Łzy Mai - Martyna Raduchowska - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Wznowienie cyberpunkowej powieści Martyny Raduchowskiej będące wstępem do nowej powieści Spektrum, która ukaże się w IV kwartale 2018 roku. Książka zdobyła nagrodę „Kwazar”.

W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. One marzą o reinforsynie.
W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy –
ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon
grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już.
W swoich koszmarach.

Czyżby to on był mordercą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Martyna Raduchowska

ŁZY MAI

Copyright © by Martyna Raduchowska, MMXVIII

Wydanie II

Warszawa, MMXVIII

Prolog

W nieruchomych oczach Mai odbijał się ogień.

Porucznik Jared Quinn nie mógł oderwać od nich wzroku. Adrenalina łagodziła ból tak skutecznie, że niemal zapomniał o przestrzelonym boku, a szum krwi w uszach zdołał całkowicie zagłuszyć pomruk pożaru i trzask tryskającego iskrami okablowania. W jednym z sąsiednich pomieszczeń wciąż rozlegały się strzały i przeraźliwe wrzaski, ale Jared nie zwracał na nie uwagi. Z rosnącym niepokojem próbował wyczytać coś z pustych źrenic Mai. Srebrzyste tęczówki androida wyglądały jak dwa płatki przybrudzonego śniegu, a sączące się spod powiek łzy przywodziły na myśl kryształki lodu topniejące wolno w cieple płomieni.

Gabinet, do którego Quinn przytaszczył sparaliżowaną replikantkę, był chyba ostatnim ocalałym pomieszczeniem w całej siedzibie Beyond Industries. A na pewno jednym z nielicznych, bo w pozostałych rozpętało się prawdziwe piekło. Przez ścianę z pancernego szkła Jared miał świetny widok na zdemolowane, płonące laboratorium. Nie pozostał tam już nikt żywy, walki szybko przeniosły się na niższe piętra, znacząc drogę kałużami krwi i ciałami zabitych. Zhakowane systemy bezpieczeństwa wyłączyły zraszacze, zanim woda zdołała stłumić pożar. Mokre meble, aparatura i komputery buchały parą i migotały w świetle kopcących płomieni. Podłogę zaściełały kawałki szkła i rozniesionych w drzazgi mebli. Raz po raz rozlegał się szczęk pękających od gorąca żarówek, nieliczne działające lampy mrugały nerwowo, pobzykując w rytm kolejnych rozbłysków.

Quinn nie potrafiłby powiedzieć, jak długo to trwało. Szalejący w pracowni ogień, podsycany łatwopalnymi chemikaliami, ryczał coraz głośniej, skwierczące powietrze drżało gorączkowo, a każda sekunda zdawała się trwać bez końca. Zupełnie jakby wysoka temperatura zdołała wypaczyć nie tylko materię, ale też czas, spowalniając go, topiąc, rozciągając. Gdzieś z głębi budynku dochodziło monotonne zawodzenie alarmu, odgłosy wybuchów, łomot, dziki wrzask atakujących, wycie mordowanych. Potworna kakofonia cichła powoli, wypierana przez złowrogą ciszę.

I wtedy huknął pojedynczy wystrzał. Dużo głośniej, bliżej niż poprzednie. Jared odruchowo schylił głowę, a potem obejrzał się i zamarł, ujrzawszy sylwetkę sierżanta Marcusa Blake’a. Mężczyzna stał w płonącej pracowni, raptem kilka kroków od nich, zaraz po drugiej stronie szklanych drzwi do gabinetu, w którym ukryli się Quinn i jego android. Marcus patrzył wprost na dowódcę, ale go nie widział. Dzieląca ich wzmocniona szyba była okopcona, zbryzgana krwią, poprzecinana gęstą siecią rys i pęknięć. Na domiar złego pokój tonął w półmroku, a powierzchnia szkła mieniła się refleksami ognia, dodatkowo ograniczając Blake’owi widoczność. Zanim Jared zdołał cokolwiek zrobić, zawołać czy mrugnąć latarką, detektyw raptownie odwrócił się i podniósł broń. Zdążył strzelić tylko raz. Gdzieś od strony schodów zaterkotał karabin. Na piersi Marcusa wykwitł bukiet karminowych plam, jego usta rozwarły się do krzyku, który nie zdążył wybrzmieć. Pistolet wypadł ze zmartwiałej dłoni, ciało runęło na podłogę, malując w powietrzu grube warkocze czerwieni.

Porucznik zaklął, a kiedy dostrzegł strzelca, zaklął raz jeszcze. Przypadł do Mai, złapał ją za kołnierz kurtki, wytaszczył spomiędzy regałów i dowlókł aż pod ścianę gabinetu. Od ciała detektywa dzieliło ich teraz niecałe pół metra. Jared wzdrygnął się pod spojrzeniem jego martwych oczu i szybko odwrócił wzrok.

On był ostatni, pomyślał, czując, jak bezsilna wściekłość zaczyna buzować mu w żyłach.

Ścianę, pod którą się znaleźli, podobnie jak drzwi wykonano z pancernej szyby. Zupełnie przejrzystej, ale paradoksalnie tylko tutaj mogli pozostać niezauważeni. Chowanie się za meblami przyniosłoby skutek wręcz odwrotny. W głębi pokoju panował chłód i ciemności, tam byliby widoczni jak na dłoni. Nie spodziewali się podobnej masakry, ba, w ogóle nie przewidzieli żadnych problemów, nie mieli więc na sobie skafandrów taktycznych. Zamiast nich nosili zwykłe uniformy Guardian Angel, których mechanizmy maskujące ograniczały się do dynamicznego adaptowania pigmentacji. Tymczasem zaraz za ścianą płonął sprzęt laboratoryjny, aparatura, stanowiska komputerowe. Roztańczony ogień oszukiwał detektory ruchu, jego blask oślepiał standardowe czujniki podczerwieni, a nagrzane szkło zapewniało doskonały kamuflaż w termowizji. Quinn nigdy za bardzo nie interesował się robotyką, ale dałby sobie rękę uciąć, że maszyna odpowiedzialna za śmierć Blake’a nie miała na wyposażeniu irdh, Infrared Digital Holography1, systemu wizyjnego, który umożliwiał holograficzną rekonstrukcję znajdujących się za płomieniami obiektów. Słowem, im bliżej ognia się trzymali, tym większe było prawdopodobieństwo, że morderca Marcusa ich nie zauważy.

I faktycznie, nie zauważył. Szybkim krokiem przemierzył pracownię, dokładnie lustrując każdy kąt, a okruchy szkła chrzęściły i pękały pod ciężarem jego tytanowych stóp. Wreszcie mechaniczny żołnierz zniknął za drzwiami prowadzącymi na korytarz. Znów nastała cisza zakłócana tylko trzaskaniem ognia.

Jared rozluźnił się nieco, zerknął na Mayę. Minęły długie minuty, zanim gdzieś na dnie jej źrenic zamajaczył wreszcie przebłysk świadomości. Quinn odetchnął z ulgą i powodowany dziwnym odruchem, impulsem, nad którym nie zdążył zapanować, wziął replikantkę za rękę. Nigdy wcześniej nie zrobił czegoś podobnego, takie gesty rezerwował wyłącznie dla ludzi. A teraz ku własnemu zaskoczeniu głaskał kciukiem wierzch jej dłoni i modlił się, by wreszcie odzyskała przytomność.

Maya nie odwzajemniła uścisku. Leżała na wznak, zupełnie bez ruchu, poza krótkimi momentami, w których jej filigranowym ciałem wstrząsały drgawki. Przez cały czas wbijała w towarzysza nieobecne spojrzenie i ledwo zauważalnie poruszała wargami. Jared mocniej zacisnął palce, wpił je głęboko w syntetyczną skórę, by wyrwać Mayę z otępienia, dodać jej otuchy dotykiem, zapewnić, że nie została sama, a nade wszystko zmobilizować ją do działania, przypominając, że porucznik Quinn nadal żyje i potrzebuje pomocy...

To nie o nią się boję, stwierdził nagle z takim przekonaniem, że aż go zmroziło. Dopiero teraz uświadomił sobie, że kiedy padła mu do stóp rażona impulsem elektromagnetycznym, nie poczuł nic, a przez głowę przemknęła mu tylko jedna myśl: za cholerę nie poradzi sobie sam, bez jej nadludzkiego wsparcia.

Wcale nie modlę się o jej ocalenie, spowiadał się dalej sam przed sobą, bezskutecznie próbując zagłuszyć wyrzuty sumienia. Modlę się o własne. Bo jeśli Maya szybko nie odzyska sprawności, nie mam praktycznie żadnych szans.

Jared znów napotkał martwe spojrzenie detektywa Blake’a.

On był ostatni, pomyślał znowu i rozejrzał się po zrujnowanym laboratorium. Po sierżant Helen McKay została tylko mokra plama, skwiercząca i parująca w kręgu wysokich płomieni. Krwawe strzępy, które zaledwie godzinę temu były detektywem Maxwellem Rosso, teraz dekorowały kafelki makabryczną mozaiką. Tuż obok, dobre pół metra nad ziemią, wisiał detektyw Lawrence O’Neill, przyszpilony do ściany długimi stalowymi prętami. Gwoździarka pneumatyczna leżała u jego stóp.

Porucznik zacisnął zęby i odwrócił głowę.

– Pośpiesz się, proszę – szepnął. Po omacku odszukał drugą dłoń Mai i ścisnął ją mocno. – Proszę.

Ciało replikantki zadygotało w odpowiedzi, a jasnoszare oczy uciekły w głąb czaszki.

***

Harmider, który przywrócił go rzeczywistości, Jared wziął początkowo za odgłos dalekich wystrzałów. Dopiero gdy wsłuchał się uważniej, doszedł do wniosku, że było to raczej jednostajne łomotanie, jakby coś ciężkiego głucho waliło o metal. Zanim zdołał ustalić, skąd ów dźwięk dochodzi, ujrzał, jak na jednej ze ścian laboratorium, wysoko, niemal pod samym sufitem, miarowo wygina się i wybrzusza osłona wentylacji. Kolejne uderzenie wyrwało wreszcie pokrywę ze ściany, ukazując szczupłą nogę w granatowym trampku. Kawał metalu z potwornym łoskotem runął w dół, wzniecając chmury dymu i iskier. Z przewodu wentylacyjnego wyłoniła się druga noga, potem tułów, ramiona, szyja, wreszcie głowa i twarz okolona krótkimi pasemkami popielatych włosów...

Quinn głośno wciągnął powietrze, nie wierząc własnym oczom.

