Mądrość księdza Browna - G.K. Chesterton - ebook
Opis

Zanim pojawił się „Ojciec Mateusz” – kryminalne zagadki w brawurowym stylu rozwiązywał ksiądz Brown, kultowy bohater z panteonu angielskich detektywów, porównywany do Sherlocka Holmesa i Herculesa Poirot.

Bankierska rodzina i rabunek pod słońcem Toskanii. Fałszywy napad i wymuszony okup za fałszywe porwanie. Szpiegowska współpraca francuskiego oficera z niemieckim wywiadem – z dziwnym pojedynkiem w tle. A wszystko w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż można byłoby sądzić po pozorach. I tylko jedna osoba jest w stanie przebić się przez tę grę pozorów – detektyw-amator, ksiądz Brown.

Nikt tak dobrze jak on nie zna zakamarków ludzkiej duszy. I nikt tak nie potrafi przewidywać posunięć złoczyńców jak skromny kapłan z Albionu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nieobecny ‌Mister Glass

Biura ‌doktora ‌Oriona Hooda, ‌wybitnego kryminologa i specjalisty ‌w dziedzinie ‌pewnych zaburzeń ‌moralnych, mieściły ‌się ‌przy ‌bulwarze nadbrzeżnym w Scarborough, ‌w pokojach oświetlonych rzędem ‌dużych przeszklonych drzwi, przez ‌które Morze Północne wyglądało ‌jak niekończąca się ściana ‌niebiesko-zielonego marmuru. W tym ‌otoczeniu morze miało ‌coś z monotonii ‌niebieskozielonej ‌lamperii, bowiem ‌w pokojach pana Hooda ‌rządziła ‌niepodzielnie ‌zatrważająca czystość, podobna do zatrważającej ‌czystości morza. Nie należy ‌jednak przypuszczać, że brakowało ‌luksusu czy ‌nawet poezji. Zarówno luksus, ‌jak i poezja miały tam ‌swoje ‌miejsce, ‌a nawet ‌wyglądało na ‌to, że ‌z tego miejsca ‌nie wolno im ‌się ruszać. ‌Nie brakowało ‌luksusu choćby w tym, ‌że ‌na specjalnym stoliku ‌stało osiem czy ‌dziesięć pudełek najlepszych cygar, ułożonych jednak ściśle według planu, zgodnie z którym najmocniejsze znajdowały się zawsze przy ścianie, a najsłabsze – od strony okna. Na owym stoliku luksusu stał także oszklony barek z trzema gatunkami alkoholu, ale zdaniem niektórych fantastów whisky, rumu i brandy było w karafkach zawsze tyle samo. Nie brakowało poezji: lewy narożnik pokoju zajmowały półki z zestawem angielskich klasyków równie kompletnym, jak zgromadzony w prawym narożniku zestaw dzieł angielskich i obcych fizjologów. Jednak wyjęcie z rzędu książek tomu Chaucera albo Shelleya drażniło myśli tak samo, jak widok szczerby w przednich zębach. Nie można powiedzieć, żeby książek tych nigdy nie czytano; zapewne je czytano, ale miało się wrażenie, że są one przykute do miejsca łańcuchami, jak Biblie w dawnych kościołach. Doktor Hood traktował swoją prywatną kolekcję książek jak bibliotekę publiczną. A skoro aura sztywnej naukowej nietykalności otaczała nawet półki pełne liryki i ballad oraz stoły z tytoniem i alkoholem, nie trzeba dodawać, że atmosfera pogańskiej świętości tym bardziej broniła dostępu do półek ze specjalistyczną literaturą i stołów z kruchymi, by nie rzec czarodziejskimi przyrządami do badań z dziedziny chemii czy mechaniki.

Doktor Hood przechadzał się wzdłuż amfilady pokoi, której granice – jak to się określa w podręcznikach geografii – stanowiły: od wschodu Morze Północne, a od zachodu zwarte szeregi tomów socjologiczno-kryminologicznego księgozbioru. Ubrany był w aksamit, jak artysta, ale bez krzty artystycznego nieładu; jego włosy, mimo że gęsto przetykane siwizną, rosły zdrowo i bujnie, a na rumianej, choć szczupłej twarzy malował się wyraz wyczekiwania. W każdym szczególe on sam, podobnie jak jego gabinet, robił wrażenie czegoś równocześnie nieustępliwego i niespokojnego, jak wielkie północne morze, nad którym (ze względów ściśle higienicznych) zbudował sobie dom.

Przeznaczenie, będąc akurat w żartobliwym nastroju, pchnęło drzwi i wpuściło do tych długich, uporządkowanych, obrzeżonych morzem pokoi kogoś, kto stanowił najbardziej chyba zaskakujące przeciwieństwo ich samych i ich właściciela. W odpowiedzi na zdawkowe, lecz uprzejme zaproszenie drzwi uchyliły się i do środka wsunęła się bezkształtna mała postać, dla której najwyraźniej własny kapelusz i parasol były równie nieporęczne, jak stosy bagażu. Zwinięty parasol był czarny, prozaiczny i już dawno nie nadawał się do naprawy, a szerokoskrzydły czarny kapelusz był nieczęsto widywanym w Anglii nakryciem głowy duchownego, sam człowiek zaś był uosobieniem wszystkiego, co swojskie i bezradne.

Doktor przyglądał się przybyszowi z powściągliwym zdumieniem zbliżonym do tego, jakie okazałby, gdyby do jego gabinetu wpełzło jakieś wielkie, ale wyraźnie nieszkodliwe morskie zwierzę. Przybysz natomiast przyglądał się doktorowi z tą radosną, choć nieco zdyszaną pogodą ducha, jaką zwykle prezentuje korpulentna sprzątaczka, której właśnie udało się wsiąść do autobusu. Składa się na nią intensywna mieszanka wyrażanego publicznie samozadowolenia i ogólnego nieuporządkowania. Kapelusz przybysza potoczył się po podłodze, ciężki parasol z hukiem wysunął mu się spomiędzy kolan; nieszczęśnik wyciągnął rękę po kapelusz i schylił się za parasolem, ale równocześnie, z niezmąconym uśmiechem na okrągłej twarzy, przemówił następująco:

– Nazywam się Brown. Proszę wybaczyć, ale przychodzę w tej sprawie, która dotyczy rodziny MacNab. Jak słyszałem, często pomaga pan ludziom w takich kłopotach. Proszę mi wybaczyć, jeśli się mylę.

W międzyczasie, wyciągnąwszy się jak najdalej, zdołał odzyskać kapelusz i wykonał nad nim mały, śmieszny ukłon, jakby teraz wszystko było już w całkowitym porządku.

– Nie bardzo rozumiem – odparł naukowiec z chłodną, wysiloną uprzejmością. – Obawiam się, że zaszła pomyłka. Jestem doktor Hood; prowadzę niemal wyłącznie działalność pisarską i edukacyjną. To prawda, że policja czasem konsultowała się ze mną w trudnych sprawach wyjątkowej wagi, ale…

– Ach, to jest sprawa najwyższej wagi – wpadł mu w słowo człowieczek o nazwisku Brown. – Przecież jej matka nie zgadza się na zaręczyny – wyjaśnił i oparł się wygodnie, promieniejąc zdrowym rozsądkiem.

Brwi doktora Hooda ściągnęły się groźnie nad oczami, w których błyskało coś, co mogło być gniewem, ale mogło też być rozbawieniem.

– Mimo to – powiedział – nadal nie do końca rozumiem.

– Widzi pan, oni chcą wziąć ślub – wyjaśnił człowiek w księżowskim kapeluszu. – Maggie MacNab i młody Todhunter chcą wziąć ślub. Czy może być coś ważniejszego?

Sukcesy naukowe wielkiego Oriona Hooda pozbawiły go wielu rzeczy – jedni mówili, że zdrowia, inni, że wiary w Boga; nie pozbawiły go jednak całkowicie wyczucia niedorzeczności. Ostatnie pytanie prostodusznego księdza sprawiło, że z ust doktora wyrwał się zduszony śmiech, a on sam opadł na fotel, przyjmując ironiczną pozę lekarza udzielającego porady.

– Proszę księdza – powiedział poważnie – minęło całe czternaście i pół roku, odkąd zostałem osobiście poproszony o rozwiązanie osobistego problemu: wtedy chodziło o próbę otrucia prezydenta Francji na bankiecie Lorda Mayora. Teraz, jak rozumiem, sprawa dotyczy tego, czy jakaś pańska znajoma o imieniu Maggie jest odpowiednią partią dla jej przyjaciela o nazwisku Todhunter. No cóż, widzi ksiądz, jestem uczciwym zawodnikiem i podejmę wyzwanie. Udzielę rodzinie MacNab mojej najlepszej porady, podobnie jak udzieliłem jej Republice Francuskiej i królowi Anglii… nie, nawet lepszej: lepszej o czternaście lat. Nie mam dziś po południu nic innego do roboty. Proszę mi opowiedzieć tę historię.

Mały duchowny o nazwisku Brown podziękował mu z niewątpliwą gorliwością, ale z niezmienną, osobliwą prostotą. Wyglądało to tak, jakby dziękował nieznajomemu w palarni za pożyczenie zapałek, a nie (jak było w istocie) wyrażał wdzięczność dyrektorowi królewskiego ogrodu botanicznego za to, że zgodził się pójść z nim na łąkę i szukać czterolistnej koniczyny. Po serdecznym podziękowaniu mały ksiądz niemal bez przecinka rozpoczął swoją litanię:

– Mówiłem już panu, że nazywam się Brown i tak właśnie jest; pewnie pan widział mały katolicki kościółek, w którym pracuję, na końcu tych zapyziałych uliczek okalających miasto od północy. Na najdalszej i najbardziej zapyziałej uliczce, która biegnie wzdłuż morza niczym falochron, mieszka bardzo uczciwa, ale nieco wybuchowa wdowa nazwiskiem MacNab, chodząca do mojego kościoła. Ma ona jedyną córkę i wynajmuje pokoje; co do niej i jej córki oraz co do niej i jej lokatorów… no cóż, myślę, że można by wiele powiedzieć na obronę każdej ze stron. Teraz ma ona tylko jednego lokatora, młodego człowieka nazwiskiem Todhunter, ale kłopotu ma z nim więcej niż ze wszystkimi innymi, bo chce on poślubić młodą damę mieszkającą w tym domu.

