Mafia na Wybrzeżu - Krzysztof Wójcik - ebook + książka

Mafia na Wybrzeżu ebook

Krzysztof Wójcik

4,3

Opis

Gdy w centralnej Polsce rządził Masa, na Wybrzeżu działała mafia, której krwawe zbrodnie zaowocowały słynnym procesem „klubu płatnych zabójców”. Po raz pierwszy w Polsce na sali sądowej w Gdańsku stanęła kuloodporna klatka odgradzająca niebezpiecznych przestępców od sędziego, prawników i publiczności. Zapadły surowe wyroki dożywocia.

Wśród czołowych dziennikarzy relacjonujących przebieg procesu był wtedy Krzysztof Wójcik – dziennikarz śledczy zajmujący się tematyką przestępczości, dwukrotny laureat Nagród Grand Press w kategorii news. Po latach jeszcze raz wraca do tamtych wydarzeń, rozmawia z przestępcami i mordercami – także tymi, którzy siedzą w izolatkach w najcięższym polskim więzieniu w Sztumie. Przytacza policyjne i sądowe dokumenty, opisuje największe mafijne zbrodnie w Trójmieście. A także korupcję w wymiarze sprawiedliwości, w wyniku której na 12 lat poszedł siedzieć Czesław Kowalczyk „Czester”, skazany za morderstwo, którego nie popełnił. W kwietniu 2016 roku otrzymał za to najwyższe odszkodowanie w historii naszego kraju – 3 miliony złotych.

Mafia na Wybrzeżu” to trzymająca w napięciu reporterska relacja z morderstw i zamachów na życie. Tym bardziej poruszająca, że mordował brat brata, przyjaciel przyjaciela, a były partner zlecił zabójstwo ukochanego swojej dziewczyny – zaznaczając, że najlepiej, aby odbyło się na jej oczach, by sobie dobrze zapamiętała, że bez niego nie zazna miłości i szczęścia. Mariusz Nawrocki, syn trójmiejskich lekarzy i brat znanego biznesmena Macieja, który trafił na listę stu najbogatszych Polaków „Wprost” zlecał zbrodnie tak lekko, jak się zamawia pizzę na telefon. To ostra książka dla ludzi o mocnych nerwach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt okładki:

Redaktor prowadzący: Izabella Wit-Kossowska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska

Na okładce wykorzystano zdjęcie

© Patryk Kosmider/ShutterstockMr. Nikon/Shutterstock

© for the text by Krzysztof Wójcik, 2016

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0170-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Wstęp

„Był chłop i nie ma chłopa” – tymi słowami kwituje Artur Zirajewski „Iwan” brutalne morderstwo swojego znajomego, kiedy wraz z innymi zabójcami wraca samochodem z Borów Tucholskich do Trójmiasta. Jest wiosna 1998 roku. W aucie mordercy nie mówią zbyt wiele – zabili kompletnie bezrefleksyjnie.

Pamiętam, jak kilka dni później pisałem krótką notkę do gazety o zatrzymaniu podejrzanego o morderstwo Artura Z. To był zwykły kryminałek, jakich w tamtym czasie robiło się wiele. Wtedy trup na ulicach Trójmiasta ścielił się gęsto. Kilka dni wcześniej zamaskowany morderca strzelił w głowę legendzie polskiej mafii Nikodemowi Skotarczakowi „Nikosiowi”. Wybuchają bomby przed agencjami towarzyskimi, a restauratorzy specjalnie nie kryją się z opłacaniem haraczy „chłopcom z miasta”. Tuzy Pruszkowa – „Pershing”, „Masa”, „Słowik” czy „Kajtek” – dumnie paradują z bronią w knajpach na sopockim Monciaku. Na Wybrzeżu otwierają spółkę, która ma produkować kasety z muzyką disco polo. U boku gangsterów można zobaczyć gwiazdy ekranu i sportu, razem grają w kasynach lub piją w sopockich barach.

Artur Z., bo tak o nim wówczas wszyscy pisali, jest jedynie kolejnym trybikiem w machinie zbrodni, która toczy się przez Pomorze – nikt nawet nie przypuszcza, że Zirajewski wkrótce będzie głównym świadkiem w sprawie zabójstwa komendanta głównego policji – Marka Papały. Wtedy też nikt nie kreuje go na wielkiego gangstera. Ot, kolejny lokalny zabijaka, który w białym dresie z trzema paskami zastrasza właścicieli burdeli i ściąga z nich miesięczny haracz za ochronę.

Historia gangsterska rozpoczyna się nieco później. Pamiętam, jak „Iwan” pęka w śledztwie. Krótko potem rozmawiam z ówczesnym zastępcą prokuratora okręgowego w Gdańsku – Jackiem Spytem, który nadzoruje sprawę morderstwa po zatrzymaniu Zirajewskiego. Wtedy po raz pierwszy z jego ust pada określenie „klub płatnych zabójców”. Jest jedno „ale”, prokurator zastrzega, że to „klub” wątpliwej jakości – co podkreślam w swoim tekście – bo zabójcy umawiają się na mokrą robotę jak na wypad na piwo. O profesjonalizmie znanym z filmów gangsterskich można zapomnieć, choć zwracają się do siebie per „Leon zawodowiec”.

