Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 235 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Macocha - Natasza Socha

Przezabawna i ciepła opowieść o tym jak trudno pokochać obce dziecko. Szczególnie jeśli ono jest dorastającą panną, ma pryszcze i dość szczególny światopogląd...

Roma wzięła ślub z fajnym facetem.
Mogli żyć długo i szczęśliwie
gdyby nie to, że pewnego dnia
w drzwiach ICH mieszkania stanęła JEGO córka...

Roma dobiega trzydziestki, kocha i jest kochana przez swojego męża - weterynarza Bruna.
Sielanka zostaje brutalnie przerwana przez wtargnięcie w ich spokojne życie czternastoletniej Kasi, córki Bruna z pierwszego małżeństwa.
Niezależna, czasami lekkomyślna i zupełnie do tego nieprzygotowana Roma zostaje z dnia na dzień macochą krnąbrnej i bezczelnej

dziewczyny o niewyparzonym języku.
Czy uda im się do siebie zbliżyć? Czy dwie tak silne osobowości potrafią żyć pod jednym dachem?
Jak zachowa się w środku tego huraganu Bruno?

Dowcipna i wzruszająca powieść o nietypowej rodzinie w nietypowej sytuacji.

Opinie o ebooku Macocha - Natasza Socha

Fragment ebooka Macocha - Natasza Socha

30 stycznia, środa

Mam dziecko.

Być może dla wielu kobiet nie jest to wiadomość wstrząsająca, ale ja mam dziecko od wczoraj.

Co gorsza, nie urodziłam go, nie planowałam, nie głaskałam się z namaszczeniem po brzuchu i nie mdlałam z rozkoszy, gdy kopało moje nerki. Nawet go nie adoptowałam i nigdy bym nie przypuszczała, że pomimo to i tak wyląduje w moim domu.

Dziecko ma lat czternaście, pokrytą pryszczami twarz, skundlone włosy, badylowate ręce oraz pospolite imię – Kasia...

Jest córką Brunona, mojego męża, z jego pierwszego małżeństwa i właśnie na śmierć i życie pokłóciła się z matką. Efekt? Kasia spakowała walizkę, torbę i trzy reklamówki, wsadziła swoje chude ciało w pociąg i wylądowała u nas z informacją, że zostaje na jakiś czas. Mamy jej znaleźć szkołę i się nie wtrącać.

Plan na następnych kilka tygodni:

1. Pozbyć się Kasi z domu.

2. Zmusić ją do powrotu.

3. Przekonać, że życie z nami jest beznadziejne.

4. Otruć.

5. Wysłać w kosmos?

31 stycznia, czwartek

Na razie wiem tyle, że Kasię trzeba zapisać do szkoły. Tamtej nie lubiła, bo nauczycielki były „głupimi cipami”, podobnie zresztą jak koleżanki z klasy. Tyle dowiedziałam się w środę wieczorem, a następnego dnia nastolatka i mój mąż wyruszyli na poszukiwanie gimnazjum, które spełniłoby wymagania czternastolatki. Osobiście sugerowałam szkołę z internatem, oddaloną od naszego miasta o kilkaset kilometrów, ale zlekceważono to, co mówiłam. Szkoda. Kasia nabrałaby ogłady (jeśli to w ogóle możliwe), sumiennie i pod czujnym okiem przełożonych odrabiałaby lekcje, no i odwiedzałaby nas, powiedzmy... co trzeci weekend?

Niestety nie pozwolono mi rozwinąć tej cudownej wizji, więc ostentacyjnie poszłam spać.

Jezu, co ja zrobię?

1 lutego, piątek

O siódmej rano już to wiedziałam.

Uduszę ją.

W nocy, poduszką, i zwalę to na zespół nagłej śmierci łóżeczkowej. Kto powiedział, że występuje on tylko u noworodków?

– Co to jest? – Kasia wydała z siebie obrzydliwy dźwięk.

Ona ma chyba zeza...

– Dżem – odpowiedziałam najuprzejmiej jak potrafiłam i zaczęłam ostrzyć nóż, żeby pokroić pomidory.

– Śmierdzi. – Kasia wetknęła pryszczaty nos w słoik i się zaciągnęła.

Na pewno ma zeza. I odstające uszy.

– To taki zapach, imbir – wyjaśniłam, bo w końcu jestem o całe szesnaście lat starsza i mądrzejsza oczywiście.

– Gówno jakieś.

Uduszę ją jeszcze dzisiaj. I nawet się do tego przyznam.

2 lutego, sobota

Pierwszy wspólny weekend, a Kasia ciągle żyje. I to niestety pod naszym dachem. Co gorsza, mam z nią iść na zakupy!

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Bo Bruno mnie o to poprosił, a ja zapomniałam mu powiedzieć, że jego córka jest zezowatym potworem ze skundlonymi włosami i takimż charakterem (na pewno po matce), zarażającym wszystko dookoła dekadencją. Przy niej nawet sztuczne kwiaty więdną.

Może zadzwonić do Brunona i mu to powiedzieć?

– Potrzebuję kurtkę, spodnie, ze dwa swetry, parę dupereli i jakąś torbę – dobiegło mnie z boku.

A ja pistolet. Duży i naładowany.