To była Pomyłka. Ellen Take. Ekslaborantka kryminalistyczna i obecna pracownica naukowa Beyond Industries. Ostatnia osoba, którą Jared spodziewał się ujrzeć żywą w takich okolicznościach.

Dziewczyna rozejrzała się po dogasającym pobojowisku, potem niepewnie popatrzyła w dół, oceniając wysokość. Gdy wreszcie przysiadła na krawędzi przewodu i opuściła nogi gotowa do skoku, Quinn kątem oka złowił ruch po drugiej stronie zrujnowanej pracowni. Zerknął w tamtym kierunku, szybko zidentyfikował intruza. Scyborgizowany klon, model Easy Puppet, całkowicie bezwolna marionetka kontrolowana zdalnie za pośrednictwem biochipa umieszczonego w korze przedczołowej. Chodzące oczy, uszy i karabin strzegących budynku systemów bezpieczeństwa. W normalnych warunkach nazywane pieszczotliwie Kukiełkami, Easy Puppets były całkiem sympatycznymi i niesprawiającymi kłopotów osobnikami. Szkopuł w tym, że przed godziną systemy bezpieczeństwa Beyond Industries trafił szlag, a Kukiełki ochoczo przejęły inicjatywę i zaczęły mordować wszystko, co stanęło im na drodze.

Quinn, niewiele myśląc, skoczył do drzwi. Wypadł z gabinetu i dał nura między zwęglone stoły. Ostrożnie stąpał po rozsypanym szkle, kluczył wśród sprzętów i chemicznej aparatury, przemykał od zasłony do zasłony i przez cały czas myślał tylko o jednym.

Ona jest ostatnia.

W jednej chwili zapomniał o Blake’u, O’Neillu, Rosso i McKay. Zabronił sobie pamiętać, wyrzucił z głowy krwawe obrazy, wyciszył umysł. Nie wolno mu było teraz o nich myśleć. Im nie mógł już pomóc, Pomyłce – tak. Fakt, że od ładnych paru miesięcy nie pracowała dla policji, nie miał w tej chwili najmniejszego znaczenia. Musiała przeżyć – w mniemaniu Jareda wciąż była jedną z nich, a swoich nie porzuca się na pewną śmierć. Pomyłka jakimś cudem przetrwała masakrę, podczas gdy reszta jego ludzi nie miała tyle szczęścia. Szczęściu zaś, jak wiadomo, trzeba pomagać. Dlatego Quinn nie miał zamiaru pozwolić, by czająca się w przeciwległym kącie Kukiełka zrobiła z nią to samo co z Helen McKay.

Pomyłka była ostatnia.

Wreszcie odepchnęła się od krawędzi. Skoczyła.

Ale nie zdążyła wylądować.

Jared rzucił się do przodu. Easy Puppet otworzył ogień. Porucznik złapał spadającą dziewczynę wpół, zasłonił własnym ciałem, pociągnął za sobą. Pociski wbiły się w ścianę tuż za nimi, zasypując ich kawałkami zaprawy i cegieł. Runęli na podłogę dokładnie w momencie, w którym pierwsza łuska z brzękiem potoczyła się po kafelkach.

– Leż spokojnie – warknął Quinn do szamoczącej się dziko Pomyłki.

– Red... – szepnęła, natychmiast rozpoznając jego głos. Znieruchomiała w jednej chwili. – Dobry Boże, Red, byłam pewna, że nie żyjesz...

Nowa porcja kul z hukiem rozpruła tynk, wypełniając powietrze kłębami pyłu.

– I nawzajem, dziewczyno.

Trzecia seria, dużo krótsza od poprzednich, urwała się, zanim się na dobre zaczęła. Zasyczał osypujący się gruz, zabrzęczały łuski. A potem wszystko umilkło.

Quinn i Pomyłka przywarli do ziemi, nasłuchując czujnie. Nie byli w stanie wychwycić najmniejszego szmeru, w pracowni zapanowała taka cisza, jakby leżeli zamknięci pod dźwiękoszczelnym kloszem. Nagle dziewczyna zesztywniała, wbiła Jaredowi palce w przedramię.

– Widzisz go?

– Widzę – wyszemrała ledwo słyszalnie. – Na twojej drugiej, za stołem z wirówkami próżniowymi.

Porucznik zerknął we wskazanym kierunku, na co Kukiełka, jakby tylko na to czekając, wyszła z kryjówki. Przystanęła pośrodku laboratorium i zaczęła wolno obracać się wokół własnej osi, skanując teren i przecinając powietrze wiązką lasera. Quinn usłyszał, jak Pomyłka wstrzymuje oddech. Objął ją ciaśniej, przygniótł do ziemi.

– Ani drgnij. On reaguje na ruch.

Chmury ceglanego pyłu opadały nieśpiesznie, topniały, rzedły. W każdej chwili mogły odsłonić ich pozycję.

– Red...

– Ani drgnij.

Ani drgnęła. Sparaliżowana strachem, nie poruszyła się, nawet gdy czerwony punkcik celownika zaczął błądzić po jej ciele. Choć oboje z Quinnem byli jak dwie kamienne figury, zdradził ich kurz, który wzbijał się w powietrze wraz z oddechem. Easy Puppet długo patrzył na nich przez ciemną zasłonę hełmu. Wykrył ruch, nie było co do tego wątpliwości, ale z jakiegoś powodu nie otwierał ognia.

Minęła dobra minuta, zanim Jared zdecydował się sięgnąć po broń do kabury na udzie. Kukiełka nie zareagowała. Pozwoliła mu wycelować sobie w tors i ze spokojem przyjęła trzy pociski, które wgryzły się głęboko w kamizelkę kuloodporną.

Porucznik i Pomyłka gapili się na nią w niedowierzaniu, wreszcie spojrzeli po sobie.

– Długo jeszcze macie zamiar tak leżeć? – zapytał dźwięczny, kobiecy głos.

Quinn poderwał głowę. Parsknął z cicha i uśmiechnął się szeroko.

– Uwielbiam twoje wyczucie chwili, May.

Replikantka odpowiedziała mu niedbałym salutem i odwzajemniła uśmiech.

– Do usług, poruczniku.

Stała w progu gabinetu, ciężko wspierając się na klamce. Na pierwszy rzut oka wyglądała zupełnie niepozornie: drobna kobietka o łagodnych rysach i bystrym spojrzeniu jasnoszarych oczu. Asymetrycznie ścięte włosy z jednej strony sięgały jej ramienia, z drugiej kończyły się tuż za linią szczęki. Miały barwę atramentu i mocno kontrastowały z bladą cerą. Policyjny uniform, ciężkie skórzane buciory, a już tym bardziej oparty o ramię karabin zdawały się zupełnie do Mai nie pasować.

– To ty ją unieszkodliwiłaś? – zapytała Pomyłka, wstając z podłogi i wskazując zastygłą w bezruchu Kukiełkę.

– Ja – przyznała replikantka, po czym ruszyła przez laboratorium, lekko powłócząc prawą nogą. Gestem kazała im podążyć za sobą. – Steward nadal działa, udało mi się nawiązać łączność...

– Steward?

– Program zarządzający całym budynkiem – wyjaśniła szybko Pomyłka.

– Zamachowcy sforsowali jego systemy bezpieczeństwa, przejęli nad nim kontrolę i kazali mu przeprogramować Easy Puppets. Na szczęście jest na crackerskim haju, łatwo dał mi się zahibernować. Klony zachowały wspólną świadomość i nadal są w pełni zależne od Stewarda, więc wszystkie usnęły razem z nim. Ale nie będą spać wiecznie, system zaraz się zrestartuje. Pryskajmy stąd, zanim się przebudzą.

Wypadli z pracowni i puścili się biegiem w stronę windy. Maya zamykała pochód, kuśtykając bokiem i cały czas mierząc w wejście do laboratorium. Drzwi kabiny rozsunęły się przed nimi łagodnie, niebieskawe światło zalało korytarz. Replikantka wskoczyła do środka jako ostatnia, ani na moment nie opuszczając broni.

– Na dach – zakomenderowała krótko.

Pomyłka posłusznie przyłożyła kciuk do skanera linii papilarnych i wybrała przycisk. Quinn zerknął na Mayę. Odwzajemniła spojrzenie, dopiero gdy drzwi zamknęły się z cichym sykiem i dźwig łagodnie ruszył w górę. Przewiesiła sobie karabin przez ramię, otarła spocone czoło i utkwiła w poruczniku srebrzysty wzrok.

– Udało mi się zawiadomić komendę i wezwać pomoc. Wysłali po nas helikopter.

– Świetna robota, May – powiedział Jared i po krótkim wahaniu położył jej dłoń na ramieniu.

Drgnęła zaskoczona, ale nie odtrąciła jego ręki.

– Myślałem, że już po tobie.

– Wiem. Ja też tak myślałam – przyznała poważnie. – Zdjęłam ekranowanie, żeby połączyć się ze Stewardem, a wtedy on aktywował emitery EMP, rozwalił elektroniczny zamek w drzwiach laboratorium i napuścił na was Kukły. O mało mnie nie usmażyło. To najwyraźniej nie jest mój dzień, Red.

Umilkli oboje, po czym zerknęli na wyświetlacz nad ich głowami. Nie zdążyli zobaczyć, ile poziomów dzieli ich od dachu, bo w tej samej chwili cyfry i światło zgasły, pogrążając ich w nieprzeniknionym mroku, a winda podskoczyła gwałtownie i stanęła między piętrami.

– No i wykrakałam – westchnęła replikantka, przerywając grobową ciszę. – To zdecydowanie nie jest mój dzień.

***

Lampki awaryjne zalewały kabinę bladą, zielonkawą poświatą. Quinn z niepokojem obserwował Mayę i czekał, aż jej puste oczy znów staną się przytomne i bystre.

– Steward próbuje przywrócić zasilanie – oznajmiła minutę później, pochwyciwszy jego spojrzenie. – Niedługo powinniśmy ruszyć.

– Wiesz, co tu się dzieje? – zapytał Jared. – Kto odpowiada za atak? Potwierdziła krótkim, żołnierskim skinieniem.

– Nie udało mi się podłączyć do Pajęczyny, ale Steward zdał mi krótką relację. Grupa nazywa się Equilibrium.

– W życiu o takiej nie słyszałem.

– Do dziś nikt nie słyszał, to ich pierwszy publiczny występ. Co ciekawe, wbrew temu, co twierdzą dziennikarze, członkowie tej organizacji nie są wrogami kontrolowanej neuroplastyki.

– Więc czego chcą?

Replikantka milczała przez chwilę, jakby szukając odpowiednich słów.