– A ta młoda dama – spytał doktor Hood z wielkim, niemym rozbawieniem – czego chce?

– No cóż, ona także chce go poślubić – zawołał ksiądz Brown, prostując się energicznie na krześle. – Na tym właśnie polega ta okropna komplikacja.

– To rzeczywiście potworna zagadka – powiedział doktor Hood.

– O ile mi wiadomo – mówił dalej duchowny – ten młody James Todhunter to bardzo porządny człowiek, tylko że nikt o nim nie wie za wiele. Jest wesoły, śniady, zręczny jak małpa, gładko wygolony jak aktor i uprzejmy jak urodzony dworzanin. Zdaje się, że ma w kieszeni sporo grosza, ale nikt nie wie, czym się zajmuje. Dlatego pani MacNab (która ma skłonność do pesymizmu) uważa, że niewątpliwie jest to coś okropnego i zapewne związanego z dynamitem. Musi to być jakiś wyjątkowo nieśmiały i bezgłośny dynamit, bo biedak zamyka się tylko na kilka godzin dziennie w swoim pokoju i czegoś się uczy za zamkniętymi drzwiami. Twierdzi, że jego odosobnienie jest tymczasowe i uzasadnione, i obiecuje wyjaśnić wszystko przed ślubem. Tylko tyle wiadomo na pewno, ale pani MacNab mogłaby panu przedstawić o wiele więcej szczegółów, co do których nawet ona nie ma pewności. Wie pan, że tam, gdzie nic nie wiadomo, rozmaite historie rosną jak grzyby po deszczu. Jedna z nich mówi, że z jego pokoju dobiegają dwa głosy; ale po otwarciu drzwi zawsze okazuje się, że Todhunter jest sam. Inna znów mówi o tajemniczym wysokim osobniku w jedwabnym cylindrze, który pewnego dnia o zmierzchu wyłonił się z morskiej mgły, a może z morskiej otchłani i przeszedł bezszelestnie przez plażę oraz przydomowy ogródek, a potem rozmawiał z lokatorem przez otwarte okno. Rozmowa ta podobno skończyła się kłótnią. Todhunter gwałtownie zatrzasnął okno, a mężczyzna w cylindrze ponownie rozpłynął się we mgle. Historia ta powtarzana jest w rodzinie z największym zdumieniem, ale coś mi się zdaje, że pani MacNab woli jej pierwotną wersję: otóż według niej ów Drugi Człowiek (kimkolwiek jest) wypełza co wieczór z wielkiej skrzyni stojącej w rogu pokoju, która przez cały dzień jest zamknięta na głucho. Widzi pan zatem, że drzwi Todhuntera traktowane są jak zamknięta brama wiodąca do wszelkich fantazji i potworności Tysiąca i jednej nocy. Z drugiej strony on sam jest nieduży, przyzwoicie ubrany na czarno, punktualny i niewinny jak zegar w salonie. Płaci czynsz bez dnia zwłoki, właściwie nie pije alkoholu, ma niewyczerpaną cierpliwość do małych dzieci i potrafi je zabawiać całymi dniami, ale najbardziej naglącą sprawą jest to, że taką samą popularność zdobył sobie u pierworodnej córki pani MacNab, która gotowa jest choćby jutro iść z nim przed ołtarz.

Człowiek szczerze wyznający jakąś wielką teorię zawsze z upodobaniem stosuje ją do każdego drobiazgu. Zniżywszy się do poziomu prostodusznego księdza, wielki specjalista uczynił to z wielkim rozmachem. Usadowił się wygodnie w fotelu i zaczął przemawiać tonem nieco roztargnionego wykładowcy:

– Nawet w najdrobniejszym wypadku warto najpierw zauważyć główne tendencje natury. Konkretny kwiat być może nie jest zwiędnięty na początku zimy, ale ogólnie kwiaty więdną; konkretnego kamyczka być może nigdy nie zmoczy fala przypływu, ale przypływ nieuchronnie nadchodzi. W oczach naukowca cała historia ludzkości jest serią zbiorowych ruchów, zniszczeń albo migracji, takich jak masakra much w zimie albo powrót ptaków na wiosnę. Otóż zasadniczym faktem całej historii jest rasa. To rasa rodzi religię; to rasa powoduje wojny w dziedzinie prawa i etyki. Nie ma mocniejszego przykładu niż owo dzikie, nieziemskie, zanikające plemię powszechnie nazywane Celtami, którego przedstawicielami są członkowie rodziny MacNab. Niscy, śniadoskórzy, wywodzący się od marzycieli i włóczęgów łatwo przyjmują przesądne wyjaśnienia wszelkich zdarzeń, podobnie jak nadal przyjmują to przesądne wyjaśnienie wszelkich zdarzeń, które (proszę wybaczyć) reprezentuje ksiądz razem ze swoim Kościołem. Nie ma nic niezwykłego w tym, że mając za sobą wyjące morze, a przed sobą (raz jeszcze proszę wybaczyć) zawodzący Kościół, ludzie ci przypisują fantastyczne cechy czemuś, co prawdopodobnie jest całkiem zwyczajnym wydarzeniem. Ksiądz, ze swoimi małymi parafialnymi obowiązkami, widzi tylko panią MacNab przerażoną opowieściami o dwóch głosach i o człowieku, który wyszedł z morza. Ale ktoś obdarzony naukową wyobraźnią dostrzega niejako całe klany MacNabów rozrzucone po całym świecie, w ostatecznej przeciętności tak jednorodne, jak jeden gatunek ptaków. Widzi w tysiącach domów tysiące pań MacNab, wpuszczających kropelkę przygnębienia do herbaty swoich przyjaciół; widzi…

Zanim naukowiec miał szansę dokończyć swoją wypowiedź, z zewnątrz dobiegło bardziej naglące wezwanie; pospiesznie skierowano korytarzem kogoś w szeleszczącej spódnicy i w otwartych drzwiach ukazała się dziewczyna ubrana przyzwoicie, ale pospiesznie, z twarzą zgrzaną i rumianą od biegu. Miała jasne, rozwiane morskim wiatrem włosy i byłaby skończenie piękna, gdyby nie kości policzkowe, po szkocku wystające i zaczerwienione. Jej przeprosiny zabrzmiały obcesowo, niemal jak rozkaz.

– Przepraszam, że przeszkadzam, proszę pana – po-wiedziała – ale musiałam natychmiast pobiec za księdzem Brownem; to sprawa życia i śmierci.

Ksiądz Brown zaczął dość chaotycznie podnosić się z krzesła.

– Ależ, Maggie, co się  takiego stało? – zapytał.

– O ile mogę się zorientować, James został zamordowany – odparła dziewczyna, wciąż ciężko dysząc po biegu. – Znowu był u niego ten Glass; słyszałam wyraźnie, jak rozmawiali przez drzwi. Dwa różne głosy: James ma niski, buczący głos, a ten drugi był wysoki i drżący.

– Ten Glass? – powtórzył ksiądz nieco zagubiony.

– Wiem, że nazywa się Glass – odparła dziewczyna w wielkim zniecierpliwieniu. – Słyszałam jego nazwisko przez drzwi. Kłócili się, chyba o pieniądze, bo słyszałam, jak James powtarzał raz po raz: „Dobrze, Mister Glass” albo „Nie, Mister Glass” i jeszcze „Dwa lub trzy, Mister Glass”. Ale za dużo mówimy, musimy iść natychmiast, może jeszcze nie jest za późno.

– Za późno na co? – spytał doktor Hood, który przyglądał się młodej damie z wyraźnym zainteresowaniem. – Dlaczego ów Mister Glass i jego kłopoty finansowe miałyby zmuszać nas do takiego pośpiechu?

– Próbowałam wyważyć drzwi, ale nie mogłam – odparła szybko dziewczyna – więc pobiegłam na podwórze i udało mi się wspiąć na tyle wysoko, że zajrzałam do środka ponad parapetem. Było dość ciemno i pokój wydawał się pusty, ale przysięgam, że widziałam Jamesa, który leżał wciśnięty w kąt, jakby uduszony albo otruty.

– To bardzo poważna sprawa – stwierdził ksiądz Brown, zbierając swój niesforny kapelusz i parasol, i wstając z miejsca – prawdę mówiąc, właśnie przedstawiałem twoją sprawę temu gentlemanowi, a jego poglądy…

– Uległy znaczącej zmianie – dopowiedział poważnie naukowiec. – Nie wydaje mi się, żeby ta młoda dama miała tak wiele wspólnego z Celtami, jak przypuszczałem. Jako że nie mam nic innego do roboty, włożę kapelusz i przejdę się z państwem.

Po kilku minutach wszyscy troje zbliżali się do ponurego końca uliczki, przy której mieszkała rodzina MacNab: zdyszana dziewczyna zdecydowanym krokiem góralki, kryminolog z nonszalancką gracją (niepozbawioną lamparciej zwinności), a ksiądz energicznym, całkowicie pozbawionym godności truchtem. Wygląd tego przedmieścia usprawiedliwiał do pewnego stopnia uwagi doktora o przygnębieniu i osamotnieniu. Rozrzucone wzdłuż brzegu morza domy stały coraz dalej od siebie, ponure popołudnie ściemniało się przedwcześnie, morze było ciemnofioletowe jak atrament i szumiało złowieszczo. W mizernym ogródku pani MacNab, zbiegającym w dół ku plaży, dwa czarne, najwyraźniej uschnięte drzewa przypominały demoniczne ręce wzniesione gestem przerażenia, a kiedy sama pani MacNab nadbiegła ku nim ulicą z podobnie rozczapierzonymi chudymi dłońmi i twarzą skrytą w mroku, i ona miała w sobie coś z demona. Doktor i ksiądz odpowiadali zdawkowo na hałaśliwe potwierdzenie opowieści córki, do których matka dodała wiele niepokojących szczegółów, a także na obietnice zemsty, którymi sprawiedliwie obdzielała zarówno Mister Glassa za morderstwo, jak i Jamesa Todhuntera za to, że dał się zamordować, czy też za to, że śmiał się starać o rękę jej córki i nie dożył ślubu. Z frontowej części domu przeszli wąskim korytarzem do drzwi pokoju lokatorskiego na tyłach. Doktor Hood ze zręcznością starego detektywa uderzył mocno ramieniem w deski i wyważył drzwi.

