Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lwica - Katherine Scholes

Gdy Emma Lindberg przyjeżdża do Afryki odwiedzić ośrodek badawczy, gdzie przed laty zmarła jej matka, pragnie jedynie ukoić ból. Zamiast tego zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego dziecka. Razem z masajskim weterynarzem Danielem Oldeani wyrusza w podróż po dzikich pustkowiach północnej Tanzanii. Ich wspólne odkrycie całkowicie zmieni wiarę Emmy w to, jak działa świat. Życie małej dziewczynki ocalą niezwykłe poczynania lwicy. A to tylko początek.

„Nieprawdopodobna saga…  porywająca powieść wypełniona klimatem Afryki i lekcjami  o poszukiwaniu duszy macierzyństwa”.

„Chronicle”

„Świetna, wakacyjna lektura. Sprawia, że mam ochotę wsiąść do najbliższego samolotu do Tanzanii”.

„Bookseller+Publisher”

„Egzotyczne miejsce akcji, znakomicie prowadzona narracja i więcej niż przelotne spojrzenie na to, co czyni z nas ludzką istotę”.

„Weekly Times”

Katherine Scholes urodziła się w Tanzanii jako córka artystki i lekarza pracującego na placówce misyjnej. W pamięci zachowała podróże z rodzicami i trójką rodzeństwa do odległych miejsc, gdzie jej ojciec prowadził objazdową przychodnię. Gdy skończyła dziesięć lat, jej rodzina wyjechała z Tanzanii, początkowo do Anglii, by w końcu osiąść na stałe na Tasmanii. Już jako dorosła osoba przeniosła się wraz z mężem filmowcem do Melbourne. Przez wiele lat pracowali razem, pisząc książki i kręcąc filmy. Teraz wrócili na Tasmanię, gdzie mieszkają z dwoma synami.

W Świecie Książki ukazały się również: Królowa deszczu, Kamienny anioł, Żona myśliwego i Bożyszcze tłumów.

Opinie o ebooku Lwica - Katherine Scholes

Fragment ebooka Lwica - Katherine Scholes

Tytuł oryginału THE LIONESS

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaEwdokia Cydejko

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

Text copyright © Katherine Scholes 2011 Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Żbikowska, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-316-3

Rozdział pierwszy

Północna Tanzania, Afryka Wschodnia

Angel szarpnęła linę umocowaną do uzdy wielbłąda, żeby sprawdzić, czy węzeł zawiązany wokół pnia drzewa mocno trzyma. Zwierzę pochyliło łeb i delikatnie złapało wargami ucho dziewczynki. Uśmiechnęła się i poklepała wielbłądzicę po szorstkiej szyi. Jej wzrok pobiegł w stronę miski z mlekiem, którą postawiła w cieniu. Tłusty płyn z pianką na wierzchu, bielejący w ciemnym drewnianym naczyniu, przypomniał jej, jaka jest głodna. Podeszła pospiesznie do pobliskiego drzewa i uwolniła przywiązanego przy nim młodego wielbłąda.

Malec natychmiast podbiegł do matki i zaczął niecierpliwie trącać wymię. Wielbłądzica nie zwracała na niego uwagi. Nie przeszkadzały jej również sakwy i koce przytroczone do boku siodła. Interesowały ją jedynie delikatne listki na czubkach gałęzi ciernistego drzewa. Chwytała je mięsistymi wargami, zrywała i wsuwała do pyska.

– Łakomczuch z ciebie, Mama Kitu – powiedziała Angel. Po czym uśmiechnęła się do malucha, który ssał chciwie, głośno chrząkając. – I z ciebie też, Matata.

Odwróciła się od wielbłądów, sięgnęła po miskę z mlekiem i trzymając ją w obu rękach, zeszła po niewielkim pagórku ku zbitym ciasno skałkom. Nie miała butów, ale poruszała się pewnie po leżących na ziemi ostrych kamieniach. Dochodząc do skał, przystanęła i spojrzała w dół na pustynny płaskowyż. Było wcześnie, słońce stało nisko nad horyzontem. Ukośne promienie przenikały przez przymglone powietrze, malując ziemię różnymi kolorami. Piasek na żółto, krawędzie skał na złoto i różowo, a cienie między nimi w ciemnofioletowe i brązowe łaty.

Wzrok Angel poszybował w stronę odległego horyzontu i góry w kształcie piramidy. Jej zbocza miały barwę przydymionego błękitu, a szczyt pokrywała biała lawa, która wyglądała jak czapa śniegu. Właśnie tam zmierzały. Widziały ją przez cały dzień między pokrytymi futrem uszami Mamy Kitu.

Była to Ol Doinyo Lengai, Góra Boga. Święta góra Masajów.

Wyszedłszy zza skał, skierowała się do wielkiego, płaskiego kamienia, przy którym po turecku siedziała jej matka. Kamień przypominał kształtem stół i wyglądał, jakby go tu ktoś specjalnie umieścił, żeby turyści mogli się zatrzymać i podziwiać widok. Laura miała na sobie bawełnianą tunikę i spodnie, takie jak Angel, a na głowie wzorzysty zawój. Pochylała się w przód i odganiała muchy z placków chlebowych i daktyli leżących na kamieniu.

Angel podała matce miskę z mlekiem.

– Dziękuję – odrzekła, po czym uniosła naczynie do ust i upiła łyk. Gdy je opuściła, na ustach pozostała jej biała pianka. – Uhm, nie zgrzyta w zębach – dodała z aprobatą w głosie.

– Pilnowałam, żeby piasek nie dostał się do środka – oznajmiła Angel.

– Bardzo dobrze.

– To dlatego, że nie jestem już mała – rzekła rezolutnie dziewczynka. – I zobacz. – Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, trącając językiem ruszający się przedni ząb.

Laura przyjrzała mu się z uwagą.

– Powinnaś pozwolić mi go wyrwać.

– Nie – odparła Angel, kręcąc głową.

– Możesz go połknąć – ostrzegła Laura. – A wówczas nie przyjdzie do ciebie zębowa wróżka.

Angel spojrzała na nią zaskoczona.

– Kto to jest zębowa wróżka?

Laura sięgnęła po jeden z placków chlebowych i podała córce razem z miską mleka.

– W Anglii rodzice opowiadają dzieciom, że jeżeli włożą mleczne zęby pod poduszkę, wróżki w nocy je zabiorą, a w zamian zostawią monety.

– Robiłaś tak? – spytała Angel. – I przychodziły?

– Czasami – odpowiedziała Laura. – Ale nie za każdym razem.

Mówiąc to, zdjęła zawój z głowy. Był to kawałek barwnego materiału kitenge, którym okrywały się miejscowe kobiety, niegdyś w jasnych kolorach, teraz wyblakły i wystrzępiony na brzegach. Długie blond włosy w tym samym odcieniu co córki opadły jej na ramiona. Były sztywne i zakurzone. Laura przeczesała je palcami, owinęła głowę materiałem i starannie wsunęła długie pasma pod zawój. Potem spojrzała na córkę.

– O co chodzi? – spytała.

Angel marszczyła czoło.

– Tylko że my nie mamy poduszek.

– Nic nie szkodzi. Zresztą tu chyba nie mają zębowych wróżek.

Dziewczynka zmrużyła oczy w zamyśleniu.

– Chyba mają.

Laura uśmiechnęła się.

– Jedz. Nieprędko się teraz zatrzymamy.

Gdy Angel zatopiła zęby w placku chlebowym, kobieta wstała.

– Manyata[1] jest na końcu tego płaskowyżu – oznajmiła, wskazując na bielejący w oddali szczyt. – Musimy dotrzeć tam przed nocą.

– Może zabiją dla nas kozę – rzekła Angel z pełnymi ustami, rozsypując okruszki chleba. – Zjadłybyśmy gulasz mięsny.

– Nie spodziewają się nas – odparła Laura.

Mała spojrzała na matkę z niepokojem w niebieskich oczach.

– Może nie wpuszczą nas do wioski.

– Wpuszczą. Wódz jest bratem Walaity. Gdy mu powiemy, kim jesteśmy, i przekażemy podarunki, które siostra dla niego przygotowała, z radością nas powita.

Angel wstała i podążyła za wzrokiem Laury wpatrzonym w przestrzeń.

– Powiedz mi jeszcze raz, co będziemy robić – poprosiła.

Laura położyła dłoń na głowie córki.

– Zaprowadzimy Mamę Kitu i Matatę do bomy[2], gdzie trzymają zwierzęta. Potem rozstawimy namiot przed chatą wodza.

– Ale nie zostaniemy tam.

– Nie. Jutro zostawimy wielbłądy w manyacie i ruszymy do wodospadu. Tam zaczekamy, aż ktoś nas podwiezie do głównej drogi.

– A kto nas podwiezie? – Angel skakała podekscytowana, czekając na odpowiedź matki.

– Wazungu. Biali ludzie uczestniczący w safari. Kobiety w okularach przeciwsłonecznych i z różową szminką na ustach oraz mężczyźni z wielkimi aparatami fotograficznymi.

Angel zachichotała.

– A co jeszcze będą mieli?

– Nie pamiętam.

– Co będziemy robiły na głównej drodze?

– Złapiemy autobus do miasta.

