Łzy w deszczu - Witold Meszuge - ebook
Opis

Łzy w deszczu” to książka o duchowości (nie mylić z religijnością!), o rozwoju osobistym, o rzeczywistości, o Bogu — jakkolwiek Go rozumujemy — o miłości, wreszcie o przebudzeniu emocjonalnym i duchowym, które dostępna jest wielu ludziom. Mijają lata i coraz częściej okazuje się, że pozornie zwariowane pomysły i niby to szalone rozwiązania, proponowane przez Meszuge, pomagają wielu ludziom wyraźnie odmienić, poprawić niematerialną jakość swego życia oraz poziom relacji z innymi i… samym sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Witold ps. Meszuge

Łzy w deszczu

© Witold ps. Meszuge, 2019

„Łzy w deszczu” to książka o duchowości (nie mylić z religijnością!), o rozwoju osobistym, o rzeczywistości, o Bogu — jakkolwiek Go rozumujemy — o miłości, wreszcie o przebudzeniu emocjonalnym i duchowym, które dostępna jest wielu ludziom.

Mijają lata i coraz częściej okazuje się, że pozornie zwariowane pomysły i niby to szalone rozwiązania, proponowane przez Meszuge, pomagają wielu ludziom wyraźnie odmienić, poprawić niematerialną jakość swego życia oraz poziom relacji z innymi i… samym sobą.

ISBN 978-83-8189-377-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz — Mahatma Gandhi

Wstęp, wprowadzenie

„Łzy w deszczu” jest to książka o duchowości (nie mylić z religijnością!), o rozwoju osobistym, o rzeczywistości, o Bogu — jakkolwiek Go rozumiemy — o miłości, wreszcie o przebudzaniu (to jest proces!) duchowym, emocjonalnym, a dokładniej o tej szczególnej, rozwojowej, jakby edukacyjnej ich formie, która — jestem o tym przekonany — dostępna jest wielu, a nie wyłącznie wybranym, wyjątkowym ludziom. Choć jednak nie wszystkim.

Akurat sięgał po stare sandały, gdy w tym właśnie momencie został przebudzony — to jest przebudzenie dokładnie w stylu Anthony’ego de Mello SJ. Wielu mistyków i świętych mężów doznawało przebudzenia w efekcie wieloletniego pustelnictwa oraz konsumpcji szarańczy z miodem i… nie ma co kpić, to też bywało skuteczne. Jeśli jednak kogoś takie pomysły nie pociągają, nie chce bezczynnie czekać, aż samo coś tam się zdarzy, nie nosi sandałów albo nie lubi miodu, to proponuję tu inne rozwiązania — na pewno mniej spektakularne, wymagające więcej wysiłku, pracy, cierpienia i wyrzeczeń, ale też niosące realną szansę na dużo bardziej świadome życie, na znacznie pełniejsze doświadczanie rzeczywistości. Może nawet na pozbawiony infantylności kontakt z Bogiem…

Praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, trzy piwa, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, pół litra, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, cztery piwa, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, seks, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen, praca, zakupy, dom, dzieci, telewizor, sen… Czy jest to książka dla kogoś, kto żyje w ten sposób? Być może. Natomiast na pewno nie jest dla kogoś, komu się takie właśnie życie podoba i kogo w pełni satysfakcjonuje. Nie ma sensu naprawiać czegoś, co nie jest popsute. O ile naprawdę nie jest.

Łzy w deszczu składają się z czterech części (Kim jesteś… kim jestem? to coś więcej niż tylko kilka zdań o autorze) napisanych w różnym stylu i w odmiennej konwencji. Nigdy nie ma pewności, co i jak na konkretnego odbiorcę podziała, to po pierwsze, a po drugie — wzrost poziomu świadomości, znacząca poprawa kontaktu z rzeczywistością, wreszcie oświecenie czy przebudzenie, jeśli ktoś takie określenia preferuje, odbywać się mogą na płaszczyźnie emocjonalnej, duchowej, intelektualnej, lub religijnej, bo nie jest prawdą, że musi tu działać zasada: wszystko albo nic; owszem, może, ale nie musi. Często bywa, że rozwój duchowy, stymuluje korzystne zmiany w pozostałych sferach.

Nikomu nie jestem w stanie obiecać żadnego oświecenia czy przebudzenia (bardzo nie lubię tych bombastycznych określeń, ale do tego jeszcze wrócę), ale chyba warto podjąć wyzwanie, polegające na uważnej lekturze jednej książki, choćby po to tylko, aby zyskać szansę na świadomą obecność we własnym życiu, a tym samym lepszą jego jakość.

W Łzach w deszczu prędzej czy później czytelnik natknie się zapewne na treści, które wydadzą mu się jakby znajome, gdzieś już czytane albo zasłyszane. To najzupełniej normalne, a nawet oczywiste. Niemniej dobrze jeszcze pamiętam, jak się czułem, kiedy pierwszy raz w życiu znalazłem w jakiejś książce swoje własne słowa i myśli: była to mieszanka dumy — widać to, co wymyśliłem, nie jest aż takie głupie, jeśli ktoś jeszcze to potwierdza, poprzez obawę — a co będzie, jeśli ktoś posądzi mnie o plagiat? — do złości na samego siebie — przecież ja to wszystko sam, sam naprawdę! — i zniechęcenia, bo okazywało się, że wpakowałem mnóstwo czasu i energii w odkrywanie czegoś, co już jest znane i opisane.

