Łyżeczka - Izabela Szylko - ebook + audiobook
Opis

Czy kiedykolwiek myśleliście o tym, żeby zabić własną matkę?

Majka też nie. Nigdy. A jednak to zrobiła. Nie musicie jej usprawiedliwiać. Nie starajcie się wybaczyć. Wystarczy, że spróbujecie ją zrozumieć.

Scenariusz, będący adaptacją powieści znalazł się w finale Script Pro 2014,  najważniejszego w Polsce konkursu dla scenarzystów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 15 min

Lektor: Grażyna Barszczewska

Popularność


IZABELA SZYLKO

łYżECZKA

WYDAWNICTWO NOWY śWIAT

© Copyright byIzabela Szylko, 2014

© Copyright byWydawnictwo Nowy Świat, 2014

Redakcja:

Marian Hanik

Projekt okładki:

Studio Ra

ISBN 978-83-7386-558-7

Wydanie IWarszawa 2014

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47

internet: www.nowy-swiat.plblog: blog.nowy-swiat.plksięgarnia: www.poczytajka.pl

Zabiłam moją matkę.

Naprawdę.

Ile razy, wchwilach złości zdarzyło wam się wrzasnąć na kogoś – „ja cię zabiję!” – nie mając przecież wcale takiej intencji? Założę się, że wiele razy. Po prostu głupia odzywka, która chociaż brzmi groźnie, znaczy mniej więcej tyle, co „lepiej zejdź mi zoczu, bo możesz dostać wucho”. Sama też używałam tego praktycznego zwrotu nie raz, odgrażałam się wten sposób przyjaciółkom, kolegom zpracy, mojemu mężowi, ale nigdy – mojej matce, Mieczysławie.

Moja matka doprowadzała mnie do białej furii niemal każdym wypowiedzianym przez nią zdaniem, ale nigdy nie usłyszała wodpowiedzi – „ja cię zabiję”. Dopiero teraz, po tym, co się stało, nareszcie zrozumiałam dlaczego. Przyczyną był instynktowny, atawistyczny niemal lęk, że jeśli głośno wypowiem te słowa, to zabrzmią one jak prawdziwa groźba, iPan Bóg, którego nie ma, odbierze to jako obietnicę, którą będę musiała ją spełnić.

Nigdy, przez całe moje trzydziestopięcioletnie życie nie skrzywdziłam zpremedytacją żadnego żywego stworzenia stojącego wewolucji wyżej niż owady. Nie mogę zagwarantować, że nie skrzywdziłam żadnego człowieka, ale jeżeli nawet tak się stało, nawet jeśli niechcący, wchwilach gniewu, zdarzyło mi się kogoś zranić, to ręczę głową, że nie zrobiłam tego celowo. Przez cały czas, ze wszystkich sił, zróżnymi rezultatami pilnowałam się, by nie skrzywdzić mojej matki. Aż wkońcu ją zabiłam.

A teraz ona leży dwa metry pod ziemią. Wyprawiłam jej pogrzeb zhonorami, taki, jaki należy się matce, kupiłam ogromne wieńce, zamówiłam pomnik, wszystko jak trzeba. Przyszło nawet sporo ludzi. Wpierwszej chwili trochę mnie to zaskoczyło. Moja matka nie miała zbyt wielu znajomych, aprzyjaciół chyba wcale, ale gdy zauważyłam, zjaką uwagą ibezczelną ciekawością obserwują mnie imojego męża, zainteresowanie pogrzebem przestało mnie dziwić. Przecież tak niewiele mają rozrywek wmiasteczku, awłaśnie zmarła osoba, która tych rozrywek, moim kosztem, regularnie im dostarczała.

Mojej matki już nie ma, aja, mając świadomość, że nie ma jej zmojego powodu, usiłuję posklejać moje rozsypane życie na nowo. Wymazuję zpamięci sceny, które chciałabym zapomnieć, próbuję interpretować swoje zachowanie tak, abym mogła pozbyć się poczucia winy, wybielam się tak bardzo, że lada chwila okaże się, że właściwie nic takiego nie zrobiłam. Ot, po prostu los tak chciał. Albo – jeszcze lepiej – to wola Boska była. Bóg by do tego nie dopuścił przecież, gdyby chciał, żeby było inaczej, gdyby nie miał wtym swojego celu. Myślicie, że mi się to uda? Gdyby to było takie proste, nie pisałabym tych słów. Przecież ozmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale. Powinnam pozwolić mojej matce na wieczny odpoczynek inie oskarżać jej wsytuacji, gdy nie ma szansy się bronić. Ajednak – nie potrafię. Muszę otym opowiedzieć, nawet mając świadomość, że obróci się to przeciwko mnie.

