Macierewicz i jego tajemnice - Tomasz Piątek - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Macierewicz i jego tajemnice” zawiera fakty na temat niepokojących koneksji ministra obrony Antoniego Macierewicza.

Jej główną treścią jest dokładny i udokumentowany opis licznych powiązań ministra z wybitnym gangsterem-finansistą Siemionem Mogilewiczem. Mogilewicz od dziesięcioleci współpracuje z sowieckim/rosyjskim wywiadem wojskowym GRU. Jak również z samym Władimirem Putinem.

Tomasz Piątek prowadzi śledztwo dziennikarskie w sprawie Antoniego Macierewicza od półtora roku. Niektóre ze swoich ustaleń publikował już na łamach „Wyborczej”. W książce „Macierewicz i jego tajemnice” ujawnia nowe, dotąd nieznane okoliczności.

Macierewicz i jego tajemnice” to efekt 18 miesięcy śledztwa (ok. 1000 godzin spędzonych w internecie, ok. 50 godzin w archiwach sądowych i Bibliotece Narodowej, ok. 40 godzin rozmów z informatorami). Zawiera kilkaset odniesień do źródeł, jak również 5 map szczegółowo ukazujących sieć powiązań między Macierewiczem a Mogilewiczem i Kremlem.

Książka „Macierewicz i jego tajemnice w ciągu miesiąca od ukazania się została sprzedana w ilości 100 tysięcy egzemplarzy. Łącznie sprzedano grubo ponad 200 tys. egzemplarzy. W listopadzie 2017 r. Piątek otrzymał za napisanie książki Nagrodę Wolności Prasy, przyznawaną przez międzynarodową organizację Reporterzy bez Granic we współpracy z telewizją TV5 Monde. W lutym 2018 r. książka Piątka zdobyła statuetkę „Besteller Empiku 2017”. W czerwcu 2018 r. Fundacja Mediów Sparkasse Leipzig zdecydowała o przyznaniu Tomaszowi Piątkowi jako autorowi „Macierewicza i jego tajemnic” nagrody za Wolność i Przyszłość Mediów. Jest pierwszym Polakiem, który otrzymał to wyróżnienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2017 by Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

All rights reserved

Projekt okładki i opracowanie graficzne map

Łukasz Stachniak

Redakcja

Tomasz Mincer

Skład, łamanie, korekta

Witold Kowalczyk

Przygotowanie wydania elektronicznego

Magdalena Wojtas, 88em

Wydanie I

ISBN 978-83-948331-1-4

Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

www.arbitror.pl

e-mail: kontakt@arbitror.pl

WSTĘPKIM JEST ANTONI MACIEREWICZ?

Gdy piszę te słowa, Antoni Macierewicz wciąż jest ministrem obrony narodowej Rzeczpospolitej Polskiej. Być może w chwili, w której bierzesz tę książkę do ręki, Czytelniku i Czytelniczko, Macierewicz nie jest już ministrem. Ciągle bowiem krążą pogłoski o jego rychłym odwołaniu. Jednak takie pogłoski pojawiają się od miesięcy – a mimo to Antoni Macierewicz niezmiennie pozostaje ministrem obrony.

Ale nawet jeśli Ty już wiesz, że on stracił swoje stanowisko, to i tak skandalem jest, że w ogóle je dostał.

Bo Antoni Macierewicz jest najdziwniejszym ministrem obrony w historii polskiego wojska.

Wszystko wskazuje na to, że niezwykle szkodliwym.

Poczynania ministra oburzają nawet członków i zwolenników jego partii – Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Afera Misiewicza i Jannigera, afera caracali i mistrali, nocne włamanie do Centrum Ekspertów Kontrwywiadu NATO, pozbywanie się doświadczonych generałów, faworyzowanie amatorskiej Obrony Terytorialnej na niekorzyść armii… I wreszcie „prezentacja smoleńska” przedstawiona Polakom 10 kwietnia, w siódmą rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu.

Przypomnijmy: filmik miał udowodnić, że katastrofa w Smoleńsku była efektem rosyjskiego zamachu. Autorzy prezentacji – „eksperci” Macierewicza z tzw. Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego – ogłosili, że tragedię spowodowały co najmniej trzy niezależne od siebie czynniki. Po pierwsze, dezinformacja ze strony rosyjskich kontrolerów lotu ze smoleńskiego lotniska. Po drugie, „seria tajemniczych awarii” w samolocie. Po trzecie, niezależna od tych awarii „bomba termobaryczna”, która wysadziła kadłub samolotu (w tajemniczy sposób oszczędzając okna). Prezentacja obraziła inteligencję i uczucia milionów odbiorców. Tych, którzy wierzą w zamach, i tych, którzy nie wierzą.

Za każdym razem, gdy Macierewicz zostawał członkiem rządu, wiązały się z tym skandaliczne wydarzenia. Tak było w 1992 r. (słynna „noc teczek” i kompromitacja idei lustracji). Tak było w latach 2006–2007 (chaos w kontrwywiadzie wojskowym i „rosyjski łącznik” w ministerstwie obrony). O obu sprawach piszę w dalszej części książki.

Jednak w tym szaleństwie musi być metoda. Bo mimo sławy niepohamowanego niszczyciela Antoni Macierewicz ciągle powraca na szczyty władzy. I dalej robi swoje.

DWAJ PANOWIE M. – MACIEREWICZ I MOGILEWICZ

Ta książka to podsumowanie nowych, niedawno odkrytych faktów na temat Macierewicza oraz najbardziej prawdopodobnych hipotez, które mogą być wyjaśnieniem tych faktów.

Ciągle na jaw wychodzą kolejne informacje. I na ich podstawie już można zacząć odpowiadać na postawione wcześniej pytanie: „Kim jest Antoni Macierewicz?”.

Sednem tej książki, jej najważniejszą treścią są powiązania między Antonim Macierewiczem i jego środowiskiem a globalnym gangsterem i finansistą Siemionem Mogilewiczem, powszechnie uważanym za mózg rosyjskiej mafii.

Oczywiście, brzmi to niezwykle. Polski minister obrony – w swych wypowiedziach histerycznie wręcz antyrosyjski – i rosyjski gangster? Jednak związków między Mogilewiczem a środowiskiem Macierewicza jest zbyt wiele, aby można je było zlekceważyć.

Siemion Mogilewicz wywodzi się z Ukrainy. To finansowy geniusz, który stoi za tzw. mafią sołncewską – najpotężniejszą rosyjską organizacją przestępczą. Mogilewicz jest jednak kimś więcej niż jej szefem. Mafia sołncewska znajduje się pod jego szczególną opieką, ale gangster-finansista koordynuje też działania innych grup przestępczych w Rosji i na świecie. Imperium Mogilewicza jest zarazem korporacją i giełdą zbrodni.

NA GIEŁDZIE ZBRODNI

Renomowany magazyn „Foreign Policy” o Mogilewiczu pisze tak: „Jeden z 10 ludzi najbardziej poszukiwanych przez FBI […]. W 2003 r. amerykański Departament Sprawiedliwości wytoczył mu 45 zarzutów […]. Jego przestępcze imperium jest niezwykle rozległe: morderstwa, prostytucja, kamienie szlachetne i pranie pieniędzy, a także handel bronią i materiałami rozszczepialnymi […]. Kreml pozwala Mogilewiczowi spokojnie mieszkać na rosyjskiej ziemi”1.

Ogromna liczba źródeł potwierdza te informacje. Wszystkie mówią, że głównym talentem Mogilewicza jest pranie brudnych pieniędzy – w milionowych i miliardowych kwotach. Dokonywał takich finansowych operacji m.in. w Nowym Jorku i w londyńskim City2… Ale Brainy Don, Łebski Boss – jak nazywa się go w USA – ma jeszcze jedną specjalność. Jego syndykat przeprowadza najtrudniejsze morderstwa na zlecenie.

Wybitny amerykański dziennikarz śledczy, Robert I. Friedman, określił go mianem „najgroźniejszego gangstera świata”3. „Najpotężniejszym” nazywa Mogilewicza jego bliski współpracownik, morderca-egzekutor rosyjskiej mafii Monia Elson. Zapewne ma swoje powody, żeby go wychwalać. Zleceniobiorca musi być w dobrych stosunkach ze zleceniodawcą… Szczególnie w takiej branży.

Co łączy Mogilewicza z ludźmi Macierewicza?

Mogilewicz ma liczne powiązania finansowe i mafijne z najbliższym amerykańskim współpracownikiem ministra Macierewicza – wpływowym lobbystą, byłym senatorem republikańskim Alfonsem D’Amato4.

To nie koniec.

Sołncewska mafia Mogilewicza ma związki z rodziną Sz., kontrolującą Grupę Radius – czyli konsorcjum firm, dla którego pracował Jacek Kotas. A Kotas to właśnie ten człowiek, którego media nazwały „rosyjskim łącznikiem”, gdy wyszło na jaw, że Macierewicz udzielił mu dostępu do tajnych dokumentów polskiej armii5. W dalszej części książki szczegółowo przedstawiam liczne dowody bliskich relacji między sołncewską mafią a głową rodziny Sz. Ze względu na ciężar podejrzeń, jakimi obarczona jest taka bliskość, postanowiłem wyjątkowo, że nie podam nazwiska Sz. w pełnym brzmieniu.

Jest też związek – pośredni, ale zaskakująco bliski – między Siemionem Mogilewiczem a sprawą Roberta Luśni (płatnego konfidenta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, który przez dziesięciolecia był bliskim współpracownikiem Macierewicza6). Związek ten dokładnie przedstawiam w niniejszej książce.

MOGILEWICZ, TAJNA BROŃ PUTINA

Zdumiewające, jak wiele łączy obu panów M. Zdumiewające i przerażające. Bo Siemion Mogilewicz i jego przestępcza organizacja są najskuteczniejszą bronią Putina. Świadczy o tym wiele dobrze poinformowanych i wiarygodnych źródeł. „Mogilewicz ma dobre stosunki z Putinem, znają się jeszcze z Leningradu” – takie stwierdzenie pojawiło się w roku 2000 w rozmowie ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy z Leonidem Derkaczem, szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy7.

O bliskich stosunkach Mogilewicza z Putinem mówił także były oficer rosyjskich służb specjalnych Aleksandr Litwinienko – zamordowany później przez agentów Kremla. Według Litwinienki wśród licznych biznesów i intryg Mogilewicza było też dostarczanie broni islamskim terrorystom z Al-Kaidy8. Brytyjski „Telegraph” napisał, że Litwinienko mógł zginąć właśnie dlatego, że za dużo wiedział o związkach Putina z Mogilewiczem. I zaczął o nich mówić9.

„Ciągła obecność w Rosji potężnego finansisty rosyjskiej mafii, Siemiona Mogilewicza – aresztowanego w 2008 r., ale w niejasnych okolicznościach zwolnionego w następnym roku – nie tylko ukazuje nam zdolność mafii do zdobywania i transferowania pieniędzy dla osiągania celów wywiadowczych, ale także sugeruje, że mafia może zdobywać agentów wpływu dla Moskwy” – pisze wybitny ekspert od spraw rosyjskich i międzynarodowej przestępczości, Mark Galeotti, w raporcie opublikowanym przez European Council on Foreign Relations (Europejską Radę Spraw Zagranicznych) w kwietniu 2017 r.10. ECFR to renomowany think tank, który zajmuje się analizą stosunków międzynarodowych.

I wreszcie dziennikarz śledczy Brian Frydenborg na portalu War Is Boring opisuje, jak ludzie Mogilewicza ratowali przed bankructwem pewnego amerykańskiego biznesmena. Ten biznesmen, uzależniony od swoich wybawców, nazywa się Donald Trump i od niedawna jest prezydentem USA11…

KREML W BIAŁYM DOMU

Czy Donald Trump jest „rosyjskim prezydentem amerykańskim”?

Oczywiście, Trump czasem okazuje „chwilową niezależność”, ale poza tym prowadzi politykę skrajnie korzystną dla Putina. W kwietniu 2017 r. zbombardował syryjskich sojuszników Rosji. Ale w maju zwolnił ze stanowiska szefa Federalnego Biura Śledczego (FBI) Jamesa Comeya, który publicznie ostrzegał przed wpływami Kremla w USA. I nie było to przyjazne rozstanie: Trump wyrzucił go na siedem lat przed końcem jego 10-letniej kadencji. Na dodatek zrobił to w nocy z wtorku na środę, żeby jeszcze tego samego dnia spotkać się z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i ambasadorem Kisliakiem12. Według „Washington Post” podczas spotkania Donald Trump ujawnił Rosjanom ściśle tajne informacje wywiadowcze13. A równocześnie Ławrow i szef amerykańskiej dyplomacji Tillerson zapowiedzieli kilkudniową sesję rozmów o najważniejszych sprawach świata. Najpierw o Ukrainie i Syrii, a potem, w szerszym gronie, o podziale Arktyki14.

Co w tym wszystkim jest najgroźniejsze? Trump chce, by Unia Europejska znów się podzieliła na prowadzące odrębną politykę państwa narodowe. Łatwe do skłócenia i do rozgrywania przez mocarstwa. Być może jest to korzystne dla Waszyngtonu – ale jeszcze bardziej dla Moskwy. Bo Rosji łatwiej niż Stanom Zjednoczonym sięgnąć po Europę. Ma bliżej…

Amerykański prezydent publicznie kwestionował przecież sens istnienia Unii Europejskiej15. I zapowiadał mniejsze zaangażowanie Waszyngtonu w obronę jego sojuszników. Groził, że będzie od nich egzekwować pieniądze za ewentualną ochronę. Podobno w marcu 2017 r. wręczył Angeli Merkel „rachunek” na kwotę 300 mld dol. Miała to być zaległa „opłata za NATO”16. Brzmi to tak, jakby prezydent USA chciał, by słabe państwa narodowe Europy znalazły się na łasce i niełasce Putina.

Trump podawał też w wątpliwość ideę uniwersalnej, ponadnarodowej walki o prawa człowieka. W Białym Domu administracja Trumpa zlikwidowała stanowisko Specjalnego Asystenta Prezydenta ds. Relacji Wielostronnych i Praw Człowieka. Zamiast tego jest miejsce dla Specjalnego Asystenta ds. Międzynarodowych Organizacji i Sojuszy17… Powołując się na doradców Trumpa, „Independent” pisze, że Waszyngton będzie teraz „celowo milczeć” na temat praw człowieka18.

Łamiącemu te prawa Putinowi taka polityka Białego Domu jest na rękę. Chyba bardziej niż samym Stanom Zjednoczonym… Przez cały XX w. międzynarodowa potęga USA czerpała siłę i argumenty z idei wolności, demokracji oraz praw człowieka (aczkolwiek nieraz nadużywała tych idei).

Odnotujmy, że wspomniany lobbysta D’Amato – amerykański sojusznik Macierewicza powiązany z gangsterem Mogilewiczem – poparł Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. I zrobił to wcześnie. Na pięć miesięcy przed tym, jak Trump uzyskał nominację na kandydata Partii Republikańskiej19.

TO SIĘ NIE DZIEJE!

„To niemożliwe, to się nie dzieje!” – powtarzałem sobie 10 listopada 2015 r. I nie tylko ja. Podobnie mówili znajomi: dziennikarze, eksperci, specjaliści od obronności. Te słowa wypowiadał też zapewne niejeden wyborca Prawa i Sprawiedliwości.

Dwa tygodnie wcześniej, 25 października, PiS wygrało wybory. W kampanii wyborczej obiecywało, że ministrem obrony narodowej będzie Jarosław Gowin, nie Antoni Macierewicz, co mogło się przyczynić do zwycięstwa tej partii.

Jednak 10 listopada cała Polska usłyszała, że ministrem obrony zostanie właśnie Macierewicz. Neoliberalny konserwatysta Jarosław Gowin musiał się zadowolić stanowiskiem ministra nauki. Podobno sam nagle oświadczył, że resortu obrony nie chce…

„Rzeczywiście w kampanii wyborczej stwierdziłam, że jednym z najbardziej prawdopodobnych kandydatów jest Jarosław Gowin. Otrzymał dwie propozycje do wyboru. Wybrał naukę i szkolnictwo wyższe” – powiedziała wtedy premier Beata Szydło. Dodała, że Gowin „dostał do wyboru między innymi ministerstwo obrony”20.

Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) to resort szczególnego znaczenia. Zależy od niego bezpieczeństwo Polski, a nawet zachodnich sojuszników. Bo trzeba pamiętać, że nasz kraj stanowi filar wschodniej flanki NATO. Broniąc siebie, bronimy Europy, Zachodu, całego atlantyckiego świata.

„To niemożliwe, to się nie dzieje!” – powtarzaliśmy więc sobie pod koniec 2015 r. A jednak się działo. Dlatego zadałem sobie pytanie: „Jak to w ogóle jest możliwe?”. Jak to się stało, że mimo swych „dokonań”, mimo ogromnej niepopularności Antoni Macierewicz znów powrócił? I dostał jedno z najważniejszych stanowisk w rządzie?

„Gdy nie wiesz, o co chodzi, chodzi o pieniądze” – mówi słynne prawo Murphy’ego. Follow the money, „Zobacz, skąd płynie kasa”, powiadają amerykańscy dziennikarze śledczy. Trzeba sprawdzić, kto finansuje tę niezwykłą karierę Antoniego Macierewicza – pomyślałem. Może stoi za nim jakiś oligarcha?

Żadną tajemnicą nie są związki Macierewicza z katolickim oligarchą Tadeuszem Rydzykiem, dyrektorem Radia Maryja i TV Trwam. Ale nie jest też tajemnicą, że Tadeusz Rydzyk ma ogromne wydatki i raczej woli brać niż dawać. „Ojciec dyrektor” udziela Macierewiczowi ogromnego poparcia politycznego, lansując go w swoich mediach. Czy wobec tego będzie go jeszcze finansować?

W każdym razie nie płaci mu tyle, żeby mógł być jedynym sponsorem jego działalności – założyłem. I zacząłem szukać innych sponsorów Macierewicza.

Na początku tropy zdawały się prowadzić do jeszcze jednego toruńskiego oligarchy. Tym razem świeckiego, choć mającego w życiorysie epizod współpracy z Rydzykiem. Tej „hipotezy toruńskiej” nie udało mi się potwierdzić. Ale gdy tylko zacząłem badać ten wątek, trafiłem na coś, co okazało się znacznie bardziej niepokojące. Coś, co bezpośrednio prowadziło do komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. A pośrednio – do sowieckiego wywiadu GRU.

CZĘŚĆ PIERWSZASPRAWA LUŚNI. SB I BIZNES

Będziemy teraz mówić o dawnych czasach – o latach 80. i 90. ubiegłego wieku.

Gdy zacząłem się zajmować powiązaniami Macierewicza z tamtych lat, od wielu osób słyszałem: „To starocie. Nawet nie trupy w szafie, tylko szkielety. Ludzie nie pamiętają, co było w zeszłym roku, a ty chcesz, żeby się interesowali czymś sprzed ery Facebooka i internetu? Zajmij się tym, co Macierewicz robi teraz! To jest ważne, to jest interesujące…”.

Faktycznie – to, co Macierewicz robi teraz, jest najważniejsze i najbardziej interesujące. Ale to, co robi teraz, ma związek z tym, co robił kiedyś.

Coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę. Jeden z moich kolegów, którzy uważali, że sprawa Luśni to prehistoria, Radosław Gruca, zasłużony dziennikarz śledczy popularnej gazety „Fakt”, niedawno zmienił zdanie. „To może być główny korzeń innych afer, ta afera z Luśnią” – powiedział mi ostatnio.

Nie wiem, czy sprawa Luśni jest „głównym korzeniem” afer związanych z Macierewiczem. Na pewno jest jednym z kilku. Odkrycie tego „szkieletu w szafie” zaczęło się od informacji całkiem aktualnej, z roku 2016. Jak na nią natrafiłem? W Polsce istnieje wiele serwisów internetowych, które dostarczają oficjalnych informacji biznesowych. Są to m.in. KRS-Online, Internetowy Monitor Sądowy i Gospodarczy (IMSiG), Moje Państwo, Kto-Kogo i wiele innych. Niektóre z nich są darmowe, jak Moje Państwo. Inne, jak IMSiG, są dostępne za grosze. Serwisy te oparte są na Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS). Jest to zbiór akt sądów gospodarczych, w którym znajdują się statuty firm, fundacji i stowarzyszeń, ich sprawozdania finansowe oraz inne oficjalne dokumenty.

Każdy, kto chce być świadomym obywatelem, powinien korzystać z serwisów opartych na KRS-ie. To łatwiejsze, niż się wydaje. Gąszcz suchych informacji i prawniczy język może z początku odstraszać, ale już po kilku godzinach człowiek zaczyna rozumieć treść i logikę oficjalnych wpisów. Dzięki temu może zajrzeć za kulisy spektaklu, który codziennie ogląda w mediach. Zobaczy wtedy, że pozorni nieprzyjaciele często jedzą przy jednym stole.

Oczywiście, Krajowy Rejestr Sądowy też nie odsłania całej prawdy. Są powiązania, których w aktach sądowych nie widać. Ale na pewno lepiej znać KRS – choćby za pośrednictwem serwisów internetowych – niż go nie znać. Ja na początku 2016 r. w serwisie Moje Państwo zobaczyłem, że Antoni Macierewicz zasiada w radzie fundacji Głos, której prezesem zarządu jest Robert Jerzy Luśnia. Sprawdziłem, kim jest Luśnia. I nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

MILIONER NIESPECJALNIE GRZECZNY

Robert Jerzy Luśnia urodził się 9 lipca 1962 r. w Warszawie. Dzisiaj, gdy jest milionerem, wypadałoby podkreślić: w niezamożnej rodzinie i niezamożnej dzielnicy Warszawy. W swoim życiu Robert Luśnia przeszedł długą drogę. Prowadziła ku szczytom, aczkolwiek była kręta. Wychowywał się na warszawskiej Pradze, w okolicy ulic Ząbkowskiej i Nieporęckiej. Skromne pochodzenie nie zabiło w nim ambicji. Wręcz przeciwnie, był przebojowy. Według informacji podawanych przez liczne źródła dostępne w internecie – od Wikipedii po parafialne pismo „Kana” (numer z czerwca 2013 r.21) – młody Robert Luśnia został uczniem liceum im. Gottwalda. Szkołę tę uważano za jedno z lepszych liceów w Warszawie. Gdy przyszło wybrać kierunek studiów, nasz bohater też nie poszedł na łatwiznę. W latach 80. trafił na Politechnikę Warszawską. Ale czas był burzliwy – i Luśnia tych studiów nie skończył. Mimo to dziś jest człowiekiem sukcesu. Jeśli sukces mierzyć majątkiem.

Spółka ARL, którą Luśnia ma razem z żoną, posiada cenne nieruchomości w kilku polskich miastach. Ale przede wszystkim ARL jest jedynym udziałowcem świetnie prosperującej firmy Intrograf Lublin, która produkuje opakowania leków i eksportuje je na Zachód. Firma stosuje nowoczesne zarządzanie i technologie. Lublinianie są z niej dumni. Znawcy branży opakowaniowej mówią mi, że sukces Intrografu jest bardziej zasługą jej menedżerów niż właściciela. Według jednego z informatorów zarząd firmy postawił Luśni nieformalne ultimatum: „Zarabiamy dla ciebie pieniądze – pod warunkiem że nie pojawiasz się w fabryce”.

Jeśli to prawda, to podziwiam odwagę menedżerów, bo wszystkie źródła mówią, że Luśni trudno się postawić. W latach 1996–2002, gdy budował swoją fortunę w Lublinie, nazywano go tam „Luśnia Bin Laden”. Jest człowiekiem ekspansywnym. „I niezbyt przyjemnym” – dodaje Maciej Wrześniowski, który poznał Luśnię wcześniej, w latach 80. Działali wtedy razem w antykomunistycznym podziemiu.

„Zawadiacki” – tak Roberta Luśnię określa Tomasz Wołek, dziś publicysta, a w tamtym czasie jeden z liderów podziemnego Ruchu Młodej Polski (RMP). I opowiada: „W 1981 r. Luśnia był na zjeździe RMP w Gdyni. Przywiózł ze sobą wielki nóż, którym wymachiwał”.

Jak widać, w latach 80. Robert Jerzy Luśnia był aktywny w podziemnej opozycji. Ale była to aktywność bardzo szkodliwa. Robił gorsze rzeczy niż machanie nożem.

PŁATNY KONFIDENT SB

W latach 80. Luśnia był płatnym konfidentem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Działał pod pseudonimem TW „Nonparel”. Donosił m.in. na kolegów z nielegalnych organizacji, których był członkiem (Ruch Młodej Polski i Niezależne Zrzeszenie Studentów).

Kilkanaście lat temu Luśnia został publicznie zlustrowany i zdemaskowany. W latach 2003–2006 sądy rozpatrywały jego sprawę lustracyjną. Zakończyła się ona wyrokiem Sądu Najwyższego, który 11 lipca 2006 r. prawomocnie i ostatecznie uznał Luśnię za konfidenta SB22. Wyrok wydali sędziowie Tomasz Grzegorczyk (przewodniczący), Andrzej Deptuła i Jacek Sobczak.

W warszawskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) znajduje się imienna teczka Roberta Jerzego Luśni. Zawiera ona esbeckie dokumenty o sprawdzonej autentyczności. Dokumenty te jednoznacznie stwierdzają, że Luśnia to tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa, który działał pod pseudonimem „Nonparel”.

W teczce są niejasności i luki – ale są też niezbite, wręcz miażdżące dowody agenturalnej działalności „Nonparela”. Ten sam oddział IPN-u przechowuje również akta sprawy lustracyjnej Roberta Jerzego Luśni (sygnatura V AL 13/03). Widziałem wymienione dokumenty i wielokrotnie je przeczytałem. Zawartość teczki Luśni posiadam w postaci elektronicznej.

MACIEREWICZ I LUŚNIA W TEJ SAMEJ FUNDACJI

Podsumujmy: w 2006 r. sąd orzekł ostatecznie, że Luśnia był konfidentem. Mimo to dziesięć lat później – w roku 2016 – Macierewicz zasiadał razem z Luśnią we władzach tej samej fundacji Głos. Sprawdziłem tę informację w sposób wykluczający wątpliwości. Przede wszystkim potwierdziłem ją w archiwum Sądu Gospodarczego w Warszawie, a także w Krajowym Rejestrze Sądowym.

Organizacje, które znajdują się w KRS-ie, zgłaszają w nim wszelkie oficjalne zmiany (np. w swoich władzach). Muszą to robić na bieżąco. Dlatego rejestr ten jest regularnie aktualizowany.

W 2016 r. spędziłem kilka dni – łącznie kilkanaście godzin – w archiwum KRS-u. Przez cały ten czas czytałem i przepisywałem papierowe dokumenty dotyczące Macierewicza i Luśni, które są tam zgromadzone. Zachowałem notatki oraz zdjęcia owych dokumentów (w archiwum wolno je fotografować).

Czego się z nich dowiedziałem?

Okazało się, że Robert Jerzy Luśnia faktycznie figuruje jako prezes zarządu fundacji Głos. Pełni tę funkcję nieprzerwanie od roku 1998. Ostatnie dokumenty pochodziły z lat 2003–2004, więc nie były nowe. Ale nie znalazłem wśród nich żadnego, który by mówił o ustąpieniu czy choćby zawieszeniu prezesa Luśni.

Pozwolę sobie wyliczyć ostatnie dokumenty znajdujące się w aktach fundacji:

„Pismo o postępowaniu rejestrowym” z 2003 r., w którym zarząd prostuje dane członków władz i po raz kolejny potwierdza, że

prezesem jest Robert Luśnia

;

dołączony do pisma „Protokół niezgodności” (2003 r.), w którym

Luśnia znowu określony jest jako prezes zarządu

;

postanowienie sądu (2003 r.), które m.in.

uznaje Luśnię za prezesa zarządu

;

prośba jednego z założycieli fundacji, Marcina Gugulskiego, o udostępnienie jej statutu (2004 r.);

prośba o wydanie kopii akt rejestrowych fundacji podpisana:

„Robert Luśnia – PREZES”

(2003r.).

Wyliczam te dokumenty dla pewności i precyzji. Gdy bowiem ujawniłem sprawę, koledzy partyjni Macierewicza próbowali kwestionować daty.

W czerwcu 2016 r. na łamach „Gazety Wyborczej” opublikowałem pierwszy tekst o zażyłości ministra i konfidenta (pt. „Antoni Macierewicz, jego firma i jego TW”, znany też jako „Tajny agent Macierewicza”23). Reagując na tę publikację, działacze i zwolennicy PiS-u występowali w mediach i próbowali bagatelizować sprawę. Oni również mówili: „To dawne dzieje”. Twierdzili, że historia jest nieaktualna, że fundacja została zlikwidowana lata temu…

Słynny rzecznik Macierewicza, Bartłomiej Misiewicz, ogłosił światu jeszcze jedną wersję. 21 czerwca 2016 r. wystąpił w TVP Info i powiedział, że Luśnia od 11 lat nie jest prezesem fundacji Głos. Według Misiewicza po zdemaskowaniu – dokładnie w roku 2005 – Luśnia zrezygnował z tej funkcji24.

To wszystko nieprawda. Fundacja nie została zlikwidowana. W 2016 r. wciąż istniała. Jej prezesem nadal był Luśnia. Każdy, kto chce, może to sprawdzić w Krajowym Rejestrze Sądowym.

A jak jest teraz, gdy piszę te słowa? W maju 2017 r.? Minął prawie rok, odkąd związki Macierewicza z Luśnią zostały ujawnione. Były głośne publikacje na ten temat. Wobec tego wypadałoby się spodziewać, że minister obrony zachowa się przyzwoicie i wystąpi z władz fundacji Głos – choćby dla dobra swego wizerunku.

Ale najwyraźniej tak się nie stało. 6 maja, gdy piszę te słowa, serwis Moje Państwo podaje, że Macierewicz wciąż zasiada w radzie fundacji Głos, a Luśnia jest jej prezesem.

Serwis Moje Państwo – tak samo jak Krajowy Rejestr Sądowy – jest regularnie aktualizowany.

PRZYPADKOWA FUNDACJA?

Zwolennicy Macierewicza próbowali go usprawiedliwiać na różne sposoby. Sugerowali, że znalazł się w jednej organizacji z Luśnią… przypadkiem, bo rzekomo nie znał jego konfidenckiej przeszłości, gdy zakładał z nim fundację. Potem zaś miałby jakoś „zapomnieć”, że zasiada w jej władzach. Ta amnezja miałaby trwać nawet wtedy, gdy Luśnia został zdemaskowany! Bo gdyby Macierewicz sobie przypomniał, że jest w jednej fundacji z konfidentem, to przecież by z niej wystąpił…

„Ja też mogę być w jakiejś fundacji i nawet o tym nie wiedzieć” – mówiła w TVN-ie posłanka Beata Kempa, szefowa kancelarii premier Beaty Szydło. To absurdalne usprawiedliwienie nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Macierewicz jako poseł co roku składał oświadczenia majątkowe. I regularnie podawał w nich, że zasiada w radzie fundacji Głos. Tak było w latach 2011, 2012, 2013, 2014 i 2015. Poseł Macierewicz ani razu o tym nie zapomniał. Oświadczenia te może zobaczyć każdy na stronie internetowej Sejmu25. Formularze wypełniane są odręcznie. Nie można więc powiedzieć, że Macierewicz przez nieuwagę całymi latami kopiował i przeklejał jakiś zdezaktualizowany fragment tekstu.

To znaczy, że Antoni Macierewicz przez wszystkie te lata pamiętał i o fundacji Głos, i o tym, że zasiada w jej władzach. Nie sądził, by była ona zlikwidowana czy „nieaktualna”.

UKOCHANE DZIECKO MACIEREWICZA

Nic dziwnego, że o niej pamiętał. Bo obecność Macierewicza w fundacji Głos nie była niczym przypadkowym.

To prawda, że fundacja została założona dawno – w roku 1991. To znaczy jednak, że Macierewicz i Luśnia są w niej razem przez ostatnie ćwierć wieku. Obaj panowie zasiadają w jej władzach od samego początku. Luśnia został prezesem zarządu w roku 1998, ale wcześniej, w latach 1991–1997, był w radzie fundacji. To przede wszystkim jeden z jej założycieli. Każdy może się o tym przekonać w Krajowym Rejestrze Sądowym.

Czytając znajdujące się tam akta, zdobyłem więcej istotnych informacji o fundacji Głos. Pełna jej nazwa brzmi Głos – Fundacja dla Zachowania Polskiego Dziedzictwa. Nazwa brzmi górnolotnie i propagandowo, ale stanowi cenną wskazówkę. Zwraca uwagę na ważne powiązania biznesowe i organizacyjne.

Tak się składa, że Macierewicz jest udziałowcem firmy, której nazwa to… Dziedzictwo Polskie. Firma ta przez lata wydawała ultraprawicową gazetę o nazwie… „Głos”. Jej redaktorem naczelnym był… Antoni Macierewicz.

Co więcej, w aktach fundacji Głos czytamy, że przez pewien czas obowiązywała w niej szczególna formalna zasada. Otóż we władzach fundacji musiał zasiadać redaktor naczelny pisma „Głos”! Niezależnie od tego, kto nim był. Z akt wynika ponadto, że rada fundacji miała prawo go mianować.

Zatem Głos wygląda na ukochaną fundację Macierewicza – związaną z gazetą Macierewicza, z firmą Macierewicza i oczywiście z samym Macierewiczem zasiadającym we władzach fundacji! Współzałożycielem zaś, a od 19 lat prezesem ukochanej fundacji Macierewicza, jest były konfident SB – Robert Jerzy Luśnia.

LUŚNIA ŁAPIE „STRUSIA”

Badając tego rodzaju sprawy, zawsze trzeba rozważyć wszystkie racje i okoliczności. Zatem spytajmy: „Jakim konfidentem był Luśnia?”. Może był stosunkowo nieszkodliwy? Może działał pod przymusem lub pod przemożną presją SB?

Z konfidencką przeszłością Luśni można się zapoznać w Instytucie Pamięci Narodowej. Jest tam jego teczka. Udało mi się też uzyskać dostęp do akt sprawy lustracyjnej Luśni. One również znajdują się w IPN-ie. Wspomnę, że robiono mi pewne trudności, gdyż kontaktujący się ze mną pracownik IPN-u oświadczył, że nie przysługuje mi prawo do uzyskania elektronicznej kopii materiałów. Sam był tym zdziwiony. Powiedział, że zwykle dziennikarze mają takie prawo, ale w moim przypadku pojawiła się „inna interpretacja”…

Dlatego spędziłem kilka dni w IPN-ie, przepisując ręcznie akta sprawy lustracyjnej. Ale nie narzekam. Przepisując, lepiej się zapamiętuje.

Co mówią teczka Luśni i akta jego sprawy? Jak pamiętamy, w 2006 r. Sąd Najwyższy prawomocnie i ostatecznie uznał Roberta Jerzego Luśnię za tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa działającego pod pseudonimem „Nonparel”. Sąd nie mógł postanowić inaczej. Z licznych dokumentów, akt i zeznań niezbicie wynika, że Luśnia donosił na swoich kolegów z podziemnych organizacji: Ruch Młodej Polski i Niezależne Zrzeszenie Studentów. A także na nielegalne wydawnictwa i kierujące nimi osoby. Wydał władzom bezcenny sprzęt drukarski podziemia. Kablował m.in. na podziemnych działaczy: Mariana Piłkę, Tomasza Wołka, Mariusza Kobzdeja, Piotra Ogińskiego, jak również na 18-letniego harcerza o pseudonimie „Struś”. Chłopak ukrywał się przed esbecją. A Luśnia obiecał esbekom, że gdy tylko „złapie kontakt” ze „Strusiem”, to do nich zadzwoni.

…I ŁOWI KASĘ

Robert Luśnia robił to wszystko za pieniądze. Brał je i kwitował. W jego teczce znajduje się dziewięć podpisanych przez niego pokwitowań z ostatniego kwartału 1984 r., które opiewają na łączną sumę 21 200 zł. Z esbeckich raportów wynika, że dostał jeszcze więcej: 26 230 zł.

Obie kwoty znacznie przekraczają wysokość średniej pensji w latach 1983–1984 r.

Luśnia musiał lubić pieniądze. I nadal je lubi. Tyle że dzisiaj są to znacznie większe kwoty. Jest w końcu milionerem.

W 2001 r. Robert Luśnia, podobnie jak Macierewicz, został posłem z listy Ligi Polskich Rodzin – skrajnie prawicowej partii politycznej kierowanej przez Romana Giertycha, który wówczas głosił dużo bardziej ekstremalne poglądy niż dzisiaj. Gdy Luśnia znalazł się w Sejmie, media wzięły pod lupę jego majątek. 6 lutego 2004 r. gazeta „Metro” podała, że Robert Luśnia jest najbogatszym posłem. Dziennikarze Aleksandra Pawlicka i Jakub Stachowiak napisali o jego rozliczeniach z firmą Herbapol Lublin. Okazało się, że Luśnia dostał od tej spółki niemal 15 mln zł, z czego 11 mln w gotówce. Przekonał jednak urząd skarbowy, że nie musi płacić od tego podatku [!]26.

„Nonparel” zawsze umiał walczyć o swoje.

LUŚNIA I MACIEREWICZ – PARTNERZY W BIZNESIE

Jak to możliwe, że Antoni Macierewicz – pogromca „układu” zwalczający esbeków w polityce i gospodarce – współpracuje z człowiekiem pokroju Luśni? Co może mieć wspólnego z esbeckim konfidentem i milionerem? Przez ostatnie 30 lat Macierewicz przyzwyczaił nas do tego, że robi rzeczy szokujące. Jednak w tym wypadku mamy do czynienia z totalnym podeptaniem własnego wizerunku.

Zbadałem tę sprawę i okazało się, że obaj panowie współdziałają od bardzo dawna. Nie tylko politycznie, lecz także biznesowo.

Zacznijmy od biznesu.

W latach 90. Robert Jerzy Luśnia, jako wiceprezes i współwłaściciel Herbapolu Lublin, przekazywał pieniądze tej spółki firmie Dziedzictwo Polskie. Przypomnę: współwłaścicielem firmy był Antoni Macierewicz. Firma wydawała gazetę „Głos”, której redaktorem naczelnym był znowu Macierewicz. Luśnia, jako wiceprezes Herbapolu Lublin, przekazywał też znaczące kwoty firmie Amarant. Amarant to spółka, w której pracował Marcin Gugulski – jeden z najbliższych i najwierniejszych współpracowników Antoniego Macierewicza. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Gugulski był publicystą gazety Macierewicza „Głos”, członkiem stworzonej przez Macierewicza komisji ds. weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych oraz członkiem zespołu badającego katastrofę smoleńską – również stworzonego przez Macierewicza. Zasiadał także we władzach dobrze nam znanej fundacji Głos.

Transakcje przeprowadzone przez Luśnię na rzecz firm Dziedzictwo Polskie i Amarant wiązały się z nieprawidłowościami i podejrzeniem popełnienia przestępstwa. W marcu 2002 r. poseł Grzegorz Kurczuk wystosował w tej sprawie interpelację. W tym samym miesiącu odpowiedział mu na nią ówczesny prokurator krajowy Karol Napierski. Z dokumentów wynika, że Luśnia pieniądze firmom Dziedzictwo Polskie i Amarant przekazywał bezprawnie. Robił to bez wiedzy innych członków władz Herbapolu Lublin. Prokuratura nie zaprzeczyła, że było to nieprawidłowe. Uznała jednak, że czyn nie wyczerpuje wszystkich znamion przestępstwa. W odpowiedzi prokuratora Napierskiego czytamy: „Od dnia 21 stycznia 2000 r. prowadzono dochodzenie, a następnie w dniu 7 marca 2000 r. wszczęto śledztwo w sprawie nieprawidłowości zaistniałych w latach 1996–1998 w związku z zarządzaniem majątkiem spółki Herbapol Lublin SA i wyrządzeniem szkody majątkowej w wielkich rozmiarach, tj. o przestępstwo z art. 296 § 1 i 3 kk. Śledztwo obejmowało szereg wątków dotyczących podejmowania przez byłego wiceprezesa Herbapolu Lublin SA Roberta Luśnię decyzji gospodarczych jednoosobowo, z naruszeniem uprawnień przyznanych mu statutem spółki i regulaminem pracy zarządu, w tym […] współpracy spółki Herbapol Lublin z firmami Bemka z Gdańska, Dziedzictwo Polskie z Warszawy i Sandrax z Lublina, i wypłaty na ich rzecz łącznej kwoty 52 000 zł za usługi akwizycyjne i reklamowe […]. W dniu 23 maja 2001 r. umorzono postępowanie w części dotyczącej nadużycia w latach 1996–1998 przez wiceprezesa zarządu Herbapolu Lublin SA Roberta Luśnię przysługujących mu uprawnień poprzez zlecenie dokonywania bez wiedzy pozostałych członków zarządu wypłat środków pieniężnych spółki firmom marketingowym, agencyjno-reklamowym i prasowo-informacyjnym za rzekome usługi marketingowe, analizy polityczno-gospodarcze i reklamy, przez co wyrządził Herbapolowi SA znaczną szkodę majątkową w wysokości 143 960 zł, tj. o przestępstwo z art. 296 § 1 kk – wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego”27. Z tej odpowiedzi wynika, że Luśnia przelał Dziedzictwu Polskiemu pieniądze za reklamy Herbapolu Lublin w piśmie Macierewicza „Głos”.

Spędziłem około tygodnia w Bibliotece Narodowej na dokładnym przeglądaniu wszystkich egzemplarzy „Głosu” z lat 1996–2002. Nie znalazłem tam żadnej reklamy Herbapolu Lublin. W piśmie tak ubogim w reklamy przeoczyć je byłoby trudno. Na wszelki wypadek raz jeszcze przejrzałem wszystkie egzemplarze z tamtych lat. I znowu nic nie znalazłem.

Trafiłem tylko na cennik reklamowy pisma. Powierzchnia reklamowa była w nim tania, nawet jak na owe czasy. Z cennika wynikało, że gdyby Luśnia kupił od Dziedzictwa Polskiego powierzchnię reklamową w „Głosie” za 5 tys. zł, to Herbapol Lublin miałby w tym piśmie pięć reklam na całą stronę! Pięć wielkich reklam – albo np. 200 małych ogłoszeń. Tak czy inaczej byłoby to nie do przeoczenia.

Ale w „Głosie” nie było ani reklam Herbapolu Lublin, ani np. ogłoszeń firm zależnych od Herbapolu. Nawet w formie luźnych wkładek, tzw. insertów (w egzemplarzach zachował się jeden insert, ale nie była to reklama Herbapolu Lublin, tylko ulotka-pocztówka z Matką Boską). Artykułów sponsorowanych promujących produkty Herbapolu też nie było.

21 czerwca 2016 r. w TVP Info rzecznik Macierewicza, słynny Bartłomiej Misiewicz, zarzucił mi niedbałość. Dokładnie powiedział tak: „Te reklamy zostały zamieszczone. To, że «Gazeta Wyborcza» wybiórczo, jak to ma w zwyczaju, przejrzała materiały zgromadzone w Bibliotece Narodowej i nie znalazła… Bardzo przepraszam, te reklamy są zamieszczone, trzeba przejrzeć każdy egzemplarz i dopiero wtedy można o tym pisać”28.

Dwa dni później na łamach „Gazety Wyborczej” poprosiłem rzecznika, żeby wskazał mi te reklamy. Odpowiedzi nie było. Tak samo jak nie było reklam Herbapolu Lublin w gazecie Macierewicza.

Ale skoro reklam nie było, to za co Luśnia płacił Macierewiczowi? Czyżby to była przysługa dla kolegi z fundacji?

Jeden z moich lubelskich informatorów sugeruje, że mogła to być odpłata za przysługę. Dodajmy: odpłata za przysługę, dzięki której Luśnia stał się milionerem.

WARSZAWIAK Z PIENIĘDZMI W LUBLINIE

W latach 60., 70., i 80. Luśnia był niezamożnym warszawiakiem. Ale w połowie lat 90. pojawił się nagle w Lublinie z dużymi pieniędzmi. I wykupił udziały w Herbapolu, stając się jej drugim głównym udziałowcem. Skąd Luśnia miał pieniądze?

Według niektórych informatorów na przełomie lat 80. i 90. handlował z Rosjanami na Stadionie Dziesięciolecia (na słynnym Jarmarku Europa, reklamowanym wtedy jako największy bazar na naszym kontynencie). Luśnia miał handlować ciuchami albo – jak podaje jedno ze źródeł – komputerami i częściami komputerowymi.

Handel z Rosjanami – brzmi ciekawie. A na pewno efektownie. Ale czy na bazarze Luśnia mógł się dorobić aż takich pieniędzy? Mój informator z Lublina, związany z tamtejszym wymiarem sprawiedliwości, sugeruje, że Luśnia czerpał zyski z bardziej lukratywnego biznesu. I że konkretnymi pieniędzmi dysponował już na początku lat 90.: „W 1991 r. Luśnia kupił wytwórnię odczynników chemicznych. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, gdyby nie to, że […] prokuratorzy dopadli dwie wytwórnie amfetaminy pod Warszawą. Bo wcześniej szwedzcy policjanci w Ystad dopadli niejaką panią J. Ona miała cztery butle gazowe wypełnione amfetaminą zamiast gazu […]. Szwedzi powiadomili nas. Namierzając kontakty pani J., trafiliśmy na dwie wytwórnie pod Warszawą. Tam była polska technologia wytwarzania amfetaminy. Okazało się, że polska amfetamina jest robiona z BMK. Taka substancja. No i wtedy sobie przypomnieliśmy, że u Luśni, w jego wytwórni odczynników chemicznych, zaginęło półtorej tony BMK… Jednak śledztwo niczego nie mogło wykazać – było spóźnione o jakieś 9 lat, bo toczyło się w 1999 r.”.

Ale lubelski informator mówi też o jeszcze innym źródle kapitału Luśni. Kasę miał dać… Antoni Macierewicz. Tym razem chodzi o wydarzenia z 1992 r. „Macierewicz otrzymał misję od Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego [prawicowej partii, której Macierewicz był członkiem do roku 1992 – przyp. T.P.]. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych zebrać kasę na kampanię wyborczą dla ZChN-u. To wiem od Wasiutyńskiego. [Wojciech Wasiutyński to wybitny działacz narodowy, po wojnie był na emigracji w Wielkiej Brytanii i USA, zmarł w roku 1994 – przyp. T.P.]. Macierewicz zebrał mnóstwo pieniędzy, co najmniej kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a ZChN nie dostał ani grosza. To poszło na nową partię Macierewicza, Ruch Katolicko-Narodowy. Tam przybocznym Macierewicza od gospodarki był właśnie Luśnia”.

W tym samym czasie prywatyzowano Herbapol Lublin, wtedy jeszcze należący do państwa. Ministerstwo Przekształceń Własnościowych oraz sami pracownicy firmy szukali dla niej inwestora prywatnego. „I Macierewicz wystawił Luśnię jako inwestora” – opowiada dalej mój informator. „Za kasę biednych Polonusów z Ameryki”. To by znaczyło, że Luśnia miał się za co odwdzięczać Macierewiczowi, gdy parę lat później wykupywał nieistniejące reklamy Herbapolu Lublin w piśmie „Głos”.

Ważna uwaga: wiele informacji, które uzyskałem od tego lubelskiego informatora, znalazło później potwierdzenie. Częściowo i ta o wytwórni odczynników chemicznych. Nie wiem, co z niej znikało i za czyją sprawą, ale wiem, że Luśnia faktycznie ją miał. Gdy został posłem i media prześwietliły jego majątek, dopatrzyły się również wytwórni odczynników.

15 listopada 2001 r. „Dziennik Wschodni” w artykule „Oporne ujawnianie majątku” napisał tak: „Z 13 ujawnionych majątków największy ma poseł Robert Luśnia (LPR). Ma liczne akcje, w tym ponad 101 tys. akcji Herbapolu Lublin i 900 Herbapolu Białystok, 100 proc. udziałów w spółce z o.o. ARL Skład Celny i prawie 10tys. udziałów w Przedsiębiorstwie Odczynników Chemicznych [podkreślenie – T.P.], gdzie też zasiada w radzie nadzorczej. Swój ubiegłoroczny dochód z akcji Herbapolu wycenił na 80 960 zł. Oszczędności posła Luśni to 1,1 mln zł i 25 tys. dolarów. Ma też dwa mieszkania (60 i 64 mkw.), dwie inne nieruchomości (nie pisze jakie), samochód terenowy Ssangyong Musso i trzy, liczące po mniej więcej 10 lat, dostawcze mercedesy”29.

W żaden bezpośredni sposób nie udało mi się potwierdzić informacji o tym, jakoby Macierewicz dał Luśni pieniądze na wykupienie udziałów w Herbapolu Lublin. Trafiłem jednak na coś, co świadczy o tym, że tego rodzaju operacje finansowe nie były w wypadku Macierewicza czymś niezwykłym. Być może przyzwyczaił się do takiego dysponowania pieniędzmi jeszcze w czasach podziemia.

Inny z moich informatorów – który zgodził się wystąpić pod nazwiskiem – opowiedział mi o podobnym transferze „kasy z USA”. Również dziwnym i również wykonanym przez Macierewicza… Tyle że w latach 80. Skala transakcji była mniejsza, ale schemat ten sam. Pieniądze przywiezione z Ameryki daje się zaufanemu podstawionemu człowiekowi – a wszystko odbywa się w mocno niejasnych okolicznościach. W tym wątku występuje też Piotr Naimski. To wieloletni przyjaciel i najbliższy współpracownik Macierewicza. Dzisiaj sekretarz stanu w kancelarii premiera i pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Mówi Paweł Barański, dobry znajomy Macierewicza i Naimskiego jeszcze z harcerstwa: „Działo to się w latach 80. Byłem bez roboty. Przyszedł do mnie Naimski i mówi, że oni – Macierewicz i Naimski – dadzą mi pieniądze, regularną pensję! Mam tylko powiedzieć, ile chcę. Powiedziałem, że chcę tyle, ile zarabiałem wcześniej w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego (głodowa pensja). I Naimski co miesiąc mi płacił. Moim zadaniem było założenie biznesu na swoje nazwisko i kupno niezbędnych maszyn. Naimski mówi: nieważne, jaki to będzie biznes, oni to sfinansują. Może np. wyrób torebek z inicjałami… Wszystko jedno, jaki to będzie pomysł. I wszystko na twoje nazwisko, choć ty nie robisz nic, my ci płacimy pensję, dopóki to nie ruszy. Może to był 1985 r. Minęło pół roku, nic nie zrobiłem, maszyny nie kupiłem. Mówię Naimskiemu: nie wezmę nic więcej, bo nic nie zrobiłem. On mnie namawiał, żebym próbował dalej, a ja nie. Skąd Naimski miał te pieniądze? Załatwił je od Ireny Lasoty [działaczki emigracyjnej z Ameryki – przyp. T.P.] w czasie stanu wojennego, gdy Naimski był w USA”.

WOJNY HERBAPOLOWE

Mamy zatem kilka hipotez co do tego, jak zaczęła się przygoda Luśni z Herbapolem Lublin.

A jak się skończyła? Gdy Luśnia miał udziały w Herbapolu Lublin, większościowym udziałowcem i prezesem tej firmy był Józef Godlewski – były działacz antykomunistycznego podziemia. Obaj panowie nawzajem się zwalczali. Według Godlewskiego Luśnia rozbijał firmę. Otaczał się ludźmi z byłych komunistycznych służb specjalnych, ostentacyjnie okazywał antysemityzm, wreszcie spróbował przejąć firmę na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Oskarżył wtedy Godlewskiego – także przed prokuraturą – o bezprawne reprezentowanie innych udziałowców. Były nimi firmy związane z farmaceutycznym potentatem Jerzym Starakiem (do którego jeszcze wrócimy). Firmy te kupiły wcześniej część akcji od Godlewskiego i uczyniły go swym pełnomocnikiem. Sprawa została umorzona.

Godlewski też poszedł do prokuratury. Zgłosił jej, że Luśnia samowolnie przekazuje pieniądze Herbapolu Lublin innym firmom. Była wśród nich spółka Macierewicza, Dziedzictwo Polskie, a także firma Amarant, w której pracował Marcin Gugulski, wieloletni współpracownik Macierewicza, członek władz fundacji Głos.

Śledztwo przekazano prokuraturze krakowskiej, a ona 23 maja 2001 r. umorzyła postępowanie. Godlewski uważa, że to Lech Kaczyński – wówczas minister sprawiedliwości i prokurator generalny – osłonił Luśnię. W krakowskiej prokuraturze pracowali wtedy ludzie oddani Kaczyńskiemu, związani także z bliskim mu Zbigniewem Wassermannem. Ten ostatni pełnił obowiązki prokuratora krajowego, choć nie został powołany na to stanowisko (według mediów przyczyną były zastrzeżenia ówczesnych służb specjalnych co do osoby Wassermanna).

Wracając do Luśni – oskarżał on Godlewskiego o powiązania z farmaceutycznym potentatem Starakiem. Godlewski podejrzewa jednak, że było odwrotnie. To Luśnia mógł działać na rzecz Staraka. Dokładnie rzecz biorąc, Godlewski uważa, że podstawieni przez Staraka ludzie pchali go, aby pozbył się Herbapolu Lublin i sprzedał go potentatowi.

Ich metodą było szerzenie chaosu w firmie po to, żeby Godlewski się zmęczył i zrozumiał, że nie da rady jej prowadzić. A jednym z głównych rozsadników tego chaosu miał być Luśnia.

„Kiedy wyszedł ostry konflikt z Luśnią, zwróciłem się do Staraka, czy nie byłby zainteresowany odkupieniem akcji Herbapolu. Czy to była moja naiwność? Czy byłem jak mąż, który myśli, że w domu rządzi, a żona żyje z innym? Być może oni prowadzili jakieś rozmowy. Był taki moment, że Luśnia rozmawiał z firmą niemiecką i jeździł tam na kilka spotkań, raz nawet mnie wziął… Najpierw Niemcy się pojawiali, a później Starak” – opowiada Godlewski.

Jak się zakończyły „wojny herbapolowe”? W latach 2001–2002 zarówno Godlewski30, jak i Luśnia całkiem pozbyli się swoich udziałów na rzecz Staraka.

Kim jest Starak?

Jerzy Starak to polski oligarcha, a zarazem operujący na światowych rynkach miliarder, gigant branży farmaceutycznej. Związany jest m.in. z Polpharmą. W dokumentach tej firmy występuje przede wszystkim jako przewodniczący rady nadzorczej31. Jednak w mediach piszących o branży farmaceutycznej i biotechnologicznej czytamy, że Starak kontroluje holenderską firmę Genefar BV, która jest jedynym właścicielem Polpharmy32. W 2007 r. „Dziennik” podał, że niektóre dokumenty dotyczące prywatyzacji Polpharmy – którą Starak kupił od państwa polskiego w roku 2000 – tajemniczo zaginęły, być może zostały zniszczone. Chodziło o potwierdzenia wypłat dokonywanych na rzecz firm konsultingowych, za których radą Polpharmę sprzedano Starakowi33.

Nie tylko w Polsce Starak działa przebojowo. Potentat robi interesy w wielu krajach świata, także na obszarze byłego Związku Sowieckiego. Pisze o tym m.in. biznesowy magazyn „Forbes”34. Według doniesień licznych mediów – np. „Pulsu Biznesu” z 14 grudnia 2012 r. – nasz oligarcha kupił jedną z największych rosyjskich firm farmaceutycznych – Akrikhin – i planował dalszą ekspansję w Rosji35.

Wcześniej, w latach 70., Starak robił biznes we Włoszech. A dokładnie – między Włochami a Polską. W latach 80. stworzył tzw. firmę polonijną Comindex i wylansował markę Billy (kultowe wówczas sosy)36. W tym samym czasie współpracował z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa.

W 2007 r. „Dziennik”, a za nim liczne inne media37 ujawniły, że według dokumentów IPN-u Jerzy Starak przez 21 lat był informatorem SB.

Wstępne kontakty między Starakiem a podporucznikiem SB Michałem Figlem nawiązano w 1979 r. Rok później biznesmen podpisał oświadczenie: „Jako lojalny obywatel zobowiązuję się dobrowolnie poinformować Pracowników Służby Bezpieczeństwa PRL o wszelkich negatywnych faktach godzących w żywotne interesy PRL i zachowam ten fakt w tajemnicy przed osobami trzecimi”. Podporucznik Figiel przyjął ten dokument i od tej pory on oraz jego koledzy regularnie spotykali się ze Starakiem. Aż do roku 199038.

Jerzy Starak dokonał czegoś niezwykłego. W komunistycznej Polsce odniósł kapitalistyczny sukces. Czy rozmowy z esbekami jakoś mu w tym pomogły? Nie wiemy. On sam o tych kontaktach nie mówi wiele. Nie zaprzecza swym spotkaniom z esbecją – twierdzi jednak, że uczestniczył w nich biernie, bo SB go „nagabywało”39.

Ciekawostka: prawicowy pisarz i publicysta Bronisław Wildstein przedstawił Staraka w swojej powieści „Dolina nicości”. Występuje on tam jako Albin Nowak – czarny charakter, wszechpotężny oligarcha o komunistycznych korzeniach, demoniczny władca esbeckiego układu.

MILIARDER I MILIONER

Jak wyglądają stosunki Staraka z Luśnią?

Przejęcie Herbapolu Lublin przez Staraka bardzo się Luśni opłaciło. Gdy zrezygnował ze swych udziałów w firmie, dostał za to niemal 15 mln zł. Cytowana przeze mnie wcześniej gazeta „Metro” podaje, że przy tej transakcji Luśnia nie zapłacił podatku. Czemu? Bo zastosowano ciekawą, akrobatyczną sztuczkę rozliczeniową. Spędziłem pół dnia w archiwum warszawskiego Sądu Gospodarczego, próbując zrozumieć, o co w tej sztuczce chodziło. Spróbuję streścić ją tak: Herbapol Lublin i firma Luśni ARL wymieniły się udziałami. Następnie z powrotem oddały sobie te udziały, ale przy tej okazji Luśni wypłacono kilkanaście milionów jako coś w rodzaju wyrównania. Bo udziały ARL, które Luśnia dostał z powrotem, były warte mniej niż udziały w Herbapolu Lublin, które wcześniej za nie dostał…

Czemu ta zasada nie działała przedtem, w drugą stronę? Czemu Luśnia dostał od Herbapolu tanio, by to samo oddać Herbapolowi drożej? Czyżby Jerzy Starak jakoś szczególnie cenił sobie Luśnię?

Dodam jeszcze, że na swej stronie internetowej firma Intrograf Lublin – należąca do Luśni i produkująca opakowania do leków – chwali się tym, że obsługuje wielkich klientów. Wymienia wśród nich Polpharmę Jerzego Staraka40.

PIERWSZY BANKSTER TRZECIEJ RZECZPOSPOLITEJ

Odbiegniemy na chwilę od Luśni i jego powiązań biznesowych. Ale zostaniemy przy amerykańsko-polskich transferach gotówki. I przy mglistych początkach kapitalizmu w naszym kraju. To będzie kolejna opowieść o kimś, kto przyjechał z Ameryki i żonglował cudzymi pieniędzmi. W tym samym mieście, w którym działał Luśnia, aczkolwiek nieco wcześniej.

Wyobraźmy sobie człowieka, któremu udaje się wyemigrować z komunistycznego Związku Sowieckiego do USA w 1976 r. Spragniony wolności emigrant zostaje przedsiębiorcą w liberalnej Ameryce. I wyobraźmy sobie, że po 12 latach – w roku 1988 r. – nasz bohater znowu ucieka. Tym razem ze Stanów do… komunistycznej Polski. Dlaczego? Bo w USA ścigają go za oszustwa podatkowe. Ten niezwykły dżentelmen nazywa się David Bogatin.

Co robi Bogatin po przybyciu do Polski? Oczywiście zajmuje się biznesem. Zakłada prywatne przedsiębiorstwo Sun-Pol, eksportujące mrożone warzywa i szyjące ubrania. Jakim cudem komunistyczne władze na to pozwalają? Komuna się kończy, polscy komuniści zachęcają obywateli do przedsiębiorczości. Żeby rozkręcić gospodarkę, zapraszają zagranicznych inwestorów… Ale raczej nie przestępców. I na pewno nie chcą, żeby plątali im się pod nogami jacyś emigranci z ZSRR. Oni przecież zdradzili ojczyznę światowego komunizmu!

Przypomnę: w krajach komunistycznych emigracja na Zachód była traktowana jak zdrada. Czasy się zmieniały i wrogość wobec Stanów Zjednoczonych malała, niemniej obecność w Polsce takiego zdrajcy jak emigrant z ZSRR do USA ciągle mogła drażnić „radzieckich towarzyszy”. A oni wciąż mieli w Polsce dużo do powiedzenia. Mimo to Bogatin rozpoczął działalność w PRL-u bez przeszkód. Jakby był pod czyjąś specjalną ochroną.

Dziennikarz śledczy Jacek Łęski, który zajmował się wtedy sprawą Bogatina w Lublinie, wspomina: „Przyleciał ze Stanów… i wszyscy się nim zachwycili. Jego głównym wspólnikiem był niejaki A., uważany w Lublinie za szarą eminencję. Wywodził się z prywatnego biznesu, ale wskazywano go jako człowieka służb”.

W 1991 r. Bogatin założył Pierwszy Komercyjny Bank w Lublinie (drugi prywatny bank w Polsce). Miał w nim 97,5 proc. akcji. Pod koniec 1991 r. bank zatrudniał już 200 pracowników. Polacy powierzyli mu ponad 800 mld starych złotych (80 mln nowych złotych – co wtedy było znaczącą sumą nawet dla bankiera). Piszę „Polacy”, nie „lublinianie”, bo bank zaczął otwierać oddziały w innych miastach. Szefem warszawskiej placówki został poseł SLD, wcześniej PZPR – Wiesław Kaczmarek. Tak, ten sam, który później był ministrem skarbu w rządzie Leszka Millera. Według Łęskiego Kaczmarek oprowadzał Bogatina po warszawskich salonach i zapoznawał go z wpływowymi osobami w stolicy.

Kapitał zakładowy na rozpoczęcie działalności bankowej Bogatin uzyskał z PKO SA. Wyłudził te pieniądze jako kredyt na inną, fikcyjną inwestycję. Dla niepoznaki pieniądze, zanim trafiły z jednego banku do drugiego, jeszcze nieistniejącego, przepuszczono przez Austrię.

Jeden z informatorów twierdzi, że to „kredytowe wypompowanie” pieniędzy poszło gładko, bo w V Oddziale PKO SA pracowała niejaka Grażyna C. Pani C. była kochanką pana A., polskiego wspólnika Bogatina. To ona miała zadbać, żeby jej facet i jego kolega dostali swój kredyt.

Zdaniem tego samego informatora pan A. był „opiekunem” Bogatina z ramienia komunistycznych służb specjalnych. Służby te lubiły przydzielać takich opiekunów zagranicznym inwestorom, żeby ich przypilnować i w miarę możności oskubać.

Ale w 1991 r. komunistycznych służb specjalnych już nie było. Był Urząd Ochrony Państwa, powołany w wolnej Polsce. W lubelskim oddziale pracował Zbigniew Niezgoda, człowiek wówczas młody, dziś już niestety nieżyjący. Niezwiązany z poprzednim systemem i według tych, którzy go znali, uczciwy. Szybko zaczął podejrzewać Bogatina i jego bank o łamanie prawa. Kolega Niezgody z lubelskiego UOP-u mówi tak: „Badaliśmy sprawy własnościowe nowo powstałych spółek. I Niezgoda w Rejestrze Handlowym znalazł «chachmęty» przy Pierwszym Komercyjnym Banku Bogatina”. Na czym one polegały? Nie tylko na „pompowaniu” pieniędzy z PKO SA. „Wypompowany” kapitał zakładowy dodatkowo został „podpompowany”. Bogatin i jego wspólnik A. udawali, że mają więcej pieniędzy. Żeby uzyskać prawo do wejścia na giełdę, przedstawili państwowym organom nadzoru dokumenty zawierające nieprawdę, m.in. przedstawili się jako właściciele koncernu Sun-Pol Holding. Tymczasem takiego koncernu w ogóle nie było – było tylko przedsiębiorstwo mrożonkowo-krawieckie Sun-Pol SA. Na łamach „Gazety Wyborczej” wspomniany dziennikarz śledczy Jacek Łęski opisał „pompowanie” kapitału przez bank Bogatina. Gazeta dowiedziała się też, że „pan z Ameryki” jest w tej Ameryce ścigany za oszustwa podatkowe. Wybuchła panika. Klienci rzucili się do banku, aby wycofywać z niego pieniądze. Bogatin próbował ich powstrzymać41. Obiecał, że każdy klient, który przez rok nie wycofa swego depozytu, weźmie udział w losowaniu nagród specjalnych. Miały to być mieszkania i samochody42. Ale i to nie pomogło. Szczególnie po tym, jak funkcjonariusz Niezgoda z lubelskiego UOP-u osiągnął swój cel i aresztował Bogatina.

MASZYNKA DO NIEPŁACENIA PODATKÓW

Zanim odkryła ją „Gazeta Wyborcza”, nikt w Polsce nie wiedział o przestępczej działalności Bogatina w Stanach Zjednoczonych. A jeśli ktoś wiedział, to siedział cicho. Co to była za działalność?

30 kwietnia 1992 r. „New York Times” poświęcił Davidowi Bogatinowi cały artykuł43. Wynika z niego, że Bogatin stworzył w USA „maszynkę do niepłacenia podatków”. Był to złożony mechanizm polegający na wielkiej liczbie transferów pieniężnych z wykorzystaniem fikcyjnych papierów i firm. Dzięki temu wynalazkowi Bogatin nie zapłacił podatku od 15 mln galonów benzyny, które sprzedał stacjom paliwowym. W procederze razem z Bogatinem uczestniczyła grupa innych imigrantów z Rosji i Europy Wschodniej. Porządku pilnował Michael Franzese, „kapitan” nowojorskiej mafijnej rodziny Colombo.

Sycylijczyk i Rosjanie? Nic w tym dziwnego.

SOJUZ? BENISSIMO!

Dekadę wcześniej włosko-amerykańscy i rosyjscy przestępcy w Nowym Jorku zawarli sojusz. Pisało o tym wielu ekspertów. Przede wszystkim wybitny dziennikarz śledczy Robert I. Friedman, który dokładnie opisał to przymierze w słynnej książce „Czerwona mafia…”44.

