Magdalena - Tomasz Piątek - ebook
Opis

Tomasz Piatek, autor bestsellerowej Heroiny.

 

Utrzymana w punkowym rytmie opowieść o mężczyźnie, który wraca z emigracji do Polski u progu lat 90-tych. Gdy poznaje Magdalenę, pełnoletnią wychowankę sierocińca, postanawia zostać jej impresario i uczynić z niej gwiazdę. Gorzka satyra na Polskę czasu przemian.

Przewrotna ballada o tym, kto jest ofiarą, a kto wygranym transformacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tomasz Piątek

MAGDALENA

Copyright © by Tomasz Piątek, MMXIV

Wydanie I

Warszawa, MMXIV

Wyjeżdżając z Paryża, Rafał był już pewien. Nigdy więcej Francuzów.

Nigdy więcej Francuzów i nigdy więcej Kaczmara. Przypomniał sobie – i znowu coś się w nim aż skuliło w środku – jak w Londynie narąbany Kaczmar zasiadł przed gromadą staruszek z wojennej emigracji i zaśpiewał im... O czym? Nie pamiętam, nie chcę pamiętać. O nastojaszczym jebace, a może o chujopromyszlennikach i pizdostradatielach. Narąbany, porąbany i wybitny.

Wspaniałe uczucie zostawić to wszystko za sobą. Tylko dlaczego na wysokości Noisy-le-Grand w samochodzie zaczęło coś stukać? W niemieckim samochodzie, w oplu, nie ma prawa nic stukać, nawet jeśli został kupiony po dwóch latach używania. Podobno po dwóch. Ostatni człowiek, który jeszcze ufał sprzedawcom używanych wozów, zmarł przed wynalezieniem samochodu. Ale co tam, w Polsce, jak przyjedzie nawet stukającym oplem, i tak wszyscy będą się rozdziawiać i podziwiać.

W Reims zatrzymał się, żeby zjeść befsztyk. Cholerny Francuz przyniósł mu spaloną podeszwę, podczas kiedy miał być średnio wysmażony. To ostatni raz – pomyślał. Rafale, nie denerwuj się, zaprawdę obiecuję ci, już dzisiaj będziesz poza Francją. Było ciasno, jak to w restauracji, to znaczy w zachodniej restauracji. Przy stoliku obok, dosłownie łokieć w łokieć, siedziała tłusta, siwa pani z bardzo czarnymi brwiami. Ubrana w ewidentnie drogie, markowe ciuchy i kopciła niewiarygodnie cuchnącego gauloise’a. Kłęby dymu leciały w stronę Rafała, owiewając go raz za razem. Spalenizna w powietrzu, spalenizna na talerzu, wszystko to składało się na jedną wielką gorycz na języku, w gardle i w głowie. Nie wytrzymałby tego, gdyby nie wiedział, że już zaraz rozstaje się z tym wszystkim na zawsze.

Przyjechał tu niecałe dziesięć lat temu w roli szlachetnego Polaka walczącego o wolność. Teraz, mimo obywatelstwa uzyskanego dzięki małżeństwu z pewną kościstą, wielkooką wariatką, był metekiem, który raczej powinien wynosić się do siebie, tym bardziej że małżeństwo się rozpadło, a na Wschodzie otworzyły się świetlane perspektywy dzięki szlachetnemu Gorbaczowowi i szlachetnym Niemcom z NRD, którzy obalili mur berliński, gdy tylko Schabowski pozwolił im na to specjalnym rozporządzeniem. Dobre nazwisko dla Niemca, Schabowski. Herr Schabowski. O przepraszam, Kamerad Schabowski. O przepraszam, po prostu Schabowski. Enerdowcy nie używali słowa „towarzysz”, zbyt hitlerowsko im się kojarzyło.

Baba przy stoliku obok dopalała swoją potworną świecę dymną, zaraz ją pewnie zgasi. Dzięki, znowu pomyślał Rafał gdzieś w stronę nieba, chociaż nie był specjalnie wierzący. Ale gdzie tam: od końcówki gauloise’a natychmiast odpaliła następnego. Jarała i jarała, nie przestając perorować. Najwyraźniej też była w podróży, bo przecież nie stąd, nie z prowincji: paryski akcent, paryska prezencja i paryska arogancja:

– Nic dziwnego, że ten wieśniak uwierzył, że świat powstał z sera. Jak wiadomo, początkiem wszystkiego jest matka, egzystencja zaczyna się od jej mleka. Ser to stwardniała postać mleka, pierwsza forma ciała stałego. Pierwszego dnia z pierwotnej chaotycznej zupy mlecznej wyłonił się ser. I spojrzał ser na siebie, i ujrzał, że jest dobry.

– Wiesz co, ale coś podobnego czytałem w folderze dostawcy naturalnego camemberta – przerwał siedzący przy jej stoliku facet w okularach z grubą czarną oprawką, chudy i nosaty.

– Ha! Czytałeś to!? Bo to ja napisałam ten folder. Powiedzieli, że potrzebują konsultantki filozoficznej.