Trochę czasu musiało minąć, zanim zrozumiałem to, co Emerson najwyraźniej wiedział już dość dawno temu: Jutro ktoś obcy będzie miał absolutną słuszność, mówiąc to, cośmy myśleli i czuli przez cały czas[1]. Jeszcze trochę później przyszła świadomość oczywistości: przecież rzeczywistość jest jedna! Cóż więc dziwnego w tym, że ludzie ją opisujący robią to podobnie? Jeśli teraz znajduję swoje przekonania u Prentice`a Mulforda, Eckharta Tolle, Ignacego Loyoli, Thomasa Hämerkena, Anthony’ego de Mello i wielu, wielu innych, czuję szacunek, zrozumienie i bliskość.

Jestem absolutnie przekonany, że gdybym przeczytał jeszcze z dziesięć razy więcej książek, niż do tej pory przeczytałem, to znalazłbym w nich, po kawałku, wszystkie te swoje wielkie odkrycia. Tylko czy wtedy byłyby one tak bardzo moje?

Czym jeszcze, a może czym przede wszystkim, są Łzy w deszczu? Przypomnieniem, że tym, co tak naprawdę liczy się w życiu, jest: otwarty umysł, gorące serce, czyste intencje, wiara i miłość. I zapewniam, z pełną odpowiedzialnością, że nie potrzeba już nic więcej, bo istotą satysfakcjonującego, spełnionego, świadomego życia człowieka jest nieustający proces rozpoznawania oraz doświadczania rzeczywistości, poznawania samego siebie, nieuchronnie związane z procesami poznawania cierpienia, i nieustająca zmiana.

[1] Ralph Waldo Emerson, poeta, eseista, pisarz i myśliciel, nazywany mędrcem z Concord, esej O poleganiu na sobie; cytowane zdanie, znaleźć można w Internecie w różnych, choć znaczeniowo podobnych wersjach, na przykład: …ktoś obcy wypowie jutro z mistrzowskim zdrowym rozsądkiem dokładnie to właśnie, cośmy myśleli i czuli cały czas…

Kim jesteś… kim jestem?

Ćwierć wieku temu nie byłem pisarzem. Fakt, że miałem już w tym czasie gotowe ponad połowę książki, poradnika na temat fotografii i fotografowania, techniki i technologii tej sztuki, oraz całą masę całkiem niezłych prologów i epilogów — na wypełnienie przestrzeni między nimi jakoś nigdy nie starczało mi czasu i niezbędnej cierpliwości — nie zmieniał zupełnie postaci rzeczy.

W latach osiemdziesiątych XX wieku w moim życiu działo się bardzo wiele: zachorowała i zmarła matka, brat wyjechał na stałe za granicę, zmieniłem pracę, rozpocząłem (i szybko zakończyłem) studiowanie pedagogiki kulturalno-oświatowej, rozwiodłem się… Wir istotnych w końcu wydarzeń, który — wydawałoby się — powinien wciągać mnie i pochłaniać całkowicie, powodował, co może wydawać się paradoksalne, że właściwie ślizgałem się jedynie po powierzchni zdarzeń, skutecznie i solidnie odizolowany od rzeczywistości i niezdolny w związku z tym do jakiegoś świadomego w niej zanurzenia, a to zupełnie wykluczało pisarstwo. Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o to, aby być obecnym w rzeczywistości i własnym życiu, obecnym całym sercem, umysłem i duszą, i nieustannie poszukiwać w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co — tylko pozornie — wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, jak to w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele zwyczajne, a jeszcze mniej powszednie czy banalne.

Kiedy kończyłem czytać dwutysięczną książkę, albo coś koło tego, wydarzyło się coś dziwnego, choć jednocześnie jak gdyby od dawna oczekiwanego: zobaczyłem fragmenty opisywanej w niej rzeczywistości. Właśnie tak — rzeczywistości, a nie tylko jej autorskiej interpretacji, choć oczywiście i ta jest ważna… w przypadku dobrej literatury może nawet ważniejsza. Była to akurat książka Stefana Wiecheckiego („Wiecha”), a sam tekst dotyczył bardzo zabawnych wydarzeń w Sądzie Grodzkim, z chałatowymi (chodzi o Żydów) mieszkańcami ulicy Krochmalnej w rolach głównych. Nie sądzę jednak, żeby to właśnie miało jakieś istotne znaczenie, chociaż z drugiej strony… Może w ten sposób rzeczywistość chciała mi pokazać swoją jakże przewrotną naturę? Warto bowiem rozumieć i pamiętać, że i słowa potrafią kreować całkiem udatne wizje rzeczywistości albo jej fragmentom, okruchom, nadawać fascynujący kształt, sens i znaczenie.

Nie trzeba było wiele czasu, żebym potrafił zobaczyć fragmenty rzeczywistości także w innych książkach. Okazało się wówczas, że Mann, Kirst, Simonow, Remarque, Steinbeck, Grzesiuk, Kafka, Hemingway, Musil, Sienkiewicz i wielu, wielu innych, pisząc o rzeczywistości, tworzyli jednocześnie własną jej wersję.

Nie byłem pisarzem, zajęty spektakularną karierą zawodową w państwowym przedsiębiorstwie handlowym, odkrywaniem złożonych zalet koktajlu Manhattan oraz uroków odzyskanej właśnie wolności. Minąć musiał jeszcze czas jakiś, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne! Mogłem się tylko uśmiechnąć. Ja wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów.

Dość długo trapiła mnie ostatnia już tylko wątpliwość: podobno z potrzeby serca piszą grafomani, no bo prawdziwi pisarze tworzą przecież za pieniądze, jednak kiedy zainkasowałem pierwsze (skromne) honorarium autorskie, problem automatycznie przestał istnieć.

