Wydawca: Psychoskok Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2012

Luśka na Planecie Dziecko. Nieporadnik świadomego rodzica. ebook

Paulina Holtz

3 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Luśka na Planecie Dziecko. Nieporadnik świadomego rodzica. - Paulina Holtz

Zabawna historia Luśki, dla której ciąża i macierzyństwo początkowo jest „kosmiczną przygodą”. Niby trzydziestolatka, niby wykształcona, niby nie planuje ślubu z Krzyśkiem i chwilowo na pewno nie planuje bycia mamą, a jednak….

Natłok informacji, porady koleżanek i rodziny, przesądy, mity – wszystko to nie pomaga w kierowaniu się własną intuicją. Czy uda się Luśce i Krzyśkowi spokojnie wylądować na Planecie Dziecko bez strachu, frustracji i wzajemnych pretensji?

Książka w lekki sposób, na przykładzie Luśki i Krzyśka, pokazuje zmagania dzisiejszych trzydziestolatków w oczekiwaniu na dziecko. Razem z bohaterami przechodzimy przez okres ciąży, rozwiewamy mity dotyczące ciąży i porodu, karmienia piersią, seksu w ciąży, wybieramy wyprawkę i szukamy sposobów na bycie rodzicem. Bohaterowie urodzeni i wychowani w czasach PRL usiłują przystosować się do nowych trendów: długiego karmienia piersią, porodów naturalnych, noszenia w chuście, rozpoznawania rodzajów płaczu i wszystkiego tego, co we współczesnych poradnikach nazywane jest „umiejętnością”. Autorka poprzez ciekawe wywiady z ekspertami, z doświadczonymi rodzicami oraz ze znanymi osobami (m.in. z Beatą Tyszkiewicz, Sylwią Chutnik, Beatą Tadlą, Kariną Kunkiewicz, Moniką Mrozowską) pokazuje nam różne sposoby na bycie rodzicem. Uświadamia nas jak ważnym jest kierowanie się własnym instynktem, by samodzielne zdecydować, które z wielu rozwiązań proponowanych przez otoczenie, media czy poradniki zastosujemy.

NiePoradnik: Luśka na Planecie Dziecko w lekki sposób pokazuje, że rodzicielstwo może być przyjemnym połączeniem własnych oczekiwań z potrzebami dziecka. Bez Wielkiego Poświęcenia i frustracji !!!


Autorka - Paulina Holtz - w karcie szpitalnej z porodu swojej drugiej córeczki ma wpisane „trzydziestoletnia wieloródka”. Woli o sobie myśleć jako o ciekawej świata Mamie Poszukującej. Nie chodzi utartymi ścieżkami, ale chętnie korzysta z doświadczenia innych rodziców. Interesuje się nowinkami. Słucha siebie, swoich dzieci i czasem słucha się partnera. W wolnych od macierzyństwa chwilach występuje na deskach teatralnych oraz wciela się w rolę serialowej mamy – Agnieszki, w najdłuższym polskim tasiemcu Klan.

Luśka na Planecie Dziecko jest niePoradnikiem dla wszystkich tych, których przeraża „zimny chów” z czasów PRL, ale nie wyobrażają sobie karmienia dziecka piersią do 5-go roku życia. Dla poszukujących, odważnych rodziców, którzy ufają/chcą zaufać intuicji, znaleźli/chcą znaleźć własne rozwiązania i pomysły na rodzicielstwo.