– Pierdolicie – powiedział Rafał głośno, ale po polsku. – Sery dzielą się na biały i żółty.

Z czystej przekory, bo z całej Francji lubił akurat francuskie sery.

– Przepraszam, co pan powiedział? – zwróciła się do niego baba, odpalając trzeciego gauloise’a.

– Odmawiałem w moim języku modlitwę za biernych palaczy.

– To niech pan zmieni stolik.

– Wolę zmienić życie. Żegnam cię, Francjo.

Żeby nie spędzać kolejnej półgodziny w chmurze dymu i obrazy, Rafał podszedł do baru, poprosił o rachunek, zapłacił, dał napiwek, a potem z piskiem opon ruszył w dalszą drogę. W czasie jazdy śpiewał sobie, bo Kaczmar wracał jak czkawka: „Kobietą jestem ponad miarę swoich czasów, nie cieszą mnie umizgi bladych lowelasów, kobietą jestem ponad miarę moich czasów, nie cieszą mnie oślizgłe prącia Papuasów”. Bo teraz zamiast bladych lowelasów będą prącia Papuasów, drogi Jacku. Ale co tu gadać, niezły tekściarz. Znaczy nie tekściarz, tylko poeta. Tylko.

Do Belgii wjechał, śpiewając: „Gallia est omnis divisa in partes tres, quarum unam incolunt Belgae, aliam Aquitani, tertiam Celtae cośtam nostra lingua Galli appelantur, ave Caesar morituri chuj i dupa”. Dobrze było mieć łacinę w liceum. Wszyscy koledzy uważali, że to właśnie chuj, dupa i kamieni kupa, ale Rafał się zorientował, że łacinnik – nazywał się Kaczka, a wyglądał jak żaba – że łacinnik jest łacinnik-świnnik i lubi kędzierzawych blondynków. Proszę państwa, wystarczyło, że się trochę przyłożyłem do tej łaciny, a już jechałem na samych piątkach, a drugi plus był taki, że łacinnik był też wychowawcą. No i super się przydała łacina, kiedy trzeba się było szybko uczyć francuskiego. Łacinnik zresztą jeszcze w osiemdziesiątym dziewiątym przyjechał do Paryża i wmeldował się Rafałowi na jego strych. Wypił cały alkohol, jaki był w domu, a po jego wyjeździe okazało się, że pod łóżkiem schował butelki, które przywiózł z Polski. Przywiózł pełne, a schował puste. Szanowna wycieczko, dojeżdżamy do Arlon, miasta słynnego z niczego. Nad Europą twardy krok legionów brzmi, nieunikniony wróży koniec republiki, gniją wzgórza galijskie w pomieszanej krwi, a Juliusz Cezar wydaje sprośne kwiki.

Wyjechał z Belgii, nadal śpiewając tę piosenkę, bo Belgia była krótka, przynajmniej na tej wysokości mapy. Przespał się w Luksemburgu, w hotelu Dudzwitt, co w miejscowym narzeczu znaczyło tout de suite, i rzeczywiście, obsługa była bardzo sprawna. Schody zaczęły się na przejściu granicznym pod Trier.

– Pole?

– Franzosiche Burger – odpowiedział Rafał, mając nadzieję, że coś to znaczy po niemiecku.

Niemiec obwąchiwał jego paszport, jakby było w nim gówno.

– Francuski Polak w niemieckiej samochodzie – mruknął, kalecząc francuski. – Samochodu dokumenty.

Dopiero po chwili Rafał zrozumiał, że to rozkaz. Zaczął grzebać w czarnej teczce, ku obrzydzeniu Niemca wyjął jakąś starą kanapkę, potem dezodorant, wreszcie wszystkie możliwe papiery, włącznie z aktem kupna.

– Kupiony – powiedział Niemiec. – Po co kupował, kiedy ukraść można?

I znów dopiero po chwili Rafał zrozumiał, że to żart. Niemiec zaczął się głośno śmiać i chyba nawet oczekiwał, że Rafał się dołączy, chuj gestapowski. Job twoju mać, i to dosłownie, bo przecież w czterdziestym piątym Ruscy wszystkie wasze paskudne kobiety pogwałcili, no bo przecież trzeba być Ruskiem, żeby dymać Niemkę. Nie zapłaciliście jeszcze za drugą wojnę światową, będziecie swoje rybie oczy wybałuszać, jak za pięć lat polskie samochody będą lepsze od niemieckich. No, może za dziesięć.

Przeszło mi, czyli mu, dopiero przed Mainz. Jak to się po polsku nazywa? Majencja? Mencja? Moguncja. W zamku Wartburg – nie Wartburg, ale Opel – na stromym urwisku, te niemieckie przepaście i szczyty, wbrew mej woli, a gwoli ucisku, wyniesiony w podniebne błękity, Pismo Święte z wszechwładnej łaciny na mój twardy język przekładam, ożywają po wiekach stare słowa i czyny, matką Ewa, ojcem znów Adam. W wozie opel, przy chudym kurwisku, wciąż osiągam orgazmów mych szczyty, w jej cuchnącym perfumą uścisku rucham cipę niemieckiej kobity, jej paskudne niemieckie okrzyki na francuski i polski przekładam, gdy na tylnym siedzeniu tej niemieckiej mej bryki z nią się parzę i z nią się pokładam. Job twoju mać.