– Do miasta – westchnęła cicho Angel. – Pojedziemy do miasta...

– Ale jeżeli się nie pospieszymy, nigdzie nie pojedziemy.

Laura zebrała resztki jedzenia i dała znak córce, żeby wzięła pustą miskę po mleku. Potem ruszyła w stronę wielbłądów.

Angel poczłapała za nią, machając miską zawieszoną na kawałku sznurka z sizalu, przeciągniętego przez otwór wydrążony w krawędzi. Nagle usłyszała stłumiony okrzyk zaskoczenia i spostrzegła, że matka stoi nieruchomo, patrząc na krzewy rosnące tuż przy jej nodze. Zaniepokoiła się, że matka stanęła w pół kroku i nie idzie dalej. Podbiegła do niej, przyciskając miskę do piersi.

– Uważaj – ostrzegła ją Laura. – Był tu wąż, ale uciekł. – Wyraźnie pobladła i drżała. – Coś poczułam. Chyba mnie ugryzł.

Podciągnęła nogawkę spodni. Na wysokości łydki widniały dwa małe, czerwone ślady. Angel spojrzała na matkę. W szeroko otwartych oczach Laury czaił się strach.

– Nie zauważyłam go – powiedziała drżącym głosem. – Był taki szybki, a potem uciekł.

– Musisz się położyć – oznajmiła Angel. – Nie możesz chodzić, jeśli wąż cię ugryzł.

Laura wciągnęła powietrze w płuca, po czym wolno je wypuściła.

– Tak, masz rację.

Usiadła na ziemi, starając się nie ruszać chorą nogą. Ściągnęła zawój z głowy, usiłując rozplątać węzeł, lecz nie była w stanie. Angel wzięła od niej szal, rozwiązała go i podała matce. Laura zaczęła owijać nim nogę od kolana ku śladom ugryzienia.

Potem obie przyjrzały się dwóm rankom. Skóra wokół nich była lekko spuchnięta.

– Boli cię? – spytała Angel.

– Nie bardzo – odparła Laura. – Prawie wcale. – Wzięła głęboki oddech. – Może to nie był jadowity wąż. Nie wiem, jakie występują na tym terenie. – Popatrzyła na nogę. – Może było to niegroźne ukąszenie. Czasami wąż gryzie, ale nie ma już jadu. Czasami nie zdąży wbić się głęboko. Ten był bardzo szybki. – Uśmiechnęła się do córki uspokajająco. – Powinnyśmy jechać dalej. Oprę nogę o siodło i nie będę nią ruszała.

Angel kiwnęła głową.

– Musimy dojechać do manyaty.

– Tak, musimy – przyznała Laura.

Angel wbiegła na wzniesienie, gdzie stały wielbłądy. Dobrze, że zatrzymały się jedynie na krótki postój. Gdyby musiała zwijać namiot i sama załadować wszystkie rzeczy, trwałoby to wieki. A tak wystarczyło jedynie odwiązać Mamę Kitu i przyprowadzić ją do Laury. Rytmiczne stąpanie wielbłąda uspokajało ją. Mama Kitu była dobrą wielbłądzicą – można jej było zaufać. Nawet w okresie rui nie kopała i nie gryzła właścicieli. Nie trzeba jej było krępować i zawsze się dawała łatwo złapać. Gdy doszły do miejsca, gdzie leżała Laura, Mama Kitu posłusznie uklękła na dany przez Angel znak.

Matata, wyczuwając wiszące w powietrzu napięcie, krążył niespokojnie wokół matki. Angel usiłowała go odpędzić, bojąc się, że nadepnie na Laurę.

– Idź sobie! – zawołała, machając rękami, lecz nie zwracał na nią uwagi. – Idź sobie! A sio! – krzyknęła ponownie. Jej głos odbił się echem w nieruchomym powietrzu. Zaczęła się coraz bardziej denerwować.

– Już dobrze, Angel. Musisz zachować spokój i pomóc mi.

W głosie matki zabrzmiał znajomy ton, którego używała podczas pracy z ludźmi. Spokojny i zdecydowany, dodający sił. Angel kiwnęła głową, postanawiając, że będzie dzielna.

Gdy Laura usadowiła się na wyłożonym kocami siodle, Angel usiadła przed nią i chwyciła linę przywiązaną do uzdy Mamy Kitu. Matka objęła córkę, gdy wielbłądzica zaczęła prostować nogi, po czym oparła się o jedną z toreb umocowanych z tyłu, wyciągnęła nogę w przód i oparła ją o drewnianą ramę. Angel uniosła nogę, robiąc Laurze miejsce, ale nadal utrzymywała równowagę.

Gdy schodziły ze wzniesienia, matka jęknęła z bólu. Angel obejrzała się przez ramię.

– Będzie łatwiej na płaskim terenie – pocieszyła ją Laura z lekkim uśmiechem.

Mama Kitu zeszła ze wzgórza. Dalej grunt był płaski, ale zasypany kamieniami, tu i ówdzie rosły karłowate drzewa. Angel spoglądała przed siebie, na koniec płaskowyżu. Każdy krok przybliżał je do manyaty. Oczyma wyobraźni ujrzała, jak wchodzą do wioski. Będą tam ludzie, którzy im pomogą. Tylko co zrobią? Wszystko zależało od tego, czy ten wąż był groźny i ile jadu zdołał wpuścić. Przypomniała sobie pasterza z wioski nad rzeką, którego ugryzła żmija. Przez wiele dni leżał w chacie i jęczał z bólu. W końcu przeżył. Mnóstwo ludzi umiera jednak od ugryzienia węża. Każdy to wie. Dlatego ludzie zabijają każdego węża, który pojawia się w pobliżu ich domów.

Angel poczuła przypływ gniewu. Dlaczego mama nie uważała? Sama nieustannie suszyła jej głowę o to, żeby starannie mocowała moskitierę, nie wchodziła do stojącej wody i patrzyła pod nogi, zwłaszcza gdy chodziła boso.

– Co chcesz robić w mieście? – Głos Laury przerwał jej rozmyślania.

Angel przełknęła ślinę i utkwiła spojrzenie w odległej górze.

– Nie wiem.

– No to wymyśl coś.

Głos matki brzmiał normalnie, Angel zaczęła się więc uspokajać.

– Chcę zobaczyć karuzelę. Taką dużą, z kwiatami rosnącymi w środku i posągiem.

Laura zaśmiała się cicho.

– I co jeszcze?

– Chcę kupić aiskrimu od człowieka z wózkiem.

– Ja też chcę zjeść lody i... kupić nową sukienkę.

Angel uśmiechnęła się, rozpoznając grę w zakupy.

– A ja chcę kupić lody, nową sukienkę i szkolny mundurek.

– Przecież ty nie chodzisz do szkoły – zaprotestowała matka. – Ja cię uczę. – Jej głos brzmiał słabo, ale wyraźnie na tle głuchego stąpania wielbłąda.

– No i co, ale chcę mieć mundurek. Wtedy będę wyglądała tak samo jak inne dzieci – odparła Angel. – Zresztą tak postanowiłam.

Czekała na odpowiedź Laury. W ciszy, jaka zapadła, skrzypienie skóry ocierającej się o skórę, brzęk tykw z wodą, śpiew tkaczy brzmiały wyjątkowo głośno. Obejrzała się przez ramię i z przerażeniem zauważyła, że Laura z trudem oddycha i dosłownie leży na sakwach. Po chwili zaczęła zsuwać się na bok.

Angel szarpnęła za linę i kazała wielbłądzicy usiąść na ziemi. Starała się utrzymać Laurę w siodle, gdy Mama Kitu ugięła nogi i opuściła się na zad. Ciało matki było ciężkie i bezwładne. Gdy wielbłądzica przysiadła na ziemi, Laura zsunęła się na piasek. Leżała nieruchomo, oddychając spazmatycznie. Na czole i górnej wardze pojawiły się kropelki potu.

Angel wpatrywała się w nią z przerażeniem.

– Ugryzł cię i wpuścił jad.

Laura oblizała wargi.

– Angel, posłuchaj. Musisz mnie tu zostawić i jak najszybciej dotrzeć do manyaty. Szaman ma czarny kamień. Przyślą kogoś po mnie.

– Nie chcę jechać – odrzekła Angel. Wiedziała, że zachowuje się jak dziecko, które nadal chce być noszone na plecach.

– Musisz zrobić, co mówię – powiedziała Laura łagodnym tonem. – Najpierw jednak podaj mi torbę.

Angel odwiązała od siodła zniszczoną, skórzaną torbę i podała matce. Gdy przykucnęła i odpięła paski mocujące górną część, poczuła przypływ nadziei. Tyle razy widziała, jak Laura sięga do tej torby i wyjmuje coś, co rozwiązywało problem. Może ma tam lekarstwo, które jej pomoże. Włożyła rękę do środka i wyczuła dużą, plastikową torebkę z białym tabletkami.

– Co chcesz? – spytała.

– Wyjmij portfel. Jest w nim paszport.

Angel popatrzyła na matkę, zastanawiając się, czy majaczy w gorączce.

– Proszę – wyszeptała Laura.

