Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Magda, miłość i rak - Alina Mrowińska

 

Magda Prokopowicz w wieku 27 lat zachorowała na raka piersi. Walczyła z chorobą, będąc w ciąży. Doświadczyła wszystkich etapów choroby, nauczyła się otwierać zamknięte drzwi i odkryła, jak ważne w walce z rakiem jest pozytywne myślenie. Założycielka Fundacji Rak’n’Roll. Wygraj życie! stała się dla chorych na raka i ich bliskich symbolem walki o jakość życia osób dotkniętych chorobą nowotworową, a dla tysięcy Polaków – symbolem niezłomności w walce z przeciwnościami losu.

Opinie o ebooku Magda, miłość i rak - Alina Mrowińska

Cytaty z ebooka Magda, miłość i rak - Alina Mrowińska

„Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece, jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami, jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu. Bądź sobą, a zwłaszcza
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być dla ciebie tarczą. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien. Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz, i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy”.
„Zrobimy, co w naszej mocy, i zobaczymy, jakie będą skutki. Nie można niczego przewidzieć, nie ma potrzeby niczego kurczowo się trzymać, nie ma sensu dążyć do określonego rezultatu. Nie można czuć niechęci, to tylko prowadzi do cierpienia. życie jest dobre. leoś jest moim cudem i jeszcze te kolory kwiatów w moim ogrodzie”.
„Ona ma dać ludziom siłę i nadzieję, nie tylko chorym na raka, ale wszystkim, którzy zmagają się z jakimiś problemami, którym ciężko jest żyć. Wiesz, marzy mi się, żeby to była taka książka, która leży obok łóżka i do której zawsze można sięgnąć, kiedy jest źle. I uśmiechnąć się, że życie jest piękne. Mimo wszystko”.
Przeszłam przez wiele bardzo smutnych przeżyć, ale tylko pozornie, gdyż dziś mam tak ogromne poczucie szczęścia, że czasami z tego szczęścia i rozpierającej radości łzy lecą mi po policzkach. Wiem, że zawsze miałam w sobie te pokłady uczuć i szczęścia, ale bałam się to pokazać. Bałam się, że jak będę szczęśliwa, stanie się coś złego. Dziś poczucie szczęścia daje mi pyszne śniadanie, promień słońca, rozmowa z przyjacielem. Mogę krzyczeć: JESTEM SZCZĘŚLIWA! ŚWIAT JEST PIĘKNY! KOCHAM LUDZI! Oczywiście nadal miewam gorsze dni, czasami mam się gorzej albo nawet poryczę się, że nóżka pęknięta i kręgosłup boli, ale to tylko takie chwile. g ENERALNIE JESTEM SZCZĘŚLIWA JAK CHOLERA!
„Tak bym chciała móc ulżyć wszystkim tym osobom, które spotyka nieszczęście. Które muszą borykać się z chorobami, przeciwnościami losu. Które są zagubione i nie wiedzą gdzie szukać światła. Którym życie rzuca pod nogi kłody, a nie zawsze są siły, by je przeskoczyć. Tak bym chciała rozlać na świecie morze pokoju, miłości, zdrowia i szczerości. Żeby ludzie nie musieli płakać, tęskniąc za przeszłością i bliskimi. Żeby nie musieli się bać, stojąc w obliczu śmierci. Żeby nie musieli myśleć o tym, ile warte jest życie. Tak bym chciała móc rozbudzić w innych miłość, która mieszka w moim sercu. Tak bym chciała”.
„Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece, jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego, co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Fragment ebooka Magda, miłość i rak - Alina Mrowińska

Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o.

ul. Ka­ro­wa 31a, 00-324 War­sza­wa

tel. 22 312 37 12

Dział han­dlo­wy:

han­dlo­wy@zwier­cia­dlo.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o., War­sza­wa 2013

Text © co­py­ri­ght by Ali­na Mro­wiń­ska 2013

Pho­tos and Text © co­py­ri­ght by Bar­tek Pro­ko­po­wicz, 2013

W książ­ce zo­sta­ły za­miesz­czo­ne ob­szer­ne frag­men­ty blo­ga Mag­da­le­ny Pro­ko­po­wicz.

Re­dak­cja: Me­lanż

Ko­rek­ty: Mo­ni­ka Kre­sa, Agniesz­ka Ry­tel / Me­lanż

Pro­jekt okład­ki oraz pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny: Na­ta­lia Ba­ra­now­ska /ma­nu­ka­stu­dio.pl

Skład: Plu­part

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Mag­da­le­na Cho­rę­ba­ła

Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski

Zdję­cia

Bar­tek Pro­ko­po­wicz

Ja­cek Po­rem­ba

Ar­chi­wum Bart­ka Pro­ko­po­wi­cza / Je­re­mi Pro­ko­po­wicz

ISBN: 978-83-63014-72-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

„Nie mogę na­cie­szyć się ma­jem. Jest tak pięk­ny, ko­lo­ro­wy, cie­pły, sło­necz­ny, ko­ją­cy, wy­jąt­ko­wy. To naj­pięk­niej­szy mie­siąc. Bez, kon­wa­lie, brat­ki, ma­gno­lie. CUD NA­TU­RY!

Uwiel­biam swój mały ogród przed do­mem, mam ocho­tę do­sa­dzać w nim ko­lo­ry i ma­lo­wać nimi jak na płót­nie. Co­dzien­nie wsta­ję o 4 rano i słu­cham kon­cer­tu pta­ków. OBŁĘD­NE! Mam tyle ener­gii, że mo­gła­bym obiec kulę ziem­ską jed­nej nocy. Gło­wa ro­śnie od kre­atyw­nych po­my­słów. Tak ko­cham świat, ży­cie, lu­dzi, na­tu­rę, zwie­rzę­ta. Sta­ram się ro­bić wszyst­ko wol­niej, aby za­uwa­żyć ży­cie wo­kół mnie. W każ­dej mi­nu­cie na­po­ty­kam na coś nie­zwy­kłe­go… Pięk­na roz­mo­wa lu­dzi, na­pis gdzieś niby nic nie­zna­czą­cy, a jed­nak sym­bo­licz­ny, twarz czło­wie­ka na­ry­so­wa­na przez po­ła­ma­nia pły­ty chod­ni­ko­wej, pięk­ny ma­te­riał na su­kien­ce, ko­lo­ro­we pa­znok­cie. Je­stem to­tal­nie odu­rzo­na ma­jem!!! Ko­cham pa­trzeć na mo­je­go syn­ka bie­ga­ją­ce­go po po­dwór­ku, je­stem taka dum­na, jak jeź­dzi na ro­we­rze. Przy­bie­ga do mnie rano, krzy­cząc: »Ma­mu­siu, szyb­ko chodź, słoń­ce już cze­ka na nas!«. Sa­dzi­my ra­zem kwiat­ki. Uwiel­bia się an­ga­żo­wać we wszyst­ko. Te­raz pla­nu­je­my za­sa­dze­nie sło­necz­ni­ków i po­zio­mek. Jak uro­sną, osza­le­je­my ze szczę­ścia. Ta­kie oto wy­star­cza mi ży­cie – pro­ste, nor­mal­ne, co­dzien­ne. Ca­łu­ję ma­jo­wo i ślę WAM moc!”.

To ostat­ni wpis Mag­dy Pro­ko­po­wicz na jej blo­gu – 10 maja 2012 roku… Zmar­ła kil­ka ty­go­dni póź­niej, 22 czerw­ca…

Też był pięk­ny dzień, cie­pły, sło­necz­ny. Mag­da wie­dzia­ła, że chcę na­szą książ­kę roz­po­cząć wpi­sem z 10 maja. Wte­dy jesz­cze, kie­dy o tym roz­ma­wia­ły­śmy, mia­łam na­dzie­ję, że nie bę­dzie ostat­ni.

Mag­da ode­szła, ale to nie jest smut­na książ­ka. To książ­ka o pięk­nym, mą­drym, do­brym ży­ciu, o cie­sze­niu się każ­dą chwi­lą. Mag­da w cza­sie cho­ro­by za­ko­cha­ła się, wy­szła za mąż, uro­dzi­ła syn­ka, za­ło­ży­ła Fun­da­cję Ra­kˈnˈRoll. Wy­graj ży­cie! Po­mo­gła wie­lu lu­dziom.

Rok po jej śmier­ci spo­tka­łam się z Dag­ma­rą Za­łuż­ną, mło­dą ko­bie­tą, któ­ra bra­ła udział w me­ta­mor­fo­zach Mag­dy „Nie po to ku­pi­łam su­kien­kę, żeby umrzeć”. Wie­lo­krot­nie wi­dy­wa­ły się i roz­ma­wia­ły w po­cze­kal­niach Cen­trum On­ko­lo­gii. Usły­sza­łam od Dag­ma­ry: „Mag­da przy­po­mi­na­ła mi hymn o mi­ło­ści. Była cier­pli­wa, nie za­zdro­ści­ła, nie szu­ka­ła po­kla­sku, wszyst­ko zno­si­ła, we wszyst­kim po­kła­da­ła na­dzie­ję. Umia­ła słu­chać. Roz­ma­wia­jąc z czło­wie­kiem, wpa­try­wa­ła się w nie­go jak w ar­cy­dzie­ło. Była bar­dzo na­tu­ral­na, nie było w niej nuty fał­szu. Czę­sto roz­ma­wia­ły­śmy o tym, jak so­bie ra­dzić z co­dzien­no­ścią w cho­ro­bie i o tym, jak prze­trwać w CO i nie zwa­rio­wać. Ba­łam się, że po śmier­ci Mag­dy bę­dzie mi jej bra­ko­wać. Ale nie bra­ku­je… Jest tak samo bli­sko, jak była za ży­cia”.

DEKALOG MAGDY

  ba­daj się! Dzię­ki ba­da­niom moż­na wy­kryć raka w bar­dzo wcze­snym sta­dium.

  rak to nie wy­rok!

  wszyst­ko jest in­dy­wi­du­al­ne – prze­bieg cho­ro­by oraz skut­ki le­cze­nia, więc nie myśl od razu o naj­gor­szym i nie bierz do sie­bie opo­wie­ści in­nych cho­rych. Na­wet po che­mio­te­ra­pii mo­żesz czuć się świet­nie.

  me­dy­cy­na kon­wen­cjo­nal­na jest pod­sta­wą w le­cze­niu raka!

  znajdź do­bre­go le­ka­rza – ta­kie­go, któ­ry za­pew­ni Ci po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Kto szu­ka, ten znaj­dzie!

  za­się­gnij opi­nii in­nych. Py­taj wszyst­kich o róż­no­rod­ne kon­tak­ty. Masz pra­wo py­tać swo­je­go on­ko­lo­ga o wszyst­ko, co Cię in­te­re­su­je i mar­twi. Nie za­do­wa­laj się dia­gno­zą in­ter­ni­sty, uro­lo­ga, chi­rur­ga, ne­fro­lo­ga, ani ni­ko­go, kto nie jest spe­cja­li­stą w le­cze­niu raka. Je­że­li masz raka – idź do on­ko­lo­ga. Nie ucie­kaj od cho­ro­by, spraw­dzaj i kon­sul­tuj wy­ni­ki ba­dań, rób ba­da­nia kon­tro­l­ne. Py­taj, szu­kaj, drąż. Bądź go­tów do wiel­kich zmian. Może od razu tego nie po­czu­jesz, ale z cza­sem oka­że się, że są to zmia­ny na lep­sze.

  dbaj o swój wy­gląd, nadal je­steś czło­wie­kiem! Ru­szaj się – co­dzien­nie cho­ciaż spa­cer lub ba­sen.

  je­steś tym, co jesz. Za­sa­da nu­mer je­den: zero cu­kru! Za­sa­da nu­mer dwa: przede wszyst­kim owo­ce i wa­rzy­wa.

  nie od­trą­caj ro­dzi­ny i bli­skich. Szu­kaj wspar­cia, ko­rzy­staj z po­mo­cy psy­cho­on­ko­lo­ga lub in­nych form te­ra­pii. Two­ja kon­dy­cja psy­chicz­na jest bar­dzo waż­na.

  pa­mię­taj, że je­steś naj­waż­niej­szy, ko­chaj sie­bie. Brzmi ba­nal­nie, ale czy­ni cuda. Myśl po­zy­tyw­nie i uśmie­chaj się sze­ro­ko, mo­żesz być szczę­śli­wy na­wet z ra­kiem! Żyj dniem dzi­siej­szym. To, co było, mi­nę­ło, a co bę­dzie – tego nie wie nikt. Ciesz się ży­ciem, nadal ży­jesz! Dzię­kuj Wszech­świa­to­wi, Bo­skiej Mocy, Anio­ło­wi za każ­dy dzień.

ŁEB DO SŁOŃ­CA!

MAGDA, MIŁOŚĆ I RAK ROZMOWY Z MAGDĄ PROKOPIEWICZ

Paź­dzier­ni­ko­wy, po­chmur­ny wie­czór. Cze­kam w re­stau­ra­cji na Mag­dę Pro­ko­po­wicz. Ma być bo­ha­ter­ką mo­je­go fil­mu do­ku­men­tal­ne­go. Wczo­raj rano za­dzwo­nił An­drzej Fi­dyk i po­wie­dział, że ma dla mnie nie­zwy­kłą hi­sto­rię na film. Wie­czo­rem za­dzwo­ni­łam do Mag­dy, a za chwi­lę się spo­tka­my. Wiem, że za kil­ka dni skoń­czy trzy­dzie­ści lat, że od kil­ku lat cho­ru­je na obu­stron­ne­go raka pier­si i że w cza­sie cho­ro­by za­ko­cha­ła się, wy­szła za mąż i uro­dzi­ła syn­ka Le­osia.

Wiem też, że jest bar­dzo pięk­na. I że od kil­ku mie­się­cy zma­ga się z prze­rzu­ta­mi do wą­tro­by i ko­ści. O czym bę­dzie ten film?

O od­cho­dze­niu, że­gna­niu się z ży­ciem, o wszyst­kim, co naj­waż­niej­sze… Tak to so­bie wy­obra­żam.

Mag­da dzwo­ni, że chwi­lę się spóź­ni, bo wra­ca z che­mio­te­ra­pii w Ka­to­wi­cach. Nie mogę w to uwie­rzyć. Co ona mówi? Po che­mii sama pro­wa­dzi sa­mo­chód? Prze­cież lu­dzie wte­dy nie mają siły na nic. Mój przy­ja­ciel, kie­dy brał che­mię, przez kil­ka dni po wle­wie z tru­dem wsta­wał z łóż­ka, nic nie jadł, nie chciał ni­ko­go wi­dzieć i mó­wił, że czu­je się tak, jak­by wła­śnie umie­rał.

Wcho­dzi Mag­da – pięk­na, peł­na ener­gii, uśmiech­nię­ta. I już wiem, że to nie bę­dzie film o od­cho­dze­niu. To bę­dzie film o ży­ciu, o ra­do­ści z każ­dej chwi­li i o na­dziei… I tak wła­śnie za­pa­mię­ta­łam Mag­dę z tam­tej pierw­szej roz­mo­wy. Taką ja­sną. Mia­ła nie­zwy­kłe, mą­dre oczy… Uważ­nie słu­cha­ła.

Tam­te­go wie­czo­ru po­je­cha­ły­śmy do jej domu. Nie­spiesz­nie roz­ma­wia­ły­śmy, po­pi­ja­jąc zie­lo­ną her­ba­tę. W pew­nym mo­men­cie Mag­da zdję­ła pe­ru­kę. I zro­bi­ła to tak na­tu­ral­nie, że nie po­czu­łam naj­mniej­sze­go skrę­po­wa­nia. Po­ka­za­ła mi ogrom­ne tek­tu­ro­we pu­dło z na­pi­sem „Skar­by Ma­dzi”. Po­wo­li wyj­mo­wa­ła po­ła­ma­ne lal­ki, plu­szo­we­go mi­sia bez nogi, małą ma­szy­nę do szy­cia, ja­kieś skraw­ki ma­te­ria­łu, zdję­cia nie­ży­ją­cych ro­dzi­ców. Czu­łam, że ra­zem wy­ru­sza­my w nie­zwy­kłą po­dróż. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, jak wie­le mą­drych, pięk­nych ko­biet wal­czą­cych z ra­kiem po­znam dzię­ki Mag­dzie. I jak nie­zwy­kłą lek­cję ży­cia od Nich i od Niej do­sta­nę.

Zo­sta­ły mi dwa zdję­cia ro­dzi­ców. I gra­na­to­wy, weł­nia­ny płaszcz mamy

Nie do koń­ca pa­mię­tam mo­ich ro­dzi­ców. Mia­łam czter­na­ście lat, kie­dy zmarł tata. Pięć lat póź­niej ode­szła mama. Obo­je cho­ro­wa­li na raka. Dużą część swo­je­go dzie­ciń­stwa spę­dzi­łam u ro­dzi­ców w szpi­ta­lu. Mama le­czy­ła się przez sie­dem lat na raka pier­si z prze­rzu­ta­mi. Pa­mię­tam, jak bar­dzo się mę­czy­ła. Źle zno­si­ła cho­ro­bę, che­mię, na­świe­tla­nia, ope­ra­cje. Była w fa­tal­nym sta­nie psy­chicz­nym. Cały czas smut­na, za­pła­ka­na. Wsty­dzi­ła się sie­bie, tego, że jest cho­ra, że źle wy­glą­da. Nie oglą­da­ła w ogó­le swo­ich daw­nych zdjęć, nie chcia­ła pa­trzeć na sie­bie zdro­wą. Cią­gle za­da­wa­ła py­ta­nie: „Dla­cze­go coś tak strasz­ne­go mnie spo­tka­ło?”… Nie wie­rzy­ła, że wy­zdro­wie­je. Pra­wie nie wy­cho­dzi­ła z domu.

Mia­ła dni, kie­dy w ogó­le nie wsta­wa­ła z łóż­ka. Mil­czą­ca, po­grą­żo­na w swo­ich my­ślach. Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co się z nią dzie­je. Przez te wszyst­kie lata pra­wie jej ze mną nie było. Cho­ro­ba mi ją za­bra­ła. Tak bar­dzo chcia­łam ma­mie po­móc, ale nie po­tra­fi­łam... Pa­mię­tam, jak wy­my­ka­łam się z domu, sia­da­łam na wiel­kich scho­dach przed Ju­ven­tu­sem i spi­sy­wa­łam na ma­łych kar­tecz­kach swo­je my­śli: „Mała szcze­li­na, przez któ­rą ucie­ka po­wie­trze, cią­gle za­mknię­ta”, „Mi­lio­ny szkieł spa­da­ją z nie­ba, wszyst­ko roz­ry­wa­ją, tym ra­zem prze­szko­dą sta­ły się ludz­kie ser­ca”...

Bar­dzo by­łam sa­mot­na. Ni­ko­mu nie mó­wi­łam, jak jest mi cięż­ko. Ży­li­śmy w bied­nym domu. Mama, kie­dy jesz­cze mo­gła, w dzień sprzą­ta­ła, a no­ca­mi do­ra­bia­ła szy­ciem. Tak bar­dzo chcia­łam, żeby kie­dyś mo­gła od­po­cząć, po­je­chać w góry. Za­wsze o tym ma­rzy­ła. I o pięk­nych, no­wych bu­tach.

Mama Mag­dy

„Pa­mię­tam, jak bar­dzo się mę­czy­ła. Źle zno­si­ła cho­ro­bę”.

Tata Mag­dy

„Mia­łam czter­na­ście lat, kie­dy umarł tata”.

1984, mała Mag­da

„Nie do koń­ca pa­mię­tam mo­ich ro­dzi­ców”.

Ostat­nie ty­go­dnie ży­cia mamy były naj­gor­sze. Kil­ka razy dzien­nie po­da­wa­li­śmy jej z bra­tem mor­fi­nę. Mia­ła już wte­dy zwi­dy, oma­my, nie była sobą... Kie­dy na krót­kie chwi­le wra­ca­ła do przy­tom­no­ści, pła­ka­ła, że to już ko­niec. A ja nadal wie­rzy­łam, że to nie­moż­li­we, żeby sta­ło się coś złe­go. No i się sta­ło…

Zo­sta­ły mi dwa zdję­cia ro­dzi­ców, ślub­ne i por­tre­to­we. I gra­na­to­wy, weł­nia­ny płaszcz mamy, któ­ry bar­dzo lu­bię no­sić. Tyl­ko tyle…

Przez dzie­sięć lat z ni­kim nie roz­ma­wia­łaś o śmier­ci ro­dzi­ców.