Tak. Dobrze się domyślacie. Upiekło mi się. Choć mój udział wpozbawieniu mojej matki życia jest bezsporny, to jednak wiem otym tylko ja. Policja nie będzie mnie ścigać, żaden sędzia nie będzie mnie oskarżał. Jedynym sędzią dla siebie jestem ja sama. Daje mi to niebywałe poczucie mocy, co, wpewnym sensie, jest nawet uczuciem przyjemnym. Na krótką metę, oczywiście. Tuż zaraz pojawia się poczucie odpowiedzialności, które zaczyna ciążyć tak bardzo, że nie sposób znim żyć. Są tacy, którzy nazywają to również poczuciem winy, ale wmoim wypadku to by było zbyt daleko idące uproszczenie.

***

Czarny, ciężki dym wisi nad wsią inie chce odejść. Czerwone płomienie sięgają dachów zabudowań. Już nie słychać krzyków dzieci ani płaczu kobiet, tylko szelest ognia. Wszyscy patrzą wmilczeniu, jak zapada się dach pierwszej podpalonej chałupy, pod samym lasem. Chwilę potem rozsypie się kolejny dom. Nie będzie cudu, domy będą padać jeden po drugim, nie spadnie nagły deszcz, który stłumiłby ogień, astojący kordonem wokół wsi żandarmi nie pozwolą, aby ktokolwiek próbował ugasić pożar. Kto zresztą miałby to robić? Wszystkich mężczyzn zabrali już wcześniej. Zostały tylko kobiety idzieci.

Mała Miecia siedzi na wielkiej, unurzanej wbłocie pierzynie, jedynej rzeczy, którą Hanna, jej matka zdołała uratować zdomu, gdy nad ranem załomotali do drzwi idali kwadrans, żeby się spakować iwyjść. Obudziła trójkę dzieci, dwoje jeszcze przy piersi, ubrała je ciepło, była wczesna wiosna przecież, śnieg jeszcze leżał na polu, wyprowadziła zdomu izdążyła jeszcze tylko tę pierzynę wynieść, zanim ogień zaczął trawić jej nowy dom, do którego wprowadziła się zaledwie pół roku temu.

W tym czasie ciężarówka wywoziła Jana, jej męża iwszystkich mężczyzn ze wsi, nawet nie tak bardzo daleko wlas. Mężczyźni kopali głęboki dół, ale nie wiedzieli, dlaczego to robią. To był początek wojny, Niemcy jeszcze nie pokazali na co ich stać. Dopiero kiedy żandarmi kazali ustawić im się na skraju rowu iskierowali na nich karabiny, zrozumieli, że właśnie wykopali grób, iże wykopali go dla siebie.

Dopiero wtedy Jan próbuje uciekać. Stoi ostatni wszeregu, skacze wlas. Razem znim jeszcze dwóch. Tamtym udaje się zbiec, jego dosięga kula. Właśnie jego, który po doświadczeniach wojny polsko-bolszewickiej nie miał żadnych złudzeń co do Rosjan, za to tak bardzo ufał Niemcom. – Przecież to cywilizowany naród – mówił. – Nie będą zachowywać się jak barbarzyńcy.

Ogień fascynuje Miecię. Otula się pierzyną ipatrzy, jak płomienie zjadają białe, jeszcze pachnące żywicą krokwie domu, wybudowanego przez jej ojca własnymi rękami. Chyba nawet się uśmiecha. Nie wie przecież, że nigdy już nie zobaczy swojego ojca iod tej pory będą się tułać kątem po rodzinie. Nie może wiedzieć, że doznają poniewierki ibiedy tak głębokiej, że jej matka do końca życia, wiele lat po wojnie, będzie dzielić zapałki na czworo.

