Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 439 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magiczne miejsce - Agnieszka Krawczyk

Magiczne miejsce” to pierwsza część niezwykłej serii o poszukiwaniu swego miejsca na świecie (obok „Doliny mgieł i róż” i „Ogrodu księżycowego”). Witold Mossakowski, młody pracownik jednego z ministerstw przyjeżdża do Idy, bo tutaj kupił podupadający pałac. Zrobił to dla kaprysu, bez zastanowienia, ale to niezwykłe miejsce skradło jego serce na zawsze. Nie tylko miejsce, ale i mieszkający w nim ludzie – osoby niezwykłe i pełne pasji, o oryginalnych zainteresowaniach. W jego życiu pojawia się też urocza dziewczyna, Mila Bielak, wielbicielka kotów i astronomii, której przeszłość kryje pewną tajemnicę…

Właśnie tutaj, w przepięknej dolinie pełnej kwiatów, z których dawna właścicielka pałacu, hrabina Tyczyńska, destyluje swe czarodziejskie perfumy, Witold zaczyna rozumieć, co jest dla niego ważne. Poznaje prawdziwą poezję życia, na którą składają się obrazy, barwy i zapachy, a także drobne codzienne radości.

Magiczne miejsce” to ujmująca historia o poszukiwaniu szczęścia i konieczności pogodzenie się ze sobą i ze swoimi wspomnieniami. Życie naprawdę może się zmienić w jednej chwili, tylko trzeba umieć dostrzec, że ta chwila właśnie nadchodzi i cieszyć się nią.

Opinie o ebooku Magiczne miejsce - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Magiczne miejsce - Agnieszka Krawczyk

Imię moje: Izmael. Przed kilku laty – mniejsza o ścisłość jak dawno temu – mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, a nie widząc nic szczególnego, co by mnie interesowało na lądzie, pomyślałem sobie, że pożegluję nieco po morzach i obejrzę wodną część świata.

Herman Melville, Moby Dick

1

„Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień”[1]. Ten, kto wypowiedział te słowa, na pewno miał rację, choć nie był autorem niniejszej historii.

Kwiecień jest okrutnym miesiącem, zwłaszcza w naszym niezbyt gościnnym klimacie, który ostatnio obfituje w same anomalie: burze, susze, gradobicia i podtopienia, jak kraj długi i szeroki. W taki właśnie deszczowy, błotnisty i zimny kwietniowy dzień nasz bohater przemierzał swoim eleganckim terenowym samochodem polne drogi niezwykle malowniczej krainy. Nie miał jednak czasu zachwycać się niecodziennością swej sytuacji, bo był bardzo zdenerwowany, jak to bywa w przypadku wyższego urzędnika państwowego, który w dodatku podejrzewa, że popełnił właśnie życiowy błąd i łatwo się zeń nie wywinie.

Witold Mossakowski – bo o nim traktuje ta opowieść – miał trzydzieści pięć lat i naturę hazardzisty. Nie tylko sprawował ważną funkcję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale życie osiadłe nigdy nie było jego powołaniem. Przez te kilkanaście lat od ukończenia studiów, a nawet jeszcze wcześniej, bo w ich trakcie, przemierzył świat wzdłuż i wszerz. Nie potrafił zapuszczać korzeni, uważając, że oznacza to kłopoty. Wielkie. Z sąsiadami, władzami, namolnymi znajomymi, upierdliwymi dozorcami itp., itd. A Witold to był wolny duch, który, jak mówi powiedzenie: „tchnął, kędy chciał”[2].

Tym razem jednak wybrał się na wycieczkę nie w celach odkrywczych, turystycznych, ani tym bardziej zawodowych. Odwiedzał tę zapomnianą przez Boga i jego szanownych świętych krainę, ponieważ parę miesięcy wcześniej nabył w tej okolicy zabytkową posiadłość – popegeerowski kawał ziemi z pałacem, malowniczym parkiem i przyległościami, wszystko dosyć mocno zaniedbane.

Teraz, z wysiłkiem meandrując przez błota, zastanawiał się, co u licha go podkusiło, żeby to zrobić. Utopił znaczną część swego – sporego, co prawda – majątku w zaklęty dwór na końcu świata i właściwie trudno było dociec, jakie motywy nim kierowały.

Pamiętał jedno. Kiedyś, zupełnie niebacznie, zwierzył się koledze – też prawnikowi, ale specjaliście od nieruchomości, ze swego romantycznego marzenia. Gdy znudzi mu się już zgiełk wielkiego miasta, ministrowanie od 6.30 do 22.00, z małą przerwą na kawę, to chciałby uciec gdzieś daleko, gdzie naprawdę – jak w piosence Urszuli Sipińskiej – „zatrzymał się w polu czas”, czy jakoś tak, bo Witold nigdy nie był dobry w zapamiętywaniu słów popularnych niegdyś szlagierów.

Kolega pokiwał głową i wydawało się, że jest to kolejna rozmowa przy wódce i słonych paluszkach, z której nie wynika nic poza kacem i strasznym pragnieniem, wywołanym przez sól z paluszków, lecz okazało się inaczej.

Parę miesięcy później, gdy dyskusja o urokach dworu, „gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”[3] – bo nawet i czcigodny Czesław Miłosz pojawił się w tej rozmowie – wydawała się dawno zapomniana, niespodziewanie odezwał się telefon Witolda.

Zadzwonił naglei po prostu w krytycznym momencie. Mossakowski, wraz z całą ekipą rządową, był właśnie w Brukseli na szczycie Unii Europejskiej. Marek, ów prawnik od nieruchomości, zatelefonował, gdy w stolicy Belgii zaczynał się przedpołudniowy ruch, a Witold, śmiertelnie zmęczony długimi rozmowami, usiłował odespać stres.

Nie odespał. Gdy rozległ się sygnał telefonu, całkowicie przytomny zerknął na wyświetlacz i zobaczywszy, że nie dzwoni któryś z szefów, warknął mało zachęcająco: „Czego?”, bo nie miał ochoty na rozmowę z żadnym dawnym kumplem, czy, nie daj Boże, jakimś dziennikarzem, który otrzymał jego numer dzięki dawnemu kumplowi (niech ich obu piekło pochłonie, niech im kurzajki obsypią wszystkie kończyny, a zwłaszcza górne, którymi wystukują cyfry na klawiaturze, niech im języki skołowacieją).

– Witek? – odezwał się przytłumiony głos z oddali, znajomy, ale nie do końca, bo Witold chwilę musiał się zastanawiać, zanim rozpoznał Marka Wilczyńskiego i poczuł ulgę, że to nie żaden namolny pismak.

