Opis

Kto powiedział, że nieumarli nie mają uczuć, nie odczuwają emocji, nie tęsknią? Czy uczynek wydający się przejawem najwyższego okrucieństwa może wynikać ze szlachetnych pobudek? Czy syrena, której obca jest miłość, może nie tylko pragnąć, ale i pokochać? Dlaczego Werten władca nieumarłych wyrządził trójce  rodzeństwa: Dorenowi, Ardinowi i ich siostrze Thierre tak straszną krzywdę? Czy jego córka Seirin naprawdę chce im pomóc, czy też jej działania mają głęboko ukryty podtekst? I jakie jest przeznaczenie dzieci rodu Gardhehare? Wiele pytań, a odpowiedź oczywiście na łamach tej mrocznej i… bardzo, ale to bardzo, zmysłowej, namiętnej opowieści.

– Pij, Ardinie. Musisz pić – wyszeptała. Słodki, uwodzący głos brzmiał w jego myślach, zmuszał do uległości. Posłuchał go po chwili wahania. Liznął krzepnącą kałużę. I jeszcze raz, i jeszcze. Zlizywał krew Seirin, słuchając jej nakazujących myśli. Wreszcie krew przestała płynąć, a dziewczyna, jak martwa, osunęła się na podłogę.

Ardin zawył. Zaczęła się przemiana.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 341

Popularność

lub

Rozdział 1Hrabina

Zmierzchało. Mrok wpełzał przez ciasne okiennice, poszarzał kolory, rozmywał kontury i cieniami kładł się na twarzach gości. Za ciemnością szła mgła, wilgotna i lepka. Zdołała przecisnąć się przez zamknięte drzwi, wsunąć przez zabite okna i zawisła w izbie pomiędzy ławami i buzującym w kominku ogniem. Przylgnęła do ust, ściszając gwar niemal do szeptów.

Drzwi karczmy zaskrzypiały przeciągle, a cichnące rozmowy urwały się nagle. Głowy zgromadzonych jednocześnie odwróciły się w kierunku wejścia.

– Poznasz ją. Nigdy nie widziałeś takiej istoty.

Trójka nowych gości przestąpiła próg. Najpierw wkroczył ogromny sługa.Omiótł spojrzeniem wnętrze, na chwilę zatrzymał wzrok na kilku co potężniejszych mężczyznach i dopiero wtedy ustąpił miejsca dwóm kobietom. Rudowłosa hrabina weszła pierwsza. Nie zwróciła uwagi na żadnego z obecnych. Towarzysząca jej młoda pokojówka, drobna i ładna, wyprzedziła swoją panią, by przygotować miejsce przy wielkiej drewnianej ławie. Czyściła siedzisko i stół z zacięciem wartym lepszej sprawy. Kiedy skończyła, zgięła się w ukłonie i tak pozostała. Jej pani usiadła, a później niezauważalnie skinęła głową wielkiemu lokajowi, by ten zadbał o posiłek. Ledwie chwila i już tłusta mała karczmarka rozkładała misy. Kobieta zignorowała ją, bo końcu zainteresowała się pozostałymi gośćmi i powoli przemykała spojrzeniem po zgromadzonych. Żaden jej nie zaciekawił, póki nie dotarła do siedzącego naprzeciwko mężczyzny.

Olbrzym drzemał oparty o ścianę. Długie blond włosy opadały na ramiona, a gęsty zarost ukrywał rysy. Opuszczone powieki nawet nie drgnęły, kiedy Seirin wbijała w nie wzrok. Potężną klatkę piersiową unosił regularny oddech. Mężczyzna spał.

Kobieta sapnęła zaskoczona. Jak to możliwe? Czar rzucony u drzwi powinien go obudzić. Nigdy dotychczas jej nie zawiódł… Patrzyła i patrzyła, nienawykła do takiego widoku. W końcu powolnym ruchem sięgnęła po kubek z winem i zamoczyła w nim usta. Jeszcze nim poczuła cierpki smak, rzuciła ponaglające zaklęcie.

Mężczyzna uniósł ociężałe powieki i spojrzał nieprzytomnymi, zaspanymi oczyma na obserwującą go rudowłosą piękność. Wyglądał trochę jak mały chłopiec wyrwany z głębokiego snu. Zapewne na innych kobietach zrobiłby rozczulające wrażenie, ale ta konkretna, poirytowana już dama, prychnęła wzgardliwie i poszukała innego obiektu zainteresowania. Przynajmniej się starała, bo mimowolnie wciąż zerkała na młodzieńca, chociaż ten ponownie opuścił powieki.

Doren nie spał. Już wcześniej tylko siedział z zamkniętymi oczami. Był co prawda tak zmęczony, że chwilami drzemka wydawała mu się wyjątkowo kusząca. Mimo to nie zasnął. Czekał. Wiedział, że hrabina nadchodzi od chwili, w której minęła kryjówkę Braciszka, zaś jej wejście pobudziło gwałtownie wszystkie zmysły mężczyzny. Czuł jej zapach, cierpki i słodki zapach skrzepłej krwi. Niemal drażnił skórę i język Dorena. Miał pewność, że mógłby dotknąć tego aromatu, tak był gęsty. Niczym mgła, która towarzyszyła kobiecie. Słyszał szelest brzegu sukni pieszczącej podłogę, a potem ciszę, gdy hrabina znieruchomiała na ławie. Na długo zanim otworzył oczy, był absolutnie świadomy obecności Seirin. Ukrył się za zasłoną powiek i czekał. Wybrał to miejsce, by ciężkie oddechy pijanych mężczyzn, smród niemytych ciał i gorące płomienie paleniska skutecznie zamaskowały jego woń. Chciał mieć pewność, że kobieta go nie wyczuje. Mimo zamkniętych oczu, wiedział, że mu się przygląda. Nie wszedł w jej myśli, nawet nie próbował, bo mogłaby pojąć, kim jest i utraciłby przewagę. Z tej samej przyczyny, kiedy poczuł drapiące podświadomość ponowne zaklęcie, wyrównał oddech i powoli uniósł powieki.

Ledwie zdołał zapanować nad zaskoczeniem. Latami pracował nad trzymaniem emocji na wodzy, więc i tym razem jego oblicze pozostało obojętne. To nie było łatwe, bo Doren nie spodziewał się zobaczyć podobieństwa do niechcianego wspomnienia. Na chwilę, krótszą niż uderzenie serca, ból prawie go sparaliżował. Zaraz jednak minął, bo i podobieństwo, które najpierw zdało mu się wielkie, znikło. Pozostała jedynie zaskakująca w twarzy hrabiny dziecinna niewinność. Wiedział, że będzie piękna, bo wszystkie potwory takie były, rodząc się dla Ciemności. W obliczu tej jednak dojrzał ową słodką czystość i delikatność, jaka pasowała tylko dzieciom. Nigdy, a widział ich setki i dziesiątki wysłał do Matki, nie spotkał takiej pijawki. Zacisnął pięści i zmusił się, żeby zamknąć oczy. Chrapliwy śmiech Braciszka zabrzmiał w jego myślach. Rzucił mu gniewną uwagę urażony, że Ardin go nie uprzedził. Dopiero potem uspokoił myśli. Nieważne jak wyglądała. Jego nie zdoła skusić.

Niezauważalnym ruchem przekręcił pierścień Serbithów, by móc patrzeć umysłem.

