17 osób interesuje się tą książką

Opis

I tom serii „Magiczne miejsce

Tak, to było kuszące – założyć tutaj hotel i nie
martwić się o nic więcej, nie być związanym terminami, sprawami, spotkaniami.
Żyć w rytmie natury, może kupić sobie psa
i włóczyć się z nim po łąkach w dolinie?


Witold Mossakowski, młody pracownik ministerstwa, przyjeżdża do Idy, bo tutaj kupił podupadający pałac.
To Magiczne miejsce skradło jego serce na zawsze. Nie tylko ono, ale i mieszkający w nim ludzie – osoby nietuzinkowe i pełne pasji, o oryginalnych zainteresowaniach. W jego życiu pojawia się też urocza dziewczyna, Mila Bielak, wielbicielka kotów i astronomii, której przeszłość kryje pewną tajemnicę…

Właśnie tutaj, w przepięknej dolinie pełnej kwiatów, z których dawna właścicielka pałacu, hrabina Tyczyńska, destyluje swe czarodziejskie perfumy, Witold zaczyna rozumieć, co jest dla niego ważne.

Magiczne miejsce” to ujmująca historia o poszukiwaniu szczęścia i konieczności pogodzenie się ze sobą i ze swoimi wspomnieniami. Życie naprawdę może się zmienić w jednej chwili, tylko trzeba umieć dostrzec, że ta chwila właśnie nadchodzi i cieszyć się nią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Imię moje: Izmael. Przed kilku laty – mniejsza o ścisłość jak dawno temu – mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, a nie widząc nic szczególnego, co by mnie interesowało na lądzie, pomyślałem sobie, że pożegluję nieco po morzach i obejrzę wodną część świata.

Herman Melville, Moby Dick[1]

1.

„Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień”[2]. T. S. Eliot, który wypowiedział te słowa, na pewno miał rację, choć oczywiście nie był autorem niniejszej historii.

Kwiecień jest okrutnym miesiącem, zwłaszcza w naszym niezbyt gościnnym klimacie, który ostatnio obfituje w same anomalie: burze, susze, gradobicia i podtopienia, jak kraj długi i szeroki. W taki właśnie deszczowy, błotnisty i zimny kwietniowy dzień nasz bohater przemierzał swoim eleganckim terenowym samochodem polne drogi niezwykle malowniczej krainy. Nie miał jednak czasu zachwycać się niecodziennością swej sytuacji, bo był bardzo zdenerwowany, jak to bywa w przypadku wyższego urzędnika państwowego, który w dodatku podejrzewa, że popełnił właśnie życiowy błąd i łatwo się zeń nie wywinie.

Witold Mossakowski – bo o nim traktuje ta opowieść – miał trzydzieści pięć lat i naturę hazardzisty. Sprawował ważną funkcję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a życie osiadłe nigdy nie było jego powołaniem. Przez te kilkanaście lat od ukończenia studiów, a nawet jeszcze wcześniej, bo w ich trakcie, zwiedził świat wzdłuż i wszerz. Nie potrafił zapuszczać korzeni, uważając, że oznacza to kłopoty. Wielkie. Z sąsiadami, władzami, namolnymi znajomymi, upierdliwymi dozorcami itp., itd. A Witold to był wolny duch, który, jak mówi ewangeliczne powiedzenie: „tchnął, kędy chciał”.

Tym razem jednak wybrał się na wycieczkę nie w celach odkrywczych, turystycznych ani tym bardziej zawodowych. Odwiedzał tę zapomnianą przez Boga i jego szanownych świętych krainę, ponieważ parę miesięcy wcześniej nabył w tej okolicy zabytkową posiadłość – popegeerowski kawał ziemi z pałacem, malowniczym parkiem i przyległościami, wszystko dość mocno zaniedbane.

Teraz, z wysiłkiem meandrując przez błota, zastanawiał się, co u licha go podkusiło, żeby to zrobić. Utopił znaczną część swego – sporego, co prawda – majątku w zaklęty dwór na końcu świata i właściwie trudno było dociec, jakie motywy nim kierowały.

Pamiętał jedno. Kiedyś, zupełnie niebacznie, zwierzył się koledze – też prawnikowi, ale specjaliście od nieruchomości – ze swego romantycznego marzenia. Gdy znudzi mu się już zgiełk wielkiego miasta, urzędowanie od 6.30 do 22.00, z małą przerwą na kawę, to chciałby uciec gdzieś daleko, gdzie naprawdę – jak w piosence Urszuli Sipińskiej – „zatrzymał się w polu czas”, czy jakoś tak, bo Witold nigdy nie był dobry w zapamiętywaniu słów popularnych niegdyś szlagierów.

Kolega pokiwał głową i wydawało się, że jest to kolejna rozmowa przy wódce i słonych paluszkach, z której nie wynika nic poza kacem i strasznym pragnieniem, lecz okazało się inaczej.

Parę miesięcy później, gdy dyskusja o urokach dworu wydawała się dawno zapomniana, niespodziewanie odezwał się telefon Witolda.

Zadzwonił nagle i w krytycznym momencie. Mossakowski, wraz z całą ekipą rządową, był właśnie w Brukseli na szczycie Unii Europejskiej. Marek, ów prawnik od nieruchomości, zatelefonował, gdy w stolicy Belgii zaczynał się przedpołudniowy ruch, a Witold, śmiertelnie zmęczony długimi rozmowami, usiłował odespać stres.

Nie udało się. Gdy rozległ się sygnał telefonu, całkowicie przytomny zerknął na wyświetlacz i warknął mało zachęcająco:

– Czego?

Nie miał ochoty na rozmowę z żadnym dawnym kumplem czy jakimś dziennikarzem, który otrzymał jego numer dzięki niegdysiejszemu kumplowi (niech ich obu piekło pochłonie, niech im kurzajki obsypią wszystkie kończyny, a zwłaszcza górne, którymi wystukują cyfry na klawiaturze, niech im języki skołowacieją).

– Witek? – odezwał się przytłumiony głos z oddali, znajomy, ale nie do końca, bo Witold chwilę musiał się zastanowić, zanim rozpoznał Marka Wilczyńskiego. Poczuł ulgę, że to nie żaden namolny pismak.

– Cześć, Marek, co tam? – zapytał słabiutkim głosem, bo tuż po zakończeniu wieczornej tury rozmów niezwykle sympatyczny przedstawiciel Słowenii, która wówczas przewodniczyła Unii, poczęstował go swoją narodową przekąską, czyli suszoną szynką o dźwięcznej nazwie kraški pršut oraz – i to było znacznie gorsze – słynnym winem, malvaziją. Po kilku butelkach przyjaźń polsko-słoweńska kwitła i rozwijała się znakomicie. W tej sytuacji Witold naprawdę nie miał ochoty na podtrzymywanie rozmowy, ale Marek nie rezygnował:

– Pamiętasz, stary, tę naszą dyskusję o nieruchomościach?

Witold pamiętał, ale jakoś nie czuł się na siłach o tym rozmawiać. W stanie ducha i umysłu, w jakim obecnie się znajdował, łatwo byłoby mu wcisnąć Inflanty wraz z Kłajpedą lub czymkolwiek innym. Próbował zatem szybko zakończyć pogawędkę, mamiąc kolegę przełożeniem jej na inny sprzyjający termin. Nic z tego. Agent od nieruchomości jest jak rekin w tropikalnym morzu – gdy poczuje krew, nie zrezygnuje. A Marek nie zamierzał wypuścić takiej okazji z ręki.

– Słuchaj. To niebywały interes. Znalazłem dla ciebie fantastyczną posiadłość. Stary dwór, zabytkowy park i spory kawałek ziemi.

– Jak spory? – zapytał niespodziewanie Witold, zaskakując tym samego siebie.

– Ze czterdzieści hektarów, ale okolica przepiękna, cisza, lasy, pagórki – zachwalał Marek z nachalnością zdesperowanego telemarketera, usiłującego sprzedać supergarnki z kosmicznej stali lub pościel z wielbłądziej wełny.

Witold przez chwilę myślał, że się przesłyszał, ale chyba jednak nie. Popatrzył bezradnie w okno, potem równie nieprzytomnie rozejrzał się po minimalistycznym wystroju swego hotelowego pokoju i wreszcie spytał:

– Co ja, twoim zdaniem, mam zrobić z taką ilością ziemi?

– Nie wiem, może zaczniesz coś uprawiać, na przykład rzepak lub wierzbę energetyczną? To chyba będzie dosyć opłacalne w niedługim czasie. Albo krowy zaczniesz osobiście wypasać? To by ci dobrze zrobiło na zszargane dyplomacją nerwy.

– Daj spokój. Nie widzę się raczej w malowniczej roli pastuszka.

Po drugiej stronie zaległa cisza, jakby Marek Wilczyński przez chwilę naprawdę rozważał pomysł, że jego szkolny kolega, obecnie urzędnik w randze równej wiceministrowi, na stare lata zostanie bosonogim sierotką i z witką wierzby energetycznej w dłoni poświęci się nadzorowaniu stada jakiegoś bydła, trzody lub nawet ptactwa.