***

Zawsze musi być jakiś początek, ale od czego się to wszystko zaczęło? Nie wiem. Szukam punktu zwrotnego, chwili, wktórej przekroczona została granica, której przekraczać nie wolno. Kiedy okazało się, że osoba, którą kiedyś znajwiększą ufnością trzymało się za rękę udentysty wprzeświadczeniu, że tylko ona może nas obronić przed wszelkim złem tego świata, nagle znalazła się po drugiej stronie frontu, ido tego wmundurze wroga?

Porównanie żołnierskie jest tu naprawdę uzasadnione. To dokładnie tak, jakby twój najlepszy towarzysz broni, który stał zawsze przy twoim boku, ina którego mogłeś liczyć wabsolutnie każdej, nawet wymagającej poświęcenia życia sytuacji, niespodziewanie wyciągnął broń izaczął strzelać do ciebie. Najpierw, oczywiście, wto nie wierzysz. Pomyłka, przypadek, zbieg okoliczności, on przecież nie mógł tego zrobić. Ale on znowu do ciebie strzela. Krzyczysz – „Przestań, to przecież ja, nie widzisz!?”. Nie pomaga, on dobrze wie, do kogo strzela. Ukrywasz się przed gąszczem kul, ciągle mając nadzieję, że to jakiś zły sen, chwilowa niepoczytalność, która zaraz minie. Ale on znajduje cię wtwojej kryjówce idalej strzela. Iwtedy zdajesz sobie sprawę, że ty również musisz sięgnąć po broń. Imasz tylko jedno wyjście – musisz strzelić, żeby samemu przeżyć. Co robisz?

Kiedy więc moja matka przeszła na drugą stronę frontu? Czasami pojawia się wmojej głowie taka podstępna teoria, że może zawsze tam była? Ale to przecież niemożliwe. Przeczesuję pamięć we wszystkie strony. Pamięć to dziwna mozaika. Czasem pozostają tylko obrazy, czasem same dźwięki, czasem smaki, zapachy, aczasem tylko ból. Dlaczego przyjemne chwile, choć chcielibyśmy je zachować na zawsze ulatniają się zpamięci jak zapach fiołków, aból tak często pozostaje wnas na zawsze? Przecież chcielibyśmy, żeby było odwrotnie! Dlaczego nie mamy władzy nad własnymi wspomnieniami?

Sięgam pamięcią najgłębiej wstecz inie znajduję bólu. Ślizgam się dalej inatrafiam na lekkie garby, ale wciąż nic takiego, co by utkwiło wmojej głowie jak gnijąca drzazga, której nie da się usunąć. Co to znaczy? Czyżby moje dzieciństwo było szczęśliwe? Zadaję sobie to pytanie ze zdumieniem ize zdumieniem odkrywam, że odpowiedź powinna być twierdząca. Tak. Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Inajważniejszą osobą, która mi się ztym dzieciństwem kojarzy, jest właśnie moja matka Mieczysława.

Muszę przyznać, że to odkrycie przeraża mnie. Może gdybym taki rachunek sumienia zrobiła wcześniej, moja matka by żyła?

***

Wielkie, czarne, błyszczące buty, bez nawet jednej plamki. Tak czyste, jakby miały maszerować wdefiladzie zwycięzców na Polach Elizejskich, anie uganiać się po pylistych bezdrożach polskiej wsi. Przez szparę między deskami Miecia może widzieć tylko te buty. Idobrze, bo nie widzi, co żołdacy Własowa robią jej matce. Dlatego nie poruszy się, nie krzyknie, wstrzyma oddech. Tak samo nie drgnie Mirosław, jej odwa lata młodszy brat. Odziwo, nie drgnie również siedzący wtej samej budzie pies.

Po czterech latach wojny Hanna już dobrze wie, co znaczy warkot motorów nad ranem. Zanim załomoczą do drzwi, obudzi dzieci i, tak jak stoją, ukryje wpsiej budzie. Ryzykuje. Ten pies, przygotowany do życia wtrudnych czasach jest nauczony atakować każdego, bez ostrzeżenia. Kilka dni wcześniej omało nie zagryzł sąsiada. Ale po czterech latach wojny nawet pies na krótkim łańcuchu wie, co znaczą czarne, wysokie, podkute buty. Nie zrobi krzywdy dzieciom, nie zdradzi ich kryjówki.