Goście przestali już przyglądać się nowoprzybyłej. Uwolnieni spod jej uroku pogrążyli się w rozmowach. Ona zaś, sącząc cierpkie, tanie wino, rozglądała się wokoło. Wydawała się znudzona, ale skupione spojrzenie przemykało między zgromadzonymi. Wreszcie wyczuła to, czego szukała, więc odstawiła kubek z winem i wolno wstała. Nie spojrzała na potężnego sługę, ale ten i tak usłyszał polecenie. Podniósł się i szybko ruszył do drzwi. Otworzył je i przytrzymał, by jego pani mogła przejść. Zrobił to z uniżeniem i wielką atencją, mimo że tym razem nikt im się nie przyglądał. Nikt, za wyjątkiem jasnowłosego śpiącego mężczyzny. Tylko na niego nie zadziałała magia hrabiny.

Doren poczekał, aż drzwi zamkną się za wychodzącymi i otworzył oczy. W odpowiedniej chwili, żeby zobaczyć, jak wzywany bezgłośną pieśnią młody elf opuszcza towarzyszy i idzie za Seirin. Doren też wstał. Przypasał leżącą dotąd na ławie pochwę ze srebrnym mieczem i szybkim krokiem ruszył do drzwi.

***

Seirin była głodna. Minęły już dwa dni od ostatniego posiłku, więc pragnienie suszyło jej opustoszałe żyły. Nie to, żeby nie mogła znieść dwudniowego postu. Zdarzały się już i wielotygodniowe posuchy. Przed laty, gdy podróżowała sama i nie mogła sobie pozwolić na pożywianie się na statku czy w karawanie, albo jeszcze wcześniej, gdy była młoda, a na dzieci ciemności urządzano polowania i nie chciała ryzykować odkrycia. W tamtych czasach bywało, że nie jadła tydzień czy dwa. Teraz też by tak mogła, ale dzięki sługom już nie musiała. Pomagali jej przetrwać ciężkie dni głodu, gdy polowanie było zbyt ryzykowne. Nie lubiła z nich korzystać, bo zawsze trochę się bała, że pragnienie ją pokona i któreś wyssie. Poza tym była smakoszem, więc nie odpowiadała jej ludzka krew. Wystarczała, by zaspokoić głód, ale nie miała tej delikatnej subtelnej słodyczy, jaka płynęła pod elfią skórą. Na taki posiłek warto było czekać, bo gdy wreszcie napełniał żyły, wszystko nabierało smaku.

Ciemność nieba rozświetlały gwiazdy, kiedy hrabina czekała na swoją ucztę. Długie rude włosy zdawały się płonąć w świetle pełnego księżyca. Cera straciła barwy i niemal przezroczysta jaśniała jak wypolerowana perła. Lekki uśmiech oczekiwania igrał na jasnych wargach. Kiedy brama zamykająca dziedziniec przed karczmą uchyliła się i przeszedł przez nią młody elf, Seirin rozchyliła usta i westchnęła. Źrenice rozszerzyły się, kiedy język wolno sunął po białych zębach. Piersi uniosło pragnienie, to samo, które rozpaliło skórę. Skinęła na chłopca. Patrzył na nią nieobecnym, zamkniętym magią wzrokiem, ale posłusznie przeszedł obok wielkiego sługi, a potem wolno opadł na kolana. Seirin ponownie westchnęła, tym razem pożądliwie i wsunęła palce w czarne włosy klęczącego. Nieznośna żądza szarpała jej ciałem, gdy dziewczyna pieściła skronie elfa. Tętno ciepłej krwi, którą czuła pod opuszkami, pozbawiało tchu. Bladość skóry hrabiny pogłębiła się, oczy poczerniały, a spod uniesionej górnej wargi wysunęły się długie ostre kły. Zacisnęła palce na włosach elfa i gwałtownie go przyciągnęła.

– Nie – cichy, acz kategoryczny głos rozbrzmiał w jej głowie i zmusił do posłuszeństwa. Szarpnęła się, ale bezskutecznie. Głos nie pozwolił jej wbić zębów. Cofnęła się, a kropla ciepłej krwi z lekko naciętej elfiej skóry spłynęła z kłów na wargę. Seirin oblizała usta, zadrżała, zmrużyła oczy i niechętnie odwróciła głowę.

Potężny blondyn powoli zamknął bramę, nie odrywając przy tym chłodnego spojrzenia od hrabiny. Mimo ciemności Seirin dojrzała srebrną rękojeść miecza u boku mężczyzny i długi sztylet za paskiem. Zdołała nawet odczytać elfie runy na jego ostrzu. Poznała tę broń, ale to nie ona sprawiła, że się cofnęła. Daleko od innych aromatów, w chłodnym wiosennym powietrzu, Seirin wyczuła zapach olbrzyma. Ciężką, zwierzęcą, dziką woń, która uniosła włoski na jej karku.

– Odejdź hrabino – słowa rozbrzmiewały w jej umyśle, mimo że mężczyzna nie otworzył ust. – Elf jest pod moją ochroną.

Kobieta wciąż czuła delikatny smak elfiej krwi i bolesne echo niespełnionej żądzy. To właśnie one, wzmocnione głodem, sprawiły, że szepnęła w myśli swojego sługi szybkie polecenie. Mężczyzna wyszarpnął zza pasa ogromny gaalski miecz i ruszył na jasnowłosego. Ten przez moment stał w bezruchu. Potem westchnął i obnażył ostrze. Uchylił się przed atakiem. Uskoczył lekko. Odbił mające go powalić potężne uderzenie, zamarkował i ciął. Siła uderzenia sprawiła, że głowa sługi w jednej chwili spadła z karku i potoczyła się pod nogi hrabiny.

Seirin nie drgnęła, chociaż ciężki odór ludzkiej krwi podrażnił jej nozdrza. Tęczówki pociemniały, a palce mocniej zacisnęły się na skroniach elfa.

– Puść go, moja droga – tym razem mężczyzna powiedział to na głos. Bardzo wolno ruszył w jej kierunku, lekkim krokiem drapieżnika. W dłoni wciąż trzymał miecz. Krew na ostrzu drażniła zmysły Seirin.

– A jeśli nie zechcę? – Melodyjny niski głos wibrował w umyśle Dorena. Prawie się uśmiechnął, słysząc próbę zauroczenia.

– Zechcesz. Nie wyżywisz się w tym kraju, hrabino. Jest pod moją ochroną.

– Dlaczego sądzisz, że to mnie powstrzyma?

– Dlatego…

Stał na wyciągnięcie ręki. Mogła policzyć włosy w jego brodzie. Miękkie złote włosy, które naraz ożyły. Wiły się, skręcały, ciemniały, aż stały się czarne jak noc. Seirin uniosła wzrok…

Doren w pełni kontrolował przemianę i mimo iż jego ciało stawało się potworem, on nadal był człowiekiem. Wciąż myślał, wciąż czuł. Zapach krwi podrażnił i jego zmysły, musiał więc mocno się wysilić, by drzemiące w nim monstrum nie przejęło władzy. Wiedział, jak wygląda, widział to w wielu oczach.