– Hm… – powiedział, gdy już uporał się z tym obrazkiem. – Witek, wiem, że nie masz czasu, więc wyślę ci mailem zdjęcia wraz z kosztorysem. Cena jest po prostu śmieszna, nie sprzedali tego na trzech kolejnych licytacjach, ale decyduj się szybko, bo mam jeszcze kilku chętnych. Ponieważ jednak dbam o ciebie, mój przyjacielu, więc tobie zaproponowałem jako pierwszemu. Uwierz mi, to jest niezwykła okazja – gadał tak jeszcze przez chwilę, a Mossakowski, kołysany jego monotonnym głosem, zaczął przysypiać nad słuchawką.

Miał pewne wątpliwości, czy powinien okazywać wdzięczność. W każdym razie w tej chwili czuł się zwolniony od podejmowania jakiejkolwiek decyzji; cieszył się wręcz, że kolega przestał mu mówić do ucha i może spokojnie położyć się do łóżka.

Wieczorem przed bankietem, kierowany zawodowym nawykiem, sprawdził jeszcze pocztę mailową. Dokumentacja przesłana przez Marka była interesująca. Gdy zobaczył zdjęcia dworu, nie mógł uwierzyć własnym oczom, bo podobnej architektury w życiu nie widział. Był to chyba najbardziej eklektyczny i najdziwniejszy budynek na świecie. No i trudno go nazwać dworem – raczej pałacem, biorąc pod uwagę architektoniczną ambicję. Ogród, a właściwie park, też wyglądał intrygująco – pełen niesamowitych rzeźb i oczek wodnych.

Cudaczne – pomyślał i przejrzał wycenę oraz sugerowany koszt remontu. Tak się akurat składało, że nie przekraczało to jego możliwości finansowych – budynek był w zaskakująco dobrym stanie technicznym. Posiadłość budziła zainteresowanie, a dom z bezrękim posągiem nad wejściem – sympatię. W Witoldzie drgnęła wspomniana wyżej żyłka hazardzisty. Nie namyślając się dłużej, wybrał numer telefonu Marka i zaakceptował ofertę. To była prawdziwa przygoda, odczuwał dreszcz radości podobny do tego, jaki towarzyszył mu podczas nurkowania na rafie koralowej czy wędrówek po pustyni.

Właśnie w efekcie tych wszystkich wydarzeń jego terenowe auto prawie zakopało się w błocie. Wiosna zupełnie nie nadawała się na tego typu wędrówki ludów, ale w innym okresie roku po prostu nie mógł pozwolić sobie na urlop.

Westchnął ciężko i po raz kolejny sprawdził wskazania nawigacji, która nie przydawała się tak naprawdę do niczego. Zresztą, jak pocieszył się, „prawdziwie zacne miejscowości nigdy nie są na nich umieszczane”[3]. Z powodu niskiej gęstości zaludnienia nie miał nawet kogo zapytać o drogę. Trudno się zatem dziwić, że zapadał już zmrok, gdy Witold dotarł do Idy, miejscowości na końcu świata, gdzie nabył posiadłość rodziny Tyczyńskich.

– Sołtys Idy nazywa się Bielak – pouczył go przed wyjazdem Marek. – Ma dla ciebie klucze, moi ludzie pracują nad remontem dworu, będziesz mógł dopilnować ostatniego etapu prac.

Ida była wioską z dziecięcej bajeczki, rozrzuconą w malowniczy sposób na niewielu pagórkach. Kilka drewnianych chałup majaczyło w półmroku, niezbyt wyraźnie widać było płoty, małe ogródki i zarysy sylwetek wiosennych kwiatów. Witold z niemałym wysiłkiem odszukał dom z tabliczką „Sołtys”, który – jak się okazało – wyróżniał się zdecydowanie z otoczenia. I to nie dzięki ciekawemu designowi, uwzględniającemu na przykład potłuczone talerze na elewacji, bądź odważnej koncepcji projektanta – „gargamela” z kolumną dorycką i architrawem. Rzucał się w oczy ze względu na swoją nietypowość. Przedstawiał obraz dość szalonych eksperymentów architektonicznych – właściwie składał się z samych dobudówek, choć wydaje się to zupełnie niemożliwe. Witold nie potrafił jednak odpowiedzieć na pytanie, która część domu powstała jako pierwsza – finezyjna kompozycja z pustaków wydawała się stanowić jakąś pierwotną formę, lecz z kolei czworokątna niby stodoła z drewna była na pewno starsza. Nad gankiem domek miał dodatkowo coś w rodzaju koślawej wieżyczki, która nie wiedzieć czemu służyła.

Zapukał do drzwi bez większej nadziei, bo we wszystkich oknach panowała ciemność. Sołtys i jego rodzina najwyraźniej preferowali spędzanie kwietniowych wieczorów poza domem. Witold westchnął, zapalił papierosa i usiadł na ganku. Cisza, przerywana od czasu do czasu szczekaniem psa, lekko go przerażała. Nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Nad głową rozpościerało się ciemne, rozgwieżdżone niebo, a powietrze przesycone było ciepłym aromatem kwiatów. Ogarnął go spokój.

2.

Od strony drogi dały się słyszeć kroki. Wstał i zobaczył młodą kobietę o długich, kręconych włosach. Miała około trzydziestu lat, a jej wygląd zupełnie nie pasował do obrazu wieśniaczki z zapomnianej przez Boga osady. Myśląc o mieszkańcach Idy, Witold wyobrażał ich sobie jako typy rodem ze skansenu wsi polskiej, w strojach z epoki wczesnego Gierka, a gumofilce i kraciaste chusteczki nachalnie dominowały w tym obrazie. Nadchodząca dziewczyna była ubrana w długi płaszcz i spodnie w stylu hippie. Oczywiście o chusteczce i walonkach nie było mowy.

– Dzień dobry. Szukam sołtysa Bielaka – powiedział, gdy tylko zbliżyła się do niego. Wyciągnęła zza pazuchy małego kota i postawiła go na ganku.

– Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór – odparła i wskazując na kota, dodała: – Właśnie dostałam go od naszych nauczycieli. Oni hodują koty, może i pan weźmie jednego?

– Chyba nie, nie przepadam za tymi zwierzakami – wyjaśnił Witold, niezupełnie zgodnie z prawdą. Miał raczej ambiwalentny stosunek do zwierząt: psów, kotów i rybek akwariowych. Nie żeby ich jakoś specjalnie nie lubił, ale kochać też nie miał za co. Dziewczyna tymczasem kontynuowała wywód o kotach, mocując się z zamkiem w drzwiach:

– Niesłusznie. Koty są bardzo mądre i zazwyczaj same wybierają sobie właścicieli.

– I ten panią wybrał? – zainteresował się Witold, obserwując małe stworzenie, które z powagą zainicjowało wieczorną toaletę.

– A żeby pan wiedział – roześmiała się, zapraszając go ruchem ręki do środka. – Wszedł mi po nodze na kolana, gdy graliśmy w karty. Musiałam go zabrać.

– Jestem Witold Mossakowski… – przedstawił się, choć wąski i ciemny przedpokój przybudówki należącej do starej stodoły niezbyt sprzyjał eleganckim prezentacjom.

– Domyśliłam się. Pan Wilczyński mówił, że posiadłość Tyczyńskich kupuje minister, ale myślałam, że każdy minister jest stary i łysy.

– Jestem zaledwie podsekretarzem stanu, czyli wiceministrem, i to jednym z kilku, więc pani uwaga jest jak najbardziej słuszna. Droga awansu jest tak długa, że być może naprawdę zdążyłbym się zestarzeć i wyłysieć, zanim bym osiągnął wyższe stanowisko. Czy pani ojciec jest w domu? – ciągnął niezrażony.

– A czego pan chce od mojego ojca? – zdziwiła się młoda kobieta, zapalając światło w pokoju, do którego weszli. Był ogromny i prawie całkowicie zapełniony książkami i innymi szpargałami. W kącie znajdowały się kręcone schody, prowadzące, jak domyślił się Witold, na ową koślawą wieżyczkę.

– Miałem się zgłosić do pana sołtysa po klucze i dokumenty – objaśnił cierpliwie Witold.

– Zaraz je panu dam. – Dziewczyna odwróciła się do niego z uśmiechem i wyciągnęła rękę. – Mila Bielak, ja jestem sołtysem Idy.

– Przepraszam, głupio wyszło – powiedział, lekko zaskoczony. – Marek nic mi nie mówił.

– To się właściwie ciągle zdarza. – Sołtys Mila machnęła ręką. – Napije się pan kawy?

– Chętniej herbaty, jeżeli można.

Przenieśli się do kuchni, która, jak ocenił Witold, znajdowała się z kolei w budynku z pustaka. Jej centralnym urządzeniem był duży piec, obudowany pięknymi kaflami w kolorze kobaltowego błękitu. Mila fachowo roznieciła ogień i postawiła na nim czajnik.

– Pański dom jest już prawie gotowy. Ma pan szczęście, że zarząd PGR-u dbał o pałac i nie wymagał on kapitalnego remontu. Myślę, że może pan tam spokojnie przenocować. Jeżeli nie będzie panu odpowiadał nocleg w pustych komnatach, to proszę wrócić do wsi. Ksiądz pana przyjmie, już się zadeklarował.