Opinie o ebooku Luśka na Planecie Dziecko. Nieporadnik świadomego rodzica. - Paulina Holtz

Fragment ebooka Luśka na Planecie Dziecko. Nieporadnik świadomego rodzica. - Paulina Holtz

Paulina Holtz

Luśka na planecie Dziecko

czyli niePoradnik świadomego rodzica

Część I: W drodze

Psychoskok

Autor: Paulina Holtz

Wydawca: Mamuka Marlena Wieteska, www.mamuka.pl

Wydawca wersji elektronicznej: Wydawnictwo Psychoskok

Ilustracje: Daniel Kaliński

Fotografie: Wojciech Jakubas

Stylizacja: Lena Bersz

Redakcja: Agnieszka Darczewska-Duda

Projekt okładki, opracowanie graficzne: www.full-metal-jacket.pl

ISBN: 978-83-933996-9-7

Wydanie drugie, poprawione, 2011

© Copyright by Wydawnictwo Mamuka Marlena Wieteska. Warszawa, 2010

© Copyright by Wydawnictwo Psychoskok, 2012

Dziecko to jest mały człowiek, dlatego trzeba je traktować jak człowieka nie jak przedmiot czy zabawkę. Dziecko to jest także materiał, z którego ukształtuje się przyszły, wszechstronnie rozwinięty człowiek. Dlatego trzeba je pielęgnować i chować, żeby ten człowiek był zdrowy, dobrze i pięknie rozwinięty fizycznie, zdolny umysłowo, przygotowany do współżycia i współpracy z ludźmi.

dr med. Maria Skokowska-Rudolf, „Dbaj o dziecko”, Łódź, 1948

Prolog

Ja pitolę!! Nie wytrzymam! — Luśka zawzięcie pedałowała ścieżką rowerową pod górę i zastanawiała się, czy jak jest wściekła to traci więcej kalorii niż jak jest zadowolona?

— OK, może nigdy nie byłam przesadnie zgrabna, cierpliwa, wyrozumiała i zorganizowana, więc można sobie wyobrazić, jakim wyzwaniem było dla mnie pojawienie się na świecie dziecka... mojego, ups, przepraszam, NASZEGO z Krzyśkiem dziecka. No, ale kiedy czytam w gazetach, jak mniej lub bardziej znane mamy mówią, że dziecko niczego w ich życiu nie przewróciło do góry nogami, to już sama nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak??! Czy może z moim, przewracającym wszystko, nie tylko życie, dzieckiem? 

Góra stawała się coraz bardziej stroma, a Luśka zasapana. 

— A może panie z telewizji mają jakąś wiedzę tajemną, która pozwala im posiadać jedno, dwoje, a nawet piętnaścioro dzieci i nie wychodzić z domu w kapciach i z rozpiętym rozporkiem w poplamionych mlekiem jeansach męża! Bo w swoje się oczywiście jeszcze nie wciskam... 

— Ale się wcisnę! Już ja się tak wcisnę, że nie wiem! — wydyszała Luśka, otarła spocone czoło i jeszcze mocniej nacisnęła na pedały. 

— Jak to jest, do cholery, możliwe, że można chwilę po porodzie wyglądać jak... pani z telewizji??! Oczywiście, że pojechałam do szpitala z pomalowanymi paznokciami, ale kazali zmyć! Doklejone rzęsy przy skurczach partych prawie wszystkie mi odpadły. A byłam pewna, że jak będę zadbana i pachnąca, to wszystko przebiegnie tak, jak pokazują na filmach: kilka szybkich oddechów, jeden krótki i niezbyt rozdzierający krzyk, dwa skurcze parte i już! Uśmiecha się do szczęśliwego taty idealnie różowy, czyściutki, czteromiesięczny „noworodek” w koronkowej czapeczce! Luśce powoli zaczynało brakować tchu, a do końca wzniesienia było jeszcze ze dwieście metrów. Na szczycie stali żołnierze na warcie pod Belwederem i Luśka postanowiła, że nie da im tej satysfakcji i nie zsiądzie! Podjedzie pod tę nieszczęsną górę na tej miejskiej damce bez przerzutek, chociaż by miała wypluć płuca! Na wszelki wypadek jeszcze bardziej skupiła się na swoich rozmyślaniach, bo to jej zdecydowanie podnosiło adrenalinę.