Za nimi ukazała się milcząca scena katastrofy. Nikt, patrząc na nią, nie mógł nawet przez chwilę wątpić, że pokój ten był świadkiem jakiegoś sensacyjnego starcia co najmniej dwóch osób. Karty do gry były rozrzucone na stole i po całej podłodze, jakby przed chwilą ktoś przerwał grę. Dwa kieliszki stały przygotowane na bocznym stoliku, ale trzeci rozprysnął się na wszystkie strony, tworząc gwiazdę odłamków pośrodku dywanu. Kilka stóp dalej leżało coś, co wyglądało na długi nóż albo krótki miecz – prosty, ale z ozdobną malowaną rękojeścią; jego matowe ostrze odbijało nikły szary blask padający z ponurego okna, za którym czarne drzewa odcinały się na tle ołowianego morza. W przeciwległym kącie leżał jedwabny cylinder, jakby dopiero co potoczył się tam, strącony z głowy gentlemana; było to wrażenie tak silne, że niemal miało się ochotę sprawdzić, czy cylinder jeszcze się toczy. Za nim, w samym kącie, rzucony jak worek ziemniaków, ale związany jak bagaż kolejowy, leżał James Todhunter z ustami przewiązanymi szalikiem, z sześcioma czy siedmioma zwojami sznura wokół łokci i kostek. Jego brązowe oczy były przytomne i bacznie się rozglądały.

Doktor Orion Hood zatrzymał się na chwilę na wycieraczce i przez moment upajał się tą milczącą sceną przemocy. Następnie przeszedł szybko przez dywan, podniósł jedwabny cylinder i z powagą włożył go na głowę wciąż unieruchomionego Todhuntera. Był na niego o tyle za duży, że niemal oparł mu się o ramiona.

– Oto cylinder, który zostawił Mister Glass – powiedział doktor, wróciwszy z nim do pozostałych zebranych; obejrzał wnętrze kapelusza przez kieszonkową lupę. – Jak wyjaśnić to, że Mister Glass jest nieobecny, a jego kapelusz został na miejscu? Mister Glass przywiązuje przecież wagę do swojego ubioru. Cylinder, choć nienowy, ma modny krój i był systematycznie szczotkowany i polerowany. Mister Glass to podstarzały dandys, jak sądzę.

– Ależ na Boga! – wykrzyknęła panna MacNab. – Dlaczego pan go wpierw nie rozwiąże?

– Mówię „podstarzały” rozmyślnie, choć nie mam pewności – ciągnął dalej autor wywodu – przyczyna tego stwierdzenia może się wydawać nieco naciągana. Włosy istot ludzkich wypadają z różnym natężeniem, ale prawie zawsze trochę z nich wypada, tak że na niedawno noszonym kapeluszu mógłbym za pomocą lupy zaobserwować maleńkie włoski. Na tym nie ma ich wcale, co skłania mnie do wyciągnięcia wniosku, że Mister Glass jest łysy. Otóż, jeśli połączymy to z wysokim, kłótliwym głosem, który panna MacNab tak nam sugestywnie opisała (cierpliwości, droga pani, cierpliwości); jeśli powiążemy bezwłosą głowę i ton głosu często będący wyrazem starczej złości, to moim zdaniem możemy z tego wnioskować o nieco zaawansowanym wieku. Jednakże był to prawdopodobnie żwawy, a już na pewno wysoki staruszek. Mógłbym do pewnego stopnia oprzeć się na opisie jego wcześniejszego pojawienia się pod oknem w postaci wysokiego mężczyzny w jedwabnym cylindrze, ale wydaje mi się, że mam o wiele dokładniejsze wskazówki. Jeden z kieliszków rozprysnął się na wszystkie strony, ale jeden z odłamków wylądował wysoko, na półce nad kominkiem. Nie mógłby znaleźć się w tym miejscu, gdyby naczynie to zostało rozbite przez stosunkowo niskiego człowieka, jakim jest pan Todhunter.

– Jeśli już o nim mowa – wtrącił ksiądz Brown – to czy nie byłoby lepiej rozwiązać pana Todhuntera?

– Nasze wnioski na postawie znajdującego się w pokoju szkła nie kończą się na tym – ciągnął dalej specjalista. – Powinienem powiedzieć od razu, że ten człowiek, Glass, mógł być nerwowy i łysy nie z powodu wieku, lecz hulaszczego trybu życia. Pan Todhunter, jak zostało już powiedziane, jest cichym, przedsiębiorczym mężczyzną i właściwie nie pije alkoholu. Te karty i kieliszki do wina nie są dla niego czymś zwyczajnym; zostały wyjęte ze względu na tego konkretnego gościa. Przypadkiem jednak możemy posunąć się jeszcze dalej. Pan Todhunter może jest, a może nie jest posiadaczem kieliszków do wina, ale nie wydaje się, by był posiadaczem jakiegoś wina. Co zatem miały zawierać te naczynia? Od razu zasugerowałbym jakąś whisky czy brandy, być może w dobrym gatunku, z piersiówki, którą miał przy sobie Mister Glass. Mamy zatem przybliżony wizerunek tego człowieka, a w każdym razie typu ludzkiego, jaki reprezentuje: wysoki, podstarzały, w eleganckim, choć nieco wyświechtanym ubraniu, bardzo, może nawet za bardzo lubiący grę w karty i mocne trunki. Mister Glass to gentleman, jakiego często spotykamy na marginesie społeczeństwa.

– Słuchaj pan! – wykrzyknęła młoda kobieta. – Jeśli nie pozwoli mi pan przejść i rozwiązać go, wybiegnę na ulicę i zawołam policję.

– Panno MacNab – odparł doktor Hood poważnie – nie radziłbym pani tak się spieszyć z wzywaniem policji. Proszę księdza, prosiłbym z całą stanowczością, żeby ksiądz przywołał swoją trzódkę do porządku; dla jej, a nie dla mojego dobra. No cóż, zobaczyliśmy już w przybliżeniu sylwetkę i charakter owego Glassa; a jakie podstawowe fakty są nam znane, jeśli chodzi o obecnego tu Jamesa Todhuntera? Jest ich w zasadzie trzy: że jest oszczędny, że jest mniej czy więcej majętny i że ma jakąś tajemnicę. Otóż są to trzy oczywiste oznaki człowieka szantażowanego. Natomiast przebrzmiała elegancja, rozwiązłe obyczaje i jazgotliwa nerwowość jego gościa to oczywiste cechy szantażysty. Mamy tu dwie typowe postacie dramatu związanego z opłacaniem milczenia: z jednej strony szacowny obywatel z jakąś tajemnicą, z drugiej hiena z West Endu, potrafiąca wpaść na trop tajemnicy. Ci dwaj ludzie spotkali się tu dzisiaj i pokłócili, tak że doszło do rękoczynów i użycia białej broni.

– Zdejmiecie z niego te sznury czy nie? – uparcie spytała dziewczyna.

Doktor Hood ostrożnie odłożył jedwabny cylinder na boczny stolik i podszedł do związanego. Lustrował go uważnie, a nawet poruszył nieco obracając do połowy za ramiona, ale odpowiedział jedynie:

– Nie. Myślę, że te sznury wystarczą znakomicie, dopóki pani przyjaciele policjanci nie przyniosą kajdanek.

Ksiądz Brown, który wpatrywał się bezmyślnie w dywan, podniósł okrągłą twarz i zapytał:

– Co pan ma na myśli?

Człowiek nauki wziął tymczasem dziwny sztylet czy miecz leżący na dywanie i poddając go dokładnym oględzinom, odpowiedział:

– Ponieważ zastaliście pana Todhuntera związanego, natychmiast doszliście do wniosku, że tym, kto go związał, był Mister Glass, który zapewne następnie salwował się ucieczką. Mam cztery zastrzeżenia do tego rozumowania. Po pierwsze, dlaczego tak elegancki gentleman jak Mister Glass zostawiałby swój cylinder, jeśli opuścił ten pokój z własnej woli? Po drugie – mówił dalej, przesuwając się w kierunku okna – oto jedyna droga ucieczki; jest ona zamknięta od wewnątrz. Po trzecie, na czubku ostrza widać maleńki ślad krwi, ale pan Todhunter nie jest zraniony. Glass, żywy czy umarły, musiał zabrać tę ranę ze sobą. Należy do tego dodać pierwotne prawdopodobieństwo: o wiele bardziej prawdopodobne jest, że osoba szantażowana będzie próbowała zabić swojego prześladowcę, niż że szantażysta będzie próbował zabić kurę znoszącą złote jajka. Oto, jak myślę, całkiem kompletna historia.

– A więzy? – spytał ksiądz, którego szeroko otwarte oczy wyrażały coś w rodzaju bezmyślnego podziwu.

– Ach, więzy – odparł ekspert szczególnym tonem. – Panna MacNab bardzo chciała wiedzieć, dlaczego nie uwalniam pana Todhuntera. No cóż, teraz mogę to wyjaśnić. Nie zrobiłem tego, bo pan Todhunter może uwolnić się z nich sam, kiedy tylko zechce.

– Co takiego? – zawołali słuchacze w całkiem różnych tonacjach zdumienia.

– Przyjrzałem się węzłom na ciele pana Todhuntera – wyjaśnił cicho doktor Hood. – Tak się składa, że znam się trochę na węzłach; jest to osobna gałąź wiedzy kryminologicznej. Każdy z tych węzłów został zawiązany przez niego samego i mógłby zostać przez niego rozwiązany; żadnego nie zawiązał wróg, który chciałby naprawdę go unieruchomić. Cała ta sprawa ze sznurami to sprytna sztuczka, dzięki której mieliśmy uznać za ofiarę jego, a nie tego nieszczęśnika Glassa, którego trupa być może zakopano w ogrodzie albo wepchnięto do komina.

