Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magiczny moment - Heidi Betts

Pewnego grudniowego poranka w gabinecie Trevora Jarroda, współwłaściciela kompleksu wypoczynkowego pod Aspen, zjawia się Haylie Smith z czteromiesięcznym niemowlęciem. Oznajmia, że jej mały siostrzeniec jest jego synem. Trevor żąda przeprowadzenia testu na ojcostwo, ale na wyniki trzeba czekać co najmniej dwa tygodnie. Spędzą ten czas razem, w domu Trevora...

Opinie o ebooku Magiczny moment - Heidi Betts

Fragment ebooka Magiczny moment - Heidi Betts

Heidi Betts

Magiczny moment

Tłumaczenie: Jacek

Z ostatniej woli i testamentu Dona Jarroda

...a mojemu najmłodszemu synowi, Trevorowi, pozostawiam obrączkę ślubną jego matki. Wielka szkoda, chłopcze, żeś znał tę wyjątkową kobietę tak krótko. Kochała cię nad życie. Może tego nie wiesz, ale obrączka, z którą została pochowana, nie była tamtą pierwszą, skromną, z białego złota, którą wsunąłem jej na palec podczas ceremonii zaślubin. Nie chciała wówczas innej. Dopiero po latach udało mi się ją przekonać do zamiany tamtej pierwszej na kunsztowniejszą. Ale starą zachowała i wydaje mi się, że życzyłaby sobie, byś ty został powiernikiem tej rodzinnej pamiątki i przekazał ją któregoś dnia kobiecie, którą uznasz tego wartą. Żywię nadzieję, synu, że ten dzień wkrótce nadejdzie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Trevor Jarrod obtupał śnieg z ciężkich narciarskich butów, wkroczył bocznym wejściem dla kierownictwa do imponującego rozmiarami hotelu Jarrod Ridge Manor i pomaszerował długim korytarzem do swojego gabinetu.

Szedł po orientalnym chodniku obramowanym wstęgami złocistego, wyfroterowanego na błysk parkietu, mijając kolejno gabinety braci. Drzwi jednych były zamknięte, innych otwarte, zza tych otwartych dolatywały fragmenty rozmów, klekotanie klawiatur, dzwonki telefonów.

Naprzeciwko każdego z rzędu gabinetów, pod ścianą koloru mgły, stały wysokie wąskie kwietniki, na każdym zaś kobaltowobłękitny wazon – w lecie z bukietami świeżych róż, hortensji czy innymi sezonowymi kompozycjami kwiatowymi, teraz, zimą, z jasnoczerwonymi kwitnącymi gwiazdami betlejemskimi, przypominającymi o zbliżającym się Bożym Narodzeniu.

W kamienno-drewniane akcenty obfitowało nie tylko to skrzydło Manor, ale i hotel właściwy, który przed ponad stu laty był głównym budynkiem kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego Jarrod Ridge Resort.

Z biegiem lat hotel stopniowo rozbudowywano, obrastał przybudówkami, mniejszymi pensjonatami, wolno stojącymi domkami kempingowymi, wypożyczalniami sprzętu i zakładami usługowymi, toteż obecnie cały kompleks przypominał urokliwą, odizolowaną od świata wioskę.

Ale gabinety rodziny właścicieli nadal mieściły się tutaj, w budynku głównym, a kwatery prywatne tych jej członków, którzy zdecydowali się tu zamieszkać, na poddaszu Manor. I tak Jarrodowie – podobało im się to czy nie – pozostawali w bardzo bliskim i praktycznie nieustającym kontakcie.

Trevor skręcił do sekretariatu swojego gabinetu i przywitawszy się z Dianą, osobistą asystentką, wstawił narty do szerokiej ściennej szafy za jej biurkiem.

– No i jak się dzisiaj szusowało? – zapytała, przekrzywiając głowę tak, że pukiel długich, czarnych, falujących włosów opadł jej na ramię.

– Tak sobie – burknął, ściągając granatowy kombinezon narciarski.

Został w dżinsach i beżowym, robionym na drutach kaszmirowym swetrze. Jeszcze zmiana narciarskich buciorów na znoszone półbuty i gotowe.