Po długich minutach oczekiwania czarne buty, stojące wluźnym rozkroku ichwiejące się na boki prężą się ibłyskawicznie pięta jednego dołącza do pięty drugiego. Do czarnych butów zbliżają się drugie takie same, może nawet jeszcze bardziej lśniące. Słychać kilka gardłowych komend ichwilę potem wszystkie buty znikają. Warkot motorów odpływa powoli. Zapada cisza.

Hanna wydostaje dwójkę swych dzieci zpsiej budy. Dwójkę, bo trzecie, najmniejsze inajsłabsze zmarło zaraz po tym, jak Niemcy spalili ich dom. Pies skomle cicho ijak nigdy daje się pogłaskać. Wnagrodę dostanie kawał kiełbasy, trzymany wukryciu dla dzieci, na czarną godzinę.

***

Zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was wżyciu najważniejsze? – Pewnie, wiele razy – powiecie. – No jasne, przez cały czas otym myślimy. – Bzdura. Tak naprawdę zaczynamy otym myśleć dopiero wtedy, gdy jesteśmy do tego sprowokowani. Inie chodzi tu pytanie miłej skądinąd pani ztelewizji, która podstawiła wam sitko mikrofonu wulicznej sondzie. – Co jest dla pani/pana wżyciu najważniejsze? – Rodzina. Dzieci. Zdrowie. Szczęście. Miłość – odpowiadają uśmiechnięci przechodnie, dumni, że mogą wypowiedzieć się publicznie na tematy egzystencjalne.

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ mam niejasne przeczucie, że moment, wktórym moja matka zaczęła przekradać się na drugą stronę frontu nastąpił wtedy, gdy nasze przekonania co do tego, co jest wżyciu najważniejsze, zaczęły gwałtownie się rozmijać. – Nie jest to niczym dziwnym – powiecie – przecież ludzie tak bardzo się różnią. Tylko że do mojej matki ta oczywista prawda wżaden sposób nie potrafiła dotrzeć. Po to daliśmy dzieciom życie, aby były na nasz obraz ipodobieństwo. Inic innego się nie liczy.

Kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy? Czy wtedy, kiedy do każdej zupki dorzucała mi garść pietruszki, bo to takie zdrowe? Amnie ta pietruszka rosła wgardle, nie mogłam jej przełknąć, przecedzałam płyn przez zęby, ato, co gęste zostawało pod policzkiem irosło jak uchomika. Czekałam na chwilę jej nieuwagi imoje chomicze zapasy lądowały za wersalką. Myślicie, że odnalezienie przy okazji świątecznych porządków sterty zasuszonych warzywnych kupek za kanapą coś zmieniło? Zaczęłam bardziej się pilnować iwyrzucać warzywne kulki do klozetu.

A może wtedy się to zaczęło, gdy zuporem godnym lepszej sprawy smarowała miodem kanapkę zbiałym serem, bo miód iser to takie zdrowe, ina nic nie zdały się tłumaczenia, że chętnie zjem iser, imiód, ale błagam, osobno? No dobrze, to jeszcze nic takiego, zgadzam się, to nie wtedy. Każdy ma swoje słabości. Normalka. Miód iser.

***

Na to spotkanie Hanna zakłada na wszelki wypadek najlepszą sukienkę, myje włosy, szoruje ręce, ale nie da się usunąć wszystkich czarnych kresek wrośniętych wjej dłonie. Na głowę zakłada chustkę, jak do kościoła. Spodziewa się kłopotów. Nie bez przyczyny została wezwana do samego dyrektora szkoły.

W gabinecie, obok dyrektora, siedzi za biurkiem jeszcze drugi mężczyzna, ubrany wczarną, skórzaną marynarkę. Hanna dobrze wie, kto nosi takie marynarki wtych czasach. Podchodzi do biurka coraz mocniej wystraszona.

– Proszę, niech obywatelka spocznie – dyrektor wskazuje jej krzesło naprzeciwko biurka. Hanna chętnie by postała, przy dziedzicu też się zawsze stało, ale zachęcający gest iniepozostawiający wyboru wyraz twarzy mężczyzny wmarynarce sprawia, że siada nieśmiało na skraju krzesła.