– Cześć, Marek, co tam? – zapytał słabiutkim głosem, bo tuż po zakończeniu wieczornej tury rozmów, niezwykle sympatyczny przedstawiciel Słowenii, która wówczas przewodniczyła Unii, poczęstował go swoją narodową przekąską, czyli suszoną szynką o dźwięcznej nazwiekraški pršut oraz – i to było znacznie gorsze – słynnym winem, malvaziją. Po kilku butelkach przyjaźń polsko-słoweńska kwitła i rozwijała się znakomicie. W tej sytuacji Witold naprawdę nie miał ochoty na podtrzymywanie rozmowy, ale Marek nie rezygnował:

– Pamiętasz, stary, tę naszą dyskusję o nieruchomościach? – Witold pamiętał, ale jakoś nie czuł się na siłach o tym rozmawiać. W stanie ducha i umysłu, w jakim obecnie się znajdował, łatwo byłoby mu wcisnąć Inflanty wraz z Kłajpedą lub czymkolwiek innym. Próbował zatem szybko zakończyć rozmowę, mamiąc koleżkę przełożeniem jej na inny sprzyjający termin. Nic z tego. Agent od nieruchomości jest jak rekin w tropikalnym morzu – gdy poczuje krew, nie popuści. A Marek nie zamierzał wypuścić takiej okazji z ręki.

– Słuchaj. To niebywały interes. Znalazłem dla ciebie fantastyczną posiadłość. Stary dwór, zabytkowy park i spory kawałek ziemi.

– Jak spory? – zapytał niespodziewanie Witold, zaskakując tym samego siebie.

– Ze czterdzieści hektarów, ale okolica przepiękna, cisza, lasy, pagórki – zachwalał Marek z namolnością zdesperowanego telemarketera, usiłującego sprzedać supergarnki z kosmicznej stali lub pościel z wielbłądziej wełny.

Witold przez chwilę myślał, że się przesłyszał, ale chyba jednak nie. Popatrzył bezradnie w okno, potem równie nieprzytomnie rozejrzał się po minimalistycznym wystroju swego hotelowego pokoju i wreszcie spytał:

– Co ja, twoim zdaniem, mam zrobić z taką ilością ziemi?

– Nie wiem, może zaczniesz coś uprawiać, na przykład rzepak lub wierzbę energetyczną? To chyba będzie dosyć opłacalne w niedługim czasie. A może krowy zaczniesz osobiście wypasać, to by ci dobrze zrobiło na zszargane dyplomacją nerwy.

– Daj spokój! Nie widzę się raczej w malowniczej roli pastuszka!

Po drugiej stronie zaległa cisza, jakby Marek Wilczyński przez chwilę rozważał pomysł, że jego szkolny kolega, obecnie wiceminister, na stare lata zostanie bosonogim sierotką i z witką z wierzby energetycznej zacznie nadzorować stado jakiegoś bydła, trzody lub nawet ptactwa.

– Hm… – powiedział, gdy już uporał się z tym obrazkiem. – Witek, wiem, że nie masz czasu, więc wyślę ci zdjęcia mailem wraz z wyceną. Cena jest po prostu śmieszna, nie sprzedali tego na trzech kolejnych licytacjach, ale decyduj się szybko, bo mam jeszcze kilku chętnych. Ponieważ jednak dbam o ciebie, mój przyjacielu, więc tobie zaproponowałem jako pierwszemu. Uwierz mi, to jest niezwykła okazja! – gadał tak jeszcze przez chwilę, a Mossakowski, kołysany jego monotonnym głosem, zaczął przysypiać nad słuchawką.

Miał pewne wątpliwości, czy powinien odczuwać wdzięczność. W każdym razie, w tej chwili czuł się zwolniony od podejmowania jakiejkolwiek decyzji. Cieszył się wręcz, że kolega przestał mu mówić do ucha i mógł spokojnie położyć się do łóżka.

Wieczorem przed bankietem, zawodowym nawykiem, sprawdził jeszcze pocztę mailową. Dokumentacja przesłana przez Marka była interesująca. Gdy zobaczył zdjęcia dworu, nie mógł uwierzyć własnym oczom, bo podobnej architektury w życiu nie widział. Był to chyba najbardziej eklektyczny i najdziwniejszy budynek na świecie. No i nie był to wcale dwór – raczej pałac, biorąc pod uwagę architektoniczną ambicję. Ogród, a właściwie park, też był niezwykły – pełen niesamowitych rzeźb i oczek wodnych.

Cudaczne – pomyślał i przejrzał wycenę oraz sugerowany koszt remontu. Tak się akurat składało, że nie przekraczało to jego możliwości finansowych – budynek był w zaskakująco dobrym stanie technicznym. Posiadłość budziła zainteresowanie, a dom z bezrękim posągiem nad wejściem – sympatię. W Witoldzie drgnęła wspomniana wyżej żyłka hazardzisty. Nie namyślając się dłużej, wybrał numer telefonu Marka i zaakceptował ofertę. To była prawdziwa przygoda, odczuwał dreszcz radości podobny do tego, jaki towarzyszył mu podczas nurkowania na rafie koralowej czy wędrówek po pustyni.

Właśnie w efekcie tych wszystkich wydarzeń jego terenowe auto prawie zakopało się w błocie. Wczesna wiosna niezbyt nadawała się na tego typu wędrówki ludów, ale w innym okresie roku po prostu nie mógł pozwolić sobie na urlop.

Westchnął ciężko i po raz kolejny sprawdził wskazania nawigacji, która nie przydawała się tak naprawdę do niczego. Zresztą, jak pocieszył się, myśląc o mapie, „prawdziwie zacne miejscowości nigdy nie są na nich umieszczane”[4]. Z powodu niskiej gęstości zaludnienia nie było nawet kogo zapytać o drogę. Trudno się zatem dziwić, że zapadał już zmrok, gdy dotarł do Idy, miejscowości na końcu świata, gdzie nabył posiadłość rodziny Tyczyńskich.

– Sołtys Idy nazywa się Bielak – pouczył go przed wyjazdem Marek. – Ma dla ciebie klucze, moi ludzie pracują nad remontem dworu, będziesz mógł dopilnować ostatniego etapu prac.

Ida była wioską z dziecięcej bajeczki, rozrzuconą w malowniczy sposób na kilku pagórkach. Kilka drewnianych chałup majaczyło w półmroku, niezbyt wyraźnie widać było płoty, małe ogródki i zarysy sylwetek wiosennych kwiatów. Witold z wysiłkiem odszukał domz tabliczką „Sołtys”, który – jak się okazało – wyróżniał się zdecydowanie z otoczenia. Bynajmniej nie dzięki ciekawemu designowi, uwzględniającemu potłuczone talerze na elewacji, bądź odważnej koncepcji projektanta – „gargamela” z kolumną dorycką i architrawem. Rzucał się w oczy ze względu na swoją nietypowość. Przedstawiał obraz dość szalonych eksperymentów architektonicznych – właściwie składał się z samych dobudówek, choć wydaje się to zupełnie niemożliwe. Witold nie potrafił jednak odpowiedzieć na pytanie, która część domu powstała jako pierwsza – finezyjna kompozycja z pustaków wydawała się stanowić jakąś pierwotną formę, leczz kolei czworokątna niby-stodoła z drewna była na pewno starsza. Nad gankiem domek miał dodatkowo coś w rodzaju koślawej wieżyczki, która nie wiedzieć czemu służyła.

Zapukał do drzwi, bez większej nadziei, bo we wszystkich oknach panowała ciemność. Sołtys i jego rodzina najwyraźniej preferowali spędzanie kwietniowych wieczorów poza domem. Witold westchnął, zapalił papierosa i usiadł na ganku. Cisza, przerywana od czasu do czasu szczekaniem psa, lekko go przerażała. Już dawno czegoś takiego nie doświadczył. Nad głową rozpościerało się ciemne, rozgwieżdżone niebo, a powietrze przesycone było ciepłym aromatem kwiatów. Ogarnął go spokój.