Strój może zbyt swobodny jak na biurowe standardy, ale w takim przychodzi się do pracy bezpośrednio po zjeździe ze stoku. Mimo wszystko było to nie tylko spa, letnisko, miejsce, w którym odbywa się jeden z największych w stanie Kolorado dorocznych festynów – Gala Żywności i Wina – ale również ośrodek sportów zimowych. Nie zaszkodziło zatem pokazywać gościom, że właściciele oraz pracownicy na równi z nimi korzystają z wszelkich atrakcji, jakie ma do zaoferowania Jarrod Ridge.

– Chyba tracę formę – mruknął.

– Nie, nie, po prostu nie masz teraz tyle co dawniej czasu na zbijanie bą... chciałam powiedzieć, na trenowanie – poprawiła się Diana, puszczając do niego oko.

Też prawda. Od pięciu miesięcy, jakie upłynęły od śmierci ojca, Trevor pracował na dwóch etatach. Donald Jarrod w ostatniej woli zobowiązywał pod groźbą wydziedziczenia całą szóstkę swoich dzieci do powrotu do Jarrod Ridge i przejęcia po nim zarządzania kompleksem.

Trevor, choć można powiedzieć, że zmuszony przez ojca do objęcia stanowiska dyrektora działu marketingu Jarrod Ridge, bez większego trudu wciągnął się w nowe obowiązki. A to dzięki doświadczeniu, jakie wyniósł z własnej, świetnie prosperującej firmy marketingowej, którą prowadził w Aspen.

Niestety, nie miał już teraz tyle czasu na to, co kochał najbardziej – na uprawianie wszelkiego rodzaju dyscyplin sportu na powietrzu. W lecie niemal każdą wolną chwilę wykorzystywał na piesze wędrówki, wspinaczkę, kajakarstwo czy tłuczenie się po wertepach na rowerze górskim. Zimą uwielbiał szaleć po stokach na nartach, ewentualnie na desce snowboardowej.

Tak, musi znaleźć jakiś sposób na pogodzenie swoich dwóch ważnych stanowisk, co pozwoliłoby mu ograniczyć ten dziki pracoholizm, w jaki ostatnio popadł, do rozsądnych godzin i wykroić sobie trochę więcej czasu na białe szaleństwo.

Najlepiej byłoby znaleźć kogoś kompetentnego i godnego zaufania, komu mógłby z czystym sumieniem przekazać chociaż część obowiązków związanych z kierowaniem Działem Promocji i Marketingu Jarrod Ridge, ale to nie takie proste.

– Były do mnie jakieś telefony? – zapytał, spoglądając na Dianę i przeczesując palcami wilgotne ciemne włosy.

Wstała i podała mu plik różowych karteczek. Za gruby, żeby w tej chwili chciało mu się go przeglądać.

– Zanim wejdziesz do gabinetu... – Diana urwała i przygryzła nerwowo dolną wargę.

– No?

Odetchnęła głęboko i spojrzała mu w oczy.

– Czeka tam na ciebie jakaś młoda kobieta. Wcześniej dzwoniła z pytaniem, czy może się z tobą widzieć osobiście. Nalegała. Z początku chciałam ją spławić, ale nie miałam serca, no i... odniosłam wrażenie, że jednak powinieneś z nią porozmawiać.

Trevor ściągnął brwi. Diana była może filigranowej postury, ale bez wahania obsadziłby ją na pozycji obrońcy w futbolu amerykańskim. Kobieta, która czekała na niego w gabinecie, musiała rzeczywiście mieć charakter, by przedrzeć się przez zaporę stawianą przez Dianę. Charakter albo zdolność przekonywania.

– Co to za jedna? – zapytał. – Akwizytorka, niezadowolona klientka?

Diana wzruszyła ramionami.

– Sam ją zapytaj. Nie powiedziała, ale była... bardzo stanowcza.

Trevor z westchnieniem wsunął plik karteczek do kieszeni spodni.

– Dobra. Załatwię to.

Rozsunął grube dwuskrzydłowe drzwi dębowe oddzielające sekretariat od gabinetu, zatrzymał się w progu i rozejrzał. Puszysty perski dywan. Kominek z tylną ścianą wyłożoną rzecznymi otoczakami, a pośrodku pomieszczenia ciężkie, bogato rzeźbione biurko z lampą w jednym narożu, monitorem komputera w drugim i stosami papierów między nimi.

Ale żadnej czekającej na niego kobiety w żadnym z foteli dla gości.

