Madame Picasso - Anne Girard - ebook
Opis

Przejmująca historia niezwykłego romansu jednego z najwybitniejszych artystów wszech czasów Pabla Picassa i jego muzy Evy Gouel.

Eva Gouel wybiera się na wystawę w Petit Palais, gdzie prezentowane są dzieła kubistów, którymi zachwyca się całe miasto. Oszałamiają ją nowatorska forma, bogactwo kolorów i zmysłowość tych płócien. Jej uwagę przykuwa jednak przede wszystkim pewien przystojny i dość ekscentryczny Hiszpan; on także zauważa ją w tłumie. Oboje nie mają pojęcia, dokąd zaprowadzi ich to nieoczekiwane spotkanie, ale jedno jest pewne – nie będą umieli o sobie zapomnieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anne Girard

MADAME PICASSO

Przełożyła Anna Gren

Tytuł oryginału: Madame Picasso

Copyright © 2014 by Diane Haeger

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Anna Gren, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Dla Stephena Roberta

Część IAmbicja, sztuka, pasja

Wierzymy zguby swojej pewni

Że miłość w drodze napotkamy

I wpół objęci rozmyślamy

O tej cygańskiej przepowiedni

– Guillaume Apollinaire, tłum. Julia Hartwig

Rozdział 1

Paryż, maj 1911

Eva wybiegła zza rogu i punkt wpół do trzeciej okrążyła tryskającą na placu Pigalle fontannę. Była niewybaczalnie spóźniona. Chwyciła przód swojej kraciastej niebieskiej sukni, uniosła go i ruszyła w dół zatłoczonego bulwaru Clichy, nad którym majaczył czerwony wiatrak Moulin Rouge. Resztę drogi pokonała sprintem.

Ludzie oglądali się za nią. Urodziwa i młoda, wyglądała na niezłe ziółko – policzki miała rumiane, jej targane wiatrem włosy w kolorze mahoniu splątały się z pąsową wstążką słomkowego kapelusza, który Eva przyciskała ręką do głowy, a z jej dużych błękitnych oczu można było wyczytać, że jest gotowa na wszystko. Nie przejmowała się, że w biegu ukazuje sięgające kolan pantalony. Takiej szansy drugi raz nie dostanie.

Przemknęła obok dwóch błyszczących dorożek, które rywalizowały o miejsce z automobilem, potem skręciła w wąski zaułek między krawcem męskim a cukiernią ze schludną różowo-białą markizą. Tak, to była droga na skróty, o której powiedziała jej Sylvette, ale po bruku nie dało się biec szybko. Pogrążone w cieniu kamienie były wilgotne, szare i omszałe; dwa razy się pośliznęła i omal nie upadła. Była już prawie u celu, kiedy z pluskiem wdepnęła w tłustą czarną kałużę i ochlapała sobie pończochy i czarne zapinane trzewiki.

Dotarła na miejsce, ale z rozpędu trudno jej się było zatrzymać. Nerwowe napięcie sprawiało, że w głowie miała mętlik.

– Spóźniłaś się! – huknął na nią jakiś głos.

W łukowatych drzwiach prowadzących za kulisy stanęła przełożona garderobianych. Była to złowróżbnie wysoka kobieta w średnim wieku. Kościste, naznaczone plamami dłonie madame Léautaud spoczywały na poszerzonych stelażem biodrach czarnej sukni ze sztywnego welwetu. Koronkowy kołnierz całkiem zakrywał jej szyję, nadgarstki ginęły w koronkowych mankietach. Ciemnopopielate włosy miała upięte w niski kok. Twarz o grubych rysach wyrażała otwartą pogardę.

Eva dyszała ciężko, policzki jej płonęły. Całą drogę w dół z Montmartreʼu i przez Pigalle przebyła na piechotę.

– Proszę mi wybaczyć, madame! Przysięgam, klnę się na wszystko, że przyszłam tak szybko, jak tylko mogłam! – wykrztusiła, z trudem łapiąc oddech. Miała świadomość, że przedstawia sobą okropny widok.

– Nie ma tu miejsca na żadne pokrętne wymówki, czy to jasne? Ludzie płacą za spektakl i oczekują spektaklu. Nie wolno się spóźniać. Nie zrobiłaś na mnie szczególnie dobrego wrażenia. Przed występem trzeba dopilnować wielu rzeczy, tyle ci powiem!

Chwilę później obok Evy stanęła jej współlokatorka, Sylvette, ubrana w falbaniasty zielony kostium i grube czarne pończochy. Jej umalowana twarz miała przypominać buzię lalki z czarnymi rzęsami i przerysowanymi ustami w kolorze wiśni. Brązowe włosy Sylvette zostały fachowo spięte w koczek na czubku głowy. Jedna z dziewcząt musiała jej powiedzieć o incydencie, bo Sylvette przybiegła Evie na pomoc, dzierżąc jeszcze puszkę białego pudru do twarzy.

– To się już nie powtórzy, madame – obiecała z przejęciem, w siostrzanym geście obejmując szczupłe ramiona Evy.

– Tak się złożyło, że jedna z tancerek podarła sobie podczas próby halkę i pończochy, a nasza szwaczka zapadła się pod ziemię, więc masz szczęście. Inaczej natychmiast bym cię odesłała. Cóż, wy młódki wszystkie zjawiacie się tutaj, sądząc, że wystarczy mieć ładną buzię. Myślicie tylko o tym, by złowić na widowni bogatego dżentelmena i wyjechać, a ja zostaję z niczym.

– Jestem dobrą pracownicą, madame, zapewniam, że to prawda. Nie szukam mężczyzny, który by mnie uratował – zapewniła Eva z całą gorliwością, na jaką ta filigranowa wiejska dziewczyna o ogromnych błękitnych oczach potrafiła się zdobyć.

Jej słabe protesty nie przekonały garderobianej, bowiem madame Léautaud nie przepadała za naiwnymi i urodziwymi dziewczętami. Tego ranka Sylvette ostrzegła Evę, że jeśli nie przekona tej kobiety o swoich uczciwych intencjach, to nim się spostrzeże, dostanie kopniaka w delikatne siedzenie i znajdzie się na powrót w ich pokoiku w la Ruche (budynek nazwano tak, ponieważ przypominał kształtem ul). Sylvette pracowała tu już ponad rok i nadal występowała tylko w dwóch numerach, i to jako tancerka w zespole; była jedną z anonimowych postaci w tle – kimś, komu nigdy nie udało się zaistnieć bliżej jasnych świateł rampy.

W drzwiach pojawiły się trzy tancerki w strojach okazalszych od kostiumu Sylvette. Dziewczęta, zwabione gniewnym głosem przełożonej, miały nadzieję zobaczyć kłótnię. W pełnej napięcia ciszy przyglądały się Evie z pogardą. Jedna z nich oparła dłonie na biodrach i kpiąco uniosła brwi. Dwie pozostałe szeptały między sobą. Evie od razu przypomniały się dawne czasy w rodzinnym Vincennes. Miała wtedy konkurentki – dziewczyny, które uważały ją za gorszą od siebie. Właśnie z ich powodu uciekła do wielkiego miasta. Miała w głowie pustkę. Serce ścisnęło jej się z bólu. Jeśli zmarnuje tę szansę… Zaryzykowała tak dużo, opuszczając przedmieście. Naraziła się na dezaprobatę rodziny. Marzyła o sukcesie w Paryżu, ale jak dotąd, przez rok, wiele nie wskórała. Odwróciła wzrok, bo czuła, że do oczu cisną jej się łzy. Nie chciała, by tancerki zobaczyły, jak się mazgai. Miała dwadzieścia cztery lata, ale czasami potrafiła zachowywać się dziecinnie. Po jałowym roku w Paryżu nareszcie odzyskała nadzieję, że jej życie zmieni się na lepsze. Nie mogła teraz okazać słabości.

– Zapewne masz nadzieję zostać tancerką, tak jak one? – spytała madame Léautaud, wskazując dziewczęta ruchem podbródka. – Zdobycie miejsca tutaj kosztowało je wiele pracy i wiele godzin ćwiczeń, więc marnowałabyś mój i swój czas, gdyby taki był twój zamiar.

– Potrafię dobrze reperować koronki. – Eva postarała się, by jej głos zabrzmiał pewnie.

Mówiła prawdę. Kiedy była dzieckiem, jej matka tworzyła prawdziwe cuda z koronek. Madame Gouel zabrała ze sobą swoje koronki, kiedy opuściła Polskę i udała się do Francji. Nauczyła córkę delikatnych, kunsztownych ściegów, by Eva mogła wspomagać rodzinny budżet, kiedy zgodnie z oczekiwaniami wyjdzie za mąż za miłego krajana. Takie w każdym razie były nadzieje rodziców Evy, zanim ich córkę niedługo po dwudziestych trzecich urodzinach zwabił Paryż. Teraz, kiedy wydała już prawie całe oszczędności, otwierała się przed nią pierwsza rzeczywista szansa na zdobycie pracy.

Sylvette milczała jak zaklęta. Bała się, że osłabi własną niepewną pozycję, jeśli jeszcze choć słowem wstawi się za przyjaciółką. To ona powiedziała Evie, że w Moulin Rouge potrzebują szwaczki, bo przy tych wszystkich kankanach i teatralnych upadkach na siedzenie tancerki wiecznie rozdzierały stroje. Ale jak Eva wykorzysta tę okazję, to już zależy od niej.