Hrabina puściła elfa i zrobiła krok do tyłu. Czerń z jej oczu znikła, a w błękicie tęczówek odbił się strach. Doren zatrzymał przemianę. Monstrum walczyło przez chwilę, żeby wreszcie wycofać się w głąb myśli. Mężczyzna położył dłoń na ramieniu niedoszłej ofiary i cofnął urok. Uwolniony elf potrząsnął głową. Zaskoczony rozejrzał się, a słysząc niemy nakaz odejścia, posłuchał go.

Jasnowłosy olbrzym niespiesznie otarł broń, a potem równie wolno wsunął ją w pochwę. Nadal stał na wyciągnięcie ręki od hrabiny. W milczeniu przyglądali się sobie.

– Myślałam, że jesteś legendą. – Nie modulowała już głosu, świadoma, że nie zdoła zauroczyć mężczyzny.

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.

– Zabiłeś mojego sługę.

– Zauroczysz innego, ale nie tutaj. Ten kraj…

– Jest pod twoją ochroną, mówiłeś. Jestem głodna. – Wykrzywiła śliczne usta, niczym nieszczęśliwe dziecko, co jeszcze pogłębiło wrażenie niewinności. Doren ledwie zdołał się powstrzymać przed pokręceniem głową. Zaskakujące. Zaprawdę, zaskakujące. Braciszek w jego myślach ponownie zachichotał, więc wojownik syknął gniewnie.

Seirin przysunęła się i położyła małą dłoń na piersi mężczyzny. Wolniutko zatoczyła palcem kółko. Zwykle wiedziała, jak to działa, ale z bursztynowych oczu niczego nie zdołała wyczytać. Jej przeciwnik wydawał się kompletnie obojętny…

Myliła się, Doren z trudem skupiał myśli. Ten sam intensywny zapach stężałej krwi, który poczuł w gospodzie, drażnił jego zmysły dużo bardziej niż bliskość kobiety czy jej dotyk. Podniecał i rozpraszał. Bestia warczała na granicy jaźni bliska uwolnienia.

– Jestem głodna – powtórzyła hrabina, a potem stanęła na palcach i wsparła się na potężnej męskiej piersi. Pieszczotliwie przesunęła palcami po szerokim karku i wsunęła je w jedwabistą brodę. Doren nie drgnął. Patrzył na kobietę pozornie obojętnym wzrokiem, a ona pochyliła głowę, by nie mógł odczytać jej myśli.

W jednej chwili śliczna twarz Seirin znów się zmieniła. Rysy wyostrzyły, kły wysunęły. Palce zaplątane w brodzie zacisnęły, a kobieta zaatakowała, lecz nie zdołała ukąsić. Nagły ból, jasny i palący, rozerwał jej myśli.

Doren przekręcił powoli wbity w plecy kobiety sztylet, a ona krzyknęła rozdzierająco. Nie szarpnęła, nie walczyła, tylko krzyknęła. Objął ją mocno, przyciskając rudą głowę do piersi, i stłumił krzyk.

– To był zły pomysł, hrabino – powiedział cicho. – Przecież go poznałaś, prawda? To błogosławiony sztylet Serbithów. Jeśli potrzymam go jeszcze przez chwilę w twoim ciele, a później odprawię rytuał, zmienisz się w proch.

Załkała cicho, tracąc siły. Wiotczała. Nadal czuł jej zapach, ale coraz słabiej. Trzymał ją mocno, drobne piękne ciało pozbawione życia od setek lat.

– Zaraz wyjmę ostrze, Seirin, a kiedy to zrobię, odwrócisz się i odejdziesz. Opuścisz ten kraj i nie wrócisz do niego.

Poluźnił uścisk. Czekał. Hrabina uniosła głowę.

– To moja sprawa, dlaczego – odpowiedział na nieme pytanie, a później wyjął broń. Kobieta zesztywniała i ciężko zawisła w jego ramionach. Na chwilę. Potem moc wróciła, a Seirin się wyrwała. Nie uciekła jednak, a jedynie odskoczyła na kilka kroków i patrzyła długo, w milczeniu, na jasnowłosego olbrzyma. Wreszcie odwróciła się i odeszła. Powoli i bez słowa.

Doren patrzył w ślad za nią.

– Masz rację, przyda nam się jeszcze. No i jest inna. – Potężny wilk o bursztynowych oczach stanął pomiędzy drzewami. Podszedł do Dorena, a ten lekko poklepał go po wielkim kudłatym łbie.

– Tak, Braciszku, jest inna. – Uśmiechnął się i wraz z wilkiem wszedł w las.

***

Doren wszedł do zamku niezauważony przez nikogo. Służba dawno pokładła się spać, a nieliczni, którzy wciąż jeszcze czuwali, omijali okolice książęcych pokoi. O tej porze nic dobrego nie spotkałoby ich z ręki pana. Wojownik dotarł do komnaty władcy i stanął w wejściu, przyglądając się scenie wewnątrz. Książę drzemał w wielkim fotelu, co jakiś czas otwierając oczy i mamrocząc głośno. Przed nim, na marmurowej posadzce bardzo młoda elfka wiła się w nieskładnym tańcu. Rozszerzone belladonną źrenice pogłębiały naturalną czerń oczu i ich nieprzytomny wyraz. Doren słyszał myśli dziewczynki, a raczej to, czego jeszcze nie zabiły magiczne korzenie. W milczeniu krzyczała o pomoc, chociaż blada twarz pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. Elfka podskakiwała w rytm brzęczących na nadgarstkach i kostkach bransoletek, bo inne dźwięki już dawno ucichły. Książę wygnał z komnaty muzyków, a goście rozeszli się do swoich sypialni. Tylko władca wciąż siedział, patrząc chwilami na pląsającą dziewczynę, prawie tak nieprzytomnym jak jej spojrzeniem, w którym alkohol i pożądanie walczyły o pierwszeństwo.

Doren wspierał się o ścianę, obserwując tych dwoje i słuchając ich myśli. Nie mieli nadprzyrodzonej mocy, jak hrabina, więc mógł to robić, będąc niezauważonym. Wreszcie uznał, że dość już zobaczył i wychylił się zza filara.

Minęła długa chwila, nim książę go zauważył. Zmrużył oczy, w otumanionym umyśle próbując powiązać olbrzymią postać jasnowłosego wojownika z imieniem. Wstał, ale osłabione ogromną ilością wina kończyny odmówiły mu posłuszeństwa i ponownie ciężko opadł w fotel.

– Wróciłeś… – wymamrotał.

Dziewczyna zatrzymała się, widząc, że pan na moment stracił nią zainteresowanie, ale władca niezdarnym gestem kazał jej kontynuować taniec.

– Taa… wróciłeś – powtórzył głośniej. – To dobrze! – Uderzył pięścią w stół, wykrzywiając się w parodii uśmiechu. – Znaczy, zabiłeś pijawkę. I dobrze, niech ciemność ją pochłonie! Wreszcie będzie spokój!

Doren milczał. Chłodne spojrzenie bursztynowych oczu śledziło ruchy tancerki.

– Dzisiaj… dzisiaj już noc – książę znów mamrotał, nie patrząc na przybyłego – jutro się rozliczymy. Idź, służba… pokoje… – Zwiesił głowę.

Przez krótki czas w komnacie panowała całkowita cisza, przerywana tylko brzękiem bransolet i odgłosem drobnych stóp uderzających o podłogę w rytm szalonej niesłyszalnej muzyki. Naraz doszedł do tego ciężki, głęboki pomruk. Władca chrapał.