Wszedł i zasunął drzwi za sobą. Na ciche kliknięcie, które temu towarzyszyło, jego obity kawową skórą fotel biurowy zakołysał się lekko i obrócił.

Siedziała w nim śliczna kobieta o miodowoblond włosach i niebieskich oczach. Na kolanach trzymała niemowlę, które wtulone w jej pierś, z zapamiętaniem ssało rączkę.

Trevora zamurowało. No nie! Kobietę spodziewał się tu zastać; został przez Dianę uprzedzony, że na niego czeka. Ale jego asystentka słówkiem się nie zająknęła, że interesantka jest z dzieciakiem.

Jaka kobieta wiezie z sobą dziecko na spotkanie w interesach? Nawet na takie zaimprowizowane, które – zważywszy okoliczności, w jakich się rozpoczęło – nie potrwa długo.

– Sekretarka powiedziała mi, że chce pani ze mną pilnie porozmawiać – zaczął, obchodząc biurko z zamiarem zajęcia swojego miejsca po wyeksmitowaniu jej na któryś z foteli dla gości.

Jeśli jednak się spodziewał, że ona zerwie się z jego fotela barwy kawy i spłoszona obiegnie biurko z drugiej strony, to czekało go rozczarowanie. Niewzruszona siedziała dalej, kołysząc dziecko na kolanach.

– Jestem Trevor Jarrod – burknął w końcu, widząc, że nieznajoma ani myśli pierwsza się odezwać.

– Wiem, kim pan jest. Od dwóch miesięcy staram się z panem skontaktować.

Powiedziała to pozornie beznamiętnym tonem, w którym dało się jednak wychwycić nutki rozdrażnienia. Uniosła rękę i odgarnęła pasemko prostych włosów za ucho, w którego płatku tkwił rubinowy kolczyk komponujący się kolorystycznie ze sweterkiem w serek. Stroju dopełniały czarne spodnie.

Dziecko, które kobieta trzymała na kolanach, ubrane było w dżinsowe ogrodniczki z lokomotywą wyhaftowaną na kieszonce z przodu, a spod tych ogrodniczek wystawała bawełniana koszulka w dziesiątki podobnych lokomotywek. Chłopczyk, uznał Trevor, bo inaczej byłyby to śpioszki w różowe różyczki, czy coś w tym stylu. Bobas, jakby czytając w myślach Trevora, uśmiechnął się do niego, zagaworzył i pomachał nóżkami.

Trevor spojrzał znowu na kobietę, która tak usilnie zabiegała o spotkanie, a teraz milczała. Założył ręce na piersi.

– A pani w sprawie...?

Wstała, z wprawą przenosząc niemowlaka z kolan na biodro. Skąd u kobiet biorą się te umiejętności prawidłowego trzymania niemowląt, przewijania ich i rozróżniania osiemnastu rozmaitych rodzajów płaczu? Czyżby były wrodzone?

– Jestem Haylie Smith – przedstawiła się.

Zamrugał i czekał na dalszy ciąg. Ale ona, zamiast kontynuować, przekrzywiła głowę i wpatrywała się w niego z napięciem, jakby powiedziała przed chwilą coś do śmiechu i była ciekawa, jak na to zareaguje. Jeśli naprawdę miał to być żart, to go nie zrozumiał.

– Hay-lie Smith – powtórzyła po kilku sekundach, tym razem z większym naciskiem, rozdzielając imię na sylaby. – Z Denver.

– Słyszałem – mruknął rozbawiony.

Nie zdarzyło mu się jeszcze, by traktowano go jak ociężałego umysłowo sztubaka. Mało kto by się na to poważył. Bo chociaż miał opinię człowieka wyluzowanego, z poczuciem humoru, a nawet kobieciarza, to przecież wywodził się z Jarrodów. Był jednym z dziedziców ogromnej fortuny Donalda Jarroda, a do tego właścicielem świetnie prosperującej firmy marketingowej, człowiekiem bogatym i wpływowym, z którym lepiej nie zadzierać.

Fakt, że ta kobieta nie okazuje mu należytego respektu, podniecał go bardziej, niż powinien.