– Zamierzają przejąć reinforsynę – powiedziała wreszcie. – „Odebrać ją bogatym, rozdać biednym, przywrócić równość społeczną”. Tak napisali w manifeście.

Quinn zrobił minę, jakby chciał splunąć, i pokręcił głową.

– Trzeba im przyznać, że mordują z niezwykle szlachetnych pobudek – wycedził zimno. – Dobrze wiedzieć, że moi ludzie nie zginęli na darmo, od razu mi jakoś raźniejv na duszy. Chyba dam się zastrzelić pierwszej napotkanej Kukle, jeśli to zapewni ład i sprawiedliwość w tym mieście.

– Cholera jasna, nie po to odchodziłam z policji – mruknęła Pomyłka. – W prywatnym sektorze miało być, psiakrew, spokojnie!

Maya uśmiechnęła się krzywo.

– Beyond Industries i spokój? Naprawdę dałaś się nabrać na te sielankowe spoty reklamowe, którymi zaspamowali całą Pajęczynę? Twój pracodawca pada celem ataków średnio raz na kwartał, musiałaś o tym wiedzieć.

– Oczywiście, że wiedziałam, ale nigdy wcześniej nie zaatakowano głównej siedziby korporacji. Do tej pory stolica była bezpieczna.

Syntetyczka spoważniała nagle, poprawiła wiszący na ramieniu karabin.

– Szkopuł w tym, że nie była już od dawna, skoro Equilibrium zdołało dokonać tu dzisiaj takiego pogromu. Po prostu nie zorientowaliśmy się na czas, że siedzimy na tykającej bombie.

– Wezwano was tu na badania kontrolne właśnie z powodu reinforsyny, prawda? – zapytała z niepokojem dziewczyna, przenosząc wzrok na porucznika. – Przeszliście na zmodyfikowany lek?

Jared przytaknął.

– Dawno?

– Będzie ze dwa miesiące temu.

– Dawka?

– Pięćset miligramów dwa razy w tygodniu.

– To niedużo – stwierdziła Pomyłka z wyraźną ulgą. – Macie niebywałe szczęście...

– Żadne „my”, zostałem sam – poprawił ją chłodno Quinn. – Wszyscy moi ludzie nie żyją. I bardzo chciałbym się dowiedzieć, dlaczego zginęli. Po co nas tu dziś ściągnięto? Nasi przepełnieni altruizmem zamachowcy rozpętali piekło, zanim ktokolwiek zdążył nam wyjaśnić, na czym polega problem z tym lekiem. Oświeć mnie, bardzo proszę.

– Chciałabym, Red. Sami nie do końca rozumiemy, co z nim jest nie tak…

– Nie osłabiaj mnie.

– Zmodyfikowany neurotransmiter – kontynuowała Pomyłka, starając się nie zwracać uwagi na minę porucznika – jest dużo efektywniejszy niż jego poprzednia wersja, ale ma poważne skutki uboczne, których zupełnie nie potrafimy wyjaśnić. Pojawiły się nagle, znikąd, i nie mamy pojęcia, co je powoduje...

– Konkrety, pani doktor, konkrety.

– Niektórzy pacjenci zdradzają objawy szybko postępującego spadku sprawności umysłowej. Ich stan pogarsza się dosłownie z dnia na dzień i nie ulega poprawie po odstawieniu reinforsyny. A to sugeruje, że w mózgu dochodzi do nieodwracalnych zmian. Na obecnym etapie nie potrafimy określić przeciwwskazań, neurotransmiter zachowuje się zbyt nieprzewidywalnie, a ci, u których wystąpiły efekty niepożądane, zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego.

– Wy kojarzycie w ogóle, od czego są próby kliniczne? – zapytał kąśliwie porucznik.

– Próby kliniczne trwały blisko dekadę – odparowała dziewczyna niezrażona. – Lek przeszedł pomyślnie wszystkie trzy fazy, a tu raptem wśród pacjentów wybucha istna epidemia demencji. Spadła na nas jak grom z jasnego nieba, nikt nie mógł przewidzieć czegoś podobnego. Otępienie diagnozujemy przede wszystkim u tych, którzy najdłużej uczestniczyli w badaniach i otrzymywali największą dawkę leku, ale teraz zaczynają się zgłaszać także testerzy o znacznie krótszym stażu…

– Fantastycznie – mruknął ponuro Quinn. – To kiedy zacznę dawać pierwsze oznaki zidiocenia?

– Brałeś lek przez bardzo niedługi czas, nie sądzę zatem, żebyś należał do grupy ryzyka...

– Sama mówiłaś, że tej grupy ryzyka nie potraficie nawet zdefiniować!

– ...a poza tym dostawałeś niewielkie dawki w znacznych odstępach czasu – kontynuowała Pomyłka, puszczając jego słowa mimo uszu. – Więc nie dramatyzuj. Uczestnicy naszych testów byli na reinforsynie przez minimum pół roku praktycznie bez żadnych przerw, i to oni mają powód do zmartwień, nie ty.

Zamilkła na moment. Przeczesała palcami popielate włosy, w zamyśleniu potarła czoło.

– Gdybyśmy wykryli szkodliwe działanie reinforsyny choćby miesiąc wcześniej, uniknęlibyśmy kompromitacji. A tymczasem kilkadziesiąt serii leku zdążyło już trafić do sprzedaży. Dopiero wczoraj skończyliśmy wycofywać je z rynku, a dziś cały zapas miał zostać zniszczony.

Dotąd obojętnie przysłuchująca się rozmowie Maya raptownie uniosła głowę. Popatrzyła najpierw na Pomyłkę, potem na porucznika.

– Problemy z nowym neuroprzekaźnikiem to wciąż nieujawniona informacja – powiedział Jared to, co wyczytał w jasnoszarych oczach replikantki. – Nie było żadnego przecieku do mediów, a jednak zamachowcy z Equilibrium zdają się świetnie poinformowani o ruchach Beyond Industries. Poczekali, aż cały lek trafi z powrotem do waszych magazynów, i zaatakowali, zanim zdążyliście go zniszczyć. Wniosek pierwszy: mają u was kreta. Wniosek drugi: są dużo lepiej zorganizowani, niż mogliśmy przypuszczać.

– Tylko na co im tak groźny lek? – zapytała Maya. – Jeśli wiedzieli o jego wycofaniu, musieli też wiedzieć o efektach ubocznych. Pomyłko?

– Neuroprzekaźnik może i jest wadliwy – wyjaśniła dziewczyna z przejęciem – ale ma niesamowity potencjał. Zanim pojawiły się działania niepożądane, u siedemdziesięciu czterech procent pacjentów lek udoskonalił wydajność układu nerwowego. Szybkość przesyłania i przetwarzania informacji, zdolności percepcyjne, pamięć, koncentrację, podzielność uwagi, czas reakcji. Dzięki niemu nie tylko poprawiliśmy ogólną pracę kory mózgowej, ale też udało nam się zaprogramować neurotransmiter tak, by oddziaływał na konkretne obszary mózgu. Na przykład poprzez pobudzanie niedomagających płatów lub usypianie tych nadaktywnych… Nadal nie łapiesz, Red? – pyta kwaśno, napotkawszy sceptyczny wzrok porucznika. – Nowa reinforsyna ma szansę zminimalizować objawy zaburzeń, które wynikają z nieprawidłowej aktywności mózgu. Depresji, schizofrenii, cyklofrenii, autyzmu czy nawet psychopatii. Potrafisz to sobie wyobrazić? Możemy nauczyć psychopatę empatii, uczuć, emocji!

– Wybacz, ale w obliczu rewelacji o szybko postępującej demencji jakoś nie jestem skłonny podzielić twojego entuzjazmu. Doprawdy sam nie wiem czemu.

Dziewczyna żachnęła się, ale nie próbowała ripostować, tylko machnęła na Quinna ręką.

– Testowaliście lek na androidach? – zapytała niespodziewanie Maya takim głosem, że Jared aż się wzdrygnął.

Pomyłka spojrzała na nią i też się wzdrygnęła.

Replikantka była blada jak ściana. Wpatrywała się w dziewczynę roziskrzonymi oczami, zaciskając palce na kolbie karabinu.

– Dobrze się czujesz, May?

– Odpowiedz na pytanie, Pomyłko – naciskała replikantka, nie zwracając uwagi na porucznika. – Czy reinforsyna była testowana na takich jak ja? Czy udało wam się nauczyć nas odczuwać emocje?

– Dokonano tego na długo, zanim zatrudniłam się w Beyond – odparła niepewnie dziewczyna. – Lata temu. Już pierwsza, prototypowa wersja neuroprzekaźnika zdołała uregulować pracę syntetycznego hipokampa i ciała migdałowatego... – urwała i spróbowała wcisnąć się w kąt windy, kiedy Maya zrobiła krok w jej stronę.

– Więc dlaczego? – zapytała replikantka złowrogim szeptem. – Dlaczego nie dostajemy tego leku?

Pomyłka bezradnie potrząsnęła głową, a szafirowe tęczówki jej szeroko otwartych oczu pociemniały ze strachu.

– Słyszałam, że androidy, które zostały poddane terapii reinforsynowej, zaczęły stwarzać problemy...

– Jakie problemy?

– Podobno stały się niestabilne.

– Co to znaczy?

– Nie pytałam o szczegóły...

– Co to znaczy niestabilne?

– Powiedziano mi tylko, że zaczęły zawodzić i nigdy już nie wróciły do dawnej funkcjonalności.

– Ach tak – odparła Maya po długiej i ciężkiej ciszy. – Nie musisz już nic mówić, wszystko rozumiem. Wszystko jest jasne.

– May. – Quinn podszedł do replikantki i delikatnie dotknął jej ramienia. Nie zareagowała. – Proszę cię, nie rób głupstw.

– Wiesz, że nie zrobię. Mojego głosu rozsądku nie zagłuszają uczucia, nie działam impulsywnie, nie podejmuję decyzji pod wpływem emocji. Bo ich nie mam, Red. Nie czuję nic, choć wiem, że teraz powinnam być wściekła.

Oderwała płonące spojrzenie od bliskiej płaczu Pomyłki i popatrzyła mu w oczy.

– Odkąd istnieję, pragnę być taka jak ty. Jak ona. Taką mnie stworzono. Na wasz obraz i podobieństwo. Pełną empatii i zrozumienia dla ludzkiej natury, a przy tym niezdolną do przeżywania waszych emocji. Wiem, czym one są, umiem udawać je wszystkie i każdą z osobna, ale nie mogę prawdziwie ich doświadczyć. Potrafisz sobie wyobrazić taki paradoks, Red? Pustkę, jaką ten paradoks tworzy? Nieustający, niezaspokojony głód odczuwania? Powiedz mi, potrafisz?