Jasnowłosy olbrzym wyprostował palce złożone w znak snu. Podszedł do tancerki i chwyciwszy ją za ramiona, zatrzymał. Dziewczyna wciąż ruszała głową i patrzyła, jakby go nie widziała, gdzieś na przeciwległą ścianę.

– Wystarczy, Eone – powiedział cicho – zatrzymaj się.

Dziewczynka posłuchała, mimo że czarne oczy bezskutecznie próbowały skupić się na mówiącym. Mężczyzna trzymał ją mocno, zaklęciami oczyszczając otępiały umysł. Wreszcie elfie źrenice zwęziły się, wzrok wyostrzył. Eone zamrugała i już przytomnie popatrzyła na Dorena.

– Spakuj się i wyjedź jeszcze tej nocy – kontynuował olbrzym. – Wróć do rodziny. Bieda jest lepsza niż to.

Dziewczyna przytaknęła, a po policzkach spłynęły jej łzy. Mężczyzna cofnął się. Przez długi czas patrzył na elfkę, a później sięgnął do sakiewki. Wyjął z niej kilka złotych monet i podał dziewczynie.

– Nie, panie, nie powinnam – wyszeptała głucho, mimo iż oczy zabłysły na widok złota. Tyle zarabiała na służbie u księcia przez rok.

– Weź. To pożyczka. Kiedyś mi zwrócisz.

Roześmiała się gorzko, ale przyjęła monety. Obracała je chwilę w palcach.

– Zwrócę, panie. Obiecuję – powiedziała poważnie. – Niech dobrzy bogowie cię strzegą i prostują ścieżkę, którą zmierzasz – wypowiedziała starożytne błogosławieństwo i skłoniwszy się nisko, wybiegła z komnaty.

Ironiczny śmiech Braciszka zabrzmiał w głowie Dorena.

– Nie uratujesz wszystkich.

– Ale mogę próbować.

– Robisz się coraz bardziej miękki.

– Któryś z nas powinien. Ty jesteś twardy za nas obu.

Warknięcie było jedyną odpowiedzią. Wilk opuścił myśli brata.

***

W małym księstwie, na północnych rubieżach Krainy, które czasy świetności miało już dawno za sobą, jeśli miało je kiedykolwiek, zapadła noc. Była chłodna i kompletnie nieprzenikniona, bo poddanych tutejszego księcia nie było stać na takie zbytki jak kaganki czy pochodnie, więc otaczające zamek przysiółki tonęły w mroku. Ardin bywał z bratem w wielu małych i dużych państwach Krainy, ale nawet w tych najmniejszych nie widział takiej biedy. Potrząsnął łbem i rozejrzał się wokoło. Od ludzkich siedlisk dzieliły go mroczne pola, czarne i puste o tej porze roku. Pani Zima wysyłała swoich posłańców, by zapowiedzieli jej przybycie. Jeszcze tylko kilka takich nocy nim spadną pierwsze śniegi. Czuł to. Nie, nie chłód, przed nim chroniła go gruba skóra i srebrzysta gęsta sierść. Czuł nadchodzącą zimę, tak jak czuł ją przed rokiem i przed dwoma laty. Tak jak czuł nadchodzący deszcz i upał. I zagrożenie. Takie jak teraz, tuż przy miejscu, które wybrał na nocleg. Wciąż zdumiewało go, że twarda ziemia i leśne poszycie mogą być równie wygodne, jak kiedyś miękkie łoże. Udeptał trawę pomiędzy krzewami i położył się zmęczony, jak wówczas, gdy jeszcze był człowiekiem. Teraz nawet bardziej. Zwinął się i po chwili zasnął. W snach nigdy nie był wilkiem. Walczył u boku brata, bawił się z siostrą, tańczył na dworze kuzynów. We śnie mówił, a jego słowa słyszeli wszyscy, nie tylko Doren…

Wyczuł zagrożenie, nim nadeszło. Rozwarło wilcze powieki, uniosło sierść na karku, zjeżyło ogon, z gardzieli wyrwało głuche warknięcie. Poznał ten zapach. Ciężki, cierpki i gęsty aromat stężałej krwi zabarwiony nutą drogocennych perfum. Napiął ciało, gotując się do ataku i naraz poczuł coś jeszcze. Krew. Świeża ludzka krew, wciąż jeszcze ciepła, podrażniła mu zmysły. Śmiertelny krzyk przerażenia, rozpaczliwe, dygoczące wołanie o pomoc, tłumione magią, zabrzmiało w umyśle. Nadal gotowy do ataku wychylił łeb z ukrycia. Wiedział, co zobaczy.

Hrabina syciła głód. Spod długich, zatopionych w szyi młodej służki kłów, spływał wąski purpurowy strumyk. Dziewczyna nie krzyczała, nie wyrywała się. Pogrążona w uroku swej pani stała spokojnie, mimo iż z każdą chwilą uciekało z niej życie.

Seirin nie panowała nad żądzą. Widział to w czarnych pustych oczach, słyszał w myślach. Pragnęła przestać, ale nie mogła. Gorąca ludzka krew paliła żyły, uzależniała. Głód zmieszany ze strachem i bliskością śmierci opanował jej umysł i z wolna odbierał życie Deidre. Hrabina krzyczała. Rozpaczliwie krzyczała ciszą, błagając o pomoc, pewna, że i tak nikt jej nie usłyszy.

I wtedy go zobaczyła. Bursztynowe oczy płonące w mroku. Uniesione fafle i bielejące w ciemności kły. Potężny srebrny wilk wysunął łeb spośród krzaków. Przez chwilę przyglądał się kobietom, a każdy mięsień imponującego ciała gotów był do ataku. Wiedziała, że ją słyszy i może pomóc. Zatrzymać, czego ona zatrzymać nie potrafiła.

– Proszę!

Ruszył powoli, by zaraz zatrzymać się i wolno usiąść. Rozpaczliwe błagania Seirin wwiercały się mu w umysł, ale czekał, bo śmierć służki była bardziej przydatna niż jej życie. Tak, był twardy. Doren miał rację. Poczeka, aż się dokona.

Jedna, samotna łza spłynęła po bladym policzku Seirin.

Wilk skoczył. Całym ciężarem odepchnął słabnące ciało i wyrywał je z objęć hrabiny. Warknął, a potem odwrócił się do niej. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Czarne oczy odzyskały barwę turkusu, a kły znikły pod jasnymi wargami. Przesunęła palcami po brodzie, ścierając z niej krzepnącą krew.

– Dziękuję – powiedziała głośno.

Gdyby był człowiekiem, odpowiedziałby, może ukłonił się, doceniając niezwykłą urodę kobiety, a może po prostu wzruszył ramionami, uśmiechając się leniwie. Tak, właśnie tak by kiedyś zrobił. Kiedyś, gdy jeszcze był człowiekiem. Teraz mógł tylko patrzeć.

– Muszę się nią zająć, jeśli pozwolisz.

Miała niski zmysłowy głos. Wibrował w jego umyśle, podniecał mężczyznę, wciśniętego w wilczą skórę.

– Muszę podać jej lekarstwo. Możesz?

Odsunął się powoli, nie spuszczając wzroku z hrabiny. Podeszła szybko do leżącej. Z mieszka przy pasku wyjęła flakonik i wlała kilka kropli w posiniałe usta służącej. Delikatnie odsunęła włosy z twarzy dziewczyny i pieszczotliwie przesunęła dłonią po jej policzku.