[1] T.S. Eliot, Ziemia jałowa, tłum. A. Piotrowski.

[2] „Duch tchnie, kędy chce” (łac.: Spiritus flat, ubi volet), Ewangelia wg św. Jana (J 3,8), tłum. J. Wujek.

[3] C. Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada (poemat).

[4] H. Melville, Moby Dick, tłum. B. Zieliński, Szczecin 1987, s. 80.

2

Od strony drogi dały się słyszeć kroki. Wstał i zobaczył młodą kobietę o długich, kręconych włosach. Miała około trzydziestu lat, a jej wygląd zupełnie nie pasował do obrazu wieśniaczki z zapomnianej przez Boga osady. Myśląc o mieszkańcach Idy, Witold wyobrażał ich sobie jako typy rodem ze skansenu wsi polskiej, w strojach z epoki wczesnego Gierka, a gumofilce i kraciaste chusteczki nachalnie dominowały w tym obrazie. Nadchodząca dziewczyna była ubrana w długi płaszcz i spodnie w stylu hippie. Oczywiście o chusteczce i walonkach nie było mowy.

– Dzień dobry. Szukam sołtysa Bielaka – powiedział, gdy tylko zbliżyła się do niego na odległość strzału z procy. Wyciągnęła zza pazuchy małego kota i postawiła go na ganku.

– Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór – odparła i wskazując na kota, dodała: – Właśnie dostałam go od naszych nauczycieli. Oni hodują koty, może i pan weźmie jednego?

– Raczej nie, nie przepadam za tymi zwierzakami – powiedział Witold, niezupełnie zgodnie z prawdą. Miał raczej ambiwalentny stosunek do zwierząt: psów, kotów i rybek akwariowych. Nie żeby ich jakoś specjalnie nie lubił, ale kochać też nie miał za co. Dziewczyna tymczasem kontynuowała wywód o kotach, mocując się z zamkiem w drzwiach:

– Niesłusznie. Koty są bardzo mądre i zazwyczaj same wybierają sobie właścicieli.

– I ten panią wybrał? – zainteresował się Witold, obserwując małe stworzenie, które z powagą zabrało się za wieczorną toaletę.

– A żeby pan wiedział. – Roześmiała się, zapraszając go ruchem ręki do środka. – Wszedł mi po nodze na kolana, gdy graliśmy w karty. Musiałam go zabrać.

– Jestem Witold Mossakowski… – przedstawił się, choć wąski i ciemny przedpokój przybudówki należącej do starej stodoły niezbyt sprzyjał eleganckim prezentacjom.

– Domyśliłam się. Pan Wilczyński mówił, że posiadłość Tyczyńskich kupuje minister, ale myślałam, że każdy minister jest stary i łysy!

– Jestem tylko wiceministrem, więc pani uwaga jest jak najbardziej słuszna. Myślę, że naprawdę zdążyłbym się zestarzeć i wyłysieć, zanim bym awansował na wyższe stanowisko! Czy pani ojciec jest w domu? – ciągnął niezrażony.

– A czego pan chce od mojego ojca? – zdziwiła się młoda kobieta, zapalając światło w pokoju, do którego weszli. Był ogromny i prawie całkowicie zapełniony książkami i innymi szpargałami. W kącie znajdowały się kręcone schody, prowadzące, jak domyślił się Witold, na ową koślawą wieżyczkę.

– Miałem się zgłosić do pana sołtysa po klucze – wyjaśnił cierpliwie Witold.

– Zaraz je panu dam. – Dziewczyna odwróciła się do niego z uśmiechem i wyciągnęła rękę. – Mila Bielak, ja jestem sołtysem Idy.

– Przepraszam, głupio wyszło! – powiedział, lekko zaskoczony. – Marek nic mi nie mówił!

– To się właściwie ciągle zdarza. – Sołtys Mila machnęła ręką. – Napije się pan kawy?

– Chętniej herbaty, jeżeli można.

Przenieśli się do kuchni, która, jak ocenił Witold, znajdowała się z kolei w budynku z pustaka. Jej centralnym urządzeniem był duży piec, obudowany pięknymi kaflami w kolorze kobaltowego błękitu. Mila fachowo roznieciła ogień i postawiła na nim czajnik.

– Pański dom jest już prawie gotowy. Ma pan szczęście, że zarząd PGR-u dbał o pałac i nie wymagał on kapitalnego remontu! Myślę, że może pan tam spokojnie przenocować. Jeżeli nie będzie panu odpowiadał nocleg w pustych komnatach, to proszę wrócić do wsi. Ksiądz pana przyjmie, już się zadeklarował.

– Bardzo dziękuję, ale chyba to nie będzie konieczne – szybko zaprotestował Witold, przestraszony nieco ewentualnością noclegu na plebanii. Nie wiadomo, jakie tam panują zwyczaje, może trzeba odleżeć krzyżem przed snem dwie godziny, albo śpiewać w chórze na nieszporach.

– Na długo pan przyjechał? – Woda zabulgotała i pani sołtys zdjęła czajnik z ognia, nalewając wrzątku do fajansowego dzbanka, a po całym pomieszczeniu rozszedł się zapach ziół.

– Nie wiem, na pewno na kilka tygodni, muszę wykorzystać zaległy urlop.

– Niezbyt dobra pora na wakacje – oceniła, stawiając dzbanek na dużym sosnowym stole, odgarnąwszy najpierw kilka książek i jakieś papiery. – Na pewno będzie pan potrzebował kogoś do pomocy w domu! Już rozmawiałam z panią Kowalową, która gotowała dla robotników remontujących dwór. To świetna gospodyni, będzie pan zadowolony.

Witold był poruszony tempem załatwianych tu spraw: zawsze mu się wydawało, że na wsiach każda rzecz musi najpierw odleżeć i nabrać mocy urzędowej. Podzielił się tym spostrzeżeniem z dziewczyną. Mila uśmiechnęła się, podając mu filiżankę.

– Niech się pan nie dziwi. Jest pan najznamienitszym mieszkańcem Idy, wszyscy się panem interesują i plotkują od kilku miesięcy.

Witold, dosyć mocno przerażony, poprawił sobie na nosie druciane okularki i spróbował skierować rozmowę na tematy neutralne.

– Proszę mi lepiej powiedzieć, czego się tu mogę spodziewać, interesują mnie zwłaszcza miejscowe atrakcje.

– Właściwie nie ma żadnych – stwierdziła, mieszając herbatę. – Nawet gorzej niż w tym starym dowcipie: „Macie tu jakieś życie nocne? – Mamy, mamy, ale dzisiaj jest chora”.

Oboje się roześmiali i Witold trochę się odprężył, zaczął nawet mieć nadzieję, że może nie popełnił aż tak straszliwego błędu, w końcu „dzisiaj żyjem, jutro gnijem”[5], jak mawiał ksiądz Robak, a to przecież uznany klasyk. Mila tymczasem kontynuowała, popijając herbatę.