– Cóż, dobrze, wypróbuję cię. – Madame Léautaud zgodziła się w końcu i lekko westchnęła. – Ale tylko dlatego, że jestem w tarapatach. Proszę za mną, zreperujesz halkę Aurelie. Proszę się sprawić szybko i pokazać mi halkę podczas próby.

– Oui, madame. – Eva skinęła głową. Czuła się przytłoczona i onieśmielona, ale wzięła się w garść i rozciągnęła usta w uśmiechu.

– Nieśmiałe z ciebie dziewczątko jak rusałka. Nie można powiedzieć, by brakowało ci uroku – stwierdziła garderobiana od niechcenia na wspomnienie wcześniejszej rozmowy z Sylvette. – Jak się nazywasz?

– Marcelle. Marcelle Humbert – odpowiedziała Eva, choć wymówienie nowego paryskiego imienia, które, miała nadzieję, przyniesie jej szczęście, wymagało odwagi.

Od dnia, kiedy samotnie przybyła do miasta w zbyt dużym płaszczu i czarnym filcowym kapeluszu, cały swój dobytek niosąc w starej podróżnej torbie, Eva Gouel żyła jednym żelaznym postanowieniem. Zamierzała zaistnieć w Paryżu w taki czy inny sposób, choć wiedziała, że porywa się z motyką na słońce. Jednak powiedziała sobie, że na tym świecie zdarzają się i dziwniejsze rzeczy.

Madame Léautaud uniosła brodę okoloną kołnierzykiem z czarnej koronki, odwróciła się i zrobiła kilka kroków w stronę otwartych drzwi na scenę, dając Evie znak, by szła za nią. Dziewczyna po raz pierwszy miała okazję rzucić okiem na tajemniczy świat słynnego Moulin Rouge.

Ściany za drzwiami pomalowano na czarno i ozdobiono złotymi arabeskami. Po bokach wisiały ciężkie, czerwone, aksamitne kurtyny. Wnętrze kabaretu przypominało egzotyczną jaskinię. Świat, w który Eva miała z takim wahaniem wkroczyć, był niezwykły i powabny. Podniecenie i lęk pobudzały jej serce do szalonego bicia.

Idąc za madame Léautaud, Eva rozglądała się na boki. Starała się nie zwracać niczyjej uwagi. Nerwowo wykręcała dłonie za plecami, tętno miała przyspieszone. Nie wiedziała, czy da radę zapanować nad drżeniem rąk, kiedy przyjdzie jej nawlec igłę.

Gęsty od cieni mrok za sceną ledwie rozpraszało światło dnia. Eva czuła woń alkoholu i zwietrzałych perfum. Były to niepokojące i zarazem podniecające zapachy. Mijało ją coraz więcej tancerek idących na scenę albo z niej wracających i Eva zaczęła rozpoznawać twarze z kolorowych plakatów, którymi oklejone było miasto. Mariska, baletnica – mim, główna tancerka Mado Minty i piękna comedienne Louise Balthy, która grywała role tyrolskiej lalki Caroline i Mulatki. Byli tam również treser zwierząt Romanus, monsieur Toul znany ze swoich kupletów i tancerze z trupy hiszpańskiej w czerwonych bolerach i czarnych kapeluszach z frędzlami.

Eva po raz pierwszy w życiu widziała z tak bliska słynnych artystów kabaretu. Sama myśl o tym, że mogłaby ich poznać, napełniała ją lękiem i podnieceniem.

A jeśli madame Léautaud ją odrzuci? Czy będzie musiała wrócić na przedmieście? Nie, Eva podjęła już decyzję. Nie wróci do Vincennes. Tyle że jeśli zostanie w Paryżu bez pracy, nie będzie miała żadnych perspektyw. Louis zaproponował, że zaopiekuje się nią, jeśli zostaną parą. Skorzystanie z tej propozycji może się okazać jedynym wyjściem.

Biedny Louis. Był jej drugim przyjacielem w Paryżu. Zapoznała ich Sylvette. Ponieważ był Polakiem, tak jak matka Evy, i wszyscy mieszkali w la Ruche, ich znajomość szybko przerodziła się w przyjaźń. Cała trójka stała się nierozłączna.

Eva spotkała się z Louisem wcześniej tego dnia. Nie powiedziała mu o przesłuchaniu w Moulin Rouge. Wspomniała tylko, że ma coś do załatwienia, i znikła za najbliższym rogiem. Louis stał przed drzwiami galerii Vollarda, rozwiązując teczkę z wyborem swoich akwarel. Prawie nie słyszał tego, co mówiła Eva, z nerwów, bo i jego czekało spotkanie, które mogło oznaczać szczęśliwą odmianę losu. Ambroise Vollard był słynnym marszandem, prowadził galerię na brukowanej rue Laffitte niedaleko nich i po wielu miesiącach w końcu zgodził się obejrzeć kilka prac Louisa.

Louis, który naprawdę miał na imię Ludwik1, studiował wcześniej na Académie Julian, malował wieczorami i by zarobić na czynsz, sprzedawał rysunki satyryczne do „La Vie Parisienne”. Fakt, że jego wspaniałe akwarele w stylu impresjonistycznym się nie sprzedawały, był dla niego źródłem frustracji.

Louis udzielił Evie pożyczki i przez ubiegły rok systematycznie fundował jej kolacje, żeby jakoś dała sobie radę finansowo. Dziewczyna nie chciała się wiązać uczuciowo; nie chciała też go zawieść. Lojalność była dla niej niezmiernie ważna.

Teraz stała przed madame Léautaud w garderobie za sceną. Garderobiana sprawdzała brzeg halki, który Eva właśnie skończyła reperować.

– Nie widzę ani ściegów, ani rozdarcia, tak dobrze to zrobiłaś! – zawołała w końcu. Zaprawione irytacją zaskoczenie w jej głosie mieszało się z podziwem. – Zaczniesz u nas dziś wieczorem. Proszę wrócić na szóstą, ani minuty później. Tym razem proszę się nie spóźnić.

– Merci, madame – powiedziała Eva, starając się, by jej głos brzmiał pewnie.

Minęła je grupka techników i członków personelu obsługującego scenę, którzy głośno chichotali.

– Podczas występu będziesz stać za kulisami. Sylvette pokaże ci gdzie. Nie wolno przeszkadzać artystom. Na zreperowanie kostiumu będziesz miała zaledwie chwilę. Chodzi zwykle o podwinięcie rozprutego brzegu czy przyszycie guzika, mankietu albo kołnierzyka. Nie wolno się guzdrać, rozumiesz? Nasi goście słono płacą nie po to, żeby oglądać podarte kostiumy. Nie lubią też przerw w spektaklu. – Potem madame Léautaud nachyliła się do niej i wyszeptała: – Widzisz, nasza wspaniała comedienne, mademoiselle Balthy, przytyła ostatnio. Gorset sznurujemy jej już dość luźno, a ona i tak podczas upadków na siedzenie zawsze rozdziera pantalony. – Madame Léautaud przygryzła wargę, maskując chytry uśmieszek, i mrugnęła okiem.

Chwilę później Eva znalazła się w brudnym zaułku, ale po raz pierwszy w życiu wypełniało ją uczucie tryumfu. Biegnąc na rue Laffitte, gdzie czekał na nią Louis, czuła się tak, jakby wyrosły jej skrzydła.

Na wzgórze podjechała naziemną kolejką linową i najszybciej jak się dało, pobiegła do galerii monsieur Vollarda. Wspaniale było mieć przez ostatnie miesiące w Paryżu polskiego powiernika – kogoś, komu nie musiała tłumaczyć swoich myśli i zamierzeń po francusku. Eva nie chciała go stracić. Louis był dla niej jak brat, choć wiedziała, że on pragnie czegoś więcej. Byli do siebie zbyt podobni, by tworzyć dobrą parę. Eva mogła zawsze na nim polegać, a tego potrzebowała w Paryżu znacznie bardziej niż miłostek.

Biedny Louis, wysoki, o szaroniebieskich oczach, żył w cieniu wielkich marzeń Evy. Wciąż mówił z wyraźnym polskim akcentem. W przeciwieństwie do niej nie starał się dopasować do wielkomiejskiego stylu. Nadal pieczołowicie woskował końcówki swoich płowych wąsów, a wychodząc, wkładał staroświecki cylinder, ulubiony jednorzędowy frak i dwukolorowe sztyblety, niemodne od kilku lat.

Louis wymyślił dla niej imię Marcelle i była mu za to ogromnie wdzięczna. Nowe imię przyniosło jej szczęście. Pili wino w małej karczmie Au Lapin Agile przycupniętej na szczycie wzgórza Montmartre i Louis uroczyście uznał Evę za skończoną paryżankę, nadając jej imię o rdzennie francuskim brzmieniu.

Pomysł z nowym wcieleniem rozbawił Evę, ale też od razu jej się spodobał. Bycie kimś innym przypominało zabawę i dawało swobodę, uskrzydlało. Marcelle wolno było się nosić tak, jak Eva nie miałaby odwagi. Eva była ostrożna i pokorna. Marcelle mogła być beztroska i pewna siebie, nawet odrobinę uwodzicielska. Przyswoiła sobie melodyjny wielkomiejski akcent i dzięki drobnym przeróbkom nosiła teraz modne spódnice do pół łydki i szerokie paski.