Czemu pisarstwo? Do pewnego stopnia odpowiedź wydaje się dość prosta: realizacja dziecinnych marzeń. Właśnie tak! Bo podobno nigdy nie jest za późno, by mieć szczęśliwe dzieciństwo. Nigdy jakoś nie pragnąłem być strażakiem, kominiarzem, sportowcem, czy gwiazdą estrady. Kiedy miałem zaledwie kilka lat, na pytanie kogoś z rodziny zdradziłem, że chcę być emerytem albo rencistą (pojęć tych w tym czasie nie odróżniałem), a nieco później, myślę, że na początku szkoły podstawowej, czyli już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych książek, doszło do tego drugie marzenie, aby w przyszłości, kiedyś, zostać pisarzem. I tak spełniły się oba moje marzenia z dzieciństwa, chociaż przyznaję, że praktyczną realizację tego pierwszego zdecydowanie inaczej sobie wyobrażałem, szczególnie w kwestii finansowej. Poza tym, i kto wie, czy to właśnie nie jest najważniejsze, książki zawsze miały dla mnie w sobie coś magicznego, tak więc najpierw — trening? rozbieg? — zostałem księgarzem. Właściwie nadal nim jestem, bo księgarz to nie tylko zajęcie — to charakter. I przeznaczenie.

Sklep, choćby nawet nazywany szumnie salonem, jak na przykład Empik, lub stoisko z książkami w hipermarkecie, to jednak nie jest księgarnia, a osoby wykładające towar i sprzedające w takim miejscu nie są automatycznie księgarzami. Fakt, czasem w księgarni pracowali również sprzedawcy. Dotyczyło to tylko tych księgarń, w których, oprócz wydawnictw książkowych i innych, sprzedawano również artykuły papiernicze, biurowe oraz szkolne (tak, papier toaletowy także). Sprzedawcy obsługiwali takie właśnie działy.

Księgarz to był liczący się, ważny tytuł zawodowy. Osoba rozpoczynająca pracę w księgarni (w dawnych oraz politycznie niepoprawnych czasach) startowała od tytułu kandydata księgarskiego. Następne szczeble to: młodszy księgarz, księgarz, starszy księgarz i kierownik księgarni, rozumiany tu jako tytuł zawodowy, a nie stanowisko służbowe. Promocja na następny poziom wiązała się z poważnym egzaminem księgarskim. Podczas tego pierwszego, to jest z kandydata księgarskiego na młodszego księgarza, wymagano, między innymi, biegłej znajomości wszystkich działów księgarskich oraz umiejętności kwalifikowania do nich tysięcy książek. Latami krążyła w środowisku anegdota o pewnej pani, która na pytanie, w jakim dziale powinien znaleźć się Folwarkzwierzęcy George`a Orwella odpowiedziała podobno, że w Rolnictwo-Hodowla. Dalsze egzaminy były oczywiście coraz trudniejsze. A na imprezach księgarskich świetnie się bawiliśmy we własnym, zamkniętym gronie, układając na czas niewielkie teksty, zwykle jednostronicowe, zbudowane z tytułów znanych i pamiętanych książek.

Określenie księgarz automatycznie i w sposób całkowicie naturalny oznaczało wówczas sporą wiedzę na temat literatury oraz solidne oczytanie. Bardzo solidne.

Księgarze żyli jak gdyby w innym świecie, a ściśle mówiąc, na granicy kilku światów. Już zderzenie sztuki, a nie ulega chyba wątpliwości, że literatura, książki, pisarstwo, to sztuka i to przez duże „S”, z handlem, sprzedawaniem towarów, było niezwykle ciekawym i pouczającym doświadczeniem, ale i wielkim wyzwaniem. Kolejny świat księgarza tworzyli czytelnicy (tak się wtedy nazywało klientów księgarń), to znaczy ludzie kupujący książki i — co najważniejsze — czytający książki. Jeśli nawet to, co czytali, nie zaliczało się do literatury specjalnie ambitnej, to i tak bardzo łatwo było ich odróżnić od tych ze świata jeszcze innego, to jest ludzi, którzy książek w zasadzie w ogóle nie czytają. Ci pojawiali się w księgarniach sporadycznie, może nawet zupełnie przypadkowo, gdy potrzebowali podręcznik dla dziecka, prezent dla przyjaciela, o którym słyszeli, że dziwak, podobno lubi czytać, albo po prostu dlatego, że deszcz zaczął padać.

Kontakt księgarza z czytelnikami był normalny i naturalny; kontakt z pozostałymi, przypadkowymi klientami bywał wyzwaniem, źródłem stresów (i nie jest wykluczone, że dla obu stron), ale też i kopalnią doświadczeń — w tym również zabawnych czy wręcz groteskowych. Miałem nawet kiedyś pomysł, by spisywać je i zebrać w zbiorku anegdot księgarskich, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. Z różnych powodów, choćby dlatego, że niektóre z nich byłyby zrozumiałe i zabawne chyba tylko dla księgarzy.

Prostą i nieomalże codzienną rozrywkę, choć może nie na najwyższym poziomie, stanowiły pomyłki w tytułach książek, na przykład: Materiałoznawstwo z towarzystwem (zamiast … z towaroznawstwem), Krzywe studio (zamiast3D studio) itp. Niezwykle pocieszna była namiętna dyskusja mojej koleżanki z czytelnikiem na temat żurawi, zważywszy na fakt, że ona miała cały czas na myśli gatunek dużego ptaka, a on portowe dźwigi. Dwie takie historyjki opowiem nieco szerzej.

