani.

Myję ręce, opryskuję zimną wodą szyję, po czym wracam do stolika.

Próbuję zachować spokój, kiedy Christos odrywa się od rozmowy, podnosi głowę i w milczeniu obserwuje mój powrót, wpatrując się we mnie swoim nieodgadnionym, mrocznym spojrzeniem.

Wślizguję się na swoje miejsce, gdy tymczasem konwersacja nadal toczy się między kobietami a Cole’em:

– No więc widzę tę niekończącą się kolejkę i…

Aaric trzyma w ręku kieliszek, gładzi kciukiem szkło. Do góry i w dół.

– No więc co sprowadza cię do miasta? – pyta Cole’a, kiedy jego partnerka kończy swoją opowieść.

– Interesy. Jestem tu od sześciu tygodni.

– Świetnie.

Christos pochyla się w moją stronę, jakby chciał, żeby to, co powie zostało między nami.

– Planujesz zostać na dłużej? – pyta szorstko.

Odchylam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Mieszkam w dzielnicy Nolita z przyjaciółką. Zajmuję się wyprowadzaniem psów, bo okazało się, że nie nadaję się na kelnerkę. Szukam teraz inwestora, żeby rozkręcić swój start-up. Dlatego miałam nadzieję, że zgodzisz się ze mną jeszcze raz spotkać.

– Zadzwoń do jego biura – wtrąca się Cole.

Spoglądam na jego przystojnego, ale mniej groźnego brata i uśmiecham się do niego:

– Już to zrobiłam.

Christos wkłada rękę do kieszeni marynarki i kładzie przede mną wąską, srebrno-białą wizytówkę:

– Zadzwoń jeszcze raz.

Nasze oczy ponownie się spotykają, Christos nie przerywa spojrzenia, w jego oczach widzę jakby ostrzeżenie.

Tyle że nie jestem pewna, przed czym miałby mnie ostrzegać.

Czy mam być nieustępliwa?

Czy też może muszę być pewna, że chcę wchodzić z nim w interesy?

A może nie powinnam zbytnio się zbliżać…

– …prawda, Christos? Na najlepsze start-upy, w które zainwestowałeś, zawsze trafiałeś przypadkiem?

– Najlepsze rzeczy w życiu pojawiają się niespodziewanie – zgadza się.

Uśmiecham się, ale uśmiech szybko znika mi z twarzy, bo jego dziewczyna tuli się do jego boku, jakby uważała, że w tej chwili mówi właśnie o niej.

Drżącą ręką zabieram ze stołu wizytówkę i wkładam ją do kieszeni.

– Co się stało z Kelly’s, Bryn? – pyta po raz kolejny, zwracając się do mnie ściszonym głosem, jakby chciał wykluczyć innych z naszej rozmowy.

– Zbankrutowaliśmy. Nie mogliśmy zatrzymać sklepów.

Spogląda na mnie, a ja widzę w jego oczach troskę, ale odwracam wzrok, bo nie chcę jego litości.

Co zrobię, jeśli nie spodoba mu się mój pomysł?

Zawsze myślałam, że będę pracować w sieci domów towarowych Kelly’s.

Christos musiał się zorientować, że popełnił nietakt, wspominając upadek Kelly’s, bo przez resztę wieczoru z ożywieniem konwersuje ze wszystkimi i już nie zniża głosu, żeby porozmawiać tylko ze mną. Nawet Cole posyła mi smutny uśmiech, ale nie podejmuje tematu.

Kiedy kolacja dobiega końca, zdecydowanie czuję się jak piąte koło u wozu. Z jednej strony chciałabym być sama z Christosem, żeby spokojnie z nim porozmawiać, ale z drugiej – czuję się przy nim taka bezbronna. Czy on jeszcze pamięta, jak to jest, kiedy musisz się nieźle nagimnastykować, żeby coś osiągnąć, czy też sukces sprawił, że już zupełnie o tym zapomniał?

Po kolacji opuszczamy lokal i znowu stajemy pod markizą.

– Podwieźć cię do domu? – pyta Christos, kiedy zatrzymuje się przy nas jego czarny samochód. Rzuca to pytanie jakby od niechcenia, ale jego spojrzenie jest intensywne, bardziej natrętne niż jego ton.

– Och, nie! Przejdę się. Dziękuję i dobranoc. – Żegnam się, a kiedy odchodzę, jego zaborcze, opiekuńcze spojrzenie wypala mi dziurę w plecach.