Chociaż... atrakcyjności nie można jej odmówić. Metr sześćdziesiąt z kawałkiem przy jego metrze osiemdziesiąt z hakiem – nie za wysoka, nie za niska, w sam raz. Nie za chuda, nie za puszysta. Krągłości na swoich miejscach, wypychające przód sweterka oraz szczelnie wypełniające spodnie. Nic, tylko przytulać, rozkoszować się miękkością i ciepłem tego ciała.

Twarz w kształcie serca i długie, proste, jasne włosy o odcieniu słońca tworzyły fascynującą mieszankę niewinności i zmysłowości. Ten wykrój ust, wyrazisty, krystaliczny błękit oczu, ta pewność i zaborczość w sposobie, w jaki trzymała niemowlę...

Nie, dosyć tych zachwytów, i tak wykopie ją zaraz z gabinetu, tylko, jasna cholera, skąd to uczucie, że krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach i dlaczego tak go ściska w dołku?

Niestety – a może stety – po niej nie było widać, żeby jego osoba wzbudzała w niej podobne fizjologiczne reakcje.

– Wydzwaniam do pana od dwóch miesięcy – podjęła z pretensją w głosie. – Zostawiałam wiadomości, na które pan nie raczył odpowiadać.

Kiwnął głową i zajął wreszcie swoje miejsce za biurkiem.

– Sekretarka coś mi tam mówiła. Ale z zasady nie oddzwaniam do osób, które odmawiają informacji, w jakiej sprawie chcą się ze mną skontaktować.

Nie siadała, stała przed biurkiem, zarzucając lekko biodrem, na którym trzymała dziecko.

– Są sprawy, które lepiej omawiać w cztery oczy, bez wtajemniczania w nie sekretarek. Zwłaszcza osobiste.

Ściągnął brwi i podniósł na nią wzrok znad teczki, którą właśnie otworzył.

– Przepraszam, ale nie znam pani ani z widzenia, ani ze słyszenia. Jaką osobistą sprawę może pani do mnie mieć? – Przemknęło mu przez myśl, że ta kobieta jest może lekko stuknięta. Może ubzdurała sobie, że jest jeszcze jedną zaginioną przed laty dziedziczką fortuny Jarrodów, która się teraz odnalazła. A może naoglądała się jego zdjęć w lokalnych i ogólnokrajowych tabloidach, i wmówiła sobie, że ma szanse go usidlić.

Rozważał już ewentualność wezwania hotelowej ochrony, kiedy kobieta przeniosła dziecko na drugie biodro i wolnym, ale zdecydowanym krokiem zaczęła znowu okrążać biurko, tym razem w kierunku przeciwnym do tego, w jakim ją przed chwilą zza niego wyparł.

– Zgadza się, nie zna mnie pan. Widzimy się po raz pierwszy. Ale przed rokiem poznał pan moją siostrę i z tego, co mi wiadomo, nieźle się zabawiliście.

Zatrzymała się przed fotelem, na którym siedział, i popatrzyła na niego z góry. Poczuł się osaczony.

Chciał zerwać się na nogi, ale ona jeszcze nie skończyła, a to, co dalej usłyszał, wbiło go dosłownie w fotel.

– I gdyby pan z łaski swojej odpowiedział na mój telefon, nie musiałabym się tak do pana dobijać, żeby pokazać panu synka, który się panu urodził.

To powiedziawszy, bezceremonialnie posadziła mu bobasa na kolanach, wyprostowała się, założyła ręce pod biustem i spojrzała na niego nie tylko z góry, ale też z mściwą satysfakcją.

ROZDZIAŁ DRUGI

Haylie napawała się szokiem, jakim Trevor Jarrod zareagował na jej oświadczenie. Wybałuszył oczy, a na jego twarzy malowało się osłupienie. Chwycił odruchowo chłopca, żeby ten nie spadł mu z kolan, i trzymał go teraz tak, jakby to nie było czteromiesięczne niemowlę, lecz tykająca bomba zegarowa.

Na kilka sekund zapadła martwa cisza, potem Trevor zaczął dochodzić do siebie. Odzyskał panowanie nad mimiką twarzy, po czym podniósł się z fotela, trzymając pulchnego chłopczyka w wyciągniętych przed siebie rękach.

Bobas, wyczuwając najwyraźniej dezorientację i zdenerwowanie Trevora, zamachał nóżkami, a jego buzia wykrzywiła się jak do płaczu i poczerwieniała.