– Bardzo dziękuję, ale chyba to nie będzie konieczne – szybko zaprotestował Witold, nieco przestraszony ewentualnością noclegu na plebanii. Nie wiadomo, jakie tam panują zwyczaje. Może trzeba odleżeć krzyżem przed snem dwie godziny albo śpiewać w chórze na nieszporach?

– Na długo pan przyjechał? – Woda zabulgotała i pani sołtys zdjęła czajnik z ognia, nalewając wrzątku do fajansowego dzbanka, a po całym pomieszczeniu rozszedł się zapach ziół.

– Nie wiem, na pewno na kilka tygodni, muszę wykorzystać zaległy urlop.

– Niezbyt dobra pora na wakacje – oceniła, stawiając dzbanek na dużym sosnowym stole, odgarnąwszy najpierw kilka książek i jakieś papiery. – Na pewno będzie pan potrzebował kogoś do pomocy w domu. Już rozmawiałam z panią Kowalową, która gotowała dla robotników remontujących dwór. To świetna gospodyni, będzie pan zadowolony.

Witold był poruszony tempem załatwianych tu spraw. Zawsze mu się wydawało, że na wsiach każda rzecz musi najpierw odleżeć i nabrać mocy urzędowej. Podzielił się tym spostrzeżeniem z dziewczyną. Mila uśmiechnęła się, podając mu filiżankę.

– Niech się pan nie dziwi. Jest pan najznamienitszym mieszkańcem Idy, wszyscy się panem interesują i plotkują od kilku miesięcy.

Witold, dosyć mocno przerażony, poprawił sobie na nosie druciane okularki i spróbował skierować rozmowę na tematy neutralne.

– Proszę mi lepiej powiedzieć, czego się tu mogę spodziewać, interesują mnie zwłaszcza miejscowe atrakcje.

– Właściwie nie ma żadnych – stwierdziła, mieszając herbatę. – Nawet gorzej niż w tym starym dowcipie: „Macie tu jakieś życie nocne? Mamy, mamy, ale dzisiaj jest chora”.

Oboje się roześmiali i Witold trochę się odprężył. Zaczął nawet mieć nadzieję, że może nie popełnił aż tak straszliwego błędu, w końcu „dzisiaj żyjem, jutro gnijem”[4], jak mawiał ksiądz Robak, a to przecież uznany klasyk. Mila tymczasem kontynuowała, popijając herbatę.

– Sklep objazdowy jest raz w tygodniu, mogą panu przywieźć gazety z sześciu dni, poza tym asortyment dla niewybrednych. Chleba nie sprzedają, tutaj każdy sam piecze, musi pan złożyć specjalne zamówienie, proszę o tym pamiętać. Lekarza nie ma – jest tylko pani Tekla Tyczyńska, która leczy ziołami, ale bardzo skutecznie.

– Tyczyńska? – zdziwił się mocno Witold. – Właścicielka majątku?

– Była właścicielka. Pomijając fakt, że obecnie to pan jest właścicielem, Ida została rozparcelowana po wojnie i był tu, jak już wspomniałam, PGR. Pani Tekla mieszka w małym domku myśliwskim na skraju lasu. Obawiam się, że kupił ją pan razem z posiadłością, podobnie zresztą jak kościół.

– Słucham?! – Tym razem Witold nie dowierzał własnym uszom.

– No, tak. Kościół, a właściwie kaplica, znajduje się na pańskim terenie, jest częścią dworu. Korzystaliśmy z niej do tej pory, ale teraz decyzja należy do pana. – Mila wzruszyła ramionami, najwyraźniej dystansując się od całej sprawy.

– A ksiądz? Jest zadowolony z tej sytuacji? – zainteresował się Witold, który zaczął teraz widzieć propozycję noclegu na plebanii w zupełnie innym świetle. Mógł to być początek trudnych negocjacji albo i czegoś gorszego.

– W Idzie nie ma księdza katolickiego. Jest duchowny prawosławny, ojciec Witalis, ale odprawia msze dla wszystkich. Ksiądz Prochor przyjeżdża dwa razy do roku – stary jest, a do Brzózek Wielkich kawałek drogi i to nie najlepszej, ale pański samochód nawet w zimie przejedzie. Witalis umówił się z księdzem, że zaopiekuje się parafią – tu prawosławnych chrześcijan i katolików jest po połowie.

Witold pokręcił z niedowierzaniem głową. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzały w znanym mu świecie. No, ale ten nie wydawał się znany, najwyraźniej był to jakiś rodzaj społeczeństwa alternatywnego, o którym – co prawda – wielokrotnie słyszał, ale nigdy go nie widział.

– Oprócz tego jest szkoła, tak? – zapytał, bo autentycznie zaczęło go to fascynować.

– Owszem. Mamy piętnaścioro dzieci. Jestem przewodniczącą komitetu szkolnego i członkiem rady parafialnej. Mieszka tu dwóch nauczycieli, którzy uczą wszystkich przedmiotów. Ja, pani Tekla i Witalis uczymy przedmiotów dodatkowych.

– Czego pani uczy? – zaciekawił się Witold.

– Hiszpańskiego, czasem geografii, a chętnych astronomii – odparła niezbyt skwapliwie, bo – jak Witold zdążył już zauważyć – mało mówiła o sobie. Przy okazji wyraził zdumienie organizacją nauki szkolnej w Idzie.

Mila ponownie wzruszyła ramionami i wydobyła duży pęk kluczy z kredensu oraz teczkę pełną różnych papierów i podała mu.

– To pańskie klucze i reszta rzeczy. Budynek jest na wzgórzu, dobrze go widać z drogi, bo wznosi się nad naszą doliną.

Witold podziękował za herbatę i się pożegnał. Odprowadziła go na ganek.

Wsiadając do samochodu, popatrzył jeszcze raz na niesamowity dom.

– Przepraszam bardzo, intryguje mnie ta wieżyczka…

– Dosyć koślawa, prawda? – uśmiechnęła się, ale bynajmniej nie z zakłopotaniem, raczej z dumą. Najwyraźniej uważała, że jej dom prezentuje się atrakcyjnie i okazale.

– No cóż, cud architektoniczny to nie jest – powiedział szczerze, choć tak po prawdzie szereg dziwnych dobudówek wydawał mu się sympatyczny. Widać było wysiłek, jaki ktoś włożył w upiększenie siedziby, nawet jeśli wyniki były niewspółmierne do chęci.

– Dzieci pomogły mi ją zbudować. To obserwatorium astronomiczne – wyjaśniła, znowu robiąc nieokreślony ruch ręką. Przypatrywała mu się przy tym badawczo spod grzywy kręconych włosów.

– Ma pani lunetę?

– Teleskop – poprawiła go. – Nazywa się „poszukiwacz komet”, mamy całkiem niezłe wyniki.

– W kometach? – drążył zagadnienie niezrażony, choć pani sołtys raczej nie wykazywała chęci do dalszej pogawędki.

– Tak, ale nie tylko. – Gestem dłoni zakończyła temat. – Jak będzie pan miał jakieś pytania, to proszę podjechać do mnie albo do szkoły.

Witold zrozumiał. Audiencja z Milą była zakończona. Czas wycofać się na z góry przyjęte pozycje. Pożegnał się krótko i wskoczył do samochodu.

3.

Już pierwsze spojrzenie na posiadłość objawiło mu prawdę w całej przerażającej okazałości – to, co kupił jako „dwór z przyległymi zabudowaniami”, było tak naprawdę eklektycznym pałacem z początku XX wieku. I to sporych rozmiarów. Budynek był piętrowy, wzniesiony z czerwonej cegły i jasnego kamienia, ozdobiony niezliczonymi wieżyczkami, loggiami oraz werandkami. Nad ryzalitem w głównej elewacji wznosiła się kolumna, zwieńczona bezgłowym i bezrękim posągiem.

– Boże święty! – jęknął Witold, przyglądając się ze zdumieniem swej nowej siedzibie, którą wcześniej widział tylko na zdjęciach, gdzie nie przedstawiała tak imponującego wyglądu. – A cóż to jest?

– Pan Mossakowski? – rozległo się wołanie z ganku. Witold wysilił wzrok w zapadającym szybko mroku i dostrzegł krępą kobietę, wycierającą dłonie w ścierkę.

– Tak, to ja – przytaknął, zastanawiając się, czy jest już za późno na ucieczkę. Doszedł do wniosku, że nie ma na nią szans.

– Witam pana. Jestem Gertruda Kowal, gotuję dla robotników, którzy remontują dwór.

– Pałac… – sprostował nieśmiało, przyglądając się po raz kolejny budynkowi.

– Mam nadzieję, że nie robi to panu różnicy, dwór, pałac, wszystko jedno. Przygotowałam dla pana kolację, bo wiedziałam, że będzie pan wolał zatrzymać się u siebie, a nie u księdza. Iwana ma wiele zalet, ale okropnie gotuje i dobrze pan zrobił, że pan tam nie zanocował.