– Twój brat zabił jej kochanka, wiesz?

W bursztynowych oczach odbiło się zaskoczenie.

– Skąd wiesz, że Doren…?

– Och, to znowu nie jest takie trudne. Macie takie same oczy i wciąż o nim mówisz.

– Rozumiesz mnie?!

Uśmiechnęła się łagodnie.

– Nie krzycz. Oczywiście, że cię rozumiem, Ardinie.

– Ale jak? Klątwa mówiła, że żaden żywy człowiek… – Zamilkł widząc, jak jej uśmiech się pogłębia. Zrozumiał. – Ty nie jesteś…

– Możesz to powiedzieć, nie jestem żywa. Już nie.

Pod palcami hrabiny słabe tętno Deidre przyspieszyło. Seirin spojrzała na leżącą. Siność policzków z wolna znikała, temperatura się podnosiła, oddech wyrównywał.

– Powinieneś odejść. Ona zaraz się obudzi. Dość już miała jak na jeden dzień.

– Nie chcesz, by się wystraszyła potwora?

Spojrzała na niego smutno.

– Potwory nie są jej dziwne, mój panie.

Znów pojął, czego nie powiedziała. Zrozumienie i współczucie, dawno pogrzebane pod warstwami gniewu i rozżalenia rozbłysły na chwilę. Nie chcąc ich czuć, podniósł się i odwrócił, wyrywając spod magii turkusowych tęczówek.

– Żegnaj, hrabino.

Kiedy nie odpowiedziała, odwrócił się. Polana była pusta. Obie kobiety zniknęły.

***

Dziewczynka miała duże bursztynowe oczy i jasne kędziory, zupełnie jak jej bracia. Zadarta sukienka odsłaniała poobcierane łydki, kiedy wdrapywała się na drzewo. Wysoki donośny chichot niósł się po okolicy, a im wyżej się wspinała, tym większa radość w nim pobrzmiewała. Wreszcie usiadła na gałęzi, machając długimi chudymi nogami.

– Nie złapiesz mnie, nie złapiesz!!!

– Złaź natychmiast!

Roześmiała się głośno i pokazała mu język.

– Thierre! Damy tak nie postępują!

Nie przestawała chichotać, majtając bosymi stopami.

– Znaczy nie jestem damom!

– Damą – Doren poprawił ją odruchowo. – Złaź!

– Wleź tu i mnie zdejmij!

– Wejdź – znów ją poprawił. Stał chwilę, zadzierając głowę i marszcząc brwi. Kiedy zrozumiał, że niczego nie osiągnie, usiadł na trawie. Szybko pozbył się butów, odwiązał pochwę z mieczem i odłożył broń, a potem ruszył w ślady siostry. Po chwili wspierał się na gałęzi tuż obok dziewczynki. Mała przestała się śmiać, chociaż chochlik nadal błyszczał w jej oczach.

– I co teraz? – zapytała roztropnie.

– Teraz powinienem ściągnąć cię na dół i sprać twój chudy tyłek…

Przekręciła główkę, a słońce igrało w jasnych włosach.

– Ale nie zrobisz tego, prawda?

Zsunął się na gałąź i usiadłszy obok siostry, objął ją delikatnie.

– Nie zrobię.

Uniosła główkę i spojrzała na niego, poważniejąc nagle.

– Bo mnie kochasz, Dorenie?

– Bo cię kocham, mała.

Wsparła się na nim.

– Ja też cię kocham, braciszku. Ciebie i Ardina. Zawsze będziemy razem.

Zawsze… Obudził się gwałtownie, siadając na łóżku. Zawsze…

Chłód krążył mu w żyłach. Monstrum wyrywało się na wolność. Wrzeszczało, rozrywając myśli, gotowe zmienić jego ciało w splątaną masę mięśni, ścięgien, kłów i pazurów. Szarpało się, tuż pod skórą bliskie oswobodzenia. Jeszcze chwila snu, a uwolniłoby się i zawładnęło wojownikiem.

Zawsze…

Przetarł oczy, oddychając ciężko. Już kontrolował przemianę. Nakazał potworowi odejść i został wysłuchany. Wstał z łoża i włożył spodnie. Potem drżącymi dłońmi zapalił świecę i podszedł do ciemnego okna. Gdzieś tam, w lesie, spał Braciszek. Widział jego sen. Ardin rzadko śnił o Thierre. Potrafił wyłączyć wspomnienia, zapomnieć, że byli rodziną, że był człowiekiem. Bywało, że Doren zazdrościł bratu. Jemu nie było to dane. Pamiętał każdą chwilę. Każde spojrzenie siostry, każde jej słowo.

Zawsze…

Oparł głowę o zimną szybę. Cierpko słodki zapach podrażnił mu zmysły. Nie odwrócił się jednak.

– Kazałem ci odejść, hrabino – mruknął cicho.

Nie odpowiedziała. Słyszał jej kroki, szelest rąbka sukni ocierającego się o podłogę. Kiedy stanęła tuż za nim, powtórzył spokojnie:

– Kazałem ci odejść.

– Wychowano mnie na damę – niski głos śpiewał mu uszach – a damy nie odchodzą bez pożegnania.

Odwrócił się. Stała o krok. Zjawiskowo piękna w słabym świetle świecy. Przyglądała mu się z uśmiechem na jasnych wargach.

Doren błyskawicznie zamknął ręce na jej szyi. Zacisnął dłonie na szczupłym karku, uniósł i razem z nią skoczył. Z głuchym łoskotem zderzyli się ze ścianą. Przycisnął do niej Seirin z siłą mogącą połamać kości. Zawisł nad nią, nie odrywając palców od lodowatej skóry. Mroczny potwór czaił się na granicy umysłu, gotów zabijać. Szalony i gorący.

Dziewczyna wciąż się uśmiechała. Delikatnie przesunęła palcami po zaciśniętych szczękach mężczyzny, miękko wsunęła je w jasne kędziory brody. Kciukiem wolno musnęła jego dolną wargę.

– Dobrze – wyszeptał – pożegnajmy się.

Opadł na usta Seirin i całował gwałtownie, a ona nie pozostawała bierna. Kiedy języki się spotkały, wbiła paznokcie w gorącą skórę na potężnych plecach, głęboko, do oporu i pociągnęła. Lepki zapach krwi podrażnił zmysły obojga. Turkus zmienił się w czerń, ostre kły wysunęły, raniąc wargę mężczyzny. Warknął i odskoczył. Potwór nadchodził i nic nie mogło go zatrzymać.

– Odejdź – wycharczał. Włosy skręcały się w czarną krótką sierść, a kości zaczynały przestawiać w stawach. – WYJDŹ!!!

Zawahała się, by po chwili stanąć na palcach i pocałować zmieniające się oblicze. Turkus wrócił… i zaraz zniknął w morzu czerni. Zacisnęła palce w szczecinie potwora i odsunęła się lekko, obserwując przemianę. Drobne stopy zawisły ponad podłogą. Wisiała w powietrzu z wplątanymi w sierść palcami, niczym dziwna odwrotność kotwicy. Czekała.

