Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród - Elisabeth Åsbrink - ebook
Opis

Język to władza. Dlatego napisałam tę książkę

Szwedzkie słowo lagom, oznaczające życie wystarczająco dobre, rozprzestrzeniło się w świecie jako symbol szwedzkiego umiaru, wygodnego i przyjemnego życia w otoczeniu ładnych przedmiotów, kojących krajobrazów, spędzanego na lekturze najlepszych na świecie kryminałów. A co, jeśli to wyłącznie fantazja? Doskonale prowadzony narodowy marketing, na który wszyscy daliśmy się nabrać?

Elisabeth Åsbrink, z właściwą sobie elokwencją, błyskotliwością i dowcipem, zabiera nas w niesamowitą i zaskakującą podróż przez szwedzką historię, idee, język i wartości. Znane słowa, zjawiska i zwroty – od „szwedzkiej zawiści”, „duńskich durniów”, „bydła dyktatury”, przez „IKEA”, „zdejmij buty” i „przeciętnego Svenssona” po „Most nad Sundem”, „OMG” i „Nie wiedzieliśmy” – są jak piksele tworzące prawdziwy portret Szwecji.

Elisabeth Åsbrink (ur. 1965)

Szwedzka pisarka i dziennikarka, autorka książek Czuły punkt, W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa1947. Kilkukrotnie nominowana do prestiżowej Nagrody Augusta, otrzymała ją w 2011 r. Jest również laureatką Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przedmowa

Napisałam tę książkę, bo była dla mnie kojąca. Bo była niepokojąca. Bo urodziłam się w Szwecji. Bo moi rodzice nie urodzili się w Szwecji. Bo mój ojciec przybył do tego kraju jako uchodźca polityczny, a moja matka przyjechała tu z miłości. Bo jest coś takiego jak kryzys tożsamości, ale nie ma czegoś takiego jak euforia tożsamości.

Pierwszy raz spróbowałam topionego sera serwatkowego, kiedy miałam sześć lat. Jego mdły smak był jednocześnie kuszący i odpychający. Do premiery kiełbasy falukorv doszło w szkole Aspudden w Sztokholmie w 1972 roku. Na zakończenie roku szkolnego moja najlepsza przyjaciółka przyniosła domowej roboty knäck, śmietankowe cukierki o smaku toffi. Nie wiedziałam, ani co to jest knäck, ani jak tę słodką masę wyjąć z papierowej foremki o plisowanych brzegach. Czułam się głupio, ale nie miałam odwagi zapytać. Koleżanki i koledzy z klasy używali takich słów jak surströmming czy slalom, a ja udawałam, że wiem, o czym rozmawiają. Ja mówiłam o shepard’s pie, marmite, leczo czy rakott krumpli, a oni myśleli, że jestem dziwna.

Dwadzieścia dwa lata zabrało mi zrozumienie, jak szwedzka jestem. Stało się to pewnego dnia w Egipcie, na uniwersytecie w mieście Sauhadż, zaprosiła mnie tam egipska przyjaciółka, żeby jej studenci mogli poćwiczyć angielski. Spotkanie z mieszaną grupą, składającą się z młodych mężczyzn i kobiet, zaczęło się od pytania: Czy Szwedzi biorą ślub z miłości czy dla pieniędzy?

Odpowiedziałam od razu: z miłości. Ale kiedy potem musiałam wytłumaczyć dlaczego, zdałam sobie sprawę, że wymieniam takie hasła jak powszechne prawo wyborcze, równe prawo dziedziczenia, powszechna opieka nad dziećmi, równa płaca za tę samą pracę. To stanowiło podstawę mojego życia. Młodzi egipscy mężczyźni i egipskie kobiety kiwali z zainteresowaniem głowami, a ja zdałam sobie sprawę z mojej szwedzkości. Przedtem uświadamiałam sobie tylko moją obcość.

Teksty w tej książce można czytać linearnie albo według tematów, niezależnie od chronologii. Są dla mnie pikselami w obrazie własnym Szwedów.

Wybór jest subiektywny, ale punktem wyjścia dla wszystkich tekstów jest język, słowa, które kształtują myśl, oraz myśl, która kształtuje wartości – stąd podtytuł: 60 słów, które stworzyły naród. Pod tym tytułem, niczym cichy tytuł, kryją się jeszcze inne słowa. Wyryto je na prastarej świątyni w Luksorze, zapisano przy wejściu do wyroczni w Delfach, cytowali je Sokrates, Platon i Pitagoras, są niczym ustawiczny apel ludzi do siebie samych: γνῶθι σεαυτόν. Albo nosce te ipsum, know thyself, känn dig själv, poznaj samego siebie.

Poznaj swój rozum, swoje światło i swoje cienie. Poznaj swoje sprzeczności i swoje kłamstwa: Poznaj swoją historię.

Język to władza. Dlatego napisałam tę książkę. Bo kiedy dorastałam, cały czas pytano mnie, skąd pochodzę. Bo dziś nikt mnie już o to nie pyta. Co się w tym czasie wydarzyło?

Czasy się zmieniają, język się zmienia, pojawiają się nowe słowa, inne odchodzą w niepamięć. To może niepraktyczne, może pogmatwane. Ale tak jak poeta Gunnar Ekelöf wierzę, że „to, co niepraktyczne, jest jedyną praktycznością na długą metę”.

Wielu doświadczonych ludzi prowadziło badania i napisało teksty, na których mogłam się oprzeć. Spis źródeł zamieszczam na końcu książki.

Ponadto chciałabym zwrócić się do tych, którzy trwali przy mnie podczas pracy i wspierali mnie swoją wiedzą, przyjaźnią i inspiracją. Są to: Johar, Karen, Gellert, Johan, Stephen, Annika. Moi synowie David i Jonas. Mój mąż Joakim. Potrzebuję was. Dziękuję.

Elisabeth Åsbrink

Sztokholm/Kopenhaga, kwiecień 2018

Naród to zbiorowisko ludzi połączonych wspólnymi błędnymi mniemaniami odnośnie do ich pochodzenia i wspólną niechęcią w stosunku do sąsiadów.

Karl Deutsch, Nationalism and its alternatives

Suionum hinc civitatesipso in Oceano praeter virosarmaque classibus valent

98 r. n.e.

Dalej, na samym już Oceanie, plemiona Swionów, potężne – prócz mężów i oręża – dzięki swej flocie.

„Swionowie”, napisał rzymski historyk Tacyt w swoim dziele Germania w 98 roku. Był pierwszy.

Dawna anglosaska literatura wspomina później o sweonas, historyk Jordanes w VI wieku pisze zarówno o Suehans, jak i Suetidi, a niemiecki historyk Adam z Bremy opowiada w swojej kronice z XI wieku o Sueones. W sagach Islandczyków pojawiają się sviar.

Czy wszyscy piszą o tym samym ludzie? Nie wiadomo. Czy tym ludem mieliby być Swearowie? Nie wiadomo. Ale mitotwórstwo i pragnienie jasności sprawiają, że historycy i ojcowie narodu przez wieki powoływali się na Tacyta i innych autorów, jakby ci dostarczali niepodważalnych faktów, chociaż w rzeczywistości są jedynie wątłymi jasnymi punktami w mrokach historii. Czy też, jak to ujął anonimowy autor hasła Svear na szwedzkiej Wikipedii: to rażący brak źródeł.