Witold, wciąż jeszcze oszołomiony, wszedł do środka. Pachniało gipsem i świeżą farbą. Wnętrze domu było równie niesamowite: z hallu wchodziło się do otoczonego drewnianym gankiem westybulu. Ganek obiegał oba piętra domu i prowadziły z niego drzwi do wszystkich pomieszczeń. Te na parterze były w większości niewykończone – stały w nich drabiny i poniewierały się pędzle. Gdy uniósł głowę, ujrzał okrągły sufit, w którego środku znajdował się zwornik. Zapewne kiedyś przez obie kondygnacje zwieszał się tu żyrandol lub może nawet ozdobny świecznik. Ujrzał go oczyma wyobraźni – wielkie dębowe koło, na którym w rzędach ustawiano świecie. Ich migotliwy, ciepły blask rozprasza się tajemniczo na ścianach i sprzętach. Cienie przemykają po korytarzach, błądzą na schodach.

Otrząsnął się szybko z tego wyobrażenia, żywcem zaczerpniętego z gotyckiej opowieści grozy. Spojrzał ponownie w dół. Obok werandy znajdowały się drzwi do kuchni, z której dochodziły smakowite zapachy.

Witold wszedł tam, nie ociągając się. W kuchni – zwyczajem przyjętym najwyraźniej w tej okolicy – królował ogromny piec z zielonymi kaflami. Na dużym, drewnianym stole stały ciasta i wędliny. Pomiędzy półmiskami życzliwa ręka gospodyni ustawiła bukiet z polnych kwiatów. Było swojsko, ciepło i przytulnie.

– Niech pan siada – zachęciła go Kowalowa, mieszając energicznie w garnku. – A to mój syn. – Wskazała na siedzącego w kącie chłopaka, którego Witold nawet nie zauważył z powodu mroku. – Mirku, przywitaj się.

Potomek gospodyni był wysokim, chudym młodzieńcem w wieku około dwudziestu lat. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i radośnie pomachał Witoldowi ręką.

– Mamusiu, ale fajny – zwrócił się do matki. – I samochód też fajny.

– Mirek, uspokój się! – huknęła na niego kobieta, nalewając zupę. – Niech pan wybaczy, on już taki jest. Zabieram go wszędzie ze sobą, bo boję się go zostawić w domu, żeby się czymś nie zatruł albo palucha nie wsadził w gniazdko.

– Nie ma problemu – uspokoił ją Witold, patrząc, jak chłopak bawi się resztkami ciasta, lepiąc z niego rozmaite kształty. Młody człowiek przypominał mu dobrze wyrośniętego bohatera powieści Güntera Grassa – Oskara Matzeratha, który dźwiękiem swego głosu wybijał szyby.

– A wie pan, że tu straszy? – spytał Mirek, zauważywszy zainteresowanie Witolda.

– Nie opowiadałbyś bzdur – skarciła go matka. – Proszę na to nie zwracać uwagi, on ma takie swoje obsesje: a to, że straszy, a to, że diabły pokazują się na łąkach w dolinie… – Zamachnęła się na syna ścierką. – Utrapienie z nim tylko, skąd to się u niego bierze?

Mirek wybuchnął śmiechem i, porzuciwszy ciasto, wybiegł z kuchni, być może w pogoni za zjawą lub innym diabelskim pomiotem. Witold chętnie dowiedziałby się więcej o nadprzyrodzonych zjawiskach w Idzie, ale gospodyni postawiła przed nim aromatyczną zupę, która smakowała równie dobrze, jak pachniała. Pani Kowalowa okazała się prawdziwą mistrzynią kucharskiego fachu, nie mógł zatem pozwolić, by tak wykwalifikowana siła wymknęła mu się z rąk.

– Mam nadzieję, że zostanie pani moją gospodynią? – spytał więc z obawą, że sąsiadka rozmyśli się i nie przyjmie propozycji.

– I ja na to liczę – zaśmiała się pani Gertruda.

– Obiad jest bardzo dobry – pochwalił szczerze Witold.

Gospodyni wzruszyła ramionami.

– Nie jadł pan jeszcze drugiego dania.

– Niektórzy uważają, że już po zupie można poznać kunszt szefa kuchni – próbował się wytłumaczyć. – Czy codziennie można się spodziewać takich frykasów? – zapytał po chwili, widząc schab ze śliwkami.

– To zależy wyłącznie od tego, jaki budżet przeznaczy pan na gospodarstwo domowe. Ja ze swojej strony preferuję kuchnię baskijską i francuską.

Witold popatrzył na nią znad schabu z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia, mając nawet wrażenie, że się przesłyszał.

– No, tak – potwierdziła gospodyni. – Ja, proszę pana, byłam szefową kuchni w ośrodku w Arłamowie.

– Ach tak! – zrozumiał Witold. – To wiele wyjaśnia.

Zadumał się nad historią „państwa arłamowskiego”, tajnego ośrodka rządowego z czasów PRL-u. W tamtych latach opowiadano o nim cuda na kiju – że w pokojach zainstalowano złote klamki, a w łazienkach bursztynowe armatury; że na specjalnym pasie lądowały wojskowe samoloty z wódką i kawiorem z bieługi; że odbywały się tam bale, polowania i orgie. Bywał w Arłamowie i Josip Broz Tito, i towarzysz Gierek. Strzelali do specjalnie zwabionej zwierzyny, a potem ucztowali bez końca. Ośrodek o kryptonimie W-2, luksus z ancien régime[5], wrzód na zdrowym ciele klasy pracującej. Obecnie znajdowała się tam stacja narciarska dostępna dla wszystkich, którzy mają wystarczająco grube portfele. Urząd Rady Ministrów zatrzymał sobie tylko kilka idiotycznych domków w stylu góralskim, pasujących do Bieszczad jak pięść do nosa.

Pani Gertruda też chyba myślała o czymś podobnym, bo odłożyła ścierkę, którą wycierała naczynia, i usiadła przy stole.

– Żeby pan wiedział, jak oni jedli! Pierwszy sekretarz Gierek to preferował kuchnię francuską.

– A myślałem, że raczej pyzy śląskie i ruskie – wtrącił Witold.

– Co za herezje pan opowiada? – zgorszyła się gospodyni. – Ruskie się zresztą wtedy nazywały „pierogi legnickie”. A kuchnia rosyjska wcale nie była popularna. Te kołduny i solanki nie są zbyt smaczne. Kuchnia polska i francuska. Może napije się pan herbaty? – uśmiechnęła się, zmieniając temat.

– Bardzo chętnie, choć piłem już jedną u pani sołtys.

– A, poznał już pan naszą Milę? – Pani Kowalowa rozpromieniła się, a Witold pokiwał głową.

– To prawdziwe szczęście, że ją mamy. Zanim tu przyjechała, to mój mąż był sołtysem. Ale teraz jest dużo lepiej – zapewniła gorąco, a Witold chciał zapytać, jak owo „lepiej” się objawia, ale nie zdążył, bo w drzwiach pojawił się przerażony Mirek.

– Mamusiu, proszę pana! Pojawiło się! – wrzasnął bez tchu, aż w oknach zatrzęsły się szyby.

Miałem rację z tym Matzerathem – pomyślał Witold.

– Co się znowu pojawiło? – zapytała jego matka z niezmąconym spokojem, zabierając się do układania naczyń.

– Zjawa. Straszna, bladozielona… Wychodziła z Upiornej Kapliczki.

– To jest tu także upiorna kapliczka? – zapytał rozbawiony Witold, którego już nic nie było w stanie zaskoczyć.

– Oczywiście – stwierdziła pani Gertruda. – Upiorna Kapliczka znajduje się tuż za bramą parku, pewnie nawet jej pan nie zauważył. Jest związana z jakimś wypadkiem czy samobójstwem w rodzinie Tyczyńskich. O to musiałby już pan zapytać panią Teklę. Mój syn uważa, że w księżycowe noce pojawia się przy niej duch.

– Bo się pojawia – zaprotestował Mirek, znowu usadowiony w kącie i pożerający podany przez matkę kawałek ciasta.

Gospodyni westchnęła.

– Wstydziłbyś się, synu, takie brednie opowiadać. Pan minister pomyśli, że ty jakiś głupol jesteś. Pewnie mgła się podniosła albo jakiś dym.

– Żaden dym – przekonywał solennie Mirek. – To była zjawa we własnej osobie.

– Oj, synu, synu. Zjawa to nie osoba, ile razy mam ci to tłumaczyć.

Witold powziął niejasne podejrzenie, że taka rozmowa pomiędzy matką a synem odbywa się już nie po raz pierwszy. Nie miał jednak siły zastanawiać się nad tym, był bardzo zmęczony i marzył o położeniu się do łóżka. Nie wiedział tylko, czy którykolwiek pokój nadaje się do zamieszkania. Zapytał o to gospodynię. Ona – jak to leżało w jej naturze – rozpromieniła się błyskawicznie.

– Oczywiście. Na górze ma pan całkowicie wykończoną sypialnię. Mirek pana tam zaprowadzi i pomoże z bagażami.

– Sam sobie z nimi poradzę, właściwie to mam tylko jedną torbę.