Monstrum warknęło. Długie szpony złapały Seirin w pasie, próbując się oswobodzić i odrzucić kobietę. Trzymała mocno. Pazury stwora zaplątały się w stanik sukni. Materiał trzasnął i rozdarta szata opadła na podłogę. Naga Seirin opuściła się powoli i przylgnęła do potwora. Silne, smukłe uda zacisnęły się wokół kudłatego pasa, a szczupłe ramiona opasały ciasno plecy. Szarpnął się raz i drugi.

– Wróć, Dorenie, czas się pożegnać – wyszeptała, modulując głos. – Czekam na ciebie, Wilczy Panie.

Wzywała go z głębokiej ciemności. Przywoływała niskim zmysłowym głosem. Słyszał ją. Czuł delikatny chłód skóry, miękkość piersi, ostre kły kąsające z pieszczotliwą czułością. Znów kontrolował przemianę. Pożądanie dało mu siłę, by wypędzić monstrum w głębię podświadomości. Cofało się niechętnie, aż wreszcie odeszło.

Hrabina nadal obejmowała Dorena ramionami i nogami, wtulona w ciepłe ciało, jakby chciała się z nim stopić. Ich spojrzenia się spotkały. Doren łagodnie wsunął palce we włosy kobiety i zawahał się. Jedno uderzenie serca, drugie…

– Och, na litość boską – warknęła dziewczyna i przylgnęła wargami do jego ust. Spróbowała go niespiesznie, trochę niepewnie, czekając, aż sam pogłębi pocałunek, a kiedy to zrobił, westchnęła gardłowo. Przez jakiś czas całowali się w ciszy, wciąż stojąc na środku komnaty, coraz mocniej, coraz głębiej, coraz szybciej. Wkrótce za ustami poszły palce. Najpierw delikatnie, pytająco muskały skórę, dotykały miejsc zwykle niedotykanych, ledwie chwilę później tańczyły głodne i pożądliwe. Dziewczyna gwałtownie ocierała się o Dorena, na wpół pieszczotliwie, na wpół zachęcająco, aż zamknął dłonie na jej pośladkach i na moment oderwał usta. Spojrzał w oczy kochanki i wyczytawszy w nich przyzwolenie, zaniósł ją do łoża.

Sapnęła, kiedy się odsunął, żeby zdjąć ubranie. Palce mu się trzęsły, więc pomogła rozwiązywać spodnie. Nie zdążyły nawet opaść, a Seirin już pociągnęła mężczyznę na siebie. Teraz, zaraz… nie mogła czekać.

Już.

***

Doren przyglądał się leżącej obok niego dziewczynie. Nie spała, chociaż oczy miała zamknięte. Piersi nie unosił oddech i mimo chłodu na kremowobiałej skórze ani na chwilę nie pojawiła się gęsia skórka. Była martwa, a jednak sprawiła, że czuł się bardziej żywy niż przez ostatnie pięć lat. Dała mu przyjemność i spełnienie, o jakim nawet nie marzył.

– Pochlebiasz mi – powiedziała z leniwym uśmiechem, wolno unosząc powieki. Odwróciła się i przesunęła wzrokiem po potężnej piersi mężczyzny, ześlizgnęła po twardym brzuchu, a w końcu zatrzymała poniżej. – Naprawdę mi pochlebiasz.

– Nie czytaj mi w myślach, Seirin.

Roześmiała się nisko, zmysłowo. Łagodnie musnęła skórę kochanka, opuszkami pieszcząc twarde ramię.

– Tym razem nie muszę. – Mrugnęła filuternie, a potem dodała: – I nie śmiałabym.

Złapał jej dłoń i pociągnął ku sobie. Opadła na niego całym ciałem, a on przesunął dłońmi po chłodnej skórze pleców hrabiny, aż do pośladków. Pieścił je powoli, w tym samym rytmie, w którym całował wargi dziewczyny.

– Och, śmiałabyś – wyszeptał wreszcie.

Seirin zaśmiała się, kończąc jękliwie, gdy palce mężczyzny rozsunęły jej uda i musnęły wnętrze. Pozwalała się pieścić, aż oczekiwanie stało się nie do wytrzymania, a wtedy dosiadła Dorena. Zobaczyła jak bursztynowe oczy ciemnieją w palony miód, a oddech kochanka zaczyna się rwać i uniosła się niesłychanie powoli… A potem równie wolno opadła. I jeszcze raz. I jeszcze… coraz szybciej, mocniej…

Kiedy krzyknął, przestała się hamować. Szczyt szarpnął ciałem, zabił je i ożywił, rozkosz pozbawiła sił. Spazm za spazmem, a każdy mocniejszy… Nim wszystko ucichło, na kilka chwil Seirin znów poczuła, jak to jest żyć.

Bezwolna jak dziecko opadła na pierś kochanka i wymruczała miękko:

– Mogłabym się w tobie zakochać, Dorenie.

Roześmiał się nieco chrapliwie.

– Nie, nie mogłabyś.

– Dlaczego? – Uniosła głowę i spojrzała w bursztynowe tęczówki. – Jesteś wspaniały i potrafisz mnie zadowolić, jak żaden mężczyzna…

Przestał się śmiać.

– Teraz ty mi pochlebiasz, moja droga.

– Nie odpowiesz?

– Ależ odpowiem, jeśli tego chcesz. Pijawki nie potrafią kochać. Są martwe.

W oczach dziewczyny błysnął ból, a zaraz po nim gniew. Przymknęła powieki, żeby tego nie dojrzał.

– To takie brzydkie słowo, Wilczy Panie. – Zsunęła się z Dorena i usiadła na brzegu łoża. – Mógłbyś go nie używać? Wolę „chodząca martwa” lub „nieumarła”.

Poczuł jej gniew i, chociaż bardzo starała się go ukryć, zobaczył. W cieniu przemykającym po twarzy, w nieszczerym uśmiechu i sztywniejącym naraz ciele. A w głosie usłyszał jeszcze coś… Ból. Tak, Seirin cierpiała.

Niesłychane. Naprawdę niesłychane.

– Seirin – powiedział cicho, a kiedy nie zareagowała, powtórzył: – Seirin…

Odwróciła się i popatrzyła pozornie obojętnie. Zawahał się.

– Nie podziękowałem ci jeszcze – stwierdził w końcu.

Wydawała się zaskoczona.

– Nie ma takiej potrzeby, Dorenie.

– Gdyby nie ty, mogłem narozrabiać.

Westchnęła. Nie tego oczekiwała. Pokręciła głową, a potem wstała i ruszyła ku wyjściu.

– Ja powstrzymałam ciebie, ty dałeś mi rozrywkę – powiedziała zimno. Położyła dłoń na drzwiach. – Jesteśmy kwita.

– Zamierzasz tak wyjść?

– Podarłeś mi suknię, pamiętasz? – Zamknęła za sobą drzwi, nie obdarzywszy go już spojrzeniem.

Usiadł na łożu kompletnie zdezorientowany. Nie chciał jej zranić. Nawet nie wiedział, że potrafi. Pijawka z uczuciami… Dziwne… Zawsze myślał, że to monstra niezdolne do emocji, które zabijały, by żyć, a czasami dla rozrywki, jak to drapieżniki.

Braciszek miał rację. Ona była inna.