Tytuł mojego tekstu – Klub płatnych zabójców jest jednak jednoznaczny i pod taką nazwą będzie już od tej pory funkcjonowała sprawa, która przejdzie do historii polskiej kryminalistyki. Wszystkie media podchwytują tytuł reportażu i „klub płatnych zabójców” zaczyna żyć w masowej świadomości…

Zimą 1998 roku ginie Adam Kwaśny. To zabójstwo jest zupełnie inne – typowa gangsterska egzekucja uderza tym razem nie w bandytę, ale w młodego i przystojnego trenera jeździectwa z Sopotu. Morderca strzela mu w głowę „z przyłożenia”, na oczach kochanki. Zabójstwo zlecił brat gdyńskiego milionera – „Gajowy”, któremu imponuje gangsterskie towarzystwo i próbuje się w nie wkupić. Powód jest prosty – zazdrość. „Gajowy” nie może przeżyć, że on – wielki gangster, traci wieloletnią konkubinę na rzecz jakiegoś młokosa.

„Gajowy” wpada jeszcze tego samego dnia, bo morderstwo jest przygotowane siermiężnie, zleceniodawca niespecjalnie krył się z tym, że wkrótce „odpali” miłosnego konkurenta. Zwłaszcza gdy sobie ostro popił, to cały blok wiedział, że romans może skończyć się tragicznie dla trenera. I tu się zaczyna historia…

Dwa tygodnie później antyterroryści rzucają na ziemię Czesława Kowalczyka – znajomego „Gajowego”, któremu sprzedawał tanie podróbki dresów Versace. Kochanka Kwaśnego – jedyny świadek morderstwa – zna z widzenia Kowalczyka i wskazuje go na okazaniu. Następnego dnia policja triumfuje: mamy zabójcę! Kowalczyka zamykają w kryminale.

Półtora roku później prokuratura ogłasza, że kieruje do sądu akt oskarżenia w sprawie „klubu płatnych zabójców”. Jak się czyta ten dokument, niby wszystko jest jasne: są cyngle, jest szef i jego kaprale. Do tego dochodzi sześć morderstw dokonanych z zimną krwią, kilka prób zabójstwa, porwania, podkładanie bomb i wymuszenia.

Pamiętam, jak rozmawiałem z członkami elitarnej grupy Centralnego Biura Śledczego, którzy chętnie podawali szczegóły i pseudonimy bandziorów. W większości stanowili ją byli esbecy, którzy byli pierwszym zaciągiem „polskiego FBI”.

Czołowy cyngiel bandy to według nich Ukrainiec Siergiej Sienkiv. Były esbek mówił mi: „To »Sanitariusz«, bo sprzątał śmieci, choć wygląda niepozornie, jest bezwzględny”. Wtedy nie wspomniał jednak, że Sienkiv przyjechał do Polski, bo szukał normalnej roboty, a tymczasem kumple postawili go na bramce w burdelu. Zabójca z niego żaden.

– Jak mu dałem tetetkę, to nawet nie potrafił odbezpieczyć. Po strzelaniu do jednego gościa leżał w aucie i trząsł się jak galareta. Ten chłop przyjechał do Polski zrywać truskawki, a załapał się do gangu – opowiada potem jeden z członków bandy.

– A Kowalczyk? – dopytuję superglinę.

– Czyli „Czester” – zimny drań. Twardy gość. Baba go rozpoznaje, a on do niczego się nie przyznaje – odpowiada.

Wtedy wszystko wydaje się biało-czarne. Jest groźna banda, a ścigają ją dobrzy policjanci i dzielny prokurator. Dopiero gdy wnika się w szczegóły akt, widać, że cała historia nie trzyma się kupy – jest trochę zbudowana jak domek z kart i w każdej chwili może runąć. Wtedy jednak nikt o nic nie dopytuje. Może to kwestia sytuacji, bo wówczas wiele osób obawiało się „ludzi miasta” i dlatego nikt nie mówi prokuraturze: „Sprawdzam!”.

Takie postępowanie nie do końca musi dziwić. To specyficzny czas – sam jako dziennikarz wielokrotnie otrzymywałem listy z groźbami. Śledztwa w sprawie wykrycia sprawców pogróżek oczywiście do niczego nie prowadziły. Były przypadki, że redakcję odwiedzali rośli „ludzie miasta”, którzy próbowali wytłumaczyć nam, dziennikarzom, że pisząc o bandytach, jesteśmy w błędzie. Nie dziwiła również agresja przed rozprawami sądowymi. Dziewczyny gangsterów groziły wysadzeniem redakcji. Nawet przez niektórych gloryfikowany „Nikoś”, to też był zwykły bandyta – kolegom z redakcji „Wieczoru Wybrzeża” groził wrzuceniem granatu do newsroomu. Groźby te nie były czczymi przechwałkami, bo wtedy rzeczywiście bomby wybuchały i ginęli ludzie.

Gdy członkowie „klubu” jeżdżą na okazania w sprawie zabójstwa Papały, nikt nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z najgorszymi bandziorami. Sygnał ostrzegawczy daje sąd w USA. Tamtejszy sędzia podważa zeznania Zirajewskiego, które budzą wątpliwości od samego początku.

Jednak na polskich rozprawach takiego sceptycyzmu nie ma. Pamiętam, że sam odbierałem siedzącego wówczas na ławie oskarżonych Czesława Kowalczyka jako największego twardziela w tej bandzie – wszyscy nawzajem na siebie sypali, a ten twardo do niczego się nie przyznawał i tylko milczał. Nie wiedziałem, że sędziowie mieli w aktach dowody na brak jego udziału w zbrodni, których nie wzięli pod uwagę. Po latach, gdy spotkałem się z Kowalczykiem, ten powiedział o swoim zachowaniu: „No, ale co miałem mówić, jak mnie tam nie było. Mogłem jedynie milczeć i do niczego się nie przyznawać…”.