– No więc jak sobie obywatelka wyobraża przyszłość swojej córki? – pyta uprzejmie dyrektor. Hanna uspokaja się trochę, może nie będzie tak źle.

– Ja bym tak chciała, coby Miecia się uczyła na krawcową – odpowiada bez namysłu.

Dyrektor imężczyzna wmarynarce wymieniają znaczące spojrzenia. Hanna zaczyna nerwowo wyłamywać palce urąk.

– Krawcową? – upewnia się mężczyzna wmarynarce, aton jego głosu nie pozostawia wątpliwości, że zawodu tego nie darzy największym szacunkiem.

– Tak, krawcową – potwierdza Hanna. – Mamy we wiosce warstat, tam by się mogła przyuczać.

– Przyuczać? – powtarza mężczyzna za Hanną zwyraźnie odczuwalnym obrzydzeniem. – Asłyszałyście, obywatelko, opowszechnym obowiązku nauczania? Do szesnastego roku życia!?

– Toć przecie by się uczyła, na krawcową. Po co jej jakieś matury? Najważniejsze to fach wręku mieć.

Mężczyzna wmarynarce traci cierpliwość iwali pięścią wbiurko.

– Wasza córka skończyła szkołę podstawową zpierwszą lokatą, ma najlepsze wyniki wnauce wcałym powiecie, awy chcecie, żeby została krawcową? Czy wiecie, jak bardzo nasz biedny kraj, pięć lat po wojnie, potrzebuje takich ludzi?! Do ważniejszych celów potrzebuje, niż szycie ludziom gaci!

– Na to, coby się wmieście uczyła, to pieniądze trza mieć – Hanna spuszcza wzrok na swoje pokryte czarnymi kreskami dłonie.

Mężczyzna patrzy na Hannę znieukrywaną pogardą.

– Chyba zapomniałyście, obywatelko, że mamy władzę ludową, awładza ludowa potrafi dbać oswoich obywateli. Nauka wnaszym kraju jest bezpłatna. Awasza córka dostanie od państwa stypendium, które pokryje koszty internatu. Zgadzacie się?

Hanna nie wygląda na przekonaną. Wcale jej się ten pomysł nie podoba.

– Za uchylanie się od obowiązku szkolnego grozi kara więzienia – dorzuca mężczyzna zsatysfakcją. – Rodzicom grozi. No, chyba nie chcecie, obywatelko, zadzierać zwładzą ludową?

Hanna kręci głową, że nie.

Mieczysława do końca życia będzie wdzięczna władzy ludowej. Nawet już wnowej Polsce, po 1989 roku, nie opuści żadnych wyborów izawsze będzie głosować na komunistów.

***

Więc jeśli zgodziliśmy się, że miód iser to nie jest wystarczający powód, żeby pozbawić swą własną matkę życia, to co? Może szafa? Ogromna, brzydka jak noc, rozkraczona jak żaba, praktyczna jak cholera szafa, która pojawiła się wmoim pierwszym, samodzielnie wynajmowanym, mikroskopijnym jak kadłub żaglówki mieszkaniu, zbudowana wdobrej wierze zpaździerzowej płyty przez jakiegoś Bogu ducha winnego pracownika państwowej fabryki mebli?

Nie lubię szaf. Duże, kanciaste, szpetne, zagracające czasem pół mieszkania. Kiedy projektuję nowe wnętrza, to zawsze staram się, jeśli tylko się da, wygospodarować skrawek pomieszczenia na garderobę, tak żeby nie trzeba było wstawiać szafy. Dlatego właśnie wynajęłam to moje mieszkanko, że nie było wnim szafy. Jest tyle innych sposobów, żeby przechowywać rzeczy. Niestety, moja matka, choć dobrze znała moje zdanie wtej kwestii, zupełnie go nie podzielała. Ipo powrocie zwakacji znalazłam wmoim domu uroczy prezent. Wielki, szpetny, kanciasty. Rozkręciłam go natychmiast, własnymi rękami, zupełnie nieprecyzyjnie, iwyniosłam wkawałkach do piwnicy. Miałam prawo? Itu się wahacie, co? Wkońcu to prezent. Z potrzeby serca ofiarowany. Chciała dobrze.