Przychodzi do księgarni pani z kartką w ręce — normalne zjawisko w czasach, w których każda szkoła, a nawet każdy nauczyciel mogli wymyślić dla swoich uczniów właściwie dowolny zestaw podręczników — podaje mi ją i pyta, czy dostanie tę książkę. Na kartce drukowanymi literami napisane było: ADAM MICKIEWICZ, PAN TADEUSZ. Bez zbędnych komentarzy przyniosłem z regału Pana Tadeusza, a wtedy pani zadała pytanie: „Ale czy to na pewno właściwa książka? Bo ona na wywiadówce w szkole słyszała, że teraz jest wiele podręczników o takich samych tytułach, ale różnych autorów…”.

Przychodzi przemiła pani do księgarni i pyta o Małego Księcia (Antoine de Saint-Exupéry). Podchodzę do odpowiedniego regału i sprawdzam. Pani prycha za moimi plecami z dezaprobatą, więc odwracam się zaciekawiony i słyszę pogardliwym tonem wygłoszone pytanie: To tutaj pan tego szuka? TUTAJ?! I wymownie spogląda na tabliczkę informacyjną z nazwą działu: Literatura francuska dla dzieci i młodzieży. Nieco już zdezorientowany i odrobinę zbity z tropu odpowiadam, że owszem, tu, bo niby gdzie miałbym szukać? Wtedy pani z wyższością informuje mnie, że szukam w literaturze francuskiej, a tego Małego Księcia nauczycielka poleciła jej córce przeczytać podczas lekcji języka polskiego.

Czasy się zmieniły, dziś — parafrazując słowa znanej piosenki — dziś prawdziwych księgarzy już nie ma… A sprzedawcy w sklepach i na stoiskach z książkami potrafią wyczyniać, kto wie czy nie lepsze cuda, ale to już zupełnie inna historia.

Religia, wyznanie. Po przeróżnych perypetiach, eksperymentach, poszukiwaniach, złych wyborach, błędnych decyzjach, według stanu na koniec roku 2019, jestem i czuję się kwakrem o orientacji chrześcijańskiej. O tym jeszcze będzie.

Wreszcie związki. Pewnego dnia rano byłem człowiekiem żonatym. Po orzeczeniu przez sąd rozwodu tego samego dnia po południu — już nie. Oglądając się tego dnia w lustrze, rano i wieczorem, nie zauważyłem żadnej różnicy, ale może faktycznie jakaś nastąpiła, tylko ją przeoczyłem? A jeśli rzeczywiście przeoczyłem, to czyżby dlatego że zarówno według prawa kanonicznego, jak i naturalnego nigdy nie byłem żonaty? Jednak niuanse norm prawnych, dotyczących ślubu katoliczki z kimś, kto nie został ochrzczony według żadnego obrządku, z przyjemnością sobie daruję.

Poznałeś mnie? Wiesz już, kim jestem i jaki jestem?

Jan Kowalski pracował jako cieśla, jednak w związku z coraz większymi problemami ze zleceniami przekwalifikował się na hydraulika; nieźle teraz zarabia, ma nawet czas na poezję, swoją życiową pasję. Iksiński zna Kowalskiego jako cieślę, Igrekowski poznał go jako hydraulika, ja znam Kowalskiego piszącego wiersze, poetę (jakość tej twórczości w tym momencie nie jest ważna). Czy Iksiński, Igrekowski i ja znamy tę samą osobę? Jakim człowiekiem, kim jest Jan Kowalski?

Na ławce w parkowej alei siedzi czterech mężczyzn. Jeden z nich wierzy, że Biblia jest słowem Boga, drugi, że jest słowem o Bogu, trzeci jest alkoholikiem, czwarty natomiast księgarzem. Co różni tych ludzi? W jaki sposób chcesz to rozpoznać? Wskażę palcem pijaka, pracownika księgarni, katolika i kwakra, a natychmiast zaczniesz szukać w ich wyglądzie, ubiorze, sposobie bycia potwierdzenia tych informacji, tworząc w ten sposób kompletny i wystarczający zestaw potwierdzeń, jak gdyby nową umysłowo-emocjonalną formę rzeczywistości. Tak, umysłowo-emocjonalną, bo przecież wszystko to dzieje się wyłącznie w głowie. A tych czterech mężczyzn na ławce w parku? No, cóż… dwóch nie znam, jeden jest nauczycielem muzyki, a ostatni zegarmistrzem i zupełnie nic nie jest mi wiadomo na temat ich religii, wyznania czy ewentualnych nałogów, a mimo to wiesz już, jak poznać i odróżnić katolika od kwakra, a księgarza od nałogowego pijaka. I będziesz wiedział tak długo, aż ktoś inny albo wyjątkowe okoliczności nie zweryfikują tych przekonań. Może nawet i one nie zdołają tego dokonać, bo rewizja własnych, zakorzenionych przekonań bardzo często okazuje się w praktyce zadaniem wyjątkowo trudnym, bywa nawet, że wręcz niewykonalnym. To ostatnie dotyczy zwykle przekonań wdrukowanych nam w psychikę (zapewne w dobrej wierze) we wczesnym dzieciństwie przez rodziców, opiekunów lub inne autorytety.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli[1].