— No i co z tego, że czytałam w książkach, że PORÓD NA PEWNO TAK NIE WYGLĄDA??! Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, chciałam w to wierzyć i już. Nigdy nie zapomnę tego nagłego skurczu żołądka, kiedy na matmie albo bioli w podstawówce pani kazała ni z tego ni z owego wyciągnąć karteczki... Noooo, i właśnie tak się poczułam, jak zobaczyłam te dwie kreski na zasikanym kawałku plastiku. Te dwie kreski przekreśliły, uh, moje, uh, plany, uuuuh!!!! 

Luśka z szerokim uśmiechem i głośnym stęknięciem pokonała ostatnie 4 metry i udając, że wcale się nie zmęczyła, z dumą minęła kibicujących jej milcząco, codziennie od tygodnia, wartowników. 

Kilkanaście miesięcy temu Luśka siedziała na brzegu wanny i próbowała ogarnąć to, co właśnie zobaczyła. A były to nie tylko dwie niewinne, różowe kreski. Zobaczyła, jak wali się w gruzy jej dotychczasowy świat. Przed oczami stanęły jej zgliszcza kancelarii, którą właśnie miała otworzyć. Jej piękne, nowe mieszkanko całe zawalone dziecięcymi akcesoriami, o nazwach kojarzących się z gabinetem tortur: laktatorami, bejbifonami i sterylizatorami. 

Kiedy minął pierwszy szok, a drugi, trzeci i kolejne jeszcze nie nadeszły, Luśka zaczęła szukać pozytywów. To jedno z tych zachowań, których nie wyniosła z domu, tylko nauczyła się na kursie „Z uśmiechem przez życie, czyli jak sobie radzić z porażkami”. Kurs zafundował jej szef, kiedy jeszcze była na stażu i natychmiast wzbudził tym jej wątpliwości co do dalszej kariery w jego firmie. Jak się później okazało — słusznie. Ale nabyte na kursie umiejętności pozostały. Wyciągnęła więc kartkę i różowym flamastrem na samej górze napisała:

PLUSY: 

hmmmm... 

hmmmmm... 

hmmmmmmm...

— Nooo na przykład… Rodzice… chyba powinni być zachwyceni… ostatnio ciągle robili „subtelne” aluzje w stylu: „Ooo, Lusi się trochę przytyło… A może to nie od jedzenia ciasteczek, cooo?” Ha, ha, ha!

Druga połowa kartki przeznaczona była na MINUSY i tam Luśka równolegle wpisała: „A kiedy ślub?” W rankingu najbardziej wkurzających pytań świata to zajmuje zaszczytne miejsce tuż po „Kiedy dziecko?”, ale przed „O, krostka ci się jakaś zrobiła?”, kiedy o niczym innym nie marzymy, tylko o ukryciu wielkiego pryszcza na środku czoła. Temat posiadania dziecka bez ślubu i wpływu tej sytuacji na jego zdrowe i szczęśliwe dzieciństwo doprowadzał ją zawsze do szewskiej pasji, mimo braku potomstwa. Nie mogła pojąć, jaki może być związek między miłością, wiernością i byciem szczęśliwą rodziną a krążkiem bardziej lub mniej szlachetnego metalu na palcu?! Ale kiedy oznajmi rodzicom radosną nowinę, mama oczywiście natychmiast zapyta, na kiedy ma rezerwować dom weselny „Dolina szczęścia” i, że to chyba szybko trzeba, żeby brzuch nie był widoczny. Wtedy Luśka efektownie rzuci słuchawką, co i tak nie rozłączy połączenia, chyba że komórka rozwali się na kawałki. Oddzwoni następnego dnia, tłumacząc, że rozładowała jej się bateria. Temat na chwilę zostanie odłożony do szuflady z etykietą NIE OTWIERAĆ. SUBSTANCJE WYBUCHOWE!!!