Spełniając jej prośbę, sięgnęła do wnętrza torby i wymacała portfel. Potem wsunęła do niego palce, wyczuła twarde krawędzie paszportu i wyjęła małą książeczkę.

Laura jęknęła. Miała półprzymknięte oczy i mrużyła je, jakby usiłowała się skupić.

– Schowaj go do kieszeni i nie zgub. Poproś wodza, żeby zaprowadził cię do strażnika w parku narodowym. Pokaż mu paszport i powiedz, że jestem twoją matką. Dzięki temu ludzie będą wiedzieli, kim jesteś.

Matka zamknęła oczy. Angel obserwowała ją przez chwilę, odganiając natrętne muchy. Oddychała jakby swobodniej, ale nadal wyglądała na zmęczoną i bladą. Może musi jedynie odpocząć, pomyślała. Potem poczuje się lepiej i będą mogły ruszyć w drogę.

Popatrzyła na paszport leżący na kolanach. Nie rozumiała, dlaczego mama chce, żeby włożyła go do kieszeni zamiast do torby. I dlaczego ma go pokazać strażnikowi leśnemu. To ważny człowiek, jak wszyscy rządowi urzędnicy, ale czemu miałby go interesować paszport? Zmarszczyła czoło w zamyśleniu i nagle przypomniała sobie słowa matki: „Dzięki temu ludzie będą wiedzieli, kim jesteś”.

Wpatrywała się w nieruchomą postać leżącą na ziemi i powoli docierał do niej sens jej słów. Laura nie miała nadziei na ratunek. Chciała, żeby ona pojechała do manyaty, lecz nie liczyła na to, że ponownie zobaczy córkę.

Poczuła suchość w ustach i ucisk w żołądku. Przypomniała sobie coś, co matka powiedziała któregoś dnia do przyjaciół z figowej wioski. Dotknęła ramienia Laury, a potem nim potrząsnęła. Matka otworzyła oczy i spojrzała na nią.

– Czarny kamień nie pomoże – powiedziała Angel. – Nie wierzysz w niego, prawda?

W oczach Laury zalśniły łzy.

– Nie.

– Czy ty umrzesz? – zacinając się, spytała Angel.

Ciche łkanie wyrwało się z gardła matki. Otworzyła usta, ale nie odpowiedziała.

Angel siedziała i nie odrywała od niej wzroku. W tym momencie liczyło się tylko to. Pomyślała, że jeżeli się nie poruszy, będą jeszcze długo patrzyły sobie w oczy. Przez twarz matki przebiegł spazm bólu. Angel zapragnęła zrobić coś, co przyniosłoby jej ulgę. Chwyciła więc brzeg tuniki i otarła Laurze pot z czoła. Potem ostrożnie osuszyła też miejsce nad górną wargą. Te drobne gesty trochę ją uspokoiły. Starała się być delikatna niczym motyl siadający na kwiatku. Przypomniała sobie, jak matka pielęgnowała Walaitę, siostrę wodza. Kilka tygodni temu siedziały razem przy jej łóżku w mrocznej, zadymionej chacie. Było wiadomo, że kobieta jest umierająca. Rak zaatakował jej ciało. „Obiecuję ci – powiedziała Laura, ujmując dłoń Walaity – że zostanę przy tobie aż do końca”.

W półmroku panującym w chacie Angel dostrzegła ulgę na twarzy Walaity.

Wzięła matkę za rękę.

– Nie bój się, mamo – rzekła. – Zostanę przy tobie aż do końca. Zawsze będzie paliła się lampa. Nigdy nie zapadnie kompletna ciemność.

Laura uśmiechnęła się. Łzy spłynęły jej wzdłuż skroni do splątanych włosów.

– Kocham cię, Angel. Jesteś taka... dzielna. Ale nie możesz tu zostać. Musisz ruszać w drogę – dodała, z trudem chwytając oddech. – Nie boję się śmierci. Wiesz o tym. Boję się o ciebie. Zostaniesz sama. Musisz wziąć Mamę Kitu i Matatę...

– Nie – przerwała Angel. – Nigdzie nie pójdę.

Laura pokręciła bezradnie głową.

– Nie bądźże uparta. Nie teraz...

W tym momencie Matata zdecydował się podejść. Obszedł wielbłądzicę, usiłując zmusić ją do wstania, żeby móc się napić mleka. Potem zaczął trącać nosem głowę i ciało Laury.

Angel odepchnęła go. Powinna odprowadzić na bok oba wielbłądy, żeby nie przeszkadzały matce. Odczepiła przytroczoną do siodła tykwę z wodą, nakazała wielbłądzicy wstać i poprowadziła ją do ciernistego drzewa. Matata oczywiście za nimi pobiegł. Przywiązała linę do gałęzi i wróciła do Laury. Pochyliła się i wlała jej wodę do ust, którą matka zdołała połknąć.

– Dobrze. – Angel kiwnęła głową. Chora osoba musi pić. Ważne, żeby miała dość wody.

Słońce stało już wysoko na niebie i zaczynało mocno prażyć. Co prawda, niedaleko rosło kilka cherlawych ciernistych krzewów, ale nie da rady przeciągnąć matki w ich cień. Za to przy jej głowie leżał wielki kamień, mniej więcej taki jak Angel. Sięgnęła do skórzanej torby i wyjęła z niej kremową kitenge w różowe i brązowe ptaki. Laura okrywała nią głowę, gdy wchodziły do muzułmańskiej wioski. Jeden koniec materiału położyła na kamieniu i przycisnęła go kilkunastoma mniejszymi, a resztą przykryła ciało matki. Zrobiła w ten sposób prowizoryczną moskitierę, tylko że nogi pozostały odkryte. Ale przynajmniej twarz i ciało znalazły się w cieniu.

Cofnęła się i spojrzała z dumą na swoje dzieło. Laura często jej powtarzała, jaka jest użyteczna i pomocna. Powiedziała, że to dlatego, że Angel często pomaga jej w pracy. I dlatego, że wychowała się w wioskach, w których dzieci zajmowały się zwierzętami, zamiast chodzić do szkoły, a gdy rodzice byli chorzy lub umierali, musiały opiekować się młodszym rodzeństwem. Angel lubiła tak myśleć o sobie i starała się być silna i odpowiedzialna.

Przed wejściem pod moskitierę podciągnęła nogawkę na chorej nodze Laury. Kolano było czerwone i spuchnięte, a skóra napięta w miejscu, gdzie zaczynał się opatrunek z szala. Angel zagryzła wargę, zastanawiając się, czy nie powinna go odwinąć. Nie wyglądał dobrze. Ale matka tak starannie obandażowała nogę, że postanowiła niczego nie ruszać.

Usiadła przy głowie Laury. Promienie słońca przenikały przez moskitierę, barwiąc twarz matki na różowo. Na pierwszy rzut oka wyglądała zdrowo, tylko z kącika ust ciekła szarawa ślina. Angel wytarła ją, ale po chwili znowu się pojawiła.

Czas wydawał się ciągnąć w nieskończoność, to płynął wolno, to znowu przyspieszał. Nie tak dawno jechały do manyaty i rozmawiały o tym, co kupią w mieście. Tymczasem skończyła się woda w tykwie. Wlewała po kilka kropel matce do ust, potem wypijała sama. Trzeba będzie pójść po drugą butelkę z zapasów przytroczonych do siodła.

Spojrzała na roztaczający się przed nią krajobraz. Pastelowe światło poranka lśniło teraz oślepiającym blaskiem. Piasek i skały na powrót stały się szare. Nawet zielone drzewa i krzewy pokrywał szary pył. Barwne plamy tworzyły jedynie jasnoróżowe pustynne róże rosnące na dziwnie wyglądających, bezlistnych krzewach.

Angel patrzyła obojętnie na szarą ziemię, gdy nagle Laura się poruszyła. Dziewczynka przeniosła wzrok na matkę. Laura marszczyła czoło i otwierała usta jak ktoś, kto chce wydostać się na powierzchnię mrocznego jeziora, kto płynie ku światłu.

– Angel?

Głos matki był natarczywy i mała pochyliła się nad nią.

– Jestem, mamo.

Czekała, aż Laura się odezwie, lecz żadne słowa nie wyszły z jej ust. Zaczęła więc gładzić matkę po głowie, starając się nie zaczepić palcami o splątane pasma. Laura często to robiła, gdy córka miała gorączkę. I śpiewała piosenkę. Angel przypomniała sobie melodię i słowa i zaczęła cicho śpiewać.

– Lala salama mtoto. Śpij moja maleńka. Gdy się obudzisz, zobaczysz...

Piosenka miała mnóstwo zwrotek, w każdej pojawiały się zwierzęta, ptaki i osoby uczestniczące w życiu dziecka. Odśpiewała wszystkie zwrotki i zaczęła od początku. Gładziła matkę po włosach i śpiewała, nawet gdy oddech Laury stał się chrapliwy i urywany. Tylko słone łzy zaczęły jej płynąć po policzkach i wpadać do ust. Angel płakała i śpiewała. Przekonywała siebie, że jeżeli będzie śpiewać, matka nie przestanie oddychać. Ale jej oddech stawał się coraz płytszy, potem zmienił się w szept, a w końcu w ciche westchnienie.