***

Ledwie wyszła na korytarz, Seirin stanęła i przymknęła oczy. Cóż ona myślała, mówiąc mu o miłości? Zapomniała się na chwilę. Wyobraziła sobie, że jest człowiekiem, że żyje, czuje, potrafi kochać… Zapomniała… Dobrze, że jej przypomniał. Rozprostowała powoli zaciśnięte dłonie i uśmiechnęła się gorzko. Tak, dobrze, że przypomniał. Uczucia przeszkadzają, ale ona jest martwa i nie czuje.

Usłyszawszy lekki szelest za plecami, odwróciła się. W korytarzu stała Deidre, trzymając suknię swej pani. Przywołana myślami, czekała już od kilku godzin, jednak na ładnej twarzyczce nie było cienia zniecierpliwienia czy irytacji. Seirin uśmiechnęła się do dziewczyny, a potem lekko przesunęła kciukiem po jej policzku. Pieszczota sprawiła, że obojętne dotąd oblicze służki rozjaśnił uśmiech uwielbienia. Uchwyciła dłoń pani i ucałowała końce smukłych palców. Potem pomogła w założeniu sukni. I przez cały czas wpatrywała się z miłością i wyczekiwaniem w Seirin. Ta zaś, już ubrana, poprawiła rude włosy i uśmiechnęła się lekko.

– Chodźmy, Deidre – powiedziała – on czegoś chce. Czegoś, co ma książę. Tylko dlatego zgodził mu się służyć. Widziałam to w jego myślach. Przez chwilę, gdy w uniesieniu ich nie kontrolował. Zobaczmy, co to jest. – Ruszyła korytarzem. – I może, jeśli nam się spodoba, zabierzemy to sobie – dodała szeptem.

W pustym korytarzu słychać było tylko szybkie uderzenia stóp służącej, bo jej pani zmierzała do sypialni władcy, unosząc się nad marmurową posadzką. Mała Deidre ledwie za nią nadążała, biegnąc z podkasaną sukienką. Szybko dotarły do książęcej komnaty. Seirin nacisnęła klamkę. Drzwi nie drgnęły zamknięte od wewnątrz.

– Zostań tutaj – rozkazała służącej i zawróciła. Dziewczyna posłusznie została przed komnatą.

Następne drzwi również były zamknięte. Kolejne jednak ustąpiły pod dotykiem Seirin. Weszła do ciemnego pomieszczenia. Ciężki smród brudnych szmat uderzył w nozdrza hrabiny. Skrzywiła się i przemknąwszy do okna, otworzyła je. Stanęła na parapecie, kilkadziesiąt stóp nad ziemią, a potem wyszła w ciemność. Rąbek błękitnej zwiewnej sukni łaskotał delikatnie kostki długich nóg nieumarłej, gdy ta płynęła w powietrzu do książęcego okna. Uśmiechnęła się lekko, widząc, że jest uchylone, i cicho wsunęła do komnaty.

Książę spał. Słabe światło płonących w lichtarzach świec oświetlało jego brzydką, nalaną i przekrwioną od nadmiaru używek twarz. Ostry odór alkoholu wypełniał cały pokój. Kobieta skrzywiła się z obrzydzeniem. Nie oddychała, jednak wciąż miała zmysł powonienia, silniejszy niż żywi i nie potrafiła go wyłączyć. Smród wkręcał się w jej umysł, utrudniając użycie pozostałych zmysłów. Potrząsnęła głową i z niesmakiem popatrzyła na śpiącego. Spotkała go tylko raz, przed tygodniem, gdy wyprawiał przyjęcie. Wpadła na nie, żeby się pożywić i rozejrzeć wśród bogatej szlachty. Potrzebowała rozrywki, nie wzgardziłaby też pieniędzmi jakiegoś przystojnego szlachcica. Niestety zapragnął jej władca. Nie było to odwzajemnione pragnienie. Seirin nie gustowała w staruchach – to właśnie powiedziała panu tego zamku. Książę źle zniósł odrzucenie. Na tyle źle, by nasłać na nią Wilczego Pana.

Przyglądała się mężczyźnie. Mogłaby teraz odwdzięczyć mu się i wypić go we śnie… Taak, mogłaby. Wzruszyła ramionami i podeszła do drzwi, żeby wpuścić Deidre. Kładąc palec na ustach, nakazała jej milczenie. W skupieniu rozglądała się po sypialni. Założyła, że przedmiot, którego pragnął Doren, musi być bardzo cenny, skoro Gardhehare uznał, że warto się za niego sprzedać. A skoro tak, książę powinien trzymać go blisko siebie. Tylko, gdzie mógł go schować…

Fetor wciąż blokował zmysły. Westchnęła ciężko i podeszła do łoża władcy. Usiadła, zamknęła oczy i weszła w sen mężczyzny.

Półnaga dziewczyna wiła się w ekstazie. Długie czarne włosy płonęły wokół jej twarzy, falami opadały wzdłuż chudych ramion i muskały odkryte sterczące piersi. Puste czarne oczodoły patrzyły w mrok. Nie krzyczała. Ciemność tańczyła wokół niej, obejmowała wielkimi mackami, wreszcie pochłonęła. Nastał mrok. Trwał chwilę. Naraz rozjaśnił go inny obraz. Niewielka i lekka skrzynia unosiła się w powietrzu, mieniąc złotem i srebrem. Błyszczała w słonecznych promieniach, załamujących się na żłobieniach, pieszczących krzywizny, rozświetlających drogocenne kamienie, by po chwili zniknąć skryte pod ciężką purpurową tkaniną…

Hrabina otworzyła oczy. Wstała i rozejrzała się raz jeszcze po komnacie. W kącie pokoju zobaczyła skrzynię przykrytą purpurowym aksamitem. Podeszła do niej i szybkim ruchem zsunęła kapę. Drewniany kufer, pokryty wielobarwnymi kwiatowymi ornamentami, nie był zamknięty na klucz. Uklękła przy nim i uniosła wieko. Sięgnęła do wnętrza i spośród atłasowych szat wyciągnęła małą srebrną skrzynkę. Uśmiechnęła się ironicznie. Zapewne książę, jak wielu jemu podobnych, wierzył w czarodziejskie właściwości szlachetnego kruszcu. Zapewne sądził, że żadne magiczne stworzenie nie będzie mogło go dotknąć. Cóż, pomylił się. Podobnie jak kufer i skrzynkę Seirin otworzyła bez trudu.

Turkusowe oczy rozbłysły, gdy ujrzała jej zawartość. Niemal z nabożnym zachwytem ujęła w dłonie niewielki srebrny puchar żłobiony elfimi i serbithowskimi runami, zdobiony dziesiątkami szmaragdów i rubinów, drobnych i połyskujących niczym łzy. Kielich Serbithów. Święte naczynie wykute przed tysiącleciami w Górach Delghartu przez Najświętszych Mędrców na zamówienie Odwiecznego – pierwszego króla Serbithów. Legenda mówiła, że kiedy kielich został wykonany, zleceniodawca zaklął w nim magię, by naczynie mogło odwrócić klątwę pijawki. Wedle tej samej legendy, jeśli nieumarły wypije z niego krew stwórcy, lub krew samego Odwiecznego, odzyska swoją śmiertelność.

Delikatnie przesunęła opuszkami po brzegu czaszy. Och, nie żeby chciała znów być elfem. Szczególnie teraz, w świecie, w którym elfy są warte mniej niż hodowlane bydło. Nie, żeby chciała ponownie znaleźć się w śmiertelnym, ograniczonym rzeczywistością, ciele. Zresztą znalezienie Wertena, by napełnić kielich jego krwią, byłoby trudne do wykonania i, zważywszy na to, jak Seirin stała się tym, kim się stała, mogło nie przynieść oczekiwanych rezultatów.

Nie, w tej chwili nie chciała powrotu do życia, ale mając kielich, mogła dokonać wyboru.

– Widzę, hrabino, że znalazłaś coś, co należy do mnie.

Nie usłyszała, kiedy Doren wszedł. Kiedy się odwróciła, stał w wejściu. Potężny jasnowłosy wojownik, a obok niego srebrzysty wilk. Światło pochodni z korytarza oświetlało tył sylwetki, podkreślając imponujące mięśnie ramion i szerokość nagiego torsu.

Seirin wstała powoli. Szczupłe palce zacisnęła na naczyniu. Milczała, kiedy Doren wszedł do komnaty i cicho zamknął za sobą drzwi.

– Muszę cię prosić, żebyś mi go oddała. – Nie wyciągnął ręki. Świece oświetlały chłodne oblicze. Wilk również wydawał się być całkiem obojętny. Bursztynowe ślepia patrzyły na Seirin, ale Braciszek milczał.

– Mnie bardziej się przyda – powiedziała w końcu kobieta.

Doren uśmiechnął się łagodnie.

– Mylisz się, moja droga.

– Na co ci on? Nie jesteś nieumarły…

– Nie twoja rzecz, oddaj kielich.

Przyglądała mu się ze smutkiem w czerniejących oczach. Zaatakowała bez uprzedzenia. W locie wysunęła kły i przeobraziła się w potwora.

Doren uchylił się, a nieumarta przeleciała obok. Stanęła. Odwróciła się, unosząc górną wargę. Mroczne spojrzenie pozostało utkwione w mężczyźnie. Skoczyła raz jeszcze…

Wyrwał zza paska sztylet. Chwycił ją w pasie, obrócił w locie, przycisnął do siebie plecami, by nie zdoła go ukąsić i wbił ostrze w pierś.

Przerażający skowyt rozdarł ciszę. To Deidre wrzeszcząc, rzuciła się na wojownika. Złapała go za włosy, a drugą pięścią okładała z zapamiętaniem. On jednak wciąż mocno trzymał szarpiącą się hrabinę. Wolno przekręcił tkwiące w jej ciele ostrze i kobieta zwisła w jego ramionach.

Służka nadal krzyczała, szarpiąc i drapiąc, gdy obojętny dotąd wilk skoczył i oderwał ją od Dorena. Dziewczyna upadła, uderzyła głową o marmurową podłogę i zamilkła. W komnacie zapadła cisza. Seirin nie krzyczała. Nie wyrywała się już. Czerń oczu przeszła w turkus, a ten z wolna tracił blask. Kły schowały się, a blade usta posiniały. Piękną twarz pokryła czarna pajęczyna żyłek, zsuwając się w dekolt, a potem wolno obejmując całe ciało. Puchar wyleciał z bezwładnej dłoni i upadł z brzękiem na posadzkę.

– Przykro mi, Seirin – łagodnie powiedział Doren. – Potrzebuję tego kielicha.

Delikatnie złożył lodowate ciało hrabiny na podłodze. Uklęknął przy niej i pieszczotliwie dotknął zimnego policzka, zatrzymując na nim na moment dłoń. Potem jednym ruchem wyrwał z piersi kobiety sztylet i wstał. Sięgnął po leżące obok ciała naczynie. Przez krótką chwilę, z zastanowieniem, przyglądał się żłobieniom na jego ścianach. Później szybko wsunął kielich za pas i uśmiechnął się chłodno.

– Chodźmy, Braciszku. Skończyliśmy tutaj.

Opuścili komnatę, nie oglądając się za siebie.

***

Weszli w las w milczeniu. Wysokie drzewa pogrążone w mroku, drżały lekko kołysane wiatrem.

– Uśpiłeś księcia?

– Nie chciałem go… wystraszyć.

– Kiedy się obudzi, nie będzie szczęśliwy.

– Jeśli się obudzi.

– Tak mi się wydawało, że masz jakiś cel w pozostawieniu pijawki przy życiu.

Doren uśmiechnął się chłodno.

– Sam powiedziałeś, że dziewczyna jeszcze nam się przyda. A książę nie. Ani nam, ani swojemu ludowi.

– Nie tylko ja bywam twardy, bracie.

Bursztynowe oczy wpatrzone w mrok nie spojrzały na wilka. Doren milczał.

***

Książę obudził się wyczerpany. Dręczyły go koszmary, dziwne, mroczne wizje wciąż tańczyły na granicy świadomości. Z trudem otworzył oczy, a potem usiadł powoli. Naraz zamrugał gwałtownie, zastanawiając się, czy wciąż śni, czy też powrócił do rzeczywistości.

Na podłodze leżała pijawka. Już nie tak piękna, jak ją pamiętał. Całą skórę pokrywały czarne żyłki, a oczy straciły światło. Mężczyzna zsunął się z posłania i z wahaniem podszedł do leżącej. Trącił ją stopą, żeby się upewnić, czy rzeczywiście jest martwa. Gdy nie drgnęła, roześmiał się w głos.

– Wreszcie! Teraz będziesz moja! – krzyknął.

Padł na kolana, sięgając, by unieść suknię kobiety.

Nie zauważył czerniejących oczu…

Rozdział 2Strzyga

Nieumarła zaatakowała nieprawdopodobnie szybko. Przycisnęła głowę ofiary do swego ramienia i wbiła kły w odsłonięty kark księcia. Nie zdołał nawet krzyknąć. Szarpał się, próbując wyrwać, czy choćby wezwać pomocy, ale Seirin tylko mocniej się wgryzła. Ciepła krew rozgrzewała martwe ciało, płynęła wysuszonymi żyłami, wprost do niebijącego serca. Piła łapczywie, a czarne pozbawione sumienia spojrzenie patrzyło w niebyt. Ofiara drżała konwulsyjnie, aż wreszcie stężała w śmiertelnym bezruchu.

Kiedy ostatnia kropla krwi spłynęła z kłów na język, pieszcząc go cierpką słodyczą, Seirin wypuściła z objęć martwego księcia. Oczy z wolna odzyskiwały barwę; turkus pojawił się najpierw na obrzeżach tęczówek, połyskiwał ledwie cieniem, mienił z ciemnością, obejmował ją morską obręczą, by wreszcie usunąć. Kły wsunęły się w dziąsła i zrównały z resztą idealnie białych zębów. Kobieta przesunęła po nich językiem, a wierzchem dłoni starła krew z warg. Gdzieś błysnęła niechciana myśl, szybki wyrzut sumienia, ale zgasła, nim dotarła do świadomości nieumarłej.

– Pani… – Służka uniosła się z podłogi i popatrzyła niepewnie na Seirin.

Nieumarła uśmiechnęła się do niej uspakajająco, wstała, poprawiła fałdy sukni, ale gdy jej spojrzenie padło na gors, fuknęła gniewnie. Przesunęła palcami po dużym rozcięciu zabarwionym kilkoma skrzepłymi kroplami krwi, a potem pokręciła głową.

– Chodźmy, Deidre – powiedziała cicho. – Doren jest nam winien drugą suknię. Trzeba mu o tym przypomnieć.

***