– Sklep objazdowy raz w tygodniu, mogą panu przywieźć gazety z sześciu dni, poza tym asortyment dla niewybrednych. Chleba nie sprzedają, tutaj każdy sam piecze, musi pan złożyć specjalne zamówienie, proszę o tym pamiętać. Lekarza nie ma – jest tylko pani Tekla Tyczyńska, która leczy ziołami, ale bardzo skutecznie.

– Tyczyńska? – zdziwił się mocno Witold. – Właścicielka majątku?

– Była właścicielka. Pomijając fakt, że obecnie to pan jest właścicielem, Ida została rozparcelowana po wojnie i był tu nawet PGR. Pani Tekla mieszka w małym domku myśliwskim na skraju lasu. Obawiam się, że kupił ją pan razem z majątkiem, podobnie zresztą jak kościół.

– Słucham?! – Tym razem Witold nie dowierzał własnym uszom.

– No, tak! Kościół, a właściwie kaplica, znajduje się na pańskim terenie, jest częścią dworu. Korzystaliśmy z niej do tej pory, ale teraz decyzja należy do pana. – Mila wzruszyła ramionami, najwyraźniej dystansując się od całej sprawy.

– A ksiądz? Jest zadowolony z tej sytuacji? – zainteresował się Witold, który zaczął teraz widzieć propozycję noclegu na plebani w zupełnie innym świetle. Mógł to być początek trudnych negocjacji albo i czegoś gorszego.

– W Idzie nie ma księdza katolickiego. Jest prawosławny, ojciec Witalis, ale odprawia msze dla wszystkich. Ksiądz Prochor przyjeżdża dwa razy do roku – stary jest, a do Brzózek Wielkich kawałek drogi i to nie najlepszej, ale pański samochód nawet w zimie przejedzie. Witalis umówił się z księdzem, że zaopiekuje się parafią – tu prawosławnych i katolików jest po połowie.

Witold pokręcił z niedowierzaniem głową – takie rzeczy po prostu się nie zdarzały w znanym mu świecie. No, ale ten nie był mu znany, najwyraźniej był to jakiś rodzaj społeczeństwa alternatywnego, o którym – co prawda – wielokrotnie słyszał, ale nigdy go nie widział.

– Oprócz tego jest szkoła, tak? – zapytał, bo autentycznie zaczęło go to fascynować.

– Owszem. Mamy piętnaścioro dzieci. Jestem przewodniczącą komitetu szkolnego i członkiem rady parafialnej. Mieszka tu dwóch nauczycieli, którzy uczą wszystkich przedmiotów. Ja, pani Tekla i Witalis uczymy przedmiotów dodatkowych.

– Czego pani uczy? – zaciekawił się Witold.

– Hiszpańskiego i astronomii – powiedziała niezbyt chętnie, bo – jak Witold zdążył już zauważyć – nie była osobą szczególnie wylewną. Przez moment zastanawiał się nawet, jak kogoś takiego, małomównego i niezbyt ufnie nastawione go życia, mogli wybrać sołtysem. Głupio było jednak zapytać, więc zamiast tego Witold wyraził zdumienie organizacją nauki szkolnej w Idzie.

Mila ponownie wzruszyła ramionami i wydobyła duży pęk kluczy z kredensu.

– To pańskie klucze. Dom jest na wzgórzu, dobrze go widać z drogi, bo wznosi się nad naszą doliną.

Witold podziękował za herbatę i się pożegnał. Odprowadziła go na ganek.

Wsiadając do samochodu, popatrzył jeszcze raz na niesamowity dom.

– Przepraszam bardzo, intryguje mnie ta wieżyczka…

– Dosyć koślawa, prawda? – Uśmiechnęła się, ale bynajmniej nie z zakłopotaniem, raczej z dumą. Najwyraźniej uważała, że jej dom prezentuje się atrakcyjnie i okazale.

– No cóż, cud architektoniczny to to nie jest – powiedział szczerze, choć tak po prawdzie cały szereg dziwnych dobudówek wydawał mu się sympatyczny. Widać było wysiłek, jaki ktoś włożył w upiększenie siedziby, nawet jeśli wyniki były niewspółmierne do chęci.

– Dzieci pomogły mi ją zbudować. To obserwatorium astronomiczne – wyjaśniła, znowu robiąc nieokreślony ruch ręką. Przypatrywała mu się przy tym badawczo spod grzywy kręconych włosów.

– Ma pani lunetę?! – zdziwił się niepomiernie, choć właściwie wzmianka, iż dziewczyna uczy astronomii, winna mu dać do myślenia.

– Teleskop – poprawiła go. – Nazywa się „poszukiwacz komet”, mamy całkiem niezłe wyniki.

– W kometach? – drążył zagadnienie niezrażony, choć pani sołtys raczej nie wykazywała chęci do dalszej pogawędki.

– Tak, ale nie tylko! – Gestem dłoni zakończyła temat. – Jak będzie pan miał jakieś pytania, to proszę podjechać do mnie albo do szkoły.

Witold zrozumiał. Audiencja z małomówną Milą była zakończona. Czas wycofać się na z góry przyjęte pozycje. Pożegnał się krótko i bez wylewności, bo ostatecznie został potraktowany dość szorstko, i wskoczył do samochodu.

[5] A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga IX – Bitwa.

3

Już pierwsze spojrzenie na posiadłość objawiło mu prawdę w całej przerażającej okazałości – to, co kupił jako „dwór z przyległymi zabudowaniami”, było tak naprawdę eklektycznym pałacem z początku XX wieku. Budynek był piętrowy, wzniesiony z czerwonej cegły i jasnego kamienia, ozdobiony niezliczonymi wieżyczkami, loggiami oraz werandkami. Nad ryzalitem w głównej elewacji wznosiła się kolumna, zwieńczona bezgłowym i bezrękim posągiem.

– Boże święty! – jęknął Witold, przyglądając się ze zdumieniem swej nowej siedzibie, którą wcześniej widział tylko na zdjęciach. – A cóż to jest?

– Pan Mossakowski? – rozległo się wołanie z ganku. Witold wysilił wzrok w zapadającym szybko mroku i dostrzegł krępą kobietę, wycierającą dłonie w ścierkę.

– Tak, to ja – przyznał się od razu, bo nie widział powodów, by kłamać, a na ucieczkę było już za późno.

– Witam pana! Jestem Gertruda Kowal, gotuję dla robotników, którzy remontują dwór.

– Pałac… – sprostował nieśmiało, przyglądając się po raz kolejny budynkowi.

– Mam nadzieję, że nie robi to panu różnicy – dwór, pałac, wszystko jedno! Przygotowałam dla pana kolację, bo wiedziałam, że będzie pan wolał zatrzymać się u siebie, a nie u księdza. Iwana ma wiele zalet, ale okropnie gotuje i dobrze pan zrobił, że pan tam nie zamierza zanocować.