Angel znieruchomiała z palcami we włosach matki. Gęste pasma były mokre od potu i zapiaszczone. Dziewczynka czekała, wstrzymując oddech. Usłyszała jedynie szum wiatru buszującego w krzewach i odległe wołanie kruka.

Pochyliła się i przyłożyła policzek do piersi matki. Zamknęła oczy i wytężyła słuch, usiłując wychwycić bicie serca. Odpowiedziała jej jedynie cisza.

*

Podmuch wiatru szarpnął baldachimem i wyrwał brzeg materiału spod przytrzymujących go kamieni. Angel złapała go w ostatniej chwili i wtuliła twarz, szukając zapachu kadzidła, charakterystycznego dla perfum matki. Wiedziała, że musi iść do wielbłądów i ruszyć w drogę, póki jest jeszcze dzień. Ociągała się jednak. Mówiła sobie, że jeżeli zostanie na miejscu, to czas się zatrzyma i znany jej świat nie zniknie.

Sięgnęła do kieszeni tuniki i wyjęła paszport. Wiedziała, co było w małej książeczce – matka pozwalała do niej zaglądać, pod warunkiem że potem odłoży ją na miejsce. Zwykle patrzyła na stronę z fotografią Laury. Wyglądała na niej zupełnie inaczej – miała starannie ułożone, krótko ścięte włosy, szminkę na ustach i naszyjnik jak te kobiety uczestniczące w safari. Teraz jednak w ogóle na nią nie spojrzała, przerzuciła też strony z pięknymi pieczątkami w różnych kolorach i wzorach. Od razu otworzyła paszport na ostatniej stronie i przeczytała słowa napisane ręką Laury.

James Kelly, 26 Brading Ave, Southsea, Hampshire, Anglia.

James to brat matki. Nigdy nie był w Afryce, więc Angel go nie znała. Kiedyś przysłał jej prezent – piękną lalkę, ale tak delikatną, że nie można było się nią bawić. Matka pewnego dnia zaczęła o nim opowiadać. Angel była wtedy młodsza, ale dobrze zapamiętała tę rozmowę. Siedziały na cementowej podłodze werandy przed domem Sióstr Miłosierdzia i czekały na prowiant.

– Nie ożenił się i nie ma dzieci – powiedziała wtedy Laura. – Mieszka w pięknym, dużym domu nad morzem.

Na jej twarzy malowała się powaga. Angel poczuła niepokój.

– Czemu mi o nim mówisz? – spytała.

– Gdyby coś mi się stało, James się tobą zaopiekuje. Kazałam mu przyrzec, że to zrobi, bo nie masz ani baby, ani bibi, czyli ani ojca, ani babci.

Angel milczała, bo ogarnął ją smutek i dziwne myśli przyszły jej do głowy.

– Jeżeli coś ci się stanie – powiedziała w końcu – sama dam sobie radę. Będę jak Zuri.

– Z białymi dziećmi jest inaczej – odparła Laura głosem łagodnym, lecz zdecydowanym. Chciała coś jeszcze rzec, lecz Angel wstała i odwróciła się do niej plecami. Czuła mdłości, strach i... gniew. Nie chciała, żeby matka mówiła takie rzeczy. Nie chciała nawet myśleć o tym, że coś złego może spotkać mamę i co ona wtedy zrobi. Już chciała odejść, gdy nagle przypomniała sobie powiedzenie, które usłyszała w wiosce, i natychmiast powtórzyła je Laurze.

– Nieszczęście ma dobry słuch. Jeżeli je wypowiesz, to przyjdzie.

Laura nigdy więcej nie poruszyła tego tematu.

Angel zacisnęła dłonie na paszporcie, wpatrując się w adres wypisany czarnym atramentem. Zatrzymała wzrok na ostatnim wyrazie. Anglia. Laura opowiadała jej o Anglii. Wszyscy tam mieli dużo pieniędzy, a dzieci bawiły się w domach zabawkami. Ludzie mieszkali w miastach z dobrymi szpitalami, ale było tam więcej obcych niż przyjaciół. Zamiast wielbłądów jeździły samochody...

Angel pozwoliła, żeby książeczka w twardych okładkach sama się zamknęła. Położyła ją na dłoni, jakby oceniała ciężar, po czym zamachnęła się i wyrzuciła, patrząc, jak szybuje w powietrzu i ląduje między dwiema skałami – ciemnoczerwony prostokąt na szarym piasku.

Przycisnęła kolana do piersi i oparła na nich czoło. Czuła się zmęczona i pusta, jakby całe życie z niej wyciekło. Wyobraziła sobie, że zostaje tu na zawsze. Ona, Matata i Mama Kitu. Jej rodzina...

Nagle gdzieś blisko zatrzepotały skrzydła i dobiegł ją cichy szelest piór wielkiego ptaka. Uniosła głowę i zobaczyła, że nadlatuje drugi. Były to sępy, brzydkie ptaki z haczykowatymi dziobami i ciężkimi powiekami. Skąpe upierzenie nadawało im niezdrowy wygląd, jakby żywiąc się padliną, przejmowały choroby swoich ofiar.

Angel zerwała się na równe nogi.

– Nendeni!Nendeni mbali! Precz! Precz stąd!

Ptaki zamachały skrzydłami i odleciały, by po chwili wrócić i usiąść w pewnej odległości.

Angel popatrzyła na leżącą na ziemi Laurę. Wiedziała, że wkrótce zleci się tu więcej sępów i nie zdoła ich przegonić. Spojrzała na wielbłądy. Gdyby udało jej się przenieść matkę na Mamę Kitu, mogłaby ją zabrać do manyaty. Ale sępów nie da się powstrzymać. Podlecą do wielbłądzicy, a ona spłoszy się i ucieknie.

Przyleciał trzeci sęp i usiadł na piersi Laury. Podbiegła do niego, machając rękami. Tak jak inne ptaki usiadł na pobliskiej skale. Pospiesznie przykryła matkę materiałem, podkładając jeden koniec pod jej stopy, a drugi ciągnąc w stronę głowy. Tu zatrzymała się na chwilę i odsunęła przyklejone do ciała pasmo włosów. Łza spłynęła jej po policzku i upadła na bladą skórę. Angel zakryła matce twarz i wygładziła tkaninę. Potem zaczęła zbierać kamienie i układać je na okrytym kitenge ciele.

Upał trochę zelżał. Wokół było mnóstwo kamieni, ale i tak czekała ją ciężka praca. Chropowata wulkaniczna skała raniła jej dłonie. Sięgając po kamień, musiała sprawdzić, czy nie ma pod nim skorpionów ani węży. Sępy podlatywały coraz bliżej prowizorycznego grobu. W końcu udało jej się obłożyć kamieniami cały materiał. Na wszelki wypadek dołożyła jeszcze kamieni, żeby zabezpieczyć grób.

Sępy zaczęły machać skrzydłami i skrzeczeć, jakby to, co zrobiła, rozgniewało je. Angel znieruchomiała. Te ptaki czasami potrafiły zaatakować człowieka. Może nie dorosłego i silnego, ale małe dziecko, które nie umie się bronić...

Nie jesteś mała, szepnął wewnętrzny głos. Jesteś starsza od Zuriego, który pasie krowy. I znacznie silniejsza. Zawsze pokonujesz go w walce.

Chwyciła kamień, wstała i odwróciła się w stronę sępów.

Nie patrzyły na nią. Haczykowate dzioby skierowały na prawo od niej. Popatrzyła w tamtym kierunku i poczuła strach, gdy zobaczyła, co je zaniepokoiło.

Fisi. Hieny.

Całe stado. Znajdowały się jeszcze dość daleko, ale zbliżały się szybko, sadząc tymi swoimi dziwnymi susami. Biegnąca na przodzie samica wydała z siebie długi okrzyk przypominający śmiech szaleńca.

Matata przywiązany do ciernistego krzewu beknął przerażony. Zaniepokojona Mama Kitu uniosła wysoko łeb. Angel przeniosła wzrok z hien na wielbłądy, zastanawiając się, czyby nie wyjść zza skały i nie pobiec do nich. Mama Kitu odgoniłaby je kopnięciami. Ale nie miała pewności, czy zdąży do nich dotrzeć. Nie chciała, żeby ją złapały na otwartej przestrzeni, między skałą a wielbłądami. Straciła cenne sekundy i hieny znalazły się przy grobie, warcząc i kaszląc, gdy wąchały stos kamieni. Angel patrzyła na nie zdjęta strachem. Największa z nich musiała zostać ranna w jakiejś walce, bo coś różowego zwisało jej z rany na szyi. Z wolna odwróciła w stronę Angel parchaty łeb. Ponownie rozbrzmiał upiorny śmiech zakończony wysokim dźwiękiem – groźny, szyderczy śmiech ze znakiem zapytania na końcu.

Dziewczynka złapała torbę matki, zamachnęła się i trafiła hienę w głowę. Twarda skóra wydała głuchy odgłos w zetknięciu z włochatą czaszką. Hiena cofnęła się, lecz po chwili zrobiła krok w przód, szczerząc kły. Pozostałe poszły za jej przykładem i powietrze wypełnił odrażający zapach. Angel zaniemówiła ze strachu. Machnęła torbą raz i drugi. Zwierzęta zawyły z wściekłości, ale cofnęły się jedynie o kilka kroków, po czym znowu podeszły.