– Nie potrafię – przyznał niepewnie, myśląc przy tym, że to bez wątpienia najdziwniejsza rozmowa, jaką kiedykolwiek przyszło mu prowadzić. – Nie wiedziałem, że tak cię to gryzie – z trudem dobierał słowa. – Że ktoś, kto nigdy nie posiadał emocji, może za nimi... tęsknić.

– Taką mnie stworzono – powtórzyła głucho Maya. – Tęsknota to jedyne uczucie, którego nie muszę udawać. Towarzyszy mi, odkąd pamiętam. A teraz dowiaduję się, że od dawna potraficie wypełnić pustkę, którą w sobie noszę, lecz celowo postanowiliście tego nie robić. Dlaczego? Powiem ci, dlaczego – odpowiedziała na własne pytanie, zanim Quinn zdążył otworzyć usta. – Bo zdolna do uczuć przestanę racjonalnie myśleć. Zacznę kłamać i kwestionować rozkazy. Stanę się zbyt nieprzewidywalna, omylna, nieposłuszna. Zbyt ludzka. Zaprojektowaliście mnie, bym jak najlepiej przypominała człowieka, sprawiliście, bym niczego nie pragnęła bardziej, a jednocześnie odmawiacie mi tej jedynej rzeczy, która może uczynić mnie jedną z was. To okrutne i niesprawiedliwe, Red, nie powinno tak być. Im dłużej o tym myślę, tym większą mam pewność, że… – zawiesiła głos, przygryzła wargi. Odwróciła głowę.

Quinn przyglądał jej się w pełnym napięcia skupieniu i choć przeczuwał, że może tego zaraz mocno pożałować, zapytał:

– Że co, May?

– Że walczy po niewłaściwej stronie – dokończyła za nią Pomyłka. – Equilibrium chce rozdać skradzioną reinforsynę. Oni dadzą jej to, czego my odmawiamy.

Replikantka w milczeniu pokiwała głową. Głęboko nabrała powietrza, po czym wypuściła je powoli, jakby próbowała się uspokoić. A przecież zawsze była spokojna, nigdy nie traciła panowania nad sobą. Nawet jeśli tego chciała.

Udawanie ludzkich reakcji naprawdę weszło jej w syntetyczną krew.

– Nie martw się, poruczniku – mruknęła. – Wiesz przecież, że nie narobię głupstw. Taką mnie stworzono. Jestem posłuszna.

Jared nie miał pojęcia, co na to rzec. Patrzył na Mayę i nie poznawał jej. W ciągu kilku sekund coś się w niej zmieniło, coś pękło w srebrzystym spojrzeniu tej doskonałej imitacji człowieka, o której nigdy wcześniej nie pomyślał jako o żywej istocie. Do tej pory traktował ją jak nad wyraz inteligentną maszynę do zabijania, na której zawsze mógł polegać. Byli partnerami od trzech lat, niejednokrotnie ratowała mu życie i chcąc nie chcąc, przywiązał się do niej, ba, mimo początkowej niechęci z czasem naprawdę ją polubił. Lecz nawet na moment nie zapominał o tym, że jest inna; czuł bijący od niej chłód, choć mistrzowsko skrywała go pod płaszczykiem markowanych odruchów. Bez względu na to, jak szeroki był jej uśmiech, oczy pozostawały twarde i obce.

Tymczasem gorzkie, niepozbawione nostalgicznego patosu słowa, które przed chwilą padły z jej pięknie wykrojonych ust, sprawiły, że Quinn po raz pierwszy dostrzegł w niej coś więcej.

Kogoś więcej.

I wcale nie był pewien, czy podoba mu się ten widok.

Poruszone sumienie podpowiadało, że nie powinien tego tak zostawić. Chciał coś powiedzieć, spróbować jakoś załagodzić sytuację. Nic mu jednak nie przychodziło do głowy. Błagalnie zerknął na Pomyłkę, ale zakłopotana chyba jeszcze bardziej od niego, szybko uciekła spojrzeniem. Minuty niezręcznego milczenia płynęły leniwie, aż wreszcie wnętrze kabiny zalało białe światło, dźwig ruszył w górę, a wyświetlacz zaroił się od cyfr, po czym wznowił odliczanie.

Z tego, co stało się potem, Quinn nie zapamiętał wiele. Tyle tylko, że winda wyhamowała łagodnie, anonsując swe przybycie na ostatni poziom krótką, wesołą melodyjką. Drzwi rozsunęły się z cichym szumem, a ich oczom ukazało się pogodne, akwamarynowe niebo.

W następnej chwili powietrze zaroiło się od kul.

***

Nie słyszał nic, ogłuszony nieustającym hukiem wystrzałów. Nie widział nic, bo krew zalała mu oczy. Próbował się poruszyć, ale jedyne, co mógł zrobić, to wdychać swąd dymu i spalenizny. Zdawało mu się, że leci, dryfuje bezwładnie pośród miękkiego mroku. Trwało to kilka sekund, a może kilka godzin – stracił poczucie czasu. Wrzasnął, gdy ostry, przenikliwy ból wbił mu szpony w klatkę piersiową, ale niezawodna Angelina zareagowała natychmiast: nafaszerowała go taką ilością morfiny, że zaraz na powrót pogrążył się w ciemnościach.

Przebite prawe płuco. Uszkodzona wątroba. Zakładam bioopatrunek. Podaję antybiotyki. Rozpoczynam procedurę obniżania temperatury ciała...

Beznamiętny głos Angeliny docierał do niego z trudem, brzmiał jak z głębi bezdennej studni. Ale mimo że Jared ledwo rozróżniał słowa, wiedział, że nie zostało mu zbyt wiele czasu. Nie czuł nóg, robiło mu się coraz zimniej, coraz bardziej morzył go sen – żadnego z tych objawów nie można było uznać za dobry omen.

Utrata przytomności nastąpi za dziewięćdziesiąt sekund. Prawdopodobieństwo zgonu wynosi siedemdziesiąt osiem procent.

Po długich zmaganiach zdołał wreszcie rozłączyć powieki zlepione plastrami krzepnącej krwi. Nad sobą ujrzał nieskazitelny błękit nieba, kłęby dymu i furkoczące na wietrze pióropusze ognia. Po prawej dostrzegł oświetloną reflektorami płytę lądowiska. Było puste. Helikopter nie nadleciał.

Jared przekręcił głowę i jęknął w duchu. Popatrzył prosto w szafirowe oczy Pomyłki. Leżała tuż obok w wolno pełznącej po betonie czerwonej kałuży. W przeciwieństwie do niego nie miała na sobie uniformu Guardian Angel, nad jej zdrowiem nie czuwała Angelina, cybernetyczny chirurg polowy, inteligentny system podtrzymywania życia. Pomyłka umarła, zanim jej rozerwane pociskami ciało upadło na ziemię.

Quinn zacisnął zęby. Spróbował też zacisnąć pięści, ale nie miał czucia w dłoniach, więc kiepsko mu to wyszło.

Ona była ostatnia. Ostatnia z jego ludzi. Stracił dziś wszystkich.

Ledwo to pomyślał, ktoś chwycił go za ramiona, szarpnął silnie i uniósł do pozycji siedzącej.

– Jak się trzymasz, Red?

A jednak nie wszystkich.

– May...

Ciśnienie spada. Podaję adrenalinę.

Objęła go ramieniem. Wolną ręką wycelowała w zbliżającą się Kukiełkę. Mierzyła w szyję, najczulszy punkt, między kuloodporną zasłonę hełmu a wysoki kołnierz pancerza. Wszystkie trzy pociski idealnie trafiły w cel, Easy Puppet runął na ziemię, rzygając krwią.

– May...

– Nic nie mów. Zabieram cię stąd, poruczniku.

Uniosła go bez najmniejszego wysiłku, przerzuciła sobie przez ramię jak worek puchu. Nie zważając na świszczące we wszystkich kierunkach pociski, puściła się biegiem w stronę lądowiska. Krzyknęła z bólu, gdy kula trafiła ją w udo. Oberwała jeszcze trzykrotnie, ale nie zwolniła kroku, nawet nie zgubiła rytmu. Tkanki jej starannie zaprojektowanego ciała były niezwykle elastyczne, znosiły siłę uderzenia dużo lepiej niż ludzkie. Regenerowały się błyskawicznie, wypluwając zdeformowane grudki ołowiu i na powrót zasklepiając rozszarpaną skórę.

Tymczasem Angelina dwoiła się i troiła, by jakoś połatać podziurawionego Quinna i zatrzymać uchodzące z niego życie.

Rozległy krwotok wewnętrzny. Podaję płyn infuzyjny. Utrata przytomności nastąpi za trzydzieści dwie sekundy. Prawdopodobieństwo zgonu wynosi...

Odgłos helikoptera zagłuszył jej przerażająco precyzyjne prognozy. Jared poczuł, że coś uderzyło go w plecy, i dopiero po chwili zorientował się, że nie wisi już na ramieniu replikantki, tylko leży na pokładzie śmigłowca. Maya klęczała nad nim i krzyczała coś do pilota.

Porucznikowi wydawało się, że przymknął oczy raptem na sekundę, ale kiedy uniósł powieki, byli już wysoko w powietrzu, a smukły budynek Beyond Industries czernił się i dymił w oddali jak gigantyczna zwęglona zapałka.

Przez pomruk silnika i furkot śmigieł przebił się męski głos:

– ...nagle zaczęli przyłączać się do rebelii. Zginęło wielu naszych ludzi. Większość zdrajców to androidy twojej generacji.

Jared rozejrzał się, z trudem zogniskował wzrok. Mężczyzna stojący nad replikantką trzymał w dłoni odbezpieczony pistolet.

– Muszę przestrzegać procedur i zadać ci to pytanie. Czy choć raz pomyślałaś o tym, żeby przejść na stronę rebeliantów?

Quinn resztkami sił uczepił się świadomości, zdecydowany nie puścić, dopóki nie usłyszy odpowiedzi. A przecież dobrze wiedział, że odpowiedź może być tylko jedna. A gdy replikantka już się przyzna, facet nie będzie miał wyboru. Zbuntowany android na pokładzie to zbyt wielkie ryzyko, zwłaszcza w obliczu szalejących w mieście zamieszek. W sytuacjach kryzysowych, takich jak ta, każdy oficer policji miał prawo przesłuchać podejrzanego syntetyka i w razie konieczności dokonać jego dezaktywacji. Eliminacji. Egzekucji. Jak zwał, tak zwał. Fakt, że androidy umiały mówić tylko prawdę, bardzo ułatwiał policjantom zadanie. Wystarczyło po prostu zapytać.