Eisenach przejechał późnym rankiem, niewyspany, i droga niemiecka stała się wyraźnie enerdowska. Oto wjeżdżamy już w dziedzinę cienia, oto wjeżdżamy już w kraj rozkopany (to nie Kaczmar, tylko kto? Dante?). Kraj rozkopany. Dawniej była granica, a została różnica. Stukanie znowu się pojawiło. Dobry niemiecki samochód nie lubi NRD. Po obu stronach komunistycznej szosy widać było gigantyczne wykopy. Autostrady budują, Autobahn, Autobahn, Autobahn. Śpiewając ten dziwny utwór, bo przecież nie piosenkę – cztery słowa, z czego jedno powtarzane obsesyjnie, wdzierające się w mózg, tak robi dobry tekściarz, nie Kaczmar – Rafał ominął Berlin, czyli tak zwaną Kopanicę. Pani od historii w jego liceum kazała całej klasie czytać Pieśń o Niklocie i Nakona, postrach Bałtyku, powieści wydawane przez wojsko. Dobry Polak nie mówi nigdy Berlin, tylko Kopanica (mówili o niej, że ma nakopane w głowie, i nazywali ją Berlinica). Bo w Berlinie było słowiańskie księstwo Kopanica, inaczej Kopnik, i panował w nim książę Jaksa. I znowu zapanuje, wy niemieckie chuje, jak nie zrobicie czegoś ze swoim przyrostem naturalnym – to już Rafał dodał od siebie. Chyba że zamiast Jaksy wolicie Ahmeda ibn Kebaba.

Rzeczywiście, jakiś duch Jaksy albo inny słowiański Smętek tu się pętał, bo w pewnym momencie pod niemieckimi nazwami miejscowości na tablicach pojawiły się inne, napisane malutkimi literkami, jakby jugosłowiańskie. Co to, kurwa, mogło być? Może oni w ten sposób chcą stopniowo przygotować podróżnego na szok, jakim będzie wjazd do Polski, na obszar Słowiańszczyzny?

Znowu pogranicznik. Ci pilnujący wschodniej granicy byli inni, ciągle mieli absurdalne enerdowskie mundury, czarne z gigantycznymi, wygiętymi do tyłu zielonymi kołnierzami. Rafał spodziewał się, że tu go będą jeszcze bardziej maglować na temat samochodu. Pogranicznik popatrzył z nienawiścią na paszport, potem na Rafała, potem znowu na paszport. Polak z francuskim obywatelstwem, prosto z Paryża, o którym enerdowski burak mógł sobie tylko pomarzyć.

– Opel nie krhaciony – ten Niemiec kaleczył polski. – Wy krhaciony tylko mercedes.

Po przejechaniu szlabanu na polskiej części przejścia jakaś potężna, radosna siła zaczęła go popychać, żeby wyskoczył z samochodu, odwrócił się i zawołał: „Deutsche Schweine!” albo coś równie mądrego. Zaraz, nie zachowuj się jak gówniarz – powstrzymywał tę siłę – przecież pogranicznik polski na pewno zna dobrze tego niemieckiego, zaraz by cię zatrzymał i razem ci mordę obiją. A po chwili zrozumiał, co to za siła go pcha do gówniarstwa. To właśnie gówniarstwo, czyli młodość. Gdy tylko przejechał pod biało-czerwonym szlabanem, nagle dziesięć lat mu ubyło, znowu poczuł się w Polsce i młody, bez żadnych małych trosk życia codziennego oprócz tej jednej: walki z tyranią. A że tyranii już nie było, wszystkie troski znikły.

Zatrzymał się jednak, bo kątem oka zobaczył dziwną przybudówkę obok budynku celników. Napisane było na niej: KANTOR. Jaki, kurwa, kantor? Tadeusz Kantor? Kantor jak w synagodze, że niby celnicy śpiewają aj waj? Czy taki kantor, że zastawia się rzeczy i dostaje pieniądze? Nie, to nie kantor, to lombard. Kantor to punkt wymiany. Pogranicznicy zrobili biznes i wymieniają skonfiskowane rzeczy na gotówkę?

Potem zobaczył poniżej małą karteczkę, którą ktoś przylepił do szyby: „Money Ekschange”. Tak do mnie mów, po ludzku. Tylko to „ks”. Mogliby się, kurwa, nauczyć po angielsku, cała Europa się z nas śmieje. Money Exchange to elementarna sprawa. Właśnie, franki trzeba przecież wymienić.