Jednak chłopak, przejęty swą ważną funkcją, dopadł już auta i zaczął grzebać w bagażniku. Najwyraźniej terenówka Witolda bardzo mu się spodobała.

– Czy zabierze mnie pan kiedyś ze sobą? – zapytał z nadzieją.

– Ale dokąd? – nie zrozumiał Witold, wyciągając z samochodu pudło z ulubionymi książkami i szpargałami, które zawsze zabierał ze sobą.

– Dokądkolwiek – uściślił Mirek. – Nawet do wsi albo do bramy parku, tylko kawałeczek bym się przejechał.

– Dobrze, ale teraz pokaż mi pokój.

Chłopak chwycił torbę i wbiegł do domu. Witold nawet nie próbował za nim nadążyć. Wszedł schodami na górę i idąc dalej drewnianym gankiem, okrążającym całe piętro, kierował się hałasem. Mirka znalazł w drugim pokoju po lewej stronie. Była to obszerna komnata z pięknym, wykuszowym oknem, leżąca w bezpośrednim sąsiedztwie wieży, ponad bezrękim posągiem. Z okna rozpościerał się widok na dolinę i położoną tuż obok wieś. W niektórych domkach paliło się światło. Również w domu pani sołtys, który rozpoznał po owej koślawej wieżyczce. Przez sekundę zastanowił się, czy Mila prowadzi w tym momencie obserwacje przez swoją lunetę.

Teleskop – poprawił się natychmiast w myślach. Nie doszedł jednak do żadnych wniosków, gdyż uroczy zbiór dobudówek należący do pani sołtys był jednak za daleko.

Mirek przestrzegł go jeszcze przed duchami i zniknął. Po chwili słychać już było tupot jego nóg na schodach. Witold sięgnął po filiżankę z herbatą, w którą zaopatrzyła go gospodyni, i zaczął wyciągać z pudła swoje skarby – przede wszystkim XVII-wieczną mapę Morza Karaibskiego i hiszpański galeon w butelce. Na dnie pudła znalazł wreszcie to, czego szukał – ukochaną książkę Rafaela Sabatiniego Sokół morski.

Położył się wygodnie na łóżku, owinął kocem i zatopił w lekturze, po raz co najmniej tysięczny. Księżyc zaglądał przez okno, oświetlając go spokojnym, srebrzystym blaskiem, wszędzie wokół dźwięczała niesamowita cisza, przerywana od czasu do czasu szczekaniem jakiegoś wiejskiego kundla. Po kilku stronach lektury oczy same się mu zamknęły, a książka wypadła z ręki.

4.

Po śniadaniu Witold postanowił wybrać się do wsi. Uznał, że powinien porozmawiać z panią Tyczyńską i księdzem Witalisem w sprawie kościoła. Zamierzał spotkać się z Milą i namówić ją, by poszła razem z nim do byłej właścicielki. Sam czuł się dość niezręcznie.

Pani sołtys nie zastał w domu. Rozejrzał się bezradnie po otaczających go budynkach. Ze zdziwieniem zauważył, że wioska wcale nie wygląda biednie. Wręcz przeciwnie – uliczka drewnianych domków była zachęcająco zadbana i wesoła. Żadna tam Polska B czy C. Ida w słońcu wydawała się zadowoloną z siebie i dość zamożną miejscowością.

Postanowił odnaleźć budynek szkoły. Mimo najszczerszych wysiłków nie mógł go jednak zlokalizować – nigdzie nie dostrzegał charakterystycznych i znanych mu z wczesnego dzieciństwa dużych, podzielonych na kilka części okien i równie charakterystycznej czerwonej tablicy z godłem państwowym.

Rozejrzał się niepewnie. Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej dostrzegł małą dziewczynkę. Ubrana była jak przedwojenna pensjonarka – w granatową sukienkę z białym kołnierzykiem oraz sweterek. Dwa jasne mysie ogonki miała związane wstążkami i bawiła się sękatym patykiem. Gdy zbliżył się do niej, osobliwa pensjonarka zaczęła wykonywać swoim kijkiem ekwilibrystyczne sztuczki: zakręciła nim młynka, po czym wymierzyła w Witolda i niezwykle grubym głosem krzyknęła:

– Per aspera ad astra[6]!

Milczał osłupiały. Dziewuszka, najwyraźniej niezbyt zadowolona z efektów swego działania, pokręciła z niezadowoleniem głową, zakreśliła patyczkiem koło w powietrzu i równie grubym głosem zawołała:

– Lasciate ogni speranza!

– Voi ch’entrate[7]! – dokończył zdumiony Witold, bo dziwne dziecko najwyraźniej domagało się jakiejś reakcji.

– Właśnie – stwierdziła dziewczynka i zaprezentowała mu swój patyczek. – Proszę bardzo: kasztanowiec, dziewięć i pół cala: bardzo finezyjna, doskonała do rzucania uroków.

– Do rzucania uroków? – nie mógł zrozumieć Witold.

– Oczywiście. Wygląda na to, że niewiele pan wie o różdżkach? – Z niesmakiem pokręciła głową i przyjrzała mu się uważnie.

– Raczej nic, mademoiselle – stwierdził rozbawiony całą tą sytuacją Witold.

– To widać – oceniło go krytycznie dziecko. – A mimo to wygląda pan w tych swoich okularkach jak Harry Potter, tylko strasznie stary.

Witoldowi wreszcie rozjaśniło się w głowie – miał przed sobą lokalną wielbicielkę Harry’ego Pottera.

Poczuł się jednak głęboko dotknięty insynuacją co do swojego wieku, więc chrząknął niezadowolony. Miał oczywiście pełną świadomość tego, że dla dziesięcioletniej dziewczynki musi być czymś na kształt cmentarnej paproci, ale bez przesady – był stary i zmurszały, lecz tylko do pewnego stopnia.

– Za pozwoleniem, mademoiselle, nie stoję jeszcze nad grobem. Może najlepsze lata mam już za sobą, ale do emerytury mi daleko. Umówmy się, że jestem jegomościem w średnim wieku.

Dziewczynka przyzwalająco kiwnęła głową, nie przestając mu się uważnie przyglądać.

– Wiem, kim pan jest. Tym ministrem z Warszawy! – wykrzyknęła triumfalnie, a on po raz kolejny westchnął ciężko. Sława wyraźnie go wyprzedziła, ale co tu kryć, zaczynała mu nieco ciążyć.

– Chciałem porozmawiać z panią sołtys – powiedział więc tylko, postanawiając niczemu się tu nie dziwić i niczego już nie tłumaczyć.

Dziewczynka schowała różdżkę za pasek sukienki i wyciągnęła z pobliskiego rowu swój plecaczek.

– Pani Mila jest w szkole – stwierdziła. – Jeśli pan chce, mogę pana zaprowadzić.

– Bardzo chętnie. – Postanowił zaskarbić sobie sympatię cudacznej dziewczynki i z wysiłkiem przypomniał sobie imię przyjaciółki Harry’ego: – Hermiono.

Podskoczyła z radości.

– Pan naprawdę jest jak Harry Potter. Skąd pan wiedział, że najbardziej lubię Hermionę Granger?

Witold zrobił nieokreślony ruch ręką.

– Jak wszyscy czarodzieje, dysponuję wieloma magicznymi zdolnościami, w tym darem telepatii.

– Szkoda, że biblioteka szkolna ma tylko jedną książkę o Harrym – powiedziała dziewczynka po chwili milczenia.

– Dlaczego?

– Pani Mila mówi, że nie było pieniędzy. Bo wie pan, szkoła musi zamawiać pomoce, różne lektury i na Harry’ego już nie starczyło – westchnęła ze smutkiem. – Ale pani Mila obiecała, że przed wakacjami dokupi wszystkie pozostałe części.

– Szkoła kupuje dużo pomocy? – zaciekawił się Witold.

– Mnóstwo. Pani Mila uważa, że wszystko w szkole powinno być za darmo. Każdy jednak musi dbać o te rzeczy i nie niszczyć, bo brat albo siostra nie będą się mieli z czego uczyć.

– Ja, jak byłem mały, to dorysowywałem królom i królowym w podręczniku do historii wąsy – przypomniał sobie dawne czasy.

Dziewczynka się ożywiła.

– Mój brat też tak robił. Ale pani Tekla go oduczyła.

– W jaki sposób? – zainteresował się Witold.

– Kazała mi przynieść z domu zdjęcia Antka i wszyscy w klasie dorysowywali mu wąsy, czarne zęby i piegi. W końcu się popłakał.

– Bardzo ciekawe metody – roześmiał się Witold. – Czego uczy was pani Tekla?

– Przyrody. – Dziewczynka znowu podskoczyła. – A wie pan, że u nas w szkole jest tak samo jak w Hogwarcie? Pani Tekla jest jak profesor Sprout, która uczy Harry’ego zielarstwa, tylko ona jest fajniejsza.

– A pani Mila?

– O, ona jest trochę jak profesor Dumbledore, tylko nie taka stara, i trochę jak profesor McGonagall.

Witold pożałował, że nigdy nie przeczytał tych książek, które kupował przecież dla dzieci znajomych.