Louis powiedział, że jej mały zadarty nos przypomina guzik. Eva miała niebieskie oczy, które wydawały się jeszcze większe i bardziej wyraziste dzięki okalającym je długim ciemnym rzęsom. Była filigranowa. Zdaniem Louisa wyglądała jak niewinne dziewczątko. Ale Eva wcale nie czuła się niewinna. Tak naprawdę była wulkanem energii i nie mogła się doczekać, kiedy zacznie naprawdę żyć.

Pragnęła być częścią rozbuchanej nowej epoki w Paryżu, uczestniczyć w wydarzeniach w Moulin Rouge i Folies Bergère. Słynne aktorki Sarah Bernhardt i Isadora Duncan przyciągały ogromne tłumy na Trocadéro, a dwa lata wcześniej znana tancerka z nocnego klubu, Colette, pocałowała na scenie inną kobietę tak namiętnie, że prawie wywołała zamieszki. Ach, gdybyż mogła to zobaczyć! Paryż tętni życiem – myślała Eva – W tym mieście roi się od zuchwałych młodych pisarzy i tancerzy, a wszyscy oni, podobnie jak ja, nie mogą się doczekać, by dać się poznać.

Paryżanie czytali Maupassanta i Rimbauda, którzy z takim realizmem przedstawiali życie. Równie popularna była bezkompromisowa twórczość dwóch nowych paryskich poetów, Maxa Jacoba i Guillaumeʼa Apollinaireʼa. Eva uwielbiała utwory Apollinaireʼa. Ostrożnej dziewczynie z prowincji wydawały się odważne i prowokacyjne. Wiersz Apollinaireʼa Cyganka zawierał w sobie jej rojenia o szalonym, porywającym życiu w Paryżu.

Wierzymy zguby swojej pewni

Że miłość w drodze napotkamy

I wpół objęci rozmyślamy

O tej cygańskiej przepowiedni2.

Mimo że droga powrotna na Montmartre prowadziła przez cały czas pod górę, Eva szła sprężystym krokiem, mijając sklepiki na brukowanej rue Laffitte. Kiedy dotarła przed galerię Vollarda, promieniała szczęściem jak dziecko. Louis zobaczył ją przez witrynę. Otwierając drzwi, poruszył mały dzwonek nad nimi.

– Wiedziałaś, ile to spotkanie dla mnie znaczy. Już się skończyło. Chciałem cię przedstawić, jesteś przecież moim magicznym talizmanem, ale znikłaś. Gdzieś ty się podziewała, do diabła?

– Znalazłam prawdziwą pracę! Będę tylko szwaczką, ale to zawsze coś. Chciałam ci zrobić niespodziankę.

Louis natychmiast wybaczył Evie. Porwał ją w swoje długie cienkie ramiona i zakręcił nią tak, że jej kraciasta spódnica rozwinęła się na kształt dzwonu.

– Och, wiedziałem, że w końcu coś znajdziesz!

Postawił Evę na ziemi, przyciągnął do siebie i przycisnął mocno do swojej kościstej piersi. Widać jednak przypomniał sobie od razu o granicach przyjaźni, bo puścił ją, cofnął się o krok, a jego blade policzki spłonęły rumieńcem.

– To wspaniała nowina! Tak się składa, że ja też mam dla ciebie niespodziankę. Musimy to uczcić! – Odsłonił w uśmiechu krzywe żółte zęby, po czym pokazał jej dwa bilety i uśmiechnął się szerzej. – To na jutrzejsze popołudnie, na wystawę w Salonie Niezależnych – powiedział z dumą.

– Jakim cudem udało ci się je dostać? Cały Paryż chce tam być!

Zdobycie biletów graniczyło z cudem. Eva, zwykła śmiertelniczka, nie mogła sobie pozwolić na większość paryskich atrakcji, więc toczące się tuż obok pełne podniet życie pozostawało w sferze marzeń. Perspektywa spędzenia całego popołudnia sam na sam z Louisem nie nęciła jej szczególnie, ale Eva cieszyła się, że w końcu odwiedzi głośny Salon Niezależnych. Była to jedna z najważniejszych dorocznych wystaw sztuki. Młodzi artyści z Paryża wystawiali tam swoje prace obok dzieł słynnych malarzy. Eva wiedziała, że na wystawie pojawi się mnóstwo wpływowych osób.

– Mój pryncypał z redakcji zdobył bilety dla swojej żony. Okazało się jednak, że niektóre z wystawionych obrazów są dla niej zbyt ordynarne.

Eva zachichotała. Sylvette zzielenieje z zazdrości – podobnie jak inni artyści z Moulin Rouge. Przyjęła zaproszenie.

Szli ulicą, która wiła się wokół butte de Montmartre. Witały ich szare łupkowe dachy i łuszcząca się farba. Zaczęło padać. Spacerowym krokiem, w świetnych humorach, minęli stragan uginający się od skrzyń wypełnionych dorodnymi dojrzałymi owocami i warzywami. Ich słodki zapach mieszał się z aromatem ciepłego chleba płynącym z boulangerie.

Eva spojrzała w górę na majaczący w oddali fantazyjny wiatrak Moulin de la Galette. Znaleźli się w gorszej dzielnicy. Wśród sekretnych brukowanych zaułków kryły się tancbudy i burdele sąsiadujące z winnicami i ogrodami, gdzie pasły się stada owiec i kozy. Wystarczyło pójść w górę, w przeciwnym kierunku, by trafić na plac Ravignan. Stał się sławny z powodu artystów i poetów, którzy tam mieszkali i pracowali w walącej się ruderze nazywanej Bateau-Lavoir. Dziewczyna otrząsnęła się z dreszczu fascynacji.

– Co powiesz na mały toast w la Maison Rose, tylko we dwójkę, zanim ruszymy do domu? – spytał. – Może potem pozwolisz mi na buziaka.

– Już o tym rozmawialiśmy. Naprawdę musisz to sobie wybić z głowy. – Eva się zaśmiała, nadając głosowi serdeczny ton.

– Cóż, skoro nie chcesz zostać moją kochanką, bądź przynajmniej moją muzą. – Louis się uśmiechnął. Nic nie mogło zepsuć jego dobrego humoru, nawet fakt, że Eva kategorycznie odrzuca jego zaloty. – Będę potrzebował muzy. Vollard kupił jeden z moich obrazów. To moja druga wielka niespodzianka.

– Cudownie! – wykrzyknęła Eva. – Odpowiednia będzie francuska muza. W każdym razie nie polska – dodała z uśmiechem zadowolenia.

– Tak, piękna francuska muza – odpowiedział Louis po polsku. – Każdy dobry artysta potrzebuje takiej muzy, by pobudzić twórczą inwencję.

Wieczorem kabaret Moulin Rouge prezentował się inaczej niż po południu – wypełniały go migotliwe jasne światła, mocny zapach perfum i kosmetyków do makijażu oraz odgłosy ciągłej krzątaniny. Eva cieszyła się, że jest częścią enklawy za kulisami.

Starała się nie przeszkadzać obsłudze sceny i aktorom, którzy biegali tam i z powrotem obok wieszaków pełnych kostiumów. Zafascynowana chłonęła wszystko szeroko otwartymi oczami. Barwny tłum zupełnie ją oszołomił. Artyści plotkowali szeptem. Wielu z nich piło – by pozbyć się tremy, jak twierdzili ze śmiechem.

Eva zauważyła, że ich jaskrawe kostiumy są zadziwiająco tandetne. Jednego była pewna – zrobiono je i uszyto tanim kosztem. Dawno temu matka nauczyła Evę, jak rozpoznawać dobrą jakość. Dziewczyna zwróciła uwagę na cery, naprawy, zażółcone kołnierzyki i brudne pończochy. Doznała rozczarowania, ale nie pozwoliła, by to umniejszyło przyjemność, jaką czerpała z samej obecności tutaj, w tętniącym życiem, sekretnym świecie artystów kabaretu!

Czekając na moment, kiedy będą jej potrzebować, starała się nie rzucać w oczy. Splotła palce, by powstrzymać drżenie dłoni, ale serce tłukło się jej w piersi. Rozpoznawała wszystkich artystów. Najpierw przepłynęła obok niej Mado Minty; jej kostium ze szmaragdowej tafty był rozkloszowany od bioder, miał wciętą talię i obcisły stan. Po drugiej stronie przejścia, niedaleko stojaka z kapeluszami i stroikami na głowę, stała słynna comedienne Louise Balthy o charakterystycznej pociągłej twarzy i ciemnych oczach. Jadła ciastko.

Zgodnie z przewidywaniami madame Léautaud podczas występu Evę kilkakrotnie wzywano, by błyskawicznie zjawiła się z igłą i nitką.

W pewnej chwili ktoś potknął się o jej stopę.

– Hej, uważaj, co robisz! Nie wiesz, kim jestem?

Kiedy uświadomiła sobie, że wypowiedziane ostrym tonem słowa skierowano do niej, drgnęła. Podniosła wzrok znad koszyka z przyborami do szycia i ujrzała piękną kobietę w eleganckim kostiumie, który wykończono z wielką dbałością o szczegóły. Wyglądała dokładnie tak jak na plakatach, Eva poznałaby ją wszędzie. To była Mistinguett – obecna gwiazda Moulin Rouge.

– Prze… przepraszam – wyjąkała Eva.

Wysoka, posągowo zbudowana artystka mierzyła ją zagniewanym wzrokiem.