Celowo i z premedytacją napisałem o sobie nieco chaotycznie i strzępiasto, w pewnym momencie poetycko, w innym z humorem, z anegdotami i dygresjami (dalej będzie tak samo albo bardzo podobnie), jednak szczerze, otwarcie i o sprawach dla mnie ważnych. Zupełnie inny jest styl hasła Meszuge w Wikipedii (jest to taka popularna internetowa encyklopedia), lakoniczny, o charakterze czysto encyklopedycznym, skupiony na faktach i do nich tylko ograniczony. Bez względu na to, którą formę preferujesz, a choćby i obie, to nadal nic o mnie nie wiesz, ale ostatecznie dużo ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy ja, ja sam, faktycznie wiem cokolwiek o sobie. Ale właśnie — wiem! Nie — wydaje mi się, nie — przypuszczam, nie — zakładam, nie — wyobrażam sobie, nie — wierzę… Wiem.

Pewnego razu miła i ładna doktorantka poprosiła o wypełnienie ankiety potrzebnej do jakichś badań psychologicznych. Z czasem nauczyłem się pytać przy takich okazjach, co ja z tego będę miał? bo wobec zalewu takich próśb zaczęło mnie irytować domaganie się przez studentów pomocy za darmo, podczas gdy leczyć za darmo mnie przecież nie będą. Tym razem pani mnie zaskoczyła, bo obiecała, że jak już skończy te swoje badania, to mi przyśle mój profil osobowy, jaki jej z tych badań wyszedł. Za bardzo w to nie wierzyłem, ale dobra, niech będzie. Ankieta była długa i trudna. Wypełniłem ją rzetelnie, oddałem autorce i zapomniałem o sprawie. Jakież było moje zdziwienie, gdy za pół roku dostałem ten swój profil. Prezentuję go tu w całości i bez żadnych zmian, bo nigdy jeszcze i nigdy później nikt tak dokładnej i wiarygodnej analizy mi nie zrobił.

Twój profil osobowy

Jesteś typowym introwertykiem, lubisz zajmować się introspekcją, wolisz raczej czytać książki niż przebywać w towarzystwie, jesteś powściągliwy, przyjaciół masz niewielu, a w ich doborze jesteś bardzo wymagający. W działaniu nie jesteś impulsywny, można by powiedzieć, że na co dzień kierujesz się maksymą: „sto razy pomyśl, a raz zrób”. Sprawy dnia powszedniego traktujesz bardzo poważnie i lubisz wieść uporządkowany tryb życia. Uczucia swe poddajesz dokładnej kontroli. Z przyjętych na siebie zobowiązań wywiązujesz się sumiennie i zwykle posiadasz opinię człowieka, na którym można zawsze polegać. Dużą wagę przywiązujesz do wartości etycznych. Twój stosunek do przyszłości często jest zabarwiony pesymizmem.

Jesteś mało odporny na działanie stresu, łatwo ulegasz nastrojom, jesteś drażliwy i skłonny do stanów lękowych, charakteryzuje cię nadmierna wrażliwość, niecierpliwość i skłonność do martwienia się. Często możesz popadać w depresję i cierpieć na bezsenność.

Uwaga, możesz mieć predyspozycje do chorób nowotworowych.

Masz wysokie zewnętrzne poczucie kontroli, co oznacza, że preferujesz sytuacje losowe- w sytuacji sprawnościowej występuje lęk, strach, radzisz sobie z tym przez modyfikację sytuacji na losową.

Oceniając sytuację w sposób losowy, uważasz że rezultaty twoich działań zależą od czynników losowych, od innych ludzi czy też jeszcze od innych czynników zewnętrznych, a nie od własnych działań, zdolności itp.

Posiadasz małe zaufania do swych możliwości kontrolowania tego co się dzieje w określonych sytuacjach. Być może jest to przejaw mechanizmów obronnych przed spodziewaną porażką po to by zachować poczucie własnej wartości, dzięki zaprzeczeniu odpowiedzialności za zdarzenia niepożądane.

Jesteś skłonny przypisywać swoje sukcesy i porażki w zadaniach czynnikom zewnętrznym, czyli szczęściu, pechowi, niż własnym staraniom, zdolnościom.

Porażki przypisujesz raczej sobie, a sukcesy czynnikom zewnętrznym., łatwo ulegasz presji i jesteś podatny na perswazje, zwłaszcza gdy informacje perswazyjne pochodzą ze źródła o wysokim prestiżu.

Twoje poczucie własnej wartości (samoocena) jest na poziomie przeciętnym, nie zawsze wierzysz we własne możliwości.

Satysfakcja z życia (porównanie własnej sytuacji z ustalonymi przez siebie standardami życia) jest niska.

Dlaczego uważam, że analiza ta była tak ciekawa? Dlatego, że była absolutnie prawdziwa, ale… jakieś dwadzieścia lat temu. Przyznam, że tego zjawiska nie rozumiem — zmieniłem się w ostatnim ćwierćwieczu naprawdę bardzo. Nawet śmieję się obecnie z innych dowcipów! Ale wypełniając tę ankietę, automatycznie wskoczyłem w stare buty postaw, zachowań, myślenia, przekonań. Wypełniłem ankietę, jakbym miał dwadzieścia lat mniej. Dziwne to.

Kim jestem? a także: co muszę zrobić, aby być, stać się sobą? to dwa pytania o znaczeniu kardynalnym, które zawsze, prędzej czy później (raczej prędzej), wiodą ostatecznie do rozważań na temat rzeczywistości oraz możliwości i granic jej poznania.

[1] Laurent Gounelle, O człowieku, który chciał być szczęśliwy, tłum. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, wyd. Świat Książki, 2010, s. 49.