***

W drodze do Nolity wkładam do uszu słuchawki i z gulą w gardle odtwarzam w myślach wydarzenia tego wieczoru. Głos Christosa, kiedy cicho spytał: „Co się stało?”.

Nie wiem, dlaczego troska w jego oczach tak mnie poruszyła, ale czuję się całkowicie wytrącona z równowagi.

Wiem, że chciał dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co się stało, może nawet zamierzał zapytać, czy u mnie wszystko w porządku. A przecież to prawie niemożliwe, żeby wkrótce po śmierci moich rodziców nie dotarły do niego wieści – nasze domy towarowe popadły w długi i musieliśmy ogłosić bankructwo. Zostaliśmy przejęci. Wszyscy myśleli, że rodzice zostawili mi pieniądze, dzięki którym wyjdziemy na prostą. Ale tak nie było. A teraz sieć domów towarowych Kelly’s należy do jakiegoś wielkiego konglomeratu, do ludzi, których nazwisko wcale nie brzmi Kelly.

To boli, kiedy zaraz po stracie całej rodziny tracisz również sieć sklepów, którą twoi bliscy z trudem zbudowali. Pamiętam, jak w każdy weekend pracowałam w magazynach. Codziennie rano otwierałam z tatą sklep. Jednak pomimo tych dobrych wspomnień jestem świadoma, że Kelly’s zatrzymałaby mnie w Austin, a w tej sytuacji mam szansę rozpocząć coś zupełnie nowego.

Tak naprawdę nie straciłam naszych Kelly’s – bo wszystko, czego się dzięki nim nauczyłam, nadal jest ze mną.

Minęło sześć tygodni, odkąd przyjechałam do Nowego Jorku. Zajmowałam się zupełnie nowymi dla mnie rzeczami – nie byłabym w stanie dojść tak daleko, gdyby nie ciężka praca i determinacja, które rodzice mi wpoili, kiedy byłam bardzo młoda. Teraz mam pewność, że staję się kobietą, jaką zawsze chciałam być, że życie ma dla mnie coś lepszego w zanadrzu.

Właśnie to chciałam mu powiedzieć, ale bałam się, że mój głos mnie zdradzi – a ostatnia rzecz jakiej potrzebuję, to litość Christosa. Chcę jego pomocy, ale umarłabym na widok współczucia w jego oczach. A on pewnie by się nie domyślił, że ból w moim głosie spowodowany byłby stratą rodziców, a nie firmy, którą zbudowali. Bankructwo domów handlowych Kelly’s otworzyło przede mną możliwości, jakich nigdy wcześniej nie miałam, a ja dzięki temu nauczyłam się, że strata może być błogosławieństwem.

***

Kiedy wchodzę do mieszkania, od progu słyszę żałosne pociąganie nosem. Zaglądam do naszego saloniku i widzę na kanapie Sarę. Włosy ma w nieładzie, a obok niej, na małym stoliku do kawy, piętrzy się sterta zużytych chusteczek do nosa.

– Co się stało? – pytam.

– Wywalili mnie. – Zerka na mnie zza chusteczki, a jej śliczną buzię wykrzywia grymas. – Nie miałam pojęcia, że szykują się cięcia, i że pójdę na pierwszy ogień. – Wyciera nos i rzuca zwiniętą w kulkę chusteczkę na pokaźny stosik na stoliku. – Co ja teraz zrobię?

Biorę kosz na śmieci i wrzucam do niego zwinięte w kulki chusteczki oraz puste pudełko po nich, po czym stawiam przed nią nowe.

– Znajdziesz nową pracę. – Siadam koło niej.

– To nie takie proste…

– Możesz wyprowadzać ze mną psy.

– Ale to twoja robota.

– Wystarczy dla nas obu. I tak nie będę miała na to wystarczająco dużo czasu, w końcu będę zajęta rozkręcaniem start-upu.

– Serio? Skąd pewność, że zdobędziesz na to pieniądze?

– Ponieważ dziś znowu się z nim widziałam. Mam nadzieję, że wreszcie zmięknie.

– Czy to nie jest tylko pobożne życzenie? Przepraszam, że to mówię, kochana współlokatorko, ale połowa tego miasta liczy na jego wsparcie. Każdy myśli, że ma genialny pomysł, albo szuka kogoś, kto przerobi jego głupi pomysł na genialny.