Po osiemnastu latach od tamtych wydarzeń wychodzi, że „klubu” wcale nie było – morderstwa owszem, ale tylko w przypadku dwóch ustalono sprawców. Porachunki gangsterskie nadal nie zostały wyjaśnione, choć można się domyślać, kto stoi za zleceniami i komu się najbardziej opłacały. Teraz to i tak nieistotne, bo prawie wszyscy bohaterowie wydarzeń sprzed lat nie żyją*…

Ta historia to opis największej wpadki polskiego wymiaru sprawiedliwości w III RP, skutkującej najwyższym w Polsce odszkodowaniem – Kowalczyk za dwunastoletnią odsiadkę otrzymał trzy miliony złotych. Dwa razy został skazany – raz na dożywocie i za drugim razem na 25 lat więzienia, jednak nieprawomocnie, a przez dwanaście lat przedłużano mu areszt tymczasowy.

Sprawa „klubu” pokazuje, że czasem zdarzają się historie, gdzie wiele różnych rzeczy się zapętla i wtedy trzeba wszystkie kwestie szczegółowo wyjaśniać. Bez chłodnego spojrzenia nie ujrzy się sedna sprawy. Tu ani sędziowie, ani prokurator tego nie zrobili i kończy się to kompromitacją wymiaru sprawiedliwości. Takiej historii w Polsce do tej pory jeszcze nie było…

Krzysztof Wójcik

* Nazwiska niektórych bohaterów z przyczyn prawnych zostały zmienione. Fakty nie.

Kto jest kim

Artur Zirajewski „Iwan” – to od jego zatrzymania zaczyna się sprawa „klubu płatnych zabójców”. Zirajewski, gdy wpada, ma niespełna 27 lat. Wcześniej niewiele osób go zna, bo „Iwan” na zlecenie lokalnego watażki zajmuje się tylko ściąganiem haraczy od właścicieli burdeli. Jest agentem policji. Pierwsza ofiara ginie, bo chce to ujawnić. „Iwan” jest świetnym manipulatorem. Nawet swój pseudonim wymyśla tak, żeby dodać sobie prestiżu. Po aresztowaniu dorabia legendę do swojej przeszłości. Prawdziwą bandycką karierę zaczyna, dzięki policji, za kratkami.

Marek Ruprecht – przyjaciel „Iwana”, o cztery lata od niego starszy. Jest jego szwagrem. Ten były komandos pochodzi z Oruni. Jak sam o sobie mówi, kryminał miał wpisany w linię życia. Zna tuzów gangsterskiego półświatka – „Pershinga”, „Nikosia”, „Zachara”. Z szacunkiem wypowiadają się o nim śledczy: „Gdyby życie inaczej się potoczyło, to powinien być po drugiej stronie barykady”. Tragiczna postać.

Tomasz Nowosad – niedawno skończył 43 lata. Na sali rozpraw prezentował się w inteligenckich okularkach i miał niezłe mowy. W latach osiemdziesiątych kreował się na szefa bandy. Śledczy mówią, że to fantasta, ale z pewnością inteligentny, choć w sądzie zasłaniał się zanikami pamięci z powodu palenia zbyt dużych ilości opium.

Siergiej Sienkiv – urodzony w 1967 roku. Podobnie jak Ruprecht, tragiczna postać w tej historii. Krótko po zatrzymaniu dziennikarze spekulowali, że to płatny zabójca z doświadczeniem z Afganistanu. To nieprawda. Siergiej w wojsku był jedynie kierowcą, a do Polski trafił, szukając zwykłej roboty, jak wielu innych Ukraińców w tym czasie. Polscy gangsterzy śmiali się, że nie potrafił nawet odbezpieczyć zwykłej tetetki.

Mariusz Nawrocki „Gajowy” – gdynianin, brat milionera Macieja, który dorobił się na rublu transferowym i imporcie komputerów z Dalekiego Wschodu. „Gajowy” zna się z Ryszardem Krauzem, z którym chodził do tego samego liceum. Choć zawsze chciał być człowiekiem miasta, to „miastowi” nie traktowali go jak swojego. Bardziej liczyli na wyłudzenie kasy i oskubanie jego bogatego brata.

Andrzej Szumera „Jędrzej” – najstarszy z towarzystwa (rocznik 1955). Zwykle podczas mokrej roboty był kierowcą.

Adam Sienkiewicz „Siena” vel „Lord Vader” – były saper. Taką też pełni rolę w gangu. Poza tym kierowca Nowosada. Jeździł też na taksówce, ale z tego nie potrafił się utrzymać, więc przerzucił się na bandyterkę.

Czesław Kowalczyk „Czester” (rocznik 1967) – podobnie jak Nowosad pochodzi z Chełma Lubelskiego. Do Trójmiasta przyjeżdża za pracą. Zna kilku członków „klubu”.

Daniel Zacharzewski „Zachar” – po śmierci „Nikosia” uważany za szefa podziemia na Pomorzu. Plotkowano, że to właśnie on zlecił zamordowanie swojego pryncypała, bo najwięcej na tym zyskał.

Piotr Rydzki – bardziej znany jako „Lechia”, bo taki ma tatuaż na tyle głowy. Kompan od rozbojów „Sieny”. Wielokrotnie karany.

Zbigniew Drzewicki – kolega z podwórka „Lechii”. Zatwardziały kryminalista. Większość swojego życia spędził za kratkami. Przez szwagra poznał „Sienę”.

Nikodem Skotarczak „Nikoś” – legenda polskiej mafii samochodowej. Zamordowany w kwietniu 1998 roku.