Na ten widok w Haylie obudził się instynkt dobrej opiekunki. Podskoczyła i odebrała Trevorowi dziecko. Znalazłszy się na jej rękach, Bradley szybko się uspokoił. Czego nie dało się powiedzieć o Trevorze.

Twarz stężała mu w gniewną maskę przeciętą wąską krechą zaciśniętych warg.

– Może wydaje się pani, że jest bardzo dowcipna – wycedził przez zęby – ale mnie ten numer ani trochę nie śmieszy. Albo opuści pani mój gabinet po dobroci, albo wzywam ochronę.

Mówiąc to, wychodził zza biurka, by rozsunąć przed nią dwuskrzydłowe dębowe drzwi, nie zauważył więc, jak Haylie, zdegustowana jego teatralnie władczym tonem, przewraca oczami.

Żadna ochrona nie będzie mu potrzebna. Ani myślała przykuwać się tutaj do kaloryfera.

Gdyby nie głębokie przekonanie, że mężczyzna powinien się dowiedzieć, że został ojcem, a dziecko ma prawo poznać jedynego z żyjących rodziców, nie byłoby jej teraz w Aspen. Siedziałaby u siebie w Denver, zajmowała się swoimi sprawami i starała wychowywać siostrzeńca najlepiej, jak potrafi.

Nie po raz pierwszy przeklinała beztroskę i nieodpowiedzialność siostry. Psim obowiązkiem Heather było odnalezienie Trevora po spędzeniu z nim tej jednej upojnej nocy i poinformowanie go, że jest w ciąży. To ona, po przyjściu na świat Bradleya, powinna powiadomić sprawcę, że został ojcem.

Ale siostra tego trudu sobie, oczywiście, nie zadała. O nie, to świadczyłoby o odpowiedzialności i dojrzałości, byłoby znakiem, że w końcu wydoroślała i jest gotowa do podjęcia się roli matki.

Haylie nie wiedziała, naprawdę nie wiedziała, co działo się w głowie siostry przez wlokące się miesiące ciąży. Często odnosiła wrażenie, że do Heather zupełnie nie dociera, że wkrótce zostanie matką. Zachowywała się tak, jakby w jej życiu, pomijając powiększający się obwód w pasie, nic się nie zmieniło.

Owszem, odstawiła alkohol, rzuciła palenie i od kiedy rosnący brzuch zaczął jej w tym przeszkadzać, już tak nie imprezowała, ale w sumie przedryfowała przez te dziewięć miesięcy z głową w chmurach.

Aż tu nagle bach, ściąga ją na ziemię twarda rzeczywistość. Haylie chyba nigdy w życiu nie widziała kogoś bardziej od siostry zaskoczonego tym, że pora wziąć się w garść i zakasać rękawy. I przez kilka pierwszych tygodni po rozwiązaniu naprawdę myślała, że Heather dorośleje. Że wreszcie poszła po rozum do głowy i będzie z niej dobra, kochająca i troskliwa matka.

Jednak u jej młodszej siostry takie okresy ustatkowania nigdy nie trwały długo. Bradley nie skończył miesiąca, kiedy Heather zaczęła wracać do starych nawyków. Całe noce spędzała poza domem, potem spała do południa, przestała płacić rachunki, a co najgorsze, nie zajmował się Bradleyem.

Haylie kochała siostrę i na jej wyskoki patrzyła zawsze przez palce, lecz tego ostatniego wybaczyć nie potrafiła.

Bradley nie był jej dzieckiem, ale pokochała go całym sercem w chwili, kiedy przyszedł na świat. Nie pojmowała, dlaczego siostra – biologiczna matka Bradleya – nie podziela tego głębokiego i silnego uczucia do własnego synka.

Ale było, minęło. Teraz opieka nad Bradleyem spadła na nią i gdyby nie kochała malucha tak bardzo, gdyby nie uważała, że należy mu się od życia to, co najlepsze, że ma pełne prawo poznać ojca, nie byłoby jej teraz w Jarrod Ridge, nie stałaby w tym gabinecie oko w oko z Trevorem Jarrodem, który był w stanie nie tylko usunąć ją siłą z terenu rodzinnego kompleksu, ale nawet ze stanu Kolorado.

– Może pan wzywać, kogo chce – powiedziała chłodno, ze spokojem, którego wcale nie odczuwała – ale to w najmniejszym stopniu nie zmieni powodu, z jakiego tu się zjawiłam.