– Skąd oni biorą tych ludzi? – westchnęła, prostując się i otrzepując niewidzialny pyłek z aksamitnego stanu swojego kostiumu.

– Dwie minuty, Mistinguett! Dwie minuty do pani następnego numeru! – zawołał jakiś głos.

– Sylvette! Gdzie się u licha podziałaś? – warknęła artystka.

Jej ton był tak ostry, że kilka osób się obejrzało. Chwilę później przybiegła współlokatorka Evy. Sądząc po brakach w garderobie, Sylvette była w trakcie przebierania się. W ręku trzymała kieliszek czerwonego wina.

– Przepraszam, mademoiselle, właśnie byłam w połowie…

– Guzik mnie to obchodzi, Sylvette.

Eva przyglądała się w milczeniu, jak jej pobladła z upokorzenia przyjaciółka przyjmuje rolę służącej. Po chwili opuściła oczy i rozdrażniona wróciła do swojej igły i nitki.

Przedstawienie trwało, a Eva reperowała kostiumy. Rozerwany rękaw, urwany guzik. Ostatecznie to nie Louise Balthy, ale Mistinguett rozdarła sobie pantalony podczas kankana. Z impetem zbiegła ze sceny i rzuciła Evie gniewne spojrzenie.

– A ty na co się gapisz?

To obcesowe pytanie zawisło między nimi oskarżycielsko. Przecież Eva się nie gapiła. Mistinguett wpatrywała się w nią ze złością. Wspierając się na ramieniu swojej młodej garderobianej, aktorka próbowała zsunąć z nóg podarte pantalony przez czarne sznurowane trzewiki.

– Proszę mi wybaczyć. Po prostu czekałam – odpowiedziała Eva pokornym tonem.

– Czekałaś na co?

– Na pani pantalony, mademoiselle. Żebym je mogła zszyć.

– Ty? Nigdy cię tu nie widziałam!

– Może jestem tu nowa, mademoiselle, ale wiem, jak się obchodzić z igłą i nicią.

Lisiorude oczy Mistinguett rozszerzyły się.

– Przedrzeźniasz mnie?

– Ależ skąd, mademoiselle Mistinguett.

Eva czuła na sobie wzrok artystów, którzy przechodzili obok nich w scenicznych strojach. Wiedzieli z doświadczenia, że lepiej się nie zatrzymywać, kiedy znana z popędliwego usposobienia gwiazda jest rozgniewana.

– Lepiej, żebyś tego nie próbowała! – Mistinguett odwróciła się gwałtownie. – I pośpiesz się z tym. W drugiej połowie wykonuję mój popisowy numer.

Evie przemknęło przez głowę, że powinna zszyć pantalony w taki sposób, żeby Mistinguett rozdarła je tego wieczoru jeszcze raz. Szybko jednak zrezygnowała z tego przewrotnego pomysłu. Zbyt wiele zależało od tego, jak wykorzysta swoją szansę. Na razie zemstę trzeba było odłożyć.

Kiedy kryzys został zażegnany, Mistinguett odeszła w towarzystwie wysokiego młodzieńca o bujnych jasnych włosach, które przy użyciu pomady zaczesano w falach do tyłu.

– Kto to? – spytała Eva Sylvette.

– Nazywa się Maurice Chevalier – odparła Sylvette. Za moment miała wyjść na scenę. – Tańczy z nią tango pod koniec drugiej połowy. Z całą pewnością nie dzięki talentowi dostał tę pracę. – Puściła do Evy oko, a Eva zagryzła wargę, żeby się nie roześmiać.

Tyle się działo w tym zachwycającym miejscu. Tyle występów, tyle osobowości i tyle nazwisk do zapamiętania. Na razie Eva dzielnie trwała na swoim posterunku. Jak dotąd, poradziła sobie ze wszystkimi krawieckimi poprawkami.

Kiedy artyści jeden po drugim ruszyli za kulisy, by odetchnąć podczas przerwy, Eva odważyła się zerknąć za ciężką aksamitną kurtynę. Na widok tłumów na widowni jej serce zaczęło bić szybciej. Morze jedwabnych cylindrów, meloników i fedor. Nie było ani jednego pustego miejsca. Wzrok Evy prześliznął się po wytwornie odzianej publiczności i zatrzymał na grupie ciemnowłosych młodych mężczyzn o egzotycznej urodzie, ubranych w różne odcienie czerni i szarości. Siedzieli blisko sceny przy stoliku zastawionym butelkami wina i whisky oraz baterią kieliszków. Złowiwszy uchem strzępy ich ożywionej rozmowy, Eva domyśliła się, że to Hiszpanie. Siedzieli w niedbałych pozach, na zmianę to szepcząc, to pijąc bez umiarkowania. Przypominali niegrzecznych chłopców, którzy starają się zapanować nad swoim gwałtownym zachowaniem.

Jeden z mężczyzn przyciągnął jej uwagę. Miał czarne, przenikliwe oczy i długie, gęste kruczoczarne włosy. Był krępy i szeroki w barach. Miał na sobie wygniecione beżowe spodnie i wymiętą białą koszulę, której rękawy zawinął powyżej łokci, tak że odsłaniały opalone, muskularne ramiona. Marynarkę przewiesił przez oparcie krzesła. Wydał się Evie niewiarygodnie pociągający. Pomyślała, że nieznajomy jest kimś ważnym, skoro siedzi na samym przodzie. Zauważyła, że nie ma u jego boku żadnej pięknej kobiety. A przecież tak atrakcyjny mężczyzna musiał mieć żonę. A przynajmniej kochankę.

Chciała wypytać o niego Sylvette, ale orkiestra zaczęła grać tusz na początek drugiej części przedstawienia. Po chwili zawołała ją madame Léautaud. Na rojenia będzie czas później. Teraz Eva miała do wykonania zadanie. Przecież postanowiła, że dzięki tej pracy do czegoś dojdzie.

Rozdział 2

Stał przed sztalugami boso i bez koszuli. Miał na sobie tylko podwinięte powyżej kostek, ochlapane farbą beżowe spodnie; w ręce trzymał pędzel. Do pracowni artysty w górującej nad okolicą ruderze Bateau-Lavoir wpadało poranne światło. Sztalugi umieszczono przy oknie wychodzącym na winnicę, w której pasły się owce. Dalej rozciągał się pejzaż usiany łupkowoszarymi dachami i kominami miasta.

Na zimnych płytach podłogi skromnego pomieszczenia leżały szmaty, farby i pędzle. Na gipsowych ścianach wisiały obrazy. Tutaj Pablo Picasso mógł być kimś więcej niż tylko malarzem. Tutaj stawał się matadorem, a mokre płótno zamieniało się w byka, którego trzeba zmusić do uległości.

Akt tworzenia polegał na uwodzeniu i zmuszaniu do uległości.

Teraz wreszcie, kiedy przestał myśleć o sprawach osobistych, płótno w końcu się poddało. Zawładnąwszy nim, Picasso poczuł pokorę. Płótno otwierało się przed nim jak kochanka, obejmowało go – brało w posiadanie jak zmysłowa kobieta. Takie porównania zawsze tłoczyły się w jego umyśle. Dzieło, które wcześniej rzuciło mu wyzwanie, po kapitulacji stawało się jego najbardziej egzotyczną kochanką.

Plamy farby znaczyły jego palce, spodnie, atramentowoczarne włosy na piersi, ręce i stopy. Szkarłatny ślad po farbie widniał na jego policzku, tą samą farbą pobrudzone były jego długie czarne włosy.

O tak wczesnej porze w pracowni było cicho. Picasso delektował się otaczającym go spokojem. Sześciany i linie na mokrym płótnie przemawiały do niego jak poezja. A jednak cisza zmuszała do myślenia również o innych sprawach.

Fernande po ich kłótni poprzedniego wieczoru znowu wypiła za dużo. Picasso wypuścił się do Moulin Rouge, by szukać pocieszenia w towarzystwie swoich przewidywalnych hiszpańskich przyjaciół. Poczucie, że jego renoma w Paryżu rośnie, nieco koiło jego nerwy. Wiedział jednak, że rano Fernande będzie w domu, w ich nowym mieszkaniu. Ostatniej nocy był zbyt rozgniewany, by do niej wrócić. Dlatego przyszedł do pracowni.

Kochał Fernande. Tego nie podawał w wątpliwość. Jej życie, zanim go poznała, było ciężkie. Miała męża brutala od którego uciekła i którego nadal – nawet teraz – zbyt się bała, by się z nim rozwieść. Picasso zawsze czuł przemożną potrzebę chronienia jej. Przetrwali wspólnie chude lata, kiedy prowadził w Paryżu życie nieznanego, całkowicie oddanego sztuce artysty. To wzmocniło ich więź, pomimo że wciąż nie mogli się pobrać. A jednak ostatnio zaczął się zastanawiać, czy to wystarczy. Te wątpliwości przeniosły się na inne sprawy w jego życiu. Niedługo miał skończyć trzydzieści lat i czuł pustkę. A może niepokój?

Sięgnął po mniejszy pędzel i zanurzył go w naczyniu z żółtą farbą. Za brudnymi oknami świeciło słońce. Przez chwilę skupiał wzrok na pasących się owcach, które sprawiały, że ten zakątek Montmartreʼu przypominał wieś. Nagle pomyślał o Barcelonie i o matce, która się o niego zamartwiała.