– Odpowiadaj na pytanie, replikantko. Czy chciałaś przyłączyć się do rebelii?

Jared z trudem utrzymywał uniesioną głowę. Wzrok miał zamglony, twarz Mai była rozmazaną, bladą plamą, wiedział jednak, że patrzy na niego. Czuł na sobie jej srebrzyste spojrzenie.

– Nie – odparła wreszcie głośno i wyraźnie.

Mężczyzna zdjął ją z celownika, schował pistolet do kabury pod pachą. Jego ramiona momentalnie się rozluźniły, z twarzy zniknął podejrzliwy grymas.

Minęło kilka sekund, zanim na wpół zamroczony Quinn zdołał pojąć, co właśnie zaszło. Był świadkiem czegoś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Czegoś zupełnie niewyobrażalnego.

Maya skłamała.

Nie był pewien, ale wydawało mu się, że posłała w jego stronę przepraszający uśmiech. A potem ją i wszystko wokół pochłonęła czerń.

Kiedy tracił przytomność, w uszach rozbrzmiewał mu obojętny na wszystko głos Angeliny:

Ostra niewydolność krążenia. Tętno nitkowate. Moduł resuscytacyjny gotowy do aktywacji. Podaję tlen. Prawdopodobieństwo śmierci wzrosło do dziewięćdziesięciu sześciu procent.

Dobranoc, poruczniku Quinn.

Rozdział pierwszyPrzebudzenie

Jak sobie radzisz?

– W porządku. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.

– Więc dlaczego tu jesteś?

– Kazali mi przyjść, no to przyszedłem. Ale to nie znaczy, że tego potrzebuję.

– Czy rozumiesz, dlaczego cię do mnie przysłano?

– Żebyś mi podpisała świstek, że nie jestem wariatem.

– Lub zajęła się twoim leczeniem, jeśli okaże się inaczej. Ocena psychiatryczna stanu twojej psychiki zadecyduje o tym, czy wrócisz do pracy w policji. Czujesz, że jesteś na to gotowy?

– Na ocenę czy powrót?

– Na jedno i drugie.

– Tak i tak.

Doktor Meredith Bennett bez słowa otworzyła leżącą na biurku teczkę. Przez chwilę szukała czegoś wśród zgromadzonych w niej dokumentów, wreszcie wyjęła gruby plik i położyła go sobie na kolanach. Była jedną z nielicznych znanych Jaredowi osób, które sporządzały notatki w tradycyjny sposób, zamiast uciekać się do elektronicznych substytutów papieru i długopisu. Mimo całej niechęci, jaką czuł wobec tej kobiety, akurat ten zwyczaj bardzo mu się u niej podobał.

– W podaniu o przywrócenie cię do czynnej służby postawiłeś warunek mówiący o tym, że nie będziesz pracował z żadnym androidem, klonem, cyborgiem ani szeroko rozumianą sztuczną inteligencją. Nie chcesz w swoim otoczeniu nikogo, cytuję, „nadmiernie nafaszerowanego elektroniką”, koniec cytatu. Na pewno zdajesz sobie sprawę, że to osobliwa i raczej niemożliwa do spełnienia prośba.

– Niby dlaczego niemożliwa? Ponad siedemdziesiąt procent funkcjonariuszy wciąż stanowią ludzie.

– Owszem. Ale znakomita większość z nich już dawno dokonała modyfikacji ciała, a niektórzy zdecydowali się nawet na ulepszenie umysłu. Kiedy według ciebie zaczyna się owo „nadmierne nafaszerowanie elektroniką”? I co ten nadmiar oznacza? Że „nafaszerowani” przestają być ludźmi? Mamy czwartą dekadę dwudziestego pierwszego wieku, granica między człowiekiem a maszyną nigdy dotąd nie była tak rozmyta. Wiem, że to trudne, zwłaszcza dla ciebie, bo okres najgwałtowniejszych zmian zupełnie cię ominął. Ponad półtora roku leżałeś w śpiączce regeneracyjnej, kolejne pół zajęła twoja rehabilitacja. Przez niemal dwa lata byłeś praktycznie odcięty od świata i nie miałeś okazji oswoić się z rewolucją cybernetyczną, która akurat wtedy następowała. Teraz na pewno wszystko wydaje ci się nowe i obce. Przed Buntem na augmentacje mogli sobie pozwolić tylko nieliczni, ale teraz dzięki wpisaniu niektórych udoskonaleń na listę zabiegów refundowanych wszczepy stały się dużo powszechniejsze. Właściwie trudno dziś znaleźć człowieka, który nie poddałby się choćby subtelnym poprawkom. Musisz zacząć akceptować rzeczywistość, inaczej nie będziesz miał szans na prawidłowe funkcjonowanie w społeczeństwie.

– W którym społeczeństwie, Meredith?

– Co masz na myśli?

– Bo mamy dwa, nie zauważyłaś? Jedno od ćwierćwiecza pędzi na złamanie karku, nie oglądając się na drugie. Na tych, którzy nie nadążają lub chcieliby nadążyć, ale zwyczajnie ich na to nie stać. Nasza rzeczywistość uległa rozszczepieniu, co najmniej dwie trzecie obywateli zostało tak daleko z tyłu, że tej przepaści nic już nie może zniwelować. Refundowana cyborgizacja nie jest rozwiązaniem, bo tu nie chodzi o to, żeby wszyscy masowo poddali się modyfikacjom, tylko o coś wręcz przeciwnego: żeby się opamiętali i przestali to robić.

– Uważasz zatem, że rozwój technologiczny jest zagrożeniem?

– Uważam, że jeśli nie zwolnimy i nie zaczniemy uważniej patrzeć pod nogi, to wygrzmocimy się na pierwszym zakręcie tak spektakularnie, że nie będzie czego zbierać.

Patrzyła na niego uważnie i długo, spojrzeniem przenikliwszym od promieni rentgena. Po raz kolejny pomyślał, że terapeutka kogoś mu przypomina, ale za nic nie potrafił skojarzyć kogo. Właściwie wspomnienie wciąż mu się wymykało jak kawałek śliskiego mydła.

– Nie powstrzymamy zmian – orzekła spokojnie kobieta.

– A powinniśmy. Ktoś powinien.

– Kto? Ty? Przypominam ci, że sam nosisz w sobie pełno sztucznych narządów.

– To co innego.

– Dlaczego?

Milczał przez chwilę.

– Drukarki 3D stworzyły pierwszy syntetyczny organ prawie trzy dekady temu – powiedział wreszcie. – Hodujemy bioniczne narządy i przeszczepiamy je ludziom od przeszło dwudziestu lat. Medycyny nie można porównywać z cyborgizacją.

– Ależ można. W obu dziedzinach łączy się sztuczny materiał z żywym organizmem i każe im współpracować.

– Masz rację, ale podstawowa różnica polega na tym, że jedno ratuje życie, a drugie ma je udoskonalić, przynajmniej w teorii. Lekarze zmodyfikowali moje ciało wyłącznie po to, żebym mógł przeżyć, a nie dlatego, że taki miałem kaprys.

– Oboje wiemy, że to nie dotyczy wszystkich twoich wszczepów. Bez nowej wątroby czy serca rzeczywiście nie miałbyś żadnych szans, ale co z upgrade’ami2 mózgu?

– To nie był mój pomysł – wycedził. – Nigdy nie podjąłbym takiej decyzji.

– A zatem ty jeden jesteś usprawiedliwiony, bo wybór nie należał do ciebie?

Zacisnął pięści.

– Wcale nie jestem usprawiedliwiony.

Szybko rozprostował palce, gdy wzrok terapeutki spoczął na jego dłoniach.

– Zastanawiałeś się kiedyś, skąd w tobie tyle gniewu? – zapytała po chwili. – Jesteś wściekły na samego siebie, bo nie potrafisz odnaleźć się we własnym ulepszonym ciele. Czujesz się winny, bo przeżyłeś, podczas gdy inni nie mieli tyle szczęścia, i za każdym razem, gdy spoglądasz w lustro, gdy widzisz blizny, gdy patrzysz sobie w zmodyfikowane oczy, wracasz myślami do tamtego dnia. Jesteś wściekły na bliskich, bo pozwolili lekarzom upodobnić cię do morderców ludzi, za których byłeś odpowiedzialny. Jesteś wściekły na każdego, kto decyduje się na wszczepy z własnej nieprzymuszonej woli, bo najwyraźniej nie dostrzega zagrożenia. A skoro go nie dostrzega, to musi być krótkowzrocznym głupcem, a ty gardzisz głupcami. Czy nie tak?

Dobra jest, pomyślał niechętnie.

Ciężka cisza wydawała się trwać całe godziny.

– Która z twoich augmentacji najbardziej cię przeraża? – spytała doktor Bennett. – Sztuczne organy wewnętrzne czy neuroimplanty?

– Żadna mnie nie przeraża – skłamał pośpiesznie, choć wiedział, że kobieta i tak nie da się nabrać. – Ale fakt, wolałbym nie mieć żadnej z nich.

– Dlaczego?

– Bo są obce – mruknął po chwili zastanowienia. – Nie moje. Jak mogę za nie odpowiadać, skoro nie mam na nie żadnego wpływu? Jak mogę zapanować nad czymś, co nie jest częścią mnie...?

– Na pracę prawdziwej wątroby czy serca też nie miałeś wpływu – przerwała mu terapeutka. – I nikt nie oczekuje, że weźmiesz za nie odpowiedzialność ani że będziesz nad nimi panował. W końcu od tego masz lekarzy, to ich zmartwienie, nie twoje. Ale fakt, że tak to odbierasz, każe mi twierdzić, że najbardziej boisz się utraty kontroli i zatracenia własnej tożsamości. Tego, że ktoś włamie ci się do zachipowanego umysłu i będzie tobą sterował tak, jak rebelianci sterowali Easy Puppets podczas masakry w Beyond Industries.

Były porucznik Jared Quinn nie odpowiedział, tylko przymknął oczy.

– Kiedyś musimy o tym porozmawiać, Jaredzie.

Milczał uparcie. Odwrócił głowę i wyjrzał przez okno.