Zapadła pełna przygnębienia cisza; pokój pogrążał się w mroku; zmarniałe od morskiego wiatru gałęzie drzew w ogrodzie zdawały się chudsze i czarniejsze niż zwykle, choć miało się też wrażenie, że zbliżyły się do okien. Można było sobie niemal wyobrazić, że to potwory morskie, jakieś krakeny lub ośmiornice albo wijące się jamochłony wypełzły z morza, by zobaczyć koniec tej tragedii, której bohater, straszny człowiek w cylindrze, również wypełzł kiedyś na morski brzeg. W powietrzu unosiła się ciężka atmosfera szantażu, tej najbardziej ponurej z ludzkich spraw, która jest zbrodnią ukrywającą zbrodnię, jak czarny plaster kryjący czarną ranę.

Twarz małego katolickiego księdza, zwykle beztroska, a nawet błazeńska, ściągnęła się nagle w dziwnym, zasępionym grymasie. Nie była to prosta ciekawość dziecięcej niewinności. Była to raczej twórcza ciekawość, która ogarnia człowieka, gdy jakaś myśl zaczyna mu świtać w głowie.

– Proszę powtórzyć, doktorze – powiedział prosto, jakby coś nie dawało mu spokoju. – Chce pan powiedzieć, że Todhunter potrafi sam się związać i rozwiązać bez niczyjej pomocy?

– To właśnie powiedziałem – odparł doktor.

– O, Jeruzalem! – wykrzyknął niespodziewanie ksiądz. – Ciekawe, czy to naprawdę to?

Popędził na drugą stronę pokoju całkiem jak królik i z nowym ożywieniem zajrzał w częściowo zakrytą twarz więźnia. Potem odwrócił własną twarz z nieco głupkowatą miną do pozostałych.

– Tak, to jest to! – zawołał z pewnym podnieceniem. – Nie widzicie tego w jego twarzy? Patrzcie na jego oczy!

Zarówno profesor, jak i dziewczyna poszli za jego wzrokiem. A choć szeroki, czarny szal zakrywał dolną połowę oblicza Todhuntera, uświadomili sobie, że na jej górnej połowie odbija się jakieś zmaganie.

– Rzeczywiście, dziwnie mu z oczu patrzy – zawołała młoda kobieta w wielkim poruszeniu. – Ach, bydlaki! Chyba go boli!

– Nie wydaje mi się – zauważył doktor Hood. – Oczy rzeczywiście mają szczególny wyraz, jednak te poprzeczne zmarszczki wskazują na pewną drobną anomalię psychiczną…

– Ach, bzdury! – zawołał ksiądz Brown. – Nie widzicie, że on się śmieje?

– Śmieje? – powtórzył doktor, wzdrygając się. – Ale z czego, u diabła?

– No cóż – odparł wielebny Brown przepraszająco – mówiąc prosto z mostu, zdaje się, że z pana. Doprawdy, sam mam ochotę śmiać się z siebie teraz, kiedy już wiem.

– Teraz, kiedy o czym ksiądz wie? – spytał Hood z pewnym rozdrażnieniem.

– Teraz, kiedy wiem – powtórzył ksiądz – jaki zawód uprawia pan Todhunter.

Szurając obchodził pokój i zatrzymywał pozornie pusty wzrok na wszystkich przedmiotach po kolei, a przy każdym z nich ogarniał go równie pusty śmiech. Był to widok niezwykle irytujący dla kogoś, kto musiał mu się przyglądać z boku. Śmiał się głośno przy kapeluszu, jeszcze głośniej przy rozbitym kieliszku, ale przy kropli krwi na ostrzu sztyletu po prostu skręcał się ze śmiechu. Potem odwrócił się do rozdrażnionego naukowca.

– Doktorze Hood – zawołał entuzjastycznie – jest pan wielkim poetą! Powołał pan do istnienia niestworzoną istotę. To coś o wiele bardziej boskiego niż dochodzenie zwykłych faktów! Doprawdy, nagie fakty są w porównaniu z tym dość zwyczajne i raczej komiczne.

– Nie mam pojęcia, o czym ksiądz mówi – oznajmił doktor Hood z pewną wyniosłością – fakty, które przedstawiłem, są całkowicie pewne, choć z konieczności niepełne. Można zapewne pozostawić nieco miejsca dla intuicji (czy też poezji, jeśli tak chce ksiądz to ująć), ale tylko dlatego, że nie można jak na razie doprecyzować wszystkich szczegółów. Skoro Mister Glass jest nieobecny…

– O tak, o tak – przerwał mu mały ksiądz, energicznie kiwając głową – ten fakt jako pierwszy musimy wbić sobie do głowy: Mister Glass jest nieobecny. Jest tak niezmiernie nieobecny. Wydaje mi się – dodał z namysłem – że nigdy nie było nikogo tak nieobecnego jak Mister Glass.

– Chce ksiądz powiedzieć, że nie ma go w całym mieście? – spytał doktor.

– Chcę powiedzieć, że nie ma go w ogóle nigdzie – odparł ksiądz Brown – nie ma go, można by rzec, w naturze rzeczy.

– Poważnie uważa ksiądz – spytał specjalista z uśmiechem – że ktoś taki nie istnieje?

Ksiądz przytaknął i powiedział:

– Naprawdę wielka szkoda, że go nie ma.

Orion Hood wybuchnął pogardliwym śmiechem.

– Hm – powiedział – zanim zajmiemy się setką kolejnych dowodów, weźmy pierwszy, jaki znaleźliśmy; pierwszy fakt, na który się natknęliśmy, wpadłszy do tego pokoju. Jeśli Mister Glass nie istnieje, to czyj to jest cylinder?

– Pana Todhuntera – odparł ksiądz Brown.

– Ależ on na niego nie pasuje – wykrzyknął zniecierpliwiony Hood. – Nie mógłby go nawet włożyć!

Ksiądz Brown potrząsnął głową z bezbrzeżną łagodnością.

– Nie powiedziałem, że mógłby go włożyć – odpowiedział. – Stwierdziłem tylko, że to jego cylinder. Albo, jeśli chce pan dokładniejszego rozróżnienia, cylinder, który jest jego własnością.

– A na czym polega to dokładniejsze rozróżnienie? – spytał kryminolog z nutką szyderstwa w głosie.

– Mój panie! – zawołał łagodny człowieczek wykonując pierwszy ruch, który można by uznać za gest zniecierpliwienia. – Jeśli przejdzie się pan do najbliższego kapelusznika, przekona się pan, że w mowie potocznej istnieje różnica między kapeluszem jakiegoś człowieka i kapeluszami, które są jego własnością.

– Ale kapelusznik – zaprotestował Hood – wyciąga spore zyski z asortymentu nowych kapeluszy, które są jego własnością. A co wyciąga Todhunter z tego jednego starego kapelusza?

– Króliki – odpowiedział niezwłocznie ksiądz Brown.

– Co? – wykrzyknął doktor Hood.

– Króliki, wstążki, cukierki, złote rybki, zwoje kolorowego papieru – wyliczał szybko wielebny gentleman. – Nie zrozumiał pan tego, odkrywszy fałszywe więzy? To samo ze sztyletem. Pan Todhunter nie ma draśnięcia na zewnątrz, ale ma draśnięcie wewnątrz, jeśli wie pan, o co mi chodzi.

– Chce ksiądz powiedzieć, wewnątrz ubrania? – spytała poważnie pani MacNab.

– Nie chcę powiedzieć wewnątrz ubrania – zaprzeczył ksiądz Brown. – Chcę powiedzieć wewnątrz pana Todhuntera.

– Istny dom wariatów! Co też ksiądz ma na myśli?

– Pan Todhunter – wyjaśnił spokojnie ksiądz Brown – szkoli się na zawodowego magika, a także żonglera, brzuchomówcę i specjalistę od fałszywych więzów. Sztuczki magiczne są wyjaśnieniem kapelusza. Nie ma w nim śladu włosów nie dlatego, że nosił go przedwcześnie wyłysiały Glass, ale dlatego, że nigdy nie nosił go żaden człowiek. Żonglerka wyjaśnia obecność trzech kieliszków, które pan Todhunter uczył się podrzucać i łapać po kolei. Ale ponieważ dopiero się uczył, jeden z kieliszków roztrzaskał się o sufit. Żonglerka wyjaśnia także obecność sztyletu, którego połykanie to duma i obowiązek w zawodzie pana Todhuntera. Ale znów, ponieważ dopiero się uczył, zadrasnął się  lekko w gardło tą nieszkodliwą bronią. Dlatego mówiłem o draśnięciu wewnątrz pana Todhuntera, chociaż, jeśli sądzić po jego minie, rana nie jest zbyt groźna. Ćwiczył także sztuczkę z uwalnianiem się z więzów na wzór braci Davenport1 i właśnie miał się uwolnić, kiedy wpadliśmy do pokoju. Karty, oczywiście, służą do wykonywania sztuczek karcianych; są rozrzucone po podłodze, bo pan Todhunter właśnie ćwiczył numer z przerzucaniem kart w powietrzu z ręki do ręki. Utrzymywał swoje sztuczki w tajemnicy, bo po prostu, jak każdy inny magik, musiał to robić. Ale zwykły fakt, że jakiś bumelant w cylindrze podszedł kiedyś do jego okna i został przegnany z wielkim oburzeniem, wystarczył, żebyśmy wyobrazili sobie, że całe życie spędził w cieniu odzianej w cylinder zjawy o nazwisku Glass.

– Ale co z dwoma głosami? – spytała Maggie, wytrzeszczając oczy ze zdumienia.

– Nigdy nie słyszała pani brzuchomówcy? – spytał ksiądz Brown. – Nie wie pani, że mówi on najpierw swoim własnym głosem, a potem odpowiada sobie właśnie tym wysokim, piskliwym, nienaturalnym głosem, jaki słyszała pani przez drzwi?

Zapadła długa cisza. Doktor Hood z zagadkowym, uprzejmym uśmiechem przyglądał się małemu księdzu, który skończył przemowę.

– Jest ksiądz niewątpliwie bardzo pomysłowy – powiedział – nawet w powieści nie można by wyczytać nic lepszego. Ale Mister Glass ma coś, czego nie uda się księdzu zbyć byle wyjaśnieniem, czyli swoje nazwisko. Panna MacNab wyraźnie słyszała, jak pan Todhunter zwracał się do niego w ten sposób.