Poza legendami germańskimi i mitologią nordycką – a żadne z nich nie są uznawane za rzetelną podstawę historiografii – niewiele źródeł opisuje Swearów. Z pewnością da się stwierdzić jedynie, że to plemię germańskie z terenów dzisiejszej Szwecji. Nie wiadomo natomiast, gdzie to plemię zamieszkiwało, jakie zajmowało terytoria, nie wiadomo nic o jego historycznym rozwoju.

Według ustaleń wcześniejszych historyków głównym obszarem Swearów był Uppland, to stamtąd miała rozpocząć się ich ekspansja. Ale pojęcie svear mogło też być używane w odniesieniu do konkretnej, ograniczonej grupy społecznej. Mówi się o nich często jako o żeglarzach i wojownikach, przeciwstawia się ich Gotom. Ale nawet Gotów – götar czygoter, jak wolą ich nazywać inni – też nie jest łatwo zdefiniować.

W VI wieku rzymsko-gocki historyk Jordanes spisał kronikę gockiej historii: De origine actibusque Getarum (O pochodzeniu i czynach Gotów). Gotów utożsamia ze starożytnym ludem Getów i dzięki temu przypisuje im długą i szlachetną historię. W swojej kronice Jordanes opowiada także o ludach i kulturze Skandynawii. Goci mieli na przykład wyruszyć z wyspy Skandii, „kolebki szczepów”, i zwyciężyć cały świat. Opowieść ta stała się podstawą do stworzenia mitu narodowego w wielu różnych krajach, także w Szwecji. W XIV wieku znaleziono powiązania pomiędzy Getami, Gotami (goter – göter) i Szwedami, a stwierdzenia Jordanesa stały się źródłem gockiego romantyzmu historycznego, który swoją kulminację miał w XVII wieku.

Czy to dobre story? Tak. Czy to fakty historyczne? Raczej nie.

Historyk Adam z Bremy czerpał swoje informacje od duńskiego króla Swena Estridsena. Pojęcia svear używał dwojako: jako nazwy osobnego ludu oraz obejmującej także Gotów. Niektóre z jego opisów Uppsali, Birki i Sigtuny zawierają szczegóły, które mogą być historycznie prawdziwe. Ale inne takie nie są:

Tam leży miasto wielkie Sigtuna. Od zachodu zaś graniczy z Górami Ryfejskimi, gdzie ogromne pustkowia, wysokie śniegi, gdzie stada straszliwych ludzi bronią dostępu poza nie. Tam są Amazonki, tam psiogłowcy, tam cyklopi, co jedno oko mają na czole, dalej są ci, których Solinus nazywa himantopodami, którzy skaczą na jednej nodze, dalej są ci, którym jako jedzenie smakuje mięso ludzkie, więc przed nimi się ucieka i słusznie się o nich milczy.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Adam z Bremy pisze o zjadających ludzi stworzeniach na wschód od Sigtuny, powstaje jeden z najwcześniejszych pisanych dowodów na to, że istnieli ludzie, którzy sami siebie nazywali Swearami – w porcie Pireus, tuż obok Aten.

Stał tam kiedyś kamienny lew o spojrzeniu skierowanym ku morzu, wykuty z bardzo jasnego, niemalże lśniącego bielą marmuru pentelijskiego, pochodzącego z kamieniołomu w Attyce. Około 1050 roku trafiła tam drużyna wojowników najemnych skandynawskiego pochodzenia. Wiele historycznych śladów świadczy o tym, że wojowie z Północy walczyli we flocie czy armii cesarskiej Bizancjum. Wielu z nich zostało zwerbowanych na początku XI wieku, by stłumić bułgarskie powstanie, po czym wyruszyli do Pireusu świętować zwycięstwo.

Ta konkretna drużyna straciła jednego ze swoich ludzi, chłopa Horsego. Nieszczęśliwie zmarł, nie zdążywszy odebrać zapłaty. Wiele nordyckich kamieni runicznych wzniesiono dla upamiętnienia mężczyzn, którzy podzielili jego los – zginęli w Grecji i nie zdążyli zgromadzić bogactwa dla swoich dziedziców. Po śmierci Horsego jego kompani zauważyli potężną figurę lwa w porcie i postanowili dać wyraz swojej żałobie:

[...] wyryli (runy), mężczyźni z drużyny [...] i w tym porcie, ci mężczyźni wyryli runy dla Horsego chłopa [...] Swearowie wykonali to na lwie. (On) zginął zanim mógł odebrać zapłatę.

Taką interpretację przedstawiła kilka lat temu runolożka Thorgunn Snædal. W XI wieku Duńczycy i inni mieszkańcy Północy przestali wznosić kamienie runiczne, lecz kultura pisania run wciąż kwitła w wielu rejonach dzisiejszej Szwecji. Thorgunn Snædal wyciąga zatem wniosek, że wiadomość na lewym boku lwa została wyryta przez Szwedów. Dzięki jej odkryciu można stwierdzić, że wpisane we wstęgę runy na marmurowym lwie z Pireusu są najstarszym świadectwem istnienia Swearów, którzy sami tak się nazywali.

Swionowie, Sweonas, Suehans, Suetidi, Sueones, Sviar... Słowa spoczywają niczym monety na dnie studni i pobłyskują, kiedy ktoś ma napisać opowieść, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. To może być historia o ludziach, o języku, o kraju; historia o historii. Wtedy przydają się te fragmenty, to niedosięgalne srebro spoczywające na dnie w ciemności.

A może wiadomość na jasnym lwie z Pireusu można odczytywać inaczej? Że jesteśmy tymi, kim sami się nazywamy?

Młot Thora

VIII/IX wiek

.

Kiedy polska poetka Wisława Szymborska odbierała Literacką Nagrodę Nobla w 1996 roku, mówiła o dwóch słowach, które wysoko sobie ceniła: „Nie wiem”.

Gdyby Izaak Newton nie powiedział sobie „nie wiem”, jabłka w ogródku mogłyby spadać na jego oczach jak grad, a on w najlepszym razie schylałby się po nie i zjadał z apetytem. Gdyby moja rodaczka Maria Skłodowska-Curie nie powiedziała sobie „nie wiem”, zostałaby pewnie nauczycielką chemii na pensji dla panienek z dobrych domów, i na tej – skądinąd zacnej – pracy upłynęłoby jej życie. Ale powtarzała sobie „nie wiem” i te właśnie słowa przywiodły ją, i to dwukrotnie, do Sztokholmu, gdzie ludzi o duchu niespokojnym i wiecznie poszukującym nagradza się Nagrodą Nobla.

Nie wiem – słowa, które pchają poważną naukę naprzód. Słowa, które trzeba mieć w pamięci, kiedy mówi się o młocie Thora.

W Danii, Szwecji, Norwegii, Polsce, Wielkiej Brytanii, na Islandii, w Irlandii i w Rosji odnaleziono łącznie 121 młotów Thora. Możemy być zgodni co do tego, że były biżuterią. Możemy być zgodni co do tego, że różnią się wyglądem. Ale co dalej?