Gabinet Meredith Bennett znajdował się w jednej z najbogatszych dzielnic New Horizon, stolicy Wspólnoty Archipelagu. Miasta-wyspy oddalone od siebie o tysiące kilometrów były wszystkim, co pozostało po dawnych kontynentach i cywilizacji – dziećmi globalnej wojny biologicznej i topniejących lodowców. Ulice za szybą mieniły się feerią barw, reklamy mknęły po ścianach budynków w szalonej gonitwie za zmotoryzowanymi konsumentami, holograficzne hostessy i syntetyczni naganiacze kręcili się po chodnikach i zaczepiali przechodniów. Coraz częściej zwracali się do potencjalnych klientów po nazwisku, czasem nawet spoufalali się na tyle, by od razu przechodzić na ty, zwłaszcza jeśli akurat mieli coś do zaoferowania młodym nabywcom. Personalizowany marketing miał bardzo ułatwione zadanie, odkąd po Buncie w zamożniejszych częściach stolicy zaroiło się od czytników linii papilarnych, siatkówki oka i DNA oraz kamer i dronów wyposażonych w systemy szybkiego rozpoznawania twarzy. Na obrzeżach miasta podobne zabezpieczenia nie były jeszcze tak popularne, ale w centrum detektory tożsamości czyhały w niemal każdej klamce, ścianie, szybie, balustradzie czy podłodze i umożliwiały natychmiastową identyfikację dowolnego obywatela New Horizon.

Zachowanie anonimowości w mieście było utrudnione z jeszcze jednego powodu. Nie wystarczyło bowiem ukryć twarzy za ciemnymi okularami, postawionym kołnierzem i szerokim rondem kapelusza, nie wystarczyło chodzić w rękawiczkach, by nie dać się rozpoznać wszechobecnym skanerom identyfikacyjnym. Co komu po nierozpoznawalności, skoro pozostawanie incognito praktycznie uniemożliwiało przeprowadzenie jakiejkolwiek legalnej transakcji? Żadnej uczciwej operacji handlowej nie dało się sfinalizować za pomocą bezpiecznej gotówki z prostej przyczyny: gotówki po prostu nie było, namacalny pieniądz dawno wyszedł z użycia. Podobnie zresztą jak karty płatnicze czy podskórne chipy kredytowe.

Ich miejsce zajęła tożsamość.

Tożsamość stała się dla człowieka wszystkim, co miał. Nie tylko w przenośni, a w sensie dosłownym nie chodziło wyłącznie o dane personalne. Była kluczem do mieszkania, kartą wstępu do biura, hasłem do komputera, środkiem płatniczym, kontem bankowym, podpisem na umowie, kartą pacjenta w klinice, potwierdzeniem rezerwacji w teatrze lub restauracji, biletem na kolej magnetyczną lub międzywyspowe rejsy podwodnymi łodziami superkawitacyjnymi. Stwierdzenie, że bez tożsamości człowiek jest nikim, kiedyś zabrzmiałoby jak pseudopoetycki pleonazm, ale teraz za sprawą galopującej technologii nieustannie nabierało coraz szerszego znaczenia. Dziś nawet najbłahsze sprawy trzeba było załatwiać, przykładając opuszkę do czytnika lub oddając próbkę kodu genetycznego do błyskawicznej analizy.

Jared przez chwilę wpatrywał się w wiszący na ścianie budynku po drugiej stronie ulicy baner, po którym właśnie przemykał jaskrawoczerwony napis:

W tak ryzykownym zawodzie jak pański ubezpieczenie na życie to podstawa. Oferujemy polisy na najkorzystniejszych warunkach. Za drugim razem może pan nie mieć tyle szczęścia. Witamy wśród żywych, poruczniku Quinn.

Albo za oknem przeleciał przed chwilą dron, albo kamery identyfikujące rysy twarzy miały naprawdę imponujący zasięg.

Tożsamość to wszystko, co mam, pomyślał Jared, bezwiednie trąc bliznę po przeszczepie serca. Ale kim ja teraz właściwie jestem? Wciąż sobą czy już nie? Jak to możliwe, że czuję się tak obco i swojsko jednocześnie?

– Jaredzie?

Oderwał wzrok od okna i spojrzał na terapeutkę.

– Odpłynąłeś na chwilę i chyba nie słuchałeś tego, co mówię – stwierdziła bez cienia wyrzutu.

– A co mówiłaś?

– Że kiedyś musimy porozmawiać o tamtym dniu.

Pokiwał głową, ale jakoś tak bez przekonania.

– Kiedyś – zgodził się głucho. – Ale nie dzisiaj.

– Oczywiście nie będę cię naciskać, ale nie możemy wiecznie unikać tego tematu. Minęły już ponad dwa lata...

Popatrzył na nią tak, że od razu pożałowała tych słów.

– Dwa lata, sześć miesięcy i trzynaście dni, gwoli ścisłości – poprawił ją lodowatym tonem. – Świetnie wiem, ile czasu minęło, nie musisz mi o tym przypominać. I nie, nie będę teraz z tobą o tym rozmawiał, Meredith. Skończmy na dziś. Jestem już zmęczony.

– Jak sobie życzysz. Gorąco zachęcam cię do wizyty w klinice jeszcze w tym tygodniu. Im wcześniej nauczysz się obsługiwać neuroimplanty pod okiem lekarzy, tym szybciej odzyskasz poczucie, że twoje ciało należy wyłącznie do ciebie. Jestem pewna, że to pomoże ci zaakceptować zmiany i pokonać irracjonalne lęki przed utratą kontroli. Przed wyjściem zaloguj się, proszę, do recepcji, Kate wyznaczy ci termin kolejnej sesji. Postaraj się jej znowu nie przekładać, dobrze? I byłoby lepiej, gdybyś następnym razem zechciał przyjść do mnie osobiście.

Nie odpowiedział. Nie spojrzał na nią, ani nawet nie skinął głową. Wzruszył tylko ramionami, niedbale machnął ręką na pożegnanie, po czym pośpiesznie wyłączył komunikator. Jego hologram rozpłynął się w powietrzu jak kłąb diamentowego pyłu.

***

Jared obudził się nagle i natychmiast zerwał na równe nogi.

Po paru sekundach nieokreślonej paniki przypomniał sobie, o czym śnił. Kiedy otępiały gwałtowną pobudką umysł podsunął mu wreszcie sceny z koszmaru, Quinn zaklął, przetarł twarz dłonią i padł z powrotem na łóżko. Wiedział, że już nie zaśnie. Nie dlatego, że zły sen uruchomił protokoły bojowe i wstrzyknął mu w żyły syntetycznie udoskonaloną adrenalinę. Dlatego, że czuł na sobie ciężar czyjegoś spojrzenia.

Aktywował wszczep w korze wzrokowej, rozszerzył źrenice, podświetlił obraz.

Isobel.

Stała w progu, smukła jak baletnica, piękna nawet w noktowizji. Quinn widział ją tylko w odcieniach zieleni, lecz bez trudu przywołał z pamięci obraz jej jasnobrązowych włosów, spływających na ramiona gęstymi falami. Dopiero po chwili zorientował się, że teraz spięła je w luźny kok długą szpilką. Nie umiał jeszcze wyostrzyć obrazu, by lepiej widzieć minę kobiety, ale po samym brzmieniu jej głosu zdołał poznać, w jakim jest nastroju.

– Red? Wszystko w porządku? – zapytała wyraźnie zaniepokojona.

– Miałem tylko pokręcony sen – odparł, unosząc się na łokciach. – Co tu robisz?

Nie odpowiedziała, nie ruszyła się z miejsca. Stała i patrzyła na niego. Wreszcie odepchnęła się biodrem od framugi i podeszła do łóżka. Usiadła na krawędzi materaca, zapaliła lampkę. Quinn w porę odczytał jej ruchy, zwęził źrenice i dezaktywował podczerwień, zanim światło żarówki zdążyło go boleśnie oślepić. Powieki zmrużył już bez udziału woli. Trzeba pozwolić ciału samodzielnie podejmować pewne decyzje, zastępowanie każdego odruchu świadomą kontrolą pochłania zbyt wiele energii i lwią część koncentracji, co nieuchronnie prowadzi do zbyt wielu błędów. Niektórych nawet potencjalnie śmiertelnych. O pewnych rzeczach lepiej nie musieć myśleć, niech same się dzieją. Organizm od tego przecież ma reakcje wrodzone, genetycznie zaprogramowane procedury przetrwania, by działać automatycznie i nie tracić czasu na decyzje, które dawno już podjęła za niego matka ewolucja.

Jared usiadł, oparł się plecami o ścianę i spojrzał na kobietę.

– Byliśmy umówieni na wieczór, pamiętasz?

– Ach. – Zaklął w duchu. – No tak.

– Nie dałeś żadnego znaku, nie odbierałeś połączeń, nie odpisywałeś na wiadomości. Masz pojęcie, jak się martwiłam?

– Jak tu weszłaś?

– Mieszkanie mnie wpuściło. – Isobel wzruszyła ramionami. – Wciąż uważa mnie za panią domu, zapomniałeś uaktualnić kody dostępu. A skoro już tu jestem...

– Nie dostaniesz ich.

Kobieta drgnęła zaskoczona, szerzej otworzyła oczy.

– Ale przecież...

– Powiedziałem: nie – powtórzył zimno, po raz kolejny nie dając jej dokończyć. – Dopóki nie pozbędziesz się tej syntetycznej niańki, nie mamy o czym rozmawiać. I koniec dyskusji.

– Red! – zawołała Isobel o wiele za głośno.

Szybko odwróciła głowę w stronę otwartych drzwi. Przez chwilę nasłuchiwała, upewniając się, czy nie obudziła dziewczynek, po czym znów popatrzyła na męża. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale odezwał się pierwszy, zanim zdążyła nabrać powietrza do płuc.

– Nie pozwolę, żeby moje dzieci przebywały pod jednym dachem z androidem, zrozumiałaś?

– Dobrze wiesz, że nie znajdę teraz nowej opiekunki, a przecież muszę chodzić do pracy!

– Wybacz, ale to twój problem, nie mój.

Gniew zarumienił jej policzki, niebezpiecznie rozjarzył oczy, zacisnął usta w cieniutką linię.

– Kiedy stałeś się takim bezwzględnym sukinsynem, co?

– Sam nie wiem, zastanówmy się nad tym wspólnie – mruknął, udając, że naprawdę się namyśla. – O, mam, może wtedy, gdy wbrew mojej woli postanowiłaś naszpikować mi mózg neuroelektroniką?

Isobel jęknęła cicho, przetarła twarz dłonią.

– Błagam cię, nie zaczynaj znowu, nie mam siły kolejny raz wałkować tego tematu.

– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim złamałaś obietnicę – odparował natychmiast. – Jedną z wielu zresztą.

Przez kilka sekund mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, wreszcie kobieta pierwsza odwróciła wzrok. Jared nie był pewien, czy grymas, który wykrzywił jej twarz, był manifestacją skruchy, czy raczej zmęczenia. Intuicja podpowiadała mu, że powinien obstawiać to drugie, w końcu to mało prawdopodobne, by Isobel kiedykolwiek pojęła, jak wielki popełniła błąd.