Wielebny ksiądz Brown zachichotał jak dzieciak.

– Ach, to – wykrztusił – to najgłupsza część całej tej historii. Kiedy nasz żonglujący przyjaciel podrzucał trzy kieliszki, liczył na głos, kiedy je chwytał, a także na głos komentował, kiedy nie udało mu się któregoś złapać. Tak naprawdę mówił więc: „Raz, dwa i trzy…, missed a glass…, raz, dwa…, missed a glass2” i tak dalej.

Na chwilę w pokoju zapadła cisza, a potem wszyscy obecni wybuchnęli zgodnym śmiechem. Równocześnie mężczyzna w rogu pokoju spokojnie odplątał wszystkie spowijające go sznury i teatralnym gestem upuścił je na podłogę. Potem, wyszedłszy na środek pokoju, z ukłonem wyjął z kieszeni duży, zadrukowany niebieską i czerwoną farbą afisz, który oznajmiał, że ZALADIN, Największy na Świecie Sztukmistrz, Akrobata, Brzuchomówca oraz Człowiek-Kangur będzie miał zaszczyt przedstawić całkiem nowy program w Empire Pavilion w Scarborough w następny poniedziałek, punktualnie o ósmej wieczorem.

1 Znana para amerykańskich magików z końca XIX w.; jedna z ich koronnych sztuczek polegała na tym, że zamykano ich związanych w skrzyni z instrumentami, które po zamknięciu skrzyni zaczynały grać, a po otwarciu obaj bracia byli związani tak samo jak przedtem (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Missed a glass (ang.) – „upuściłem kieliszek”; słowa te brzmią bardzo podobnie do „Mister Glass”, stąd pomyłka panny MacNab.

Raj złodziei

Wielki Muscari, najoryginalniejszy spośród młodych toskańskich poetów, wkroczył raźno do swojej ulubionej restauracji z widokiem na Morze Śródziemne, osłoniętej markizą i otoczonej małymi cytrynowymi i pomarańczowymi drzewkami. Kelnerzy w białych fartuchach nakrywali już białe stoły insygniami wczesnego, eleganckiego obiadu; ten fakt zwiększył jeszcze zadowolenie poety, już i tak graniczące z zarozumiałością. Muscari miał orli nos Dantego, czarne, rozwiane włosy oraz takąż chustkę na szyi, a w ręku czarny płaszcz; niemal równie dobrze mógłby trzymać zamiast niego czarną maskę, tak wiele miał w sobie z weneckiego melodramatu. Zachowywał się tak, jakby trubadur, na podobieństwo biskupa, nadal odgrywał w społeczeństwie ściśle określoną rolę. Na tyle, na ile pozwalała mu jego epoka, nosił się dokładnie jak Don Juan – z rapierem i gitarą.

Nigdy bowiem nie podróżował bez skrzynki na szpady, którymi stoczył wiele błyskotliwych pojedynków, i bez podobnej skrzynki na mandolinę, na której rzeczywiście grywał serenady dla panny Ethel Harrogate, bardzo konwencjonalnej córki bankiera z Yorkshire, przebywającej na wakacjach. Nie był jednak ani szarlatanem, ani dzieckiem, tylko pełnym temperamentu, rozumnym Latynosem, który miał swoje upodobania i wcielał je w życie. Jego poezja była tak bezpośrednia, jak proza innych pisarzy. Pożądał sławy, wina i pięknych kobiet z żarliwą szczerością, która byłaby nie do pomyślenia wśród chmurnych ideałów i mglistych kompromisów Północy; dla mniej konkretnych plemion jego namiętność miała w sobie posmak niebezpieczeństwa, a nawet zbrodni. Był jak ogień lub morze – zbyt nieskomplikowany, by mu zaufać.

Bankier i jego piękna angielska córka zatrzymali się w hotelu przylegającym do restauracji Muscariego; dlatego właśnie była to jego ulubiona restauracja. Wystarczył jeden rzut oka na salę, by się przekonać, że angielskie towarzystwo jeszcze nie zeszło na obiad. Restauracja lśniła, ale wciąż była stosunkowo pusta. Przy stoliku w kącie rozmawiali dwaj księża, ale Muscari (gorliwy katolik) nie zważał na nich więcej niż na dwa gawrony. Od innego stolika, częściowo ukrytego za miniaturowym drzewkiem złotym od pomarańczy, podniósł się jednak i skierował ku niemu człowiek, którego strój był krzyczącym przeciwieństwem ubioru poety.

Mężczyzna miał na sobie tweedowe ubranie w czarno-białą kratkę, różowy krawat, wysoki kołnierzyk i wielkie żółte buty. W ten sposób, trzymając się wiernie tradycji, jaką zostawił po sobie ‘Arry odwiedzający Margate3, zdołał osiągnąć wygląd zarazem zaskakujący i pospolity. Ale kiedy zjawa o wyglądzie Cockneya przysunęła się bliżej, Muscari ze zdumieniem stwierdził, że jej głowa różni się znacząco od reszty ciała. Była to bowiem głowa włoska: kędzierzawa, śniada i bardzo ożywiona wychylała się ze sztywnego kołnierzyka, który wyglądał jak zrobiony z kartonu, i znad komicznego różowego krawata. W rzeczywistości była to głowa znajoma. Nad ryzykownym spiętrzeniem angielskiej wczasowej odzieży rozpoznał twarz starego, zapomnianego przyjaciela o nazwisku Ezza. Młodzieniec ten był w szkole cudownym dzieckiem i już w wieku piętnastu lat wróżono mu europejską sławę; gdy jednak wychynął na świat, poniósł porażkę – najpierw publiczną, jako dramaturg i demagog, a potem prywatną, trwającą wiele lat, jako aktor, podróżnik, bukmacher i dziennikarz. Muscari ostatni raz widział go za światłami rampy; Ezzę aż za bardzo pociągały atrakcje tego zawodu i powiadano, że pochłonęła go jakaś moralna katastrofa.

– Ezza! – zawołał poeta wstając i z miłym zaskoczeniem ściskając dłoń przyjaciela. – No, za kulisami widywałem cię w różnych kostiumach, ale nigdy się nie spodziewałem, że zobaczę cię w stroju Anglika.

– To wcale nie jest strój Anglika – oznajmił poważnie Ezza – tylko Włocha przyszłości.

– W takim razie – zauważył Muscari – muszę wyznać, że wolę Włochów przeszłości.

– To twój stary błąd, Muscari – powiedział mężczyzna w tweedach, potrząsając głową – i błąd całej Italii. W szesnastym wieku my, Toskańczycy, byliśmy awangardą poranka: mieliśmy najnowszą stal, najnowszą rzeźbę i najnowszą chemię. Dlaczego teraz nie mielibyśmy mieć najnowszych fabryk, najnowszych samochodów, najnowszych finansów… i najnowszych strojów?

– Bo nie warto ich mieć – odparł Muscari. – Nie możesz zmienić Włochów w prawdziwych ludzi postępu; są na to za inteligentni. Kto zna drogę na skróty do tego, jak dobrze żyć, nigdy nie wybierze nowych, okrężnych dróg.

– No cóż, dla mnie gwiazdy Włoch to Marconi albo D’Annunzio – odparł tamten. – Dlatego zostałem futurystą… i przewodnikiem.

– Przewodnikiem! – zawołał ze śmiechem Muscari. – Czy to najnowszy na twojej liście zawodów? A komu służysz za przewodnika?

– Ach, człowiekowi o nazwisku Harrogate i jego rodzinie, zdaje się.

– Nie mówisz chyba o bankierze, który mieszka w tym hotelu? – spytał poeta z przejęciem.

– Tak, właśnie o nim – odparł przewodnik.

– Opłaca się? – spytał niewinnie trubadur.

– Mnie się opłaci – powiedział Ezza z bardzo tajemniczym uśmiechem. – Ale ja jestem dość dziwnym przewodnikiem. – A potem, jakby zmieniając temat, dodał nagle. – Gość ma córkę… i syna.

– Córka jest boska – potwierdził Muscari. – Ojciec i syn należą, jak sądzę, do rodzaju ludzkiego. Ale czy ten bankier, choć ewidentnie nieszkodliwy, nie wydaje ci się doskonałym potwierdzeniem mojego punktu widzenia? Harrogate ma w sejfach miliony, a ja – dziurę w kieszeni. Ale nie ważysz się powiedzieć, nie możesz powiedzieć, że on jest bystrzejszy albo odważniejszy, albo przynajmniej bardziej energiczny ode mnie. Nie jest bystry – oczy ma jak dwa niebieskie guziki; nie jest energiczny – przesiada się z fotela na fotel jak paralityk. Jest sumiennym, sympatycznym durniem; ma pieniądze po prostu dlatego, że je zbiera, tak jak uczniak zbiera znaczki pocztowe. Ty za bardzo obstajesz przy swoim, żeby robić interesy. Nie wchodzisz w układy. Tylko ten ma dość rozumu, żeby zdobyć te wszystkie bogactwa, kto jest wystarczająco głupi, żeby ich chcieć.

– Na to jestem wystarczająco głupi – odparł ponuro Ezza. – Proponowałbym jednak, żebyś tymczasem powstrzymał się od krytyki bankiera, bo oto i on.

Pan Harrogate, wielki finansista, rzeczywiście wszedł na salę, ale nikt na niego nie patrzył. Był to potężny, starszy mężczyzna o bladoniebieskich oczach i spłowiałych siwo-rudawych wąsach; gdyby nie mocno zgarbione ramiona, wyglądałby na pułkownika. W ręce trzymał kilka nieotwartych listów. Jego syn Frank, młodzieniec o naprawdę znakomitej prezencji, był kędzierzawy, opalony i pełen zapału; ale na niego także nikt nie zwracał uwagi. Oczy wszystkich utkwione były jak zwykle w Ethel Harrogate, której złocista, klasyczna głowa z twarzą barwy poranka jakby specjalnie odcinała się od szafirowej tafli morza, tworząc wizerunek bogini. Poeta Muscari wciągnął głęboko powietrze, jakby czymś się zachłysnął, bo tak też było w istocie. Zachłystywał się stworzonym przez swoich przodków antykiem. Ezza mierzył dziewczynę wzrokiem równie badawczym i o wiele bardziej zagadkowym.