Szwedzki archeolog Hans Hildebrand jako pierwszy połączył je ze staronordyckim bogiem Thorem i jego młotem Mjöllnirem w 1872 roku. Wcześniej pewien duński archeolog wiązał ozdoby z przedchrześcijańskimi wierzeniami, a szwedzki archeolog Oscar Montelius nazywał je kotwicami. Ale co tak właściwie jest zgodne z prawdą? Nie wiemy.

Niejasne jest, skąd wzięło się powiązanie z Thorem. Od 1918 roku w tej interpretacji przywołuje się kamień runiczny z miejscowości Altuna w Upplandzie, przedstawiający boga z młotem w ręce. Młot trochę przypomina jedno ze znalezisk, ale bardzo różni się od większości znalezionych młotów Thora.

Część badaczy uważa, że to stary, przedchrześcijański symbol. Inni wierzą, że młot Thora stał się popularny, kiedy Północ miała zostać schrystianizowana, i że noszono go jako wyraz sprzeciwu wobec chrześcijańskiego krzyża. A może jest wariantem chrześcijańskiego krzyża? Są też tacy, którzy twierdzą, że symbole istniały równolegle, ponieważ znaleziono groby zarówno z młotem Thora, jak i krucyfiksem, a na niektórych młotach wyryty był krzyżyk czy też krzyż. Ale czy w takim razie oznaczało to, że ludzie byli tolerancyjni? Czy raczej otaczano się symbolami z różnych religii, by zapewnić sobie jak najlepsze życie po śmierci?

Ansgar nazywany jest apostołem Północy, mimo że jego misja chrystianizacji Szwecji się nie powiodła. Działalność misyjna przebiegała natomiast dużo skuteczniej i szybciej w Danii i dzisiejszej Norwegii. Istnieje też pewne potwierdzenie teorii mówiącej, że młot Thora rozpowszechniał się w związku z przyjmowaniem chrześcijaństwa przez pogan – ozdoby ze znalezisk archeologicznych pochodzą z tego samego okresu i z tych samych regionów, gdzie trwała chrystianizacja, przy czym znacznie więcej odkryto ich w Danii, w której działalność misyjna przynosiła więcej sukcesów. Ale tak właściwie wszystko pozostaje nierozwiązaną zagadką. Może misjonarzom udało się z młota Thora uczynić chrześcijański symbol? Skoro religia pogańska była politeistyczna, a tym samym prawdopodobnie cechowała ją duża otwartość na nowych bogów, może mieszkańcy Północy byli gotowi traktować chrześcijańskiego boga jako jednego z wielu? Jak już mówiłam, nie wiemy.

Pewne jest tylko, że władcy frankijscy w IX wieku mieli dość łupieskich wypraw i gwałtów dokonywanych przez przybyszy z północy i bardzo im zależało, by, mówiąc oględnie, uspokoić tych ludzi. Najwyraźniej ich zdaniem chrześcijaństwo było dobrym sposobem. Wiemy też, że działania te wymagały czasu i że wielu misjonarzy zginęło w wyniku napaści w miejscu pracy. Wiemy, że na tym małym kawałku ziemi, który można było nazwać Szwecją, chrystianizacja dokonała się najpóźniej. Ale nie wiemy wiele więcej ponad to.

Państwo buduje się na prawie

1296

.

Dla funkcjonowania państwa konieczne jest, by obywatele byli zgodni co do reguł gry. Ich przestrzeganie zapewnia zasadność podejmowanych decyzji. Przestrzeganie prawa to warunek praworządności i trwałości ustroju. Obowiązywało w Szwecji od dawien dawna. Już Prawo Upplandu z końca XIII wieku mówiło, że państwo buduje się na prawie.

Ze wstępu do konstytucji Królestwa Szwecji, 2015

Konstytucja określa fundament i ustrój szwedzkiego państwa. Już we wstępie przywołuje się Upplandslagen, Prawo Upplandu, z 1296 roku, gdzie sformułowana została nadrzędna zasada: państwo buduje się na prawie.

Dawniej trudno było stwierdzić, co w kraju było słuszne, a co nie. Upplandslagen jest najstarszym zachowanym zbiorem praw, który został zatwierdzony przez króla. Wcześniej obowiązywały różne prawa, zawarte w rozmaitych tekstach, rozproszone i niejednorodne, „niektóre mglisto napisane, niektóre trudne do zrozumienia”, jak mówiono pod koniec XIII  wieku.

Dlatego lagman (sędzia prowincji) Birger Persson otrzymał od ówczesnego władcy zadanie, by zebrać zespół ekspertów, którzy przeanalizują teksty i zdecydują, co właściwie powinno stanowić prawo. Tak powstało Upplandslagen, które najpierw miało wpływ na kodyfikację prawa w Svealandzie, a później także na inne prawa dzielnicowe: Dalalagen, Västmannalagen i Hälsingelagen, a poza tym przyczyniło się do powstania pierwszego ogólnokrajowego zbioru praw, Magnus Erikssons landslag, w połowie XIV wieku. Oznacza to, że Upplandslagen obowiązywało aż do XVII wieku i cytowane jest nawet we współczesnej konstytucji.

Prawo spisało kilkunastu wybranych mężczyzn: Andreas And, Röd Käldorsson, Bengt Bosson, Ulf Lagmansson, Hagbard z Söderby, Anders z Forkarby, Torsten z Sandbro, Filip Rudy, Håkan Lagman, Eskil Zezowaty, Sigurd Sędzia, Jon Gåsabog i wreszcie Ulv z Önsty, Götrik i Ulvheden.

W ich imionach i przydomkach pobrzmiewa przeszłość. W historii zapisali się jako twórcy podwalin szwedzkiego prawa. Szwedzkie, bardziej szwedzkie, najbardziej szwedzkie.

Najwyraźniej ci mężowie byli najbardziej oczytani i obeznani w dziedzinie szybko rozwijającego się XIII-wiecznego prawa. Niektórzy studiowali na uniwersytecie w Paryżu, przynajmniej jeden z nich znał najnowocześniejszy wówczas zbiór praw, liczące sobie wtedy pięćdziesiąt lat Prawo Jutlandzkie, den Jyske Lov, które rozpoczynają słowa Med Lov skal Land bygges, „państwo buduje się na prawie”. Grupa mężów sięga po to zdanie i bezpośrednio z niego korzysta.

Słowa te stają się filarami podtrzymującymi całą konstrukcję społeczną, a wielu historyków, językoznawców i patriotów chce w nich widzieć coś szczególnego, mającego nordyckie korzenie. Elias Wessén, członek Akademii Szwedzkiej w latach 1947–1981, napisał na przykład tak: „Jedno jest w każdym razie pewne: [Prawo Jutlandzkie] na wskroś oparte jest na prawie duńskim i nie ma w sobie żadnych elementów prawa niemieckiego czy rzymskiego. Pochodzi od ludu tak samo jak pozostałe nordyckie prawa dzielnicowe”.

Mylił się jednak.

Kiedy 10 marca 1241 roku Waldemar II Zwycięzca zatwierdził prawo, które miało obowiązywać w Jutlandii i na Fionii, trwała właśnie ideologiczna rewolucja: europejscy teologowie przyjęli koncepcję, że władza królewska pochodzi od Boga. Była to nowa myśl, dawała monarchom więcej władzy, ale oznaczała też większą odpowiedzialność. Król miał z boskiego nadania ochraniać słabych i stać na straży sprawiedliwości. To dlatego musiał kontrolować pobór podatków, prawodawstwo i sądownictwo, a jeśli ktoś by się temu sprzeciwił, głos zabierał Kościół, który wszystko legitymizował i stwierdzał, że taka jest wola Boga.