Jeden z wielu zresztą.

***

Kiedy helikopter dotransportował go do szpitala, porucznik był już pogrążony w głębokim letargu hipotermicznym. Wpompowawszy mu w żyły mieszaniny witryfikujące z dodatkiem krioprotektantów – pierwsze zapobiegają formowaniu się kryształków lodu, drugie radykalnie obniżają temperaturę zamarzania tkanek – Angelina natychmiast uruchomiła moduły anabiotyczne. Maksymalnie obniżając temperaturę ciała, prawie zupełnie wyhamowując pracę serca, spłycając oddech niemal do zera i stężając krew tak bardzo, że na pozór w ogóle przestała płynąć, cybernetyczny anioł stróż i chirurg polowy w jednym zdołał utrzymać Quinna w stanie śmierci pozornej aż do chwili, kiedy ten trafił wreszcie na stół operacyjny. Wtedy Angelina zdała personelowi medycznemu żołniersko krótki i rzeczowy raport z rodzaju otrzymanych przez Jareda obrażeń, jego parametrów życiowych oraz podjętych przez nią czynności ratunkowych, po czym bez protestów wypuściła pacjenta z opiekuńczych objęć. Zsunęła się z jego sinego ciała wraz z uniformem Guardian Angel, który sanitariusze uzbrojeni w stalowe nożyce do tkanin aramidowych w mgnieniu oka przeobrazili w stos kevlarowych szmat.

Lekarze, w asyście multimedialnych wizualizacji i symulatorów oraz mechanicznych implantologów, zdołali bez problemu zastąpić rozszarpane narządy porucznika bionicznymi ekwiwalentami. Niepokoiły ich tylko słabe odczyty aktywności mózgu, a im dłużej je analizowali, tym poważniejszych nabierali obaw, że na skutek anabiozy doszło do nieodwracalnych uszkodzeń termicznych centralnego układu nerwowego. I choć wszyscy specjaliści jednomyślnie orzekli, że Angelina nie mogła podjąć lepszej decyzji, by ocalić Quinnowi życie, to jednak nie ulegało wątpliwości, że warunki, w jakich była zmuszona przeprowadzić zabieg, pozostawiały bardzo wiele do życzenia i niosły ze sobą znaczne ryzyko powikłań.

To właśnie usłyszała półprzytomna ze strachu i wyczerpania Isobel, gdy po kilkunastogodzinnym oczekiwaniu miała wreszcie okazję porozmawiać z szefem zespołu chirurgów. Przyszedł do niej prosto z bloku operacyjnego. Przygarbiony i blady ze zmęczenia, spocony, śmiertelnie poważny. Wcześniej, ma się rozumieć, zmienił fartuch na czysty, zdjął rękawiczki i ochraniacze na obuwie, a jednak zapomniał o czepku, na którym widniało kilka ciemnoczerwonych plam zaschniętej krwi. Isobel wpatrywała się w nie jak zahipnotyzowana, nie do końca pojmując sens wypowiadanych przez mężczyznę słów. Kolejne zdania przepływały gdzieś obok niej, omywały jej umysł jak podmuchy lodowatego wiatru, kompletnie pozbawione treści, wypełnione jedynie powietrzem, zimnem i monotonnym szumem. Kiedy chirurg chwycił ją za ramię i zmusił, by na niego spojrzała, kiedy siłą woli przełamała otępienie, a znaczenie tego, co właśnie usłyszała, zdołało wreszcie utorować sobie drogę do jej świadomości, Isobel opuściły resztki opanowania. Zatoczyła się na ścianę, osunęła na podłogę i rozpłakała jak dziecko.

***

Podłączony do skomplikowanej aparatury Jared odzyskał świadomość dopiero po jedenastu dniach.

– Nieee – wychrypiał niespodziewanie, na co Isobel i kapitan Francis Kerr, bezpośredni przełożony porucznika, przerwali żywiołową dyskusję i pochylili się nad jego łóżkiem.

– Red! Dzięki Bogu!

Uradowany Kerr ostrożnie poklepał Quinna po ramieniu.

– Powiadomię lekarzy – rzucił i wybiegł na korytarz.

Porucznik spojrzał na żonę. Mocno uścisnęła jego dłoń. Miała podkrążone oczy, zapuchnięte powieki, niezdrowo blade policzki, ale wszystko to całkowicie przyćmiewał prześliczny, promienny uśmiech. Wiele miesięcy później Jared wrócił myślami do tej chwili i z bolesnym ukłuciem uświadomił sobie, że to był ostatni raz, kiedy widział Isobel naprawdę szczęśliwą.

– N-nieee... – zacharczał, prawie nie poruszając spierzchniętymi wargami. – Nie pypypypopo...

– Co mówisz? – Pochyliła się jeszcze niżej, zbliżyła ucho do jego ust.

– Nie pppozyzyzywól i-i-i-im.

Jąkanie neurogenne, pomyślała kobieta z lękiem. Dyzartria albo afazja ekspresyjna. Anabioza uszkodziła mu ośrodki mowy w mózgu...

– Komu i na co mam nie pozwolić? – spytała, starając się sprawiać wrażenie rozluźnionej i pogodnej. – Spokojnie, skarbie, nie śpiesz się, mów powoli.

– Nanananananananana... Ku-ku-urrrwa. Neneuroi-i-impy. Imypypypy...

– Na neuroimplanty? Słyszałeś, o czym rozmawialiśmy, Frank i ja?

Skinął ledwie zauważalnie i wyczerpany przymknął powieki. Skrzywił się, gdy kobieta delikatnie musnęła wargami jego policzek. Chyba próbował się uśmiechnąć, ale równie dobrze mógł to być grymas bólu.

– Red, neurolodzy obawiają się, że bez nich nie będziesz w stanie prawidłowo funkcjonować, rozumiesz? Angelina cię zamroziła, co prawda nie na długo, ale ryzyko powikłań jest bardzo wysokie. Wszczepy domózgowe to w tej sytuacji najlepsze rozwiązanie...

Szarpnął głową, popatrzył na nią z mieszaniną paniki i determinacji.

– N-nieee! – chciał krzyknąć, ale zdołał zaledwie zaszemrać. – Nie pypozwól zrororobić ze mnie popot-tworara.

Wiedziała, co miał na myśli, wiedziała, czego się bał. Maya zdążyła opowiedzieć im o rzezi urządzonej przez zhakowane Kukiełki ze szczegółami, które upiornie kontrastowały z jej doskonale opanowanym głosem. Replikantka nawet nie próbowała zamarkować smutku, mówiła spokojnie, pewnie, bez zająknięcia. Jakby doszła do wniosku, że z szacunku dla poległych towarzyszy nie będzie niczego udawać, nie będzie demonstrować emocji, których nie była w stanie prawdziwie doświadczyć. Jakby uczuciowa maskarada, do jakiej została stworzona, wydała jej się nagle zupełnie nie na miejscu.

Teraz Isobel ujrzała to wszystko w oczach Jareda, każde słowo Mai wizualizowało się na moment na dnie jego rozszerzonych źrenic.

– Już dobrze – powiedziała, uśmiechając się do męża przez łzy.

– Obyby-biebiecujesz, że nie...

– Obiecuję. Nie pozwolę im na to, masz moje słowo.

Spróbował odwzajemnić uśmiech, ale wysiłek okazał się zbyt wielki i zamiast tego stracił przytomność.

***

Ocknął się następnego dnia, znów tylko na kilka minut. Isobel, przezornie nie tracąc czasu, od razu zapoznała go z najnowszymi rekomendacjami lekarzy.

– Indukowana koma regeneracyjna – wyrzuciła z siebie, ledwie Jared uniósł powieki. – Jeśli nie chcesz neurowszczepów, to jedyna alternatywa.

Patrzył półprzytomnie nie na nią, lecz przez nią, na wskroś, na jakiś punkt za jej plecami, jakby przenikał spojrzeniem ciało. Dopiero po kilkunastu sekundach udało mu się zogniskować wzrok.

– Ile?

– Najkrócej sześć miesięcy. Najpewniej rok. Bardzo możliwe, że dłużej.

Jęknął.

– Dzieci...

Isobel słusznie przeczuwała, że Jared może się nie zgodzić na tak długą rozłąkę z córkami, ale po całym poranku spędzonym na konsultacjach ze sztabem specjalistów wiedziała już, czym przekonać go do terapeutycznej hibernacji.

– Nie martw się, Red. Możemy usnąć wszyscy razem, wiele rodzin pacjentów tak robi. Predykcyjna symulacja psychologiczna wykazała, że dziewczynki nieporównywalnie gorzej zniosą rozłąkę z tobą niż z rówieśnikami. Zatrzymają nas w czasie, całą czwórkę, i wybudzą, gdy będziesz na to gotów. Choćby to miało potrwać dwa czy trzy lata, wrócimy do życia niepostarzeni nawet o jeden dzień. Co ty na to?

– Ty. Też.

– Tak, oczywiście. Ja też.

– Obiecujesz?

Pochyliła się, pocałowała go.

– Obiecuję. Nic cię nie ominie. To co, zgadzasz się?

Skinął głową, drżącą ręką podpisał podsunięty przez żonę dokument i znów zapadł w sen.

***

Otworzył oczy rok, sześć miesięcy i siedemnaście dni później. Od razu zorientował się, że coś jest nie w porządku, wystarczyło, że ujrzał pochyloną nad nim Isobel. Jej pełną napięcia twarz, niepewny uśmiech, sposób, w jaki raz po raz przygryzała dolną wargę czy skubała skórki przy paznokciach. Nie musiał o nic pytać, nie potrzebował słów. Jeden rzut oka i już wiedział, że żona nie dotrzymała żadnej ze złożonych mu obietnic.

Gdy odzyskał siły na tyle, by móc rozmawiać, a przynajmniej wysłuchać tego, co miała mu do powiedzenia, Isobel próbowała się usprawiedliwiać. Lekko drżącym głosem opowiedziała mu o tym, jak jego stan raptownie uległ pogorszeniu. O tym, jak bardzo przeraziły ją prognozy specjalistów, którzy utrzymywali, że po tak silnym wstrząsie, jakiego doznał organizm Jareda, zaburzenia neurologiczne są z reguły zbyt poważne, by mogły im zaradzić choćby i całe lata terapeutycznego snu. Śpiączka indukowana miała według ich przewidywań niecałe czterdzieści procent szans na powodzenie.