Duchowość i rzeczywistość

Poszukując rzeczywistości, poprzez cierpienie, na drodze świadomego duchowego rozwoju, masz szansę znaleźć Boga… jakkolwiek Go pojmujesz i nazywasz.

Największym nieporozumieniem i najczęściej popełnianym błędem jest stawianie znaku równości pomiędzy duchowością a religijnością, a nawet jakąś religijną obrzędowością, liturgią — zresztą Kościół katolicki mocno to przekonanie podsyca sloganem „nie ma duchowości bez religijności!”. Termin duchowość dotyczy wewnętrznego życia człowieka i związany jest, głównie i przede wszystkim, z jego osobistym, indywidualnym systemem wartości; jako taki może on zawierać elementy metafizyczne, ale absolutnie nie musi. Duchowe jest to, co w człowieku niematerialne, po prostu. Duchowość w pewnym sensie jest też atrybutem rzeczywistości i narzędziem jej poznawania.

Dwieście tysięcy dolarów wartością duchową nie jest, ale potrzeba, pragnienie poczucia bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwa materialnego, jak najbardziej do czyjegoś świata duchowego należeć może. W tym momencie szczególnie ważne jest to, że może; właśnie: może — nie musi. I dokładnie tak samo jest ze wszystkimi innymi wartościami. Owszem, w pewnym czasie i miejscu, w określonym kręgu kulturowym i środowisku, pewne wartości występują częściej niż inne, ale to nadal nie oznacza, że u wszystkich obecne są te same i to rozwinięte w takim samym stopniu. Założenie, że są jakieś wartości uniwersalne, pakiet startowy, z którym niby przychodzimy na świat i które mamy wszyscy, jest kolejnym poważnym błędem. Pewnie od tysięcy już lat kobiety zachodzą w ciążę, licząc na to, że dziecko naprawi, uzdrowi, scementuje rozpadający się związek. Nie są w stanie pojąć, że wartość o nazwie dzieci czy potomstwo nie jest dla ich partnerów tym samym, czym dla nich. Bywa, wcale nie tak rzadko, że wręcz przeciwnie.

Wartości są stopniowalne i już samo to znakomicie utrudnia nam życie, a na dokładkę zmieniają się w czasie, ewoluują, w związku z przeżyciami czy doświadczeniami, jednak tylko pod warunkiem że potrafimy z tych przeżyć i doświadczeń korzystać, wyciągać z nich wnioski, uczyć się na nich, a także dzięki nim. Szczególnie cenną i wysoce pożądaną umiejętnością wydaje się zdolność uczenia się na cudzych błędach, a nie tylko na własnych. Choć większość znanych mi osób nie uczy się nawet na swoich.

Ponad trzydzieści lat nie czułem żadnej potrzeby zajmowania się duchowością ani też interesowania się nią w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli nawet zdarzyło mi się przez moment o tym pomyśleć, to albo była to wizja modlących się zakonnic, które koniecznie musiały mieć wzrok nabożnie skierowany ku niebu, bo gdyby patrzyły w dół czy w bok, to nici z duchowości, albo mętne rojenia, fantazje i domysły na temat jakichś wschodnich mistyków — tylko wschodnich, bo wielcy mistycy Zachodu z jakichś powodów nie wchodzili w grę; pewnie nawet o takich (do czasu) nie słyszałem. Jako że i w żadnego boga w tamtym okresie nie wierzyłem, a przynajmniej tak mi się wydawało, cała ta wysoce podejrzana duchowość wydawała się zupełnie mnie nie dotyczyć. Byłem tylko aroganckim ignorantem. Hmm… ignorantem nadal jestem.

Trzecim bardzo poważnym błędem jest próba zorganizowania swojego życia na bazie wartości, które tak naprawdę dla konkretnej osoby wartościami jednak nie są, albo funkcjonowanie z zestawem wartości ze sobą sprzecznych, albo nawet wzajemnie się wykluczających, co wcale nie jest tak rzadko spotykanym przypadkiem.

Duchowość człowieka mogą tworzyć choćby tak popularne (popularne nie oznacza, że powszechne czy obowiązkowe!) wartości jak: miłość, rodzina, Bóg, praca, dzieci, religia, przyjaźń, dom, uczciwość, kościół, odwaga, tradycja, bezinteresowność, wykształcenie, odpowiedzialność, inteligencja, wyrozumiałość, szczerość i co najmniej ze sto innych. Tak, Bóg, religia i kościół mogą należeć do duchowego świata konkretnego człowieka, ale powtarzam raz jeszcze — tylko mogą — bo absolutnie nie muszą! Upieranie się przy twierdzeniu, że niewierzący nie są i nawet nie mogą być ludźmi duchowymi, z założenia, bo tak!, dowodzi żenującego i pełnego pychy braku rozeznania w temacie. I fanatyzmu. O kilku konkretnych wartościach będzie jeszcze mowa.

Rzeczywistość. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma — mówi nasze stare przysłowie. Co za bzdura! Jak się nie ma, co się lubi, to się ma, co się nie lubi — i tyle! Choć niewątpliwie czasem można sobie dość skutecznie wmówić, że się lubi to, co się ma, a czego właściwie chyba jednak zupełnie się nie lubi, no ale… się ma. Taka sztuczka zmniejsza dyskomfort psychiczny i frustrację, poprawia bilans emocjonalny, ale z rzeczywistością, a także z naszymi prawdziwymi potrzebami i pragnieniami nie ma zupełnie nic wspólnego. Bo cały czas chodzi właśnie o rzeczywistość. I duchowość, rzecz jasna. I miłość. Jeśli ktoś wierzy w ten przekaz, że lubi się to, co się ma, to tylko oszukuje sam siebie, a to nigdy nie kończy się dobrze.