W ten sposób połączono ze sobą Boga, władcę i kontrolę nad najważniejszymi instytucjami. Centralizacja władzy oznaczała, że to państwo ponosiło odpowiedzialność za wymierzanie kary przestępcom. Do tego potrzebne były prawa. Wcześniej za przewinienia można było odpokutować, płacąc grzywny lub zawierając ugody, istniały wykazy, ile kosztowało popełnienie jakiegoś przestępstwa. Innym sposobem wymierzania sprawiedliwości była zemsta rodowa – ty zabijesz mojego brata, ja zabiję twojego. Lecz teraz Bóg zawarł z ludźmi przymierze: udzielał im łaski i pomocy pod warunkiem, że będą posłuszni jego przykazaniom. Aby uniknąć gniewu Bożego i zemsty, należy zapobiegać przestępstwom, ale jeśli już zostaną popełnione, obowiązkiem jest zemścić się w jego imieniu, odpłacić za zło. Stworzono więc system, w którym nadzór nad tym zapobieganiem i odpłacaniem sprawowała władza zarówno duchowna, jak i świecka.

Andreas And, Röd Käldorsson, Hagbard z Söderby, Filip Rudy, Eskil Zezowaty i pozostali w Upplandzie, czerpiąc inspirację z Prawa Jutlandzkiego, uzyskali dostęp do europejskiej kultury prawa, ta zaś sięgała do prawodawstwa Cesarstwa Rzymskiego i splatała się z ówczesnym prawem Kościoła katolickiego, z tradycją prawa kanonicznego. Szwedzkie, europejskie, rzymskie i katolickie.

W zdaniu z Prawa Jutlandzkiego, które stało się podstawą prawną dla szwedzkiej konstytucji, najpiękniejsza jest, być może, jego dalsza część. W zbiorze praw z 1241 roku zapisano: Med Lov skal Land bygges, men vilde enhver nøjes med sit eget og lade andre nyde samme Ret, da behøvetes ingen Lov.

Właśnie tak. Państwo buduje się na prawie, lecz gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.

Szwedzka zawiść

1306

.

Królewska zawiść narodziła się nieco na północ od Sztokholmu w roku 1306. W każdym razie, jeśli wierzyć niezupełnie wiarygodnej Erikskrönikan (Kronice Eryka), która jest częścią Stora Rimkrönikan (Wielkiej kroniki rymowanej). Wspomina się tam po raz pierwszy o zawiści i chciwości, które Szwecję „wiodą ku upadkowi”. Od tamtej pory te słowa powtarzane są przy setkach okazji i z tysiącami przykładów, dowodzących, że zawiść jest szczególnie zajadła i nieuleczalna akurat wśród tych, którzy nazywają się Szwedami. A wszystko zaczęło się w Håtunie.

Król Birger Magnusson gościł swoich młodszych braci, Eryka i Waldemara. Jak czytamy w Kronice Eryka, atmosfera pomiędzy braćmi nie była zbyt dobra od czasu śmierci ich ojca, Magnusa Ladulåsa, i po tym, jak Birger został wybrany na króla. Król Birger gnębił swoich braci, postarał się o ograniczenie ich wpływów oraz publicznie ich poniżał. Lecz teraz spotkali się u niego na zamku w Håtunie i mieli zjeść kolację. Tak przynajmniej sądził Birger. W rzeczywistości Waldemar i Eryk zaplanowali zamach stanu. Uwięzili starszego brata wraz z żoną i przetrzymywali ich w zamknięciu przez dwa lata. Wypuścili ich dopiero wtedy, kiedy Birger obiecał podzielić królestwo między braci.

Minęło kilka lat. Birgera zżerała wściekłość, to zupełnie zrozumiałe. Lecz nagle wydawało się, że to się zmieni, skoro zaprosił braci na ucztę. Eryk miał wątpliwości, ale Waldemar przekonał go do przyjęcia zaproszenia. Spotkali się w Nyköpingu, najedli i napili do syta. A potem zostali uwięzieni. Starszy brat Birger zamknął ich w lochach w zamkowej wieży, a klucz wrzucił do rzeki. Od tamtego czasu Szwecję do upadku doprowadza zawiść, jak głosi Stora Rimkrönikan:

Zawiść i chciwość, obie są szkodą,co Szwecję tak ku upadkowi wiodąi po wielokroć mierzną niezgodą.

Sto lat później ostatni katolicki arcybiskup Uppsali, Johannes Magnus, stwierdza, że „zaciekła narodowa zawiść” jest jedną z sześciu przyczyn nieszczęścia Szwecji. I tak szerzy się to od jednego historycznego tekstu do drugiego. Utarło się w końcu, że zawiść jest częścią szwedzkiego charakteru narodowego, zatwierdzoną i uznaną za fakt. Jak na przykład w encyklopedii dla dzieci wydanej w 1803 roku. Dzieci mogły dowiedzieć się z niej, że:

Naród ten niegdyś wznosił się ponad innymi dzięki swemu męstwu, hartowi ducha, szczerości, swemu umiłowaniu wolności, ojczyzny i władzy. [...] Tymczasem z żalem stwierdzić można, że haniebne samolubstwo, zawiść pomiędzy klasami obywateli, zasmakowanie w luksusie, mocnych napojach i obcych obyczajach są tymi cechami narodowego ducha, które wydają się nasilać niż słabnąć.

Mówi się czasem o królewskiej szwedzkiej zawiści. To, co miało miejsce w Håtunie, rzeczywiście wydarzyło się w rodzinie królewskiej, ale dotyczyło raczej rywalizacji rodzeństwa z wyższych sfer. Z uczucia tak powszechnie występującego pomiędzy braćmi czy siostrami rozwinęła się cała kultura, pewna stała w obrazie własnym Szwedów: szwedzka zawiść jest czymś wyjątkowym. Na tym można byłoby zakończyć. Gdyby nie to, że inne narody postrzegają siebie w niemalże ten sam sposób.

Kilka lat temu dziennikarz Kjell Albin Abrahamson meldował z Warszawy, że prasa pisze tam o polskiej zawiści: „Naszą ulubioną rozrywką narodową jest zaglądanie do cudzego portfela. Nic nie boli bardziej niż to, że kolega więcej zarabia”.

Abrahamson przywołał dalej historię, którą usłyszał na Litwie: Zwiedzający piekło widzi kotły, w których gotują się potępione dusze. Diabły strzegą wszystkich kotłów poza jednym. Kiedy zwiedzający pyta, dlaczego akurat tam nie ma żadnego strażnika, słyszy w odpowiedzi, że to kocioł z Litwinami. Nie trzeba go pilnować, bo jak tylko jeden próbuje się wynurzyć, reszta łapie go i ściąga z powrotem.

Natomiast dramatopisarz Molier – a był przecież Francuzem – napisał w komedii Świętoszek z 1664 roku: „Zawistni przeminą, ale nigdy zawiść”.

Alz suerikis almogha

1350

.