W sklepie numer jeden Kasia wybrała najohydniejszą kurtkę świata. Brudną, podartą i z futrem ze zmiętego szczura. Najpierw myślałam, że ją ktoś podmienił – zostawił starą, a w nowej uciekł ze sklepu. Ale kurtka miała przypięty klips, który piszczy, jeśli się nie zapłaci, oraz metkę z ceną 560 złotych.

To chyba jakaś pomyłka.

Może 56 złotych?

Chyba że jest to cena za odwszenie i dezynfekcję tego łacha.

– Ohyda – oznajmiłam odważnie.

– Sama jesteś ohyda, a twój sweter to chyba z kolekcji księżnej Diany – prychnęła szczurzo Kasia.

Odruchowo zerknęłam do lustra. Zwykły sweter. Różowy. Włochaty. Sympatyczny. W przeciwieństwie do niektórych.

Zdecydowanie za wcześnie odpuściłam sobie uduszenie córki mojego męża.

3 lutego, niedziela

Czy już nigdy nie spędzimy niedzieli tylko we dwoje?

4 lutego, poniedziałek

Najdroższy mężu. Nie rób mi tego. Błagam, nie rób.

NIE ZABIERAJ KASI Z NAMI NA NASZ ZIMOWY URLOP!!!!!!!!!!!

9 lutego, sobota

Nie pisałam przez tydzień, bo byłam w szoku. Nadal jestem.

Jedziemy do Austrii, a ja siedzę z tyłu. Kasia wpakowała mnie tam, udając, że ma chorobę lokomocyjną i „z tyłu samochodu zawsze chce jej się rzygać”.

Mnie się też chce, ale na jej widok. Z przodu, z tyłu, z boku i od góry. Bruno spojrzał na mnie prosząco, ja zrobiłam minę „absolutnie wykluczone”, a efekt jest taki, że siedzę wciśnięta między torbę a narty i właśnie obmyślam plan zepchnięcia Kasi ze stoku. W końcu takie rzeczy się zdarzają. Dziewczyna co prawda jeździ (podobno!) lepiej ode mnie, ale wypadki przytrafiają się nawet mistrzom.

Namówię ją na zjazd poza trasą narciarską i wywołam lawinę. Na dyktafon nagram z Animal Planet ryk niedźwiedzia i puszczę na cały głos.

Kijek wbił mi się w udo.

Dlaczego ja wyszłam za Brunona????????

10 lutego, niedziela

Dobrze chociaż, że w hotelu śpię z własnym mężem (choć przechodzonym) w jednym pokoju, a nawet w jednym łóżku. Kasia mieszka tuż obok, ale na szczęście dzieli nas gruba ściana. Mogę w spokoju obmyślić plan. Do starcia na stoku jestem profesjonalnie przygotowana. Przed wyjazdem przeprowadziłam z moją przyjaciółką Kają ze trzydzieści motywujących rozmów, obejrzałam trzy razy film szkoleniowy dla średnio zaawansowanych narciarzy, a w klubie fitness przetestowałam symulator do jazdy na nartach. Niestety nikt mnie nie uprzedził, że Alpy oprócz tego, że są niewątpliwie jednym z piękniejszych miejsc na świecie, to jednocześnie jednym z najbardziej zatłoczonych. Na metrze kwadratowym doliczyłam się pięciu narciarzy. Jak tu zepchnąć Kasię w takim tłumie? Na pewno ktoś mnie zauważy. Poza tym sama nie najlepiej jeżdżę, więc może przez pierwsze dni poćwiczę, a potem coś się wykombinuje.

– Jak ja ich wszystkich wyminę? – Spojrzałam z rozpaczą na Brunona, ale on malował właśnie indiańskie motywy na pryszczatej twarzy swojej obrzydliwej córki. Pomarańczowa kreska na czole, zielone na policzkach i biała plamka na nosie. Przynajmniej trochę zatuszował jej skraterowaną cerę.

Stanęłam na szczycie góry. Śnieg srebrzył się jak zorza polarna, słońce świeciło prosto w twarz, dookoła wynurzało się kilka przecudownie oświetlonych szczytów i każdy aż wstrzymywał dech, kiedy na to patrzył. Z wyjątkiem mnie. Ja bowiem spojrzałam w dół i widziałam tylko stado kolorowych kombinezonów, które poruszały się z zawrotną szybkością. Kasia zerknęła na mnie – jestem przekonana, że pogardliwie – odepchnęła się i pomknęła w dół. Postanowiłam ją naśladować, ale niestety wpadłam w zaspę. I bynajmniej nie dlatego, że jestem beznadziejna. Po prostu jeden z tych kolorowych kombinezonów – noszony przez osobnika w przedziale wiekowym od pięciu do sześciu lat – nie mógł opanować prędkości i akurat mnie podciął.

Dzieci i nastolatki powinny mieć kategoryczny zakaz zjeżdżania w tym samym miejscu co dorośli.

– Nieźle się zaczyna – pomyślałam spanikowana. – Następnym krokiem będzie zgubienie trasy i tragiczna śmierć pod gąsienicami ratraka. Moja śmierć. Nie Kasi. Niestety.

– Pani się boi? – Pięcio-sześcioletni kombinezon okazał się dziewczynką w warkoczykach, która otrzepała się po upadku i teraz rozciągała usta w szczerbatym uśmiechu.

Kolejny potwór. Dlaczego ludzie tak łatwo się rozmnażają?

– Absolutnie.

– To proszę jechać za mną – poradziła szczerbata.

Odepchnęłam się kijkami i odważnie zjechałam w dół. Dwa pierwsze skręty jakoś mi poszły, przy trzecim lekko się zachwiałam, ale utrzymałam równowagę.

– Brawo. – Szczerbata zaklaskała w puchate rękawiczki.

Dzieci do sześciu lat nie są jednak tak zupełnie beznadziejne. Przynajmniej niektóre ratują honor dziecięcej rasy.

11 lutego, poniedziałek

Mam zakwasy nawet w uszach.

12 lutego, wtorek

Idzie mi dużo lepiej. Pod koniec tygodnia bez problemu uda mi się dogonić Kasię i na zakręcie, który już dokładnie zbadałam, zepchnąć ją w przepaść. Muszę tylko przeciąć scyzorykiem siatkę zabezpieczającą.

15 lutego, piątek

Jestem skazana na cierpienie. Nie wiem, czym zawiniłam i dlaczego to ja za życia ponoszę karę, a osobom, które na to zasługują nie przytrafia się nic.

W środę majstrowałam scyzorykiem przy siatce. Nawet nie udało mi się jej porządnie naciąć, kiedy jakiś kretyn na desce snowboardowej wpadł na mnie z siłą goryla i spowodował wygięcie MOJEGO kolana na drugą stronę. Od paru dni leżę w łóżku z jakimiś szynami na nodze, podczas gdy Kasia bez żadnego zagrożenia zjeżdża sobie na nartach, a Bruno oczywiście z nią, bo niby dlaczego miałby marnować swój urlop?

Misternie skonstruowany plan zawiódł.

Kasia żyje.

Na dodatek zgubiłam scyzoryk Brunona.

16 lutego, sobota

Całą drogę powrotną męczyły mnie czarne myśli. Dlaczego Kasia mi to zrobiła? Dlaczego pojawiła się znienacka w moim życiu i doprowadza mnie do psychicznej ruiny?

A może to ona ma jakiś plan i chce się zemścić? Ale przecież ja poznałam Brunona, kiedy on miał już ostatnie, przedrozwodowe drgawki, od ponad roku mieszkał sam, a do córki dzwonił raz w tygodniu.

Dlaczego tak nie mogło zostać?

Do tej pory Kasię widziałam tylko raz i to na zdjęciu. Z przyjemnością odnotowałam, że jest raczej brzydka, więc pewnie podobna do mamusi. Bo Bruno to zdecydowanie przystojny mężczyzna.

Może więc ta dziewczyna to nie jego córka?

Jest paskudna, niemiła i ma wredny charakter. To chyba niemożliwe, żeby dziecko przejęło cechy tylko jednego z rodziców?

17 lutego, niedziela

Kiedy patrzyłam na Kasię, doszłam do ciekawych wniosków. Otóż córka Brunona to typowy przykład przepoczwarzenia w drugą stronę. Z motylka powstała gąsienica. Początkowo była maleńką, niewinną istotką, spowijaną w różowe śpioszki i czapeczki, słodko gruchającą i uderzającą się grzechotką w główkę. Rodzice wydawali fortunę na sukieneczki, budyniowe stroje, chusteczki w kwiatuszki i cukierkowe rajstopki. Potem doszedł arsenał misiów, lalek, klocków i przytulanek. I nagle ta mała dziewczynka, której uśmiech rozbrajał wszystkich dookoła i której z namaszczeniem zaplatano warkoczyki i prasowano bluzeczki w roześmiane biedronki, uświadomiła sobie, że jej słodka buźka nie służy wyłącznie do przyjmowania smakołyków, ale również do darcia się, pyskowania, pogardliwego prychania i ostentacyjnego wydymania warg w celu okazania wyższości. Jeszcze do niedawna jej alabastrowa cera pokryła się wągrami i pryszczami, rozdrapanymi najczęściej do żywego mięsa, puszyste włosy przemieniły się w tłuste strąki, a pachnące talkiem ciałko zaczęło cuchnąć.

Właśnie taką metamorfozę przeszła Kasia. Chyba że od urodzenia była ośmiornicą...

Kolano mnie boli.

18 lutego, poniedziałek

Przeczytałam kiedyś, że pewien Japończyk dla żartu wymyślił kotki bonsai. Zaraz po urodzeniu wkłada się żywego kotka do słoika i... po kłopocie. Kotek nie drapie, nie miauczy, nie domaga się pieszczot i w ogóle jest mało wymagający. To był naturalnie dowcip, ale jakże przemawiający do wyobraźni.

Niektóre dzieci też powinny siedzieć w słoikach. Przez większość swojego życia.

19 lutego, wtorek

Przyjechała matka Brunona. Sześćdziesięciosiedmioletnia kobieta z fantastycznie spaloną trwałą i szponami długości harcerskiej finki. Ma na imię Róża.

Niestety, w sprawie Kasi nie znajdę z nią wspólnego języka, ponieważ Róża uważa, że jej wnuczka to ósmy cud świata. Podobno Kasia jest zdolna, przepięknie rysuje, a w dzieciństwie grała na pianinie niczym mały Chopin. Co więcej – jest zabawna i dowcipna.

Czy ona mówi o kostropatej dziewczynie, która mieszka z nami od niedawna? Może Bruno ma dwie córki?

20 lutego, środa

Róża zostanie u nas tydzień.

Chciała dłużej, ale niestety ma wizyty u lekarzy.

Ja też żałuję...

Jestem przekonana, że Kasia ma babcię gdzieś, choć dwie stówy na nowe buty wzięła bez mrugnięcia okiem. Babcia zakochana i szczęśliwa, Kasia śmieje się z nas wszystkich, Bruno zapracowany, a ja chyba ich wszystkich otruję.

Czy gdybym podała grzyby i wśród nich znalazł się jeden maleńki, trujący muchomorek, to uznano by mnie za morderczynię? Czy może prasa napisałaby tylko o nieszczęśliwym wypadku lub „kolejnych ofiarach grzybobrania”? Sprawdziłam w atlasie grzybów. Sromotnik mocno przypomina czubajkę kanię...

Zdjęli mi dzisiaj szynę z nogi. Moje kolano jest brunatnosine. Próbowałam zamalować je fluidem, ale to niewiele pomogło.

21 lutego, czwartek

Róża z Kasią na zakupach. Babcia uszczęśliwiona, że spędzi pół dnia sam na sam z wnuczką. A nastolatka pewnie obmyśla perfidną mapę sklepów, w których wypruje Różę do podszewki w portfelu. Ja gotuję obiad, Bruno coś tam czyta.

Wzorcowa rodzina z powieści Musierowicz.

Czy nie pora uświadomić wszystkim babciom świata, że nie zawsze trzeba kochać własne wnuki???

22 lutego, piątek

Mogę chyba śmiało stwierdzić, że jestem nieszczęśliwa. Na dodatek ciągle boli mnie kolano i przypomina o nieudanym zamachu na życie pasierbicy.

Pasierbica. Ładny wyraz swoją drogą.

23 lutego, sobota

Muszę teraz potajemnie oglądać seriale. Gdyby Kasia zobaczyła, że studiuję je z prawdziwym zaangażowaniem, to miałaby powód do radości i szyderstw, które trwałyby przynajmniej do Gwiazdki. Tymczasem ja oglądam seriale wyłącznie z przyczyn socjologicznych, choć nikt mi w to nie wierzy. Fascynuje mnie nagromadzenie w jednym odcinku kretynizmów, nieścisłości i absurdów. Głównego bohatera spotyka dziennie tyle przygód, że Indiana Jones to przy nim oferma, który stał się sławny tylko dlatego, że raz w życiu oblazły go pająki.

W dobrym serialu, kiedy ktoś umiera, to nigdy na pewno. Jeśli jednak zostanie to kilkukrotnie potwierdzone, partner nieboszczyka przez około pół odcinka zalewa się łzami. Trzy odcinki później ma romans, a w kolejnym bierze ślub. Główni bohaterowie przynajmniej kilka razy umierają na raka, giną w pożarach, roztrzaskują się w samolotach albo rozrywa ich bomba. Oczywiście na końcu okazuje się, że są tylko odrobinę osmoleni i mają podarty kawałek bluzki, spod której wystaje ramiączko efektownej bielizny lub, w przypadku mężczyzn, modnie przystrzyżony tors.

24 lutego, niedziela

Przy śniadaniu Bruno spytał, co robimy z niedzielą.

– Chodźmy do ZOO, jak szczęśliwa rodzina – zaproponowałam, smarując sobie grzankę miodem.

Kasia parsknęła, Róża zerknęła na mnie z politowaniem, a Bruno ze zdziwieniem.

– Albo pośpiewajmy razem. – Pogrążałam się coraz bardziej.

Spojrzenie Róży w stronę Brunona mogło oznaczać tylko jedno: współczucie matki, której jedynak po raz kolejny wdepnął w życiowe gówno.

Mam teraz dwóch wrogów: dorastającą Kasię i podstarzałą Różę. Jedna warta drugiej. Nawet podobne jakieś. Krzywe nosy, wredne spojrzenia i nieuzasadniona niechęć wobec mojej osoby. Wysłałam ich wszystkich do kina, a sama zostałam w domu, tłumacząc się bólem nogi. Nie powiem, żeby jakoś przesadnie mi współczuli i żałowali, że idą sami.

Muszę popracować nad planem ostatecznego usunięcia Kasi z naszego życia.

Tak, aby zniknęła raz na zawsze.

25 lutego, poniedziałek

Może ją wysłać do klasztoru?

Nie, nie zechce.

Tybet? Żeby pomedytowała wśród mnichów?

Nie stać mnie.

26 lutego, wtorek

Już nie mam żadnych wątpliwości, że małe dzieci wcale nie są lepsze od większych. Dzisiaj przyszła Matylda i przyprowadziła ze sobą trzyletniego Mateusza w stroju Spidermana. Matylda jeszcze kilka lat temu była przebojową i pełną życia studentką politologii, zawsze doskonale ubraną i zarzekającą się, że dziecko w jej życiu niewiele zmieni. Trzylatek był pająkowato-wrzeszczącym zaprzeczeniem tych słów. Po pierwsze, Matylda wyglądała okropnie: worki pod oczami, przesuszone włosy i podrapane ręce. Do tego nieustająco ziewała. Mateusz tymczasem wchodził jej na głowę. Był w końcu Spidermanem. Czy Matylda strzepnęła insekta na ziemię? Bynajmniej. Zaszczebiotała, zapiszczała i wycałowała go we wszystkie części ciała. To znaczy we wszystkie nie zdążyła, bo Mateusz wyrwał się jej najwyraźniej oburzony nadmiarem pieszczot.

Dobrze przynajmniej, że Matylda nie wspomina już o kupie swojego syna, bo jeszcze dwa lata temu rozpływała się nad żółtymi bobkami, które wydalało jej genialne dziecko.

– Ciocia, bawimy się? – Spiderman wlazł mi na kolana i zaczął wdrapywać się wyżej, używając do tego moich piersi. Lewą zgniótł, a prawą podrapał.

Czy wypada zamknąć w lodówce syna koleżanki?

27 lutego, środa

Psychologia jest zdecydowanie przereklamowana. Wszystkich zmylił erotyczny głos Eichelbergera oraz osławione złote myśli Santorskiego. Mój psycholog, doktor Tomasz Rybka, którego znalazłam w książce telefonicznej, okazał się niekompetentnym osłem, wbitym w obcisły sweterek buraczanego koloru. Zamiast udzielić mi konkretnych porad, jak pozbyć się Kasi lub ewentualnie zmienić jej beznadziejny charakter i wypaczoną osobowość, próbował namówić mnie na „autorefleksję”.

Miałam zastanowić się nad sobą.

– Ale tu nie chodzi o mnie, tylko o córkę mojego męża, która pojawiła się tylko po to, by zniszczyć moje życie. – Wyjaśniłam mu jeszcze raz, bo najwyraźniej nie zrozumiał.

– A może to w tobie tkwi problem? – Zamruczał niby kojąco, ale tak naprawdę tylko wyprowadził mnie z równowagi.

We mnie tkwi problem? We mnie???

Czy on jest w zmowie z tym pryszczatym potworem, owocem nieudanego małżeństwa Brunona? Czy on nie rozumie, że psycholog jest po to, żeby pomóc pacjentowi, a nie go dobijać?

Lekarze dusz! Śmieszne!!!

Opuściłam jego przesiąknięty psychologią gabinet z odrażającym dywanem w romby i postanowiłam nie korzystać z pomocy tak zwanych specjalistów, przynajmniej do czasu, kiedy nie zaczną być kompetentni.

Ciekawe, co by powiedział Eichelberger. Może cofnąłby im licencję?

28 lutego, czwartek

Dlaczego prezydent nie wprowadzi ustawy zakazującej pasierbom/pasierbicom życia pod jednym dachem z drugim mężem/żoną matki/ojca? Dlaczego zamiast ciągle zajmować się lekarzami, nauczycielami, podatkami, spiskami oraz zboczonym klerem, nie pomyśli dla odmiany o... macochach/ojczymach?

1 marca, piątek

Postanowiłam całkowicie poświęcić się pracy. Kolano powoli się goi, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by wreszcie wyrwać się z tego piekielnego domu. Od czasu, kiedy pojawiła się w nim Kasia, zupełnie zaniedbałam swoją kawiarenkę internetową, którą od dwóch lat prowadzę z Elizą, zagorzałą fanką Internetu, komputera i wszystkiego z dopiskiem high-tech. Oczywiście wolałabym być znaną malarką i godzinami zamykać się w atelier, gdzie przelewałabym własne wizje na płótno, ale... niestety nie zostałam artystką, zresztą przy Kasi i tak straciłabym natchnienie.

W naszej kawiarence niespecjalnie jest co robić. Otwieramy o dziesiątej, zamykamy o północy, a właściwie Eliza zamyka, bo ona uwielbia siedzieć nocami i flirtować przez Internet. Kawiarenka jest dość obskurna, a naszą kawę jedna z lokalnych gazet uznała za pomyje i przyznała jej tytuł „lury Wielkopolski”. Co prawda przychodzi tu się w innym celu niż picie kawy, ale od czasu artykułu na wszelki wypadek już jej nie podajemy. Jest tylko woda. A dla lokalnych dziennikarzy, których na kilometr można rozpoznać po niechlujnym wyglądzie i wzroku wszystkowiedzącego geniusza, woda z kranu. Oni i tak się nie poznają, nawet gdyby im zaserwować Perriera.

Jedyny pożytek to dochód, jaki przynosi kawiarenka – marny co prawda, ale starcza na moje skromne potrzeby. Eliza zaś fascynuje się internetowymi dowcipami, które od czasu do czasu mi podrzuca. Niestety od miesiąca niewiele mnie śmieszy.

4 marca, poniedziałek

Siedzę od rana w pracy, a ponieważ ruch jest niewielki, to z nudów czytam ogłoszenia parafialne, które ktoś zamieścił w sieci.

1. Cała wspólnota dziękuje chórowi młodzieżowemu, który na okres wakacji zaprzestał działalności.

2. Za tydzień Wielkanoc. Bardzo proszę wszystkie panie składać jajka w przedsionku.

3. W każdą środę spotykają się młode mamy. Na panie, które pragną do nich dołączyć, czekamy w zakrystii w czwartki wieczorem.

4. Po południu, w północnym i południowym skrzydle naszego kościoła odbywać się będą chrzty. Dzieci będą chrzczone z obu stron.

5. W czwartek o 16.00 wspólne lody. Panie dające mleko prosimy przyjść wcześniej.

6. W podziemiu panie zrzuciły wszelkiego rodzaju ubrania. Można je oglądać w każdy piątek po południu.

5 marca, wtorek

Ciekawe, czy Kasia była ochrzczona z jednej czy z dwóch stron? A może w ogóle i teraz wychodzi z niej diabeł? Twarz już ma piekielną. Charakter zresztą też.

6 marca, środa

W zasadzie, to mogłabym mieć atelier, gdyby nie Kasia. Atelier do... na przykład... prasowania. Niestety, jedyny wolny pokój w naszym domku został zajęty i zapewne przerobiony na bezgustowne pomieszczenie potwora.

Nie zaglądałam tam jeszcze, ale jestem przekonana, że wystrój jest depresyjno-przygnębiająco-dekadencki, czyli pełen zarazy.

Nie jestem uprzedzona. Po prostu mam przeczucie.

7 marca, czwartek

Mam iść na wywiadówkę! To chyba jakiś horror. Bruno wyjechał służbowo, i kiedy był czterdzieści km od domu, zadzwonił i cichym głosem poinformował mnie, że jest zebranie w szkole, i że chyba byłoby dobrze pójść. Zwłaszcza, że Kasia jest nową uczennicą i lepiej się nie narażać.

Spytałam, od kiedy wiedział o wywiadówce.

Powiedział, że od kilku dni.

Tylko jakoś mu wyleciało z głowy.

Wieczorem

Wychowawczyni Kasi, chemiczka, przypomina Mysz wiecznie poszukującą sera. Jej nos marszczy się kilkadziesiąt razy na minutę, a z ust wystają dwa kremowe ząbki oraz końcówka języka, którą Mysz oblizuje wargi pokryte zwarzoną pomadką. Jest niska, ma włosy o niezidentyfikowanym kolorze i piskliwy głos.

– Katarzyna to typowa zbuntowana nastolatka. Ignoruje wszystkie szkolne przepisy – oznajmiła Mysz.

No, tego akurat mogłam się spodziewać.

Mysz piszczała dalej.

– Nie interesują jej oceny, na moich lekcjach ostentacyjnie ziewa i buntuje klasę, żeby ta nie chodziła na religię, bo ksiądz rzekomo dłubie w nosie.

Fuj. Też nie miałabym ochoty oglądać przedstawiciela świątyni Bożej grzebiącego w nochalu i toczącego zielone kulki.

Mysz była w swoim żywiole.

– A poza tym, jest niechlujnie ubrana, a pani od wuefu poinformowała mnie, że Katarzyna odmawia ćwiczeń na drążku.

Oznajmiłam Myszy, że wszystkim się zajmę, że Kasia ciężko przeżywa ostatnie wydarzenia rodzinne oraz zmianę miejsca zamieszkania i szkoły, i w jej imieniu obiecałam poprawę. Opuściłam szkołę z poczuciem ulgi.

Odrażający babsztyl.

8 marca, piątek

Z okazji Dnia Kobiet zrobiłam Kasi wykład na temat poważnego traktowania szkoły, ale zostałam zlekceważona. Nastolatka poinformowała mnie tylko, że ma gdzieś swoją wychowawczynię (w zasadzie wcale się nie dziwię), księdza nie cierpi (rozumiem), a na drążku już raz obiła sobie nerki i w związku z tym nie będzie się więcej bawić w „pieprzoną akrobatkę”.

Moich argumentów nie zdążyłam przedstawić, bo Kasia wyszła z kuchni i zdaje się, trzasnęła drzwiami.

Muszę popracować nad autorytetem macochy. W końcu jestem od niej o połowę starsza.

Bruno zadzwonił z życzeniami dla „swoich ukochanych dwóch kobiet”.

Fuj.

9 marca, sobota

Kasia poszła do kina. Zdecydowanie za krótkie te seanse.

10 marca, niedziela

Mój horoskop: „Pojawi się pomysł, aby odwrócić się na pięcie i powędrować w całkiem innym kierunku...”. Już się pojawił. Z drugiej strony, w tym samym magazynie przeczytałam pouczający materiał o „stawianiu czoła przeciwnościom losu”. Posłuchać autorki czy wróżki?

11 marca, poniedziałek

Może powinnam otwierać kawiarenkę o siódmej rano? Uniknęłabym w ten sposób wspólnych śniadań, podczas których chleb staje mi w gardle. Kasia jest jak rosyjska ruletka. Nigdy nie wiadomo, w jakim nastroju wstanie, jakich obraźliwych słów użyje, jakim spojrzeniem mnie obrzuci, co skrytykuje i jak zepsuje dzień, który dla mnie zaczyna się o siódmej rano.

I tylko nie rozumiem, dlaczego Bruno tego nie widzi.

Może dlatego, że jest weterynarzem? Że jest cierpliwy i wyrozumiały? Że ma całą listę zakochanych w nim starszych pań, którym leczy koty, psy, papużki, chomiki, a nawet jeże? Zwierzęta też go uwielbiają. Nawet te wredne. Może dlatego tak dobrze dogaduje się z Kasią?

12 marca, wtorek

Kasia przyprowadziła dzisiaj kolegę z klasy. Wygląda jakby solarium go przytrzasnęło i przez tydzień nie chciało wypuścić. Gdzie on się tak spiekł?

13 marca, środa

Dominik znowu przyszedł. Podobno na feriach zimowych był w Kenii, za to latem jedzie na Syberię.

Wywrotowiec jakiś.

Podsłuchałam, jak Kasia wyjaśnia ojcu, że Dominik jest artystą i pisze własne sztuki.

Ha! Ha!

Kolejny geniusz o spieczonej gębie, z plikiem zdjęć lwów, żyraf i małp w środku zimy.

Też bym chciała pojechać do Kenii.

14 marca, czwartek

Niektórzy faceci, jacy przychodzą do kawiarenki, to żywa reklama onanistów. W życiu nie widziałam takich wypieków na twarzy, spłyconego oddechu i nerwowych ruchów rękami (położonymi jednak na klawiaturze) podczas bezpośredniego kontaktu z monitorem.

Mam nawet swojego ulubieńca. Obserwuję go od paru miesięcy i zauważam niekończący się orgazm. Podejrzewam, że to maniak krwawych gier, w których latają wnętrzności, tryska krew i wypływa mózg.

Psychopata!

Może ćwiczy, jak zastrzelić znienawidzonych nauczycieli, wrogów jego rodziny, ekologów i innych osób, które mu się naraziły?

Może mu Kasię podsunąć...

16 marca, sobota

Dominik rzeczywiście jest artystą. Co gorsza, jest święcie przekonany o swoim talencie i dlatego bez skrupułów zaprosił mnie i Brunona na premierę swojej sztuki pod tytułem Śmierć motyli.

Kasia trochę oponowała, ale w końcu łaskawie pozwoliła wejść do swojego pokoju. O dziwo, wyglądał całkiem normalnie, więc mam prawo podejrzewać, że go wysprzątała przed naszym najściem w roli widzów.

Nawet kwiaty ma w wazonie.

Pewnie coś knuje.

17 marca, niedziela

Nadal jestem pod wrażeniem sztuki Śmierć motyli. Uważam, że zarówno córka Brunona, jak i jej nowy przyjaciel potrzebują natychmiastowego wsparcia psychiatry!

Dominik przywitał nas owinięty folią (dokładnie takiej używam do owijania wędlin i serów), a z głębi pomieszczenia sączyła się jakaś dziwna muzyka.

– Sefardyjska – wyjaśnił.

Nagle zaczął wyginać się w tył i w przód.

– Jestem kokonem – zajęczał przeciągle.

„O Boże” – pomyślałam.

– Kokonem nieuleczalnie chorego motyla.

„Straszne”.

– Mam przygotowaną pelerynę, tobołek z nektarem i flet. Ale wiem, że jestem nieuleczalnie chory.

– Czy mogę ci jakoś pomóc? – spytała nagle Kasia. Zdaje się, że też brała udział w tym przedstawieniu.

– Bądź mą motylicą – zajęczał Dominik.

– Czy też jestem chora? – spytała Kasia ciasno owijając sobie folię dookoła biustu.

Bruno jęknął.

– Nie, najdroższa. Ty jesteś zdrowa, ale jednocześnie jesteś moją żoną – stwierdził Dominik. – I wahasz się, czy wybrać kolorowe życie motyla, życie nektarem płynące, czy śmierć ze swoim mężem.

– Wybieram śmierć – powiedziała Kasia.

„Brawo”.

Niestety, scenariusz nie przewidywał śmierci motylicy. Kasia miała kiwać się na boki (symbol chęci wyrwania się z kokonu), a za chwilę martwo zastygać (walka z uczuciem do umierającego męża). Sam Dominik rzucił się na podłogę i w drgawkach wił się niczym żmija. Próbował doczołgać się do peleryny i tobołka, wyciągał w rozpaczy ręce, ale wtedy zadaniem Kasi było odsuwanie tobołka coraz dalej i dalej. Po piętnastu minutach wyglądała na zmęczoną. Wtedy jednak nastąpiła zmiana koncepcji.

– Wyzwalam się z kokonu – oznajmił Dominik.

– Przecież jesteś nieuleczalnie chory, umrzesz.

– Ale chcę chociaż przez chwilę spojrzeć na słońce. Chcę umyć skrzydełka w porannej rosie. Chcę zagrać na fleciku.

– To ja też się wyzwalam, a potem popełnię motyle samobójstwo.

– Nie.

– Nie? Przecież skoro jestem zdrowa, a ty zdecydowałeś się wyzwolić, to ja chyba też mogę. – Kasia trzeźwo myślała.

– Nie. Ty nie zdążysz. Udusisz się w kokonie i w ten sposób poświęcisz swoje życie – szepnął Dominik, trochę zdenerwowany, że Kasia dyskutuje podczas sztuki. – A mnie zabije świadomość, że to ja jestem tego przyczyną.

„Bez sensu. I tak jesteś chory, motylu. Na mózg”.

Tak jednak zrobili. Dominik wyrwał się z foliowych pętów, narzucił pelerynę, zagrał na fleciku i zaczął szamotać się po pokoju. Rozrzucał ubrania, malował po ścianach, krzyczał coś bez ładu i składu i nagle zamarł w teatralnym geście. A potem osunął się na ziemię i w okrutnych drgawkach skonał.

Oczywiście wcześniej była jeszcze rola Kasi. Ona z kolei wiła się na podłodze, rzewnie łkała i nagle zesztywniała.

Koniec.

Motyle nie żyją.

Bruno poszedł napić się wody, a ja wygryzłam skórkę przy paznokciu środkowego palca.

Moim zdaniem przedstawienie było... debilne.

20 marca, wtorek

Moje prośby zostały wysłuchane. Po tylu tygodniach mąk i modlitw nareszcie będę mieć święty spokój.

Tylko na początek trzeba załatwić drobne formalności. Bruno jest na jakimś sympozjum poświęconym gadom, a ja pilnuję domu.

A Kasia?

KASIA ZOSTAŁA ARESZTOWANA!!!

Do więzienia na razie nie pójdzie, bo jest nieletnia, ale istnieje duża szansa na poprawczak.

Nastolatka bowiem pobiła nauczycielkę. I to nie byle jaką, ale własną wychowawczynię, Piszczącą Mysz.

Idę zaraz do szkoły. Ba, biegnę niczym gazela!

Wieczorem

Mysz zdecydowanie za mało oberwała. Najpierw naskoczyła na mnie, że Kasia to „diabelskie nasienie” i „pieprzona gówniara”, która ma niepoukładane we łbie. Następnie poddała w wątpliwość nasze umiejętności wychowawcze.

Uważam, że za dużo sobie pozwala. W końcu jest pedagogiem, i chociaż ma podbite oko i rozerwaną bluzkę, nie powinna używać takich słów. Z trudem oderwałam wzrok od poszarpanej wierzchniej odzieży ciała pedagogicznego i spokojnie spytałam, co dziewczyna zrobiła.

– Kasia mnie pobiła – wycedziła Mysz, marszcząc swój przebrzydły nos.

No, to akurat widać.

– Ale dlaczego?

– A o to, to już proszę spytać swoją pasierbicę! – wrzasnęła Mysz i pognała w stronę ubikacji.

Poszłam więc do Kasi, którą na razie zamknięto w pokoju nauczycielskim. Wyglądała blado, ale na mój widok trochę się ożywiła. Chyba że mi się zdawało.

– Ta kretynka jest antysemitką – odpowiedziała na moje nieme pytanie.

21 marca, czwartek

Bruno zrezygnował z gadów i przyjechał w nocy, aby ratować swoje poprawne politycznie dziecko. Otóż okazało się, że Kasia stanęła w obronie niejakiej Zuzanny, której rodzice są Żydami, i która to w związku z tym miała problemy z Myszą. Regularnie dostawała od niej jedynki ze sprawdzianów, które w zadziwiający sposób ginęły, uniemożliwiając tym samym konfrontację i była odpytywana z programu pozaksiążkowego.

Kiedy wczoraj Mysz po raz kolejny zaczęła molestować chemicznie Zuzannę, ta najzwyczajniej w świecie zemdlała, najprawdopodobniej ze stresu i z nerwów. Mysz trzepnęła ją lekko w twarz (w celu ocucenia – jak twierdziła) i dodała: „Wstawaj, żydowskie nasienie”. Wtedy do akcji wkroczyła Kasia, która po prostu podeszła, szarpnęła Mysz za baloniki i wystosowała pięścią cios prosto w oko wymalowane na niebiesko.

22 marca, piątek

Uważam, że Kasia miała rację. Naturalnie, nie powiem jej tego.

W poniedziałek sąd szkolny zadecyduje, co zrobić z agresorem–Kasią i ofiarą–Myszą.

23 marca, sobota

Bruno zachorował. To na pewno przez tę antysemicką akcję. Ma ponad trzydzieści siedem stopni gorączki, słaby kaszel i katar, ale jest prawdziwie nieszczęśliwy. Zastanawiam się, dlaczego kobieta dopiero w ostateczności nie idzie do pracy (wygięte na drugą stronę kolano) i kładzie się do łóżka, a facetowi z podwyższoną temperaturą należy szykować trumnę. No nic, trzeba mu przygotować mleko z czosnkiem i miodem. Pośmierdzi trochę, ale na pewno wyzdrowieje.

– Skarbie... – wyszeptał ledwo Bruno.

– Tak? – Przysiadłam na skraju łóżka i pogłaskałam go po tej chorej główce.

– Popraw mi poduszki.

Kobieca intuicja podpowiedziała mi, że wystarczy je poklepać i trochę przesunąć.

Poklepałam. Przesunęłam. A Bruno podziękował mi słabym kiwnięciem głowy. Pięć minut później poprosił o szklankę herbaty, potem uznał, że ma ochotę na mandarynkę i grejpfruta, ale dokładnie obranego z białej błonki.

– Idę ci ugotować zupkę – oznajmiłam.

– Jaką? – zainteresował się Bruno.

– Pomidorową z kluseczkami. Pyszną.

Bruno poprosił o ogórkową.

Po południu zadzwoniłam do Kai:

– Bruno ma trzydzieści siedem z kreskami i umiera.

– Trzydzieści