Panna Harrogate była tym razem w wyjątkowo promiennym i towarzyskim nastroju; jej rodzina, która zdążyła już przyjąć swobodniejsze, kontynentalne obyczaje, dopuszczała obcych, jak Muscari, a nawet przewodników, jak Ezza, do stołu i rozmowy. W osobie Ethel Harrogate konwencjonalność wspinała się na szczyty doskonałości i splendoru. Panna była dumna z fortuny ojca, lubiła modne przyjemności, była kochającą córką i niepoprawną kokietką, ale wszystkie te role odgrywała z tak szczero-złotą szlachetnością, że nawet jej duma budziła sympatię, a jej światowość zdawała się rześka i zdrowa.

Wszyscy rozprawiali z podnieceniem o jakimś domniemanym niebezpieczeństwie czyhającym na szlaku, którym w tym tygodniu mieli się przeprawiać przez góry. Nie chodziło o groźne skały ani lawiny, ale o coś znacznie bardziej romantycznego. Ktoś solennie zapewnił Ethel, że rozbójnicy – prawdziwi bandyci ze współczesnych legend – nadal nawiedzają ten łańcuch górski i panują nad tą właśnie przełęczą Apeninów.

– Powiadają – wołała Ethel, upajając się tymi rewelacjami jak pensjonarka – że nad całą tą okolicą nie panuje król Włoch, tylko Król Złodziei. Kto to taki, ten Król Złodziei?

– Wielki człowiek, signorina – odparł Muscari – godny stanąć w jednym szeregu z waszym Robin Hoodem. Montano, Król Złodziei, stał się znany w tych górach jakieś dziesięć lat temu, kiedy powiadano, że zbójników już nie ma. Ale jego dzika władza rozszerzyła się z prędkością milczącej rewolucji. Jego śmiałe deklaracje znajdowano przybite w każdej górskiej wiosce; jego zbrojne straże spotykano w każdym wąwozie. Sześć razy rząd włoski próbował się go pozbyć i sześć razy został pokonany w zaciętej walce, jak przez Napoleona.

– Otóż w Anglii – zauważył z powagą bankier – do takich rzeczy nigdy by nie dopuszczono; może jednak lepiej wybrać inną drogę. Ale przewodnik mówił, że jest całkiem bezpieczna.

– Bo jest całkiem bezpieczna – stwierdził pogardliwie przewodnik. – Pokonałem ją ze dwadzieścia razy. Może w czasach naszych babek był jakiś niebieski ptaszek, którego nazywano Królem, ale należy on do historii, jeśli nie do legendy. Rozbójnictwo zostało całkowicie wytępione.

– Nigdy nie uda się go całkowicie wytępić – wtrącił Muscari – bo zbrojny bunt jest naturalną rozrywką ludzi Południa. Nasi chłopi są jak te góry, łagodne i wesołe z wierzchu, ale w środku płonące żywym ogniem. Jest taki etap ludzkiej rozpaczy, na którym biedota z Północy sięga po kieliszek, a nasza biedota chwyta za nóż.

– Przywilej poety – szyderczo stwierdził Ezza. – Gdyby signor Muscari był Anglikiem, nadal szukałby rabusiów na drogach pod Londynem. Proszę mi wierzyć, ryzyko porwania we Włoszech jest tak samo nikłe, jak ryzyko oskalpowania w Bostonie.

– A więc uważa pan, że powinniśmy spróbować tej przeprawy? – spytał Harrogate, marszcząc brwi.

– Ach, to brzmi przerażająco! – zawołała dziewczyna, zwracając olśniewające oczy na Muscariego. – Czy napraw-dę uważa pan, że ta przełęcz jest niebezpieczna?

Muscari odgarnął swoją czarną grzywę.

– Wiem, że jest niebezpieczna – powiedział. – Jutro tamtędy jadę.

Młody Harrogate, który dopijał kieliszek białego wina i właśnie zapalał papierosa, siedział chwilę pozostawiony sam sobie, jako że piękność odeszła w towarzystwie bankiera, przewodnika i poety, obdarzając ich salwami srebrzystej kpiny. Mniej więcej w tej samej chwili dwaj księża w kącie wstali od stolika; wyższy, siwowłosy Włoch, pożegnał się i wyszedł. Niższy zawrócił i podszedł do syna bankiera, który ze zdumieniem stwierdził, że ksiądz, choć katolik, jest Anglikiem. Niejasno przypominał sobie, że widywał go kiedyś na przyjęciach u jakichś katolickich przyjaciół. Zanim jednak wspomnienia zdążyły ułożyć się w spójną całość, duchowny odezwał się pierwszy.

– Pan Frank Harrogate, jak sądzę – powiedział. – Przedstawiono mnie panu kiedyś, ale nie mam zamiaru wykorzystywać naszej znajomości. O wiele lepiej, jeśli ta dziwna rzecz, którą mam do powiedzenia, będzie pochodziła od nieznajomego. Panie Harrogate, zanim wyjdę, powiem tylko jedno: niech pan się opiekuje siostrą w jej wielkim nieszczęściu.

Nawet dla prawdziwie po bratersku obojętnego Franka powietrze nadal mieniło się blaskiem i rozbrzmiewało drwinami jego siostry; słyszał jej śmiech dobiegający z hotelowego ogrodu i wpatrywał się w oszołomieniu w pełnego powagi doradcę.

– Chodzi księdzu o zbójców? – spytał, a potem, przypominając sobie o własnych niejasnych obawach, dodał: – A może myśli ksiądz o Muscarim?

– Człowiek nigdy nie myśli o prawdziwym nieszczęściu – stwierdził dziwny ksiądz. – Może tylko okazać współczucie, kiedy ono już się przydarzy.

Po czym szybko wyszedł z sali, niemal zanim jego rozmówca zdołał zamknąć usta.

Dzień czy dwa później rozkołysany powóz z całym towarzystwem rzeczywiście wspinał się na ostrogi groźnego górskiego łańcucha. Jako że Ezza z jednej strony wesoło zaprzeczał niebezpieczeństwu, a z drugiej Muscari butnie je lekceważył, rodzina finansisty wytrwała przy swoim pierwotnym postanowieniu. Muscari postarał się, by jego górska podróż zbiegła się z ich wyjazdem. Bardziej niespodziewane było pojawienie się na przystanku w nadmorskiej miejscowości małego księdza z restauracji, który napomknął coś o tym, że i jego interesy zmuszają do przeprawy przez śródlądowy masyw. Ale młody Harrogate nie mógł nie wiązać jego obecności z tajemniczymi obawami i ostrzeżeniami z poprzedniego dnia.

Powóz był rodzajem przestronnej bryczki wynalezionej przez obdarzonego nowoczesnymi zdolnościami przewodnika, który zdominował całą wyprawę swoim planowym działaniem i beztroskim poczuciem humoru. Teoretyczne zagrożenie ze strony złodziei znikło z rozmów i myśli; dopuszczano jednak jego możliwość na tyle, że podjęto pewne formalne kroki ostrożności. Przewodnik i młody bankier mieli przy sobie naładowane rewolwery, Muscari zaś (z chłopięcym zadowoleniem) przypasał pod swoim czarnym płaszczem coś w rodzaju kordelasa.

Poeta jednym zręcznym skokiem usadowił się obok uroczej Angielki; po jej drugiej stronie siedział ksiądz, który nazywał się Brown i na szczęście był małomównym osobnikiem; przewodnik, ojciec i syn usiedli na tylnej ławce. Muscari, który szczerze wierzył w niebezpieczeństwo, był w podniosłym nastroju; to, co mówił, Ethel mogłaby z łatwością uznać za dowód szaleństwa. Ale w tej dzikiej, olśniewającej wspinaczce między skałami przypominającymi iglice i lasami przypominającymi sady było coś, co sprawiało, że jej duch ulatywał wraz z duchem poety w niedorzeczne, fiołkowe niebiosa, między wirujące słońca. Biała droga pięła się w górę zręcznie jak biały kot; balansowała nad mrocznymi rozpadlinami jakby na linie i opasywała rozległe zbocza niczym lasso.

A choć wspinali się coraz wyżej, pustkowie wokół wciąż rozkwitało jak róża. Polerowane słońcem i wiatrem łąki lśniły kolorami zimorodków, papug i kolibrów – barwami setek rozkwitłych kwiatów. Nie ma piękniejszych łąk i lasów niż w Anglii; nie ma szlachetniejszych grani i urwisk niż te, które zdobią Snowdon i Glencoe4. Ale Ethel Harrogate nigdy przedtem nie widziała poszarpanych północnych szczytów ozdobionych zielenią południowych parków, ani owoców z nizin Kentu rosnących w jarze Glencoe. Nie było tu w ogóle tego chłodu i pustki, które w Wielkiej Brytanii kojarzą się  z górską dziką scenerią. Przypominało to raczej zdobny mozaikami pałac rozdarty trzęsieniem ziemi albo holenderskie pole tulipanów wyniesione pod niebo wybuchem dynamitu.

– To wygląda jak Kew Gardens na szczycie Beachy Head5 – stwierdziła Ethel.

– To nasza tajemnica – odparł poeta – tajemnica wulkanu, która jest także tajemnicą rewolucji: czegoś, co jest gwałtowne, a jednak owocne.

– Sam pan jest raczej gwałtowny – powiedziała z uśmiechem.

– Ale raczej bezowocny – przyznał. – Jeśli zginę dziś wieczór, zginę jako bezżenny głupiec.

– To nie moja wina, że zdecydował się pan jechać – odezwała się po chwili niewygodnego milczenia.

– To nigdy nie jest wasza wina – odparł Muscari. – Nie wasza wina, że upadła Troja.

Tak rozmawiając dotarli pod olbrzymie nawisy skalne rozpostarte niemal jak skrzydła nad szczególnie niebezpiecznym zakątkiem. Konie, przestraszone wielkim, padającym na półkę skalną cieniem, zatańczyły niepewnie. Woźnica zeskoczył z kozła, żeby je schwytać za uzdy, ale nie mógł ich opanować. Jeden z koni wierzgnął i stanął dęba, urastając nagle do owych tytanicznych, przerażających rozmiarów, jakie osiąga koń, gdy nagle staje się dwunogiem. To wystarczyło, żeby cały powóz stracił równowagę, przechylił się na bok jak statek i runął przez przydrożny żywopłot w dół urwiska. Muscari otoczył ramieniem Ethel, która przywarła do niego i głośno krzyknęła. Dla takich chwil jak ta chciało mu się żyć.