Na złotym amulecie znalezionym na wyspie Tjurkö niedaleko Karlskrony w regionie Blekinge odczytano słowa:

Wurte runor an walhakurneHeldar Kunimundiu

Znaczą one mniej więcej: Heldar Kunimundowi wykonał runy na włoskim ziarnie.

Do zapisu użyto starszego alfabetu runicznego oraz języka, który dziś nazywamy pranordyckim. Lecz kto wie, jak swój język i swoje znaki nazywał ten, który wyrył inskrypcję na amulecie?

Sam tekst zawiera pewnego rodzaju metaprzesłanie. „Włoskie ziarno” to peryfraza oznaczająca złoto, a słowa na złotym amulecie oznaczają, że zostały napisane. Do tego dochodzą jeszcze imiona autora i zleceniodawcy: Heldar dla Kunimunda.

Fragment z czasów wielkiej wędrówki ludów. Słowa wyciśnięte w złocie o słowach wyciśniętych w złocie. Tekst, który mówi o samym sobie. Tak jak wtedy, kiedy dziecko pokazuje palcem na świat i pyta, jak coś się nazywa, a w odpowiedzi otrzymuje nazwę, pojęcie i dzięki temu – poprzez język – kształtuje się i świat, i dziecko. Słowa te więc wskazują na siebie, nabierają znaczenia przez to, że są napisane.

Amulet najprawdopodobniej miał być noszony na szyi – być może nosił go sam Kunimund? – jako ochrona i wiadomość, miał przyciągać wzrok, gromadzić siłę. Są na nim także wizerunki mężczyzny, konia i ptaka. Pochodzi prawdopodobnie z VI wieku, z czasu pogańskich wierzeń nordyckich. Być może przedstawia podobiznę Odyna z jego krukiem i rumakiem. Amulet znaleziono razem z monetą z połowy V wieku oraz jeszcze jednym złotym amuletem. Na nim zapisano tylko jedno słowo: Ota. To znaczy „lękaj się” albo „strach”.

Czy mamy traktować te z trudem wyciśnięte runy jako pewnego rodzaju list w butelce, wiadomość dla nieznanej przyszłości? Czy raczej runy są niesamowicie żmudną formą graffiti: piszę, więc jestem? Czy może śladami VI-wiecznej mody, która przypominałaby w takim razie dzisiejszą biżuterię z różnymi motywacyjnymi hasłami: „Chwytaj dzień”, „Podążaj za marzeniami”, „Siła”?

Wurte runor an walhakurne. Czy to po szwedzku?

Nazywając język inskrypcji runicznych językiem pranordyckim, szwedzcy badacze mogą udzielić odpowiedzi twierdzącej, a badacze norwescy, nazywając ten sam język staronorweskim, stwierdzają, że dał początek współczesnemu językowi norweskiemu. To jednocześnie sprzeczne, prawdziwe i nieprawdziwe. I staje się możliwe tylko wtedy, kiedy potraktujemy bieg czasu jak krętą drogę na szczyt góry, a teraźniejszość jak chwilę, w której go zdobywamy – w tym spojrzeniu na historię jedno prowadzi do drugiego. Przyjmując taką perspektywę, można obejrzeć się za siebie i zobaczyć, że amulet z inskrypcją runiczną spoczywa tam, gdzie ścieżka zaczyna bieg. Wstęp. Początek. Niechaj się stanie język szwedzki. Lecz historia jest bardziej nieprzewidywalna, składa się z wielu ścieżek i wcale nie jest oczywiste, która z nich prowadzi do naszego „teraz”.

Do XI wieku na całej Północy mówiono właściwie tym samym językiem. Posługiwano się nim poza tym w niektórych częściach dzisiejszej Anglii, w okolicach Nowogrodu i Kijowa, w częściach Normandii, szczególnie w Bayeux. Wiemy, że ci, którzy go używali, już w 980 roku mieli dla niego swoje określenie: dǫnsk tunga. Język duński.

W 980 roku napisano po łacinie kronikę opowiadającą o walkach między tak zwanymi Danami a ówczesnymi Anglikami. Opisano tam, jak wysoko postawiony Anglik umiera, a jego ciało przewiezione zostaje na miejsce pochówku, „które nazywa się Northworth, lecz w duńskim języku Djuraby”.

Miejsce, które Duńczycy nazywali Djuraby, stało się później miastem w Anglii, które wszyscy znamy jako Derby, a kronika jest najstarszym znanym świadectwem istnienia nazw w języku nordyckim. Dziesięć lat później, około 990 roku, pojawia się następny taki dowód: angielskie kazanie ostrzega przed wiarą w Merkurego. Mówi się tam: „W języku duńskim znany jest pod innym imieniem jako Odon”.

Nic nie dzieje się szybko, w ciągu doby, w ciągu roku, nawet nie w ciągu jednego ludzkiego życia. Krok po kroku chrześcijańscy misjonarze docierają na Północ. Przywożą ze sobą język łaciński, umiejętność czytania i pisania. Powstaje kościół za kościołem, zakłada się szkołę za szkołą, kształci się księdza za księdzem. Rozpowszechnia się łacina.

Chrześcijańscy misjonarze nie ryli na drewnianych tabliczkach ani w kamieniu. Po łacinie pisano na pergaminie, woskowych tabliczkach, a później na papierze. Języki pranordycki i łaciński funkcjonowały równolegle, ale na różnym materiale, w różnych alfabetach i w różnych stylach pisma.

W roku 1000 islandzki althing zadecydował, że kraj przyjmie chrześcijaństwo. Wprowadzono wtedy alfabet łaciński, rozpowszechnia się sztuka pisania i dzięki temu powstaje bogata islandzka literatura. Około 1200 roku Snorri Sturluson pisze sagi królewskie. Zbiór Heimskringla (Krąg świata) opisuje między innymi szwedzką dynastię Ynglingów, mieszkającą wtedy w Starej Uppsali. Sturluson stwierdza w tekście, że ludzie na Północy posługują się właśnie dǫnsk tunga.

Język nie był ograniczony do jednej politycznej jednostki. Naród i język nie były ze sobą związane. Jedno nie wyznaczało granic drugiego. Wspólny język przybierał z pewnością wiele różnych form. Zapisywano go różnymi alfabetami runicznymi oraz alfabetem łacińskim. Podczas gdy uczeni chrześcijanie posługiwali się alfabetem łacińskim do pisania po łacinie, Islandczycy korzystali z tego samego alfabetu, by pisać po duńsku. Ścieżki biegły równolegle. Lecz nagle się rozdzielają, stopniowe zmiany można zauważyć w zachowanych dokumentach.

Pierwszym przykładem pewnego rodzaju języka szwedzkiego jest Äldre Västgötalagen, starsze prawo dzielnicowe Västergötlandu, najprawdopodobniej spisane przez lagmana Eskila Magnussona na początku XIII wieku. On sam nie nazywa siebie jednak Szwedem, lecz określał się jako västgöte, mieszkaniec Västergötlandu – z tekstu prawa dzielnicowego wynika, że była to duża różnica. Jest tam bowiem zapisane, jakie kary obowiązywały za zabicie człowieka. Najwyższą grzywnę otrzymywało się za zamordowanie mieszkańca Västergötlandu, za zabicie Szweda kara była niższa. Jeszcze mniej kosztowało zabicie Duńczyka albo Norwega.