Od wieków filozofowie rozważali przeróżne koncepcje dotyczące rzeczywistości oraz ograniczonej możliwości poznania jej i zrozumienia przez człowieka; choćby Platon i jego tak zwana jaskinia platońska opisana w VII księdze dialogów pod tytułem Politea („Państwo”) — zgodnie z nią ludzie widzą tylko odbicia, niewyraźne cienie zdarzeń na ścianie jaskini, w której żyją, a nie samą rzeczywistość.

Z wizją Platona wprawdzie się nie zgadzam, z paroma innymi pomysłami popularnych filozofów starożytnych i nowożytnych, dotyczących rzeczywistości, też nie (najpewniej dlatego, że za słabo je znam), ale z ogólną koncepcją — tak, jak najbardziej. Człowiek nie jest w stanie w pełni poznać rzeczywistości, nie ma nawet takiej możliwości. Dlaczego? A choćby dlatego, że jednym z jej elementów składowych jest czas, a przecież wgląd w pełne spektrum czasu ma, i może mieć, tylko Bóg — jakkolwiek Go rozumiemy, bo może ktoś czuje wewnętrzną potrzebę nazywania Go Przypadkiem, Losem, Przeznaczeniem, Ładem Kosmicznym — to akurat nie ma większego znaczenia podczas rozważań na temat rzeczywistości i duchowości. Nie etykietki są ważne; rzeczywistość nie potrzebuje etykietek, choćby dlatego, że tak naprawdę tylko ona… jest. Bóg odpowiedział na pytanie Mojżesza: Jestem, który jestem. Święty Tomasz z Akwinu uważał w związku z tym, że tylko do istoty Boga należy istnienie, ale współcześni bibliści mają na ten temat zdaje się inne zdanie i rozumieją je jako jestem dla ciebie. Czy jednak jest to prawdziwe imię Boga? Bardzo w to wątpię. Imię Boże zapisane zostało czterema hebrajskimi literami JHWH (יהוה — jod — heh — waw — heh), a to — jak mi się wydaje — nie oznacza jestem, który jestem, ale prędzej ten, który powoduje, że się dzieje, że się staje. Ale to tylko niezbyt ważna dygresja i co najwyżej ciekawostka. Także przykład na to, jak zagubić się można w świecie etykietek, szufladek, nie dotykając nawet istoty rzeczy, to jest właśnie rzeczywistości.

Na jednej ze stron internetowych pisałem o sobie: Chcąc stać się kimś innym, kimś, kogo bym lubił, szanował, może nawet cenił, próbowałem zmieniać życiorysy, imiona, domy, zajęcia, przyjaciół, internetowe nicki i co się tylko dało — beznadziejny, kompletny dureń! Zmieniałem kształt i kolor wizytówki na drzwiach wejściowych i dziwiłem się wielce, że moje mieszkanie za tymi drzwiami nie zrobiło się w związku z tym bardziej komfortowe i przytulne i dlaczego nadal nie potrafię w nim wytrzymać?

Zbiór liczb rzeczywistych jest nieskończony. I to w, hm… obie strony, czyli od minus nieskończoności do plus nieskończoności (-∞ ÷ +∞). Nieskończony jest dlatego, że do każdej, największej nawet liczby zawsze przecież można dodać, lub od niej odjąć, 1. A później jeszcze 1… i tak w nieskończoność właśnie. Zbiór liczb rzeczywistych najłatwiej jest wyobrazić sobie w postaci osi liczbowej, to jest linii prostej, która w środku ma 0 (zero) i biegnie w nieskończoność w lewo (liczby ujemne) i w prawo (dodatnie). Zamiast określeń liczby ujemne, liczby dodatnie można wstawić pojęcia przeszłość i przyszłość, zakładając, że my, teraz, w tym momencie, jesteśmy w punkcie 0 (zero).

Czas człowieka zajmuje na takiej osi niewielki jej odcinek, ale nie to nawet jest ważne, jak bardzo niewielki, czy wręcz mikroskopijny, ale w ogóle, że odcinek, kawałek, część — absolutnie nie całość. Świadomość takiego właśnie stanu rzeczy, czyli istotnego ograniczenia czasowego, ułatwia zrozumienie, czemu rzeczywistość w pełni jest dla nas zupełnie niedostępna.

W swoich wypowiedziach często odwołuję się do biblijnych przypowieści — wydaje mi się, że większość Europejczyków to jednak chrześcijanie, a jeśli nawet moi czytelnicy czy słuchacze akurat nimi nie są albo też ich relacje z Bogiem są w tym momencie już, albo jeszcze, problematyczne, czy w jakiś inny sposób zaburzone, to i tak wychowaliśmy się prawie wszyscy w kręgu cywilizacji i kultury chrześcijańskiej, albo chociaż znamy ją w podstawowym bodaj zakresie, jest więc szansa, że pewne przykłady będą jasne, czytelne i zrozumiałe. Tu chciałbym przypomnieć przypowieść o Łazarzu z Ewangelii według św. Jana (11, 1—45). Lubię ją, często mi się ona przydaje. Oto ona w wielkim skrócie: Brat Marii i Marty, Łazarz z Betanii, poważnie zachorował, a więc siostry wezwały wspólnego przyjaciela, Jezusa. I Jezus wyruszył w drogę, ale nie śpieszył się zbytnio, gdzieś tam nawet zatrzymał się w podróży na kilka dni, więc efekt był łatwy do przewidzenia — kiedy wreszcie dotarł do Betanii, Łazarz już nie żył i od czterech dni spoczywał w grobie.