– Mamo! Mamo! – krzyknęła Angel rozdzierająco, chociaż wiedziała, że to próżne wołanie. – Mamo... – załkała. – Pomóż mi.

Jak przez mgłę docierało do niej przerażone porykiwanie wielbłądów. Powietrze wypełniło się różnymi dźwiękami – dyszeniem hien, podekscytowanym skrzeczeniem sępów i piskliwym zawodzeniem, przypominającym płacz niemowlęcia, które wydobywało się z jej ust.

Nagle dołączył do nich kolejny dźwięk – głośny, niski ryk. Przetoczył się nad ziemią niczym fala, zmiatając inne na swojej drodze. Hieny zastrzygły uszami i odwróciły w jego stronę tępe pyski.

Szła ku nim lwica, stawiając długie, płynne kroki. Jej grzbiet falował w popołudniowym słońcu. Przystanęła przy płaskim kamieniu, gdzie Laura i Angel jadły śniadanie, odchyliła łeb i ponownie zaryczała, ukazując wielkie zęby i długi, różowy język.

Angel utkwiła w niej wzrok. Kątem oka zauważyła, że hieny uciekają chyłkiem. Największa z nich przez chwilę kopała piasek tylnymi łapami i warczała, lecz gdy lwica podeszła bliżej, też umknęła.

Trzask łamanych gałęzi zmusił Angel do spojrzenia w stronę wielbłądów. Mama Kitu cofała się przerażona, a konar drzewa, do którego była przywiązana, zawisł na linie i uderzał o jej nogi. Angel patrzyła, jak wielbłądzica wbiega na wzgórze, a Matata za nią.

Cofnęła się do skały, gdy zobaczyła, że lwica zbliża się ku niej. Wiedziała, że nic jej teraz nie uratuje. Przed oczyma mignęły jej czerwone ochłapy mięsa, wiszące na drzewie przed sklepem rzeźnika, z białymi pasami tłuszczu, oblepione przez muchy. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe, nie mogła oddychać. Zaraz jednak pomyślała, że umrze tu jak Laura i nie będzie musiała dalej żyć. Uspokoiła się, zamknęła oczy i czekała na lwicę.

Zapadła głęboka cisza. Angel czekała, aż usłyszy stąpanie łap, ale dotarł do niej jedynie świergot ptaków i brzęczenie owadów. Czyżby lwica zamierzała zostawić ją w spokoju? Zaraz jednak poczuła wilgotny zapach piżma i ciepły oddech na twarzy. Otworzyła oczy. Lwica stała na wprost niej. Na jasnobrązowej brodzie i pysku widniały ślady świeżej krwi. Zdrętwiała ze strachu patrzyła, jak potężne szczęki się otwierają, ukazując czarne dziąsła, ostre zęby i zwinięty, różowy język. Z gardła drapieżnika wydobył się niski dźwięk, ale zamiast zmienić się w ryk, przeszedł w ciche, łagodne wołanie, które zawisło w powietrzu niczym dźwięczna nuta. Angel otworzyła usta ze zdziwienia. Uniosła głowę i napotkała wzrok lwicy. Przez dłuższą chwilę spoglądała w jej czyste, złociste oczy. Potem jednak przypomniała sobie słowa Zuriego. „Nigdy nie patrz w oczy dzikiemu zwierzęciu, chyba że chcesz z nim walczyć”. Pospiesznie uciekła spojrzeniem w bok. Kątem oka zauważyła, że lwica otwiera pysk i poczuła suchy, szorstki język na policzku.

Ponownie rozległo się śpiewne wołanie, lecz tym razem brzmiało jak cichy pomruk. Gdy Angel stała na sztywnych nogach, wyczuła jakiś ruch za lwicą. Ostrożnie uniosła wzrok i zobaczyła puchate, cętkowane lwiątko. Patrzyło na nią okrągłymi, żółtymi oczyma okolonymi czarną kreską na powiekach. Pojawiło się drugie lwiątko i trzecie. Lwica nie zwracała na nie uwagi. Zrobiła krok w tył, jakby czekając na ruch Angel. Gdy dziewczynka nie drgnęła, lwica spuściła brązowawy łeb i trąciła ją nosem. Gdy i to nie dało rezultatu, ponownie pchnęła ją nosem.

Angel przesunęła się wzdłuż skały. Gdy znalazła się na otwartej przestrzeni, lwica ruszyła za nią. Przerażona i zdezorientowana poszła niepewnie dalej, mijając złamane drzewo, do którego była przywiązana Mama Kitu. Trzy lwiątka kręciły się wokół jej stóp, dotykając ich mokrymi noskami. Gdy wspięły się na wzniesienie, lwica zrównała się z Angel. Dziewczynka spojrzała przed siebie, uważając na to, gdzie stawia stopy. Wyczuła instynktownie, że nie może się potknąć. Nie wolno jej upaść, jakby była kimś słabym i bezużytecznym. Musi pokazać, że jest odważna i silna. Lekko wzruszyła ramionami, opanowała drżenie nóg i zmusiła je do miarowego chodu. Świecące za plecami popołudniowe słońce rzucało smukły cień jej sylwetki na ziemię. Wokół stóp dziewczynki krążyły cienie lwiątek, a cień lwicy sunął po ziemi pewnie i bez strachu.

1manyata (suah.) – wioska (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 boma (suah.) – zagroda.

Rozdział drugi

Emma pochyliła się do przodu, patrząc na wijącą się przed nimi piaszczystą drogę. Jej granice znaczyły niskie krzewy, kopce kamieni i żółte kępki wyschniętej trawy. Tu i ówdzie wyrastało cierniste drzewo z gałęziami tworzącymi plamy cienia. Nie minęła jeszcze dziewiąta rano, a słońce już mocno prażyło. Wilgotna od potu koszula kleiła się do ciała.

– Chyba powinniśmy już tam być – zwróciła się do kierowcy.

– Wkrótce będziemy na miejscu – zapewnił ją Mosi. – Proszę się nie martwić.

Wcisnął hamulec, bo nagle pojawił się przed nimi głęboki wybój. Land cruiser zatańczył na piasku, a Emma przytrzymała się metalowej tablicy rozdzielczej. Mosi mocno skręcił kierownicę, wyprowadzając samochód na żwirową nawierzchnię.

Wjechali w skupisko ogromnych kaktusów, przypominających ogromne kandelabry. Emma spojrzała w górę, na smukłe, zielono-niebieskie konary, z rzędami ostrych kolców. Były piękne, ale miały w sobie jakąś surowość, niezbędną do przetrwania w tym spalonym słońcem krajobrazie. Ponownie utkwiła wzrok w wąskiej drodze przed nimi. Kaktusy zaczęły się przerzedzać, aż w końcu ustąpiły miejsca rozległej przestrzeni.

Mosi wskazał na dużą tablicę po lewej stronie. Napis częściowo zasłaniały krzewy i farba z niej odpadała. Emma zdołała jednak odczytać wyrazy. „Ośrodek badań nad gorączką olambo”. Wpatrywała się w nią, dopóki jej nie minęli. Potem uniosła się lekko na siedzeniu i wsunęła koszulę w spodnie. Ściągnęła gumkę podtrzymującą zakurzone włosy, wygładziła je najlepiej jak zdołała i zebrała w koński ogon. Na koniec wyjęła z torebki pomadkę ochronną i posmarowała nią usta.

Droga biegła teraz u stóp małego wzgórza. Emma popatrzyła w drugą stronę. Czuła, jak wzbiera w niej fala podniecenia i lęku. W końcu dotarła tu po tylu latach. I wreszcie go zobaczyła: mały budynek z pobieloną fasadą, z której odpadał tynk, odznaczający się na tle szarej ziemi upstrzonej kępkami pożółkłej trawy.

– Dobrze, że dojechaliśmy na miejsce – powiedział Mosi i wskazał na tablicę przyrządów. – Silnik zaczyna się przegrzewać.

Emma spojrzała na wskaźnik temperatury. Strzałka znajdowała się na czerwonym polu. Mosi postukał palcem w szklane okienko, ale strzałka ani drgnęła.

Gdy zatrzymali się, land cruisera spowiła chmura pyłu. Emma czekała, aż opadnie kurz, po czym wysiadła, zabierając ze sobą zieloną skórzaną torbę na ramię. Spod jej stóp wzbiły się w górę obłoczki drobnego, szarawego piasku. Poczuła, że na twarzy mokrej od potu i nasmarowanej kremem z filtrem przeciwsłonecznym osiadł pył. Dostrzegła swoje odbicie w bocznym, pokrytym kurzem lusterku i pochyliła się, by sprawdzić, jak wygląda. Czarne włosy i oczy wyraźnie kontrastowały z jasną karnacją. Starła z policzka smugę kurzu i poprawiła kołnierzyk. Prostując się, odkleiła koszulę od pleców. Poczuła przyjemny chłód, gdy podmuch powietrza owiał wilgotną skórę.

Mosi stał z przodu samochodu i otwierał maskę.

– Muszę sprawdzić chłodnicę.

– A ja zobaczę, czy ktoś tam jest – rzekła Emma.