Trzymając Bradleya na jednej ręce, pogmerała drugą w torebce i wyjęła z niej fotografię oraz wycinek z gazety. Podeszła z nimi do Trevora, który stał przy drzwiach, ale ich nie otwierał.

Podała mu najpierw fotografię.

– To moja siostra Heather – oznajmiła ze ściśniętym gardłem i zamrugała, bo łzy napływały jej do oczu.

Trevor spojrzał na zdjęcie. Przez dłuższą chwilę przyglądał się twarzy Heather, ale kiedy w końcu podniósł wzrok na Haylie i ich spojrzenia się spotkały, Haylie wyczytała z jego oczu, że nie przypomina sobie, by ją znał, a tym bardziej, żeby się z nią przespał.

Westchnęła w duchu, zwilżyła językiem wargi i podjęła:

– Wszystko wskazuje na to, że poznał ją pan nie tak dawno w którymś ze śródmiejskich klubów, odwiedzając Denver w interesach. Heather była piękną dziewczyną i lubiła się zabawić. Rzadko wracała do domu sama.

Coś błysnęło w jego ciemnobrązowych oczach.

– Była?

Haylie kiwnęła głową i podała mu wycinek z gazety.

– Zginęła w wypadku samochodowym dwa miesiące temu.

Spojrzał na nią ze szczerym współczuciem, a ją ścisnęło w piersiach. Może rzeczywiście nie znał Heather i podejrzewał, że ona, Haylie, próbuje go naciągnąć, ale na zimnego drania bez serca nie wyglądał.

– Wiem, chodzi panu pewnie po głowie, że próbuję pana w coś wrobić. Albo bierze mnie pan za oszustkę, która chce uszczknąć dla siebie coś niecoś z fortuny Jarrodów. Zapewniam pana, że nic z tych rzeczy.

Bradley zaczął marudzić, przeniosła go więc na drugie biodro.

– Przyjechałam tu tylko dlatego, że Heather powiedziała mi, że to pan jest ojcem Bradleya, a ponieważ ona nigdy nawet nie próbowała się z panem skontaktować, pomyślałam sobie, że to ja powinnam pana powiadomić o jej śmierci i poinformować, że ma pan syna. Poza tym wydaje mi się, że on... – Tu uniosła Bradleya, by nie było wątpliwości, o kim mowa – ...ma prawo przedstawić się swojemu ojcu.

Kiedy Trevor nie odpowiadał, wyjęła mu z dłoni fotografię i nekrolog.

– Może mnie pan sprawdzić, poczynić stosowne kroki prawne dla zabezpieczenia majątku, ale niech pan nie karze synka za błędy jego matki.

Trevor patrzył bez słowa na stojącą przed nim kobietę. Nieraz już napastowały go młode cwaniary z symbolami dolara w oczach i celownikami nakierowanymi na miliony Donalda Jarroda, ale on z miejsca je rozpoznawał.

W przypadku Haylie Smith w jego głowie nie odzywały się żadne dzwoneczki alarmowe.

Nie robiła na nim wrażenia naciągaczki. Nawet jeśli się myliła co do jego ojcostwa, to najwyraźniej wierzyła święcie w to, co mówi – a przynajmniej w to, co powiedziała jej przed śmiercią siostra.

Zerknął na trzymaną przez Haylie fotografię i jeszcze raz wytężył pamięć, starając się przypomnieć sobie kobietę, z którą rzekomo spędził noc. Pamiętał tamtą wyprawę do Denver, pamiętał nawet, że po całym dniu trudnych biznesowych spotkań wpadł na drinka do jednego z najpopularniejszych w mieście nocnych klubów. Był sfrustrowany i zły, chciał się czegoś napić, odreagować.

Muzyka techno rozsadzała uszy, wdzierała się w mózg, ale wytrzymał tam na tyle długo, by wlać w siebie kilka drinków. I pamiętał kobiety... mnóstwo kobiet w krótkich spódniczkach, na wysokich szpilkach, podrygujących na parkiecie i stłoczonych przy stolikach, w boksach koloru likieru hpnotiq. Kilka go zagadywało, ale nie był w nastroju do rozmowy.

Chyba że po którymś drinku mu się odmieniło...

Nie, nie