Wiesław Kokłowski „Szwarceneger” – przyjaciel Czesława Kowalczyka. Rozstrzelany na gdańskim Przymorzu w maju 1997 roku. Na jego śmierci zyskali „Zachar” i „Nikoś”.

Ryszard Glinkowski „Tato” vel „Papierosek” – przyjaciel „Nikosia” z cinkciarskich czasów. Zastrzelony jesienią 1998 roku w Gdyni.

Piotr Sulej – znajomy „Iwana” i Ruprechta. Pierwsza ofiara klubu. To po jego śmierci na dobre rusza śledztwo.

Joanna Sulej – żona zamordowanego, przystojna blondynka. Dzięki jej odwadze zatrzymano „Iwana”.

Adam Kwaśny – młody (l. 26) trener jeździectwa i mistrz Polski w ujeżdżaniu koni. Zginął, bo był kochankiem byłej konkubiny gangstera, Iwony Ciszewskiej.

Iwona Ciszewska – tragiczna postać. Była konkubina „Gajowego”. Zakochała się w Kwaśnym. Wskazała jego mordercę.

Ryszard Paszkiewicz – prokurator. Prowadził śledztwo w sprawie „klubu”.

Rozdział I

Trzeba zabić tę miłość

Gdańsk Orunia. Droga do stadniny koni Kasperskich wije się pod górkę niczym leniwy wąż. W czasie deszczu betonowymi płytami spływa w dół gliniasta, brunatna breja, która zastyga u podnóża wzniesienia. Ale uważać trzeba tutaj zawsze, bo zaraz po skręcie z asfaltówki – traktu św. Wojciecha, samochód zaczyna najpierw podskakiwać na wielokrotnie i byle jak łatanym moście nad Radunią, a potem telepie się pod górkę po kocich łbach i płytach, co rusz wpadając w kolejne dziury.

Na zakręcie stoi stary, parterowy domek, jakich wiele na Oruni. Zamiast tabliczki z numerem ktoś nasmarował na murze grubym pędzlem koślawe metrowe cyfry: 292. Już z daleka świecą zszarzałą nieco bielą na czerwonej ceglanej ścianie.

Droga prowadzi tak blisko domu, że z jego okien można nieomal dotknąć przejeżdżających aut. W tym miejscu jest tak wąsko, że nie ma miejsca, by minęły się swobodnie dwa samochody osobowe – jeden jadący z góry, drugi wspinający się do stadniny. Odcinek przy posesji 292 to przekleństwo kierowców.

Mordercy w turkusowym aucie

Poniedziałek, 28 grudnia 1998 r. Poranek. Kilkanaście minut po 9.00. Właśnie skończył prószyć śnieg, ale choć to koniec grudnia, jest zbyt ciepło, żeby się utrzymał.

Ledwo minęły święta Bożego Narodzenia i następujący po nich weekend, więc mieszkańcy Oruni odsypiają kaca po kilkudniowej imprezie. Nic więc dziwnego, że na gliniastej drodze do stadniny Kacperskich jest prawie pusto, tylko na jej końcu stoi turkusowy peugeot 106. Z daleka widać, że ma włączony silnik – z rury unoszą się kłęby spalin. W środku siedzi dwóch barczystych mężczyzn. Ubrani w grube zimowe kurtki ledwo mieszczą się w niewielkich fotelach francuskiego autka. Przy każdym ruchu uderzają w podsufitkę wygolonymi głowami, na które założyli bejsbolówki. W samochodzie, który zwykle kupują kobiety – auto niewiele pali, a z uwagi na gabaryty można je praktycznie wszędzie zaparkować – faceci mierzący po 190 cm wyglądają komicznie. Muszą się naprawdę męczyć, bo choć fotele są już maksymalnie cofnięte, nogi mają podkurczone prawie pod brody. Nie ma mrozu, ale wewnątrz huczy ogrzewanie. Bez niego w kilka chwil zaparowałyby szyby. Kierowca i pasażer z napięciem wpatrują się w zakręt. Zaparkowali w miejscu, z którego świetnie widzą, kto akurat wjeżdża na drogę do stadniny. Kierowcą jest Zbigniew Drzewicki, a jego kompan to Piotr Rydzki.

Na Rydzkiego kumple wołają Lechia, bo na potylicy ma wielki tatuaż z emblematem ukochanego klubu. Kiedy „Lechia” nie siedzi akurat w więzieniu, uwielbia bić się na klubowych ustawkach z każdym, kto wydaje mu się wrogiem biało-zielonych. Na stadionie i na ulicy nie cofnie się także wtedy, gdy trzeba przywalić deską lub kamieniem jakiemuś psu, bo policjantów nienawidzi już od dziecka, na równi z kibolami Arki Gdynia. Jego kumpel Zbyszek Drzewicki to typ bandyckiego cwaniaka. W przeciwieństwie do milczącego kumpla gada prawie bez przerwy. Jest nieco niższy, ale równie tęgi. Mieszka kilka ulic dalej od „Lechii” i obaj właściwie znają się od dziecka. Do kumpla z dzieciństwa ma pełne zaufanie i dlatego wspólnie dokonują wielu rozbojów.

Dwójce z peugeota trafiła się robota życia – za chwilę staną się zawodowymi kilerami. Wcześniej były tylko kradzieże i rozboje, a teraz za „odpalenie chłopa” mają dostać do podziału 10 tysięcy dolarów na głowę. Takiej forsy na oczy nie widzieli. I choć robotę wzięli głównie dlatego, że skończyła im się kasa z włamań, to wiedzą, że równocześnie z jej zakończeniem w półświatku przeskoczą do wyższej ligi. Dla nich to duża sprawa, może ważniejsza nawet od pieniędzy.