Jeden z pierwszych bossów rosyjskiej mafii – Jewsiej Agron – mimo swego legendarnego okrucieństwa nie do końca umiał podporządkować sobie nowojorskich rosyjskich bandytów. Nic dziwnego, skoro byli wśród nich ludzie tacy jak wspomniany już w tej książce morderca Monia Elson.

Według oficjalnych doniesień Elson ma na sumieniu co najmniej sto ofiar. Część z nich zabił z udziałem swej żony Mariny45. W latach 90. gazety pisały, że Monia Elson nosi w swoim ciele pięć kul wystrzelonych przez wrogich mu gangsterów. Z kolei pani Elson aż czternaście46. Na lotniskach oboje mają z tym problem – wykrywacz metalu zawsze dzwoni, gdy przechodzą przez bramkę… Monia zajmował się też przemytem narkotyków. W latach 80. potrafił pojawić się nagle w samym środku południowoamerykańskiej dżungli, żeby wydostać towar od producenta. Nie znał nawet wówczas hiszpańskiego47. Można się domyślać, że rozmawiał za pomocą pistoletu.

Jak zapanować nad takimi dżentelmenami? Szukając wsparcia, rosyjski boss Agron zwrócił się do potężnej sycylijskiej rodziny Genovese. Nie uchroniło go to od śmierci i w maju 1985 r. został zamordowany. Najpewniej za sprawą swojego doradcy Marata Bałaguły, który zajął jego miejsce. Ale Bałaguła jeszcze ściślej współpracował z rodziną Genovese i innymi Włochami. Według Friedmana kontrola nad stacjami paliwowymi w Nowym Jorku umocniła pozycję nowego bossa i zaskarbiła mu szacunek włoskiej mafii48.

Jaki biznes robił Bałaguła? Sprzedawał benzynę stacjom paliw i nie płacił podatków od przychodów z tej sprzedaży, ukrywając je w gąszczu fikcyjnych firm i papierów.

Jednym słowem robił to co Bogatin. A raczej Bogatin robił to co Bałaguła. I najprawdopodobniej dla niego albo z nim. W końcu to Bałaguła był królem rosyjskich przekrętów w Nowym Jorku. Zaznaczę jednak: królem w Nowym Jorku, nie carem na świecie. Za nowojorską mafią rosyjską kryły się jeszcze potężniejsze siły. Nad Bogatinem i Bałagułą stał groźniejszy przestępca.

WSZYSTKO ZGODNIE Z INSTRUKCJĄ

Skąd bandyci z Moskwy, Leningradu i Odessy wzięli się w Nowym Jorku? I dlaczego tak łatwo dogadali się z Włochami?

W latach 70. i 80. sowieckie służby specjalne zaczęły wypuszczać do USA bandytów z ZSRR. Na początku było wśród nich wielu Żydów – dlatego rosyjską mafię w Nowym Jorku nazywano „Kosher Nostra”. Z czasem przybywało coraz więcej bandytów „rdzennie rosyjskich”. Pojawiali się także przedstawiciele muzułmańskich narodów ZSRR. Więzi etniczne na pewno pomagały cementować organizację. Jednak najważniejszym spoiwem było co innego.

Bandyci przed wyjazdem otrzymywali odpowiednie instrukcje od sowieckich służb specjalnych. Przestępcy wiedzieli, że dostają wolność w zamian za posłuszeństwo. Mieli nie tylko dzielić się łupem z sowieckimi służbami, ale także infiltrować amerykańskie środowiska przestępcze i biznesowe. A gdyby się dało, to również werbować agentów dla swoich mocodawców.

Te „służbowe” wytyczne były ważniejsze niż etniczna duma. Dlatego sowieccy gangsterzy szybko dogadali się z sycylijskimi rodzinami, które rządziły większą częścią miasta i stanu Nowy Jork. Panowie czasem do siebie strzelali, bo w tej branży to nieuniknione. Ale zwykle woleli wspólnie zarabiać.

Od czasu do czasu tworzył się morderczo-biznesowy rosyjsko-sycylijski przekładaniec. Specjalista od przestępczości zorganizowanej Jerry Capeci opisuje taką sytuację z początku lat 90.: bandyta Wiktor Zylber, prowadzący rosyjski night club „Rasputin”, musiał płacić haracz Elsonowi, poprosił więc sycylijskiego kolegę, Anthony’ego Palumbo, żeby ten Elsona zabił. Palumbo był chętny, ale najpierw musiał uzyskać zgodę swego bossa – niejakiego Daniela Pagano, związanego z potężnymi sycylijskimi rodzinami Gambino i Genovese. Tymczasem Pagano zarabiał na każdym galonie benzyny sprzedawanym przez Rosjan. Gdy usłyszał o planowanym zabiciu Elsona, krzyknął: „Pojebało was?! Nie ma, kurwa, mowy! Jeśli to zrobicie, będziemy mieć duży problem z ruskimi”49.

ŁEBSKI BOSS I JEGO BOGATIN

Daniel Pagano miał rację. W latach 90. Monia Elson znaczył coraz więcej w mafii rosyjskiej, nie tylko tej nowojorskiej, ale i globalnej. Stał się wspólnikiem Siemiona Mogilewicza – Łebskiego Bossa.

Przypomnijmy: Mogilewicz to wybitnie inteligentny gangster-finansista, który cieszy się największym zaufaniem rosyjskich służb. Z ramienia Kremla kontroluje organizacje przestępcze w wielu krajach świata. Dlatego też jest dobrze znany w mafijnych środowiskach włoskich po obu stronach oceanu – włącznie z neapolitańską kamorrą50.

W gronie ludzi Mogilewicza był też nasz bankster z Lublina, David Bogatin. W książce „Czerwona mafia…” Friedman szczegółowo opisuje działalność brata Davida, Jacoba, który był wykonawcą finansowych operacji wymyślonych przez Mogilewicza. Realizował je m.in. w Kanadzie. Robił to, co jego brat w USA i w Polsce: tworzył firmy wydmuszki. Tyle że w wypadku Jacoba Bogatina cel tych wydmuszek był inny. Chodziło o wprowadzenie na amerykański rynek mafijnego kapitału Mogilewicza w taki sposób, żeby nikt się nie zorientował. W Kanadzie nadzór finansowy nad spółkami był słabszy niż w Ameryce i lis łatwiej mógł się wśliznąć do kurnika. A potem prześliznąć do Stanów Zjednoczonych, bo Amerykanie mieli zaufanie do kanadyjskich firm51.

O samym Davidzie Bogatinie Friedman pisał tak: „Jedna z najważniejszych postaci rosyjskiej przestępczości w Ameryce. Kiedyś walczył w Wietnamie Północnym w sowieckiej jednostce przeciwlotniczej, a teraz odsiaduje ośmioletni wyrok za wielomilionowe oszustwa podatkowe w branży paliwowej. Przed procesem David Bogatin […] uciekł do Polski, gdzie zakładał pierwsze komercyjne banki w tym kraju, które przerzucały wielkie sumy pieniędzy na zlecenie rosyjskich gangsterów […]. Jego europejskie biznesy zostały przejęte przez Siergieja Michajłowa [szefa związanej z Mogilewiczem mafii sołncewskiej, o której była mowa we wstępie – przyp. T.P.]”. Friedman dodaje jeszcze: „Zanim [David Bogatin – przyp. T.P.] uciekł z Ameryki, przekazał członkowi rodziny Genovese pięć spłacanych przez siebie apartamentów w Trump Tower. Hipoteki zostały unieważnione, a fundusze – przelane do mafijnego banku na Manhattanie”52.

Ta informacja dodatkowo upewnia nas, że Bogatin współdziałał z Bałagułą – skoro obaj współpracowali z rodziną Genovese. Ale najciekawszy jest inny fragment tekstu Friedmana, ten o walkach w sowieckiej jednostce przeciwlotniczej w Wietnamie Północnym. Jeżeli David Bogatin rzeczywiście walczył w sowieckim oddziale działającym za granicą – to musiał mieć kontakty z sowieckim wywiadem wojskowym GRU. Gdy ZSRR wysyłał swych żołnierzy w świat, zawsze towarzyszyli im wywiadowcy.

Dodam, że informacje podawane przez Friedmana zwykle się potwierdzają. Nikt tak jak on nie poznał rosyjskiej mafii w USA. „Zaangażowany zawodowiec […]. Pozwy i groźby śmierci szły za nim przez całe życie […]. Ale od sądów nie ucierpiał, bo nigdy nie popełnił poważniejszego błędu […]. Jego reportaże miały moc niewygodnej prawdy” – pisano o nim po jego śmierci w roku 200253.

Rosyjski wywiad wojskowy GRU w tej opowieści jeszcze powróci. Na razie my powróćmy do Lublina. I do funkcjonariusza UOP-u Zbigniewa Niezgody.

ZAGINIONE PAPIERY LUŚNI

Niestety, Zbigniew Niezgoda zmarł w roku 2015, ale zostawił wielu przyjaciół, którzy chętnie go wspominają. O nieżyjących zwykle nie mówi się źle – jednak nawet o zasłużonych zmarłych rzadko można usłyszeć tyle dobrych słów: „Kryształowa postać”, „Państwowiec”, „Honorowy człowiek”.

Jednym z przyjaciół Niezgody był Włodzimierz Blajerski – prokurator krajowy w stanie spoczynku. W PRL-u działał w antykomunistycznym podziemiu. W latach 1983–1984 był więziony przez komunistów. W wolnej Polsce był działaczem ZChN-u, pełnił też funkcję wiceministra spraw wewnętrznych. W 1993 r. zaczął pracować jako prokurator. Kierował Prokuraturą Apelacyjną w Lublinie. Jest też współzałożycielem inicjatywy Ujawnić Prawdę – grupy weteranów podziemia, która walczy o demaskację byłych esbeków.