Nie można jeszcze mówić o narodzie, ale być może regiony Mälardalen, Östergötland, Västergötland i kilka innych można nazwać już Szwecją. Była niestabilna i bezładna, w kontraście do wyraźnie ukształtowanych i zorganizowanych sąsiednich państw, Danii i Norwegii.

Król był wybierany przez Swearów, ale zgodnie z prawem dzielnicowym Västergötlandu mógł decydować tylko o mieszkańcach Västergötlandu.

Lagman Eskil Magnusson pisał w języku, który dziś nazwalibyśmy szwedzkim, ale on sam najprawdopodobniej tak by go nie nazwał. Może sądził, że pisze po duńsku? Tak czy inaczej, język w jego prawie różni się od języka w zbiorach praw w sąsiednich krajach.

Język narodził się bez niczyjej wiedzy i niczyjej zgody. Tak samo jak teraz pewnie jakiś nowy język powstaje gdzieś na przedmieściach albo na drugim końcu kraju. Tak właśnie zachodzą zmiany. W swojej książce Språken och historien (Języki i historia) profesor języka łacińskiego, Tore Janson, zadaje pytanie, czy Eskil Magnusson – najwyraźniej nie uważając się za Szweda – napisał jednak książkę po szwedzku? Po prostu nie jest oczywiste, kiedy powstał język szwedzki. Czy możemy mówić o języku, jeśli ci, którzy się nim posługują, uważają go za inny język?

Tore Janson pisze, że o języku szwedzkim po raz pierwszy wspomina się w związku z trzema XIV-wiecznymi wierszowanymi opowieściami rycerskimi, tak zwanymi Eufemiavisorna, pieśniami Eufemii. Zostały bowiem przetłumaczone na niemiecki i szwedzki – giordh til rima aff thyzko ok ij swænska tungæ.

Dorozumiane jest, że opowieści przetłumaczono z duńskiego. To oznacza zaś, że duński i szwedzki były wtedy dwoma różnymi językami. Czy można w takim razie stwierdzić, że język szwedzki istniał w XIV wieku? Czy Eufemiavisorna i wczesne prawa dzielnicowe są tylko próbą, eksperymentem z językiem szwedzkim, pewnego rodzaju średniowiecznym balonem testowym?

Można natomiast powiedzieć, że w 1350 roku szwedzki jest już językiem związanym z pewnym konkretnym obszarem geograficznym, a co najważniejsze, z centralną władzą, władcą i jego panowaniem. W prawie krajowym Magnusa Erikssona, Magnus Erikssons landslag, nie ma już żadnych wyjątków, to samo prawo dotyczy wszystkich dzielnic i wszystkich ludzi. Król sprawuje władzę razem z Kościołem i lagmanami, a królestwo zamieszkuje alz suerikis almogha – cały lud Szwecji. W kraju obowiązuje jedno prawo, jeden król i jeden język. Wyroki, korespondencja króla, lagmanów i sędziów – wszystko ma być pisane a suensko, po szwedzku.

Czy to jedyna prosta ścieżka? Czy język szwedzki ma swój początek na lśniącym złotym amulecie, na którym słowa sławią się same? Czy można było wybrać inną drogę? Czy król Magnus rozważał duński lub łacinę jako języki sprawowania władzy? Jeśli by je wybrał, czy byłby wtedy szwedzkim królem?

Język jest instrumentem władzy. Magnus Eriksson był tego świadomy. Prawdopodobnie chciał wyznaczyć ostre polityczne granice: z jednej strony granica czasowa, by ogłosić, że oto zaczyna się nowa epoka, jego epoka. Z drugiej granica geograficzna, by oddzielić się od sąsiednich krajów. I wreszcie granica sprawowania władzy, by rozdzielić władzę królewską od kościelnej. Jest rok 1350, jednostka polityczna szuka swojego języka. Staje się nim język szwedzki.

Przypadekwyglądający na ideę

1397

.

Można zatrzymać się na jednym roku, jednym dniu, na tym czasie, którego potrzeba do odciśnięcia pieczęci w laku, i powiedzieć: Tutaj. Teraz zmienia się przyszłość. Taki moment nastaje w lipcu 1397 roku.

Spisany zostaje dokument, kilkanaście odciśniętych na nim pieczęci potwierdza jego znaczenie i prawomocność. I nagle Dania, Norwegia i Szwecja są zjednoczone. Przyszłość, która zaczyna się wtedy kształtować, jest pełna możliwości i alternatywnych wydarzeń historycznych.

Unia kalmarska jest wspaniałą ideą, przyświeca jej zapewnienie pokoju między trzema krajami, wspieranie ich integracji oraz zapobieganie dalszej niemieckiej ekspansji ekonomicznej i politycznej. Unia powstaje i wchodzi w życie dzięki zabiegom politycznym, przebiegłości i determinacji jednej osoby. Jest nią królowa Małgorzata.

Znana? Zapomniana? Wzgardzona i oczerniana?

Królową Małgorzatę można opisać wszystkimi tymi słowami. Jest jedną z najważniejszych osób u władzy, jakie kiedykolwiek widziała Północ, a jej życie było niezwykłe i zaskakujące.

Urodzić się w 1353 roku to jak przyjść na świat po wojnie światowej. Domy stały opustoszałe, wsie wyludnione, wszędzie spotykało się masowe groby. Epidemia dżumy przybyła z Azji i Bliskiego Wschodu, dostała się do Włoch, a później z niesamowitą gwałtownością rozprzestrzeniła się po Europie. Latem 1349 roku dotarła na Północ, nazywano ją czarną śmiercią. Jedna trzecia ludności – w niektórych miastach nawet połowa mieszkańców – zmarła w ogromnych cierpieniach. Rodzice Małgorzaty byli świadkami tego koszmaru, stracili troje dzieci.

Małgorzata już jako dziewczynka stała się bohaterką jednego z objawień świętej Brygidy, kiedy jej ojciec, król Waldemar Atterdag, postanowił wydać ją za mąż za syna króla Magnusa Erikssona. Władcom potrzebny był sojusz i ich dzieci miały przydać się w politycznej grze o władzę. Zaślubiny Małgorzaty i Håkona odbyły się w Kopenhadze 9 kwietnia 1363 roku. Ona miała dziesięć lat, jej mąż dwadzieścia trzy.

Święta Brygida pałała nienawiścią zarówno do króla Magnusa Erikssona, jak i króla Waldemara Atterdaga. W swoim objawieniu krytykowała małżeństwa dzieci, nazywając je zabawą lalkami. Wizja, którą miał przekazać jej Chrystus, brzmi niczym przekleństwo:

Wiedz, że w każdym chrześcijańskim małżeństwie trzeba mieć na względzie właściwy wiek i zgodę. W tym małżeństwie nie przestrzega się zaś żadnego, więc podobne jest dziecięcej zabawie lalkami. Szukają tylko doczesnej chwały, nie troszcząc się o chrześcijańskie prawo i boski honor. Dlatego z powodu tego małżeństwa królestwo spotka strapienie, a nie błogosławieństwo.

Mówi się, że Waldemar Atterdag przykazał zięciowi, by nie dopełniał małżeństwa do czasu pierwszej menstruacji Małgorzaty, a jeśli tego dotrzyma, miałby dostać od króla Skanię. Nie wiadomo, czy to prawda. Kiedy Małgorzata miała siedemnaście lat, urodziła pierwsze i jedyne dziecko, syna Olofa.