Luśka tydzień temu usłyszała jak jakaś dziewczyna, która zrzuciła 35 kilo w pół roku zapytana jak to zrobiła, odpowiedziała: „Zawzięłam się!” No to też się zawzięła, chociaż miała do zrzucenia tylko 6... no dobra 8, no może 10 kilo. Przestała jeść słodycze, dojadać kaszkę po MaLuśkiej, ustaliła stałe pory posiłków i wyciągnęła rower z piwnicy. Od tygodnia codziennie jeździła przez dwie godziny po mieście i okazało się, że rozprawia się w ten sposób nie tylko z komórkami tłuszczowymi, które ją obrosły, ale także z demonami przeszłości. A w obu przypadkach było z czym.

Rodzice, którzy do dziś mieszkali w tym samym mieszkaniu, w małym mieście na północy Polski, poczęli ją w maleńkim M3 w tzw. wielkiej płycie. A dokładnie na uroczym i funkcjonalnym półkotapczanie stojącym tuż obok stolikolampy ozdobionej paprotką.

Mama nauczycielka i tata inżynier znali się jeszcze z podstawówki i pobrali się jak tylko skończyli 18 lat. W ich życiu — pomyślała Lu podskakując na wertepach, gdyż wjechała do parku — w przeciwieństwie do mojego, panował porządek. Tuż po studiach postanowili mieć dziecko i zabrali się do roboty. Niedługo potem urodziła się Luśka i z trzyletnim odstępem, jej młodszy brat. Całe dzieciństwo mieszkał z nimi też pies, czyli paskudna ale ukochana suka Kundzia (imię bynajmniej nie od Kunegundy tylko dla upamiętnienia jej wielorasowych przodków). 

Luśka usłyszała niedzielne bicie dzwonów w pobliskim kościele i przypomniała sobie cotygodniowe wyprawy do kościoła i rodzinne obiady przy włączonym czarno-białym telewizorze Grundig. Tematy: nowy mąż ciotki Halinki (przystojny, ale leń i pijak), stare futro sąsiadki spod czwórki (no, przynajmniej do kościoła, mogłaby sobie coś nowego kupić) oraz rozwiązłość córki brata szwagra mamy (już trzy lata jest z tym chłopakiem, a ślubu nie planują!). Zawsze zjadała pierwsza i uciekali z Młodszym do wspólnego dziecięcego pokoju.

— Swoją drogą — Luśka zatrzymała się obok ławki — to mieszkanie z bratem w jednym pokoju do osiemnastki to była gehenna! Chłopaka nie można zaprosić, wieczny bałagan, śmierdzące skarpety i Sabrina na plakacie. Koszmar!!! — schodząc z roweru Luśka obiecała sobie i MaLuśkiej, że jeżeli kiedykolwiek zajdzie w drugą ciążę, to na głowie stanie, żeby dzieci miały szansę na oddzielne pokoje. 

Wyciągnęła butelkę z wodą i wypiła około litra na raz. Upał był nie do zniesienia, a przejechała już naprawdę kawał drogi. Powoli musi zacząć wracać, bo zbliża się pora obiadowa MaLuśkiej. Według położnych, podręczników i doświadczonych koleżanek karmienie piersią miało mieć znaczący wpływ na zrzucanie zbędnych kilogramów, ale w przypadku Luśki ta teoria... pozostawała teorią. 

W parku było cicho i spokojnie. Gdzieniegdzie jakieś mamy czy nianie z wózkami. Kilku ojców. Kilkoro staruszków. Jakieś psy. Cienie zakochanych przemykające między drzewami... I żurek? Tak, zapach żurku z kiełbasą dobiegał z pobliskiej knajpki. Lu zamknęła oczy i przypomniały jej się pyszne obiady z dzieciństwa, ale raczej jedzone w ciszy. Ewentualnie dialog: 

— Jak tam w szkole?

— Dobrze.

— Aha. 