Myśli o rodzinie i prostocie dzieciństwa snuły się w jego głowie jak nić. Myślał o swojej młodszej siostrze Conchicie, jej dużych błękitnych oczach i cudownej niewinności. Nawet po tylu latach tęsknił za nią całym sercem, ale odgonił wspomnienie i zmusił się do myślenia o czymś innym. Tego, co się zdarzyło, nie mógł zmienić. Roztrząsanie przeszłości przynosiło tylko ból, w którym zawierało się wiele poczucia winy.

Pukanie odpędziło wspomnienia. Drzwi się otwarły i do środka wtoczyło się dwóch młodzieńców. Byli to jego dobrzy przyjaciele, Guillaume Apollinaire i Max Jacob. Śmiali się, obejmując się po bratersku ramionami. Roztaczali mocny zapach alkoholu.

– Tak wyglądają obietnice Pabla – wybełkotał Apollinaire, gestykulując teatralnie. – Wczoraj wieczorem powiedziałeś, że się z nami spotkasz w Au Lapin Agile zaraz po przedstawieniu w Moulin Rouge.

– Mówię wiele rzeczy, przyjacielu – burknął Picasso i wrócił do malowania.

Był zły, że mu przeszkadzają, a jednocześnie czuł ulgę, że przyszli oni, a nie Fernande.

Picasso kochał tych dwóch skłóconych z życiem poetów, jakby byli jego rodzonymi braćmi. Rozniecali w nim zainteresowanie ideami, poezją, teoriami – a to zawsze pobudzało go do tworzenia. Prowadzili rozmowy, pili, sprzeczali się ze swadą i mieli do siebie prawdziwe zaufanie, co Picasso ogromnie cenił teraz, kiedy zaczynał zdobywać sławę. Nie zawsze był pewien, czy znajomi są wobec niego całkiem szczerzy, ale przy Jacobie i Apollinairze nie miał żadnych wątpliwości.

Max, niższy z nich dwóch, wysportowany, oczytany i do przesady dowcipny syn krawca z Quimper, był jego pierwszym przyjacielem w Paryżu. Tamtej zimy, dziesięć lat temu, Picasso żył w takiej nędzy, że musiał palić własne obrazy, by się ogrzać. Max zaoferował mu nocleg. Sypiali na jego wąskim łóżku, zmieniając się co osiem godzin. Max spał w nocy, kiedy Picasso pracował, a Picasso w dzień. Max miał niewiele, ale tym, co miał, zawsze dzielił się z Pablem.

Powszechnie sądzono, że Max inspirował Apollinaireʼa, ale tak już nie było. Uzależnienie Maxa od opium i eteru sprawiło, że nie dorównywał czarującemu i bystremu Guillaumeʼowi, i obecnie to Apollinaire wiódł prym podczas spotkań towarzyskich.

– Gdzie masz whisky? – wybełkotał Max.

– Nie mam – burknął Picasso.

– Fernande wszystko wypiła? – spytał Apollinaire.

– Żebyś wiedział.

– To kłamstwo! Fernande tu nie bywa, od kiedy jej załatwiłeś eleganckie mieszkanie na bulwarze Clichy, i my to wiemy – odparł Max.

– Cóż, wczoraj przyszła. Pokłóciliśmy się, więc wypiła whisky, bo nie miałem wina. – Picasso odpowiedział po francusku, ale w jego głosie pobrzmiewała melodia jego andaluzyjskich korzeni. Wszyscy mu mówili, że jego francuski to okropny melanż niewłaściwych czasowników i czasów. Malarz zdawał sobie z tego sprawę, ale o tak wczesnej porze było mu wszystko jedno.

– Aha – powiedział Apollinaire bez emocji, koniuszkiem długiego palca szukając na płótnie mokrej farby. Nie zawsze wierzył w to, co mówi Picasso. – To wyjaśnia mnóstwo rzeczy.

– Cóż, cokolwiek zrobiła, ty i tak jej wybaczysz. Zawsze wybaczasz – rzucił Max.

Pabla ogarnął strach. Zaczynał mieć wrażenie, że tkwi w błędnym kole, z którego nie ma ucieczki. Najlepiej po prostu pracować i nie myśleć. O Fernande i o dzikim niepokoju, który każdego dnia z większą siłą atakował jego serce. Musi pogrzebać te myśli. Tak właśnie zrobił, kiedy zmarła jego siostra.

Max przeszedł się po pracowni, oglądając nowe płótna. Potem zatrzymał się przy dwóch grubo ciosanych iberyjskich kamiennych głowach umieszczonych tuż za kotarą, która zasłaniała wąskie łóżko.

– Nadal je masz?

– Czemu miałbym nie mieć? Dostałem je w prezencie – odparował Picasso. Antyczne głowy były tematem wielu jego szkiców.

– Zawsze uważałem, że to dziwaczny prezent. Według mnie wyglądają jak eksponat z muzeum – zauważył sucho Max. Przesunął palcem po szyi jednej z rzeźb i dotknął głowy drugiej. – Gdzie, na litość boską, znajduje się takie rzeczy? To znaczy zgodnie z prawem?

Apollinaire odpowiedział:

– Skąd mam wiedzieć? Dostałem je od mojego sekretarza. Chciał, żebym go poznał ze znanymi osobami w Paryżu, i próbował mnie przekupić. Najwidoczniej uznał, że te głowy zrobią na mnie wrażenie. Dwie z nich dałem Pablowi. Nie mam zwyczaju dopytywać się, skąd pochodzą prezenty.

– Albo skąd przychodzą kobiety – ripostował Max, uśmiechając się i gestykulując. – Naszego drogiego Pabla odwiedza wiele kobiet.

– Skończyliście? – warknął Picasso, a uparty czarny lok wpadł mu do oka.

– A to co ma być, u licha? – Apollinaire zmienił temat. Patrzył na mokre płótno na sztalugach.

Malarz przewrócił oczami.

– Dlaczego sztuka ma zawsze czymś być?

– To koło przypomina mi wiolonczelę – powiedział Max wesoło. Pocierał swoją wytworną bródkę kciukiem i palcem wskazującym.

Obaj z Apollinaire’em popatrzyli na obraz, a potem wymienili spojrzenia.

– Mnie to bardziej przypomina damski derrière – poddał Apollinaire z diabelskim uśmieszkiem.

– A widziałeś ty kiedyś damski tyłek, Apo? – prychnął Max, używając zdrobnienia, którym wszyscy nazywali Guillaumeʼa.

– Cóż, wystarczy, że ty widziałeś.

– Czy patrząc na obrazy, niczego nie czujecie? Odbieracie je, używając jedynie wzroku? – spytał Picasso, zirytowany, że zakłócili jego świętą godzinę, a teraz dodatkowo rozeźlony, że żartują sobie z jego dzieła. – Dios mío, czasem mam wrażenie, że otacza mnie banda idiotów!

– Ja czuję zagubienie – zachichotał Apollinaire, udając, że nadal studiuje płótno. – Pablo, twój umysł jest zagadką.

– Chce mi się pić od samej rozmowy o tym. Pójdziemy się wszyscy napić? – spytał Max.

– Jeszcze nie ma nawet południa – odparł Picasso.

– Poranek to idealna pora na piwo. Wyprostuje ci dzień – odpowiedział Apollinaire, górując nad nimi jak pełen wdzięku garbiący się olbrzym.

– Wy idźcie. Ja jeszcze trochę popracuję, a potem się zdrzemnę. – Picasso wskazał głową metalowe łóżko w kącie pracowni.

Na łóżku leżała jasnozielona kołdra haftowana w czerwone róże. Matka przysłała ją Pablowi z Hiszpanii.

Malarz odgarnął włosy z czoła.

– Zdrzemniesz się tutaj? – spytał Max nieco zdziwiony, bo Picasso już dawno miał za sobą głodne lata na Montmartrze. Nie było powodu, żeby spędzał w tym lodowatym zapuszczonym wnętrzu więcej czasu, niż to było absolutnie konieczne. – Czy to nie pogorszy układów z La Belle Fernande?

– Fernande i ja się dogadamy. Jak zawsze – zapewnił go Picasso. Sięgnął po pędzel i odwrócił się tyłem do przyjaciół. – Idźcie. Zobaczę się z wami w sobotę wieczorem u Gertrude, jak zwykle – zapewnił przyjaciół, zabierając się do mieszania farby w puszce.

Cieszył się na sobotni wieczorek. Potrzebował intelektualnych sporów z Gertrude Stein, która zawsze chętnie wdawała się w polemiki. Kwestionowała wszystkie możliwe społeczne normy. Ta kobieta była żywiołem! Gdyby tylko pociągała go fizycznie.

– Teraz będę pracował.

– Obiecałeś, że jutro pójdziesz na czytanie poezji, które Apo urządza w ramach Salonu Niezależnych, pamiętasz? – szepnął Max do Picassa, kiedy doszli do drzwi.

– Nie zapomniałem.

Ale zapomniał całkowicie.

Fernande leżała z zamkniętymi oczami. W sennej mgle, która zaczęła ją powoli opuszczać, ujrzała twarz swojego męża, mężczyzny, który ją bił. Przerażona otworzyła oczy, ale zobaczyła tylko małą brunatną małpkę kapucynkę ubraną w elegancki czerwony frak z przyszytym do klap krawatem. Stworzenie wpatrywało się w nią czarnymi oczami jak paciorki, a Pablo stał obok z uśmiechem na twarzy.

– Czy to małpka z kawiarni? – spytała Fernande.