Moja matka była niepocieszona. Mnie też jej było żal. Ale uwierzcie – nie mogłam mieć wdomu takiej landary.

No dobrze, zgoda, przecież nie zabija się matki zpowodu szafy. Awięc może spisek edukacyjny?

***

Hanna znów zakłada swą najlepszą sukienkę, ijest to ta sama sukienka, co cztery lata temu, gdy szła na spotkanie zdyrektorem szkoły. Nie zniszczyła się wcale. Hanna nie ma zbyt wielu okazji, żeby ją zakładać.

Teraz siedzi wprzestronnej, wypełnionej po brzegi publicznością auli irozgląda się niepewnie. Czy jest dumna, że jej córka odbiera właśnie świadectwo maturalne zrąk samego wiceministra, jako jedna zniewielu wyróżnionych? Na pewno jest zagubiona. Ludzie obok biją brawo, więc ona też klaszcze. Mieczysława wraca na swoje miejsce, obok Hanny, uradowana, przyciskając świadectwo do piersi jak największy skarb. Hanna uśmiecha się do niej niepewnie. Miecia zradości całuje ją wpoliczek.

Wszystkie wyróżnione świadectwa już rozdane, publiczność zaczyna pozwalać sobie na luźne rozmowy, ale to jeszcze nie koniec uroczystości. Najciekawsze ma właśnie nadejść. Dyrektor liceum wychodzi na środek sali igestem kapłana ucisza uczniów iich gości.

– Ateraz najważniejszy punkt naszej uroczystości – zaczyna, choć wszyscy dobrze otym wiedzą, aprzynajmniej kilkoro uczniów czeka na jego słowa zniecierpliwością inadzieją. Natychmiast zapada cisza, atych samych kilkoro uczniów wstrzymuje dech. Miecia wogóle przestaje oddychać.

– Chciałbym teraz ogłosić, których to uczniów naszej szkoły spotkało najwyższe wyróżnienie – słowo „najwyższe” dyrektor wypowiada takim tonem, aby absolutnie nikt nie miał wątpliwości, że mowa owyróżnieniu zupełnie szczególnym. – Razem zobecnym tu towarzyszem ministrem oraz radą pedagogiczną naszej szkoły podjęliśmy decyzję, że na studia wMoskwie, ufundowane przez bratni naród radziecki, który pokrywa również wszystkie koszty związane znauką postanowiliśmy wytypować… – dyrektor celowo zawiesza głos irozgląda się po sali. – Postanowiliśmy wytypować Jarosława Grzebałę iMieczysławę Marcównę!

Po chwili ciszy ikilku jękach zawodu rozlega się burza oklasków. Niechby kto spróbował nie okazać entuzjazmu! Miecia wciąż nie oddycha. Wpierwszej chwili nie docierają do niej słowa dyrektora. Dopiero gdy ktoś ztyłu przyjacielskim gestem klepnie ją po plecach, Miecia złapie oddech ijej twarz rozpromieni się ze szczęścia. To ona jest najlepsza! To ona została wybrana!

Hanna siedzi obok zkamienną twarzą. Ona zrozumiała słowa dyrektora od razu. Znowu chcą jej odebrać Miecię, ale tym razem nie pozwoli się szantażować. Towarzysz Stalin zmarł ponad rok temu. Nawet Hanna, na zapadłej, świętokrzyskiej wsi wie, że czasy się zmieniają.

Po zakończonej uroczystości Hanna podchodzi do dyrektora.

– Miecia nigdzie nie pojedzie – oznajmia tonem nieznoszącym sprzeciwu. Dyrektor patrzy na nią jak na zjawę.

– Ale… – Wogóle nie przewidział takiej sytuacji, więc przez chwilę nie wie, co powiedzieć. – Czy pani wie, jaka to dla niej szansa?

– Miecia nigdzie nie pojedzie – powtarza Hanna. – Szesnaście lat skończyła, więc obowiązku nauki już nie ma.

Poprzednia rozmowa jednak czegoś Hannę nauczyła. Odwraca się iodchodzi.

Miecia nigdzie nie pojedzie. Nie ma skończonych osiemnastu lat. Do wyrobienia paszportu potrzebna jest zgoda rodziców.