Potem ojciec na fotel, mama do kuchni. Dzieci do lekcji i na podwórko. Wieczorem kolacja, czarno-białe smerfy i spać. A rano... uh! Przedszkole — koszmar leżakowania, opadające rajstopy, zupa mleczna z kożuchem i cudowna pani Irenka, która jak przytulała do swojego obfitego biustu, to wszystkie smutki uciekały. 

Później podstawówka — fartuszki z materiału jak na zasłonki PKP, znienawidzone buty juniorki i nakaz ubierania się na szaroburonijako. Kiedyś koleżanka z 6b zbuntowała klasę i wszyscy przyszli ubrani na czerwono. No prawie wszyscy. I wtedy Luśka zdała sobie sprawę, że gdyby bunt był w jej klasie, byłaby w szarej mniejszości łamistrajków. Jednocześnie bardzo zazdrościła tej buntowniczce. Przebojowości i pewności siebie. I wsparcia rodziców, którzy zaciekle walczyli o to, żeby nie wywalono jej ze szkoły. I wygrali. 

Teraz, po dwudziestu latach od tamtego wydarzenia, była już inną osobą. Teraz przyszłaby ubrana na czerwono łącznie z gaciami i stanikiem! Słońce przebijało się przez korony drzew i lekko łaskotało Luśkowy piegowaty nos. Podstawówka to także, a może przede wszystkim, pierwsze miłości i dyskoteki. Pierwszy łyk piwa i pierwszy prawdziwy pocałunek w szatni między workami na kapcie. To także czas marzeń o jak najszybszym wyjściu za mąż i urodzeniu dziecka. Luśka omal nie spadła z ławki i nerwowo rozejrzała się wokół.

— Zaraz, zaraz, mam nadzieję, że nie powiedziałam tego głośno!? A nawet gdyby, to kto mnie słucha. Chyba tylko ta ruda wiewióra. To ci jeszcze powiem, wiewióro, że bardzo szybko zaczęłam myśleć o ucieczce do większego miasta, studiowaniu i robieniu kariery. I wyobraź sobie, że egzamin na prawo zdałam bez większych trudności. Głównie dlatego, że rodzicom moje wykształcenie zawsze najbardziej leżało na sercu. Szkoda, że udało im się przy tym zaniedbać rozwój mojej inteligencji emocjonalnej.

Ruda wiewióra chyba się wciągnęła w opowieść Luśki, bo przycupnęła obok jej nogi i kręciła łebkiem.

— Nie mam do nich o to żalu. W tamtych czasach hasło „inteligencja emocjonalna” nic nikomu nie mówiło, wiesz? Za to walka o byt była naszą szarą, tak szarą nie rudą, codziennością. Chyba nigdy nie zapomnę lania, które dostałam za to, że z cudem zdobytych przez mamę rajstopek zrobiłam za pomocą nożyczek, sznurka, waty i guzików dwie wspaniałe żółte gąsienice. Nie docenili mojej inwencji twórczej. Mama wywaliła je do śmieci, a po solidnym klapsie od taty tyłek szczypał mnie przez pół nocy. A wiesz, co wtedy zauważyłam? Że istnieją zasadnicze różnice w wychowaniu dziewczynek i chłopców. Naprawdę! Jak mi Młodszy rozwalił kołyskę dla lalek i zrobił z niej coś na kształt dużego fiata (doczepiając cztery nakrętki od słoików po dżemie truskawkowym), rodzice byli zachwyceni jego pomysłowością i zmysłem technicznym. 

— Po prostu geniusz!!

— Po tatusiu na pewno!!! 

Nie wymagano od niego również pomagania staruszkom, robienia sobie i innym kanapek, ścielenia łóżka ani mycia okien przed świętami. Nawet nóg nie musiał myć codziennie. Mógł w domu nie robić nic, ale jedna zasada była nie do ruszenia. Chłopaki nie płaczą! Mazgajenie się było najcięższym przewinieniem, co zaowocowało w krótkim czasie tym, że sfrustrowany Młodszy kopał w drzwi, rozwalał zabawki, trzaskał drzwiami i znikał na długie godziny z domu. Ale nie płakał. Nigdy. 