– To znaczy? – zapytał, bo te nazwiska niewiele mu mówiły.

– No, wie pan, pani Mila jest bardzo mądra: czytała chyba wszystkie książki świata, wie tyle o kosmosie i to same ciekawe rzeczy, nie takie nudne, a poza tym lubi koty. Profesor McGonagall zamieniała się przecież w kota.

Tak rozmawiając, doszli do szkoły. Witold od razu zrozumiał, dlaczego nie mógł jej wcześniej zlokalizować. Szkoła zajmowała piętrowy podłużny budynek ukryty w gąszczu drzew i krzewów. W lecie musiało być tutaj pięknie. Z boku widać było wąskie schodki, prowadzące na wysokie poddasze. Obok schodków przyczepiono tabliczkę z napisem „Biblioteka”. Poza tym szkoła mogła poszczycić się boiskiem i placem zabaw, pełnym drewnianych huśtawek i zjeżdżalni. Czerwona tablica obok ganku głosiła: „Szkoła Podstawowa w Brzózkach Wielkich, oddział filialny w Idzie”.

Weszli do środka.

Pierwszą osobą, na którą się natknęli, była Mila. Stała w wąskim korytarzyku, przeglądając trzymane w ręku papiery i książki. Ogromny Atlas Nieba Gwiaździstego wyraźnie jej zawadzał.

– Pani pozwoli, że ja go potrzymam – zaoferował swą pomoc Witold, bez żadnych niepotrzebnych wstępów. Pani sołtys oddała mu atlas z wdzięcznością.

– Bardzo dziękuję. Ze mną jest tak jak w tej piosence: „Gdybym ja miał cztery nogi, dwie długie nogi, dwie krótkie nogi”[8], tylko u mnie przydałyby się raczej ręce w tej samej ilości.

W tym momencie zwróciła uwagę na lokalną Hermionę Granger, która w zdenerwowaniu przestępowała z nogi na nogę, jakby zastanawiając się, co ma robić.

– Alinka, czemu ty nie jesteś jeszcze w klasie?

Hermiona z niepokojem skubała rękaw swetra.

– Noo… – zaczęła niepewnie.

– Pewnie znowu bawiłaś się w zaklęcia, co?

– No, ja tylko… – plątała się dziewczynka, a Mila pokręciła głową.

– Biegnij do klasy. Utrapienie z tym dzieciakiem – zwróciła się do Witolda. – Jest zupełnie zwariowana na punkcie Harry’ego Pottera.

– Zauważyłem – roześmiał się. – Gdy ją poznałem, najwyraźniej chciała rzucić na mnie urok.

– Niech się pan cieszy, że pan przeżył. – Mila się uśmiechnęła. – Ale co pana sprowadza do szkoły?

– Chciałem panią prosić, żeby zaprowadziła mnie pani do księdza Witalisa i pani Tekli – powiedział, licząc, że mu nie odmówi.

– Oczywiście, tylko że teraz mam lekcję. Może pan zaczekać? – Zmarszczyła zabawnie nos, co dodało uroku jej zazwyczaj bardzo poważnej twarzy.

– Czemu nie. Gdzie mam poczekać? – Rozejrzał się po pustym korytarzu i zadecydował, że posiedzi na placu zabaw.

– Najlepiej, gdyby poszedł pan ze mną do klasy. Mamy lekcję astronomii, mógłby mi pan pomóc.

Witold zrobił nieokreślony ruch ręką.

– Raczej nie, zupełnie nie znam się na tym. Nie odróżniam planet od siebie, a z gwiazdozbiorów znam dwa: Wielki Wóz i Krzyż Południa.

Nie chciał się przy tym przyznać, że wizyta w klasie napełnia go nieokreślonym lękiem, przypominając klasówki, kartkówki, kontrolę czystości chusteczki do nosa – ponieważ w jego szkolnych czasach rzadko używano chusteczek papierowych – oraz znienawidzoną fluoryzację zębów. Choć raczej nie podejrzewał, żeby w szkole podstawowej w Idzie zmuszali do czyszczenia zębów wstrętnie pachnącą chemiczną substancją lub badali głowy pod kątem robactwa. Nie uśmiechał mu się jednak powrót do szkolnej ławki, nawet w roli widza. Jego wspomnienia z tego etapu edukacji, zakończonego w sławetnych latach osiemdziesiątych, raczej nie były heroiczne. Wagary i mecze piłki nożnej, toczone na śmierć i życie z uczniami sąsiedniej szkoły – takie miał doświadczenia.

Mila najwyraźniej zauważyła jego minę, bo próbowała go jakoś pocieszyć i odwrócić uwagę od niewesołych myśli.

– Ma pan zupełnie dobre podstawy. I na pewno uprawiał pan kiedyś sporty ekstremalne. – Witold zdziwił się, bo w obecnej sytuacji było to stwierdzenie, zupełnie „od czapy”. Zaciekawiło go, co z tego wyniknie, więc odpowiedział:

– Owszem, bungee jumping, nurkowanie bezdechowe, czasami narciarstwo ekstremalne. Uważa pani, że astronomia to także niebezpieczny sport? – spytał bezradnie, bo w żaden sposób jedno nie kojarzyło mu się z drugim, a najwidoczniej jakiś związek musiał być.

– Niezupełnie. Czy zgodziłby się pan opowiedzieć o swoich przygodach w klasie?

– Bardzo chętnie, choć nie wiem, czy potrafię zrobić wykład dla dziesięciolatków. W każdym razie spróbuję – obiecał solennie, a Mila wyglądała na bardzo usatysfakcjonowaną.

– Wspaniale! Dzwonek. Idziemy. – Popchnęła go w kierunku otwartych drzwi klasy, zza których wyglądały główki zaciekawionych dzieci.

Na korytarzu pojawiła się drobna, niewysoka kobieta z dzwonkiem w ręku. Ostatni raz Witold widział taki dzwonek dawno temu, gdy sam był we wczesnej podstawówce, podczas notorycznych wyłączeń prądu, charakterystycznych dla tamtych czasów. W jego szkole dzwonił gruby woźny, którego nazywali Kartofel i któremu zawsze robili na złość. On zresztą nie pozostawał im dłużny.

5.

W klasie siedziało siedmioro dzieci. Wszystkie wpatrywały się w niego z ciekawością, która lekko go skonfundowała. Z przedostatniej ławki ktoś się uśmiechał. Była to Alinka-Hermiona, która machała w jego kierunku swoją funkcjonalną różdżką – miał tylko nadzieję, że było to pozdrowienie, a nie próba rzucenia uroku.

– Moi drodzy – zaczęła Mila. – To jest pan Witold Mossakowski, który kupił posiadłość pani Tekli i mieszka teraz w naszej wiosce. Pan Mossakowski na pewno wiele nam jeszcze opowie o swojej ciekawej pracy, ale dzisiaj będzie mówił o czymś innym, równie interesującym. Najpierw jednak chciałabym wiedzieć, ile znamy w naszym układzie planetarnym księżyców.

– Sto – powiedziała niewielka blondyneczka z drugiej ławki.

– Wcale nie. Dużo więcej – odezwał się szczerbaty chłopak spod okna i zaczął z namaszczeniem wyliczać: – Ziemia ma jeden księżyc, Mars dwa, Jowisz sześćdziesiąt trzy, w tym największy w naszym układzie księżyc, czyli Ganimedesa, Saturn ma sześćdziesiąt jeden satelitów, Uran dwadzieścia siedem, Neptun trzynaście, Pluton ma trzy, ale od dwa tysiące szóstego roku nie uznajemy go już za planetę, a Merkury i Wenus wcale nie mają księżyców. Te liczby zresztą ciągle się zmieniają, bo sondy kosmiczne odkrywają coraz to nowe satelity planet.

– To nasz geniusz astronomiczny, Piotruś Słobankiewicz – wyjaśniła Witoldowi Mila. – Zbiera wycinki prasowe i publikuje własną gazetę „Ida, Ida”. Na pewno będzie chciał z panem porozmawiać, bo pana przyjazd stał się lokalną sensacją. Masz rację, Piotrek, jest ich więcej – zwróciła się do szczerbola. – Sam tylko Jowisz ma prawdopodobnie około stu księżyców, których rozmiar nie przekracza kilometra. Początkowo nazywano je imionami licznych ukochanych boga Jowisza, ale teraz przestało już ich wystarczać.

– Obserwacje prowadzi Uniwersytet Hawajski, oni mają dwa dziesięciometrowe teleskopy Keck I i Keck II, umieszczone na szczycie wulkanu Mauna Kea na Hawajach – wtrącił się Piotruś, wprawiając Witolda w kolejne niekontrolowane osłupienie.

Poziom wiedzy tutejszych dzieci zaczynał go przerażać nie na żarty, zwłaszcza że on sam, mający o swej inteligencji nie najgorsze zdanie, akurat na ten temat miał niewiele do powiedzenia, a za chwilę miał tu wystąpić z jakimś przemówieniem.