Witold, wciąż jeszcze oszołomiony, wszedł do środka. Pachniało gipsem i świeżą farbą. Wnętrze domu było równie niesamowite: z hallu wchodziło się do otoczonego drewnianym gankiem westybulu. Ganek obiegał oba piętra domu i prowadziły z niego drzwi do wszystkich pomieszczeń. Te na parterze były w większości niewykończone – stały w nich drabiny i poniewierały się pędzle. Gdy uniósł głowę, ujrzał okrągły sufit, w którego środku znajdował się zwornik. Zapewne kiedyś przez obie kondygnacje zwieszał się tu żyrandol lub może nawet ozdobny świecznik. Ujrzał go oczyma wyobraźni – wielkie dębowe koło, na którym w rzędach ustawiano świecie. Ich migotliwy, ciepły blask rozprasza się tajemniczo na ścianach i sprzętach. Cienie przemykają po korytarzach, błądzą na schodach. Otrząsnął się szybko z tego wyobrażenia, żywcem zaczerpniętego z gotyckiej opowieści grozy. Spojrzał ponownie w dół. Obok werandy znajdowały się drzwi do kuchni, z której dochodziły smakowite zapachy.

Witold wszedł tam, nie ociągając się zbytnio. W kuchni – zwyczajem przyjętym najwyraźniej w tej okolicy – królował ogromny piec z zielonymi kaflami. Na dużym, drewnianym stole stały ciasta i wędliny. Pomiędzy półmiskami życzliwa ręka gospodyni ustawiła suchy bukiet z wrzosów. Było swojsko, ciepło i bardzo przytulnie.

– Niech pan siada – zachęciła go Kowalowa, mieszając energicznie w garnku. – A to mój syn. – Wskazała na siedzącego w kącie chłopaka, którego Witold nawet nie zauważył z powodu mroku. – Mirku, przywitaj się!

Mirek był wysokim, chudym młodzieńcem w wieku około dwudziestu lat. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i radośnie pomachał Witoldowi ręką.

– Mamusiu, ale fajny! – zwrócił się do matki. – I samochód też fajny.

– Mirek, uspokój się – huknęła na niego kobieta, nalewając zupę. – Niech pan wybaczy, on już taki jest. Zabieram go wszędzie ze sobą, bo boję się go zostawić w domu, żeby się czymś nie zatruł albo palucha nie wsadził w gniazdko.

– Nie ma problemu – uspokoił ją Witold, patrząc, jak chłopak bawi się resztkami ciasta, wylepiając z niego rozmaite kształty. Młody człowiek przypominał mu dobrze wyrośniętego Oskara Matzeratha[6].

– A wie pan, że tu straszy? – spytał Mirek, zauważywszy zainteresowanie Witolda.

– Nie opowiadałbyś bzdur! – skarciła go matka. – Proszę na to nie zwracać uwagi, on ma takie swoje obsesje: a to że straszy, a to że diabły pokazują się na łąkach w dolinie… – Zamachnęła się na syna ścierką. – Utrapienie z nim tylko, skąd to się u niego bierze?

Mirek wybuchnął śmiechem i porzuciwszy ciasto wybiegł z kuchni, być może w pogoni za zjawą lub innym „diabelskim pomiotem”. Witold chętnie dowiedziałby się więcej o nadprzyrodzonych zjawiskach w Idzie, ale gospodyni postawiła przed nim aromatyczną zupę, która, jak się okazało, smakowała równie dobrze jak pachniała. Pani Kowalowa okazała się prawdziwą mistrzynią kucharskiego fachu, nie mógł zatem pozwolić, by tak wykwalifikowana siła wymknęła mu się z rąk.

– Mam nadzieję, że zostanie pani moją gospodynią? – spytał więc z obawą, że sąsiadka rozmyśli się i nie przyjmie propozycji.

– I ja na to liczę – zaśmiała się pani Gertruda.

– Obiad jest bardzo dobry – pochwalił szczerze Witold.

Gospodyni wzruszyła ramionami.

– Nie jadł pan jeszcze drugiego dania.

– Niektórzy uważają, że już po zupie można poznać kunszt szefa kuchni – próbował się wytłumaczyć. – Czy codziennie można się spodziewać takich frykasów? – zapytał po chwili, widząc schab ze śliwkami.

– To zależy wyłącznie od tego, jaki budżet przeznaczy pan na gospodarstwo domowe. Ja ze swej strony preferuję kuchnię baskijską i francuską.

Witold popatrzył na nią znad schabu z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia, mając nawet wrażenie, że się przesłyszał.

– No, tak – stwierdziła gospodyni. – Ja, proszę pana, byłam szefową kuchni w ośrodku w Arłamowie!

– Ach tak! – zrozumiał Witold. – To wiele wyjaśnia.

Zamyślił się nad historią „państwa arłamowskiego”, tajnego ośrodka rządowego z czasów PRL-u. W tamtych latach opowiadano o nim cuda na kiju – że w pokojach zainstalowano złote klamki, a w łazienkach bursztynowe armatury; że na specjalnym pasie lądowały wojskowe samoloty z wódką i kawiorem z bieługi; że odbywały się tam bale, polowania i orgie. Bywał w Arłamowie i Josip Broz Tito, i towarzysz Gierek. Strzelali do specjalnie zwabionej zwierzyny, a potem ucztowali bez końca. Ośrodek o kryptonimie W-2, luksus z ancient regime, wrzód na zdrowym ciele klasy pracującej. Obecnie stacja narciarska dostępna dla wszystkich, którzy mają wystarczająco grube portfele. Urząd Rady Ministrów zatrzymał sobie tylko kilka idiotycznych domków w stylu góralskim, pasujących do Bieszczad jak pięść do nosa.

Pani Gertruda też chyba myślała o czymś podobnym, bo odłożyła ścierkę, którą wycierała naczynia, i usiadła przy stole.

– Żeby pan wiedział jak oni jedli! Pierwszy sekretarz Gierek to preferował kuchnię francuską.

– A myślałem, że raczej pyzy śląskie i ruskie – wtrącił Witold.

– Co za herezje pan opowiada? – zgorszyła się gospodyni. – Ruskie się zresztą wtedy nazywały „pierogi legnickie”. A kuchnia rosyjska wcale nie była popularna. Te kołduny i solanki nie są zbyt smaczne. Kuchnia polska i francuska.

– A co jadał rzecznik Urban? – zaciekawił się Witold, którego zagadnienia historyczno-kulinarne wielce interesowały.

– On w ogóle mało jadł, raczej pił, jeżeli pan wie, co mam na myśli! – Uśmiechnęła się, podając ciasto. – À propos, napije się pan herbaty?

– Bardzo chętnie, choć piłem już jedną u pani sołtys.

– A! Poznał już pan naszą Milę? – Pani Kowalowa rozpromieniła się, a Witold pokiwał głową.

– To prawdziwe szczęście, że ją mamy! Zanim tu przyjechała, to mój mąż był sołtysem. Ale teraz jest dużo lepiej! – zapewniła gorąco, a Witold chciał zapytać, jak owo „lepiej” się objawia, ale nie zdążył, bo w drzwiach pojawił się przerażony Mirek.

– Mamusiu, proszę pana!!! Pojawiło się!!! – wrzasnął bez tchu, aż w oknach zatrzęsły się szyby.

Miałem rację z tym Oskarem Matzerathem – pomyślał Witold.

– Co się znowu pojawiło? – zapytała jego matka z niezmąconym spokojem, zabierając się do układania naczyń.

– Zjawa! Straszna, bladozielona… Wychodziła z Upiornej Kapliczki!

– To jest tu także Upiorna Kapliczka? – zapytał rozbawiony Witold, którego już nic nie było w stanie zaskoczyć.

– Oczywiście – stwierdziła pani Gertruda. – Upiorna Kapliczka znajduje się tuż za bramą parku, pewnie nawet jej pan nie zauważył. Jest związana z jakimś wypadkiem czy samobójstwem w rodzinie Tyczyńskich. O to musiałby już pan zapytać panią Teklę. Mój syn uważa, że w księżycowe noce pojawia się przy niej duch.

– Bo się pojawia – zaprotestował Mirek, znowu usadowiony w kącie i pożerający podany przez matkę kawałek ciasta.

Gospodyni westchnęła.

– Wstydziłbyś się, synu, takie brednie opowiadać! Pan minister pomyśli, że ty jakiś głupol jesteś! Pewnie mgła się podniosła albo jakiś dym.

– Żaden dym – przekonywał solennie Mirek. – To była zjawa we własnej osobie.

– Oj, synu, synu! Zjawa to nie osoba, ile razy mam ci to tłumaczyć.

Witold powziął niejasne podejrzenie, że taka rozmowa pomiędzy matką a synem odbywa się już nie po raz pierwszy. Nie miał jednak siły zastanawiać się nad tym, był bardzo zmęczony i marzył o położeniu się do łóżka. Nie wiedział tylko, czy którykolwiek pokój nadaje się do zamieszkania. Zapytał o to gospodynię. Ona – jak to leżało w jej naturze – rozpromieniła się błyskawicznie.

– Oczywiście! Na górze ma pan całkowicie wykończoną sypialnię. Mirek pana tam zaprowadzi i pomoże z bagażami.

– Sam sobie z nimi poradzę, właściwie to mam tylko jedną torbę.

Chłopak jednak, przejęty swą ważną funkcją, dopadł już auta i zaczął grzebać w bagażniku. Najwyraźniej terenówka Witolda bardzo mu się spodobała.

– Czy zabierze mnie pan kiedyś ze sobą? – zapytał z nadzieją.

– Ale dokąd? – nie zrozumiał Witold, wyciągając z samochodu pudło z ulubionymi książkami i szpargałami, które zawsze zabierał ze sobą.

– Dokądkolwiek – uściślił Mirek. – Nawet do wsi, albo do bramy parku, tylko kawałeczek bym się przejechał.

– Dobrze, ale teraz pokaż mi pokój.

Chłopak chwycił torbę i wbiegł do domu. Witold nawet nie próbował za nim nadążyć. Wszedł schodami na górę i idąc dalej drewnianym gankiem, okrążającym całe piętro, kierował się hałasem. Mirka znalazł w drugim pokoju po lewej stronie. Była to obszerna komnata z pięknym, wykuszowym oknem, leżąca w bezpośrednim sąsiedztwie wieży, ponad bezrękim posągiem. Z okna rozpościerał się widok na dolinę i położoną tuż obok wieś. W niektórych domkach paliło się światło. Również w domu pani sołtys, który rozpoznał po owej koślawej wieżyczce. Przez sekundę zastanowiła go myśl, czy Mila prowadzi w tym momencie obserwacje przez swoją lunetę – „teleskop”, poprawił się natychmiast w myślach. Nie doszedł jednak do żadnych wniosków, gdyż uroczy zbiór dobudówek należący do pani sołtys był jednak za daleko. Mirek przestrzegł go jeszcze przed duchami, choć Upiornej Kapliczki nie było widać z okna, i zniknął. Po chwili słychać już było tupot jego nóg na schodach. Witold sięgnął po filiżankę z herbatą, w którą zaopatrzyła go gospodyni, i zaczął wyciągać z pudła swoje skarby – przede wszystkim XVII-wieczną mapę Morza Karaibskiego i hiszpański galeon w butelce. Na dnie pudła znalazł wreszcie to, czego szukał – ukochaną książkę Rafaela Sabatiniego Sokół morski. Położył się wygodnie na łóżku, owinął kocem i zatopił w lekturze, po raz co najmniej tysięczny. Księżyc zaglądał przez okno, oświetlając go spokojnym, srebrzystym blaskiem, wszędzie wokół dźwięczała niesamowita cisza, przerywana od czasu do czasu szczekaniem jakiegoś wiejskiego kundla. Po kilku stronach lektury oczy same się mu zamknęły, a książka wypadła z ręki.

[6] Oskar Matzerath, bohater powieści G. Grassa Blaszany bębenek, w wieku 5 lat postanowił przestać rosnąć. Siłą swego głosu potrafił wybijać szyby.

4

Po śniadaniu Witold postanowił wybrać się do wsi. Uznał, że powinien porozmawiać z panią Tyczyńską i księdzem Witalisem w sprawie kościoła. Zamierzał spotkać się z Milą i namówić ją, by poszła razem z nim do byłej właścicielki. Sam czuł się dość niezręcznie.

Pani sołtys nie zastał w domu. Rozejrzał się bezradnie po otaczających go budynkach. Ze zdziwieniem zauważył, że wioska nie wygląda wcale biednie. Wręcz przeciwnie – uliczka drewnianych domków była zachęcająco zadbana i wesoła. Żadna tam Polska B czy C! Ida w słońcu wydawała się zadowoloną z siebie i dość zamożną miejscowością.

Postanowił odnaleźć budynek szkoły. Mimo najszczerszych wysiłków nie mógł się jednak zorientować, gdzie mieści się wiejska uczelnia stopnia podstawowego – nigdzie nie dostrzegał charakterystycznych i znanych mu z wczesnego dzieciństwa dużych, podzielonych na kilka części okien i równie charakterystycznej czerwonej tablicy z godłem państwowym.

Rozejrzał się niepewnie. Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej dostrzegł małą dziewczynkę. Ubrana była jak przedwojenna pensjonarka – w granatową sukienkę i biały fartuszek z falbankami. Dwa jasne mysie ogonki miała związane wstążkami i bawiła się sękatym patykiem. Gdy zbliżył się do niej, osobliwa pensjonarka zaczęła wykonywać swoim kijkiem ekwilibrystyczne sztuczki: zakręciła nim młynka, po czym wymierzyła w Witolda i niezwykle grubym głosem krzyknęła:

– Per aspera ad astra[7]!

Milczał osłupiały. Dziewuszka, najwyraźniej niezbyt zadowolona z efektów swego działania, pokręciła z niezadowoleniem głową, opisała patyczkiem koło w powietrzu i równie grubym głosem zawołała:

– Lasciate ogni speranza!

– Voi ch’entrate[8]! – dokończył zdumiony Witold, bo dziwne dziecko najwyraźniej domagało się jakiejś reakcji.

– Właśnie – stwierdziła dziewczynka i zaprezentowała mu swój patyczek. – Proszę bardzo: kasztanowiec, dziewięć i pół cala: bardzo finezyjna, doskonała do rzucania uroków.

– Do rzucania uroków? – nie mógł zrozumieć Witold.

– Oczywiście! Wygląda na to, że niewiele pan wie o różdżkach? – Z niesmakiem pokręciła głową i przyjrzała mu się uważnie.

– Raczej nic, mademoiselle! – stwierdził rozbawiony całą tą sytuacją Witold.

– To widać – oceniło go krytycznie dziecko. – A mimo to wygląda pan w tych swoich okularkach jak Harry Potter, tylko strasznie stary!

Witoldowi wreszcie rozjaśniło się w głowie – miał przed sobą lokalną wielbicielkę Harry’ego Pottera!

Poczuł się jednak głęboko dotknięty insynuacją co do swojego wieku, więc chrząknął niezadowolony. Miał oczywiście pełną świadomość tego, że dla dziesięcioletniej dziewczynki musi być czymś na kształt cmentarnej paproci, ale bez przesady – był stary i zmurszały, lecz tylko do pewnego stopnia!

– Za pozwoleniem, mademoiselle, nie stoję jeszcze nad grobem. Może najlepsze lata mam już za sobą, ale do emerytury mi daleko. Umówmy się, że jestem jegomościem w średnim wieku!

Dziewczynka przyzwalająco kiwnęła głową, nie przestając mu się uważnie przyglądać.

– Wiem, kim pan jest! Tym ministrem z Warszawy – wykrzyknęła triumfalnie, a on po raz kolejny westchnął ciężko. Sława wyraźnie go wyprzedziła, ale, co tu kryć – zaczynała mu nieco ciążyć.

– Chciałem porozmawiać z panią sołtys – powiedział więc tylko, postanawiając niczemu się tu nie dziwić i niczego już nie tłumaczyć.

Dziewczynka schowała różdżkę za pasek fartuszka i wyciągnęła z pobliskiego rowu swój plecaczek.

– Pani Mila jest w szkole – stwierdziła. – Jeśli pan chce, mogę pana zaprowadzić.

– Bardzo chętnie. – Postanowił zaskarbić sobie sympatię cudacznej dziewczynki i z wysiłkiem przypomniał sobie imię przyjaciółki Harry’ego: – Hermiono!

Podskoczyła z radości.

– Pan naprawdę jest jak Harry Potter! Skąd pan wiedział, że najbardziej lubię Hermionę Granger?

Witold zrobił nieokreślony ruch ręką.

– Jak wszyscy czarodzieje, posiadam cały szereg magicznych zdolności, w tym dar telepatii.

– Szkoda, że biblioteka szkolna ma tylko jedną książkę o Harrym – stwierdziła dziewczynka po chwili milczenia.

– Dlaczego?

– Pani Mila mówi, że nie było pieniędzy. Bo wie pan, szkoła musi kupować podręczniki, różne lektury i na Harry’ego już nie starczyło. – Westchnęła ze smutkiem. – Ale pani Mila obiecała, że przed wakacjami kupi wszystkie pozostałe części.

– Szkoła kupuje wam podręczniki? – zaciekawił się Witold.

– Tak. Pani Mila uważa, że podręczniki powinny być rozdawane w szkole za darmo. To znaczy pożyczane, bo na koniec roku trzeba oddać. Każdy musi dbać o książkę i nie zniszczyć, bo brat albo siostra nie będą się mieli z czego uczyć.

– Ja, jak byłem mały, to dorysowywałem królom i królowym w podręczniku do historii wąsy. – Przypomniał sobie dawne czasy.

Dziewczynka się ożywiła.

– Mój brat też tak robił! Ale pani Tekla go oduczyła.

– W jaki sposób? – zainteresował się Witold.

– Kazała mi przynieść z domu zdjęcia Antka i wszyscy w klasie dorysowywali mu wąsy, czarne zęby i piegi. W końcu się popłakał!

– Bardzo ciekawe metody. – Witold się roześmiał. – Czego uczy was pani Tekla?

– Botaniki. – Dziewczynka znowu podskoczyła. – A wie pan, że u nas w szkole jest tak samo jak w Hogwarcie? Pani Tekla jest jak profesor Sprout, która uczy Harry’ego zielarstwa, tylko ona jest fajniejsza.

– A pani Mila?

– O, ona jest trochę jak profesor Dumbledore, tylko nie taka stara, i trochę jak profesor McGonagall.

Witold pożałował, że nigdy nie przeczytał tych książek, które kupował przecież dla dzieci znajomych.

– To znaczy? – zapytał, bo te nazwiska niewiele mu mówiły.

– No, wie pan – pani Mila jest bardzo mądra: czytała chyba wszystkie książki świata, wie tyle o kosmosie i to same ciekawe rzeczy, nie takie nudne, a poza tym lubi koty – profesor McGonagall zamieniała się przecież w kota.

Tak rozmawiając, doszli do szkoły. Witold od razu zrozumiał, dlaczego nie mógł jej wcześniej zlokalizować. Szkoła zajmowała piętrowy podłużny budynek ukryty w gąszczu drzew i krzewów. W lecie musiało być tutaj pięknie. Z boku widać było wąskie schodki, prowadzące na wysokie poddasze. Obok schodków przyczepiono tabliczkę z napisem „biblioteka”. Poza tym szkoła mogła poszczycić się boiskiem i placem zabaw, pełnym drewnianych huśtawek i zjeżdżalni. Czerwona tablica obok ganku głosiła: „Szkoła Podstawowa w Brzózkach Wielkich, oddział filialny w Idzie”.

Weszli do środka.

Pierwszą osobą, na którą się natknęli była Mila. Stała w wąskim korytarzyku, przeglądając trzymane w ręku papiery i książki. Ogromny Atlas Nieba Gwiaździstego wyraźnie jej zawadzał.

– Pani pozwoli, że ja go potrzymam. – Zaoferował swą pomoc Witold, bez żadnych niepotrzebnych wstępów. Pani sołtys oddała mu atlas z wdzięcznością.

– Bardzo dziękuję. Ze mną jest tak jak w tej piosence: „Gdybym ja miał cztery nogi, dwie długie nogi, dwie krótkie nogi”[9], tylko u mnie przydałyby się raczej ręce w tej samej ilości.

W tym momencie zwróciła uwagę na lokalną Hermionę Granger, która w zdenerwowaniu przestępowała z nogi na nogę, jakby zastanawiając się, co ma robić.

– Alinka, czemu ty nie jesteś jeszcze w klasie?

Hermiona z niepokojem skubała falbankę swego fartuszka.

– Noo… – zaczęła niepewnie.

– Pewnie znowu bawiłaś się w zaklęcia, co?

– No, ja tylko… – plątała się dziewczynka, a Mila pokręciła głową.

– Biegnij do klasy! Utrapienie z tym dzieciakiem! – zwróciła się do Witolda. – Jest zupełnie zwariowana na punkcie Harry’ego Pottera.

– Zauważyłem. – Roześmiał się. – Gdy ją poznałem, najwyraźniej chciała rzucić na mnie urok.

– Niech się pan cieszy, że pan przeżył. – Mila się uśmiechnęła. – Ale co pana sprowadza do szkoły?

– Chciałem panią prosić, żeby zaprowadziła mnie pani do księdza Witalisa i pani Tekli – powiedział, licząc, że mu nie odmówi.

– Oczywiście, tylko że teraz mam lekcję. Może pan zaczekać? – Zmarszczyła zabawnie nos, co dodało uroku jej zazwyczaj bardzo poważnej twarzy.

– Czemu nie. Gdzie mam poczekać? – Rozejrzał się po pustym korytarzu i zadecydował, że posiedzi na placu zabaw.

– Najlepiej, gdyby poszedł pan ze mną do klasy. Mamy lekcję astronomii, mógłby mi pan pomóc.

Witold zrobił nieokreślony ruch ręką.

– Raczej nie, zupełnie nie znam się na tym. Nie odróżniam planet od siebie, a z gwiazdozbiorów znam dwa: Wielki Wóz i Krzyż Południa.

Nie chciał się przy tym przyznać, że wizyta w klasie napełnia go nieokreślonym lękiem, przypominając klasówki, kartkówki, kontrolę czystości chusteczki do nosa – ponieważ w jego szkolnych czasach nie znano chusteczek papierowych – oraz znienawidzoną fluoryzację zębów. Choć raczej nie podejrzewał, żeby w szkole podstawowej w Idzie zmuszali do czyszczenia zębów wstrętnie pachnącą chemiczną substancją lub badali głowy pod kątem robactwa. Nie uśmiechał mu się jednak powrót do szkolnej ławki, nawet w roli widza. Jego wspomnienia z tego etapu edukacji, zakończonego w sławetnych latach 80., raczej nie były heroiczne. Wagary i mecze piłki nożnej, toczone na śmierć i życie z uczniami sąsiedniej szkoły – takie miał wspomnienia. Zdecydowanie był słabą reklamą szkoły made in PRL i wciąż z dreszczem wspominał nauczycielkę historii, która kazała przed każdą lekcją skandować: „Trud naszych rąk i żar naszych serc oddamy Partii i socjalistycznej ojczyźnie”.

Przypomnienie „żaru serc oddanego Partii” było tak traumatyczne, że aż się wzdrygnął. Mila zauważyła najwyraźniej jego minę, bo próbowała go jakoś pocieszyć i odwrócić uwagę od niewesołych myśli.

– Ma pan zupełnie dobre podstawy! I na pewno uprawiał pan kiedyś sporty ekstremalne! – Witold zdziwił się, bo w obecnej sytuacji było to stwierdzenie, zupełnie – jak to mawia młodzież – „od czapy”. Był jednak ciekaw, co z tego wyniknie, więc odpowiedział:

– Owszem – bungee jumping, nurkowanie bezdechowe, czasami narciarstwo ekstremalne. Uważa pani, że astronomia to także niebezpieczny sport? – spytał bezradnie, bo w żaden sposób jedno nie kojarzyło mu się z drugim, a najwidoczniej jakiś związek musiał być.

– Niezupełnie. Czy zgodziłby się pan opowiedzieć o swoich przygodach w klasie?

– Bardzo chętnie, choć nie wiem, czy potrafię zrobić wykład dla dziesięciolatków. W każdym razie spróbuję – obiecał solennie, a Mila wyglądała na bardzo usatysfakcjonowaną.

– Wspaniale! Dzwonek. Idziemy. – Popchnęła go w kierunku otwartych drzwi klasy, zza których wyglądały główki zaciekawionych dzieci.

Na korytarzu pojawiła się drobna, niewysoka kobieta z dzwonkiem w ręku. Ostatni raz Witold widział taki dzwonek dawno temu, gdy sam był we wczesnej podstawówce, podczas notorycznych wyłączeń prądu, charakterystycznych dla tamtych czasów. W jego szkole dzwonił gruby woźny, którego nazywali Kartofel i któremu zawsze robili na złość. On zresztą nie pozostawał im dłużny.

[7]Per aspera ad astra (łac.) – Przez ciernie do gwiazd.

[8]Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate (wł.) – Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie – napis nad bramą piekła w Boskiej komedii Dantego.

[9] „Gdybym ja miał cztery nogi” – piosenka z filmu Co mój mąż robi w nocy? (1934 r.), słowa: E. Schlechter, muzyka: J. Petersburski, wykonanie: M. Znicz i T. Mankiewiczówna.

5

W klasie siedziało siedmioro dzieci. Wszystkie wpatrywały się w niego z ciekawością, która lekko go skonfundowała. Z przedostatniej ławki ktoś się uśmiechał. Była to Alinka-Hermiona, która machała w jego kierunku swoją funkcjonalną różdżką – miał tylko nadzieję, że było to pozdrowienie, a nie próba rzucenia uroku.

– Moi drodzy – powiedziała Mila – to jest pan Witold Mossakowski, który kupił posiadłość pani Tekli i mieszka teraz w naszej wiosce. Pan Mossakowski na pewno wiele nam jeszcze opowie o swojej ciekawej pracy, ale dzisiaj będzie mówił o czymś innym, choć na pewno równie interesującym. Najpierw jednak chciałabym wiedzieć, ile znamy w naszym układzie planetarnym księżyców.

– Sto! – powiedziała niewielka blondyneczka z drugiej ławki.

– Wcale nie! Dużo więcej! – odezwał się szczerbaty chłopak spod okna i zaczął z namaszczeniem wyliczać: – Ziemia ma jeden księżyc, Mars dwa, Jowisz sześćdziesiąt trzy, w tym największy w naszym układzie księżyc, czyli Ganimedesa, Saturn ma sześćdziesiąt jeden satelitów, Uran dwadzieścia siedem, Neptun trzynaście, Pluton ma trzy, ale od trzech lat nie uznajemy go już za planetę, zaś Merkury i Wenus wcale nie mają księżyców. Te liczby zresztą ciągle się zmieniają, bo sondy kosmiczne coraz to odkrywają jakieś nowe satelity planet!

– To nasz geniusz astronomiczny, Piotruś Słobankiewicz – wyjaśniła Witoldowi Mila. – Zbiera wycinki prasowe i publikuje własną gazetę „Ida, Ida”. Na pewno będzie chciał z panem porozmawiać, bo pana przyjazd stał się lokalną sensacją. Masz rację, Piotrek, jest ich więcej – zwróciła się do szczerbola. – Sam tylko Jowisz ma prawdopodobnie około sto księżyców, których rozmiar nie przekracza kilometra. Początkowo nazywano je imionami licznych ukochanych boga Jowisza, ale teraz przestało już ich wystarczać.

– Obserwacje prowadzi Uniwersytet Hawajski, oni mają dwa dziesięciometrowe teleskopy Keck I i Keck II, umieszczone na szczycie wulkanu Mauna Kea na Hawajach – wtrącił się Piotruś, wprawiając Witolda w kolejne niekontrolowane osłupienie.

Poziom wiedzy tutejszych dzieci zaczynał go przerażać nie na żarty, zwłaszcza że on sam, mający o swej inteligencji nie najgorsze zdanie, akurat na ten temat miał niewiele do powiedzenia, a za chwilę miał tu wystąpić z jakimś przemówieniem. Ale mnie urządziła – pomyślał z urazą o pani sołtys, podejrzewając, że z zemsty, być może za wieczorne nagabywania i przedłużającą się wizytę, chce go ostentacyjne skompromitować przed małoletnimi. Zaczął się więc kręcić niespokojnie na krześle, jakby miał owsiki lub jakby go „kto szydłem spod ławy ekscytował”[10] – przypomniał sobie to staropolskie zdanie, zaczerpnięte z klasyki, i w ogóle nie mógł się na niczym skupić.

Mila, obserwując go pogodnym i pozbawionym złośliwości wzrokiem, skinęła głową w kierunku Piotrusia.

– Właśnie. Piotrek koresponduje ze Scottem S. Sheppardem z