„Lechia”, czekając na ważny telefon, nerwowo przerzuca z ręki do ręki porysowaną nokię. Sfatygowany aparat dostał chwilę wcześniej od „Sieny”, kumpla od rozbojów. „Sienie” wstyd było się przyznać, ale nie miał pieniędzy, żeby doładować konto w swoim aparacie, więc zamienili się na telefony.

Zdaniem „Lechii” plan morderstwa jest świetny. Jedynym łącznikiem między nimi a zleceniodawcą jest „Siena”, a że z nim mają na koncie wspólne napady, więc trzymają sztamę i nie ma niebezpieczeństwa wsypy.

To „Siena” godzinę wcześniej wyprowadza im ze swojego garażu na Niedźwiedniku turkusowego peugeota. „Lechia” nie wie, skąd go wytrzasnął, ale to go nie obchodzi. Tak jak się wcześniej umówili, po auto przyjeżdżają z Drzewickim. Teraz jednak peugeot irytuje „Lechię”.

– Co to, kurwa, jest? Tym czymś mamy jechać na zlecenie – denerwuje się. – Przecież to słabizna. Jak trzeba będzie uciekać przed psami, to nie damy rady.

Peugeot, tak samo jak tablice rejestracyjne, jest kradziony. Blachy tuż przed robotą załatwia Drzewicki. Dla niego to nic nowego. W nocy idzie na spacer po Siedlcach. Znajduje uliczkę, gdzie między jednorodzinnymi domkami gasną lampy. Odkręcenie tablic ze starego malucha nie jest problemem. Wręcza je „Sienie”, a ten przytwierdza blachy do peugeota. Zanim Drzewicki i „Lechia” odjadą, cała trójka dokładnie czyści uchwyty drzwi, bagażnika i kierownicę – tak żeby gdzieś nie zostały odciski palców.

– No, paluchów chyba nie ma – filozofuje Drzewicki, gdy wyjeżdżają z „Lechią” z Niedźwiednika. Obwodnicą Trójmiasta jadą na Orunię. Miejsce oglądali już wcześniej, więc wiedzą, gdzie zaparkować. Piętnaście minut i są na drodze do stadniny.

„Lechia” nic nie mówi. Zwyczajnie nie lubi gadać. Drzewicki też milczy. Co chwila nerwowo przyciska tylko pedał gazu, a wtedy małolitrażowy silniczek zaczyna wyć na podwyższonych obrotach.

Kiedy parkują, „Lechia” się denerwuje, bo ze stadniny przez nieoszklone okno hali treningowej zerka w ich stronę jakaś dziewczyna. To Eliza, licealistka, która przygotowuje konia do treningu. Nastolatka wspomina: „Było tak chwilę po dziewiątej, gdy zobaczyłam ten turkusowy samochodzik. Niczym się nie wyróżniał, tyle że był strasznie mały. Wewnątrz siedziało dwóch mężczyzn. Pasażer miał chyba około 35 lat i blond włosy. Widziałam go tylko z profilu i raczej nie pamiętam dokładnie, jak wyglądał. Ci mężczyźni rozmawiali. W pewnym momencie, gdy patrzyłam przez okno, oni też na mnie spojrzeli. Dziwnie się poczułam”.

– Ktoś nas widzi. – „Lechia” trąca kumpla i wskazuje głową w kierunku nastolatki zerkającej przez okno. Drzewicki patrzy w jej stronę i z dezaprobatą kiwa głową, że nie jest dobrze. Za chwilę przybywa im kolejny problem, bo na polną drogę, na której stoją, wjeżdża maluch. W wąskim gardle się nie wyminą. Drzewicki klnie i wrzuca wsteczny bieg, przepuszczając nieproszonego gościa. Gdy fiat ich mija, bandyta nie wraca na miejsce postoju, ale zatrzymuje się już nieco dalej, powyżej ceglanego budynku. Nie chce, aby dłużej gapiła się na nich ta dziewczyna ze stajni. Mijają minuty i wreszcie rozbrzmiewa nieśmiertelny hymn noki. Ale to nie „Siena”, bo wyświetla się jakiś nieznany numer. „Lechia” chwilę się zastanawia, ale odbiera.

– Tak? – rzuca do słuchawki.

Po drugiej stronie cisza, ale za chwilę odzywa się niepewny głos: „Daj »Sienę«”.

Rydzki nie za bardzo wie, co odpowiedzieć. Spodziewał się, że będzie dzwonił kumpel, a nie jakiś nieznajomy. Niechętnie, ale podaje numer swojego aparatu – tego, który przekazał „Sienie”. Wie, że ten siedzi w swoim audi kilkaset metrów dalej i czeka na cynk, bo to do niego ma zadzwonić zleceniodawca morderstwa. Gdyby peugeot stał niżej, może „Lechia” zobaczyłby, jak „Siena” właśnie odbiera telefon. To dzwoni facet, z którym przed chwilą rozmawiał Rydzki i informuje go: „Jadą. Kurwa, właśnie wyjechali z Witomina”.