Nie rozumiała, skąd wzięło się to dziwaczne zwierzę. Siedziało obok niej, zajęte swoją toaletą. Moment wydawał się absurdalny, zwłaszcza że w głowie Fernande wciąż tkwiły strzępy sennego koszmaru.

– Kupiłem ją, wracając z atelier. Źle ją traktowano. Uznałem, że lepiej jej będzie z nami i naszą małą menażerią.

Fernande zerknęła na pozostałe zwierzęta w pokoju: kudłatego owczarka Frikę, syjamskiego kota Bijou i białą myszkę, którą trzymali w drewnianej klatce przy oknie. Tak, określenie „menażeria” bardzo tu pasowało.

Kiedy Fernande usiadła, pościel osunęła się z jej nagich piersi. Pukle długich kasztanowych włosów opadły falą na jej ramiona. Zwierzątko przeskoczyło z łóżka na komodę i nagle znalazło się na podłodze, Jego ruchy były gwałtowne i szybkie.

– Po co ci małpka, Pablo?

Picasso usiadł na brzegu łóżka obok Fernande.

– Męczyli tego biednego zwierzaka. Znasz mnie przecież, musiałem go uratować. Nie miałem przy sobie dość pieniędzy, więc narysowałem portret kataryniarza. Wyglądał na zadowolonego z interesu.

Mieszkanie zalała jaskrawa fala porannego słońca. Fernande przyjrzała się zwierzętom, które Picasso uratował.

– Poza tym to inwestycja – ciągnął malarz. – Mogę wykorzystać małpkę w nowych szkicach. Małpa stała się symbolem w sztuce już w średniowieczu, więc może się przydać.

Pod warunkiem że nie zabrudzi nam podłóg i mebli – westchnęła Fernande.

Stworzonko zostawiło na dywanie mokrą plamę i czmychnęło na biurko. Picasso wyjął z kieszeni marynarki kawałek croissanta. Zamierzał nakarmić małpkę. Bijou i Frika leżały razem na dywanie, obserwując scenę obojętnie.

Fernande westchnęła i wreszcie wstała z łóżka. Pablo miał dobre serce. Tę cechę lubiła w nim najbardziej. Może kiedyś, jeśli będzie go wystarczająco kochała, Bóg im pobłogosławi i będą mieli dziecko. Fernande wiedziała, że Pablo pragnie mieć rodzinę, taką jak ta, którą zostawił w Barcelonie.

Włożyła bluzkę. Kiedy skończyła ją zapinać, zauważyła, że oczy Picassa zwęziły się w szparki. Znalazł wystający zza poduszki szkic, do którego pozowała wczoraj, kiedy był na Montmartrze. Picasso nie chciał, by pozowała, ale i tak to zrobiła. Dni w tym pięknym mieszkaniu się dłużyły, a Picasso nie był jedynym artystą, który zasługiwał na sławę. Jego sukces nadal ją przytłaczał.

– Co to jest?

– Widzisz przecież.

Picasso natychmiast rozpoznał styl.

– Pozowałaś van Dongenowi?

– Pablo, bądź rozsądny. Prawie każdego dnia jesteś poza domem przez wiele godzin, a Kees to jeden z naszych przyjaciół z dawnych lat. Znamy jego żonę i córeczkę, na litość boską!

– Ale jest mężczyzną, a ty pozowałaś mu nago.

Fernande zapinała właśnie długą czarną spódnicę. Picasso zbliżył się do niej, złapał ją za nadgarstki i siłą przyciągnął do swojej piersi. Była w tym geście rozpacz.

– Dałem ci wszystko, czego pragnęłaś, prawda? To mieszkanie, eleganckie stroje, szafę pełną kapeluszy, rękawiczek i butów… Możesz pójść do dowolnej restauracji i nie musisz już zarabiać w tak poniżający sposób!

– Dla mnie to nie praca, to wolność.

Zapanowało milczenie. Fernande wydęła wargi, jej zielone oczy rozwarły się szerzej.

– Czy to znaczy, że dzisiaj też będziemy się kłócić? – spytała.

– To różnica poglądów. Tylko tyle.

– Za dużo się kłócimy.

Picasso pocałował Fernande w policzek i uwolnił jej nadgarstki. Poczuła jego dotyk na plecach. Kiedy przyciągnął ją do siebie, pomyślała: „On wie, jak zdobyć kobietę”. Próbowała nie myśleć o wszystkich tych, które mu uległy. Ona też potrafiła uwodzić, ale oboje wiedzieli, że Picasso jest w tym lepszy.

Uniósł kciukiem jej brodę, by musiała spojrzeć mu w oczy.

– W każdym razie zawsze się godzimy, a to w tym najprzyjemniejsze – powiedział.

Potrafił być dominujący, ale nie miała mu tego za złe. Ogarnęło ją pożądanie. Pragnęła znaleźć się z powrotem w ciepłym łóżku, z nim. Ich związek stał się do pewnego stopnia przewidywalny, ale przecież się kochali i to jej wystarczało. Jemu również.

– Powiesz van Dongenowi, że nie możesz pozować do obrazu.

– Nie ufasz mi?

– Nie chodzi o zaufanie.

Picasso mówił ostrym tonem. Ale przecież nie wiedział, co tak naprawdę robiła w ciągu tych długich godzin, kiedy on pracował w atelier na Montmartrze.

– Oczywiście, że tak.

– Przez wszystkie te lata próbowałem cię chronić i nie będę cię za to przepraszać. Pamiętam, jak cierpiałaś przy swoim mężu. Zasługiwałaś na coś znaczenie lepszego.

Picasso związał się z nią przed pięcioma laty i umieścił ją na piedestale. Fernande czuła, że na to nie zasłużyła. Wiele razy chciała mu o tym powiedzieć, ale nie była w stanie. Pragnęła, by ją podziwiał.

Położyła dłoń na jego piersi, wyczuwając wypukłości żeber; to go zawsze podniecało, jednak ku jej zaskoczeniu Pablo delikatnie odsunął jej rękę i odwrócił się, żeby spojrzeć na małpkę, która usadowiła się na kudłatym grzbiecie psa. Fernande poczuła, że serce ściska jej się z żalu. Nie była pewna dlaczego.

– Chodźmy do LʼErmitage naprzeciwko na drugie śniadanie. Tylko my dwoje, hm? – zaproponowała, starając się, by zabrzmiało to kokieteryjnie. Czuła, że wyrósł między nimi nowy mur, i nie podobało jej się to.

– Dobrze. Ale nie narzekaj, kiedy będę chciał przynieść resztki dla Friki.

– Czasem myślę, że kochasz tego psa bardziej niż mnie.

– Dios mío, Fernande, nadal tu jestem, prawda?

Rozdział 3

– Nie mogę! Nie zrobię tego!

Najpierw usłyszała swój głos, a potem przypomniała sobie, co się wydarzyło, zanim ostatnim razem opuściła dom. Wspomnienie stanęło jej przed oczami jak żywe.

Rodzice Evy nie zareagowali na jej sprzeciw. Jej matka stała przy piecu i w ciszy mieszała barszcz w żelaznym kociołku. Ojciec siedział w przeciwległym rogu kuchni przy małym stole. Oparł łokcie na blacie i ściskał w mięsistej dłoni wypełniony do połowy kubek wina. Robił się podirytowany, za każdym razem kiedy pił to tanie, pachnące kwasem wino. Oczywiście nikt nie miał odwagi mu tego powiedzieć.

– Kochany tata – powiedziała Eva po polsku.

Miała zamiar przemówić do ojca łagodnie i udobruchać go, ale w jej słowach brzmiał wyrzut, którego nie potrafiła ukryć. Zresztą przed ojcem nie mogła niczego ukryć. Znał ją zbyt dobrze.

Pełną napięcia atmosferę kuchni wypełniał drażniący zapach wieprzowiny, imbiru i kwaśnego wina.

– Dlaczego monsieur Fix ci się nie podoba? – Ojciec pochylił się nad kubkiem i zgarbiwszy ramiona, patrzył na Evę ciężkim otępiałym wzrokiem, jakby doszedł do wniosku, że życie jest zbyt uciążliwe zarówno dla niego, jak i dla matki dziewczyny. Nie skończył jeszcze czterdziestu lat. – Uważasz, że jesteś dla niego za dobra?

– Nie kocham go, tato.

– Phi! Miłość! – mruknął ojciec, machając pogardliwie ręką. – Powinnaś się słuchać rodziny. Dziewczyna taka jak ty powinna wyjść za mąż, urodzić dzieci i prowadzić bezpieczne życie w pobliżu rodziców.

Eva skurczyła się, jakby ojciec wydał na nią wyrok śmierci. „Dziewczyna taka jak ty…”. Ojcu chodziło o to, że w wieku dwudziestu trzech lat była nadal niezamężna. Nie miała doświadczenia z mężczyznami i nie znała świata. Ewa nie chciała denerwować ojca, ale nie marzyła o zamążpójściu. Marzyła o tym, żeby nadać swojemu życiu sens.

Jej matka nadal mieszała zupę.

– Nie wyjdę za niego, nawet jeśli to jedyny mężczyzna na świecie, który pragnie się ze mną ożenić.

– Wyjdziesz za niego.

– Nie rozumiesz mnie, ojcze! Takie życie mnie zabije. Wiem o tym!

– To pierwsza poważna propozycja małżeńska, którą dostałaś. Bóg mi świadkiem, że wyjdziesz za mąż.