Małgorzata była córką króla, wyszła za mąż za króla, ale jej życiu daleko było do luksusu. Życie polityczne było nieustanną batalią i walką o władzę. W XII i XIII wieku niemieccy kupcy uzyskali wpływy w nordyckich miastach. Interesowało ich rybołówstwo na wybrzeżach Norwegii i Skanii, duńskie produkty rolne i szwedzkie rudy, drewno i futra. Przodowali w handlu i żegludze, osiedlali się w takich miastach jak Visby, Sztokholm, Kalmar, Oslo, Bergen, Malmö, Dragør, Køge i Aalborg.

Bardzo pożądanym towarem był śledź. W katolickiej Europie ludziom nie wolno było jeść mięsa podczas czterdziestodniowego Wielkiego Postu, więc ten, kto panował nad rynkiem śledzi, osiągał ogromne zyski. Centrum rybołówstwa śledzi stanowił Skania. To dlatego nordyccy królowie konkurowali ze sobą o ten region, a niemieckie miasta Hanzy gotowe były toczyć wojnę, by móc czerpać korzyści z połowów.

Królestwo Danii miało ogromne długi i było zmuszone oddać w zastaw zagranicznym dzierżawcom Skanię, Fionię i Jutlandię. Ojciec Małgorzaty, Waldemar Atterdag, konsekwentnie dążył do ponownego zjednoczenia królestwa i wykupienia zastawionych ziem. Na kilka lat przed wydaniem córki za mąż, zdobył Skanię i przyłączył do Danii Gotlandię, wywołując tym samym gniew wpływowych kupców niemieckich. Zamierzali wypowiedzieć Waldemarowi wojnę, lecz udało mu się uniknąć kryzysu. Zmarł kilka lat później. Małgorzata miała wówczas dwadzieścia dwa lata, jej syn pięć. Od razu zaczęła rządy.

Skąd czerpała siłę do działania, skąd się wzięła jej chęć skupienia władzy? Przypominała swojego ojca czy odebrała wykształcenie stosowne dla przyszłych władców? Nikt już dzisiaj na to nie odpowie. Zwołała kilku najbardziej wpływowych mężów w Danii i doprowadziła do wyboru swojego pięcioletniego syna na króla. Ponieważ inni możnowładcy chętniej widzieliby na duńskim tronie ówczesnego króla Szwecji Albrechta Meklemburskiego, Małgorzata musiała znaleźć silnych sojuszników, by zapewnić władzę synowi.

A może sobie samej? Ponieważ jej syn był małym chłopcem, to ona rządziła w jego imieniu. Pięć lat później umarł mąż Małgorzaty, norweski król Haakon. Norweską koronę odziedziczył Olof, wówczas dziesięcioletni – tym samym Małgorzata nagle zaczęła sprawować władzę w dwóch królestwach.

Wystąpiła więc z pretensjami do szwedzkiego tronu. Mając wsparcie niemieckich panów, twierdziła, że jej syn jest „prawym dziedzicem Szwecji”. Zaczęła spłacać zagraniczne długi i tworzyć armię.

Lecz wtedy niespodziewanie zmarł Olof, w wieku zaledwie szesnastu lat. Krążyły złośliwe plotki, że otruła go Małgorzata, ale nie znaleziono na to żadnych dowodów, ani wtedy, ani później.

Do tego czasu rządziła tak skutecznie, że duńska Rada Królewska postanowiła pozwolić jej robić to dalej, dopóki razem z ludem nie wybierze nowego władcy. Podczas zwołanego w pośpiechu zgromadzenia w Lundzie Małgorzatę okrzyknięto „pełnowładną panią i prawą gospodynią” Danii, a niedługo później ten sam tytuł uzyskała w królestwie Norwegii. Szwedzki król Albrecht Meklemburski szydził z niej, nazywając ją królem bez spodni (kung Byxlös).

Małgorzatę wybrano na władcę w oczekiwaniu na prawdziwego króla – to znaczy mężczyznę. I to wtedy wykazała się geniuszem, torując sobie drogę do władzy w mizoginicznym świecie. Gdyby tylko mogła mieć jeszcze jedno dziecko płci męskiej, jak najmłodsze, prawdziwego dziedzica królestw, mogłaby sprawować regencję w jego imieniu.

Szukała i znalazła. Jej siostra poprzez małżeństwo weszła do rządzącego w Szwecji rodu meklemburskiego. Małgorzata najzwyczajniej w świecie adoptowała wnuka swojej siostry, Bogusława Pomorskiego, i nadała mu imię Eryk. Miał sześć lat i teraz to on był „prawym dziedzicem Szwecji”.

Władza Małgorzaty się rozszerzała. Szwecja wciąż należała wprawdzie do Albrechta Meklemburskiego, ale szwedzcy możnowładcy mieli dość niemieckiej władzy. Czy Małgorzata nie byłaby lepszym wyjściem?

Zaledwie rok po śmierci syna spotkała się z reprezentantami Królestwa Szwecji, którzy oddali spore tereny Szwecji pod jej protekcję, na rzecz adoptowanego Eryka. Król Albrecht ruszył do walki, ale jego wojska zostały pokonane przez armię Małgorzaty pod Åsle, na wschód od Falköpingu, gdzie rozegrała się ostatnia wielka bitwa rycerska. Małgorzata trzymała go w niewoli dla okupu, który miał umożliwić jej przejęcie władzy nad Sztokholmem – Albrecht miał zostać uwolniony, dopiero kiedy wpływowi niemieccy kupcy przekażą jej miasto.

Nadszedł czas na unię.

Rok po uwolnieniu Albrechta, niepełnoletniego Eryka Pomorskiego wybrano na króla Danii i Szwecji. W czerwcu 1397 roku został koronowany w Kalmarze. W związku z tą uroczystością podpisano dokument mający potwierdzać, co następuje: Dania, Norwegia (razem z Islandią, Grenlandią, Wyspami Owczymi, Orkadami i Szetlandami) i Szwecja (razem z Finlandią) od tej pory podlegały temu samemu władcy. Unia kalmarska stała się faktem. W akcie unijnym nie było zapisane, że młodziutki król Eryk wciąż podlegał swojej macosze.

Małgorzata sprawowała w trzech królestwach rządy silnej ręki i dążyła do centralizacji władzy. Ważną przyczyną powstania unii była chęć zapewnienia pokoju. Małgorzata nie mogła pozwolić, by lokalni panowie zbroili się i gromadzili wojska. Wprowadziła w Danii zakaz budowania nowych zamków, a w Szwecji burzyła twierdze i zamki wzniesione za panowania Albrechta. Rozwijała możliwości transportu na terenie krajów unii i zabiegała o to, by podróżowanie było bezpieczniejsze. Teraz zajazdy musiały znajdować się w odległości czterdziestu kilometrów od siebie, by podróżujący nie tłoczyli się w jednej gospodzie i by nie zatrzymywano się w nich niezgodnie z prawem. Kazała wprowadzić prawa zabraniające ataków na kobiety, domy, tingi oraz kościoły. Ustanowiła bardzo surowe kary za kradzieże i przestępstwa z użyciem przemocy, a w niespokojnych okresach wprowadzała zakaz przebywania na ulicach w wyznaczonych porach.

Na temat unii kalmarskiej żywo dyskutują badacze historii, którzy nie są zgodni co do tego, jak należy intepretować władzę Małgorzaty. Kiedy historycy przesiąknięci byli wizją wspólnej, nordyckiej, germańskiej przeszłości, postrzegali unię jako wczesną realizację pannordyckich idei. Późniejsi historycy coraz częściej traktowali powstanie unii kalmarskiej jako przypadek i wyraz geniuszu politycznego Małgorzaty, dzięki któremu mogła wykorzystać luki powstałe wskutek ówczesnych walk o władzę.

Jednym z tych, którzy wychwalali unię kalmarską jako projekt skandynawski, był historyk i pisarz Erik Gustaf Geijer. Nie mógł on zaakceptować myśli, że unia miałaby być dziełem przypadku. Powstała, i musiała powstać, wskutek podobieństwa, pokrewieństwa i wspólnoty trzech państw:

„Czy tak wielkie dzieło jak ta unia miałoby powstać bezmyślnie, jedynie jako incydent, przypadek? Niemożliwe!”.

Zdaniem Geijera unii przyświecała oczywista idea zjednoczonej Skandynawii – miała być wielka i mocarna, miała pokonać Niemców i zwyciężyć Księstwo Moskiewskie. Uważał, że to musiało pewnie stanowić punkt wyjścia działań Małgorzaty.

Ale w rzeczywistości unia była czymś innym, jak napisał później Geijer. Szwecję spotkały okropności wojny, władza ujawniała się przede wszystkim w podatkach, które nakazała wprowadzić Małgorzata. Stolica i wiele zamków należało do Niemców, a ci szli przez kraj, paląc i plądrując. Na Morzu Bałtyckim spustoszenie siali korsarze, a wiele miast królestwa obróciło się w popiół. Cele, które przyświecały Małgorzacie w tworzeniu unii, drastycznie różniły się od jej rzeczywistego funkcjonowania. Dlatego Geijer stwierdził – w słowach, które od tamtej pory pozostały w języku szwedzkim i stały się interpretacją dominującą w szwedzkich podręcznikach do historii – że unia kalmarska stanowiła przypadek wyglądający na ideę.

Królowa Małgorzata zmarła 28 października 1412 roku w męczarniach, chora na dżumę. Lecz aż do końca pokazywała, jak niezwykłą była postacią, tak różną od wielkich władców panujących przed nią i po niej. W swoim testamencie zapisała bowiem olbrzymi majątek tym, których dotknęła prowadzona przez nią wojna – w szczególności „kobietom, znieważonym i poniżonym”. Przekazała także wielkie sumy za spokój dusz tych, którzy padli w wojnie, zarówno walczących po jej stronie, jak i przeciwników.

Unia kalmarska, czy to będąca wspaniałą ideą, czy też nie, mogła stać się punktem zwrotnym nordyckiego dziejopisarstwa. Gdyby te trzy kraje i ich obszerne terytoria wciąż stanowiły jedno – jak wyglądałaby nasza współczesność?

Trudności najwyraźniej okazały się jednak zbyt duże. Na przykład duże odległości geograficzne, sprzeciw wobec silnej władzy królewskiej kierującej się przede wszystkim duńskimi interesami oraz szwedzcy możnowładcy domagający się prawnych warunków, które miały zapewnić im kontrolę nad Szwecją. Jakiś czas później doprowadziło to do powstania wrogich nastrojów wobec unii i wobec Duńczyków, a utrzymanie unii po prostu nie było już możliwe. Przypadek wyglądający na ideę.

Duńskie durnie

1449

.

Była jesień 1449 roku. Mnisi w sztokholmskim klasztorze Gråmunkeholmen napisali pieśń na zlecenie króla Karola Knutssona. Król właściwie lubił Duńczyków, miał nawet duńskich krewnych i z pewnością uważałby się za króla Danii, gdyby tylko miał taką możliwość, ale życie prywatne i pretensje do władzy to dwie różne sprawy.

Franciszkanie na niewielkiej wyspie, która dziś nazywa się Riddarholmen, stanowili centrum propagandy. Przyczynili się do samouwielbienia króla Karola Knutssona w Lilla Rimkrönkan (Małej kronice rymowanej) i Karlskrönikan (Kronice Karola). A teraz napisali jeszcze Gotlandsvisan (Pieśń o Gotlandii) dwadzieścia osiem wersów przepełnionych nienawiścią do Duńczyków. Także dziś wiele osób potrafi zacytować fragment:

Taka jest Duńczyków mowaOd morderstw gorsze ich słowa

Karol Knutsson był mężczyzną chciwym i żądnym władzy, udało mu się być trzy razy koronowanym na króla Szwecji i raz na króla Norwegii. Jego propaganda skierowana przeciwko Duńczykom najprawdopodobniej wynikała z chęci zawładnięcia ich królestwem – ale nie dla dobra narodu, tylko własnego. Granice Szwecji czy Danii były jeszcze niewyznaczone, o państwie narodowym jeszcze nie myślano. Przez stulecia, nazywane średnimi wiekami, wojny toczyły się przede wszystkim o władzę królewską i wpływy dynastii, to nie kraje stawały przeciwko krajom. Duńscy królowie szerzyli spustoszenie w Västergötlandzie i Smålandzie, szwedzcy władcy plądrowali Skanię i Blekinge. W XV wieku przedmiot sporu stanowiła Gotlandia.

W Visby miał siedzibę usunięty z tronu Eryk Pomorski. Utrzymywał się z korsarstwa na Bałtyku i kazał wybijać monety z tekstem: ERIC REX GOTOR – Eryk, król Gotlandczyków. Lecz Gotlandię chciał zdobyć Karol Knutsson. Już kilka tygodni po objęciu tronu szwedzkiego, latem 1448 roku, podjął próbę najazdu na wyspę. Wsie zdobyto bez większych trudności i na początku grudnia szwedzkie wojska przejęły kontrolę nad jedynym miastem Gotlandii: Visby. Ale nie zdobyły twierdzy Visborg, gdzie przebywał Eryk. Oblężony, poprosił o pomoc króla Danii. Nie minęło kilka dni, a na miejsce dotarła duńska flota i wypędziła Szwedów z wyspy. To wtedy król Szwecji zlecił mnichom w Sztokholmie napisanie Gotlandsvisan, w której Duńczyków przedstawia się jako zdradliwe i kłamliwe skorpiony:

Skorpiony tak zwykle figlują,Językami ugłaskują,A kłują żądłami:Tak robią Duńczycy –

My i oni. Oni i my. Nienawiść do Duńczyków niewątpliwie była dla niektórych rodów jedną ze strategii, które miały, jak pisze historyk idei Patrik Hall, umożliwić przejęcie szwedzkiej korony i rozszerzenie wpływów. Szkalując sąsiadów, można było zdobyć ziemie. I to najwyraźniej skutkowało.

Sto lat później, w 1554 roku, ukazała się wielka kronika królów pióra Johannesa Magnusa, opierająca się na tekstach historyka Jordanesa o tym, jak Goci wyruszyli ze Skandii. W księdze Historia de omnibus Gothorum Sveonumque regibus