W tym samym czasie na stadninę Kacperskich przyjeżdża kowal – Janusz Bawer. Nie chce przedostawać się samochodem przez kałuże i spływającą glinę. Parkuje poloneza na końcu brukowanej drogi i dalej idzie czymś do złudzenia przypominającym chodnik. Z daleka widzi turkusowego peugeota, a w nim cienie dwóch postaci. To go nie dziwi. Ot, jacyś rodzice czekają, aż dziecko skończy trening. Zresztą, nie ma czasu na zastanawianie się nad gośćmi w peugeocie. W stajni czeka robota. Przed treningiem musi podkuć jeszcze dwa konie. Przyspiesza kroku i wchodzi na teren stadniny.

Na spotkanie śmierci

Kiedy Drzewicki i „Lechia” gniotą się w peugeociku, z bloku na gdyńskim Witominie wychodzą Adam Kwaśny i Iwona Ciszewska. Rozluźnieni, przytulają się do siebie i idą na pobliski strzeżony parking, gdzie Adam trzyma swoje stare audi 100.

Razem pojadą na drugi koniec Trójmiasta – o godz. 11.00 Kwaśny, który jest trenerem jeździectwa, ma zacząć zajęcia z dziećmi w stadninie Kacperskich. Obwodnicą to niespełna pół godziny, a o tej porze i dodatkowo między świętami a Nowym Rokiem może być jeszcze szybciej, bo nie będzie korków. Gdy para wsiada do audi, uliczką toczy się osobowy mercedes. Prowadzi go Mariusz Nawrocki, bardziej znany jako „Gajowy”. Ze swoim rzadkim wąsikiem i lekko przysadzistą sylwetką przypominał jakiemuś kumplowi leśniczego z czeskich filmów i ta ksywka do niego przylgnęła. „Gajowy” to były partner Ciszewskiej. Byli razem przez dwadzieścia lat. Mają dwójkę dzieci. Kilka miesięcy wcześniej Ciszewska z nim jednak zerwała. Nawrocki wyniósł się co prawda z mieszkania przy ulicy Uczniowskiej, ale wprowadził się zaledwie kilkaset metrów dalej.

Iwona dostrzega „Gajowego”, ale to ją nie dziwi, bo zobowiązał się zabrać tego dnia Ewę, ich jedenastoletnią córkę, na trening jeździecki – tyle że nie do Gdańska, a na sopocki hipodrom. Sam się zaoferował, że nie tylko ją zawiezie, ale również odwiezie potem do domu. Ciszewska dostrzega nawet córkę w samochodzie ojca. Zastanawia się tylko, czemu Mariusz tak wolno jedzie i dlaczego tak wpatruje się w nią, i w Adama.

Wspomina córka, Ewa: – Umówiliśmy się z tatą na dziewiątą rano. Jak przyszłam pod jego dom, to już na mnie czekał. Gdy ruszyliśmy, trochę zdziwiłam się, bo zmienił trasę, ale powiedział, że po drodze musi coś jeszcze załatwić. Kiedy jechaliśmy obok parkingu, gdzie Adam parkował swój samochód, tata bardzo zwolnił. Cały czas patrzył się w tamtą stronę. Musiał zobaczyć mamę i Adama. Gdy ich minęliśmy, bardzo ostro przyspieszył.

Rzeczywiście, gdy „Gajowy” mija parking i stojące na nim audi Kwaśnego, wciska gaz i z piskiem opon podjeżdża przed budkę telefoniczną na pobliskiej pętli autobusowej. Z samochodu wręcz wyskakuje i biegnie do aparatu. Dzwoni pod numer „Sieny”. Szybko nawiązuje połączenie, ale telefon odbiera jakiś nieznajomy. „Gajowemu” udaje się go przekonać, żeby podał mu aktualny numer. Nie bawi się w grzeczności. Rozłącza się i od razu dzwoni do „Sieny”.

– Jadą. Kurwa, właśnie wyjechali z Witomina. Teraz twoja kolej. Zabierajcie się do roboty – szepcze do słuchawki.

– Nie wiem, czy ja się dodzwonię do cyngla. Na wszelki wypadek zadzwoń i ty pod mój stary numer – wykrzykuje „Siena”, bo boi się, że „Gajowy” się rozłączy.

Córka nie kryje zdziwienia zachowaniem ojca: – Rozmawiał bardzo krótko, dosłownie kilka zdań. Nie wiem, do kogo dzwonił i dlaczego z budki, bo jego telefon leżał w schowku na desce rozdzielczej. Tłumaczył, że woli z budki.

Żeby wrócić na główną drogę wiodącą do centrum, „Gajowy” z córką ponownie muszą przejechać koło parkingu. Audi Kwaśnego właśnie wytacza się na główną drogę, kilkadziesiąt metrów przed nimi. Prowadzi Kwaśny.

– O, popatrz, znowu mama – mówi do córki „Gajowy”.

Samochody jadą jeden za drugim jakieś kilkaset metrów, a potem audi rusza w stronę obwodnicy, a mercedes zjeżdża w kierunku Sopotu. Po drodze „Gajowy” zatrzymuje się jeszcze na poczcie. Odbiera listy i ponownie dzwoni pod stary numer „Sieny”:

– Dzwonię od „Sieny”. Mam przekazać, że właśnie wyjechali – rzuca w słuchawkę. Podejrzewa, że po drugiej stronie znajduje się zabójca. Potem wsiada do mercedesa i już bez przystanków jedzie z dzieckiem na sopocki hipodrom. Zostawia Ewę na treningu i odjeżdża.

W tym czasie Kwaśny i Iwona są już na obwodnicy. Rozmawiają o koniach i wspólnej przyszłości. Znają się kilkanaście miesięcy, a od trzech mieszkają razem, choć formalnie Kwaśny ma jeszcze żonę. Są zakochani, mimo że dzieli ich dziesięć lat. Iwona, chociaż sporo starsza od Adama, nadal pięknie wygląda, a przy młodszym partnerze wprost rozkwita.