Ale mnie urządziła – pomyślał z urazą o pani sołtys, podejrzewając, że z zemsty, być może za wieczorne nagabywania i przedłużającą się wizytę, chce go ostentacyjnie skompromitować przed małoletnimi. Zaczął się więc kręcić niespokojnie na krześle, jakby miał owsiki lub jakby go „kto szydłem spod ławy ekscytował”[9] – przypomniał sobie to staropolskie zdanie, zaczerpnięte z klasyki, i w ogóle nie mógł się na niczym skupić.

Mila, obserwując go pogodnym i pozbawionym złośliwości wzrokiem, skinęła głową w kierunku Piotrusia.

– Właśnie. Piotrek koresponduje ze Scottem S. Sheppardem z Uniwersytetu na Hawajach, to właśnie on odkrył większość księżyców Jowisza – wyjaśniła zgnębionemu Witoldowi, który po raz kolejny postanowił niczemu się tu nie dziwić. – Księżyce są bardzo ciekawymi ciałami – kontynuowała. – Najcudowniejszym księżycem Jowisza jest Europa, glob, na którym najprawdopodobniej znajduje się woda i być może życie. Europa skuta jest lodem, naukowcy zamierzają się przez niego przewiercić, żeby pobrać próbki istniejącej tam cieczy. Sonda Cassini stwierdziła, że w rzadką atmosferę księżyca uderza chmura drobnych cząsteczek, zwanych elektronami, i wybija z jej powierzchni kawałki lodu, które ciągną się za Europą jak ogon komety.

– To musi cudownie wyglądać – rozmarzyła się Alinka.

– Księżyce innych planet są równie interesujące. – Mila uśmiechnęła się, otwierając piękny album Inneświaty i prezentując odpowiednią stronę. – Enceladus, na przykład, umożliwiłby nam uprawianie snowboardu na swej powierzchni. Mielibyśmy przy tym niezwykły widok na pierścienie Saturna. Satelita Urana, Miranda, posiada stromy, gigantyczny, czternastokilometrowy klif doskonały do wspinaczki. Po powierzchni Tytana moglibyśmy ścigać się skuterami, i to bez uzupełniania zapasów paliwa, gdyż jego jeziora wypełnia metan. Tytan jest przy tym jednym z najbardziej malowniczych księżyców, gdyż dominują tam różne odcienie pomarańczowego – jest to „mandarynkowy świat pod marmoladowym niebem”[10], jak kiedyś przeczytałam. Ponieważ panuje tam słabsza niż na Ziemi grawitacja, można by – oczywiście w odpowiednio skonstruowanym skafandrze – skakać jak delfin z jednego jeziorka do drugiego. Albo latać jak ptak. Wystarczyłyby do tego skrzydła o rozpiętości trzech metrów; w ten sposób spełniłoby się marzenie Ikara. Atmosfera Tytana jest bardzo gęsta, a grawitacja słaba, więc łatwo unieść się w powietrze. Jednym z najciekawszych księżyców jest Fobos, maleńki satelita Marsa. Na Fobosie moglibyśmy bez trudu podskoczyć na wysokość kilometra lub podnieść ciężary równe wadze samolotu. Dzięki niewielkiej grawitacji człowiek na Fobosie ważyłby tyle, co mysz. Gdybyśmy spróbowali gimnastycznych akrobacji, moglibyśmy fikać koziołki w powietrzu przez dwadzieścia pięć minut bez spadania na podłoże.

– Myśli pani, że kiedyś te księżyce mogą stać się atrakcjami turystycznymi? – spytał Piotruś.

– Na pewno nie szybko. Ale jest to porywający pomysł, sporty ekstremalne w takim otoczeniu. Na razie jednak wszystko to można robić jedynie na Ziemi. I o tym opowie nam pan Witold.

Dzieci zareagowały ogromnym entuzjazmem.

– Był pan na Wielkiej Rafie Koralowej? W Peru? W Afryce? Kanionie Kolorado? – przekrzykiwała się cała klasa.

Witold machnął ręką.

– Byłem w najróżniejszych ciekawych miejscach i uprawiałem rozmaite niebezpieczne sporty. Skakałem z mostu Golden Gate, choć to nielegalne, i latałem na paralotni w Rio de Janeiro, nurkowałem na rafie i byłem na Spitsbergenie. Ale przyznam, że ten księżyc Jowisza, Europa, wydaje mi się bardziej ekscytującym miejscem. Czy można go zobaczyć przez waszą lunetę, bardzo jestem ciekawy?

– Teleskop! – wrzasnęły chórem dzieci, a Witold jęknął. Tak pilnował, żeby nie wypowiedzieć tego kompromitującego słowa, że oczywiście samo mu się wymknęło.

– Jeżeli pan chce, może pan dołączyć do naszego kółka – powiedziała Mila, ratując sytuację. – Obserwujemy niebo wieczorami w pogodne dni.

– Bardzo chętnie – zapalił się Witold, licząc, że lunetowa wpadka zostanie zapomniana.

– Ale wróćmy do pańskich przygód. Może opowie nam pan coś o swoich przeżyciach? Tylko nie wiem, co na początek…

– O Golden Gate.

– Nie, o Afryce.

– Nie, nie, nie! O rafie – rozlegały się głosy ze wszystkich stron.

Do końca lekcji Witold opowiadał o sobie. Gdy zabrzmiał dzwonek, dzieci rzuciły się do niego z pytaniami. Musiał obiecać, że udzieli gazecie „Ida, Ida” obszernego wywiadu i co tydzień będzie przedstawiał jedną ze swych podróży na łamach tego poczytnego i prestiżowego czasopisma.

Dzieci nie pozwoliłyby mu wyjść z klasy, gdyby nie nagła odsiecz w osobie wysokiego blondyna z paką zeszytów w ręce.

– A cóż tu się dzieje? – spytał tubalnym głosem.

Harmider w sali nie uciszył się ani na jotę, tylko Mila podniosła głowę znad stołu.

– Cześć, Albert.

– Cześć, myślałem, że cię nie ma, a tu trwa jakaś bitwa, być może oblężenie Askalonu przez krzyżowców podczas krucjaty albo coś podobnego.

– To Albert Lipski – przedstawiła Mila. – Nasza fachowa siła pedagogiczna od przedmiotów humanistycznych.

Witold wymienił swoje nazwisko i uścisnął podaną rękę.

– A to pan jest tym ministrem? – ożywił się Albert.

– Nie jestem ministrem – wyjaśnił po raz kolejny zrezygnowany Witold.

– Na naszą miarę jest pan właściwie premierem we własnej osobie. – Mila się roześmiała.

– Może wpadnie pan do nas wieczorem? – zaproponował Albert. – Dzielimy z kolegą mieszkanie nad szkołą, ten sam korytarz, co biblioteka, tylko po drugiej stronie. Zapraszam na karty i mecz w telewizji. Mila, będziesz?

– Pucharowa środa jest jednocześnie środą astronomiczną. Obserwujemy Saturna. – Mila pokręciła przecząco głową.

– Szkoda. Ale na pana czekamy.

Witold nie miał innego wyjścia, musiał się zgodzić.

Dzieci nie pozwalały jednak zapomnieć o swojej obecności. Albert z trudem zapędził je do ławek i rozwiesił na tablicy mapę Europy. Najwytrwalsi zawodnicy gonili jeszcze Milę i Witolda aż do drzwi wyjściowych.

– Odniósł pan gigantyczny sukces – stwierdziła Mila, gdy wyszli ze szkoły, zostawiwszy za sobą ostatnich poszukiwaczy przygód. – Nie pamiętam takiego entuzjazmu na żadnej mojej lekcji.

– Wie pani? Uświadomiłem sobie, że nigdy tyle nie opowiadałem o sobie, co przez tę godzinę – uśmiechnął się.

– Naprawdę? Myślałam, że wszyscy o to pana pytają i ciągle pan snuje swoje opowieści, niczym Tony Halik.

Roześmiał się.

– Nigdy o tym nie rozmawiam. Zawsze mnóstwo pracy, potem urlop wykorzystywany maksymalnie intensywnie i znowu do pracy od rana do wieczora. Nie było czasu na opowieści o dalekich krajach.

– Czy mogę o coś zapytać?

– Proszę.

– Czy przyjazd do Idy to jeden z pana sportów ekstremalnych?

Milczał.

– Przepraszam, nie moja sprawa – stwierdziła niezobowiązującym tonem. – Już prawie dochodzimy do domu pani Tekli. Jak pan widzi, domek leży na terenie pańskiej nieruchomości.

– Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, dokąd sięga ten obszar – powiedział i zrobiło mu się wstyd. A najbardziej gnębiła go myśl, że został potraktowany jako zblazowany poszukiwacz przygód.

Eskapizm – pomyślał. – To właśnie mi zarzuca. Że kupiłem tę ziemię dla kaprysu, by na chwilę oderwać się od mego prawdziwego życia. Taka wielkopańska rozrywka. W ten sposób pewnie mnie zakwalifikowała.

Trudno było jednak ocenić, o czym naprawdę myślała Mila i czy w ogóle zajmował ją problem niedoli egzystencjalnej bliźnich, bo gdy tylko weszli na małe wzniesienie, wyciągnęła rękę i zatoczyła nią spory okrąg.

– Widzi pan? Pańska ziemia rozciąga się aż do tamtych wzniesień. I pod las. A właściwie w głąb lasu, bo ten las także należy do pana.

– Pani Tyczyńska nie chciała odzyskać majątku? – zainteresował się, patrząc na uroczy krajobraz.

– Nie. Posiadłość wcale jej nie interesuje. Mogła procesować się ze Skarbem Państwa o zwrot znacjonalizowanego dworu, ale nie chciała. Twierdzi, że nie byłaby w stanie go utrzymać, a poza tym dom jest dla niej za duży. Woli mieszkać w starym domku myśliwskim… to znaczy, jeżeli pan wyrazi na to zgodę.

Witold się obruszył.

– Nie zamierzam tu niczego zmieniać. Nie chcę nikogo wyrzucać, wszystko ma zostać tak, jak jest.

– I bardzo dobrze. Przekona się pan, że tak jest najlepiej. – Mila się uśmiechnęła.

6.

Domek myśliwski był skromnym budynkiem, wzniesionym całkowicie z drewna. Przed domem widać było studnię i jakąś niewielką zagrodę. Kiedy zbliżyli się, Witold doszedł do wniosku, że jest to ogródek ziołowy, obecnie właśnie budzący się do życia, bo przebijały się zielone świeże pędy. Słabo znał się na zielarstwie, ale rozpoznał popularne zioła: bazylię i tymianek. Kilku innych, jak na przykład dziwnej rośliny o sztywnej łodydze i szpiczastych liściach, w ogóle nie mógł zidentyfikować. Pomyślał jednak, jak wspaniale będzie tutaj pachnieć latem, gdy zakwitną wszystkie zioła, napełniając powietrze swoim intrygującym aromatem.

Drzwi otworzyła im zupełnie siwa, okrągła kobieta w nieokreślonym wieku – mogła mieć sześćdziesiąt albo równie dobrze osiemdziesiąt lat. Miała uśmiechniętą, zaróżowioną twarz, a w ręce trzymała duże fajansowe naczynie. Wyglądała jak dobrotliwa czarownica.

– To pan Witold Mossakowski – przedstawiła go Mila i Witold już wiedział, że ma do czynienia z panią Tyczyńską.

– Bardzo mi miło. – Była dziedziczka wyciągnęła doń rękę, a później gestem zaprosiła ich do środka.

Obszerny pokój, a właściwie izba, do której weszli, pachniała i wyglądała jak staroświecka apteka. Wokół dużego pieca wisiały pęczki suchych roślin, wydzielających niesamowite aromaty. W zajmujących każdy skrawek wolnej przestrzeni szafach znajdował się sprzęt, którego Witold nie zawahałby się określić jako curiosa pharmaceutica[11]. Retorty i inne urządzenia, których nie tylko nazw, lecz także przeznaczenia nie był w stanie zgłębić, przyciągały zaskoczony wzrok.

– Fantastyczne – powiedział, nie mogąc się opanować.

Gospodyni uśmiechnęła się wyrozumiale, a Mila wskazała mu duże, okrągłe urządzenie, wykonane z miedzi.

– A to pan zna? To najprawdziwszy w świecie alembik do destylacji perfum, Tekla przywiozła go z Francji.

– Destyluje pani perfumy? – zdumiał się Witold, przyglądając się dziwnemu urządzeniu, składającemu się z pękatego zbiornika, gdzie na gorącą wodę wrzucało się surowiec roślinny, oraz odbieralnika, do którego wędrował schłodzony produkt. Oczywiście, całą tę wiedzę nabył później, szukając w internecie, a na razie wpatrywał się w aparaturę zaciekawionym wzrokiem, próbując odgadnąć zasadę działania i medytując nad eksperymentami dawnych alchemików. W końcu za pomocą takich urządzeń próbowano zmienić żelazo czy też rtęć w złoto. Zrobiło się dziwnie i tajemniczo, gdy pomyślał o Złotej Uliczce w Pradze, gdzie pracowali alchemicy, zgarbieni w małych domkach. Ich dłonie wykręcał artretyzm, a oczy bladły od bezskutecznego poszukiwania kamienia filozoficznego. Niejedna fortuna i niejedno życie przepadły w alchemicznych laboratoriach.

Pani Tekla wskazała mu tymczasem jedną z szaf, pełną rozmaitych słoiczków i małych butelek.

– Mam nawet niezłe efekty. Udało mi się skomponować kilka oryginalnych zapachów, bazując na miejscowych kwiatach i ziołach. Oczywiście, produkcja najintensywniej idzie późną wiosną i latem, teraz próbuję destylacji z suchych roślin, a to jednak nie to samo.

– Niesamowite. – Witold wziął do ręki jedną z buteleczek i odkorkował ją. Rozeszła się delikatna, ale bardzo intensywna woń bzu. Co ciekawe, perfumy pani Tekli pozbawione były charakterystycznego dla wszystkich wytworów przemysłu kosmetycznego zapachu spirytusu. Witold słabo znał się na aromatach, na pewno nie mógł zaliczać się do wyrafinowanych specjalistów, od lat był wierny jednej i tej samej wodzie toaletowej, ale zawsze odrzucał go obecny po odkręceniu większości buteleczek typowy smrodek mocnego alkoholu.

– Nazwałam je „Ideality”. – Pani Tekla się uśmiechnęła. – Wszystkie moje perfumy mają w nazwie warianty słowa „Ida”, uważam, że to przynosi wyrobom szczęście.

Witold odkręcił kolejną butelkę. Zapach był mocny, podobnie jak poprzedni, lekko słodkawy, ale jednocześnie niezwykle egzotyczny. Wydawał mu się przy tym bardzo znajomy.

– Znam to skądś – stwierdził, podnosząc butelkę do światła.

– To „Ideal” – wyjaśniła pani Tekla. – Ulubione perfumy naszej pani sołtys.

Mila zaśmiała się wesoło.

– Powinny się nazywać „Idealny Sołtys”. Wtedy zrobiłyby karierę na świętach ludowych i wyborach Chłopa Roku.

– Ale co w nich tak niesamowicie pachnie? – dopytywał się Witold.

– Każde perfumy mają tak zwaną nutę bazową, która po odkręceniu korka wybija się na plan pierwszy, czyli pachnie najintensywniej. W tym przypadku są to kwiaty georginii, rosnących zresztą w pańskim ogrodzie. Jeszcze ich pan nie może zobaczyć, ale proszę mi wierzyć na słowo.

– Niezwykłe – stwierdził Witold i jeszcze raz pomyślał o wszystkich utrwalanych spirytusem wodach kolońskich. Najwyraźniej w tych kosmetykach on stanowił nutę bazową. Aromat georginii wydawał się jednak zdecydowanie atrakcyjniejszy. Nie omieszkał podzielić się swym zachwytem z panią Teklą.

– O, georginie – powiedziała z entuzjazmem była dziedziczka. – Wspaniałe kwiaty, efektowne i, biorąc pod uwagę perfumiarstwo, efektywne. Zobaczy pan, jak pięknie kwitną i jak wyglądają w lecie. A skoro to pana ciekawi, pokażę panu nowy wyrób. – Pani Tekla odwróciła się do podręcznej szafy. – To zapach na bazie kwiatów lewkonii, mocny i dość narkotyczny.

Woń w istocie była wręcz nieziemska.

– Powinna pani to opatentować – stwierdził Witold. – Te wszystkie Guerlainy i Diory mogą się schować przy pani esencjach.

Starsza pani poróżowiała z zadowolenia.

– Mila, obejrzyj to, myślę, że to idealny wyrób dla ciebie.

Pani sołtys w skupieniu wąchała małą buteleczkę, po czym wylała trochę perfum na rękę i roztarła je drugą dłonią. W pokoju rozszedł się oszałamiający zapach ciężkich kwiatów.

– Naprawdę świetne – orzekła Mila. – Jak je nazwiesz?

– Może pan coś wymyśli? – pani Tekla zwróciła się do Witolda.

– Ideal addiction – palnął pierwsze, co przyszło mu do głowy.

Obie panie wyglądały na zaskoczone.

– Dlaczego akurat tak?

Witold wykonał niezdecydowany ruch ręką.

– To pierwsze skojarzenie, nie mam pojęcia dlaczego.

– Świetne zestawienie – stwierdziła pani Tekla. – „Idealne uzależnienie”, coś fantastycznego i niezwykłego. Pan myśli paradoksami, a to dość rzadkie w dzisiejszych czasach.

Witold nie zdążył odpowiedzieć, gdyż rozległo się pukanie do drzwi. Stanęła w nich miłośniczka książek J.K. Rowling.

– Co się stało, moje dziecko? – zapytała ją pani Tekla.

Alinka zakręciła w palcach swą różdżkę i niezbyt pewnie powiedziała:

– Ja do pani Mili.

– Słucham? – Pani sołtys z wysiłkiem oderwała się od swoich perfum.

– Pan Albert pyta, czy nie mogłaby pani wrócić do szkoły, bo przyszły nowe książki do biblioteki i trzeba tam pokwitować.