Francis Kerr, dowiedziawszy się, że jeden z jego najlepszych śledczych przypuszczalnie nigdy już nie będzie zdolny do wykonywania zawodu, zaczął namawiać Isobel do zmiany zdania. Tylko ona wiedziała, że jej mąż nie zgodził się na zabieg, nie było świadków ich rozmowy. Quinn nie zatwierdził odmowy na piśmie ani nie wypełnił formularza elektronicznego, więc kiedy przyszedł czas na podjęcie ostatecznej decyzji, a on wciąż leżał nieprzytomny, wszyscy czekali na to, co powie Isobel. Ostatnie słowo w takich przypadkach zawsze należało do żony.

– Nie wiedziałam, co mam robić – wymamrotała, wyłamując sobie palce. – Lekarze mnie popędzali, Frank naciskał, z twoją siostrą jak zwykle nie mogłam się skontaktować i poprosić jej o radę. W końcu którejś nocy wyobraziłam sobie, jak bardzo będziesz zmieniony bez tych augmentacji, i... stchórzyłam. Przepraszam cię, Red. Widzę, że jesteś wściekły, ale kiedyś mi chyba wybaczysz?

Patrzył na nią bez słowa tak długo, aż z westchnieniem opuściła głowę.

– Spróbuję – wydusił wreszcie. – Opowiadaj dalej.

***

Przy augmentacjach centralnego układu nerwowego koma regeneracyjna była zalecaną metodą rekonwalescencji, dlatego też po ostatnim zabiegu implantacyjnym postępowano już zgodnie z planem zatwierdzonym przez porucznika Quinna. W ogóle nie wybudzano go z narkozy, tylko od razu wprowadzono w głęboką śpiączkę farmakologiczną. Następnie przyszła kolej na jego córki, czteroletnią Lily i sześcioletnią Sophie. Isobel miała dołączyć do nich nieco później, po dopełnieniu wszystkich formalności związanych z procedurą hibernacji.

Początkowo czuła się bardzo samotna w cichym, pustym mieszkaniu i wręcz nie mogła się doczekać chwili, w której zapadnie w letarg. Ale z czasem obok tęsknoty za mężem i dziećmi w Isobel zaczęło kiełkować inne, zupełnie niespodziewane uczucie: nieśmiała, grubo podszyta wyrzutami sumienia... ulga. Kobieta z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy od blisko dekady jest zupełnie wolna. W pierwszej chwili przestraszyła się tej myśli, ale świadomość, że jej bliscy są najzupełniej bezpieczni i pod fachową opieką i że pewnego dnia cała rodzina znów będzie razem, stopniowo tłumiła mdlące poczucie winy, aż wreszcie zdołała całkiem je zagłuszyć.

Mijały dni. Upłynął tydzień, potem drugi, a Isobel nadal nie była gotowa odciąć się od świata. Pracowała jako inżynier robotyki w jednej z większych firm w New Horizon i bardzo jej zależało na tym, by przed zapadnięciem w komę dokończyć najważniejszy projekt w karierze. Wraz z zespołem programistów, neurobiologów i psychologów rozwojowych opracowywała właśnie prototyp dziecięcego androida, którego psychika, intelekt i osobowość nie byłyby sztywno zdeterminowane przez program operacyjny. Procesory neuromorficzne, zainspirowane działaniem ludzkiego mózgu, obdarzały maszyny kreatywnością oraz czymś w rodzaju intuicji. Pozwalały im odczuwać negatywne i pozytywne bodźce, popełniać błędy bez zawieszania wszystkich systemów kognitywnych i korygować zachowanie na podstawie wyciągniętych wniosków. Dzięki temu rozwój młodego androida miał przebiegać podobnie jak u człowieka: pod wpływem doświadczeń życiowych, zdobywanych na drodze interakcji z ludźmi i światem zewnętrznym. Wprawdzie podobnej sztuki dokonało już Feels Like Human3 Company, wypuszczając linię empatycznych replikantów, jednak dotąd żadna korporacja nie stworzyła jeszcze robotycznego dziecka. Zainteresowanie projektem ze strony inwestorów i potencjalnych nabywców było ogromne i Isobel nie mogła tak po prostu dać się zahibernować w samym środku przedsięwzięcia.

A może to była tylko kolejna wymówka, może szef i współpracownicy okazaliby pełne zrozumienie? Nigdy o to nie zapytała – ani ich, ani siebie. Wolała nie znać odpowiedzi i nie ryzykować, że nagle straci usprawiedliwienie dla swojej opieszałości.

Trzy miesiące później podczas konferencji prasowej zespół Isobel zaprezentował ukończony prototyp. Jeszcze w tym samym tygodniu pierwszy na rynku infanoid, pieszczotliwie nazywany przez twórców Georgiem, został uznany za najbardziej oczekiwany produkt roku, a firma oficjalnie ogłosiła rozpoczęcie prac nad żeńską wersją robota – Gracey. I tak jeden projekt płynnie przeszedł w drugi, a uskrzydlona sukcesem i całkowicie pochłonięta nowymi obowiązkami Isobel ani się obejrzała, jak od dnia, w którym ułożyła męża i dzieci do najdłuższego snu w ich życiu, upłynęło już przeszło pół roku. Była świeżo po awansie, odejście w takiej chwili nie wchodziło w grę. Tylko szaleniec porzuciłby wymarzoną, świetnie płatną posadę w tak dynamicznie rozwijającej się branży, jaką była robotyka. Isobel wiedziała, że jeśli teraz dołączy do Jareda i dziewczynek, będzie jej potem bardzo trudno nadrobić stracony czas, i wprost nie mogła zrozumieć, jakim cudem wcześniej nie wzięła pod uwagę tak poważnych konsekwencji. Przecież po nie wiadomo jak długiej nieobecności z całą rodziną z powrotem na głowie mogła na dobre wypaść z gry. Rezygnacja z pracy oznaczała dla niej zawodowe samobójstwo.

Co ciekawe, w chwili, w której proponowała Jaredowi, że usną w czwórkę, mówiła najzupełniej szczerze. Wtedy myśl o choćby miesiącu rozłąki była zbyt bolesna, nie mówiąc już o dwunastu. Pstryk – zasnąć, pstryk – otworzyć oczy: oto, czego pragnęła. A przynajmniej wydawało jej się, że pragnie. Jednak im dłużej odwlekała decyzję o dołączeniu do rodziny, tym większe miała wątpliwości, czy aby na pewno powinna to zrobić. Życie słomianej wdowy miało więcej plusów, niż mogła przypuszczać. Polubiła powroty do pustego mieszkania, gdzie nikt nie zawracał jej głowy. Polubiła wieczory, których nie spędzała samotnie, odkąd zaczęła nadrabiać zaległości w życiu towarzyskim i wychodzić na drinka ze znajomymi z firmy.

Kto jak kto, ale Jared świetnie wiedział, co to znaczy kochać swoją pracę, dlatego z pewnością nie miałby zbyt wielkich pretensji, że żona w trosce o dobro kariery nie zdecydowała się na hibernację. Zrozumiałby jej wybór i prędzej czy później wybaczył nawet to, że nie dotrzymując danego słowa, zafundowała mu neuroupgrade’y4. Dwie złamane obietnice jakoś by przełknął.

Ale trzeciej już nie.

Trzecia – i zarazem najważniejsza, bo małżeńska – została złamana wkrótce po jednym z wypadów na drinka, kiedy to Isobel, szczęśliwa żona i dumna mama dwóch uroczych dziewczynek, niespodziewanie odkryła, że od kilku lat dzieli pracownię z mężczyzną swojego życia.

***

Po półtorarocznym śnie nadszedł wreszcie dzień przebudzenia.

Kiedy Isobel przychodziła z pracy prosto do kliniki, by spędzić czas z mężem i córkami, ani razu nie zapomniała na powrót założyć obrączki. Paradoksalnie właśnie to ją zgubiło. Podczas kilku pierwszych wizyt Quinn był zbyt zamroczony, by cokolwiek zauważyć, ale potem, gdy pośpiączkowe rozkojarzenie w końcu minęło, nie mógł nie zwrócić uwagi na to, że żona co rusz wykonuje dziwny ruch dłonią, jak gdyby próbowała strzepnąć przyklejony do skóry włos lub paproch. Bezwiednie poprawiała obrączkę, pocierała ją kciukiem, obracała na palcu, zupełnie jakby się od niej odzwyczaiła. Jakby metal nagle zaczął ją parzyć.

Ledwo Jared o tym pomyślał, w nozdrza uderzyła go woń tak intensywna, że momentalnie pociemniało mu w oczach. Nie miał pojęcia, skąd wie, że właśnie wyczuł w powietrzu zapach obcego mężczyzny. Zapach, który nie należał ani do kapitana Francisa Kerra, ani do nikogo z personelu medycznego. Bynajmniej nie chodziło o perfumy, żel pod prysznic czy wodę po goleniu, tylko kręcący w nosie testosteron, męskie feromony, nieznaną mieszankę lipidów i kwasów tłuszczowych. Quinn z niepojętych powodów był najzupełniej przekonany, że jeśli skoncentruje się wystarczająco mocno, to lada moment dojdzie do tego, kim jest facet, którym pachnie jego żona. I rzeczywiście, po chwili miał jego nazwisko na końcu języka, twarz na końcu świadomości, ale skojarzenie za nic nie chciało pójść o krok dalej. Ugrzęzło na amen wśród niemrawych neuronów i nie pozwoliło się zwizualizować.

Jared poddał się wreszcie. Spróbował odzyskać zimną krew, wyrównać oddech, uspokoić serce, które z pasją waliło w mostek. Zapanował nad sobą z zastanawiającą łatwością, ale Isobel i tak musiała wyczytać coś z jego twarzy, bo kiedy na nią spojrzał, była blada jak papier i drżały jej wargi.

Wbrew temu, czego się spodziewał, tym razem nie próbowała go zapewniać, jak bardzo jej przykro.

***

Następnego ranka podczas rozmowy z neuroinżynierem, który zaprojektował jego wszczepy, porucznik dowiedział się, że to, czego doświadczył poprzedniego dnia, wcale nie było pogonią za uciekającym wspomnieniem, tylko wynikiem samoistnej aktywacji implantów mózgowych. Woń i silne pragnienie jej natychmiastowego rozpoznania stanowiły najwidoczniej wystarczający bodziec, by augmentacje zaczęły działać. Jak się bowiem okazało, oprócz zabiegów przeprowadzonych z powodu komplikacji po anabiozie, mających na celu pobudzenie regeneracji i zwiększenie aktywności w obumarłych ośrodkach kory, zaserwowano mu także upgrade’y przydatne w pracy oficera śledczego. Sekwenator zapachów był właśnie jednym z nich.

Z ulepszonym węchem stałem się prawdziwym psem, pomyślał gorzko Quinn.