Na jej twarzy malowało się napięcie. Nie otrzymała odpowiedzi na list. Sądząc z wyglądu tablicy informacyjnej, ośrodek mógł być zamknięty i opuszczony. Ale nawet gdyby nie udało jej się wejść do środka, może zdoła zajrzeć przez okna.

Gdy ruszyła drogą, usłyszała za plecami skrzypienie podnoszonej klapy samochodu i syk pary wydobywającej się z chłodnicy.

Omiotła wzrokiem budynek. W ogóle tu nie pasował. Stał samotnie, jakby należał do innego miejsca. Jedynie wysokie, druciane ogrodzenie okalające podwórze za domem zdawało się łączyć dom z ziemią. Za cienkim dachem widać było rozsiane z rzadka tereny porośnięte trawą, upstrzone kamieniami i pojawiającymi się tu i tam ciernistymi drzewami. Dostrzegła również mrowiska – dziwne, pofałdowane kopce z czerwonej ziemi. Zwolniła i spojrzała w dal, ku odległemu horyzontowi, gdzie na tle przymglonego błękitu nieba wznosiła się idealnie trójkątna góra o purpurowej barwie. Przypominała wulkan. Emma pomyślała, że gdyby był tu Simon, opowiedziałby długą historię tej ziemi i wyjaśnił, że można ją odczytać w skałach, kamieniach i piasku. Ale dzieliły ją od niego setki kilometrów.

Ruszyła dalej. Dotarła do budynku, wspięła się po cementowych stopniach na szeroką werandę i stanęła przed pomalowanymi na zielono drzwiami, z okratowanymi oknami po obu stronach. Białe niegdyś ściany były brudne, a cienka blacha na dachu przerdzewiała.

– Halo, dzień dobry! – zawołała Emma, lecz usłyszała jedynie brzęczenie owadów i cichy krzyk przelatującego ptaka.

Przeszła na tyły budynku i zajrzała przez siatkę z drutu. Widok na tylną ścianę zasłaniał zbiornik z wodą. Rozejrzała się po podwórzu w kształcie dużego kwadratu. Zauważyła kilka przybudówek z blachy falistej. Między dachem a przekrzywionym słupem zwisał sznur do bielizny, ale nie schło na nim żadne pranie. Na grządkach wyznaczonych przez pomalowane kamienie rosły jedynie wyschnięte chwasty. Przy furtce stał land rover tak stary, że pewnie nie ruszyłby z miejsca.

Emma wróciła do frontowych drzwi i zapukała. Solidne drewno zagłuszyło dźwięk. Wcisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.

Cofnęła się instynktownie, gdy między jej nogami przemknął kurczak i trzepocząc skrzydłami, wybiegł na werandę. Weszła do środka. Znalazła się w wąskim korytarzu, w którym pachniało palonym drewnem i gotowaniem. Przez otwarte tylne drzwi wpadało do wnętrza światło. Na stopniu, twarzą do podwórza, siedziała jakaś postać. Najpierw dostrzegła jedynie zarys sylwetki, lecz gdy wzrok przyzwyczaił się do światła, zauważyła czarne włosy i czarny kolor skóry, szerokie ramiona i mięśnie odcinające się pod białym podkoszulkiem.

– Przepraszam pana! – zawołała po krótkim wahaniu.

Mężczyzna podniósł się ze stopnia jednym płynnym ruchem i odwrócił twarzą do niej. Był bez butów, miał na sobie długie spodnie koloru khaki. Przy piersi trzymał jagnię o czerwonym, kręconym runie. Sięgnął ręką do uszu i wyjął słuchawki podłączone do iPoda.

Przez chwilę oboje przyglądali się sobie. Wzrok Emmy zarejestrował regularne rysy mężczyzny, purpurową bliznę na czole i oczy, które wydawały się niemal czarne w słabym świetle korytarza. Oceniła, że nie jest już młody, ale nie osiągnął jeszcze wieku średniego. Potem popatrzyła na jagnię spoczywające w jego objęciach: cztery patykowate nogi, szeroki, płaski ogon przewieszony przez rękę mężczyzny i kędzierzawy łebek ukryty w zgięciu łokcia.

– Mała była chora – oznajmił mężczyzna. – Ale teraz może już wrócić do matki. – Wskazał na brązową butelkę po piwie z dziecięcym smoczkiem. – Wypiła dużo mleka.

Emma uśmiechnęła się.

– Śliczna.

Na dźwięk jej głosu owieczka otworzyła oczy. Były jasne i przejrzyste.

– Czym mogę służyć? – spytał mężczyzna. – Zabłądziła pani? – Mówił po angielsku swobodnie, z lekkim afrykańskim akcentem.

– Nie, nie zabłądziłam. Szukam kogoś, kto tu jest szefem.

– Pracują tu tylko dwie osoby: ja i mój pomocnik. Jestem weterynarzem i realizuję program badawczy. Nazywam się Daniel Oldeani. – Przesunął jagnię, żeby uwolnić prawą rękę i podał ją Emmie wnętrzem do góry.

Emma uścisnęła ją. Wyglądało to dziwnie, jakby każde z nich wykonywało trochę inny gest.

– Jestem doktor Lindberg... Emma Lindberg. Napisałam list, w którym zawiadamiałam, że chciałabym zwiedzić ośrodek.

Daniel popatrzył na nią zaskoczony.

– Nie dostałem żadnego listu. Może zaginął po drodze. To się zdarza. – Spojrzał uważniej na Emmę, jakby szukał wskazówek, kim jest. Pewnie pomyślał, że wygląda zbyt młodo jak na lekarkę. Goście odwiedzający instytut zawsze brali ją za studentkę. Po chwili się uśmiechnął, błyskając białymi zębami. – Przyjechałaś do pracy? Ja również wysyłałem listy, całe mnóstwo, do różnych organizacji, prosząc o kogoś do pomocy.

– Przykro mi, ale nie – odparła Emma, kręcąc głową. – Przyjechałam tu z prywatną wizytą. Moja matka kiedyś tu pracowała... Na początku lat dziewięćdziesiątych. Jako przedstawicielka amerykańskiej CDC, Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom. – Spojrzała przez ramię na dwa pomieszczenia znajdujące się za jej plecami. – Chciałam zobaczyć, gdzie pracowała.

Daniel milczał przez chwilę. Gdy się odezwał, w jego głosie brzmiała łagodność.

– Przykro mi, że przywiódł cię smutek.

Emma spojrzała na niego zaskoczona.

– Znałeś ją?

– Byłem wtedy dzieckiem. Nie pamiętam jej. Ale nie została zapomniana. Jesteś córką doktor Susan Lindberg. – Kiwnął wolno głową. – Przyjechałaś ją uczcić. Zapraszam. Jesteś tu mile widziana.

Emma poczuła ucisk w gardle. Ze wszystkich ludzi, którym mówiła o swojej podróży, tylko Daniel Oldeani rozumiał, po co tu przyjechała. Że nie kierowała nią ciekawość czy chęć zobaczenia Afryki, lecz że była to forma pielgrzymki.

– Jak długo chcesz tu zostać? – spytał Daniel. – Nie mamy pokoju gościnnego, ale można coś zorganizować.

– Nie szkodzi – odparła Emma pospiesznie. – Nie planowałam dłuższego pobytu. Przyjechałam z kierowcą grupy wycieczkowej. Mam dołączyć do niej przy kraterze Ngorongoro. Musimy tam być wieczorem.

– To nie zostało ci wiele czasu. – Daniel znów się uśmiechnął. Wskazał ręką w stronę głównego wejścia do budynku. – Oprowadzę cię.

Już miała się odwrócić, gdy zauważyła, że Mosi zbliża się do tylnych drzwi.

– To mój kierowca – poinformowała Daniela.

Mężczyźni przywitali się i zaczęli rozmawiać, jak Emma przypuszczała, w języku suahili. Po kilku minutach Daniel obrócił się w jej stronę.

– Twój kierowca musi znaleźć kogoś, kto pomoże mu naprawić chłodnicę. Będę musiał pojechać z nim do wioski. Przy okazji oddam jagnię. – Wskazał na drzwi po prawej stronie. – Tam jest laboratorium. Obejrzyj je sobie. Niestety, mój pomocnik pojechał do Aruszy, więc zostaniesz sama. Ale niedługo wrócę.

Mówiąc to, uniósł jagnię nad głowę i ułożył je sobie na ramionach, po czym chwycił za przednią i tylną nogę, żeby nie spadło.

Gdy mężczyźni wyszli, Emma ruszyła wolno do laboratorium. Pchnęła drzwi, jasne światło zalało korytarz, a w powietrzu uniósł się znajomy zapach chemikaliów.

Zsunęła z ramienia torbę i zostawiwszy ją na podłodze, rozejrzała się po pomieszczeniu. Miało dwa okna, jedno od frontu, drugie z boku. Na stole laboratoryjnym przy drzwiach stał polowy izolator – szklany pojemnik z dwoma otworami z przodu i przymocowanymi do nich żółtymi rękawiczkami. Dalej był duży porcelanowy zlew z zawieszonym nad nim lustrem. W rogu pokoju stały różnej wielkości druciane klatki, a w drugim – dziwna szafka z firanką z przodu, służąca zapewne do przechowywania jakichś rzeczy. Przy ścianie z oknem stał drugi stół laboratoryjny, a przy nim zniszczone drewniane krzesło.

