Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magiczna zagadka - Pierdomenico Baccalario

Drugi tom serii „Na tropie sensacji” autorstwa Pierdomenico Baccalario (autor bestsellerowej serii „Ulysses More”) Nikola i Simon na tropach prawdziwej tajemnicy: legendarny mag Offenbach, niekwestionowany król iluzjonistów, jest u kresu życia. Został napadnięty podczas kongresu największych magów świata! Jedyną wskazówką jest tajemniczy mężczyzna we fraku, którego widziano na miejscu zbrodni. Czyżby to on był winny napaści?Książka wspierana jest blogiem detektywistycznym z zagadkami i nagrodami.

Opinie o ebooku Magiczna zagadka - Pierdomenico Baccalario

Fragment ebooka Magiczna zagadka - Pierdomenico Baccalario

Mieszkańcy zaułka Woltera

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mieszkańcy domu nr 11 w zaułku Woltera to zwykli lokatorzy, jakich wiele w paryskich kamienicach. Jednak pozory mylą! Co łączy właściciela antykwariatu, listonosza, gospodynię domową, słynnego adwokata i trójkę nastolatków? Ich wspólny sekret: klub detektywów-amatorów. Za każdym razem, gdy pojawia się zagadka kryminalna, z którą nawet policja nie daje sobie rady, detektywi zbierają się w swojej tajnej bazie: mieszkaniu na pierwszym piętrze, należącym kiedyś do Gustawa Darbona, największego detektywa w Paryżu. Tam, między jednym a drugim kawałkiem domowego ciasta od pani Jaśminy… rusza śledztwo!

Wszystkie nazwy i postaci zawarte w tej książce należą do Dreamfarm s.r.l., na wyłącznej licencji Atlantyca S.p.A. Ich tłumaczenie, jak i wszelkie adaptacje są własnością Atlantyca S.p.A.

Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie zgody wydawcy. Atlantyca S.p.A, Leopardi 8, 20123 Milano, Italy, www.atlantyca.it, foreignrights@atlantyca.it

International Rights © Atlantyca S.p.A., via Leopardi 8, 20123 Milano, Italia

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Text by Pierdomenico Baccalario & Alessandro Gatti

Original cover and Illustrations by Effeffestudios

© 2009 Dreamfarm s.r.l., via De Amicis, 53 20123 Milano, Italia

© 2012 for this book in Polish language by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Tytuł oryginału:Non si uccide un grande mago

Tłumaczenie: Jowita Lupa

Redaktor prowadzący: Sylwia Burdek

Redakcja językowa: Małgorzata Biernacka

Adiustacja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Dorota Ratajczak

Opracowanie graficzne: MEDIA SPEKTRUM

Wydanie I, Kraków 2012

ISBN 978-83-265-0616-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4a

tel./fax 12-266-62-94, tel. 12-266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Pierdomenico Baccalario Alessandro Gatti

Magiczna zagadka

Autorzy dziękują Guillaume’owi Caulier, który sprawił, że Paryż z zaułka Woltera wygląda jak Paryż prawdziwy

1. Męki oczekiwania

Kamienica pod numerem 11 w zaułku Woltera nie wyróżniała się za bardzo na tle innych zabytkowych kamienic paryskiej dzielnicy Marais. Gdyby któryś z przechodniów zawiesił na niej na chwilę roztargniony wzrok, na pewno nie przyciągnęłyby jego uwagi okiennice na pierwszym piętrze: były stare, zakurzone i przede wszystkim – zawsze zamknięte. A gdyby nawet ktoś jakimś cudem rzucił okiem akurat na te okiennice, to i tak za nic by nie zgadł, jaka tajemnica się za nimi kryje. I to nie byle jaka tajemnica! Właśnie tam znajdowało się mieszkanie, które należało kiedyś do największego detektywa Paryża – Gustawa Darbona. Ale to nie koniec: właściciel zapisał w swoim testamencie, że każdy detektyw, który kiedykolwiek będzie w detektywistycznej potrzebie, może z tego mieszkania skorzystać. I oto pół wieku później znalazł się taki detektyw – a nawet od razu siedmiu!