Adam jest uwielbiany przez kobiety. Ma niespełna dwadzieścia siedem lat. Jest przystojny, a do tego wygadany. Zawsze uśmiechnięty. Poza namiętnością oboje łączy pasja do koni – Iwona prowadzi na sopockim hipodromie sklep jeździecki. On kilka lat wcześniej zdobył juniorskie mistrzostwo Polski w ujeżdżaniu. Teraz trenuje konie u Kacperskich. Prowadzi też zajęcia z dziećmi. Robotę ma od niespełna roku i regularnie kursuje pomiędzy Gdynią a Orunią. Tak jak myślał, dziś dojechali wyjątkowo szybko. Za chwilę zjadą z głównej drogi, audi przetoczy się mostkiem nad Radunią, a potem wjedzie na błotnistą drogę prowadzącą wprost do stadniny. Kiedy samochód zaczyna podskakiwać, Adam szelmowsko uśmiecha się do Iwony. Zostało im jakieś sto metrów jazdy.

Strzał z przyłożenia

Drzewicki widzi audi Kwaśnego skręcające na drogę do stadniny. Puszcza hamulec i turkusowy peugeot zaczyna się staczać z górki w stronę posesji o numerze 292. Obaj kierowcy wiedzą, że nie będą w stanie się minąć, tak by nie porysować samochodów, ale tylko jeden z nich się tym przejmuje – Kwaśny wjeżdża w malutką zatoczkę na wysokości okien domu. Chce chociaż trochę schować samochód, ale ten manewr mu nic nie daje. Kierowca peugeota w ostatniej chwili skręca kierownicą w lewo i zderzakiem szoruje przez całą długość audi. Gdy milknie zgrzyt katowanej blachy, peugeot zatrzymuje się kilka metrów dalej, gdzie można już swobodnie otworzyć drzwi. Kwaśny i „Lechia” – pasażer peugeota – wysiadają niemal równocześnie. Z audi wychodzi także Iwona.

– Nic się nie stało. Mój wózek i tak był wcześniej porysowany od tej strony – próbuje tonować sytuację Kwaśny. Uśmiecha się, żeby dobrze nastroić idącego w jego kierunku postawnego mężczyznę. Ten w ogóle się nie odzywa. Nagle, gdy jest już tylko kilka kroków od trenera, z kieszeni kurtki wyciąga pistolet. Jeszcze krok, dwa i z niecałego metra mierzy w głowę Kwaśnego. Pociąga za spust. Adam jest kompletnie zaskoczony. Nawet nie unosi rąk w obronnym geście. Pada w błoto obok otwartych drzwi swojego samochodu. Wszystko rozgrywa się w mgnieniu oka.

Iwona jest przekonana, że człowiek z peugeota podniósł rękę, bo chciał uderzyć Adama. Potem zauważa pistolet. Jest czarny i tak mały, że prawie niknie w wielkiej dłoni napastnika. Ciszewska zaczyna krzyczeć. Podbiega do Adama.

– Kładź się na ziemię! – ryczy do niej „Lechia” i celuje jej prosto w twarz. – Na ziemię, bo i ciebie zastrzelę!

– Boże! Co żeście zrobili? Dlaczego zabiliście Adama? – rozpacza kobieta, ale przerażona posłusznie kładzie się na ziemię. Nie wie, że „Lechia” kłamie, że już zdecydował, że ją również zamorduje. Gdy tak leży, widzi, że bandyta po raz kolejny pociąga za spust, ale tym razem strzał nie pada. Coś się zacięło w pistolecie. Zaskoczony Rydzki patrzy przez chwilę na leżącą w błocie Ciszewską, a potem rezygnuje i błyskawicznie wskakuje do peugeota.

Drzewicki wciska gaz do dechy, ale auto nie rusza, bo koła buksują w błocie. Silnik zaczyna wyć, czuć zapach palonej gumy. W końcu opony łapią przyczepność i peugeot wystrzeliwuje jak z procy. Pędzi po dziurach w stronę ulicy Starogardzkiej.

Bandyci zostawiają za sobą leżącego na plecach Adama. Ramiona ma rozrzucone szeroko, jakby chciał kogoś objąć. Żółte skórzane rękawiczki, w których zwykle prowadzi auto, są ubabrane błotem. Krew z rany postrzałowej płynie wolno, ale nie wsiąka w błotnistą breję – purpurowa plama rozlewa się po betonowych płytach niby delta wielkiej rzeki i spływa w dół, tworząc dwumetrowe ramiona krwawego trójkąta, którego wierzchołek wyznacza głowa zabitego.

Iwona jest w szoku. Wyciąga z kieszeni płaszcza telefon komórkowy. Próbuje wykręcić numer alarmowy policji, ale ręce tak jej się trzęsą, że nie jest w stanie wstukać prawidłowo cyfr.

– Zabili Adama, zabili! – krzyczy w końcu i biegnie w stronę stadniny.

W stajni pracuje już kowal Janusz. Podkuwa pięknego siwka. Jego pracy przygląda się trójka dzieci. Wśród nich jest Matylda, córka właścicieli stadniny. Wszystkie dzieciaki czekają na zajęcia z Kwaśnym. Gdy słyszą Iwonę, wybiegają na zewnątrz.

– Jezu! Janusz, zabili Adama! – wyje Ciszewska.