Nie po­tra­fi­łam. Za­mknę­łam ich śmierć gdzieś bar­dzo głę­bo­ko. Przy­sy­pa­łam. Nie chcia­łam, nie umia­łam mó­wić o tym, co się zda­rzy­ło, co czu­ję. Za bar­dzo bo­la­ło. Ja na­wet nie po­zwa­la­łam so­bie na my­śle­nie o nich. Kie­dy na­gle po­ja­wia­ło się ja­kieś wspo­mnie­nie, czu­łam strasz­ny ból. I pust­kę. Kie­dy ktoś py­tał mnie o ro­dzi­ców, lo­do­wa­to od­po­wia­da­łam: „Umar­li”… I mo­dli­łam się w du­chu, żeby nie pa­dło na­stęp­ne py­ta­nie. Przez wie­le lat tak na­praw­dę nie prze­ży­łam ich śmier­ci. Ostat­nio dużo my­ślę o ma­mie, czę­sto cho­dzę w jej płasz­czu. Mo­głam ci po­ka­zać jej zdję­cia. A jesz­cze nie­daw­no sama nie chcia­łam ich oglą­dać.

Ro­dzi­ce

„Kie­dy na­gle po­ja­wia­ło się ja­kieś wspo­mnie­nie, czu­łam strasz­ny ból”.

Rak zna­czył dla mnie śmierć

Jak do­wie­dzia­łaś się, że masz raka?

Rano bra­łam prysz­nic i zna­la­złam na pra­wej pier­si ma­lut­ki gu­zek. Po­czu­łam po­twor­ny strach. Pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, że to coś bar­dzo złe­go. Za­dzwo­ni­łam do bra­ta. Kie­dy je­cha­łam na ba­da­nia do szpi­ta­la, strasz­nie pła­ka­łam, by­łam prze­ra­żo­na. Nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go dnia. Wszyst­ko dzia­ło się bar­dzo szyb­ko.

Mam­mo­gra­fia, biop­sja, już na trze­ci dzień ope­ra­cja. Wte­dy jesz­cze nie było wia­do­mo, czy to jest no­wo­twór zło­śli­wy, czy może ja­kiś włók­niak. Po­cie­sza­no mnie, że to na pew­no nic groź­ne­go, że je­stem za mło­da, żeby mieć raka. Nie­ste­ty, ba­da­nie śród­o­pe­ra­cyj­ne po­ka­za­ło, że mam raka… Wy­cię­to tyl­ko gu­zek, oszczę­dzo­no pierś. Ale ko­lej­ne ba­da­nia nie przy­nio­sły do­brych in­for­ma­cji. Rak miał naj­wyż­szy sto­pień zło­śli­wo­ści – G3. Za­raz po wy­go­je­niu ran zro­bi­łam mam­mo­gra­fię i oka­za­ło się, że w dru­giej pier­si też mam raka, roz­sia­ne­go… Wy­da­wa­ło mi się, że rak jest już w ca­łym moim cie­le, że nie ma ani jed­ne­go wol­ne­go miej­sca, w któ­rym by się nie roz­py­chał. Po­że­rał mnie. A ja nie mo­głam go za­trzy­mać.

Mia­łaś wte­dy nie­speł­na 27 lat. Pa­mię­tasz swo­je emo­cje?

Bar­dzo do­kład­nie. Jak za­trzy­ma­ne w ka­drze… Czu­łam złość, żal, nie­do­wie­rza­nie. Mnó­stwo róż­nych skłę­bio­nych emo­cji. Prze­cho­dzi­łam z agre­sji do po­ko­ry, z pła­czu do śmie­chu.

Kie­dy le­karz po­wie­dział, że mu­szę da­lej się le­czyć, że cze­ka mnie obu­stron­na ma­stek­to­mia, a po niej che­mio­te­ra­pia i na­świe­tla­nia, by­łam za­ła­ma­na. A jesz­cze usły­sza­łam, że­bym po­mo­cy szu­ka­ła gdzie in­dziej, bo tu, w Ło­dzi, już nic nie mogą… Pa­mię­tam swo­je prze­ra­że­nie, nie­moc. Ta­kie odrę­twie­nie, jak­bym na­gle zna­la­zła się w ja­kimś od­re­al­nio­nym świe­cie. Jak­bym oglą­da­ła film z sobą w roli głów­nej. Nie, nie z sobą. Mnie ktoś grał. A ja pa­trzy­łam. Czu­łam się kom­plet­nie za­gu­bio­na. Ucie­ka­łam od pro­ble­mu, łu­dzi­łam się, że może trze­ba zro­bić ko­lej­ne ba­da­nia. któ­re po­ka­żą, że jed­nak nie mam raka.