Emma podeszła do stojaka przy stole laboratoryjnym. Znajdowały się na nim małe pudełka z wacikami, szkiełkami, probówkami i rękawiczkami jednorazowymi. Wśród nich zauważyła słoik z niezwykłymi różowymi kwiatami na grubych, pozbawionych liści łodygach.

Położyła dłonie na oparciu krzesła. Widziała fotografie przedstawiające matkę podczas pracy, wiedziała, jak Susan się ubierała i jak wyglądała. Dobrze, że została sama. Będzie mogła swobodnie odtworzyć w wyobraźni obraz matki siedzącej przy tym stole.

Zobaczyła Susan odzianą w zielony laboratoryjny strój i błyszczący, plastikowy fartuch. Na nogach miała białe kalosze. Długie czarne włosy zebrane na plecach odsłaniały twarz – cienie pod oczami, pionową zmarszczkę na czole. Na blacie leżały przed nią szkiełka i probówki. Było późne popołudnie i ukośne promienie słońca wpadały do środka przez okno. Susan w jednej ręce trzymała strzykawkę z komorą wypełnioną ciemną krwią, a w drugiej nasadkę na igłę, żeby można ją było bezpiecznie wyjąć.

Ostrożnie zbliżyła do siebie dłonie z zamiarem wsunięcia nasadki na igłę. Robiła to wiele razy, dziś jednak słońce świeciło jej prosto w oczy lub może była zbyt zmęczona, żeby się skoncentrować lub też coś rozproszyło jej uwagę.

Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca, gdy igła trafiła w kciuk. Susan zdjęła rękawiczkę, podniosła ją do światła i rozciągnęła, szukając dziurki po ukłuciu z nadzieją, że igła nie przebiła gumy. Ogarnęło ją przerażenie, gdy zobaczyła maleńki otwór. Pospiesznie wycisnęła krew z ranki i przemyła ją środkiem dezynfekującym. Wiedziała jednak, że to bezcelowe. Jedynym ratunkiem było natychmiastowe ucięcie kciuka. Krew w strzykawce nie została, co prawda, jeszcze zbadana, mogło nie być w niej wirusa. Współpracownik Susan zbierał próbki w wiosce, musiała więc sama zmagać się z męką niepewności. Sięgnęła po skalpel ręką, którą miała okaleczyć, ale po chwili się rozmyśliła. Postanowiła zaczekać i być dobrej myśli.

Przez cztery koszmarne dni wypatrywała oznak choroby. Potem pojawiło się lekkie drapanie w gardle. Po kilku godzinach wiedziała już, że jest śmiertelnie chora. Na tę chorobę nie było lekarstwa, przeżywało ją mniej niż dwadzieścia procent zarażonych. Po kilku dniach najprawdopodobniej umrze w męczarniach, jakie obserwowała u innych chorych.

Zostanie tu na zawsze. Nigdy już nie zobaczy męża ani dziecka.

Emma zamknęła oczy. Przeżywała tę historię tysiące razy od chwili, gdy kilkanaście lat temu poznała szczegóły śmierci matki, ale tu, w tym pomieszczeniu, była ona bardziej realna. Poczuła, że oblewa ją zimny pot i nogi się pod nią uginają. Podeszła do zlewu, odkręciła kran i ochlapała twarz wodą.

Uniosła wzrok i spojrzała w lustro. Woda kapała jej z nosa i brwi. Emma wzięła głęboki oddech. Susan nie żyła od dwudziestu pięciu lat. Gdy umarła, ona miała zaledwie siedem lat i tylko garść wspomnień o matce. Ale stworzyła sobie jej obraz, dodając do faktów marzenia i domysły. Przez te wszystkie lata pociechę przynosiła jej świadomość, że Susan już to wszystko przeżyła – wiedziała, jak to jest mieć dwanaście lat lub kończyć szkołę, chodzić z pierwszym chłopakiem czy dostać pierwszą pracę. Silna i mądra duchowa obecność matki sprawiała, że czuła się mniej samotna.

To się miało zmienić. Dziś Emma kończyła trzydzieści dwa lata, tyle samo, ile miała Susan, gdy umarła. W tym miejscu ślady wskazujące jej drogę urywały się. Tu mapa się kończyła. Nadszedł czas, żeby poszła dalej sama. Na tę myśl poczuła skurcz żołądka. Nie miała pojęcia, jak sobie poradzi bez duchowego wsparcia matki. Ale liczyła na to, że jeżeli zdoła jakoś oddzielić przeszłość grubą kreską, odnajdzie spokój i szczęście. Właściwie to powinna być wdzięczna losowi. Praca w czołowym australijskim medycznym instytucie badawczym dawała jej satysfakcję i osiągnięcia. Życiowy partner podzielał jej pasję do nauki i wspierał w tym, co robiła. Miała piękne mieszkanie urządzone w szwedzkim stylu, garderobę pełną stylowych ubrań, sprzątaczkę, która przychodziła dwa razy w tygodniu i stawiała świeże kwiaty na stole. Jadała kolacje w najlepszych restauracjach w Melbourne, kiedy tylko chciała. Każdy mógłby jej pozazdrościć takiego życia. Mimo to wciąż czegoś brakowało. Jakby tracąc matkę, straciła jakąś cząstkę siebie.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Teraz gdy nadszedł ten dzień i znalazła się w tym miejscu, zapragnęła poczuć, że wreszcie dotarła do celu. Zamiast tego miała wrażenie, że znajduje się w stanie zawieszenia. Podobnie jak wtedy, gdy ojciec wprowadził ją do gabinetu i przekazał straszną nowinę. Długo nie chciała uwierzyć w śmierć matki. Wyobrażała sobie, że Susan prowadzi sekretne życie w Afryce i pewnego dnia wróci do domu. Nikt nie przedstawił dowodu na to, że matka nie żyje. Rodzinie nie przysłano trumny. Nie można było przewieźć ciała, które zaatakował niezidentyfikowany, śmiertelny wirus. Spalono je na miejscu razem ze wszystkimi ubraniami Susan, a nawet materacem, na którym spała. Nic po niej nie zostało.

Emma odwróciła się do okna i wyobraziła sobie, jak wiatr rozwiewa popiół, który łączy się z szarym pyłem tej ziemi, i znieruchomiała zaskoczona. Ujrzała w oknie kosmaty łeb wielbłąda. Kraty za szybą sprawiały wrażenie, jakby patrzyła na zwierzę w ogrodzie zoologicznym. Tylko że ten stał na zewnątrz budynku i gapił się na nią. Miał wielkie, czarne oczy z długimi, zawiniętymi rzęsami. Nagle wepchnął nos między kraty i dotknął nim szyby.

Emma wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć resztę wielbłąda. Na jego grzbiecie tkwiła drewniana rama przykryta kocami, która tworzyła coś w rodzaju siodła. Po obu jej stronach przymocowano sakwy ze zgrzebnego materiału utkanego w kolorowe pasy. Brakowało tylko właściciela.

Emma wyszła z budynku. Zauważyła, że wielbłądowi, którego widziała przez okno, towarzyszy młode. Gdy schodziła po schodach, spostrzegła, że dorosły wielbłąd lekko unosi jedną nogę i przy racicy ma futro poplamione zaschniętą krwią. Potem zobaczyła gałąź zwisającą z liny umocowanej do uzdy zwierzęcia.

Osłaniając oczy dłonią, rozejrzała się po okolicy. Przeszukała wzrokiem krzewy we wszystkich kierunkach, następnie drzewo, mrowisko i stos kamieni. Nigdzie ani żywej duszy. Popatrzyła na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do budynku. Widniały na niej tylko ślady jej stóp.

Dorosły wielbłąd, lekko utykając, ruszył w jej kierunku. Emma cofnęła się. Był znacznie wyższy od konia, a największym zwierzęciem, z jakim dotychczas miała do czynienia, był golden retriever przyjaciółki. Widząc zbliżającego się wielbłąda, siłą woli zmusiła się do pozostania w miejscu. Zwierzę podeszło, chwilę popatrywało na nią, a potem pochyliło łeb i powąchało jej włosy. Emma skuliła się, ale uznała, że lepiej się nie ruszać. W końcu wielbłąd oparł kościstą brodę na jej ramieniu, łaskocząc ją w policzek.

Miała ochotę uciec, ale bała się spłoszyć zwierzę. Zastanawiała się, jak długo tak będą stać i co powinna zrobić. Kątem oka dostrzegła, że młode podeszło do krzaków, pod którymi schroniła się w cieniu para kurcząt. Ku jej uldze dorosły wielbłąd pokuśtykał w tamtą stronę, a ona wytarła ślinę z ramienia. Wielbłądziątko wystraszyło kurczęta, które rozbiegły się na wszystkie strony, po czym zaczęło trącać łebkiem wymię dużego wielbłąda. Matka stała cierpliwie, wyglądała na zmęczoną i spoconą. Emma przypomniała sobie, że na tyłach budynku widziała zbiornik z wodą, a pod kranem wiadro.