Ruda wiewióra nie doczekała się orzecha, mimo że słuchała tej nudnej historii starając się mieć współczującą minę. Obrażona wlazła na sam szczyt drzewa, a Luśka z głową pełną wspomnień i pęcherzem pełnym... też, postanowiła poszukać toalety. 

— W sumie nic dziwnego, że mam teraz z Młodszym dość ograniczony kontakt — pomyślała. Za to ja, po kolejnym kursie, który tym razem zafundowałam sobie sama („S – jak smutny, W – jak wesoły, czyli uczymy się nazywać emocje”) zaczęłam postrzegać moje, szczęśliwe, jak mi się w sumie wydawało, dzieciństwo w zupełnie innym świetle. Dowiedziałam się na przykład, że dorastałam w „kulturze separacji”. — Co to właściwie znaczy, do ciężkiej Anielki!??

Toaleta w knajpce była zamknięta z powodu remontu, więc Lu pomaszerowała w stronę kawiarni.

— Przecież i mama i tata mnie przytulali. Nawet Młodszy mnie od czasu do czasu obejmował, chociaż głównie jak coś chciał albo po tym, jak mi wcześniej przywalił. No dobra, chodziłam, a właściwie wozili mnie do żłobka od szóstego miesiąca życia, a jak byłam ciut starsza siedziałam w przedszkolu od 7.30 do 18.00. Ale, żeby od razu nazywać to separacją??? Chociaż, może rzeczywiście moje niemowlęce potrzeby były delikatnie mówiąc, ignorowane. Karmienie co trzy godziny, z zegarkiem w ręku i choćbym nie wiem jak się z głodu darła. Luśka poczuła, że mleko zalewa jej mózg i biustonosz.

— Ciekawe, czy MaLuśka się już obudziła? Krzysiek nie dzwoni to pewnie wszystko OK, znajdę tylko toaletę i lecę z powrotem, bo jeszcze ze 20 minut będę do domu pedałować. Ciekawe, jak długo uda mi się karmić. Mnie mama odstawiła po trzech miesiącach i nastąpiło programowe przejście na tzw. „mieszankę” podawaną w szklanej butelce ze smoczkiem, gotowanej wcześniej godzinami w wielkim garnku.

— Pamiętam też, jak Młodszy wył w nocy, a ojciec kategorycznie zabronił mamie brania go do łóżka albo noszenia na rękach, „bo się przyzwyczai i do osiemnastki się go z naszego łóżka nie pozbędziemy...” — Swoją drogą muszę go przy okazji zapytać, czy zna wielu osiemnastoletnich chłopców, którzy z własnej woli śpią wyłącznie z rodzicami? — Luśka maszerowała szybciej, bo siku chciało się jej coraz bardziej, a kawiarnia chyba wyleciała w powietrze, bo tam, gdzie według Luśki powinna być, stały tylko huśtawki. — Dobra, wracam do domu — zdecydowała Lu, rozważywszy uprzednio opcje nasikania pod krzaczkiem, za płotkiem, do jeziorka i do fontanny. Może po drodze znajdę jakąś otwartą restaurację z toaletą.

Niechętnie wsiadła na rower i ruszyła przez park obserwowana przez obrażoną rudą wiewiórę. Po kilkuset metrach w coraz większej panice rozglądała się za toaletą. Żeby się trochę uspokoić, zaczęła myśleć o czymś przyjemnym. Najpierw pomyślała o MaLuśkiej, ale tylko zdenerwowała się jeszcze bardziej, bo robiło się naprawdę cienko z czasem. A mleko nieustannie się produkowało... Wróciła do wspomnień z dzieciństwa. 