Cały świat mi się za­wa­lił. Dla mnie rak zna­czył ko­niec, wy­rok śmier­ci. Chcia­łam jak naj­da­lej uciec od le­ka­rzy, szpi­ta­la. Scho­wać się gdzieś, ukryć. Od­cza­ro­wać rze­czy­wi­stość.

My­śla­łaś wte­dy o swo­ich ro­dzi­cach, o tym, że im się nie uda­ło?

To była pierw­sza myśl, któ­ra po­ja­wi­ła mi się w gło­wie. Mama pod­ję­ła wal­kę i umar­ła. To była dro­ga przez mękę. Sie­dem dłu­gich, strasz­nych lat, któ­re ko­ja­rzy­ły mi się tyl­ko z cier­pie­niem. By­łam prze­ko­na­na, że bez wzglę­du na to, czy będę się le­czyć, czy nie, ko­niec bę­dzie taki sam. A być może, jak pod­dam się le­cze­niu, dłu­żej będę się mę­czyć. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak mó­wi­łam ma­mie, że bę­dzie do­brze...

Ża­den z le­ka­rzy mi nie po­wie­dział, że prze­cież od śmier­ci mamy mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat i me­dy­cy­na jest już w zu­peł­nie in­nym miej­scu.

Mój przy­ja­ciel od ośmiu mie­się­cy cho­ru­je na raka płuc. Prze­szedł kil­ka ope­ra­cji, kil­ka kur­sów che­mii i na­świe­tlań. M. cały czas pra­cu­je, nie pod­da­je się. Na­wet kie­dy ma roz­le­głe prze­rzu­ty do wą­tro­by mówi mi: „Wyj­dę z tego”. Nig­dy nie chce roz­ma­wiać o cho­ro­bie. Kie­dy jest już bar­dzo źle, czy­tam mu w szpi­ta­lu ga­ze­ty.

Wszyst­ko go in­te­re­su­je, za pół roku pla­nu­je wy­jazd na wa­ka­cje do Pro­wan­sji. A ja wi­dzę, że cho­ro­ba dra­ma­tycz­nie po­stę­pu­je, że to kwe­stia może ty­go­dni, a może dni…

Na trzy dni przed śmier­cią chce ze mną roz­ma­wiać o wy­bo­rach pre­zy­denc­kich w Sta­nach, któ­re wła­śnie trwa­ją. Roz­ma­wia­my i przez chwi­lę czu­ję po­twor­ną nie­zręcz­ność, ja­kiś strasz­ny fałsz, że w tym mo­men­cie mó­wi­my o czymś tak nie­istot­nym.

Tak ła­twiej mu od­cho­dzić… Za­bi­ja świa­do­mość, że to już… Moc­no wie­rzę, że prze­cież za­wsze jest miej­sce na cud… Ale go nie zo­ba­czę…

Za mie­siąc moja mama ma na­wrót raka, po je­de­na­stu la­tach spo­ko­ju. W dru­giej pier­si, roz­sia­ny, wy­ka­za­ła go do­pie­ro mam­mo­gra­fia ce­lo­wa­na. A już za­po­mnia­ły­śmy, że kie­dyś była cho­ra.

Wszyst­ko dzie­je się bar­dzo szyb­ko. Am­pu­ta­cja dru­giej pier­si, cze­ka­nie na wy­ni­ki. Czu­ję, że za­pa­dam się w so­bie. Chy­ba naj­gor­sze jest to cze­ka­nie… Ale kie­dy oka­zu­je się, że to tyl­ko miej­sco­wy na­wrót, że nie ma od­le­głych prze­rzu­tów, wę­zły chłon­ne są czy­ste, wca­le nie czu­ję ulgi. Pa­nicz­nie się boję. Bez prze­rwy my­ślę: „A je­że­li za mie­siąc oka­że się, że prze­rzu­ty jed­nak są…”.

Nie po­tra­fię na ni­czym in­nym się sku­pić. Rak jest cały czas w mo­jej gło­wie. Strasz­nie się roz­py­cha. Ży­cie stra­ci­ło bar­wy, sma­ki.

Któ­re­goś ran­ka sto­ję przed lu­strem w ła­zien­ce i ze zdu­mie­niem wi­dzę, że mam ciem­ne wło­sy. Co się dzie­je? Prze­cież je­stem blon­dyn­ką! Po chwi­li do­cho­dzi do mnie, że świat wo­kół stał się czar­no- bia­ły. Ja na­praw­dę nie wi­dzę ko­lo­rów! Na­wet ob­ra­zy na ścia­nach sta­ły się czar­no-bia­łe. Opo­wia­dam o tym Mag­dzie. Nic nie mówi, tyl­ko mnie przy­tu­la. Idzie­my ra­zem do Cen­trum On­ko­lo­gii.