Czas każdego człowieka, tu na ziemi, jest ograniczony; z jaką więc wizją rzeczywistości, z jakim przekonaniem na jej temat odchodzili z tego świata ludzie w tym momencie? Stało się zło. Jezus dopuszcza zło. Nie śpieszył się, a może mógł wyleczyć Łazarza, uzdrowić go, coś zrobić, by nie umarł, albo przynajmniej pożegnać się z przyjacielem. Ci, którzy żyli dłużej albo później, jak my teraz, mieli okazję oglądać już zupełnie inną rzeczywistość, czyli wskrzeszenie Łazarza, szczęście całej rodziny i oczywiście chwałę Syna Bożego.

Nikt mi nie mówił, że to ja jestem głównym celem i sensem boskiego planu, że wszystko musi się kręcić wokół mnie i dziać pode mnie. Ten plan zaczął się dawno przed moim narodzeniem i realizowany będzie długo po mojej śmierci, a więc na jakim prawem oceniam rzeczywistość której znam jedynie mikroskopijny ułamek? O ile w ogóle można używać określenia „znam”, bo i ono wydaje mi się mocno wątpliwe i problematyczne, choćby tylko w odniesieniu do czasu, który jest nam dany. Egocentryzm i arogancja…

Czterdziestu lat potrzebowałem, by zrozumieć słowa: Bóg jest w niebiosach, a więc na ziemi wszystko jest w porządku, co nie znaczy, że zawsze się z nimi zgadzam. Ale czy już i moja, ale tak naprawdę i z głębi serca, jest modlitwa Daga Hammarskjölda[1]: Za wszystko, co było — dziękuję. Na wszystko, co będzie — tak, czy zdobędę się na taką deklarację z wiarą i pełnym przekonaniem?

Powtarzam: rzeczywistość w całej rozciągłości jest niepoznawalna — koniec, kropka. Nie jesteśmy w stanie w pełni poznać rzeczywistości, ale to wcale nie znaczy, że nie jesteśmy w stanie poznać jej w ogóle i że nie ma żadnego sensu podejmować w tym celu wysiłków czy starań. I o to właśnie cały czas chodzi! Żeby jednak więcej, a nie mniej. I coraz więcej w miarę upływu czasu. I coraz bardziej świadomie. I z miłością. I z wiarą.

Olśnienie, oświecenie, przebudzenie — czy w nie wierzę? Przy założeniu, że pełny kontakt z rzeczywistością (absolutnie pełna świadomość) z powodów, które omówiłem wcześniej, możliwy nie jest, chodzić by miało o nagłą, ale jednak częściową, choć może i znaczącą, zmianę w postrzeganiu rzeczywistości, o głębsze w tejże rzeczywistości zanurzenie, pełniejsze zrozumienie — to tak, wierzę. Wprawdzie nie spotkałem jeszcze nikogo, kto takiej nagłej przemiany by doświadczył, ale nie mam żadnych powodów, by nie wierzyć. Zwłaszcza jeśli wierzę, a wierzę jak najbardziej, że zmiana ta może się dokonać w jakimś dłuższym okresie, sukcesywnie, stopniowo, powoli, nie nagle, ewentualnie różnej wielkości etapami (skokami) rozłożonymi w czasie. Jednak w związku z tym zupełnie nieodpowiednie wydają mi się określenia tak popularne, jak przebudzenie czy oświecenie. Zakładają one bowiem stany zero-jedynkowe, czarno-białe, tak-nie, a to wszystko nie jest takie proste. Ale… jeśli nie przebudzenie, to co? Pewnego razu usłyszałem charakterystykę znajomego, padły wówczas znamienne słowa: Karol to jest człowiek trzeźwo myślący. Wynikałoby z tego, że są w takim razie ludzie nietrzeźwo myślący, chociaż oczywiście jedno i drugie nie ma nic wspólnego ze stanem upojenia alkoholowego. Mógłby więc ten proces sukcesywnego albo podzielonego na małe etapy poznawania rzeczywistości, doświadczania jej, rozumienia, nazywać się… trzeźwieniem, wytrzeźwieniem, ale określenie to zbyt ściśle mamy chyba powiązane z piciem alkoholu, nawet upijaniem się, więc w rozważaniach na temat rozwoju świadomości lepiej je sobie darować. Oczywiście, wszystko to są tylko etykietki i choć wiadomo, że nie one są ważne, to jednak jakimś określeniem posługiwać się trzeba, a w takim razie niech to będzie… metanoia — z języka greckiego μετανοια (meta — przemiana, nous — umysłu), czyli zmiana sposobu myślenia i postępowania, przemiana duchowa, intelektualna, bo etymologicznie słowo to nie ma charakteru religijnego. Obecnie częściej spotkać można zapis: metanoja.

Zakładam, że cały czas nie ulega najmniejszej wątpliwości, że piszę tu o rzeczywistości, a nie o kwestiach religijnych czy wyznaniowych. Objawienie (Boga, anioła, świętego itp.) albo nagła i gwałtowna zmiana stanu z nie wierzę na wierzę, albo odwrotnie, to zupełnie inna sprawa.

Rzeczywistości nie należy też mylić z prawdą. Prawda jest jedynie cechą komunikatów, informacji, zdań, twierdzeń, określającą ich zgodność z rzeczywistością albo też tej zgodności brak. Albert Einstein, twórca teorii względności, twierdził, że prawdą jest to, co wytrzyma próbę doświadczenia