– Jestem dorosłą kobietą. Nie możesz tego ode mnie żądać.

– Zawsze będziesz naszym dzieckiem, Evo Céleste Gouel. Zrobisz to, co ci każemy. Tu nie ma nic do rozumienia – oświadczyła matka i odłożyła gwałtownie łyżkę, która spadła na podłogę.

– A ja wam mówię, że tego nie zrobię!

Ojciec wymierzył jej policzek z taką siłą, że Eva aż się zatoczyła. Poczuła ukłucie zaskoczenia. Ojciec nigdy dotąd jej nie uderzył. Rodzice ją kochali. Zawsze. Odwróciła się powoli, by spojrzeć mu w oczy, i poczuła smak krwi sączącej się z pękniętej wargi.

– Jesteś naszą córką i masz robić to, co do ciebie należy. Klnę się na Boga, że zostaniesz żoną monsieur Fixa, nawet jeśli miałoby to cię zabić.

W oczach matki błyszczały łzy.

– Evo, proszę – zaczęła. – Będziesz mogła polegać na mężu. On cię nie opuści, jeśli znowu się rozchorujesz. Zeszłej zimy przeszłaś ciężkie zapalenie płuc. Zawsze byłaś chorowita i miałaś słabe płuca. Jeśli znajdziesz się daleko od nas, zdarzy się coś złego. Coś okropnego, ja to wiem!

– Evo, słuchasz mnie?

Eva poddała się wspomnieniu, które niczym duch wynurzyło się z jej umysłu. Nagle dotarł do niej głos Sylvette. Pokój, w którym mieszkały, był mroczny i Sylvette nie dostrzegła łez w oczach przyjaciółki. Przez otwarte okno płynęła do wnętrza muzyka świerszczy. Eva zdała sobie sprawę, że nie słyszała ani słowa z tego, co mówiła do niej Sylvette.

– Znowu myślałaś o swoich rodzicach? – spytała ostrożnie przyjaciółka.

– Czasami przed snem ogarniają mnie wspomnienia.

– Chcesz o tym porozmawiać?

– To mi nie pomoże. – Eva poczuła, że z jej oczu płyną łzy. Wilgotne policzki od razu wyschły. Eva nie musiała ich wycierać.

Między nią a Sylvette zapanowało dziwne milczenie.

Mały pokój rozświetlała księżycowa poświata. Dziewczęta leżały na plecach, patrząc w sufit. Eva słyszała rytmiczny oddech Sylvette. Uspokajał ją. Zerknęła na komodę z porcelanowymi gałkami szuflad, która stała między ich łóżkami. Chwilę później Sylvette przerwała ponure milczenie.

– Mistinguett zrobiła niezłą minę, kiedy powiedziałaś, że naprawisz jej reformy. Widziałaś? – spytała Sylvette i zachichotała.

Jej śmiech zabrzmiał jak brzęk dzwoneczków.

Eva uśmiechnęła się lekko, a potem też się roześmiała.

– Ona mnie nienawidzi – jęknęła po chwili.

– Ona nienawidzi wszystkich kobiet, które jej zagrażają.

– Nie jestem piękna ani utalentowana tak jak ona, więc nie powinnam być zagrożeniem.

– Jesteś niezwykła. Ludzie to czują. Mężczyźni patrzą na ciebie inaczej niż na kobiety takie jak Mistinguett. Jesteś słodka i niewinna. Mężczyźni chcą cię chronić.

– Nie jestem niewiniątkiem. I wcale nie jestem taka słodka.

Sylvette zachichotała.

– A właśnie, że jesteś!

Scena rozstania z rodzicami znowu zatańczyła przed oczami Evy. Męczyły ją wyrzuty sumienia. Tydzień po tym, jak pokłóciła się z rodzicami, odważyła się kupić bilet na pociąg do Paryża. Nie powiedziała rodzicom, dokąd jedzie. Bała się, że pod ich wpływem mogłaby zmienić decyzję.

Jej rodzice nie byli złymi ludźmi. Eva wiedziała, że jej matka żyła kiedyś w nędzy w Warszawie i walczyła, by zacząć nowe życie. Marzyła o tym, żeby mieć dziecko i mieszkać na spokojnych przedmieściach Paryża. Ale jej córka marzyła o czymś zupełnie innym.

Wsiadła do pociągu, ocierając łzy. Miała na nogach trzewiki zapinane na guziki – swoje jedyne buty. Wiedziała, że rodzice będą przez nią cierpieć, ale czuła podniecenie i z niecierpliwością czekała na nowe przeżycia.

– Sylvette?

– Hm?

– Co się stało z poprzednią szwaczką?

– Mistinguett jej nie lubiła – odparła Sylvette po chwili milczenia.

– Boję się jej.

– Nie powinnam ci tego mówić, ale myślę, że poczujesz się lepiej. Tak naprawdę Mistinguett ma na imię Jeanne. Ale nikt nie śmie tak jej nazywać.

– Dlaczego?

– Bo jej matka była krawcową. Myślę, że Mistinguett chce zapomnieć o przeszłości podobnie jak ty. Sprawia wrażenie groźnej, bo się boi, że ktoś ją zrani.

– Sylvette?

– Hm?

– Dziękuje, że pomogłaś mi znaleźć pracę.

Zapadło krótkie milczenie.

– Drobiazg, powiedziałam ci tylko, że kogoś szukają. Sama sobie załatwiłaś pracę – odparła Sylvette i ziewnęła. – Poza tym pewnego dnia będziesz miała okazję mi się odwdzięczyć. Jestem tego pewna.

Następnego popołudnia Eva i Louis szli ruchliwym bulwarem dʼOrsay w świetle cudownego wiosennego słońca. Wydawało się, że wszyscy paryżanie wylegli na ulice i rozkoszują się wspaniałą pogodą. Kobiety przechadzały się z otwartymi parasolkami, osłonięte szerokoskrzydłymi kapeluszami, których pióra furkotały na wietrze. Na chodnikach stały małe, kulawe stoiska z książkami pełne skarbów w wystrzępionych skórzanych oprawach. Szemrzącą w dole Sekwaną płynęły kolorowe łodzie.

Eva najbardziej lubiła tę część Paryża, a dzisiaj widok był wprost magiczny: słońce oświetliło wieżę Eiffla i tańczyło na paryskich dachach. Uwielbiała atmosferę tego miasta!

Poszli drogą na skróty przez zacieniony Ogród Luksemburski. Znaleźli się tam wśród wypielęgnowanych trawników, greckich urn i wspaniałych fontann, które szemrały w zielonych altanach. Zamożne młode pary przechadzały się wokół fontanny Medyceuszy. Panie kręciły parasolkami, panowie spacerowali z modnymi laseczkami. Nosili krawaty i meloniki lub kapelusze z szerokim rondem. Na zielonych ławkach stojących wzdłuż alejek siedziały młode pary, karmiąc gołębie.

Louis i Eva rozmawiali o najnowszych wydarzeniach. Ostatnio wszyscy mówili o największym na świecie – jak głosiły gazety – statku pasażerskim, którego budowę już prawie ukończono w Irlandii. Statek otrzymał nazwę „Titanic” i zdaniem podekscytowanych dziennikarzy był niezatapialny.

– To się nazywa kusić los – stwierdził Louis.

Pomysł, by popłynąć statkiem z Anglii do Ameryki, wydawał się Evie przerażający. Ale przecież życie polegało na stawianiu sobie tego rodzaju wyzwań. Im większe niebezpieczeństwo, tym większa nagroda. Ironia losu chciała, że to były słowa jej ojca.

– Popłynąłbyś tym statkiem, gdybyś miał bilet?

– Nigdy w życiu. – Louis się roześmiał. – Nie cierpię oceanu. Jest wielki, czarny i nie wiadomo, co się w nim kryje.

– W życiu najciekawsze jest to, co niezgłębione – stwierdziła Eva, uśmiechając się promiennie.

Poczuła radość, kiedy wtopili się w tłum i minęli Grand Palais. Po chwili znaleźli się na szerokiej ulicy Nicolas II i weszli słynnymi schodami do pięknego, zbudowanego z białego kamienia gmachu Petit Palais, gdzie mieściła się wystawa. Eva postanowiła nie myśleć o intencjach Louisa. Czuła podniecenie i chciała zobaczyć dzieła sztuki, o których wszyscy mówili. Z dumnie uniesioną głową wręczyła bilety mężczyźnie stojącemu przy wejściu.

Budynek wprawiał w zachwyt. W środku były malowidła ścienne i strzelista kopuła z witrażami. Każdą salę poświęcono innemu stylowi w sztuce. Eva i Louis przedarli się przez tłum zwiedzających i weszli do jednego z pomieszczeń. Eva zauważyła, że kobiety i mężczyźni zasłaniali usta dłońmi w rękawiczkach. Po chwili uświadomiła sobie przyczynę ich zachowania i zachichotała zakłopotana. Była to sala z dziełami Henriego Matisseʼa.

Eva poczuła, że jej zmysły kurczą się, przytłoczone intensywnymi barwami i śmiałym, surowym stylem obrazów, który był dla niej czymś zupełnie nowym. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Niektóre dzieła artysty wydały jej się niezwykłe i szokujące. Kilka osób roześmiało się głośno, ktoś wskazał obraz zatytułowany Kobieta w kapeluszu. Eva pomyślała, że to dzieło pełne chaosu. Farba pokrywała płótno warstwą grubą jak zaprawa murarska. Dziewczyna przyglądała się z fascynacją sąsiednim obrazom. Na płótnach lśniły namalowane olejną farbą nagie ciała kobiet. Zrobiło jej się duszno.

– To właśnie próbują osiągnąć współcześni artyści? – spytała, czując się coraz bardziej nieswojo.

Na wszystkich płótnach widniały nagie piersi, nogi i torsy.

– Ten styl zapanował w sztuce parę lat temu. Współcześni artyści malują znacznie śmielsze obrazy, ale nie mają odwagi ich tu pokazać. Ich dzieła są pełne erotyki i jeszcze bardziej odrażające niż te nagie ciała – oznajmił Louis z pogardą.

– Widziałeś te obrazy? – spytała Eva.

– Oczywiście. Ale teraz wszyscy oszaleli na punkcie nowego prądu, kubizmu. Na wystawie są znacznie bardziej kontrowersyjne obrazy niż te z nagimi ciałami. Powinnaś to zobaczyć. Chodźmy do następnej sali.

Wziął ją za rękę i poprowadził przez tłum. Jego spocona dłoń irytowała Evę prawie tak bardzo jak to, że był taki przewidywalny. Ale to nie zepsuło jej zachwytu. Była tam, wśród elity, na wspaniałej wystawie. To najbardziej ekscytująca rzecz, jaka kiedykolwiek się jej przytrafiła. Serce Evy biło jak szalone.

– W zeszłym roku paryski osioł namalował obraz ogonem. Pokazali to absurdalne dzieło na wystawie. Ktoś je kupił za czterysta franków, a mnie tak rzadko udaje się sprzedać obraz w przyzwoitej cenie – mówił Louis ponurym głosem. Robił wszystko, żeby ją przygnębić.

Poszli do sąsiedniej sali. Eva nie wiedziała, czego się spodziewać. Po chwili znowu przeżyła coś w rodzaju oszołomienia. W wypełnionym ludźmi pomieszczeniu powietrze tętniło od kolorowych świateł. Eva poczuła, że robi jej się gorąco. Na ścianach wisiały wielkie płótna z liniami przecinającymi się pod różnymi kątami. Wyglądało to tak, jakby ludzie uwięzieni wewnątrz sześcianów próbowali się wydostać. Przypatrując się dziwnym obrazom, Eva czuła ciarki na całym ciele. Zaczęła się zastanawiać, co artyści chcieli wyrazić. Nie mogła zbyt długo przyglądać się płótnom ze względu na napierający tłum, ale każdy obraz poruszał ją na swój sposób.

– Ci przeklęci zwolennicy fowizmu to dzikie bestie. Oni nie wnoszą nic ciekawego do sztuki. Spójrz tylko na te absurdalne kształty – zrzędził Louis. – Jeden z nich osiągnął coś w rodzaju sławy, ale widocznie jest zbyt dumny, żeby wystawić tu swoje dzieła. To Hiszpan, nazywa się Picasso. Przeklęci Hiszpanie! – Louis potarł brodę, przyglądając się szarym i beżowym sześcianom namalowanym na wielkich płótnach. – Właściwie to chciałbym go poznać. Może trochę jego sławy spłynęłoby na mnie. Jeśli chodzi o mnie, to potrafię malować lepiej niż osioł.

Eva znała to nazwisko. Mówili o nim wszyscy mieszkańcy Paryża. Picasso uważany był za renegata. Eva czytała ostatnio, że malarz porzucił styl Matisseʼa i rozpoczął eksperymenty z geometryzacją, którymi tak pogardzał Louis. Eva nie znała się na sztuce, ale te obrazy ją zafascynowały.

Po chwili Louis zaczął rozmawiać z jakąś znajomą parą, więc Eva wróciła sama do pierwszej sali. Stanęła w rogu, naprzeciwko malowidła przedstawiającego leżącą nagą kobietę. Zbliżyła się do płótna. Henri Matisse, Akt błękitny. Obraz wprost emanował erotyką. Kilkadziesiąt centymetrów obok niego wisiało inne dzieło Matisseʼa – Radość życia. Obraz namalowany w żywych kolorach żółci, czerwieni, różu i błękitu przedstawiał nagie pary. Eva przyjrzała się jednej z nich.

– O Boże – westchnęła.

W następnej chwili zobaczyła mężczyznę. Przypatrywał się płótnom wiszącym naprzeciwko niego. Wygląda jak bandzior – pomyślała – albo obdarty Cygan. Z nieznajomego emanowała dzika zmysłowość. Stanowił przeciwieństwo czystego i schludnego Louisa. Miał na sobie zwykłą, czarną, sztruksową marynarkę, czarny golf, pogniecione beżowe spodnie, niebieską czapkę i zniszczone buty. Grube palce poplamione miał farbą. Był dobrze zbudowany i umięśniony jak bokser.

I wtedy sobie przypomniała.

Widziała go poprzedniego wieczoru w Moulin Rouge. Takich oczu nie da się zapomnieć – były czarne jak północ. Wydawało się, że lada chwila buchną z nich płomienie i pożrą płótno. Eva czuła, jak od bijącej z niego zmysłowości rozbudza się jej ciało.

Patrzył na ten sam obraz Matisseʼa co ona – ten z nagimi kobietami. Odwrócił nagle głowę i ku przerażeniu Evy zauważył jej spojrzenie. Serce podeszło jej do gardła. Poczuła się żałośnie. A potem, jakby w sali nie było nikogo poza nimi, uśmiechnął się do niej znacząco i skinął głową.

Czas wydłużał się, w miarę jak narastała między nimi energia. Eva wyobraziła sobie, że mężczyzna dotyka jej pleców i przyciąga ją do siebie. Czuła jego spojrzenie i wiedziała, że on myśli o tym samym. Jego oczy wędrowały od szyi w dół jej ciała i wyrażały uznanie kochanka konesera. Na szczęście nikt z obecnych nie zauważył ich wzajemnego zauroczenia. Louis był w głębi muzeum, w sali ze sztuką kubistyczną.

Eva zdobyła się na odwagę i opowiedziała nieznajomemu uśmiechem. Czuła zażenowanie. Nie była typową pięknością. Nie miała takiej urody jak tancerki z Moulin Rouge, a mimo to mężczyzna patrzył na nią z pożądaniem.

– Interesujące dzieło sztuki – rzucił jakby mimochodem, wskazując obraz, przed którym stali.

Mówił z silnym akcentem i Eva nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

– Nie rozumiem tego rodzaju sztuki.

– A czy artysta rozumie tego rodzaju sztukę?

– Monsieur Matisse namalował ten obraz, więc chyba musi rozumieć.

– Co pani zdaniem przedstawia ten obraz?

– To dzieło chaotyczne i odważne – odparła po namyśle. – Jego twórca to pewnie człowiek o dzikim sercu i szalonej wyobraźni.

– Równie szalone musi być jego życie miłosne – stwierdził mężczyzna, znów zerkając na obraz.

Eva poczuła zaciekawienie i jednocześnie wstyd, kiedy nieznajomy złapał się za brodę kciukiem i palcem wskazującym. Spojrzał na obraz, uśmiechając się nieśmiało.

– A jeśli podczas malowania to dusza artysty ma nad nim władzę, a nie umysł?

Dopiero po chwili pojęła, co miał na myśli.

– Nie rozumiem, dlaczego on nie maluje takich obrazów jak inni. Toulouse-Lautrec i monsieur Cézanne byli nowatorscy, a jednocześnie są mistrzami.

– Ale nie byli tak nazywani za życia. Być może monsieur Matisse celowo przedstawia świat w sposób tak wyzywający?

– Jak to?

– Być może maluje rzeczy w taki sposób, jak je postrzega, a nie tak, jak postrzegają je inni.

Nagle zrozumiała, co mężczyzna miał na myśli. Właśnie z tego powodu uciekła z Vincennes. Pragnęła wolności. Pragnęła zobaczyć świat w nowy sposób. Chciała żyć w zgodzie ze swoimi uczuciami. Chciała być Cyganką z poematu Apollinaireʼa.

– Co za straszna rzecz dać się pochłonąć światu i musieć nań patrzeć tak jak inni – powiedziała, kiedy ich spojrzenia się znowu spotkały. – Strasznie jest żyć w niezgodzie ze swoimi uczuciami.

– Całkowicie się zgadzam, señorita. Dla wielu z nas konformizm jest niemożliwy.

– Picasso! ¡Aqui! – zawołał jakiś głos, psując ich chwilę intymności.

Podszedł do nich młody czarnowłosy mężczyzna.

– Wiedziałem, że tu się schowałeś. Zaraz przyjdzie fotograf!

Kiedy obaj mężczyźni opuścili salę, Eva poczuła przypływ gorąca. A więc to był Pablo Picasso! Właśnie flirtowała ze znanym artystą! Musiała zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszła na dwór i oparła się plecami o białą kamienną kolumnę. Zabawa w uwodzenie zmęczyła ją. W obecności tego mężczyzny straciła pewność siebie i zamieniła się w naiwną kobietkę, którą wcale nie chciała być. Stała nieruchomo, próbując złapać oddech. Szumiało jej w głowie z podniecenia i niepewności. Nigdy nie czuła się tak pełna życia jak w tej chwili. Ostatnie dni były tak niezwykłe, że nie śmiała sobie wyobrażać, co przyniesie przyszłość.

Rozdział 4