W chwili, gdy oszałamiające skalne ściany zawirowały nad głową poety jak fioletowe skrzydła wiatraka, zdarzyło się coś na pozór jeszcze bardziej zaskakującego. Starszy ospały bankier wyprężył się jak struna i skoczył z urwiska zanim przechylony powóz zdołał go za sobą pociągnąć. W pierwszej chwili wyglądało to na krok równie szalony jak samobójstwo, ale w drugiej okazało się rozsądne jak bezpieczna inwestycja. Mieszkaniec Yorkshire miał najwyraźniej więcej gotowości do działania i więcej przenikliwości niż przypisywał mu poeta; wylądował bowiem w wygodnej kotlince, jakby specjalnie dla niego wymoszczonej darnią i koniczyną. Okazało się w istocie, że całe towarzystwo miało takie samo szczęście, choć nie zachowało takiej samej godności, podczas opuszczania powozu. Bezpośrednio poniżej ostrego zakrętu drogi znajdowała się porośnięta kwiatami i trawą dolinka, jakby zapadnięta łąka albo coś w rodzaju zielonej kieszeni w długiej, powłóczystej szacie gór. To tam wszyscy zostali strąceni i potoczyli się bez większych szkód, jeśli nie liczyć faktu, że drobny bagaż, a nawet zawartość kieszeni rozsypały się wokół nich po trawie. Uszkodzony powóz nadal wisiał nad nimi zaplątany w sztywnym żywopłocie, a obolałe konie zsuwały się po stoku. Pierwszy usiadł mały ksiądz, który podrapał się w głowę z miną gapiowatego zdziwienia. Frank Harrogate usłyszał go, jak mówił do siebie:

– Czemu na Boga spadliśmy akurat tutaj?

Duchowny, mrugając oczami, rozejrzał się  po otaczającym go bałaganie i sięgnął po swój bardzo nieporęczny parasol. Dalej leżało szerokie sombrero Muscariego, a obok niego zapieczętowane urzędowe pismo, które, po rzuceniu okiem na adres, ksiądz oddał starszemu panu Harrogate. Z drugiej strony trawa niemal skrywała parasolkę panny Ethel, a tuż za nią leżała malutka szklana buteleczka, mająca nie więcej niż dwa cale wysokości. Ksiądz Brown podniósł ją, odkorkował szybkim, nieznacznym ruchem i powąchał, a jego pucołowata twarz nabrała ziemistej barwy.

– Boże, uchowaj! – wymamrotał. – To nie może być jej! Czyżby już spadło na nią nieszczęście? – Wsunął buteleczkę do kieszeni kamizelki. – Myślę, że dopóki nie dowiem się więcej – dodał – jestem usprawiedliwiony.

Z bólem przyglądał się dziewczynie, którą Muscari właśnie podnosił z kwiatów, mówiąc:

– Spadliśmy prosto do nieba; to znak. Śmiertelnicy wchodzą pod górę, a spadają w dół; w górę potrafią spadać tylko bogowie i boginie.

I rzeczywiście, Ethel wstająca z morza barw była uosobieniem urody i szczęścia; ksiądz poczuł, że jego podejrzenia chwieją się w posadach i zmieniają kierunek. „Ostatecznie – pomyślał – może to nie jej trucizna, może to jedna z melodramatycznych sztuczek Muscariego?”.

Muscari delikatnie postawił damę na trawie, obdarzył ją niedorzecznie teatralnym ukłonem, a potem, wyciągnąwszy swój kordelas, przeciął mocno napiętą końską uprząż, tak że zwierzęta podniosły się i drżąc stanęły na trawie. Kiedy to zrobił, zdarzyła się rzecz najzupełniej niezwykła. Nader milczący, bardzo biednie ubrany i niezwykle opalony człowiek wyszedł z zarośli i schwycił konie za cugle. Do pasa przytroczony miał dziwny nóż, bardzo szeroki i zakrzywiony; poza tym nie było w nim nic niezwykłego, jeśli nie liczyć jego nagłego i cichego nadejścia. Poeta spytał go, kim jest, ale mężczyzna nie odpowiedział.

Rozglądając się po zdezorientowanym i wystraszonym towarzystwie, Muscari spostrzegł, że inny opalony człowiek w łachmanach, z krótką strzelbą pod pachą, przygląda się im z niżej położonej półki skalnej, z łokciami opartymi o krawędź trawiastego zakątka. Następnie spojrzał w górę na drogę, z której spadli, i zobaczył wycelowane w nich lufy czterech fuzji i cztery kolejne śniade twarze o błyszczących, ale całkiem nieruchomych oczach.

– Zbójcy! – wykrzyknął Muscari z jakąś potworną radością. – To była zasadzka! Ezza, bądź tak dobry i najpierw zastrzel woźnicę, może jeszcze zdołamy się wydostać. Jest ich tylko sześciu.

– Woźnica – powiedział Ezza, który stał z ponurą miną i rękami w kieszeniach – przypadkiem jest służącym pana Harrogate.

– A więc zastrzel go tym bardziej – wykrzyknął zniecierpliwiony poeta – przekupiono go, żeby przewrócił powóz swojego pana. Weźmiemy damę między siebie i z zaskoczenia przerwiemy okrążenie tam, w górze.

Brnąc przez polne kwiaty i wysoką trawę, ruszył nieustraszenie wprost na cztery karabiny, przekonawszy się jednak, że nikt z wyjątkiem młodego Harrogate’a nie poszedł za nim, odwrócił się i podniósł w górę swój kordelas, by poderwać innych. Zobaczył, że przewodnik nadal stoi w lekkim rozkroku na środku trawiastej dolinki, z rękami w kieszeniach, a jego szczupła, ironiczna włoska twarz zdaje się wydłużać coraz bardziej w świetle wieczoru.

– Myślałeś, Muscari, że z naszej szkolnej paczki to ja byłem nieudacznikiem – powiedział – a o sobie myślałeś, że jesteś człowiekiem sukcesu. Ale to ja odniosłem większy sukces i zająłem ważniejsze miejsce w historii. Ty pisałeś eposy; ja wcielałem je w życie.

– No, chodźże wreszcie! – zagrzmiał z góry Muscari. – Będziesz tak stał i bredził, kiedy masz do ocalenia kobietę i trzech dzielnych ludzi do pomocy? Kim ty u licha jesteś?

– Jestem Montano! – odkrzyknął równie głośno i dźwięcznie niezwykły przewodnik. – Jestem Królem Złodziei i witam was wszystkich w moim letnim pałacu.

Gdy jeszcze to mówił, pięciu kolejnych milczących mężczyzn z bronią gotową do strzału wychynęło z zarośli i wlepiło w niego wzrok, czekając na rozkazy. Jeden z nich trzymał w ręku duży arkusz papieru.

– To śliczne małe gniazdko, w którym zebraliśmy się na majówkę – mówił dalej przewodnik-zbójca z tym samym swobodnym, a jednak złośliwym uśmiechem – a także kilka jaskiń poniżej, znane są jako Raj Złodziei. Jest to moja główna forteca w tych górach, albowiem (jak bez wątpienia zauważyliście) jest ona niewidoczna zarówno z góry, od strony drogi, jak i z dołu, z doliny. To lepsze nawet niż niezdobyta twierdza, bo jest to twierdza niezauważalna. Tu najczęściej mieszkam i tu z pewnością wyzionę ducha, jeśli żandarmi kiedykolwiek mnie wyśledzą. Nie należę do tego rodzaju przestępców, którzy zastrzegają sobie prawo do obrony; należę do lepszego rodzaju – tych, którzy zachowują dla siebie ostatnią kulę.

Wszyscy wpatrywali się w niego jak rażeni piorunem, z wyjątkiem księdza Browna, który westchnął głęboko, jakby z ulgą, i dotknął palcami małej flaszeczki w kieszeni.

– Bogu niech będą dzięki! – mruknął. – To o wiele bardziej prawdopodobne. Trucizna oczywiście należy do tego naczelnika zbójców. Nosi ją przy sobie, żeby nigdy nie mogli go złapać, jak Katon.

Król Złodziei ciągnął swoją przemowę z tą samą złowróżbną uprzejmością:

– Pozostaje mi tylko wyjaśnić moim gościom warunki, na jakich mam zaszczyt ich podejmować. Nie muszę chyba wyjaśniać, na czym polega dziwny stary zwyczaj okupu, który mam obowiązek podtrzymać; ale nawet to dotyczy tylko części towarzystwa. Wielebny ksiądz Brown i słynny signor Muscari zostaną przeze mnie zwolnieni jutro o świcie i odprowadzeni do moich najdalszych posterunków. Wybaczą  państwo, że powiem prosto z mostu: poeci i księża nigdy nie śmierdzą groszem. Dlatego (skoro nie można nic z nich wycisnąć) skorzystamy z okazji, by wyrazić swój podziw dla klasycznej literatury i szacunek dla Kościoła świętego.

Przerwał z nieprzyjemnym uśmiechem. Ksiądz Brown, wpatrując się w niego, zamrugał kilka razy i wyglądało na to, że nagle zaczął go słuchać z wielką uwagą. Kapitan zbójców wyjął duży arkusz z rąk swojego zbójeckiego pomocnika i rzuciwszy nań okiem, mówił dalej:

– Moje pozostałe intencje zostały jasno przedstawione w tym oficjalnym dokumencie, który za chwilę puszczę w obieg, a który następnie zawiśnie przy każdej wiosce w dolinie i na każdym górskim rozstaju. Nie będę państwa zanudzał rozwlekłymi sformułowaniami, skoro będziecie mogli sami rzucić na nie okiem; sedno mojego obwieszczenia jest następujące: najpierw ogłaszam, że wpadł w moje ręce angielski milioner, tytan finansów, pan Samuel Harrogate. Następnie oświadczam, że znalazłem przy nim weksle i obligacje na sumę dwóch tysięcy funtów, których zrzekł się on na moją rzecz. A skoro byłoby czymś naprawdę niemoralnym ogłaszać coś takiego łatwowiernej publiczności, gdyby nic takiego nie zaszło, proponuję, żeby odbyło się to bez dalszej zwłoki. Radzę, by pan Harrogate senior oddał mi dwa tysiące funtów, które ma w kieszeni.