Był cichy i ciepły wieczór. Można by powiedzieć, że przed kamienicą nie było nawet psa z kulawą nogą – gdyby nie to, że akurat w tym momencie właśnie pies z kulawą nogą przebiegł, kuśtykając na drugą stronę ulicy. Tego wieczoru nowi gospodarze mieszkania Darbona zebrali się w sekrecie właśnie za tymi zamkniętymi okiennicami. Była to dobrana grupa miłośników tajemnic, których łączyły dwie rzeczy: wszyscy mieszkali pod numerem 11 w zaułku Woltera i wszyscy byli zapalonymi czytelnikami powieści kryminalnych o detektywie Kingu Ellertonie.

Zebranie odbywało się w wielkim zielonym gabinecie, bez wątpienia najciekawszym i najbardziej tajemniczym pokoju w całym mieszkaniu (które samo w sobie też nie należało do zwyczajnych). Wokół wielkiego stołu o drewnianych nogach rzeźbionych w lwie łapy panowała cisza, co było dziwne, zważywszy na liczbę siedzących przy nim osób. W kącie gabinetu stary zegar z wahadłem, należący jeszcze do Darbona, wybił siedem razy.

Wiktor Cormolles, listonosz mieszkający na trzecim piętrze, zaczął bębnić palcami o blat, wyraźnie zdenerwowany. Nikola i Simon, dzieci nadkomisarza policji Gaillarda z tego samego piętra, westchnęły jednocześnie. Emerytowany adwokat Janvier z czwartego piętra, zwany Białym Gołębiem paryskich sądów z powodu swej śnieżnobiałej czupryny, zerwał się gwałtownie.

– Ach, do diaska! To czekanie przekracza już granice mojej cierpliwości! – zawołał gniewnie, zaczynając chodzić tam i z powrotem po pokoju.

– Leon pewnie znowu coś kombinuje, jak zwykle… Albo zapomniał! – swoim zwyczajem zrzędził Wiktor.

Leon Kaborè, ciemnoskóry chłopak z dredami, zajmował z mamą mieszkanie na poddaszu. Jako jedyny z klubu detektywów-amatorów nie przyszedł tego wieczoru do zielonego pokoju. Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, ponieważ Leon miał przynieść odpowiedź na pytanie, czy tym razem udało im się znaleźć rozwiązanie Tajemnicy Miesiąca?

Tajemnica Miesiąca był to konkurs z nagrodami zamieszczany na końcu każdej powieści o Kingu Ellertonie. Dotyczył zawsze zawiłej kryminalnej intrygi i lokatorzy spod numeru 11 w zaułku Woltera już jakiś czas temu połączyli swe siły, próbując rozwikłać kolejne edycje Tajemnicy i wygrać złoconą lupę z inicjałami K.E. Niestety – jak dotąd z marnym rezultatem. Tym razem jednak detektywi z zaułka Woltera żywili wielkie nadzieje. Ich rozwiązanie zagadki z tego miesiąca było niezwykle logiczne: mordercą był malajski awanturnik, który ukryty za kulisami, uśmiercił aktora na scenie zatrutą kurarą [Kurara – wyciąg z kory pędów i korzeni południowoamerykańskich lian, zawierający trujące alkaloidy.] strzałą!

Leon wysłał rozwiązanie e-mailem do redakcji książek o Kingu Ellertonie i powinien dzisiaj dostać odpowiedź. Czemu więc tak się spóźniał?

– Może to dobry znak – podsunęła pani Jaśmina, która mieszkała na drugim piętrze wraz z synem antykwariuszem. – Może wygraliśmy i Leon zatrzymał się po drodze, żeby kupić coś dla uczczenia zwycięstwa!

– Niemożliwe – skomentował jej syn. – Po drodze tutaj Leon mógł się zatrzymać tylko na schodach.

– Ten chłopak jest NIE-OD-PO-WIE-DZIAL-NY! – wyskandował z niesmakiem Wiktor. – Taka jest prawda!

– Zgadza się – przytaknął mecenas Janvier. – A skutek jest taki, że siedzimy tu jak na rozżarzonych węglach. Proponuję za karę pozbawić go jego kawałka ciasta!

Jak zawsze na zebranie detektywów-amatorów z zaułka Woltera, pani Jaśmina przyniosła pyszne, świeżo upieczone ciasto. Tym razem była to niebiańska szarlotka.

Ręka adwokata wyciągnęła się niczym wąż, by podstępnie porwać talerzyk z ciastem, który czekał na wprost pustego krzesła Leona. Pani Jaśmina była jednak czujna: chwyciła talerzyk i szybko odsunęła go na bezpieczną odległość.

– Niech pan nawet o tym nie myśli, mecenasie… To dla Leona!

Byłemu księciu sali sądowej nie pozostało nic innego, jak opaść z powrotem na swój fotel z miną pełną godności, choć naburmuszoną.

– Co za męka – mruknął. – Doprawdy, jeszcze pięć minut i wychodzę!

– Och, nie przesadzajmy – stanęła w obronie przyjaciela Nikola. – Leon miał ostatnio jakieś problemy z modemem, pewnie o to chodzi...

Ledwo wypowiedziała te słowa, gdy z ciemnego marmurowego kominka, który był sekretnym wejściem do zielonego gabinetu, wynurzyła się głowa z plątaniną czarnych dredów.

– NARESZCIE!

– Najwyższy czas!

– Wstąpił do piekieł, po drodze mu było!

Wszyscy wlepili natarczywe spojrzenia w Leona. Chłopak wyglądał na oszołomionego.

– Złe wieści? – zapytał sucho Wiktor.

– Straszne – przyznał Leon dramatycznie.

– Wiedziaaałem… – zajęczał Simon. – To jednak była akrobatka ze szpilką do kapelusza! A myśmy myśleli, że malajski awanturnik, bez sensu…

Leon wytrzeszczył oczy. – Akrobatka? Że… co?!

– No jak to! Czekamy już pół godziny, żeby się dowiedzieć, czy wygraliśmy Tajemnicę Miesiąca…

– Aaa, Tajemnica Miesiąca… W sumie to zapomniałem o tym – wyznał szczerze Leon.

W zielonym gabinecie rozpętała się mała burza.

W końcu głos mecenasa Janviera zagórował nad pozostałymi:

– Zdaje się, chłopcze, że zbyt głośno słuchasz muzyki przez te słuchawki, które masz ciągle na uszach. Mózg ci od tego wymięka. Może powiesz nam wreszcie, czy rozwiązaliśmy Tajemnicę Miesiąca, czy nie?!

Leon nie należał do ludzi, którzy obrażają się o byle co, i wzruszył tylko ramionami.

– Eee, trafiliśmy jak kulą w płot, jak zwykle. Mordercą był reżyser, który nasączył trucizną kopię scenariusza…

– Aktor wchłonął ją przez opuszki palców, ależ oczywiście! Jak mogłem na to nie wpaść! – przerwał mu syn pani Jaśminy.

– Tak samo jak za każdym razem, mój drogi – odparła z uśmiechem jego matka. – Wpadłeś nie na to, co trzeba!

Krótki śmiech rozładował napięcie w zanurzonym w półmroku pokoju.

– Tak czy owak, straszne wieści, o których mówiłem, nie dotyczą Tajemnicy Miesiąca – oświadczył Leon.

– Więc o co chodzi? – zapytała zaciekawiona Nikola.

– W radiu mówili, że wczoraj w nocy, w hotelu Etoile, ktoś próbował zabić Wielkiego Offenbacha!

– Offenbacha, króla magików?! – zawołał wstrząśnięty syn pani Jaśminy.

– Taki przystojny mężczyzna… – rozmarzyła się jego matka.

– Hmmm… – mruknął Janvier, gładząc się po brodzie. – Mag Offenbach… Pamiętam, jak spotkałem go na jakiejś uroczystej kolacji parę lat temu. Prawdziwy geniusz!

– Fakt – potwierdził Leon. – To największy iluzjonista naszych czasów, legenda magii! Jego sztuczki są niesamowite…

– I mówisz, że ktoś usiłował go zamordować?

– Tak, ktoś uderzył go w głowę ciężkim wazonem. Wylądował w szpitalu, walczy o życie…

– Ciekawe, co to był za wazon… – zastanawiała się pani Jaśmina.

– Paskudna sprawa – stwierdził adwokat.

– Paskudna, owszem, ale to może być sprawa dla detektywów z zaułka Woltera! – rzucił syn pani Jaśminy z błyskiem w oku.

– W sumie hotel Etoile jest rzut beretem stąd… – zauważyła Nikola.

– O nie, nie teraz! To temat na następne spotkanie! Jest już późno, a ja muszę jeszcze przygotować kolację – zarządziła pani Jaśmina.

Na słowo „kolacja” mecenas Janvier natychmiast się rozpromienił. – A jakie skarby kryje dzisiaj kuchnia drogiej pani? – zapytał.

– Cassoulet[ Cassoulet [wym. kasule] – jedna z najsłynniejszych potraw południowej Francji; przygotowana i podawana w ogniotrwałym naczyniu ceramicznym zapiekanka z białej fasoli, wieprzowiny, baraniny, boczku wędzonego, cebuli, marchwi, pietruszki, porów, selerów z dodatkiem czosnku, liści laurowych, masła, kawałków bagietki, tymianku i pieprzu.] po prowansalsku! – odpowiedziała dumna z siebie kucharka. – Hmm, coś mi mówi, że miałby pan ochotę przyłączyć się do nas, prawda, mecenasie?

Janvier westchnął, podrapał się po brodzie, skrzyżował ręce na piersi i znowu westchnął. Pomyślał o domowym wieczorze, który będzie pewnie taki sam, jak tysiące wieczorów do tej pory: na kolację ryż z warzywami, obok żona w szlafroku komentująca wiadomości z telewizyjnego dziennika, a potem trwająca wieczność partia brydża z inżynierem Pouilletem i jego małżonką – wszystko to nudne jak flaki z olejem... Ale nagle ten przygnębiający obraz rozwiał się, triumfalnie zastąpiony pysznym cassoulet pani Jaśminy.

– Do diabła, tak! – zawołał adwokat. – Dajcie mi chwilę, wymyślę jakąś wymówkę dla żony i już u was jestem!

2. Wielki Offenbach

Bez dwóch zdań – wreszcie przyszła wiosna. Przez wielkie okno naleśnikarni Petit Canard, do której rodzeństwo uwielbiało przychodzić, widać było, że miasto budzi się do życia z zimowego odrętwienia. Tłumy paryżan płynęły chodnikami odchudzone z płaszczy i szalików, a wszystkich i wszystko owiewał wietrzyk z południa – już prawie całkiem ciepły. Pewnie to ten wiosenny wietrzyk sprawił, że Nikola i Simon mieli ogromny apetyt.

– To co, zamawiamy jeszcze jeden? – zapytała Nikola brata nad pustym talerzem. – Na pół?

– Chyba chciałaś powiedzieć: zamawiamy jeszcze po jednym!

Bernard, wąsaty właściciel Petit Canard, przyjął więc zamówienie na dwa kolejne naleśniki z czekoladą i po chwili wyłonił się z kuchni, niosąc swoje przepyszne dzieła sztuki.

Nikola i Simon siedzieli tam, gdzie zawsze: w rogu lokalu, przy oknie. Zwykle ich najlepszą zabawą było obserwowanie i komentowanie tego, co się działo na zewnątrz. Dziś jednak byli dziwnie milczący i tylko zerkali na siebie spod oka, jakby chcieli się nawzajem o coś zapytać.

W końcu Simon przerwał ciszę.

– Myślisz o tym, co ja myślę, że myślisz? – zagadnął siostrę podchwytliwie.

– Hmmm… A o czym myślisz, że ja myślę?

– Nie wymiguj się!

– No to… myślałam o sprawie hotelu Etoile – odpowiedziała dziewczyna, wskazując na gazetę leżącą na stoliku obok. Na pierwszej stronie tytuł krzyczał wielkimi literami: ZAGADKA HOTELU ETOILE. A pod nim: Offenbach w ciężkim stanie. Policja porusza się po omacku.

– Ja też o tym myślałem – przyznał się Simon. – A właściwie to myślałem o Magu Offenbachu.

– A co dokładnie?

– Noo… ten magik mi się z czymś kojarzy… Ale nie mogę sobie przypomnieć z czym!

– Nic w tym dziwnego – odparła Nikola złośliwie. – Ty też jesteś niezły magik!

– Ja? Co masz na myśli?

– Zawsze jak mama każe nam posprzątać w pokoju, wszystkie twoje brudne rzeczy od razu magicznie znikają pod łóżkiem!

W odpowiedzi chłopak pokazał siostrze język.

Nikola westchnęła demonstracyjnie. Jej dwunastoletni brat zachowywał się jeszcze jak zupełny dzieciak, podczas gdy ona, która skończyła trzynaście, czuła się już dorosła.

Oboje wrócili do jedzenia, jednak nie na długo – chwilę potem Simon uniósł gwałtownie głowę znad talerza.

– Już wiem!

– Co?

– Przypomniałem sobie… No, kończ szybko naleśnika, zbieramy się!

– Ale dlaczego?

– Bo muszę coś sprawdzić w domu!

Simon już taki był – gdy wpadł na jakiś pomysł, nie czekał ani sekundy. Nikola wiedziała, że nie ma sensu się ociągać, połknęła więc w pośpiechu resztę naleśnika. Zapłacili Bernardowi i wypadli z Petit Canard, rzucając się pędem w kierunku zaułka Woltera.

Winda nie przyjechała w ciągu 5 sekund, więc Simon uznał, że dłużej czekać nie ma sensu i wbiegł na schody, przeskakując po dwa stopnie naraz. Zadyszana Nikola ledwo dotrzymywała mu kroku. Gdy szczęście rozmawiała przez telefon – z jej pokoju dobiegało na przemian „pewnie, że tak” i „nie o to nam chodziło!”.

Mogli się przemknąć niewidzialni – droga była wolna!

Simon wystrzelił jak z procy wprost do składziku i natychmiast zaczął szperać po półkach.

– Wyjaśnisz mi wreszcie, o co chodzi? – Nikola zaczynała już tracić cierpliwość.

– Sekundkę… Jeszcze sekundkę… – brat nerwowo przerzucał wszystko do góry nogami. Kartony ze starymi fotografiami, szczątki urządzeń gospodarstwa domowego, zakurzone książki…

– Byłbyś chory, gdyby nie udało ci się ściągnąć na nas awantury, co?

Ale Simon szukał dalej jak w amoku, aż w końcu zawołał triumfalnie: – ZNALAZŁEM! – i potrząsnął w powietrzu kolorowym pudełkiem.

Nikola przyglądała się przedmiotowi, który jej brat wydobył z otchłani zapomnienia. Z wierzchu widać było postać szeroko uśmiechniętego mężczyzny we fraku, a kolorowy podpis głosił: „NIEWIARYGODNE SZTUCZKI WIELKIEGO OFFENBACHA. I ty zostaniesz iluzjonistą dzięki trikom króla magików!”.

Co to ma być?! – To tylko stary prezent – stwierdziła Nikola.

– Wreszcie! Tak myślałem, że skądś znam tego magika…

Nikola wpatrywała się w twarz Offenbacha.

– Popatrz, jak się miło uśmiecha… Aż trudno uwierzyć, że ktoś mógłby chcieć go zabić – zauważyła.

– No właśnie! I dlatego my, detektywi z zaułka Woltera, powinniśmy zacząć śledztwo w tej sprawie! – oświadczył z przekonaniem Simon.

Ale w tej samej chwili na twarzy Nikoli odmalował się złowieszczy uśmiech.

– Co? Co masz taką minę? – dopytywał się podejrzliwie brat.

Dziewczyna zachichotała. – A, bo sobie wszystko przypomniałam…

– Niby co?

– Jak rodzice dali ci pudełko Offenbacha na ósme urodziny i jak od razu po obiedzie urządziłeś pokaz magii!

Simon zaczerwienił się gwałtownie. – Taaa, jasne… Zmyślasz! Nic takiego nie pamiętam… – burknął.

Na jego nieszczęście siostra pamiętała wszystko doskonale.

– Węzeł na magicznym sznurze zamiast cudownie się rozwiązać, zacisnął się tak, że nawet tata nie mógł sobie z nim poradzić – wyliczała Nikola. – Potem kazałeś nam wybierać karty ze znaczonej talii i próbowałeś je odgadnąć… Ani jednej nie trafiłeś. A na wielki finał była kulka, która miała zniknąć w czarodziejskiej skrzynce… Ale zamiast tego wylądowała w talerzu cioci Natalii!

– A właśnie, że w talerzu wujka Alberta! I daj już spokój – wymamrotał niechętnie Simon.

– Ani mi się śni! A na dodatek jak już sobie przypomniałam twoje wygłupy z trikami Maga Offenbacha, to wiesz co ci powiem?

– Co?

– Że teraz jesteś moim podejrzanym numer jeden w sprawie hotelu Etoile!

3. Co robić?