Do kowala nie dociera to, co mówi. Nie może uwierzyć. Wreszcie nakazuje dzieciom zostać, a sam, ślizgając się po błocie, biegnie drogą w dół. Gdy jest kilka metrów od audi, widzi leżącego przyjaciela.

– Adam nie dawał znaków życia. Leżał na plecach. Na drodze już nikogo nie widziałem. Nachyliłem się i zobaczyłem, że na skroni z lewej strony ma niewielki otwór. Przybiegła też Iwona. Była rozhisteryzowana. Musiałem ją powstrzymywać, żeby nie ruszała Adama. W końcu udało mi się dodzwonić na pogotowie, bo na policji nikt nie odbierał. Krzyczałem, żeby przysłali karetkę i zawiadomili komendę, bo zastrzelili mojego kolegę! – opowiada Janusz Bawer.

– Nie widziałam samego zabójstwa – wspomina licealistka Marta Kawecka czekająca na trening z Kwaśnym. – Chyba nawet słyszałam, jak padł ten strzał, ale pomyślałam, że to jakieś dzieci bawią się petardami, bo to był taki właśnie dźwięk, takie „puf”. Nawet nie spojrzałam w tamtą stronę. Dopiero gdy usłyszałam krzyk, zrozumiałam, że stało się coś złego.

Pierwsza na sygnale przyjeżdża karetka. Lekarz i ratownicy przez kilka minut próbują reanimować Kwaśnego. Na pomoc jednak jest już za późno. Adam zmarł niemal natychmiast. Jedyne, co im pozostaje, to zająć się Iwoną. Lekarz podaje jej środki uspokajające i dopiero wtedy kobieta cichnie i siada w karetce przytulana przez jednego z sanitariuszy.

W kilka minut później pod posesję 292 podjeżdża pierwszy radiowóz. – O kurwa! – głośno komentują policjanci, gdy widzą zwłoki leżące w kałuży krwi. Dochodzi godzina 11.00.

Versace na Zbożowej

Gdynia-Chylonia. Ulica Zbożowa. Czesław Kowalczyk „Czester” siedzi sam w stupięćdziesięciometrowym bungalowie. W mieszkaniu bałagan, bo nie ma komu posprzątać. Kilka dni wcześniej pokłócił się z dziewczyną i ta wyniosła się z dzieckiem do rodziców. Za kilkanaście dni Kowalczyk będzie obchodził 32. urodziny, ale pewnie świętował będzie tylko z kumplami, bo z Magdą ostatnio mu się nie układa i postanowili na razie zrobić sobie przerwę. Dlatego jest trochę zaskoczony, gdy dzwoni telefon i okazuje się, że to ona.

Umawiają się, że wieczorem Kowalczyk podjedzie zobaczyć się z Tomkiem, ich czteroletnim synkiem.

W niewielkim przedpokoju stoją w kilku szeregach kartony z podróbkami dresów. To podrabiane ciuchy Versace, które wyglądają jak oryginalne. Kowalczyk wiąże z ich sprzedażą duże nadzieje, bo pierwsze partie rozeszły się jak świeże bułeczki, a nic nie wskazuje na to, żeby i kolejnych nie przyjęli do swoich siermiężnych butików handlarze z Gdyni i Gdańska.

Kowalczykowi sukces jest potrzebny, bo tor kartingowy, który otworzył z kolegą na gdańskim Przymorzu, zamiast wielkich zysków przyniósł wielkie straty i trzeba go zlikwidować. Dziś jeden z jego znajomych ma zabrać opony rozłożone wokół trasy. Kowalczyk przypuszcza, że interes nie wypalił, bo oszukiwali go pracownicy, którzy przyjmowali chętnych na jazdy, ale gotówkę chowali do własnej kieszeni. Nie ma jednak całkowitej pewności, a wie, że trudno byłoby udowodnić im szwindel.

Znajomy, który ma zabrać opony, to szef firmy NL Trucks – Jarosław Śliwa. Na święta Bożego Narodzenia pojechał do Niemiec, ale dziś wraca. Jeszcze w nocy kilkukrotnie do siebie dzwonili i uzgodnili, że Śliwa przyjedzie do „Czestera” prosto z trasy.

Z zamyślenia wyrywa gospodarza Marcin Wilamski. To jego kumpel i równocześnie kierowca, bo Kowalczyk kilka tygodni wcześniej stracił prawo jazdy.

– Zabiorę trochę ciuchów, pewnie coś uda się opchnąć – proponuje Wilamski. Kowalczyk pomaga mu załadować kartony do osobowego mercedesa i znów zostaje sam.

Około godziny 11.00 przed willą na Zbożowej parkuje Śliwa. Dyrektor przyjeżdża ze swoją narzeczoną. Razem z Kowalczykiem jadą przed Urząd Miejski w Gdyni, gdzie ma czekać wspólnik „Czestera” od nietrafionego biznesu. Gdy zatrzymują się na parkingu, z budynku USC wychodzi para nowożeńców. Słychać oklaski, Sto lat i dźwięk drobnych uderzających o chodnik. Dwaj kamerzyści próbują złapać jak najlepszy kadr na wąskim chodniku, którym przepychają się jeszcze petenci idący do urzędu. Wspólnik Kowalczyka – Piotr Kuzok, już czeka. W czerwonej reklamówce przyniósł gotówkę dla Śliwy za zabranie opon.

– To interes klepnięty. – Kowalczyk podaje rękę dyrektorowi. Potem jadą na tor. Piją kawę, przeliczają opony, dokonują ostatnich uzgodnień i dyrektor odwozi Kowalczyka na Zbożową.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz