Macierewicz. Jak to się stało - Tomasz Piątek - ebook
lub
Opis

Tysiące godzin w IPN, Bibliotece Narodowej i Archiwum Akt Nowych. Dziesiątki rozmów ze świadkami historii. Ponad 400 dni spędzonych nad starymi dokumentami, pisanymi niejednym alfabetem.

Tomasz Piątek kontynuuje swoje śledztwo. Szuka odpowiedzi na pytanie: jak to się stało? Skąd na polskiej scenie politycznej i w gabinetach ministerialnych wziął się Antoni Macierewicz?

To, co Piątek odkrywa, zaskoczy nawet tych, którzy przeczytali książkę „Macierewicz i jego tajemnice”. Jak się okazuje, w komunistycznej Służbie Bezpieczeństwa działała grupa wybitnie inteligentnych i bezwzględnych funkcjonariuszy ściśle związanych z Moskwą. Ich specjalnością było rozbijanie opozycji i tworzenie posłusznej łże-prawicy na komunistycznej smyczy. Otaczali szczególną opieką niektórych młodych buntowników.

Czy liczne koincydencje, które łączą byłego ministra obrony z ludźmi Kremla, powstały ot tak? Czy są wynikiem przypadku? Nie zrozumiemy dzisiejszej działalności Macierewicza, jej istoty i przyczyn, jeśli nie sięgniemy do przeszłości. To właśnie zrobił Tomasz Piątek, który przedstawia swoje ustalenia w nowej książce „Macierewicz. Jak to się stało”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 812

Popularność


Copyright © Wydawnictwo Arbitror sp. z.o.o.

Projekt okładki i stron tytułowych

Łukasz Stachniak

Redakcja

Tomasz Mincer

Skład, łamanie

Witold Kowalczyk

Przygotowanie wydania elektronicznegohachi.media

Wydanie I

ISBN 978-83-66095-08-3

Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

ul. Krucza 41/43 lok. 67

00-525 Warszawa

www.arbitror.pl

e-mail:kontakt@arbitror.pl

WSTĘP

Zawarte w niniejszej książce informacje i dokumenty mogą wstrząsnąć wieloma czytelnikami. Zaskoczą nawet tych, którzy przeczytali książkę Macierewicz i jego tajemnice1. Na dalszych stronach przedstawiam bowiem nieznaną prawdę o Antonim Macierewiczu, ukrytą dotąd w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Znajdują się tam akta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (SB), które dotyczą Macierewicza. Wynika z nich, że liczne koincydencje, które łączą byłego ministra obrony z ludźmi Kremla, nie powstały ot tak. Nie są wynikiem przelotnego uwikłania. Nie chodzi też o doraźny, taktyczny sojusz między przeciwnikami. Nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa od niemal pół wieku.

Najważniejsze jest to, co Antoni Macierewicz robi Polsce dzisiaj. W najbliższych miesiącach zamierzam znowu się przyjrzeć jego poczynaniom w latach 1989–2018 (tym bardziej że docierają do mnie nowe, godne uwagi informacje o jego koneksjach w różnych krajach Europy). Nie da się jednak zrozumieć działalności Macierewicza, jej istoty i przyczyn, jeśli nie zbada się jej od początku. Aby pojąć to, co się dzieje dzisiaj, musimy sięgnąć w przeszłość. Z przeszłości bowiem, z lat 80. ubiegłego wieku, pochodzą dokumenty, które dosłownie krzyczą. Jeden z nich niedwuznacznie daje do zrozumienia, że komuniści roztoczyli nad Macierewiczem specjalny parasol ochronny. I to komuniści wysokiej rangi – członkowie tzw. Biura Studiów, czyli elitarnej jednostki SB. Był to zespół wybitnych, choć fanatycznych policjantów politycznych. Pracowali oni nad rozbiciem opozycyjnego związku zawodowego „Solidarność”, gdy ten działał w podziemiu. Mieli też bliskie związki ze służbami kremlowskimi. Jeden z opiekunów Macierewicza dostał medal od KGB (sowieckie cywilne służby specjalne, przekształcone później w FSB i SWR).

O tym jest ta książka. Przedstawione w niej informacje i dokumenty z przeszłości pomagają odpowiedzieć na pytania, które nas dręczą. Dotyczą one spraw najważniejszych, podstawowego bezpieczeństwa państwa.

Jak to się stało, że jesteśmy bezbronni? Dlaczego polska armia nie ma śmigłowców, flota – okrętów podwodnych, a sztab – planów obronnych? Dlaczego setki doświadczonych generałów i wyższych oficerów odeszły do cywila? Dlaczego zastąpili ich młodzieńcy bez autorytetu, za jednym zamachem awansowani o kilka stopni? A z drugiej strony – dlaczego Ministerstwo Obrony Narodowej wydawało i wciąż wydaje gigantyczne pieniądze na tzw. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT)? Były szef Sztabu Generalnego w latach 2013–2017 gen. Mieczysław Gocuł bije na alarm, że ukryte wydatki idą w miliardy2. Dlaczego przepuszczamy te miliardy na amatorską formację, która przed niczym nas nie obroni? Dlaczego do WOT werbowano jawnych zwolenników Władimira Putina z prokremlowskiej partii Zmiana? Dlaczego tworzenie WOT powierzono pułkownikowi Krzysztofowi Gajowi – jawnemu zwolennikowi Putina, ekspertowi prywatnej organizacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych (NCSS), której prezes Jacek Kotas jest powiązany ze współpracownikami rosyjskiej mafii3?

Za tymi wszystkimi decyzjami stoi Antoni Macierewicz, minister obrony w latach 2015–2018. W tych samych latach zostały ujawnione jego pośrednie, ale liczne i istotne koneksje z Kremlem, kremlowskimi służbami specjalnymi i kremlowską przestępczością zorganizowaną. To nie tylko pułkownik Gaj i prezes Kotas. To także Robert Luśnia, Konrad Rękas, Grzegorz Kwaśniak, Marek Zieliński, Andrzej Zapałowski, Tomasz Szatkowski, Robert Szustkowski, Alfonse D’Amato, Dana Rohrabacher, Luis Moreno Ocampo, Irina Obuchowa, Andriej Iłłarionow, Andriej Skocz, Lew Kwietnoj, Aliszer Usmanow, Siemion Mogilewicz. Coraz więcej Polaków i Polek wie, kim są ci ludzie i co ich łączy z ministrem niszczycielem.

O tych niebezpiecznych znajomościach ministra pisałem w książce Macierewicz i jego tajemnice. Ale wołali o nich głośno także inni dziennikarze i aktywiści: Radosław Gruca, Grzegorz Rzeczkowski, Jan Śpiewak, Eliza Michalik, Jacek Żakowski, Mariusz Ziomecki, Łukasz Maziewski. Za granicą alarmowali Christian Davies z „The Guardian”, Konrad Schuller z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, Aude Massiot z „Libération”, Jesper-Thobo Carlsen z „Politiken”, Josephine Huetlin z „The Daily Beast”. (Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem). Po tych publikacjach Macierewicz został zdymisjonowany. A razem z nim odwołano niemal wszystkich jego współpracowników – oprócz wiceministra Tomasza Szatkowskiego. Była to jednak dymisja szczególnego rodzaju. Głośna, zbiorowa, dotkliwa – a zarazem aksamitna. Po utracie stanowiska Macierewicz przez długie miesiące wciąż urzędował w budynku ministerstwa i jeździł ministerialną limuzyną. Nadal jest wiceprzewodniczącym rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Jego główny medialny sojusznik, oligarcha Tadeusz Rydzyk, popiera go jeszcze usilniej niż przedtem. Całkiem jasno daje do zrozumienia, że w razie odejścia Macierewicza z PiS nie zagłosuje na tę partię4.

Czy Antoni Macierewicz to niezatapialny niszczyciel? Tak, i to nie od dziś. W latach 70. był pomysłodawcą i współzałożycielem opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników. Organizacja ta broniła najsłabszych i najbiedniejszych przed prześladowaniem ze strony komunistów. Była też jawnym znakiem oporu, światełkiem w tunelu dla poddanych komunistycznej tyranii. Stała się zalążkiem późniejszych Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych „Solidarność” – wielkiej centrali związkowej, największej organizacji opozycyjnej w historii komunizmu, która powstała w 1980 r. i do grudnia 1981 r. istniała legalnie (pod groźbą strajków i powszechnego buntu władze PRL wbrew sobie musiały ją zalegalizować). Założenie KOR jawiłoby się jako wielka i czysta zasługa Antoniego Macierewicza, gdyby nie to, że już w rok po jego powstaniu Macierewicz zaczął KOR rozbijać. Podobnie rozbijał władze Regionu Mazowsze (najpotężniejsza organizacja regionalna „Solidarności” w latach 80.). Zwalczał wtedy swoich byłych kolegów z KOR. Próbował nawet w tym celu sprzymierzyć się ze związkowymi antysemitami. A w drugiej połowie 1981 r., gdy „Solidarność” coraz ostrzej zderzała się z komunistycznym reżimem, Antoni Macierewicz usiłował pomóc komunistom. Opisuję to dokładnie w tej książce.

W grudniu 1981 r. generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny i opozycja zeszła do podziemia. Macierewicz próbował ją rozmiękczać. W latach 1982–1985 lansował ideę dogadania się z Jaruzelskim. Miał to być sojusz „patriotycznego” komunistycznego wojska z Kościołem katolickim i nacjonalistyczną częścią opozycji. Tezy te nie znalazły poklasku nawet wśród wieloletnich przyjaciół Macierewicza. Wybitny reżyser Janusz Kijowski zerwał z nim kontakty. Wyszedł od niego, trzaskając drzwiami.

Minęło kilka lat. W 1989 r. komuniści stali się skłonni do rzeczywistych ustępstw na rzecz opozycji i demokracji. Wobec tego „Solidarność” postanowiła się dogadać z Jaruzelskim i zasiadła z jego ludźmi przy Okrągłym Stole. Macierewicz jednak przy nim nie obradował, a nawet zbojkotował kompromisowe, częściowo wolne wybory, które odbyły się w tym samym roku i były najważniejszym owocem Okrągłego Stołu. Zapewne dlatego, że kompromis zawierano w duchu liberalnej demokracji, nie zaś narodowego katolicyzmu…

Czas Antoniego Macierewicza nastał w 1991 r. Powstał wówczas pierwszy rząd radykalnej prawicy pod kierownictwem jego dobrego znajomego, Jana Olszewskiego. Macierewicz został ministrem spraw wewnętrznych. Jego zwolennicy twierdzą, że uchronił nas wtedy przed rosyjską infiltracją gospodarczą. Miał zablokować międzyrządową umowę przekazującą rosyjskim firmom byłe sowieckie koszary na terenie Polski. Ci, którzy wówczas uczestniczyli w polsko-rosyjskich negocjacjach, pamiętają, że Macierewicz i jego akolici odegrali zupełnie inną rolę. Wybitny dyplomata Andrzej Ananicz w 2015 r. oświadczył publicznie, że to Piotr Naimski storpedował porozumienie, które pozwalało naszym władzom kontrolować rosyjskie spółki działające w Polsce. Według Ananicza Naimski forsował taką interpretację prawa, według której firmy z Rosji miały działać swobodnie, podobnie jak inne podmioty gospodarcze5. Tu pojawia się pytanie, kim był Piotr Naimski. Wówczas szefem Urzędu Ochrony Państwa (UOP), czyli cywilnych służb specjalnych. Bezpośrednio podlegał więc ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi. Co więcej, od końca lat 60. Naimski jest „prawą ręką” Macierewicza. Poznali się w 1967 r., razem działali w harcerstwie. Od pół wieku łączy ich najbliższa przyjaźń i współpraca. Sprawę rosyjskich spółek zamierzam badać w najbliższych miesiącach.

Jako zaciekły antykomunista minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz miał też dokonać lustracji, czyli ujawnić byłych agentów SB w parlamencie i innych organach władzy państwowej. Jednak to, co zrobił w roku 1992, skompromitowało samą ideę lustracji. Otóż Macierewicz przekazał parlamentarzystom listę, na której znalazły się zarówno osoby winne, jak i te niemające nic na sumieniu. W tym jego główni rywale o rząd dusz na prawicy i w kręgach niepodległościowych – Wiesław Chrzanowski i Leszek Moczulski. Gdy lista trafiła do Sejmu, posłowie o mało się nie pobili, rząd upadł, a kwestia niedokończonej lustracji ciągnie się za nami do dziś. Warto przy tej okazji wspomnieć, że przyjacielem, sponsorem i wieloletnim współpracownikiem Macierewicza był Robert Luśnia – były płatny agent SB powiązany z sowieckim wywiadem wojskowym GRU, obecnie milioner.

Podobny destrukcyjny manewr Antoni Macierewicz wykonał w latach 2006–2007. Rządził wtedy PiS, który uczynił Macierewicza likwidatorem Wojskowych Służb Informacyjnych (wywiad i kontrwywiad polskiej armii) oraz założycielem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przy tej okazji Macierewicz stworzył słynny Raport o WSI. Podał w nim nazwiska polskich agentów działających w Rosji, w innych krajach postsowieckich, w Azji Środkowej i na Bliskim Wschodzie. Były minister obrony narodowej Bogdan Klich (skądinąd krytyczny wobec WSI) mówi, że opublikowanie raportu zaszkodziło polskim żołnierzom w Afganistanie i Iraku, ujawniło zasady funkcjonowania naszych służb i zdekonspirowało oficerów służących za granicą.

Co więcej, Macierewicz kazał przetłumaczyć swój raport jak najszybciej na rosyjski. Tłumaczką była Irina Obuchowa – Rosjanka, która w czasach sowieckich najprawdopodobniej współdziałała z KGB. Według wiarygodnych źródeł i jednego z najbardziej renomowanych polskich tygodników Obuchowej pozwolono swobodnie krążyć po budynku SKW6. Wcześniej nie poddano jej odpowiedniemu sprawdzeniu kontrwywiadowczemu7.

Po katastrofie smoleńskiej zaczął się jeden z najbardziej niezwykłych i dwuznacznych okresów działalności Antoniego Macierewicza. Człowiek otoczony ludźmi związanymi i powiązanymi z Kremlem zarzucił Rosji spowodowanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Innymi słowy, zarzucił rosyjskiemu dyktatorowi Władimirowi Putinowi zabicie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żony Marii Kaczyńskiej oraz 94 innych osób. Tymczasem żadne badania katastrofy przeprowadzone zgodnie z naukową metodologią nie dostarczyły dowodów na zamach czy spisek.

Jak sprawić, żeby zbrodniarz zaczął wyglądać na ofiarę? Zarzucić mu zbrodnię, której nie popełnił. Co więcej, Macierewicz i jego „specjaliści” oskarżali Rosję o zamach w sposób, który byłby dla niej pomocny, nawet gdyby faktycznie go dokonała. Posiedzenia tak zwanych ekspertów smoleńskich budziły śmiech, gdy wybuch w samolocie objaśniano za pomocą pękających parówek… Wychodząc z takim oskarżeniem i takimi „dowodami” na arenę międzynarodową, Antoni Macierewicz przyprawiał Polakom gębę oszalałych rusofobów. Każdy z nas, kto próbował racjonalnie ostrzegać Zachód przed poczynaniami Kremla, mógł się zderzyć z tym stereotypem, do którego zaistnienia Macierewicz się przyczynił. Zresztą podobne reakcje spotykałem również w Polsce. Gdy w 2013 r. zacząłem pisać o rosyjskich wpływach w naszym kraju, nieraz słyszałem w odpowiedzi: „Daj spokój, chyba nie chcesz iść w ślady Antka?”.

Głównym jednak efektem spiskowej teorii smoleńskiej było rozbicie narodu polskiego na dwa nieprzyjazne plemiona. Ci, co wierzą w „zamach smoleński”, mają wszystkich innych za wspólników mordu lub otępiałych głupców, za „lemingi”. Ci, co w niego nie wierzą, mają wyznawców teorii za niebezpiecznych szaleńców. Jaka wspólnota, jaki dialog może połączyć współsprawców morderstwa i tępe lemingi z groźnymi wariatami? Oto kolejny szczebel w karierze niszczyciela. Ten, który rozbijał KOR i „Solidarność”, zaczął rozbijać jeszcze większą społeczność.

Gdy w 2015 r. PiS po raz kolejny doszedł do władzy, Antoni Macierewicz osiągnął apogeum swojej potęgi. Tkana latami sieć kontaktów zaczęła przynosić owoce. Wiceministrem obrony został Bartosz Kownacki, były współpracownik Mateusza Piskorskiego (założyciela jawnie prokremlowskiej partii Zmiana, aresztowanego w 2016 r. w związku z podejrzeniem o szpiegostwo na rzecz Rosji i innych państw). Stanowisko wiceministra objął też Tomasz Szatkowski, prezes wspomnianej organizacji NCSS. Organizacją tą kierował również Jacek Kotas, nazywany w mediach „rosyjskim łącznikiem Macierewicza”. Skąd ten przydomek? Kotas to wieloletni prezes spółek deweloperskiej Grupy Radius, której współzałożycielem jest Robert Szustkowski, przyjaciel i współpracownik kremlowskich oligarchów – Lwa Kwietnoja i Andrieja Skocza – członków tak zwanej sołncewskiej mafii (jednej z największych rosyjskich, postsowieckich i światowych organizacji przestępczych, która ściśle współdziała ze służbami specjalnymi Rosji). Według jego byłej wspólniczki, Ewy Domżały, to Kwietnoj i Skocz przekazali Szustkowskiemu pieniądze, dzięki którym mógł wziąć udział w założeniu Grupy Radius8. Mimo to prezes jej spółek, Jacek Kotas, w 2007 r. uzyskał prawo dostępu do tajemnic polskiej armii. Przyznał mu je kontrwywiad wojskowy kierowany przez Antoniego Macierewicza, który osobiście monitorował tę sprawę w latach 2006–20079. Dodajmy, że Macierewicz od lat kontaktuje się z kongresmenem Daną Rohrabacherem – największym zwolennikiem Putina w Waszyngtonie. Między innymi to on zapoznał Rohrabachera z Jarosławem Kaczyńskim. Ponadto Macierewicz jako minister obrony wynajął Argentyńczyka Luisa Moreno Ocampo, prorosyjskiego międzynarodowego prawnika znanego m.in. z publicznych zachwytów nad rosyjskim „doświadczeniem w stosowaniu prawa międzynarodowego” [sic!], wyrażonych w rozmowie z przedstawicielami kremlowskiego portalu Sputnik10. Mimo to Moreno Ocampo w imieniu naszego kraju miał negocjować z Kremlem w sprawie wraku polskiego prezydenckiego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku. Pieniądze od Macierewicza i podległych mu spółek Skarbu Państwa dostawał także były senator USA, lobbysta Alfonse D’Amato11. D’Amato obsługuje wielkie korporacje UTC i ARH/GenCorp, które uzależniły amerykański wywiad kosmiczny od rosyjskich silników rakietowych używanych w satelitach szpiegowskich12. Nawet człowiek Macierewicza, były wiceminister Dominik Smyrgała, przyznaje, że to fatalna zależność. Według Smyrgały powstrzymuje ona Waszyngton od zastosowania skutecznych sankcji wobec Rosji13. Dodajmy, że D’Amato od dziesięcioleci współdziała z mafijnymi rodzinami Gambino, Genovese i Lucchese. Dwie pierwsze z tych rodzin wprowadziły do Nowego Jorku przedstawicieli tej samej rosyjskiej mafii, z którą w Polsce powiązani są… Grupa Radius i Jacek Kotas.

Skąd u Macierewicza taka wieloletnia konsekwencja? Skąd te niebezpieczne kontakty, niszczycielskie zdolności i zadziwiająca niezatapialność? Skąd się to wszystko wzięło i jak się zaczęło? Odpowiedzi na te pytania poszukałem w archiwach IPN. Antoni Macierewicz został zarejestrowany przez SB pod kryptonimem „Macek”. Nie jako TW (tajny współpracownik), ale jako „figurant”: osoba śledzona i rozpracowywana przez komunistyczne służby. Jednak funkcjonariusze SB zniszczyli główne dokumenty dotyczące Macierewicza (zgromadzone w tak zwanym kwestionariuszu ewidencyjnym „Macek”). Zrobili to 9 stycznia 1990 r.14, w tym samym czasie, kiedy pospiesznie niszczyli lub ukrywali w prywatnych schowkach akta swoich najważniejszych agentów. Mimo to w IPN zachowały się liczne raporty, meldunki i notatki, dzięki którym wychodzi na jaw zadziwiająca rola, jaką Macierewicz odegrał w dziejach służb komunistycznych. Rolę tę przedstawiam w niniejszej książce.

CZĘŚĆ PIERWSZALinia życia, labirynt nieprawdy

Nietrudno jest znaleźć życiorys Antoniego Macierewicza. W publikacjach książkowych, prasowych i internetowych natrafimy na różne, ale zbliżone do siebie wersje. Publikują je współpracownicy i zwolennicy Macierewicza. Jeśli im wierzyć, od zawsze był on płomiennym katolikiem, nieprzejednanym antykomunistą i zaciekłym wrogiem Kremla. Te malownicze życiorysy mają podstawową wadę. Nie są prawdziwe. Zawierają liczne fałszywe lub wątpliwe informacje, zdementowane lub niepotwierdzone przez niezależne źródła. Oto jeden z najbardziej wyrazistych przykładów.

KŁOPOTY Z DZIADKIEM

W 2018 r. małe wydawnictwo LTW z Łomianek wydało księgę pamiątkową zatytułowaną Niepodległość ma jeden kształt: Antoniemu Macierewiczowi w 70. rocznicę urodzin. Na stronie 17 znajdujemy tekst historyczki Justyny Błażejowskiej, zatytułowany Antoni Macierewicz a Trzecia Niepodległość (w przypisie autorka wyjaśnia, że pod pojęciem „Trzeciej Niepodległości” rozumie okres, który w historii Polski rozpoczął się po 1989 r.). Od czego zaczyna Błażejowska? Od przedstawienia rodowodu Macierewicza. W drugim zdaniu artykułu czytamy: „[…] dziadek Adam współpracował z Romanem Dmowskim, współtwórcą Ligi Narodowej”. Najwyraźniej czytelnicy wymagają zapewnienia, że jest on rasowym politykiem i polskim narodowcem z dziada pradziada.

O dziadku Adamie podobnie pisze sam Antoni Macierewicz. 15 grudnia 2016 r. w czasopiśmie „WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” ukazał się jego tekst pod tytułem Trzy kobiety mojego życia. Cytuję Macierewicza: „Przywołam tu jeszcze kilka nazwisk kluczowych dla biografii mojej i mojego pokolenia, oraz tych wszystkich, którzy podejmują dziś wysiłki na rzecz narodu polskiego. W moim życiu osobistym ważne jest także nazwisko mojego dziadka – Adama Macierewicza. Był współpracownikiem Romana Dmowskiego, współtwórcy Ligi Narodowej a potem Stronnictwa Narodowo Demokratycznego [pisownia oryginalna – red.]. […] Adam Macierewicz, jego dorobek, myśli, praca i wysiłek patronowały mojemu życiu zawsze”. Pięć dni po publikacji tego artykułu, z „Gazetą Wyborczą” skontaktował się historyk Szymon Rudnicki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wysłał do redakcji list, którego fragmenty podaję: „Dziś rano […] przeczytałem nowy życiorys Macierewicza. Okazuje się, że pradziad Antka walczył w kolejnym powstaniu, a dziad był w Lidze Narodowej. Podano jego imię. Nie pamiętam, Adam czy Antoni, ale nazwisko Macierewicz. Otóż […] w spisie członków LN nie ma żadnego Macierewicza”. Liga Narodowa (LN) to organizacja matka polskiego nacjonalizmu. Istniała w latach 1893–1928. Jednym z jej liderów był Roman Dmowski, uważany za pierwszego polskiego nacjonalistę. Nie można mu odmówić pewnych zasług w kwestii odzyskania przez Polskę niepodległości. Mimo to jego prorosyjskie poglądy i działania (w 1907 r. został posłem do rosyjskiej Dumy) były oczywiste – doprowadziły zresztą do rozłamów w Lidze. Dmowski wyznawał też antysemityzm. Z dzisiejszej perspektywy współpraca z Dmowskim byłaby więc co najmniej dyskusyjnym powodem do chwały (jeśli wręcz nie do potępienia). Inaczej jednak mogą myśleć dzisiejsi młodzi nacjonaliści i neofaszyści z Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR), Młodzieży Wszechpolskiej (MW) czy Narodowego Odrodzenia Polski (NOP). Wielu z nich bezrefleksyjnie czci Dmowskiego. Opowiadając o dziadku Adamie, Antoni Macierewicz wysyła oczywisty komunikat do narodowców. Można go streścić tak: „Szukacie przywódcy? Ja się nadaję, nacjonalizm mam w genach”. Oczywiście, to nie pierwszy taki sygnał. Macierewicz zaleca się do narodowców od 40 lat. Tyle że przed 2016 r. na scenę polityczną nie wprowadzał z fanfarami swego świętej pamięci dziadka.

Profesor Szymon Rudnicki to jeden z największych autorytetów w dziedzinie historii polskiego nacjonalizmu i Ligi Narodowej. Napisałem do niego, prosząc o więcej informacji. Odpisał tak: „Posyłam […] dwa spisy członków LN. Jeden jest […] raczej pełny. Drugi spis, odnoszący się do grupy lwowskiej, zamieściłem w swoim artykule o jej protokołach. Jestem jedynym historykiem, które je miał w ręku (zrobiłem kopię). O ile mam dobre informacje, oryginał potem został wywieziony z Polski […]”. Spisy członków Ligi Narodowej, które otrzymałem od profesora, uporządkowane są alfabetycznie. Teoretycznie powinienem więc szukać tylko pod literą „M” – zwłaszcza że pierwszy ze spisów jest bardzo obszerny. Niemniej przeczytałem je w całości po kilka razy. Za sprawą błędu redaktorskiego lub zecerskiego Adam Macierewicz mógł przecież trafić do spisów jako „Adam Nacierewicz” czy „Adam Wacierewicz”… Ale żadnego Nacierewicza ani Wacierewicza nie znalazłem. Nie znalazłem też żadnego Macierewicza. Wliczając formy oboczne tego nazwiska, takie jak „Maciarewicz”, „Maciurewicz” czy „Maciorewicz”, na które również nie natrafiłem. Był jeden Majorowicz, ale Feliks. Był też jeden Maciejewicz, ale Stanisław, i to ksiądz.

SZALEŃSTWO I METODY

Zderzając się z tak rozbieżnymi wersjami, łatwo zwątpić we wszystko. Nie tylko w rodowód Antoniego Macierewicza, lecz także w jego tożsamość. Można by zacząć dociekać, czy dziadek Adam naprawdę istniał… Przestrzegam jednak przed takimi uproszczeniami. Adam Macierewicz żył, działał, robił interesy, mieszkał w Warszawie, wcześniej zaś w Lublinie, gdzie w 1923 r. założył Towarzystwo Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej15. Jego istnienie można potwierdzić w licznych źródłach, np. w oficjalnym przedwojennym wykazie mierniczych przysięgłych, który dostępny jest w internecie16. Natomiast co do rzekomych związków dziadka z Romanem Dmowskim, pierwotnym źródłem informacji na ich temat jest Antoni Macierewicz i jego rodzina.

Powinniśmy więc starannie oddzielać to, co niepotwierdzone i niewiarygodne, od tego, co da się potwierdzić. Musimy pamiętać, że nawet ktoś, kto kłamie często, nie kłamie zawsze. Kłamstwo zaś kłamstwu nierówne, a w szaleństwie różne bywają metody. Politycy często mijają się z prawdą po to, żeby lepiej się zaprezentować wyborcom lub innym politykom (w tym wypadku byliby to młodzi działacze ONR-u i ich zwolennicy). Za takim kamuflażem zwykle kryją się wstydliwe tajemnice, ale niekoniecznie zdrada lub wroga infiltracja. Polityk może się obawiać, że ktoś mu wytknie niekonsekwencję, niesprawiedliwość lub podejrzane powiązania – przy czym „podejrzane” nie zawsze znaczy „agenturalne”.

Nie wolno o tym zapomnieć przy badaniu licznych i niepokojących niejasności, które dotyczą Antoniego Macierewicza. Niektóre z nich mogą wynikać z banalnych prób upiększania własnego wizerunku politycznego (lub tuszowania spraw nieładnych, jednak nie hańbiących). Niektóre mogą być efektem upływu czasu. Z biegiem lat pamięć przeszłych zdarzeń się zaciera. Różni ludzie różnie pamiętają wydarzenia, co nie znaczy, że ktoś z nich kłamie. Dlatego przejrzyjmy teraz anomalie, w które obfituje życiorys Antoniego Macierewicza. Przejrzyjmy i przesiejmy. Oddzielmy te nieprawdy i niejasności, które można jakoś racjonalnie wytłumaczyć, od tych, które wytłumaczyć jest trudniej. Ustalmy, jak się to wszystko zaczęło – czyli kiedy pojawił się osobliwy parasol ochronny nad Macierewiczem. Wśród dziwnych zdarzeń w jego życiu wyszukajmy niewątpliwe oznaki tego parasola.

PIERWSZA PRZEMIANA

Antoni Macierewicz urodził się 3 sierpnia 1948 r. jako dziecko dwojga naukowców – chemika Zdzisława Macierewicza i biolożki Marii Strączyńskiej-Macierewicz. Oboje mieszkali wówczas w Gmachu Chemii Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy Wawelskiej 17 (dziś Pasteura 1), gdzie docent Zdzisław Macierewicz miał swoją pracownię. 11 listopada 1949 r. – gdy mały Antoni liczył sobie 15 miesięcy i jeden tydzień – w tej właśnie pracowni docent Macierewicz zginął tajemniczą śmiercią. Do tragedii, którą dokładnie opiszę w dalszej części książki, doszło za sprawą Urzędu Bezpieczeństwa (UB, cywilnych służb specjalnych stalinowskiej Polski zastąpionych po 1956 r. przez Służbę Bezpieczeństwa, SB). Owdowiała Maria Macierewicz i osierocone dzieci w lutym 1952 r. otrzymały mieszkanie komunalne przy ulicy Ogrodowej. Rodzina przeniosła się tam z prowizorycznych pomieszczeń, które zajmowała w Gmachu Chemii.

Sześć lat później dziesięcioletni Antek trafił do domu dziecka prowadzonego przez Towarzystwo Salezjańskie w kaszubskiej Rumi pod Trójmiastem. Świadczą o tym nie tylko dokumenty i wspomnienia członków rodziny. Dotarłem również do świadectwa osoby, która pod koniec lat 50. mieszkała nieopodal zakładu i pamięta stamtąd małego Antoniego. Jednak przy okazji tego pobytu pojawiają się pierwsze niejasności. Według zachowanej listy wychowanków 10-letni Antek miał trafić do domu dziecka we wrześniu 1958 r. i pozostać tam do 1960 r.17. Jedno ze źródeł waha się co do daty zamieszkania chłopca w zakładzie. Nie wyklucza, że trafił on do Rumi w znacznie młodszym wieku, nawet cztery lata wcześniej. Jednak inne źródła nie wspominają o takiej wątpliwości. Zakładamy więc, że data zapisana w liście wychowanków jest prawdziwa.

Kolejna niejasność: dlaczego Maria Macierewicz wysłała Antoniego do domu dziecka? Podobnie jak jego starszego brata Wojciecha, który trafił do Rumi wcześniej, w roku 1957? Rodzina Macierewiczów dysponowała wtedy mieszkaniem przy Ogrodowej. Rodzina była czteroosobowa: Maria, jej troje dzieci, czyli Barbara, Wojciech i Antoni. Do tej czwórki dołączyła ciotka Marii, Jadwiga Winczakiewiczowa. Pięć osób w jednym komunalnym mieszkaniu mogło odczuwać rozmaite niedogodności. Ale nawet dzisiaj takie zagęszczenie nie tłumaczyłoby decyzji matki o wysłaniu synów do domu dziecka. A przecież w zrujnowanej Warszawie lat 50. lokali mieszkalnych rozpaczliwie brakowało i bardziej tolerowano ciasnotę. Janusz Kijowski wspomina, że mieszkanie przy Ogrodowej, choć bez luksusów, mogło być nawet trzypokojowe. Warszawiacy marzyli wówczas o takim metrażu. Krewni wyjaśniają surowe postępowanie Marii niesfornym charakterem dorastających synów. W 1949 r., po śmierci męża, matka została sama z trójką dzieci. Według wielu źródeł starsza siostra Barbara robiła, co mogła, żeby pomóc w wychowywaniu chłopców. Chwali ją za to sam Macierewicz w artykule Trzy kobiety mojego życia. Zapewne jakoś też pomagała ciotka babka Winczakiewiczowa, gdy zamieszkała z Macierewiczami.

Tymczasem Barbara osiąga wiek akademicki – w 1957 r. kończy 19 lat. Od dziecka chce zostać chemiczką, tak jak ojciec. Teraz wreszcie może pójść w jego ślady. Czekają ją wymagające studia. Zapewne nie może już dłużej niańczyć braci. Oni zaś wkraczają w wiek nieposłuszeństwa, nie chcą uchodzić za maminsynków i braciszków starszej siostry. Prawdopodobnie więc Maria stwierdza: czas na męskie wychowanie. To tłumaczyłoby, dlaczego wysyła chłopców do Rumi, gdzie dom dziecka prowadzą księża salezjanie. Dodatkowy argument na rzecz takiego rozwiązania: rodzina jest katolicka i prawicowa. Nieżyjący ojciec, Zdzisław Macierewicz, był endekiem, przedwojennym narodowcem.

Tak to można tłumaczyć. Jednak wciąż trudno nam zrozumieć kogoś, kto po stracie męża pozbywa się synów. Tym bardziej że znajomi zapamiętali Marię jako osobę szczególnie ciepłą i rodzinną. Co więcej, zakład salezjanów w Rumi mieści się 400 km od Warszawy. Zatem matka ma znikome możliwości kontroli nad tym, co się dzieje z synami. Powinna zaś się przejmować: w 1953 r. w zakładzie doszło do molestowania chłopców przez jednego z kleryków. W tym samym czasie trzech wychowanków domu dziecka zginęło z powodu niedostatecznego nadzoru (wymknęli się ze szkoły i poszli na pobliskie wzgórze pobawić się niewypałami)18. W 1960 r. zakład zamknięto.

Przejdźmy do następnej zagadki. Wychowankowie salezjanów codziennie się modlili i uczestniczyli we mszy. Sam Macierewicz tak wspomina księży wychowawców: „Wzięli nas w garść, nauczyli modlitwy”19. Jednak czy faktycznie nauczyli? W 2018 r. reporter śledczy Radosław Gruca dotarł do współwięźniów, którzy przebywali razem z Macierewiczem w ośrodkach internowania. Jeden z nich, rzeszowski opozycjonista Janusz Szkutnik, znał Antoniego Macierewicza z ośrodka w Załężu20. Utrzymywał też bliskie kontakty z innym internowanym, nieżyjącym już Waldemarem Mikołowiczem. Mikołowicz zaprzyjaźnił się wówczas z Macierewiczem. Siedział z nim w dwóch ośrodkach: nie tylko w Załężu, lecz także w Nowym Łupkowie21. Później opowiadał Szkutnikowi, że Macierewicz nie znał katolickich „pacierzy”, których miał się nauczyć dopiero podczas internowania (właśnie od Mikołowicza). Brzmi to niezwykle, ale inni współwięźniowie potwierdzili Grucy, że też o tym słyszeli. Na uwagę zasługuje jeszcze jeden fakt: Antoni Macierewicz ochrzcił swoją córkę Aleksandrę, dopiero gdy miała 6 lat. Stało się to w ośrodku internowania, w Nowym Łupkowie, 26 września 1982 r. Wzbudziło to wówczas konsternację wśród współwięźniów. W PRL, tak jak w dzisiejszej Polsce, katolickie dzieci chrzczono krótko po narodzinach. Robili to nawet członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), czyli komunistycznej partii rządzącej, w której obowiązywał ateizm. Komuniści chrzcili potomstwo po cichu, ale równie prędko jak prawowierni katolicy. Najwyraźniej Antoni Macierewicz, mimo deklarowanego katolicyzmu, trzymał się z dala od elementarnych dla tego wyznania praktyk religijnych. Dlaczego? Co mogło wywołać taki dystans? Co sprawiło, że wychowanek salezjanów wymazał z pamięci podstawowe katolickie modlitwy? Być może chodzi o odrazę i wyparcie. Jeżeli pobyt w zakładzie był dla kilkunastoletniego chłopca trudny i bolesny, jeżeli spotkało go tam coś strasznego – młody Macierewicz mógł unikać katolickich obrzędów. Mógł nawet wymazać ze swej pamięci tekst i rytuał modlitw. Rzecz jasna, pozostajemy tu w sferze hipotez. Przyjrzyjmy się jednak atmosferze, jaka panowała w salezjańskim zakładzie. Utarło się, że Kościół katolicki zawsze praktykował antykomunizm, ale prawda była daleko bardziej skomplikowana. Księża z Rumi znajdowali się w trudnym położeniu. Komunistyczne władze chciały doprowadzić do zamknięcia zakładu. Mobilizowało to salezjanów do usilnej walki o zachowanie placówki. Ksiądz Jarosław Wąsowicz, który opiekuje się archiwum zakładu, przypisuje im postawę „lisa”. Znaczy to, że przyświecała im zasada „przystosuj się, a przetrwasz”. Uczynili więc ze swej placówki miejsce indoktrynacji nie tylko katolickiej, lecz także… komunistycznej. Założyli w niej oddział Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR). Podejmowali też wiele innych działań, których opis brzmi dzisiaj szokująco.

Ksiądz Wąsowicz – skądinąd człowiek ideowo bliski Macierewiczowi, duszpasterz ultraprawicowych kibiców piłkarskich22 – opowiada obszernie o uwikłaniu salezjanów z Rumi: „Personel salezjański w swej pracy nie tylko dbał o utrzymanie w porządku spraw gospodarczych placówek, spraw bytowych wychowanków, lecz także starał się dokumentować wychowanie młodzieży w myśl ideałów Polski Ludowej, co wymagało eksponowania postaw politycznych opartych na wzorach wyniesionych z doświadczeń sowieckich. W «Kronice Zakładowej» i «Księdze Protokołów Rady Pedagogicznej Domu Dziecka» w Rumi znajdujemy wiele notatek, które dokumentują udział salezjańskich wychowanków w ideologicznych imprezach, takich jak czyny i pochody pierwszomajowe: «Na dzień święta pracy postanowiono przygotować się w następujący sposób: a) wykonać czyny pierwszomajowe […] b) przygotować na ten dzień świetlicę przez ozdobienie […] c) w sam dzień 1 maja: rzucić myśl chłopcom i dopilnować, by urządzili masówkę w celu zaznajomienia się z przodownikami pracy, dopilnować, by wychowankowie wysłuchali audycji radiowych z obchodów pierwszomajowych, rozdać nagrody chłopcom najpilniejszym». Przeprowadzano prace społeczne, masówki popierające Kongres Pokojowy w Warszawie, prace przy organizacji wyborów: «Piękny był wkład w kampanię wyborczą. Prócz akcji propagandowej (prasa, radio itp.) służono pomocą Gminnej Radzie Narodowej, dekorowano lokale wyborcze, a także uświadamiano społeczeństwo drogą ulotek i afiszów […]. O wyborach wszyscy zostali uświadomieni przez słówka, instrukcje, ogłoszenia i audycje radiowe. Dzień wyborów 5 XI (1952) naznaczał się głębokim zrozumieniem obowiązku obywatelskiego i praw naszej konstytucji. Każdy świadomy obywatel zdaje sobie dokładnie sprawę z tych wyborów. Do urn wyborczych udadzą się razem wychowawcy i wychowankowie między godz. 9.00 a 10.00 rano»23”. Czytelnikom, którzy nie pamiętają czasów komunizmu, pozwolę sobie przypomnieć, że wybory w PRL były rytualnym wyrazem poparcia dla reżimu. Wyborcy mogli zagłosować tylko na koalicję utworzoną przez komunistyczną PZPR. Ks. Wąsowicz pisze dalej: „Wychowankowie przygotowywali w zakładzie stosowne gazetki i programy artystyczne: «Dwie gazetki: pt. Wolna Warszawa i Wykonanie planu sześcioletniego [totalitarnego planu ekonomicznego zakładającego m.in. całkowite przejęcie kontroli nad gospodarką przez komunistów – wszystkie informacje w nawiasach kwadratowych, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autora.] wykonano nadzwyczajnie – wykonywali je wychowankowie […]. Wieczór świetlicowy odbył się w radosnym nastroju. Słowo wstępne wygłosił ks. radca, wskazując na obowiązek radosnego i ochotnego brania udziału wszystkich obywateli w pracach społecznych […]. Dalszy program stanowił referat jednego z wychowanków, śpiewy o treści narodowej i robotniczej, deklamacje zachęcające do wyścigu w pracy nad odbudową kraju oraz humorystyczne felietony». Pamiętano o przyjaźni polsko-sowieckiej: «Z okazji miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej zrobiono dla szkoły kilka gazetek, napis na sali własnej, chłopcy byli na filmach radzieckich, brali udział w obchodach urządzonych przez szkołę. Zaplanowano także w świetlicy kącik o ZSRR […]. Z okazji miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej postanowiono urządzić masówkę czy akademię oraz dać szereg audycji radiowych na ten temat, łącząc się duchem z naszymi sąsiadami ze wschodu poprzez prasę, książki i filmy»”24.

A co na ten temat ma do powiedzenia nasz bohater? „Te dwa lata wspominam jako jeden z najlepszych okresów mojego życia” – tak mówi dziś Antoni Macierewicz25. Czy to też jakaś forma wyparcia? Jeśli nie, jeśli młody Macierewicz naprawdę dobrze się czuł u salezjanów, to co mu się u nich podobało? Katolicyzm czy komunizm? Może nie musiał później wypierać modlitw, bo wcale się ich tam nie uczył? Może je bojkotował, machając czerwoną chorągiewką? W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że po 1956 r. skończył się stalinizm, wskutek czego zmalał nacisk władz na Kościoły. Można by więc przypuścić, że pod koniec lat 50. ubiegłego stulecia księża darowali sobie komunistyczną indoktrynację wychowanków. Jednak lata 1958–1960, gdy w zakładzie przebywał Macierewicz, dla salezjanów musiały być okresem najgorszej presji. Ostatecznie ważyły się wówczas losy domu dziecka. Należy więc podejrzewać, że księża z Rumi jeszcze usilniej próbowali przekonać do siebie władze. Chociaż mogło się to odbywać inaczej niż kilka lat wcześniej – w sposób bardziej stonowany, który mniej kłóciłby się z wizerunkiem katolickiego zakładu wychowawczego, albowiem razem ze stalinizmem skończył się czas nieustannej ostentacji. Nowe władze wolały mniej krzykliwe formy współpracy i mniej widoczne formy kontroli nad człowiekiem. Chłopcy zapewne już nie musieli rozlepiać PZPR-owskich plakatów na ulicach z „robotniczymi” pieśniami na ustach. Jeśli księża wciąż wpajali miłość do komunistycznego państwa, to prawdopodobnie uczyli też dyskretniejszego okazywania tej miłości. Nie poprzez machanie czerwoną chorągiewką, tylko poprzez współdziałanie z przedstawicielami tego państwa. Jedno zaś jest pewne. Gdyby, hipotetycznie, młody Antoni chciał kontestować katolickie wychowanie w duchu oficjalnego komunistycznego ateizmu, salezjanie obawialiby się go powstrzymywać lub karać. Wychowanek mógłby się przecież odwołać do władz. Skarga chłopca na „księży prześladujących młodego ateistę” stanowiłaby gwóźdź do trumny domu dziecka.

Te przypuszczenia wiodą do kolejnego pytania. Czy nastoletni Macierewicz w katolickim zakładzie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej?

Gdyby tak było, tłumaczyłoby to kolejny intrygujący fakt z wczesnej młodości. Otóż dwa lata po opuszczeniu salezjanów Antoni Macierewicz trafia do Liceum im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Warszawie. Później jednak z niego odchodzi. Dlaczego? Za sprawą słabych ocen oraz konfliktu z nauczycielką rosyjskiego Mirosławą Kurlandską – mówią koledzy Macierewicza z liceum. Po latach na portalu Nasza-Klasa będą wspominać, że młody Antoni Macierewicz chciał objąć funkcję przewodniczącego szkolnego oddziału Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Profesor Kurlandska miała go hamować: jej zdaniem uczeń zbyt słabo znał rosyjski, by mógł pełnić taką funkcję26. W 2018 r. wspomnienia te zaczęły się cieszyć coraz większym zainteresowaniem w internecie. Zaraz potem jednak – jak stwierdził Radosław Gruca – zniknęły one z Naszej-Klasy. Nie byłby to jedyny przypadek, w którym informacje niewygodne dla Macierewicza tajemniczo wyparowały z sieci (w dalszej części tej książki opiszę podobny).

Zwolennicy Antoniego Macierewicza inaczej tłumaczą jego odejście z liceum. Twierdzą, że wyrzucono go z tej szkoły za publiczne wyrażenie poparcia dla polskich biskupów katolickich, którzy pod koniec 1965 r. wystąpili z pojednawczym orędziem wobec biskupów niemieckich. Wzywali w nim do wzajemnego polsko-niemieckiego odpuszczenia win i grzechów z czasów drugiej wojny światowej. Padły słynne słowa: „Udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Wywołało to wściekłość komunistów (ówcześni władcy Polski za jednego ze swoich głównych wrogów traktowali Republikę Federalną Niemiec). O szkolnym sprzeciwie Macierewicza wobec komunistycznej nagonki na biskupów pisze Justyna Błażejowska, zarówno w internecie (na portalu Niezależna związanym z popierającą Macierewicza „Gazetą Polską”27), jak również we wspomnianej księdze pamiątkowej. Czytamy w niej, że Macierewicz jako przewodniczący samorządu uczniowskiego dostał polecenie, aby na szkolnym wiecu czy też akademii „skrytykować «Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich»”. Nie wywiązał się jednak z tego zadania: „Wystąpił, ale z przemówieniem «w formie gloryfikacji polityki Watykanu wobec Polski, począwszy od Zjazdu Gnieźnieńskiego»”28. To kolejna niepotwierdzona informacja – niepotwierdzona lub groteskowo wyolbrzymiona. Koledzy szkolni Macierewicza nie przypominają sobie, żeby wygłosił on wówczas jakieś przemówienie o biskupach i Watykanie. Jedna z koleżanek pamięta natomiast, że w tamtym okresie Antoni pokłócił się z nauczycielką na lekcji polskiego. Miał jej zarzucić nadmierną krytykę Kościoła katolickiego, czym wywołał podziw koleżanki29. Być może ten incydent stał się „wystąpieniem” bądź „przemówieniem” w ustach kogoś, kto opowiadał o nim po wielu latach? Sprawdźmy więc, czyja to mogła być opowieść. Błażejowska jako źródło podaje swą własną książkę30. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby książka opierała się na niezależnych świadectwach. Kto jednak opowiada w niej o szkolnym przemówieniu Macierewicza i jego „gloryfikacji polityki Watykanu”? Sam Macierewicz. Co więcej, na drugiej stronie karty tytułowej czytamy, że książkę wydano w 2016 r. za pieniądze Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ) to państwowy koncern przemysłowy, w 2016 r. nadzorowany przez… ministra obrony Antoniego Macierewicza. Zatem źródłem Błażejowskiej jest Błażejowska cytująca Macierewicza za pieniądze Macierewicza.

Z niezależnych źródeł wiemy, że Antoni Macierewicz w tamtych latach wyznawał poglądy ekstremalnie lewicowe, okazywał też antyklerykalizm. Janusz Kijowski, z którym wielokrotnie rozmawiałem, wspomina to tak: „Macierewicza poznałem 1 października 1966 r., kiedy rozpocząłem studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Byliśmy w jednej grupie. To nas zbliżyło. A żeby było śmieszniej, jak relegowano Adama Michnika z uniwersytetu i on po roku wrócił na drugi rok, to trafił do jednej grupy ze mną, Macierewiczem, Wiesiem Władyką [późniejszy wybitny dziennikarz, komentator tygodnika „Polityka”] i Hanią Zaremską [później wybitną mediewistka]. Toczyły się dyskusje na ostro. Pasją Antoniego była Ameryka Południowa i tamtejsza partyzantka miejska. Potem pisał o tym pracę u profesora Tadeusza Łepkowskiego [znawca Ameryki Łacińskiej i problemów Trzeciego Świata, antykomunistyczny lewicowiec, krytyk neokolonialnej globalizacji]. Nad łóżkiem Macierewicza wisiała flaga kubańska z podobizną Ernesta Che Guevary [Argentyńczyk, który był jednym z przywódców rewolucji kubańskiej, następnie zginął jako komunistyczny dowódca partyzancki w Boliwii; wspominana jest jego ideowość, ale istnieją też świadectwa popełnionych przez niego zbrodni terrorystycznych i wojennych; informację o fladze z Che Guevarą u Macierewicza potwierdzają liczne źródła, m.in. Tomasz Wołek]. Byliśmy blisko dzięki temu, że z nim i Hanią Zaremską (późniejszą partnerką profesora Geremka) uczyliśmy się we trójkę do egzaminów. On próbował się zbliżyć do Hani Zaremskiej. Spotykaliśmy się głównie u Antka na Ogrodowej. Antek miał wspaniałą mamę, która robiła nam kanapki i herbatę. Przemiła, skromna osoba o dużej wiedzy. U nich w domu było mnóstwo książek. Bardzo ją lubiłem. My wkuwaliśmy, ona robiła kanapki. Wiosną 1967 r. nasza trójka uczyła się do egzaminu. Spaliśmy pokotem na jakichś materacach. Zastał nas niedzielny poranek. Mówię, że idę do kościoła. Hania Zaremska w śmiech. Antek chichrał się w niebogłosy, że ja taki zacofany, do kościółka idę! A teraz widzę, jak klepie pacierze u Rydzyka”.

Czy to znaczy, że Macierewicz kłamie w sprawie swego rzekomego poparcia dla biskupów? Czy musiał ich zwalczać w każdej sprawie ze względu na swój lewicowy antyklerykalizm? Niekoniecznie. W latach 1965–1966 orędzie polskich biskupów zyskało poparcie wielu osób o poglądach zupełnie niekatolickich, a liczni katoliccy narodowcy z trudem je przełknęli. Oczywiście, stanowisko biskupów najbardziej rozwścieczyło komunistów. Ich reżim straszył przecież Polaków hitlerowskimi „odwetowcami” z Niemiec Zachodnich i coraz częściej odwoływał się do polsko-słowiańskich sentymentów etnicznych (w partii komunistycznej rosła w siłę antysemicka frakcja generała Mieczysława Moczara). Jednak zbuntowani lewicowcy, jak opozycjonista Jacek Kuroń, popierali orędzie biskupów. Nic dziwnego: ogólnoludzka, ponadnarodowa solidarność to ideowy fundament nie tylko chrześcijaństwa, lecz także lewicy. Młody i lewicowy Antoni Macierewicz mógł w jakiejś mierze (np. na lekcji polskiego) poprzeć orędzie biskupów z tych samych powodów co przykładowo Kuroń. Pytanie na marginesie: czy dzisiaj Macierewicz poparłby tak „proniemiecki” manifest?

Co ciekawe, ówczesna przyjaciółka Macierewicza podaje, że w rozmowach z jej matką, starszą osobą, wychwalał on Kościół katolicki. Można zatem pomyśleć, że pobudki jego ideowych wyborów były znacznie prostsze, niż przypuszczamy. Czyżby Antoni bronił biskupów wtedy, gdy taka obrona mogła mu zjednać podziw atrakcyjnych koleżanek lub życzliwość ich matek? Czy wyśmiewał praktyki religijne Janusza Kijowskiego tylko dlatego, że inna atrakcyjna koleżanka zaczęła się z nich śmiać? Jednak taka wizja młodego Macierewicza – wizja cynicznego Don Giovanniego, który najpierw uwodzi, a potem ma przekonania – nie zgadza się ze wszystkimi dostępnymi nam świadectwami. Znajomi mówią, że Antoni Macierewicz faktycznie bywał kochliwy. W różnych okresach życia miewał liczne krótkie romanse. Jednak od wczesnej młodości na pierwszym miejscu stawiał jedną pasję – politykę.

Zakładamy więc, że młody Antoni Macierewicz na poważnie szarpał się między swym katolickim wychowaniem a lewicowym antyklerykalnym buntem. Rozterka ta prawdopodobnie wynikała z jego doświadczeń u księży salezjanów. One zapewne też tłumaczą, dlaczego wstąpił lub chciał wstąpić do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

HARCERSTWO SZCZEGÓLNEGO RYZYKA

Macierewicz zaprzecza, jakoby kiedykolwiek był członkiem TPPR. Chwali się za to, że podczas pobytu u salezjanów wstąpił do harcerstwa: „Przez dwa lata byłem wychowankiem salezjanów w Rumi pod Gdynią. Właśnie tam w jedenastym roku życia wstąpiłem do drużyny. Krzyż harcerski otrzymałem na obozie w Wildze. Księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili do harcerstwa, w związku z tym pełniliśmy nocne warty wyposażeni w wiatrówki”31.

Wieloletnia działalność Antoniego Macierewicza w harcerstwie bywa obiektem żartów. Tymczasem wypadałoby zająć się nią na poważnie. Co mówi o niej sam zainteresowany? W znanej nam już książce Harcerską drogą do niepodległości Justyna Błażejowska zamieściła obszerne wspomnienia Macierewicza o tzw. „Czarnej Jedynce”. Chodzi o 1 Warszawską Drużynę Harcerzy (1 WDH), z którą Macierewicz związał się w drugiej połowie lat 60. Przy tej drużynie od 1969 r. działała tak zwana Gromada Włóczęgów – krąg starszych harcerzy przygotowujących się do roli instruktorów. Krąg ten pełnił również funkcję klubu dyskusyjnego. Inicjatorami i członkami Gromady Włóczęgów były osoby bliskie wówczas Macierewiczowi – Janusz Kijowski, Andrzej Celiński, Wojciech Onyszkiewicz oraz Piotr Naimski, z którym Macierewicz zaprzyjaźnił się wtedy na dobre i na złe. Wspomnienia Antoniego Macierewicza o „Czarnej Jedynce” są więcej niż interesujące. Macierewicz opowiada, że zaczął współpracować z drużyną w 1966 r. i od razu wykorzystał ją do czegoś w rodzaju… śledztwa. Chodziło o odszukanie antykomunistycznego partyzanta o pseudonimie „Janeczek”, który od lat 40. ukrywał się na Białostocczyźnie. Macierewicz chwali się Błażejowskiej, że odnalazł wtedy kogoś takiego. Nie mówi, jakie były dalsze losy odnalezionego32. Przedstawia za to program szkoleniowy zastosowany przez niego wobec młodszych harcerzy, którymi się opiekował (w 1966 r. miał 18 lat). Bez ogródek przyznaje, że jego harcerscy podopieczni musieli wykonywać zadania o charakterze wywiadowczym. Cytuję: „…młody człowiek musiał wykazać się umiejętnością radzenia sobie w skrajnych sytuacjach: bez pieniędzy, bez dokumentów, rzucony trzysta kilometrów od miejsca zamieszkania. Równocześnie jego podstawowym zadaniem było […] uzyskanie jakichś informacji na temat mniejszości narodowych. Albo miał przejść przez granicę ze Słowacją [strzeżoną wówczas przez uzbrojonych żołnierzy!] i przeprowadzić na słowackim terenie wywiad środowiskowy. Czy też rozpoznać kształt społeczny miejscowości na Dolnym Śląsku i zorientować się, z jakich środowisk, grup, regionów i po jakich doświadczeniach ludzie tam przyjechali i w jaki sposób ułożyli tam po wojnie swoje życie”33. Jeden z jego ówczesnych podopiecznych, Paweł Barański, powiedział mi, że niektóre zadania zlecane harcerzom przez druha Macierewicza miały charakter miejski i szczególnie osobliwy. Można je wręcz określić mianem „operacji”. Oto przykład: w większych polskich miastach co jakiś czas odbywał się wtedy przegląd filmowy „Konfrontacje”. Pokazywano na nim te zachodnie filmy, których komuniści nie dopuszczali do szerokiej dystrybucji. Aby zdobyć upragnione bilety, widzowie stali w całodobowych (dosłownie) kolejkach. Jak mówi Barański, Macierewicz kazał swoim uczniom „opanowywać” te kolejki i przejmować bilety.

Z trzech niezależnych od siebie źródeł wynika, że warszawscy harcerze dysponowali jachtem. Żeglowali nim po Mazurach (później również po morzu). Musiał być całkiem sporych rozmiarów, skoro w warunkach śródlądowych zabierał na pokład nawet 10 osób. Dwa źródła mówią o niezwykłej interwencji związanej z działalnością Antoniego Macierewicza na jachcie. Otóż pewnego razu druh Macierewicz popłynął w rejs z grupą młodzieży – zaraz potem jednak zebrało się w Warszawie harcerskie dowództwo, które w pośpiechu wysłało kogoś na łódź. Wysłannik miał poprosić Antoniego Macierewicza o zejście na ląd, aby odebrać mu nadzór nad jachtem i jego młodą załogą. Chodziło o natychmiastowe odsunięcie Macierewicza od pracy z młodszymi harcerzami. Uzyskałem tę informację z dwóch źródeł. Jednym z nich jest Paweł Barański, który wyklucza, żeby interwencja dowództwa miała powody natury obyczajowej. Nie zna jednak jej przyczyn. Drugi z informatorów, wieloletni funkcjonariusz służb specjalnych, który interesował się Antonim Macierewiczem, wie, jak się wydaje, nieco więcej. „Zabrali go od młodzieży za trockizm czy coś takiego” – mówi dzisiaj. Trockizm to szczególnie radykalna odmiana komunizmu potępiana przez Sowietów. Jej twórcą był Lew Trocki, towarzysz Lenina i dowódca Armii Czerwonej, w latach 20. wyklęty i wygnany ze Związku Sowieckiego przez Stalina. Trocki uważał, że najpierw należy opanować cały świat, dopiero potem można wprowadzać komunizm. O ile wiem, Macierewicz nigdy nie wyznawał trockizmu. Jednak w latach 60. i 70. ortodoksyjni komuniści często określali tak wszystkich „lewaków” bardziej lewicowych niż Sowieci. Szczególnie tych, którzy chcieli wzniecać na świecie rewolucje bez udziału Związku Sowieckiego. Macierewicz zaś gorąco sympatyzował z takimi „lewakami”. Przede wszystkim z Tupamaros, komunistyczną partyzantką miejską z Urugwaju (którą zresztą popierali niektórzy z tamtejszych trockistów). Zatem w wypadku odwołania druha Macierewicza z łódki musiało chodzić o coś związanego bardziej z latynoskimi lewakami niż z Lwem Trockim. Najpewniej właśnie o Tupamaros. Tak się składa, że fascynacja Tupamaros to jedyny element lewicowej przeszłości, którego Antoni Macierewicz do dzisiaj się nie wyparł. Wszystkim innym jej elementom obecnie zaprzecza. Wbrew licznym świadectwom twierdzi, że nigdy nie wielbił Che Guevary i ultralewicowych partyzantów z Peru. Upiera się, że informacje o tym uwielbieniu to złośliwa plotka rozsiewana przez Adama Michnika. Przyznaje jednak, że interesował się Tupamaros. Ale tylko ich metodami walki, nie ideologią – zastrzega.

Nie do końca to uspokaja, jeśli weźmie się pod uwagę, że mimo szczytnych celów organizacja Tupamaros uprawiała terroryzm. Dodatkowej pikanterii dodaje tej sprawie pewien historycznie potwierdzony fakt. Otóż partyzanckie i terrorystyczne grupy lewicowe w Ameryce Łacińskiej były szkolone przez komunistyczne służby. Przede wszystkim – kubańskie, ale w szkoleniach tych uczestniczył nieraz sowiecki wywiad wojskowy GRU. Zasadnie jest więc pytanie: skąd naprawdę pochodziły te strategie i taktyki, którymi zachwycał się Macierewicz? Najpierw jednak wypadałoby zapytać, jak one wyglądały. Odpowiedź brzmi: interesująco. Otóż Tupamaros, którzy działali w latach 1962–1989, prowadzili równocześnie działalność terrorystyczną i humanitarną. Porywali polityków, napadali na banki i arsenały broni, stosowali podpalenia, a zarazem rozdzielali żywność i pieniądze wśród biednych. Być może ten ostatni aspekt ich działalności podsunął Antoniemu Macierewiczowi trafny pomysł w roku 1976. Uczestnicy czerwcowych buntów robotniczych w Ursusie i Radomiu byli wówczas prześladowani przez komunistyczną władzę. Opozycja zastanawiała się, jak wyrazić swe oburzenie. Macierewicz zaproponował, żeby zrobiła coś więcej i zorganizowała pomoc finansowo-prawną dla ofiar. Ten pomysł przyczynił się decydująco do powstania Komitetu Obrony Robotników.

Czy to znaczy, że Antoni Macierewicz na jachcie wykładał harcerzom podstawy dobroczynności? Za to raczej nie zdjęto by go z łodzi, i to w takim pośpiechu. Macierewicz mógł więc uczyć skautów czegoś groźniejszego. Z drugiej strony raczej nie wdrażał ich do walki zbrojnej. Coś na ten temat może powiedzieć Bronisław Komorowski, późniejszy prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. Kontaktował się on z Macierewiczem w latach 70. Z lat 1971–1972 pamięta dobrze jego fascynację Tupamaros. We wspomnieniach Komorowskiego Antoni Macierewicz – jak się zdawało – kładł nacisk raczej na metody walki urugwajskich partyzantów, nie na ideologię. Nie było to jednak do końca jasne. Najciekawsze zaś jest to, co Macierewicz zrobił, gdy jego słuchacze i potencjalni „partyzanci” zdobyli broń. Prezydent Komorowski, z którym spotkałem się w czerwcu 2018 r., opowiedział mi o tym tak: „Macierewicz nas fascynował, bo chętnie opowiadał o Tupamaros. To był jego konik, a nam to odpowiadało, bo fascynował nas radykalizm, wizje akcji bezpośredniej, czynu zbrojnego. A u mnie w domu i u wielu kolegów żywe były tradycje AK-owskie. Leżałem kiedyś w łóżku, chory na anginę. Przyszedł kolega i mówi: «Szefie, kupiliśmy pistolet!». I rzeczywiście. To był mały, damski browning, odkupiony od jakiegoś złodzieja. Nietypowy kaliber, więc nie mogliśmy zdobyć do niego amunicji. Ale skoro już mieliśmy broń, przystąpiliśmy do planowania akcji zbrojnej w stylu miejskiej partyzantki. Miałem zastrzelić milicjanta [członka Milicji Obywatelskiej, czyli komunistycznej policji]. Wypatrzyliśmy, że patrol regularnie pojawia się w pobliżu Cmentarza Ewangelickiego na Młynowie, u zbiegu Młynarskiej i Tatarskiej. Miałem go zastrzelić, zostawić kartkę z informacją, że to zemsta za robotników Wybrzeża [czyli za krwawo stłumiony przez komunistów protest robotniczy z grudnia 1970 r.], uciec przez cmentarz, pistolet wrzucić do dziury w grobowcu i opłotkami wrócić do domu, na Koło. Wszystko było dopracowane, ale brakowało amunicji. Wcześniej poinformowałem Macierewicza, że mamy broń i planujemy zamach. Jego reakcja po raz pierwszy spowodowała u mnie wątpliwości wobec Antoniego. Gdy się o tym dowiedział, to zerwał z nami wszelkie kontakty. Zostawił nas z tą bronią, głupim i dramatycznym pomysłem zabicia człowieka. 10 lat później, na przystanku tramwajowym – może 300 metrów od miejsca, gdzie planowaliśmy akcję – grupa takich samych szczeniaków jak my zastrzeliła sierżanta milicji Zdzisława Karosa [zabójstwa dokonało dwóch nastoletnich członków podziemnej organizacji określającej się jako Powstańcza Armia Krajowa]. Potem gnili w więzieniu, zostali zmarginalizowani w życiu osobistym, myślę, że żyli z poczuciem odpowiedzialności za straszną rzecz. Szczęśliwie uniknęliśmy tego losu, pomimo podatności na legendę czynu zbrojnego i kontaktów z Macierewiczem, który nas epatował Tupamaros. Nie wiem, czy podzielał ich lewicową ideologię. Tego nie wiem. Moim zdaniem fascynowała go raczej metoda niż ideologia. Ale nosił się trochę na Che Guevarę…”34.

Fascynowała go metoda? Czy raczej wiedział, że może zafascynować słuchających go chłopców? Pytam, ponieważ relacja Bronisława Komorowskiego pozwala postawić dwie hipotezy.

Według pierwszej Macierewicz był strachliwy i nieodpowiedzialny. Otóż młody mężczyzna rozpalił wyobraźnię chłopców opowieściami o walce zbrojnej. Kiedy jednak chłopcy zaczęli się zbroić i postanowili zgładzić pierwszego „wroga” – zapomniał o swej odpowiedzialności inspiratora i potencjalnego dowódcy. Zamiast przemówić im do rozsądku, odebrać broń, zakazać zbrodniczych działań wolał czmychnąć. Komorowski, jak się wydaje, jest tej hipotezy zwolennikiem. Według drugiej hipotezy Antoni Macierewicz nie był strachliwy ani niekonsekwentny, tylko przemyślny. Od samego początku nie chciał mieć nic wspólnego z walką zbrojną. Opowieści o niej traktował instrumentalnie, podobnie jak swoich słuchaczy. Opowiadał im o zamachach i zabójstwach dokonywanych przez Tupamaros, bo wiedział, że budzi tym zainteresowanie młodych ludzi. Posługiwał się bojową retoryką, aby podporządkować sobie grupę chłopców i zmobilizować ją do wykonywania zadań. Jednak docelowo nie miały to być zadania partyzanckie czy terrorystyczne. Macierewicz nie pragnął żadnej strzelaniny, nie chciał dowodzić uzbrojoną grupą. Jego podwładni byli przeznaczeni do innych celów. Jakich? Pole do domysłów mogłyby otworzyć zadania wywiadowczo-śledcze, które Antoni Macierewicz zlecał harcerzom z „Czarnej Jedynki”.

ZACZĘŁO SIĘ W RUMI?

Co w tym wszystkim najbardziej zdumiewa? Otóż Antoni Macierewicz opowiada o wymienionych zadaniach jak o normalnych harcerskich praktykach. Potajemne przekroczenie granicy strzeżonej przez żołnierzy z karabinami? Tajemniczy „wywiad środowiskowy na Słowacji”? Zdaniem Macierewicza to tylko element „biegów, będących w harcerstwie głównym narzędziem kształtowania młodzieży”35. Podobnie mówił 28 stycznia 2018 r. w programie Wywiad z chuliganem, wyemitowanym na antenie TV Republika: „Klasyczne biegi harcerskie […], na których się zdobywa sprawności, były u nas nakierowane na to, aby taki młody człowiek samodzielnie, bez pieniędzy, tylko pracując, dotarł do jakiejś wsi oddalonej […] o jakieś pięć dni drogi […] i poznał na przykład strukturę społeczną danej wsi, a potem nam ją zrelacjonował. To się często kończyło aresztowaniem przez milicję tego młodego człowieka i musiał sobie z tym poradzić”. Pięć dni marszu to około 200 kilometrów. Zatem wychwalany przez Macierewicza „bieg” to swoisty ultrabiathlon, w którym to nie uczestnik strzela, ale może zostać postrzelony (lub odprowadzony pod bronią do aresztu). W książce Błażejewskiej druh Macierewicz dodaje jeszcze: „Taka to była formuła i – powtarzam – do dzisiaj nie trafiłem na lepszy sposób wychowywania młodego człowieka”36. Gdzie i kiedy zrodziło się u niego takie rozumienie harcerskiego wychowania? W Rumi? Przypomnijmy: „Przez dwa lata byłem wychowankiem salezjanów w Rumi pod Gdynią. Właśnie tam w jedenastym roku życia wstąpiłem do drużyny. Krzyż harcerski otrzymałem na obozie w Wildze. Księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili do harcerstwa, w związku z tym pełniliśmy nocne warty wyposażeni w wiatrówki”37.

Jak wiemy, księża salezjanie bardzo poważnie podchodzili też do uczenia dzieci „przyjaźni polsko-radzieckiej”. Czy na obozie w Wildze pojawił się jakiś „polsko-radziecki” instruktor, który szkolił harcerzy w zakresie „wywiadów środowiskowych”? Dzisiaj brzmi to fantastycznie. Jednak jest potwierdzonym faktem, że komunistyczne służby traktowały domy dziecka jak łowisko przyszłych funkcjonariuszy i agentów. Oderwane od rodziny dzieci – spragnione bezpieczeństwa, poszukujące silnych autorytetów, wychowywane w kolektywnej społeczności – były obiecującym narybkiem. Sowiecka policja polityczna NKWD przez całe dziesięciolecia werbowała młodych ludzi w zakładach wychowawczych38. Jeśli komuniści zwracali szczególną uwagę na salezjański zakład w Rumi – a wiemy, że zwracali – mógł ich zainteresować chłopiec z katolickiej rodziny, który ma żal do księży. A gdyby jeszcze chłopiec ten wstąpił do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej… Oczywiście młody wiek salezjańskiego wychowanka – 12 lub 13 lat – czyni mniej prawdopodobnym ewentualne zainteresowanie komunistów jego osobą. Jednak tylko niewiele mniej: w każdej epoce, włącznie z naszą, nastolatkowie są wykorzystywani politycznie, nieraz w sposób bardzo brzydki. A co dopiero w roku 1958 czy 1959, gdy PRL oscylował między bezwzględnym totalitaryzmem i przewrotnym autorytaryzmem. Jeszcze kilka lat wcześniej nastolatków jawnie i masowo werbowano do organizacji takich jak osławiony Związek Młodzieży Polskiej, aby w swoim otoczeniu tropili wrogów komunizmu.

PO SZARPANINIE – KOMPROMIS

Między 1968 a 1970 r. jeden przynajmniej konflikt udaje się załagodzić – Macierewicz przestaje się szarpać między lewicowością a katolicyzmem. Wybiera kompromis, staje się lewicowym katolikiem. „Antoni często deklarował się jako katolik, choć w stylu latynoamerykańskim. Powoływał się w rozmowach ze mną na Camila Torresa i na jego książkę Stuła i karabin opublikowaną po polsku w wydawnictwie PAX” – powiedział mi Adam Michnik, odnosząc się do swojej bliskiej znajomości z Macierewiczem na początku lat 70. Kim był Camilo Torres? Katolickim księdzem i lewicowcem. Powszechnie uważano go za jednego z ojców teologii wyzwolenia (odłamu teologii katolickiej, który wywodził się z Ameryki Łacińskiej, głosił oswobodzenie człowieka z nędzy duchowo-materialnej i bywał oskarżany o zbytnie zbliżenie do marksizmu). W latach 60. Camilo Torres zaciągnął się do partyzanckiej Armii Wyzwolenia Narodowego, która walczyła o prawa kolumbijskiej biedoty przy wsparciu kubańskich komunistów. W 1966 r. duchowny zginął podczas swego pierwszego starcia zbrojnego. Stowarzyszenie PAX, które wydało książkę Torresa w Polsce, popierało komunizm, a równocześnie było organizacją katolicką (składało się głównie z byłych narodowców). Stuła i karabin w niektórych swych partiach zakrawała na manifest polityczny. Polityczne cechy, jak się zdaje, nosił również ówczesny katolicyzm Antoniego Macierewicza. Znamienne jest to, że jego katolicyzm w pierwszej połowie lat 70. zauważa inny opozycjonista, Adam Michnik. Ich ówczesna przyjaźń ma przede wszystkim wymiar polityczny. Bliżsi przyjaciele nie wspominają o „nawróceniu” Macierewicza w tamtym okresie. Janusz Kijowski odkrywa jego katolicyzm dopiero w latach 80. (i to ze sporym zdumieniem). Świadectwa zebrane przez Radosława Grucę sugerują, że Macierewicz aż do internowania w 1981 r. nie okazywał swojej religijności.

Kiedy Macierewicz podpisał ten polityczny pakt z samym sobą? Zapewne po wiośnie 1967 r., kiedy to jeszcze wyśmiewał się z religijności Kijowskiego. Co mogło spowodować tę decyzję? Otóż w latach 1967–1969 trwała w Polsce antysemicka czystka związana z emigracją tysięcy polskich Żydów (którzy wyjechali na Zachód lub do Izraela). Nie był to dobry czas. Komuniści zgnębili, oszkalowali i wygnali z kraju tysiące niewinnych ludzi. Co gorsza, spotkało się to z aprobatą dużej części polskiego społeczeństwa. Dlaczego? Dlatego, że wygnańcy wywodzili się z innej narodowości i innego wyznania – nawet jeśli ten rodowód miał charakter czysto historyczny. W większości byli niewierzący, jednak jeszcze ich ojcowie i dziadkowie modlili się w synagodze. Prapradziadkowie zaś „zamordowali Pana Jezusa” – jak wówczas wierzyli liczni katolicy. W 1968 r. Antoni Macierewicz mógł się zderzyć z tą „wiarą”. Uczestniczył w marcowym proteście studentów, brutalnie zdławionym przez policję i SB ministra Mieczysława Moczara. Komunistyczne media przedstawiały ten protest jako intrygę „syjonistów”. W ówczesnej propagandzie znaczyło to: „Żydów, którzy są obcy polskiemu ludowi”. Macierewicza aresztowano. Gdy zaś wyszedł z aresztu, mógł usłyszeć nieprzyjemne rzeczy od znajomych, sąsiadów, ludzi na ulicy. Przykładowo, że wziął udział w rozróbie „Żydków, co zabili Jezusa i chcą zabić Polskę”… Od razu zaznaczmy, że tego rodzaju przesądy nie były i nie są domeną wyłącznie „prostego ludu”, niewykształconych i biednych ludzi. Jednak często to oni wyrażają je bardziej otwarcie. Byłoby zatem naturalne, gdyby skumulowane doświadczenia lat 1967–1969 doprowadziły Macierewicza do przeświadczenia, że lud i uprzedzenia religijno-etniczne to jedno, a radykalna ateistyczna lewica się myli. Kto mówi do ludu, musi mówić językiem nacjonalizmu lub religii, bo innego lud przecież nie zrozumie! Tak mógł pomyśleć młody działacz. Tak mógł pomyśleć i stąd wybrać religię (na nacjonalizm przyszedł czas później, dopiero w następnym dziesięcioleciu).

Aresztowanie Antoniego Macierewicza w 1968 r. budzi dzisiaj zainteresowanie badaczy i mediów. Z prostej przyczyny: aresztant „sypał” podczas przesłuchań. Albo, mówiąc grzeczniej: nazbyt wylewnie rozmawiał ze śledczymi, przez co mógł obciążać kolegów. Przede wszystkim swego przyjaciela Wojciecha Onyszkiewicza, z którym przygotowywał nielegalne ulotki. Onyszkiewicz później bronił Macierewicza, dziś jednak nie zaprzecza, że przyjaciel zachował się wobec niego co najmniej nierozsądnie. Sprawa została opisana m.in. przez profesora Andrzeja Friszkego39.

Od razu powiedzmy, że w aktach tego śledztwa nie ma śladów niczego, co zasługiwałoby na miano zdrady czy podłości ze strony Antoniego Macierewicza. W dokumentach z 1968 r. nie ma też nic, co sugerowałoby, że mógł on już wcześniej uwikłać się we współpracę z komunistycznymi służbami. Wszystko wygląda i brzmi tak, jakby młody człowiek po raz pierwszy w życiu zamknięty w areszcie bardziej się zagubił, niż załamał pod presją śledczych. Ostatecznie nie stanął przed sądem. Skończyło się na tak zwanym kolegium do spraw wykroczeń [coś w rodzaju minisądu bez sędziów, w którym starannie wybrani obywatele osądzali innych obywateli]. Kolegium wymierzyło Antoniemu Macierewiczowi tysiączłotową grzywnę. Stało się tak, gdyż nie znaleziono dowodów na to, że ulotki zostały rozkolportowane. Można się zastanawiać, czy śledczy zrezygnowali z głębszego drążenia tej sprawy ze względu na miękką postawę Antoniego Macierewicza. Nie da się jednak o niczym przesądzić.

Najciekawszym elementem sprawy jest podwójne oblicze aresztanta Macierewicza. Miękki podczas przesłuchań, ostentacyjnie rozrabia w celi, łamie przepisy. Wylewa wodę z sedesu, żeby komunikować się z aresztantem, który siedział piętro niżej [Aleksandrem Smolarem, dzisiaj prezesem Fundacji Stefana Batorego]. Przez okno próbuje rozmawiać z Adamem Michnikiem, który znajduje się w innej celi. Nie wstaje podczas pobudki, ostentacyjnie lekceważy strażników. Karany jest tak zwanym „twardym łożem”, czyli pozbawieniem materaca. Czy w ten sposób rekompensuje sobie „miękkość” podczas śledztwa? Czy buduje sobie legendę twardego opozycjonisty? Może tak rozrabia, bo dzięki swym zeznaniom ma teraz jakieś „plecy”? Plecy zapewne ma obolałe od spania bez materaca.

W sprawie z 1968 r. można postawić kilka znaków zapytania. Intryguje dwoistość aresztanta, jego zdolność do odgrywania bohatera, którym nie był. Nic jednak nie wskazuje na to, że chodziło o coś gorszego niż rozchwianie.

EL COMPAÑERO MACIEREWICZ

Podkreślmy, że wybór katolicyzmu nie stanowił przemiany politycznej. W latach 60. Antoni Macierewicz, rozdarty między religijnością i antyreligijnością, w innych kwestiach prezentuje postawę lewicową. W pierwszej połowie następnego dziesięciolecia czyni to jeszcze bardziej wyraziście. Choć dzisiaj brzmi to nieprawdopodobnie, w latach 70. „katolik polityczny” Macierewicz – jak się zdaje – jeszcze bardziej przesuwa się na lewo. Świadczy o tym m.in. relacja, którą przedstawił mi wybitny opozycjonista Seweryn Blumsztajn, późniejszy redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego KOR”: „Gdy poznałem Antoniego, mógł to być 1974 lub 1975 rok. Był wtedy bardzo lewicowy. Guevarysta. Chodził na seminarium profesora Łepkowskiego, który zajmował się Ameryką Łacińską i, zdaje się, uważał, że prawdziwa rewolucja jest właśnie tam. Macierewicz pracował na iberystyce. Wtedy robił na mnie jak najlepsze wrażenie. Świetny rozmówca. Choć muszę przyznać, że traktowałem go nieco protekcjonalnie. Bo on był rewolucjonistą, a ja już znajdowałem się na innym etapie i ta cała lewacka frazeologia nie bardzo do mnie trafiała. W tym środowisku byli też Andrzej Celiński, Wojtek Onyszkiewicz, Piotrek Naimski. Antek był trochę marudny, dzielił włos na czworo. Wtedy bardzo przylepiony do Jacka [Kuronia]. To był rodzaj wzajemnej fascynacji. Bo Jacek zawsze zwracał się do kolejnego, młodszego pokolenia”.

W 1972 r. do Polski przyleciał prawicowy prezydent USA Richard Nixon. Krótko po nim podobną wizytę odbył komunistyczny dyktator Kuby Fidel Castro. Macierewicz na ulicach Warszawy protestował przeciw przyjazdowi pierwszego i wiwatował na cześć drugiego40. Żywo interesował się też lewicą z Chile. Janusz Kijowski pamięta to tak: „Na początku lat 70. pracowałem w Rozgłośni Harcerskiej. Byłem jeszcze studentem. Biegałem na Konopnickiej, robiłem jakieś reportaże, wywiady. Podobała mi się ta robota. Pamiętam, że kiedyś do kwatery głównej, gdzie się mieściła rozgłośnia, przybiega Antek, aż pąsowy. Mówi – słuchaj, do Polski przyjeżdża Hortensia Bussi, żona Salvadora Allendego [zamordowany przez prawicowego dyktatora Augusto Pinocheta lewicowy prezydent Chile]. To była wiosna 1974 r. Po zamordowaniu męża wdowa przeniosła się do Paryża i stamtąd przyleciała do PRL. Witano ją z honorami. Antek mówił, że musimy z nią koniecznie zrobić wywiad i porozmawiać. Strasznie chciał ją poznać, dowiedzieć się, jaki ma pogląd na świat. Wziąłem magnetofon, pojechaliśmy na Okęcie. Był niesamowicie podniecony. Nie pamiętam, czy udało mi się z nią porozmawiać choć na tyle, żeby puścić to na antenie. Chyba nie zrobiłem z tego audycji. Ale jemu udało się zamienić z Bussi kilka słów i umówić się na następny dzień w hotelu. Chyba się z nią spotkał, przeprowadził rozmowę. Zamordowanie Allendego było dla nas wielkim szokiem. Co tu dużo gadać! Wchodzi junta wojskowa, ukatrupiają prawowitego prezydenta w jego gabinecie. Straszne to było. Ale żeby się emocjonować jego żoną… Choć z drugiej strony on się interesował Ameryką Południową. Może to wynikało z jego normalnych, naukowych zainteresowań. Po napisaniu magisterki o Świetlistym Szlaku [ultralewicowe ugrupowanie partyzanckie w Peru] oraz partyzantce miejskiej w Boliwii szykował się do doktoratu. Namawiał go do tego profesor Łepkowski”.

Jednak amerykański politolog David Ost podaje, że istniała w Chile lewica, która frapowała Macierewicza jeszcze bardziej niż ta spod znaku prezydenta Allendego i jego żony: „Uważnie obserwował wydarzenia w Chile i zdecydowanie popierał maoistowską partię MIR, która wzywała rząd Allendego do uzbrojenia robotników, aby mogli przejąć władzę. Gdy władzę przejął jednak Pinochet, Macierewicz pomógł niektórym działaczom MIR uzyskać azyl w Polsce”41. Maoizm to chińska wersja stalinizmu, która w latach 60. i 70. stała się modna w Trzecim Świecie oraz na zachodnich uniwersytetach. Trzeba jednak odnotować, że MIR (Movimiento de Izquierda Revolucionaria, Ruch Lewicy Rewolucyjnej) w drugiej połowie lat 60. zaczął się określać jako ortodoksyjnie marksistowsko-leninowski, nie maoistowski. Niekiedy wprost się odcinał od chińskiego maoizmu (jak również od trockizmu, albowiem początkowo w MIR byli też trockiści). Ten ortodoksyjny marksizm-leninizm po części zbliżał chilijskie ugrupowanie do sowieckich komunistów. Przeszkodę stanowiło zajęcie Czechosłowacji w 1968 r. przez wojska Sowietów (i ich sojuszników włącznie z PRL), skrytykowane przez MIR. Jednak dawało się to ominąć. Głównym politycznym sojusznikiem partii była związana z Sowietami komunistyczna Kuba. Przywódca MIR Miguel Enríquez współpracował z kubańskimi służbami specjalnymi42. Zatem wśród latynoskich towarzyszy Antoniego Macierewicza mogli się znaleźć bardzo interesujący ludzie. Intuicję tę potwierdza jedno z moich źródeł, osoba z kręgów dyplomatycznych. Wyjawiła ona, że niektórzy z południowoamerykańskich znajomych Macierewicza wysoko zaszli na swoim kontynencie, w tamtejszych lewicowych partiach politycznych (gdy przeszły one od partyzantki i terroryzmu do sprawowania władzy). Informacje o karierze jednego z tych znajomych potwierdzają również inne źródła. W latach 70. Antoni Macierewicz zaznajomił się z Ladislauem Dowborem, który później został doradcą prezydenta Brazylii43. Prezydenta szczególnego formatu – był nim Luiz Inácio Lula da Silva, słynny lewicowy reformator, który wyrwał z nędzy miliony ludzi, ale pobrudził sobie przy tym ręce (obecnie odsiaduje 12-letni wyrok za korupcję).

Nie znaczy to oczywiście, że el compañero Macierewicz został zwerbowany przez Kubańczyków – lub przez Sowietów za pośrednictwem Kubańczyków. Tego nie wiemy. Możemy jednak przyjąć, że w latach 60. i 70. ewentualni latynoscy werbownicy napotkaliby mniej trudności niż inni. Zapewne rozmówca wysłuchałby ich grzecznie i uważnie, jeśli nie przyjaźnie.

DRUGA PRZEMIANA

Do połowy lat 70. Antoni Macierewicz jest „lewakiem” czy też „katolewakiem”. W latach 1977–1979 coś się jednak zmienia. Nasz bohater działa wówczas w opozycyjnym Komitecie Obrony Robotników. Założył tę organizację razem z Jackiem Kuroniem. Jej członkiem jest również bliski przyjaciel Macierewicza Piotr Naimski. Organizacja odnosi sukces, staje się rozpoznawalna, rodacy zaczynają darzyć ją zaufaniem. W 1977 r. KOR poszerza formułę. Już nie zajmuje się tylko prześladowanymi robotnikami. Walczy z wszelkimi nadużyciami władzy i przekształca się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR” [KSS „KOR”, który dla uproszczenia nadal będę określać poprzednią, krótszą nazwą]. Wtedy Macierewicz i Naimski przystępują do rozbijania organizacji. Odcinają się od tzw. „lewicy laickiej”, czyli tych działaczy KOR, którzy wyznają poglądy lewicowe lub liberalne. W 1977 r. organizacja zaczyna wydawać nielegalne pismo „Głos”. Redaguje je Antoni Macierewicz. Inni członkowie KOR, w tym Adam Michnik, mieli ten tytuł wspierać, ale ze względu na ciągłe spory, zostawiają „Głos” w rękach Macierewicza. W ocenie funkcjonariuszy SB Antoni Macierewicz z Piotrem Naimskim próbują przeobrazić pismo w zalążek ich własnej grupy opozycyjnej, niezależnej od KOR44.

Czy jednak funkcjonariusze SB nie mogli mieć skrzywionego spojrzenia? Esbecy – jak ich nazywano – byli przecież profesjonalnymi intrygantami. Tacy zaś doszukują się intryg również tam, gdzie ich nie ma… Aby odpowiedzieć na to zastrzeżenie, posłuchajmy opozycjonisty, który przebywał wówczas w środku całego zamieszania. Oto, co mówi mi Seweryn Blumsztajn: „Ta słynna awantura o «Głos» to też jest znaczące. Sama próba powołania wspólnego, środowiskowego biuletynu ponad podziałami już jest dowodem, że coś się rozjeżdżało. Antoniemu ciągle coś się nie podobało. Raz to, raz tamto. Obrażał się, że ktoś coś powiedział. Był strasznie marudny. Zawsze musiał zaznaczyć swoją obecność i odrębną opinię. Uważałem, że on nic nie wymyśla, że bieży z rozmówcą – żeby być inteligentnym, musi mieć przy sobie kogoś inteligentnego. Kiedy już zostałem członkiem KOR i zacząłem uczestniczyć w zebraniach, było nieznośnie. Antoni i Piotr [Naimski – red.] byli przeciwko wszystkim. Zawsze mieli inne zdanie. Gdyby nie Jacek [Kuroń – red.], to nie dałoby się osiągnąć żadnego kompromisu. Antoni ciągle wnosił poprawki. Próbował rozbijać KOR […] Antek i jego koledzy polemizowali w «Głosie» z jakimiś tekstami Jacka [Kuronia – przyp. red.] czy Adama [Michnika – przyp. red.]. To były już dwa osobne światy. Spotykaliśmy się w KOR albo jak był duży bankiet, ale towarzysko już ze sobą nie żyliśmy”.

W publicystyce Macierewicza pojawiają się wtedy prawicowe nuty. Zaczyna chwalić Romana Dmowskiego, ideowego protoplastę wszystkich polskich narodowców. Tak rodzi się Antoni Macierewicz, którego znamy – katolicki prawicowiec i nacjonalista. Świeżo upieczony działacz narodowy chce przenieść swój nowy, prawicowy radykalizm na ulice. W tym celu próbuje wykorzystać katolickie obrzędy, których według Janusza Kijowskiego nie traktował wcześniej poważnie. W poświęconej Macierewiczowi księdze pamiątkowej Niepodległość ma jeden kształt… Justyna Błażejowska opisuje to w sposób następujący: „Pod koniec 1979 r. grupa «Głosu» porozumiała się z ludźmi niezależnego wydawnictwa Biblioteka Historyczna i Literacka oraz członkami redakcji «Opinii» – pisma Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela [ROPCiO, opozycyjna organizacja, bardziej prawicowa niż KOR]. Wszyscy razem przygotowali obchody z okazji dziewiątej rocznicy masakry na Wybrzeżu. Miały polegać na udziale we mszy św. w intencji ofiar, zamówionej w kościele Przemienienia Pańskiego ojców kapucynów, a następnie – przejściu pod pomnik Jana Kilińskiego przy ulicy Podwale” [s. 86]. Jednak SB dowiedziała się o planach Macierewicza i jego ludzi. „W przeddzień uroczystości Służba Bezpieczeństwa przeprowadziła zakrojoną na szeroką skalę akcję zatrzymań – na tzw. dołek [areszt przy komisariacie milicji lub policji] trafiło około 200 osób. Wybrani, w tym Macierewicz i Naimski – dostali sankcje prokuratorskie na trzy miesiące […]” – pisze Błażejowska na stronach 86–87. To ostatnie zdanie oznacza, że prokurator zezwolił na trzymiesięczny areszt w przypadku obu działaczy. Jednak siedzieli znacznie krócej: „[…] (ostatecznie zostali zwolnieni 19 grudnia). Z uwagi na rozwój wypadków i obawę przed prowokacją już po zakończeniu nabożeństwa jeden z uczestników ogłosił przez megafon jeszcze przed wyjściem z kościoła, że przemarsz jest odwołany […]. Sytuacja wywołała gwałtowną reakcję ze strony lewicy laickiej […] zespół redakcyjny «Biuletynu Informacyjnego» [głównego pisma wydawanego przez KOR] zarzucał organizatorom brak odpowiedzialności i… uczciwości” [s. 87].

Błażejowska dziwi się tym zarzutom (lub udaje, że się dziwi). Bliskiej Macierewiczowi historyczce należy jednak oddać sprawiedliwość. Ma odwagę zacytować najważniejszy argument innych członków KOR skierowany przeciwko Macierewiczowi: „Zaskakiwanie demonstracją uliczną ludzi, którzy udali się np. na mszę św. do kościoła, jest postępowaniem nieuczciwym. Jest marnotrawieniem zaufania, które środowiska opozycji demokratycznej uzyskały w społeczeństwie dzięki swej prawdomówności” [s. 87–88]. KOR-owcy dodają też, że „w trakcie warszawskich obchodów rocznicy masakry grudniowej nadużyto zaufania Kościoła” [s. 88].

KOR-owcy, jak się zdaje, mieli rację. Świadkowie tamtych zdarzeń, z którymi rozmawialiśmy, są zgodni. Ani KOR, ani odpowiedzialny za diecezję biskup katolicki nie mieli o niczym pojęcia. Podobnie jak wierni, którzy przyszli na nabożeństwo. Nie wiedzieli, że po mszy pod kościołem miał czekać na nich Macierewicz z transparentami i megafonem, by poprowadzić ich wprost na milicyjne pałki. Seweryn Blumsztajn mówi, że Macierewicz usiłował wówczas manipulować starszymi i bardziej konserwatywnymi członkami KOR, np. Józefem Rybickim – bohaterem AK, więźniem czasów stalinizmu, jednym z pierwszych członków KOR: „Próbował podrywać różnych starców, na przykład Rybickiego, który nie lubił Kuronia. Antek próbował to wykorzystać, ale potem okazało się, że okłamał Rybickiego i tamten go znienawidził. Środowiska prawicowe, głównie ROPCiO, zrobiły manifestację. Antek i Piotrek [Naimski – red.] wplątali w to KOR, który jeszcze nie był gotowy. Straszna awantura. Po raz pierwszy usłyszałem krzyczącego księdza Zieję [Jan Zieja, katolicki duchowny, działacz, publicysta i pisarz, podczas wojny – konspirator, który z narażeniem życia pomagał ukrywać Żydów przed hitlerowcami]”.