Obeszła dom, kierując się na podwórze. Zauważyła, że wielbłądy za nią idą. Przyspieszyła kroku, otworzyła furtkę, podeszła do zbiornika i przykucnęła przy kranie, aby napełnić wiadro wodą, patrząc nieufnie na zbliżające się zwierzęta. Przy tylnych drzwiach stało drugie wiadro, do którego też nalała wody. Ustawiła wiadra w sporej odległości od siebie i cofnęła się. Wielbłądzica parsknęła nieufnie, ale woda kusiła. Przykuśtykała do jednego z wiader, pochyliła łeb i zaczęła hałaśliwie pić. Gdy małe zrobiło to samo, Emma zamknęła furtkę.

Stojąc w bezpiecznej odległości, patrzyła, jak zwierzęta piją. W pewnym momencie wielbłądzica obróciła się bokiem i Emma spostrzegła, że jedna z sakw przy siodle jest rozdarta i widać jej zawartość. Podeszła bliżej i rozpoznała moskitierę, jakiś wzorzysty materiał i okrągły, czarny słoik z czerwoną zakrętką i znajomo wyglądającą nalepką. Postąpiła krok naprzód i przyjrzała się uważniej. Był to marmite, ekstrakt z drożdży i warzyw, używany jako przyprawa do zup lub smarowania chleba. Jeden z doktorantów pracujących w instytucie był Anglikiem i trzymał słoik z tą przyprawą w pokoju jadalnym, twierdząc, że vegemite, australijska wersja, jest za gęsta i za mało słona. Emma zmarszczyła brwi. Afrykanin podróżujący na wielbłądzie na pewno nie zabrałby ze sobą słoika z marmite’em.

Wielbłądzica skończyła pić i kopnęła wiadro. Emma miała nadzieję, że teraz usiądzie na ziemi, jak to się zdarzało na filmach, ale zwierzę pozostało w pozycji stojącej, z wysoko uniesioną głową i półprzymkniętymi powiekami dla ochrony przed słońcem.

Emma otarła ręką pot z twarzy, a potem poszła do budynku i przyniosła stamtąd krzesło, które postawiła przy boku wielbłądzicy, wspięła się na nie wolno i ostrożnie, po czym otworzyła sakwę przytroczoną do siodła. Stanęła na palcach, sięgnęła do wnętrza i zaczęła wyjmować, co się dało. Wyciągnęła damską, nierównomiernie ufarbowaną, płócienną bluzkę, jedwabną podszewkę do śpiwora, a potem coś, czego nie potrafiła zidentyfikować przez dotyk. Okazało się, że jest to ręczna robótka. Sterczące z niej druty były grube, podobnie jak wełna. Ktoś dziergał prostym ściegiem czerwony szalik.

Emma wciąż stała na krześle, gdy zjawił się Daniel. Stanął i otworzył usta zaskoczony, po czym wszedł na podwórze.

– Dopiero co przyszły – oznajmiła Emma. – Same, nikogo z nimi nie ma.

Zeszła z krzesła i pokazała przedmioty wyjęte z sakwy.

– To są rzeczy należące do białego człowieka – orzekł Daniel, dotykając bluzki w jasnych barwach. – Do kobiety.

Emma zagryzła wargę.

– Coś musiało jej się stać. Musimy zadzwonić na policję. Mam w torbie komórkę.

– Tu nie ma zasięgu. Jesteśmy za daleko.

– Masz radio?

– Jest w land roverze, którym Ndugu, mój pomocnik, pojechał do Aruszy.

Daniel odsunął krzesło od wielbłądzicy, pochylił się i obejrzał zranioną nogę.

– Odejdź – polecił. – One potrafią mocno kopać.

Przesunął palcami po zakrwawionym futrze, a potem chwycił nogę, zmuszając wielbłąda, by ją podniósł. Oczyścił spód racicy, odsłaniając głęboką ranę w poduszeczce.

– Mogłabyś mi podać ten nóż? – zwrócił się do Emmy, wskazując głową na miskę stojącą przy tylnych drzwiach, w której leżał stary nóż. Gdy go przyniosła, wyjął nim kilka małych kamieni z nogi wielbłądzicy, po czym gwizdnął przez zęby i pokręcił głową. – Noga jest cała, ale rana poważna. Wdało się zakażenie. Trzeba je wyleczyć. Mogę jej pomóc, ale najpierw musimy odnaleźć właścicielkę wielbłądzicy.

Emma popatrzyła na niego niepewnie.

– Nie rozumiem.

– Prawdopodobnie zdarzył się wypadek. Ktoś może potrzebować naszej pomocy.

– Chyba nie sugerujesz... – Pokręciła głową. – Przepraszam, ale proszę mnie w to nie mieszać. Jestem tylko gościem. Powinieneś poprosić kogoś z wioski.

– Jesteś lekarką. Jeżeli ten ktoś został ranny, będę potrzebował twojej pomocy.

– Jestem tylko pracownikiem naukowym – zaprotestowała Emma. Prawdę powiedziawszy, niedawno otrzymała certyfikat uprawniający do udzielania pierwszej pomocy. Musiała go mieć, bo tak nakazywał regulamin bezpieczeństwa i higieny pracy. Ale absurdem było myśleć, że może tak po prostu pojechać na pustkowie z człowiekiem, którego dopiero co poznała. Z drugiej strony, jeżeli właściciel wielbłądów jest ranny, Daniel sam sobie nie poradzi. W drodze powrotnej będzie musiał się skupić na prowadzeniu samochodu.

– To zadanie dla policji – powiedziała. – Poza tym nie mamy samochodu. Chyba że Mosi naprawił land cruisera.

Daniel prychnął lekceważąco.

– Nie ufałbym temu pojazdowi. – Wskazał na starego land rovera stojącego po drugiej stronie podwórza.

Emma popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Mieliby jechać tym gratem?

– Najlepiej będzie zawiadomić policję – powtórzyła. – To ich rola.

Daniel podszedł do tylnych drzwi, sięgnął po plastikowy kanister i podstawił pod kran z wodą.

– Dojazd do miasta zajmie dwie godziny – rzekł podniesionym tonem, przekrzykując szum lejącej się wody. – Potem policja musi tu dojechać. Możemy zaoszczędzić ten czas.

– Ale skąd będziemy wiedzieli, gdzie szukać? – Emma natychmiast pożałowała swoich słów. Simon na jej miejscu w ogóle nie podjąłby dyskusji.

– Pojedziemy po śladach wielbłądów – odparł Daniel. – Wiem, skąd przyszły.

– Skąd wiesz?

– Dobrze znam ten rejon. Nasza praca polega też na zastawianiu pułapek na zwierzęta. Ndugu i ja przeszliśmy te okolice wzdłuż i wszerz. Byliśmy nawet tam, gdzie nie chodzą masajscy pasterze. Widziałaś kamyki, które wyjąłem ze stopy wielbłądzicy? Pochodzą tylko z jednego miejsca – wyjaśnił Daniel. – Z pustyni.

Wskazał za druciane ogrodzenie wyznaczające granicę podwórza. Emma popatrzyła w tamtym kierunku, na majaczącą w oddali purpurowo-niebieską górę w kształcie piramidy.

– Nie bój się – rzekł uspokajająco. – Nic ci się nie stanie.

Emma nie wiedziała, co zrobić. Rozważyła wszystkie powody, dla których powinna odmówić, jak i te przemawiające za tym, że powinna zaoferować pomoc. Popatrzyła na Daniela. Dopiero teraz zauważyła czerwone pasmo wełny przyklejone do podkoszulka i brudne smugi pozostawione przez kopytka. Przypomniała sobie, jak delikatnie i pewnie radził sobie z owieczką.

Spojrzała mu w oczy i wolno kiwnęła głową.

– Dobrze. To jedźmy.

Rozdział trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nota od autorki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Chciałabym przekazać wyrazy podziękowania wszystkim osobom z Penguin Australia – to był zaszczyt znowu z wami pracować. Ali Watts i Belindo Byrne, wasz wkład był zarówno bezcenny, jak i miły. Dziękuję wszystkim z wydawnictwa Curtis Brown Australia, zwłaszcza Fionie Inglis i Kate Cooper z Londynu. Jestem bardzo wdzięczna doktorowi Alanowi Championowi za pomoc przy zbieraniu materiałów z dziedziny medycyny, a także Clare, Elizabeth, Hilary i Robinowi Smithom oraz Kate Bendall za przeczytanie rękopisu i dobre rady. Wielkie dzięki składam moim towarzyszkom z safari, Elizabeth, Robinowi i Andrew „Fujo” Smithom i wspaniałej Vanessie Smith za to, że ta niesamowita podróż mogła dojść do skutku. Dziękuję również Jonny’emu i Linden Scholesom oraz Hamishowi Maxwellowi-Stewartowi za wasze krzepiące towarzystwo w czasie długiej podróży przez tę książkę i moim oddanym drogim przyjaciołom i krewnym, w tym – jak zawsze – Curry Girls. Przede wszystkim chcę podziękować Rogerowi Scholesowi, który podziela moją pasję do wątków tej opowieści i bez którego niestrudzonej pomocy i inspiracji Lwica nigdy by nie powstała.