...Sad za domem niesamowicie pachniał kwaśno-słodkimi papierówkami. Delicje były przepyszne, zupełnie inne niż teraz. Smaku cukierków z plastikowego, niebieskiego budzika nie pamiętam, ale oranżadki w proszku, jedzone na sucho łaskotały podniebienie. Chłopaki na motorynkach pachnieli słońcem i olejem napędowym. Zimy były prawdziwe, śnieżne, a lata upalne i doprawione sokiem z saturatora. Nie pamiętam pustych półek w mięsnym. Dziwne. Ale nigdy nie zapomnę wystawy jedynego Peweksu w naszym miasteczku. Pierwszą i ostatnią lalkę Barbie dostałam jak miałam 10 lat i właściwie nigdy się nią nie bawiłam. Kilka wakacyjnych tygodni spędzaliśmy u dziadków mieszkających na wsi, pławiąc się w bezwarunkowej miłości, wolności i beztrosce. Pierzyny obleczone w wykrochmalone, ręcznie haftowane powłoczki były przyjemnie chłodne. Dziadkowie, mimo obowiązków na gospodarstwie, poświęcali nam tyle uwagi, że starczało i na wspólne posiłki, i grę w chińczyka, i nocne zwierzenia o pierwszych miłościach. A przede wszystkim nie brakowało go nigdy na wysłuchanie, pogłaskanie, przytulenie i wspólne milczenie od czasu do czasu.

— Mam naprawdę mnóstwo pięknych wspomnień z dzieciństwa! Chociaż kurs asertywności i kilka innych musiałam zrobić, żeby się nie dać zadeptać w dorosłym życiu. — Lu uśmiechnęła się do swoich myśli i w tej samej chwili usłyszała huk. Jej rower gwałtownie skręcił, a Lu upadła na trawę. — Co jest?? — Luśka otrzepała się, uspokoiła gapiów, że nic się nie stało i spojrzała na rower. — Nie! Nie wierzę! — Krzyknęła na widok pękniętej opony. — No, JA PITOLĘ, taka gruba to chyba nie jestem! — Rozejrzała się wokół. Stała na środku jakiegoś osiedla, trzymając zepsuty rower i roztapiając się w upalnym słońcu. Do domu miała pięć kilometrów, a w pęcherzu litr wody. Zadzwonił telefon. Luśka odebrała i usłyszała płacz MaLuśkiej i niby spokojne pytanie Krzyśka:

— GDZIE JESTEŚ, KOCHANIE?

Na to pytanie przyszła Luśce do głowy tylko jedna odpowiedź: 

— Gdzie? W d%@*$! 

Ale nie odważyła się powiedzieć tego głośno.

Beata Tadla

Mama, żona, dziennikarka, autorka książki „Pokolenie '89”.

Dorota Szymborska  Filozofka, socjolożka, instruktorka wychowania, uwielbia dobre wino, jak zwykle czeka na wakacje.

Dawno temu w innym systemie

Paulina Holtz: Czy komunizm miał jakiś wpływ na to, jakie mamy obecnie podejście do ciąży, porodu, wychowania?

Dota Szymborska: Chciałabym porównać naszą obecną sytuację z tym, co działo się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Wielkiej Brytanii. Tam było to samo, co u nas — zmedykalizowany poród, ciąża od linijki mierzona w każdym trymestrze i, jak w tabelce było coś nie tak, to były zawsze na to jakieś proszki. I wtedy się pojawiła pani Balaskas z ideą, że skoro przez wieki udawało się urodzić bez nacinania krocza, bez znieczuleń i kroplówek, to można do tego wrócić. Teraz Wielka Brytania, jeżeli chodzi o nieużywanie leków dodatkowych przy porodzie, jest tam, gdzie była przed II wojną światową, a my dopiero teraz dostrzegamy, że współczesne Polki, tak jak ich babki i prababki są zdrowymi kobietami, które przy mądrym wsparciu lekarzy mogą spełnić się w macierzyństwie. 