Bankier spoglądał na niego spode łba, czerwony i posęp-ny, ale najwyraźniej wystraszony. Skok ze spadającego powozu wyczerpał chyba resztki jego męskiej siły. Kiedy jego syn i Muscari ruszyli śmiało, by wyrwać się z zasadzki zbójców, on trzymał się z tyłu z miną winowajcy. Teraz zaś niechętnie podniósł czerwoną, drżącą dłoń do kieszeni na piersi i wręczył plik kopert i papierów głównemu zbójnikowi.

– Doskonale! – zawołał wesoło przestępca – jak na razie wszystko idzie gładko. Przytaczam dalsze punkty mojego obwieszczenia, które wkrótce poznają wszyscy mieszkańcy Włoch. Trzeci dotyczy okupu. Żądam w nim od przyjaciół rodziny Harrogate okupu w wysokości trzech tysięcy funtów, co w moim przekonaniu niemal znieważa tę rodzinę z powodu skromnego oszacowania jej wartości. Któż nie zapłaciłby trzykrotnie wyższej sumy za możliwość spędzenia jednego dnia więcej w jej przyjaznym kręgu? Nie będę ukrywał, że dokument kończą prawne sformułowania dotyczące pewnych nieprzyjemności, jakie mogą nastąpić, jeśli pieniądze nie zostaną wpłacone; ale tymczasem, panie i panowie, proszę przyjąć moje najsolenniejsze zapewnienie, że nie brak tu wygód, takich jak kwatery, wino i cygara, i szczerze zapraszam was do korzystania z luksusów Raju Złodziei.

Przez cały czas, gdy przemawiał, milczący uzbrojeni ludzie wątpliwej powierzchowności, w brudnych, wyś-wiechtanych kapeluszach, zbierali się w tak przeważającej liczbie, że nawet Muscari musiał uznać, iż jego szarża z kordelasem nie miała żadnych szans. Rozejrzał się za dziewczyną, ona jednak odeszła pocieszyć i uspokoić ojca, bowiem naturalne przywiązanie do niego było w niej równie silne, a może nawet silniejsze niż snobistyczna duma z jego sukcesu. Muscari, zupełnie nielogicznie, jak na zakochanego przystało, podziwiał to dziecięce oddanie, a równocześnie był nim rozdrażniony. Schował broń do pochwy, odszedł na bok i nieco urażony rzucił się na jedno z zielonych zboczy. Ksiądz przysiadł o jard czy dwa od niego i Muscari w przypływie irytacji zwrócił ku niemu swój rzymski nos.

– No – odezwał się zgryźliwie – ktoś jeszcze uważa mnie za niepoprawnego romantyka? Ciekawe, czy są jeszcze jacyś zbóje w tych górach?

– Może i są – odparł ksiądz Brown tonem agnostyka.

– Czemu ksiądz tak mówi? – spytał ostro poeta.

– Mówię tak, bo czegoś tu nie pojmuję – odparł ksiądz. – Nie pojmuję tego Ezzy czy też Montano, czy jak się on naprawdę nazywa. Wydaje mi się o wiele bardziej niewytłumaczalny teraz jako zbójca niż przedtem jako przewodnik.

– Ale dlaczego? – dociekał jego towarzysz. – Santa Maria! Zdawałoby się, że przynajmniej zbójca nie budzi podejrzeń.

– Natrafiam na trzy osobliwe trudności – wyjaśnił cicho ksiądz. – Ciekaw jestem, co pan o nich myśli. Po pierwsze musi pan wiedzieć, że jadłem obiad w tej restauracji nad morzem. Kiedy wasza czwórka opuściła salę, pan poszedł przodem z panną Harrogate, rozmawiając i śmiejąc się, ale bankier i przewodnik szli z tyłu, wymieniając półsłówka ściszonym głosem. Nic na to jednak nie poradzę, że usłyszałem, jak Ezza powiedział coś w rodzaju: „No, niech się trochę zabawi, wie pan, że cios może na nią spaść w każdej chwili”. Pan Harrogate nic na to nie powiedział, więc słowa te musiały mieć jakieś znaczenie. Pod wpływem chwili ostrzegłem brata panny Harrogate, że może coś jej zagraża, choć o naturze niebezpieczeństwa nie powiedziałem nic, bo sam go nie znałem. Ale gdyby miało chodzić o to porwanie w górach, nie miałoby to żadnego sensu. Dlaczego zbójca-przewodnik miałby, nawet w zawoalowany sposób, ostrzegać swojego mocodawcę, gdyby chciał jedynie zwabić go do tej górskiej pułapki? Zatem nie o tym mówił. Ale jeśli nie, to jakie nieszczęście, znane zarówno przewodnikowi, jak i bankierowi, zawisło nad panną Harrogate?

– Nieszczęście zawisło nad panną Harrogate! – wybuchnął poeta, siadając gwałtownie. – Proszę to wyjaśnić, proszę mówić dalej!

– Wszystkie zagadki krążą wokół naszego herszta – pod-sumował ksiądz z namysłem. – A oto druga z nich. Dlaczego w swoim żądaniu okupu zaznaczył tak wyraźnie fakt, że od ręki zabrał swojej ofierze dwa tysiące funtów? Nie w celu wymuszenia okupu. Wręcz przeciwnie; przyjaciele pana Harrogate byliby o wiele bardziej skłonni obawiać się o jego los, gdyby sądzili, że złodzieje są biedni i zdesperowani. A przecież natychmiastowy rabunek został z naciskiem podkreślony i nawet umieszczony na początku żądania. Dlaczego Ezza Montano miałby ogłaszać całej Europie, że oskubał swoją ofiarę, zanim zażądał za nią okupu?

– Nie mam pojęcia – powiedział Muscari, po raz pierwszy mierzwiąc swoją czarną czuprynę gestem pozbawionym afektacji. – Może ksiądz myśli, że mnie oświeca, a tak naprawdę pogrąża mnie w coraz większych ciemnościach. A jakie jest trzecie zastrzeżenie do Króla Złodziei?

– Trzecie zastrzeżenie – odparł ksiądz Brown, nadal pogrążony w rozmyślaniach – to ten stok, na którym siedzimy. Dlaczego nasz zbójca-przewodnik nazywa to miejsce swoją główną fortecą i Rajem Złodziei? Z pewnością jest to miejsce zapewniające miękkie lądowanie i urocze widoki. Jest też  prawdą, jak mówi, że nie widać go ani z dołu, ani z góry, stanowi zatem niezłą kryjówkę. Ale to nie jest i nigdy nie mogłaby być forteca. Byłaby to chyba najgorsza forteca na świecie. Z góry bowiem panuje nad nią główny szlak przeprawy przez góry, którym zapewne podróżuje także policja. Przecież ledwie pół godziny temu pięć kiepskich strzelb trzymało nas tutaj w szachu. Ćwierć kompanii jakiejkolwiek formacji wojska mogłoby nas zdmuchnąć w przepaść. Czymkolwiek jest ten trawiasty, ukwiecony zakątek, na pewno nie jest umocnioną pozycją obronną. Jest zupełnie czymś innym; ma jakieś inne, osobliwe znaczenie; jakąś wartość, której nie potrafię dociec. Przypomina raczej przypadkowy teatr albo naturalne kulisy; przypomina scenografię do romantycznej komedii, przypomina…

Gdy słowa księdza zaczęły się rozciągać i zanikać w monotonnej, marzycielskiej szczerości, Muscari, którego zwierzęce zmysły były niecierpliwe i wyostrzone, uchwycił jakiś nowy dźwięk w górach. Nawet dla niego odgłos ten był jeszcze bardzo nikły i daleki, ale mógłby przysiąc, że wieczorna bryza niesie ze sobą coś jakby tętent końskich kopyt i odległe nawoływania.

W tej samej chwili, na długo zanim drżenie doszło do mniej doświadczonych angielskich uszu, zbójca Montano wspiął się na zbocze nad nimi, stanął w zaroślach połamanego żywopłotu i wsparty na jakimś drzewie ogarnął wzrokiem drogę. Wyglądał dziwnie, bo w roli króla bandytów przywdział szeroki, fantazyjny kapelusz oraz pendent z kołyszącym się na nim kordelasem, ale w wielu miejscach widoczne było nadal prozaiczne, jaskrawe tweedowe ubranie przewodnika.

W następnej chwili zbójca odwrócił swoją oliwkową, drwiącą twarz i wykonał ruch ręką. Zbójcy rozproszyli się na ten sygnał, nie bezładnie, ale najwyraźniej zgodnie z jakąś zbójecką dyscypliną. Nie zajęli drogi biegnącej wzdłuż zbocza, ale ukryli się wzdłuż niej za żywopłotem i drzewami, jakby chcieli, sami niewidoczni, mieć wroga na widoku. Odległy hałas coraz bardziej się nasilał, aż górska droga poczęła drżeć i wyraźnie dał się słyszeć głos wykrzykujący rozkazy. Zbójcy wychylali się i zbijali w gromadki, przeklinając i szepcząc, a ciche powietrze wieczoru rozbrzmiewało drobnymi, metalicznymi odgłosami odbezpieczanych pistoletów, luzowanych noży albo zawadzających o kamienie pochew szabel. A potem odgłosy z obu stron spotkały się na górskiej drodze; słychać było łamane gałęzie, rżenie koni i krzyki ludzi.

– To odsiecz! – zawołał Muscari, zrywając się na równe nogi i wymachując kapeluszem. – Żandarmi siedli im na karku! Oto teraz wolność, zadmijcie w róg! Teraz bój przeciw zbójcom! Chodźcie, nie zostawiajmy wszystkiego policji, to takie okropnie współczesne. Zajdźmy tych drani od tyłu. Przyjaciele! Żandarmi przybyli nam na odsiecz, ruszajmy na odsiecz żandarmom!