Panienka z okienka była dziwna, opalona, a może wypacykowana na śniado, włosy ufarbowane na intensywny ciemny rudy, fryzura nadmuchana, ale ułożona, trzymała się jak z drutu. Rafałowi przypomniała się ubeczka, która go kiedyś przesłuchiwała. „Niech pani poprosi, żeby ktoś panią zastąpił, ktoś bardziej rozgarnięty. Najlepiej mężczyzna” – tak jej przywalił prosto z mostu i o dziwo, nie spotkały go za to żadne sankcje, tylko kobietę wymieniono i potem już normalnie przesłuchiwał go facet. Przesłuchiwało go wielu facetów.

– Co to za kurs? – zapytał na wszelki wypadek.

– Lepszy niż w banku – odpowiedziała, obrażona.

No tak, ludzie tu się wciąż obrażają o takie pytania, skonstatował Rafał. Nie rozumieją jeszcze, że życie to targowanie się. Bo życie to walka.

– A jaki jest w banku? – drążył dalej.

– Nie wiem, ale na pewno gorszy.

– Proszę pani, jak pani siedzi w tym okienku, to powinna pani wiedzieć. Przecież klientom należy się informacja.

– W banku jest na pewno gorszy kurs, bo my jesteśmy prywatni.

Rafała na chwilę zatkało.

– A nie wyglądacie – powiedział w końcu. – Jak się ta wasza firma nazywa?

– A co to pana obchodzi?

– Proszę pani, pani ma obowiązek podać klientowi nazwę firmy. Jest chyba w tym kraju jakieś prawo handlowe?

– Chwilowo nie ma – odpowiedziała dziewczyna i po raz pierwszy się uśmiechnęła, ale złośliwie.

Rafał nagle zrozumiał, że nie ma do czynienia z idiotką, tylko z kimś, kto wbrew pozorom przekazuje mu coś bardzo istotnego, nie tylko o sobie. Jak to mówiła szkoła psychiatrii z Palo Alto: gdy pacjent nie komunikuje, to komunikuje, że nie chce komunikować.

Kątem oka zobaczył druczki firmowe: AG sp. z o.o.

– To ile pan wymienia?

– U pani zero. Już ja jakoś znajdę pani szefa i coś mu powiem.

– Powodzenia.

Droga była absurdalnie wąska. I dziury, kurwa, dziury. Mieli prawie rok, a może ponad rok i takiej elementarnej sprawy jak dziury nie załatali. Przecież to wstyd. Ale pieprzyć to: za pięć lat ten kraj będzie pocięty autostradami. I ten korek: wyglądało to tak, jakby wszyscy chcieli do tego kraju równocześnie przyjechać i wyjechać – do granicy i od granicy wlókł się sznur samochodów, masa tirów. Że tirów, to dobrze, to znaczy, że jest jakieś ożywienie gospodarcze, ale dlaczego nie przesiądą się na transport lotniczy? Transport lotniczy to przyszłość. A jeśli Amerykanie – wbrew zachodnioeuropejskim protestującym debilom – uporządkują wreszcie sprawy na Bliskim Wschodzie, to cena baryłki spadnie na łeb na szyję i za darmo, prawie za darmo będzie się latać. Jebane gęsi! Jebane gęsi, bo nagle białe ptaszory wybiegły z pobocza na drogę, za nimi oczywiście baba w chuście na tępym łbie, ale nic się nie stało, bo cały korek trwał w miejscu. Uwijając się między samochodami, babina zaganiała gęsi do rowu, a jacyś Niemcy cykali zdjęcia, szwargocząc w swoim języku. Ekologisze natural, ekologisze natural. Jakie ekologisze natural, kiedy gęsi biegają między spalinami?

Im bliżej było do miasteczka, tym więcej atrakcji na poboczu. Gipsowe krasnale na sprzedaż – i żywe pokręcone gnomy sprzedające grzyby z koszyka. Kurwa, zapomniałem, jak brzydcy są Polacy. Na płotach wisiały płachty z napisami w wielu językach, ale nigdy poprawnymi. Scrab metal. Na sprzedarz. Biligen Zwergen. To chyba miało znaczyć: tanie karły. Tanie karły na sprzedarz.

Miasteczko było, jak wszystkie polskie miasta w lecie, szaro-zielone. Betonowe klocki i kwadraty, a między nimi bujność traw i krzaków. Znowu poczuł, jak rozpiera go ta radosna siła, wolność. Fajnie było znowu znaleźć się w miejscu, gdzie nic nie było ogrodzone, zapchane, zabudowane, tylko wolna przestrzeń podwórkowo-zaroślowa. Krzewy strzępiasto-pokrzywione, jak Pan Bóg przykazał, a nie przystrzyżone. Drzewa między domami swobodnie rosną, a tu proszę, ktoś na nich nawet komplet gaci rozwiesił, szarych i mokrych. Zapomniałem, jaka tu jest bielizna. No, ale na trawnikach jest trawa jak na łące, po kolana z pokrzywami i tym czymś dziwnym, kolczastym, co nie wiadomo, jak się po polsku nazywa, a po francusku pewnie w ogóle się nie nazywa. Francuzi nie wiedzą, jak się nazywa masa rzeczy, nawet kawka. Mają na to głupie słowo „choucas”, ale jak ich zapytasz, co to, mówią: „un oiseau”. Czyli ptak. A Włosi i Hiszpanie nawet słowa na to nie mają albo mówią sina wrona. Kurwa, jaka sina i jaka wrona? O, idą jacyś goście na skróty podwórkami. W Paryżu nie można iść na skróty podwórkami.

Przy rynku miasteczka poniemieckie kamienice mieszały się z betonowymi klockami, a jedno i drugie obłaziło na szaro i buro. Zatrzęsienie lombardów, to znaczy, tfu, nie lombardów, lombard jeden, za to zatrzęsienie kantorów. Właśnie miał wejść do jednego, kiedy zatrzymała go starsza pani, szaro-zielona jak miasteczko. Spódnicę miała szarą, a sweter zielony, bardzo ładny, ewidentnie ręcznie zrobiony na drutach, paski w różnych odcieniach zielonego przeplatały się kunsztownie, spokojnie można by go sprzedać w Paryżu za porządną kasę.

– Dzień dobry panu – powitała go bardzo grzecznie. – Nazywam się Anna Honc, jestem nauczycielką i potrzebuję na leki, chodzi mi o jakąkolwiek, choćby najdrobniejszą kwotę...

Rafał już miał jej dać, kiedy nagle wielki łysy facet w dresie dosłownie porwał go za łokieć i wciągnął do kantoru. Napadli mnie i porwali, pomyślał Rafał.

– Grzesiek, powiem twojej matce! – krzyczała starsza pani, kiedy drzwi zatrzaskiwały się za Rafałem.

Grzesiek, Grzesiek, myślał Rafał. Nie jestem Grzesiek i nie mam matki.

– Dlaczego ty jej raz a dobrze nie popędzisz? – syczała w okienku młoda kobieta, ufarbowana na rudo i przyciemniona na twarzy samoopalaczem zupełnie jak dziewczyna z kantoru na granicy.

Może taka jest polityka firmy, myślał Rafał zupełnie bez sensu, że one muszą tak wyglądać. Czy tu firmy mają politykę?

– Bo mnie uczyła – tłumaczył się wielki łysy, który chyba był Grześkiem. – Sorry. To znaczy eskiuzmi, mister, bad łumen, szi łont many, szi no gud, łi gud, łi czendż many.

– Spokojnie, jeszcze nie zapomniałem polskiego – odpowiedział Rafał, myśląc intensywnie. Czyli nie chcą okraść, tylko zrobić interes. Czyli pewnie też okraść. – A jaki jest kurs?

– Niech pan nie patrzy na tablicę, bo jest nieaktualny. Musimy zmienić.

– A to wolno tak sprzedawać po innym kursie niż na tablicy?

– Spokojnie, i tak lepszy niż w banku.

– A jaki jest w banku?

– Nie wiem, ale może pan rzucić okiem, to po drugiej stronie rynku. A jak się okaże, że lepszy, to pan nam powie, obniżymy. Klient nasz pan.

To, co usłyszał, było tak absurdalne, że już się dalej nie bronił. Wymienił pieniądze, a potem nie sprawdził kursu w banku. Na wszelki wypadek, żeby nie żałować.

W restauracji okazało się, że w karcie nie ma tego, za czym tak tęsknił, czyli polskich zup, tylko krem pieczarkowy i węgierska gulaszowa. Krem pieczarkowy był kompletnie pozbawiony smaku, pływały w nim małe, szare plasterki pieczarek, wyglądające jak pierwotniaki pantofelki w powiększeniu, ale zjadł to, bo był głodny. Schabowy z mizerią był lepszy. Zapomniał już, jak smakuje prawdziwa śmietana, kwaśna. I porządna wieprzowina. Francuzi brandzlowali się swoją wołowiną, czasem koniną, co bogatsi dziczyzną, ale wieprzowinę mieli cienką jak wigilijny barszcz. Barszczu, niestety, też nie było.

Za restauracją był hotel Światowid, w starej poniemieckiej kamienicy, do której dobudowano coś, co w Polsce nazywano wieżowcem, a było dziesięciopiętrowym wąskim klocem.

– Pan z Paryża! – zawołał recepcjonista z mokrą pożyczką na głowie, wertując paszport.

– Tak się składa.

– No to ja panu odradzam nasz hotel, szczerze. Przede wszystkim nie ma wody.

– Jak to nie ma wody? W hotelu?

– No jak zwykle, awaria. – Tu recepcjonista wdał się w długą opowieść o odwiecznej nienawiści między dyrektorem hotelu a dyrektorem od wodociągów, jeszcze z czasów, kiedy dyrektor hotelu dysponował dużymi ilościami wędlin dla gości i nie chciał odpalić działki działaczce, która była żoną dyrektora od wodociągów.

Jak to się nazywa w psychologii? Racjonalizacja, pomyślał Rafał. I to taka typowa dla ludów pierwotnych. Nie ma wody, bo bogowie wiodą spór.

– A teraz patrz pan, wędliny – kontynuował recepcjonista. – Wszędzie wędliny, a oni nadal się kłócą. Niech wreszcie przyjdzie ten Niemiec i nas wykupi.

– Jaki Niemiec? – zaciekawił się Rafał.

Temat inwestorów, nawet niemieckich, był kluczowy.

Recepcjonista popatrzył na niego jak na idiotę.

– No, ten za Odrą.

Zapadła cisza. Z zegara na ścianie wysunęła się kukułka i zaczęła kukać. Chyba odczarowała tę ciszę, bo gdy skończyła, recepcjonista powiedział:

– Dam panu dobrą radę. Niech pan nie idzie do Europy, to drugi hotel, niby lepszy, jak to mówili, dewizowy, ale tam siedzi bandyterka, niedawno Włochowi kazali tańczyć na stole z kurwą, tańcz, bo strzelam. Przyjechał brunet, wyjechał siwy. Dlatego teraz na tego szefa bandziorów, co mówili na niego Pojeb, teraz mówią Fryzjer, że tak niby zgrabnie zmienia ludziom kolor. Pan idzie do domu dziecka. Oni tam mają czasem puste pokoje i na boku panu wynajmą. Tanio, w miarę spokój jest, bo gówniarze robią raban tylko do dziesiątej, potem jest cisza nocna, niech tylko który spróbuje.

Rafał już wiedział, że to nie jest ta Polska, z której wyjechał. To jest inny kraj, gdzie podróżni sypiają w sierocińcach. Ciekawe, czy sypiają tam sami? Z podziękowaniem wziął adres domu dziecka położonego za miastem, dopytał się, jak dojechać, i ruszył ostrożnie drogami, które najwyraźniej przeobrażały się samoistnie z asfaltowych w szutrowe, bo czarny asfalt kruszył się w czarny żwir. To nie jest Polska, z której wyjechałem, ale też dobrze, bo znowu jest gęsto i się dzieje. Wszędzie ruch i z kimkolwiek byś pogadał, nagle jesteś w trakcie czegoś konkretnego. Żadne ça va, ça va bien, merci i pocałuj się w dupę.

Było już późne popołudnie, kiedy dojechał do domu dziecka, bo każdy, kogo pytał o drogę, mówił co innego. Dopiero po dłuższym krążeniu okazało się, że Obrońców Stalingradu to teraz Skorupki.

– Jakiej Skorupki?

– Księdza, kurwa, Skorupki – odpowiedział miejscowy, potem charknął czymś obrzydliwym na chodnik i poszedł.

Kątem oka Rafał spostrzegł, że jego informator obcharkał ogromnego ślimaka, który powoli i pracowicie próbował się wydobyć spod półpłynnej plwociny. Trzeba mu pomóc – powiedziało coś w głowie Rafała, ale nie był to jego głos, a na samą myśl żołądek zwinął mu się z obrzydzenia, dobra wieprzowina ze śmietaną podjechały do gardła w jakiejś nowej wstrętnej postaci. Chuj z tym, przeżyje. Przypomniał sobie, jak to, proszę państwa, z kolegą Radkiem kiedyś polewali wódką ślimaka, żeby zobaczyć, czy się upije, i jakoś przeżył, ślimak znaczy.

Kiedy sprawa nazewnictwa ulic została rozwiązana, kwestia dojazdu też się uprościła. Dom dziecka mieścił się na piaszczystej skarpie w lesie, nad jeziorem, które zwężało się i przechodziło w następne jezioro, usiane kudłatymi, zielonymi kępami, wyglądającymi jak gigantyczne główki sałaty. Nad kępami pokrzykiwały ptaki, jakby „oikroo, oikroo...”, nawet Rafał, jak jaki Francuz, nie wiedział jakie. We Francji byłaby tu zajebista willa, oczywiście ogrodzona parkanem giętym, artystycznym i ostro zakończonym. Ale jesteśmy w Polsce i nie ma willi, jest dom dziecka, szary klocek. Nieźle mają dzieciaki, tylko czy to bezpieczne, dom dziecka nad jeziorem? Pewnie mają spory odsiew wychowanków podczas kąpieli.

Kiedy zbliżył się do drzwi, usłyszał gromkie: „Spierdalaj!”. Przez chwilę wziął to do siebie, ale kiedy za „spierdalaj” poleciała jękliwa wiązanka skierowana bardzo konkretnie do kogoś bardzo konkretnego, zrozumiał, że ktoś się z kimś kłóci w środku. Konkretnie kobieta.

Wszedł do hallu, gdzie ondulowana pięćdziesięcioletnia gruba baba, chyba kierowniczka albo ktoś w tym rodzaju, wyła i zawodziła:

– Spierdalaj stąd, masz tyle i tyle lat, twój czas się skończył, było się postarać o mieszkanie z urzędu.

Na ścianach wisiały obrazki malowane kredkami i wyklejanki. Krasnal Hałabała. Polscy Rycerze i Krzyżacy. Nasz Papież. Krasnalowi Hałabale ktoś dorysował duży i jakby zakrwawiony – a może tylko bardzo czerwony – penis, ale najwyraźniej wychowawczynie tego nie zauważyły. Rafał nie widział, na kogo krzyczy baba, bo drugą osobę całkowicie przesłaniał mu wielki betonowy filar, pomalowany na tak zwany kolor państwowy, czyli szczyny z jajkiem.

– Przepraszam bardzo. – Chrząknął i powtórzył głośniej: – Przepraszam bardzo, ja w sprawie pokoju.

Kierowniczka poświęciła tylko ułamek sekundy na spojrzenie w jego stronę, ale zrobiła to z radością.

– Widzisz! Jest gość na twój pokój! Pakuj się i spierdalaj choćby na piechotę, ja tu muszę zadbać, żeby dzieciaki miały co jeść.

– Ale to jest mój dom – powiedział drugi głos, niski, ale wyraźnie dziewczęcy.

– To jest dom dziecka, a ty jesteś dorosła, idź się kurwić gdzie indziej.

Na dźwięk słowa „kurwić” Rafał przesunął się, zerknął za filar i ujrzał rzeczywiście atrakcyjną brunetkę, chociaż nie była to uroda kurwy. Twarz trochę intrygująca, trójkątna, bardzo młoda, oczy duże i zielone, ale nic wyzywającego. Kurwa to jest osoba, która przez lata musiałabyć profesjonalnie atrakcyjna i teraz grube zmarchy na twarzy układają się jej w seksowny wyraz. Młode kurwy, które zmarch nie mają, nadrabiają to makijażem. Ta wyglądała, jakby się nie malowała. Wbiła te swoje zielone oczy w Rafała, nadzianego gościa, który przyjechał zabrać jej pokój. Była w mini.

– Już nie trzeba – powiedział Rafał do kierowniczki. – Już nie potrzebuję pokoju. A pani – zwrócił się do brunetki – rzeczywiście niech się pakuje. Zawiozę panią.

– Dokąd?

– Do domu.

Brunetka nie zadawała pytań. Pewnie się domyślała, że Rafał nie ma żadnych odpowiedzi, ale z kolei ona nie miała żadnego wyboru, najwyraźniej. Kiedy kierowniczka otrząsnęła się z osłupienia i zaczęła produkować długi monolog o kurwach, które pozbawiają dzieci jedzenia – a dokładnie zapłaty za nocleg, która miała być przeznaczona na jedzenie – Rafał dał jej sto franków.

– To na jedzenie dla dzieci – powiedział.

– Ale co to jest, co to za pieniądze, ja takich nie widziałam, oszust jakiś, chce mi fałszywe...

– Wymieni pani w każdym kantorze. Jak pani woli wasze głupie sto tysięcy złotych, to niech pani odda.

Kierowniczka przycisnęła jednak do piersi cenną zdobycz i w paru susach, jak ścigana zwierzyna, schroniła się na zapleczu. Po chwili wychyliła ondulowany łeb i zasyczała:

– Ona kurwa, a pan klient! Za dziesięć minut ma was tu nie być.

Po chwili u szczytu schodów pojawiła się brunetka. Rafał nastawił się na dźwiganie ciężkich waliz. Najgorsza część bycia księciem z bajki. To zupełnie co innego niż podnoszenie ciężarów na salle de gym, co Rafał, chyba jako jedyny z całej polskiej emigracji, czasem praktykował. Znalazł takie tanie miejsce w Paryżu i wyrobił sobie całkiem ładne bicepsy, ale niestety, przy walizach pracuje głównie mięsień trzygłowy, przeważnie rzadziej ćwiczony, bo mniej efektowny. Dlatego z ulgą stwierdził, że cały dobytek dziewczyny mieści się w plecaczku, który na dodatek zarzuciła sobie na plecy. Trochę ciągnął ją do tyłu, znaczy plecak, co uwydatniło jej piersi pod koszulką, nie tak drobne, jak się w pierwszej chwili wydawało.

Same zalety, pomyślał Rafał.

– Nie ma pani więcej ubrań? – upewnił się.

– Z reszty wyrosłam – odpowiedziała.

Głos miała naprawdę piękny, aksamitny, jakby śpiewaczka wypiła kilka ciemnych piw, takich irlandzkich. W tym może było coś prowokującego – raczej: zmysłowego – ale milion lat świetlnych od kurwy. Otworzył przed nią drzwi i zaprowadził dziewczynę do swojego opla. Dopiero teraz zauważył, że na nogach ma wielkie czarne buty z cholewką do pół łydki, jakby wojskowe. Rzuciła plecak na tylne siedzenie, usiadła obok Rafała na przednim i chociaż z pewnością wiedziała, że nie powinna, zapytała:

– Dokąd?

– Coś się znajdzie. Jestem specjalistą od znajdowania czegoś. – Uśmiechnął się.

Wyjechali z lasu. Kiedy dotarli do drogi krajowej, odetchnęła z ulgą.

– To już za panią – powiedział Rafał ze zrozumieniem, bo kierowniczka też mu ciągle tkwiła w głowie, ondulowany tleniony łeb.

– Nie dlatego odetchnęłam. Odetchnęłam, bo pan skręcił na Warszawę.

– I?

– Na Warszawę, nie na Berlin. – Spojrzała mu w oczy, a widząc, że nic nie rozumie, dodała: – Bałam się, że zaproponuje mi pan dochodową robotę w Niemczech. Bo ja, wbrew temu, co pan dziś usłyszał, nie jestem kurwą.

– Wiem. Znam kurwy.

I tak naprawdę chyba tylko je. O kurwa, co ja robię. Nie mam jeszcze pied-à-terre w Warszawie, nie wiem, gdzie się zagnieżdżę, ona nie ma kompletnie nic, co mi się przyśniło, że niby co, zerżnę ją i tak zostawię? A może że coś tam będzie między nami? Kurwa, przekonałeś się już parę razy w życiu, człowieku, że nie jesteś stworzony do spraw męsko-damskich, tylko do walki za Ojczyznę i robienia forsy, co teraz jest akurat tym samym. Robienia forsy w nieco ograniczonym zakresie, zresztą, bo nie jesteś jeszcze taki Rockefeller. Przyszło ci do głowy, że za jednym zamachem kupisz mieszkanie, zainstalujesz się, wyposażysz i równocześnie utrzymasz taką pannicę? Głupi Jasiu, odezwał się jebany Kaczmar gdzieś między głową a uchem, w trąbce Eustachiusza. Głupi Jasiu, głupi Jasiu, śmiał się w lesie szczebiot ptasi, Woda Życia nie istnieje i w ogóle w chuj zmarniejesz.

– To dlaczego pojechała pani ze mną, chociaż myślała pani, że mogę być alfonsem?

Nie odpowiedziała. Słusznie, głupie pytanie.

– Ma pani jakąś rodzinę?

– Taką, jakbym nie miała.

– W sensie?

Drgnęła, jakby się obraziła albo coś.

– W sensie, kurwa, że zmusili moją matkę, żeby mnie oddała w to miejsce, co pan widział. Kiedy miałam czternaście lat, spróbowała wziąć mnie z powrotem. Ale tak się nade mną znęcali i nad nią, że wróciłam do kierowniczki. Widział pan kierowniczkę.

– Widziałem. No i słyszałem.

– No więc ta kierowniczka to był anioł. Anioł, który mnie uratował. Przynajmniej w porównaniu z dziadkiem, który na dzień dobry napierdalał mnie po głowie tak, że krew uszami leciała.

– Ale dlaczego?

– Nie domyślił się pan jeszcze?

– Nie.

– Jestem nieślubna.

Rafał przez chwilę zajął się jazdą, z braku czegoś lepszego. Potem usprawiedliwił się:

– Przepraszam, przez ostatnie dziesięć lat mieszkałem we Francji.

Na dziewczynie nie zrobiło to wrażenia. Rafał dorzucił więc, zanim do niego dotarło, że zachowuje się jak idiota:

– Pracowałem z Kaczmarem.

– Kim?

– Kaczmarskim.

– Czyli kim?

Aha.

– A przecież mówili nam, że w Polsce wszyscy potajemnie słuchają Kaczmarskiego. To poeta i śpiewak Solidarności. Wyrwij murom zęby krat, to na pewno pani zna.

– Z Solidarności niewiele pamiętam. Tyle że mnie w tym czasie dziadek napierdalał, a jak nie dziadek, to wujek, chuj z nim.

– Takie piękne usta nie powinny mówić „chuj” – zaryzykował Rafał.

– No to cipa z nim, pasuje bardziej? – zlekceważyła komplement.

I w tym momencie Rafał o mało nie wjechał w słup z wrażenia. Przejeżdżali przez kolejne miasteczko i przy starówce zobaczyli wielki napis: „Niesmak mam po wińsku, gdy festiwal w Ińsku”.

– Ja pierdolę, co za transparent.

– Takie piękne usta nie powinny mówić „Ja pierdolę” – odgryzła się. – Ten festiwal jest tu już od paru lat, filmowy chyba, nie macie takich we Francji?

Rafał nie tłumaczył, o co mu chodzi. Był zbyt zmęczony.

– Czy tu jest jakiś hotel? – zapytał. – Późno już, a ja od wczoraj niewyspany jestem.

– Na pewno będzie jakiś przy rynku.

Hotel przy rynku był, w całkiem ładnej kamienicy, ale był pełen dziwnych jegomościów w koszulkach z krótkim rękawem, którzy biegali wszędzie z kieliszkami, a nawet z butelkami ohydnego bułgarskiego wina, nie mówiąc oczywiście o wódce z sokiem albo i bez. Goście festiwalu. Jeden z nich, pękaty, który do paskudnej koszulki miał jeszcze coś w rodzaju białego szalika z czerwoną bułgarską plamą, rzucił się na Rafała z radosnym piskiem.

– Rafał! A co