Na sali z mamą leżą dwie ko­bie­ty w śred­nim wie­ku. Cho­ru­ją w sa­mot­no­ści. Mo­ni­ka – ze środ­ko­we­go łóż­ka –  opo­wia­da nam, że mąż, dzie­ci i przy­ja­cie­le my­ślą, że jest te­raz na Wy­spach Ka­na­ryj­skich. Po­wie­dzia­ła im, że musi po­je­chać sama, żeby wresz­cie so­lid­nie od­po­cząć. A ona wczo­raj mia­ła ope­ra­cję wy­cię­cia guza z pra­wej pier­si. Mar­twi się tyl­ko, jak to da­lej ukry­je, je­że­li bę­dzie mu­sia­ła mieć ma­stek­to­mię, che­mię…

Słu­cham zdu­mio­na, nie do­wie­rzam. A za chwi­lę sły­szę, że Ewa – ład­na blon­dyn­ka, któ­ra leży przy oknie – przez trzy lata po tym, jak do­wie­dzia­ła się, że ma raka pier­si, nic z tym nie ro­bi­ła. Scho­wa­ła wy­ni­ki głę­bo­ko do szu­fla­dy i sta­ra­ła się o nich za­po­mnieć. Po­szła do le­ka­rza, kie­dy bóle krę­go­słu­pa były tak do­tkli­we, że z tru­dem mo­gła cho­dzić. Wy­pie­ra­ła myśl, że to może mieć zwią­zek z nie­le­czo­nym ra­kiem. Dziś ma prze­rzu­ty do wszyst­kich ko­ści, z tru­dem sia­da na łóż­ku, do­sta­je che­mię pa­lia­tyw­ną.

Idzie­my z Mag­dą do bu­fe­tu na her­ba­tę. Nie mogę prze­stać o tym my­śleć, jak moż­na samą sie­bie oszu­ki­wać przez trzy lata. Trzy dni, trzy ty­go­dnie – tak, ale trzy lata…

Wolę umrzeć szyb­ciej, ale z po­czu­ciem spo­ko­ju

Po­szłaś do ga­bi­ne­tu me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej. Wie­rzy­łaś, że tam Ci po­mo­gą?

Wsty­dzi­łam się tej ir­ra­cjo­nal­no­ści, ale tak było. Chcia­łam się ra­to­wać, żyć, szu­ka­łam schro­nie­nia jak za­gu­bio­ny, prze­ra­żo­ny zwie­rzak. Wte­dy już pra­co­wa­łam w War­sza­wie, gdzieś w cen­trum zna­la­złam ga­bi­net me­dy­cy­ny chiń­skiej. Każ­de­go dnia, oprócz nie­dzie­li, wsta­wa­łam o pią­tej rano, żeby na szó­stą do­je­chać na bar­dzo bo­le­sne ma­sa­że. Gło­dzi­łam się ty­go­dnia­mi, bo pa­nie mó­wi­ły, że gło­dów­ki mnie prze­czysz­czą i wy­su­szą raka. Ja, ra­cjo­na­list­ka, głę­bo­ko w to wie­rzy­łam. A może uda­wa­łam sama przed sobą, że wie­rzę… Ro­bi­łam so­bie le­wa­ty­wy, ły­ka­łam róż­ne dziw­ne ta­blet­ki, pi­łam zio­ła. Wła­ści­wie nie wie­dzia­łam, co bio­rę.

Mó­wio­no Ci, że na pew­no wy­zdro­wie­jesz?

Do­sta­łam na­dzie­ję, roz­mo­wę, cie­pło, po­cie­sze­nie. Na­zy­wa­no mnie „cu­dow­ną Ma­dzią”. Mó­wio­no, że wyj­dę z raka. Czu­łam, że je­stem dla ko­goś waż­na, że ktoś mnie ro­zu­mie. Tego nie zna­la­złam w szpi­ta­lach. Ża­den le­karz tak na­praw­dę ze mną nie roz­ma­wiał, ni­cze­go mi nie wy­ja­śnił. Wcho­dzi­łam na kil­ka mi­nut do ga­bi­ne­tu i sły­sza­łam: „Naj­pierw obu­stron­na ma­stek­to­mia, a póź­niej che­mio­te­ra­pia i na­świe­tla­nia”. A mnie to wszyst­ko ko­ja­rzy­ło się wy­łącz­nie z wy­cień­cze­niem or­ga­ni­zmu i po­wol­nym umie­ra­niem. Pa­mię­tam, jak w Cen­trum On­ko­lo­gii cze­ka­łam kie­dyś w ko­lej­ce do le­ka­rza pięć go­dzin. Pięć go­dzin wśród cier­pie­nia in­nych lu­dzi… A po­tem pięć mi­nut w ga­bi­ne­cie… Po­my­śla­łam wte­dy: „Wolę umrzeć szyb­ciej, ale z po­czu­ciem spo­ko­ju, ho­no­rem i god­no­ścią”.

Le­czy­łaś się w ga­bi­ne­cie me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej aż pół­to­ra roku. Przez ten czas nie ro­bi­łaś so­bie żad­nych ba­dań?

Cały czas kon­tro­lo­wa­łam krew, ro­bi­łam mam­mo­gra­fię. Nic złe­go się nie dzia­ło. Ale gdzieś tak po roku za­czę­łam cho­dzić do ga­bi­ne­tu co­raz rza­dziej. Samo miej­sce za­czę­ło mi się wy­da­wać ab­sur­dal­ne. Do­pie­ro po tak dłu­gim cza­sie to za­uwa­ży­łam. W trzech ro­gach du­że­go po­ko­ju sie­dzia­ły ko­bie­ty, któ­re koł­ka­mi ma­so­wa­ły lu­dziom sto­py. Na środ­ku sta­ły dwie ka­na­py, na któ­rych cze­ka­li ko­lej­ni pa­cjen­ci. Wszy­scy wszyst­ko wi­dzie­li, re­ago­wa­li na krzy­ki, bo ma­sa­że spra­wia­ły ogrom­ny ból. Któ­re­goś dnia po­pa­trzy­łam na ma­su­ją­cą mnie pa­nią Jolę i wy­da­ła mi się ja­kimś dia­błem albo klow­nem. Po­my­śla­łam: „Co ja tu ro­bię?”. Wkrót­ce zna­la­złam gu­zek w dru­giej pier­si. Już wie­dzia­łam, że jest źle, że rak się roz­wi­ja…

Umó­wi­łam się na wi­zy­tę u on­ko­lo­ga. Ale przed nią, w ja­kimś od­ru­chu pa­ni­ki, po­szłam jesz­cze do pani Joli. Jak­bym szu­ka­ła za­prze­cze­nia. Po­wie­dzia­ła mi, że bę­dzie do­brze i że na pew­no nie mam prze­rzu­tów do wę­złów chłon­nych.

Ale już pew­nie w to nie wie­rzy­łaś?

Nie, wca­le się nie uspo­ko­iłam. Na­stęp­ne­go dnia mia­łam ba­da­nie, któ­re wy­ka­za­ło, że prze­rzu­ty jed­nak są. Usły­sza­łam, że jak naj­szyb­ciej mu­szę się pod­dać obu­stron­nej ma­stek­to­mii. Po­czu­łam kom­plet­ną pust­kę, bez­sil­ność. Chy­ba na­wet więk­szą, niż kie­dy do­wie­dzia­łam się, że mam raka. Jak­bym wpa­dła w czar­ną ot­chłań, z któ­rej nie ma już wyj­ścia. Za­wio­dła me­dy­cy­na nie­kon­wen­cjo­nal­na, a ja nadal nie wie­rzy­łam, że ope­ra­cja i che­mia mają sens. My­śla­łam, że przede mną jest tyl­ko śmierć…

Nasz pierw­szy dzień zdję­cio­wy. Je­dzie­my z Mag­dą na che­mio­te­ra­pię do szpi­ta­la w Ka­to­wi­cach. Póź­niej zo­ba­czę, że Mag­da wie­lo­krot­nie zmie­nia szpi­ta­le, le­ka­rzy. Szu­ka ko­goś, kto ją zro­zu­mie, za­trzy­ma się na mo­ment, po­roz­ma­wia. Dla kogo nie bę­dzie tyl­ko ra­kiem pier­si, ale czło­wie­kiem. Mówi, że czę­sto ma wra­że­nie, jak­by z chwi­lą za­cho­ro­wa­nia lu­dzie prze­sta­wa­li mieć swo­ją toż­sa­mość, a sta­wa­li się je­dy­nie przy­pad­ka­mi raka w wiel­kiej szpi­tal­nej ma­chi­nie. Żar­tu­je, że nie­któ­rzy le­ka­rze pew­nie wo­le­li­by wi­dzieć same wy­ni­ki, a pa­cjent do ni­cze­go nie jest im po­trzeb­ny.

To nic, że musi je­chać trzy go­dzi­ny w jed­ną stro­nę. Już się cie­szy, że za chwi­lę zo­ba­czy swo­ją pa­nią dok­tor. I kie­dy wcho­dzi­my z nią i Bart­kiem do ga­bi­ne­tu, ro­zu­miem, o czym mó­wi­ła. Wi­zy­ta trwa do­bre pół go­dzi­ny. Pani dok­tor jest po­god­na, nie spie­szy się, uważ­nie słu­cha py­tań. Mówi Mag­dzie, że pięk­nie wy­glą­da i że ma nor­mal­nie żyć. Po­wta­rza to kil­ka razy – nor­mal­nie żyć. Być szczę­śli­wą ko­bie­tą, mamą, żoną. Mimo cho­ro­by. To­wa­rzy­szy­my Mag­dzie bar­dzo dys­kret­nie. Rów­nież wte­dy, kie­dy pod­łą­cza­ją jej kro­plów­kę z che­mią. Na sześć go­dzin. Wiel­ka bu­tla prze­zro­czy­ste­go pły­nu z na­pi­sem: „Mag­da Pro­ko­po­wicz”. Kro­ple wol­no spły­wa­ją do żyły.

Mag­da mówi, że wy­obra­ża so­bie wiel­ki, pięk­ny dzban ze źró­dla­ną ży­cio­daj­ną wodą, któ­ra ją oczysz­cza, wy­płu­ku­je z or­ga­ni­zmu wszel­kie tok­sy­ny i każ­dą ko­mór­kę raka. Bar­tek cały czas jest przy Mag­dzie, przy­no­si je­dze­nie, ga­ze­ty. Mówi, że te wy­jaz­dy do Ka­to­wic to ta­kie ich „wa­ka­cje od ży­cia. Zo­sta­wia­my Le­osia z nia­nią i bab­cią i nic nas nie ob­cho­dzi”.

Mi­łość od pierw­sze­go do­tknię­cia

Mi­łość była ostat­nią rze­czą o