Beata Tadla: Trzeba sobie też uzmysłowić, jak bardzo byliśmy odlegli od wszystkich krajów Zachodu, które po wojnie poszły zupełnie inną drogą niż my. Lata komunizmu zablokowały nas socjologicznie, kulturowo, edukacyjnie, politycznie, to była totalna izolacja. My dzisiaj sobie nie zdajemy sprawy z tego, że komuna tworząc urawniłowkę, czyli równając nas wszystkich i tworząc jednakowych ludzi, klony, nie pozwalała wyrosnąć elitom. Oczywiście, trzeba byłoby sięgnąć jeszcze głębiej, do Katynia i do II wojny światowej, czyli do czasów, kiedy elity zostały wyrżnięte w pień, a w czasach komuny nie miały możliwości rodzić się nowe. Człowiek wyedukowany, mądry, był postrzegany jako niebezpieczny, bo im więcej wiedział, tym bardziej mógł zaszkodzić władzy. Filmy, które do nas docierały z Zachodu, to nie były epokowe dzieła. To były filmy o życiu nastolatków, które tak bardzo różniło się od naszego życia. Oni mieli kolory, zapachy, samochody, a my mogliśmy tylko pomarzyć o tym, że może kiedyś dostaniemy w spadku po dziadku syrenkę. Więc Polki w takiej totalnej izolacji chyba nie myślały o tym, że ciąża może być jakimś wielkim zagadnieniem, że wokół niej mógłby urosnąć cały przemysł. Fotelików nie było, na tylnym siedzeniu w samochodzie było po prostu wesoło, a nie niebezpiecznie. I nagle, gdy w 1989 r. nastąpił przełom, kiedy wreszcie zaczęliśmy wyjeżdżać, kiedy Europa stała się dla nas otwarta, kiedy padł Mur Berliński, kiedy mogliśmy poczuć ten zapach Zachodu, to się po prostu zachłysnęliśmy. DS: Ale z drugiej strony, to nasze zacofanie miało swoje pozytywy! Porównajmy sytuację Polski do naszych ulubionych Stanów. Zobaczcie jak popularne są tam cesarki. Jest tak tylko dlatego, że jest to po prostu zyskowny interes. Dla zysku szpitalnego, zupełnie zdrowe porody, które świetnie by przebiegły w sposób fizjologiczny, są kończone cesarskim cięciem! W Polsce, statystyki też są zastanawiające: im większe miasto, tym większy procent wykonywanych cesarek. Statystyki pokazują, że kobiety ze wsi wolą pojechać do miasta na cesarskie cięcie niż urodzić naturalnie.

PH: Czy to prawda, że w Anglii koszty porodów domowych są refundowane? Że suma, jaką szpital wydałby na poród, zwracana jest rodzicom?

DS: Nie zyskujesz materialnie rodząc w domu, ale nie dopłacasz do tego. Zresztą tam bardziej popularne od rodzenia w domu jest to, co u nas skończyło swój żywot, czyli domy narodzin. To jest takie rozwiązanie pośrednie, jest ci dobrze, przyjemnie, prawie jak w domu, a jednocześnie zaplecze medyczne jest tu lepsze niż nożyczki w kuchni.

PH: Na ile to, jakimi jesteśmy rodzicami, myślę tu o pokoleniu plus minus 30-latków, jest związane z systemem, w jakim funkcjonowali nasi rodzice?

BT: My musimy przede wszystkim pamiętać, że pokolenie naszych rodziców, to jest pokolenie ludzi straconych, to jest pokolenie ludzi, którzy dziś w bardzo niewielkim stopniu są produktywni dla kraju. Oczywiście są wyjątki, ja nie uogólniam. My dzisiaj możemy pomyśleć o edukacji na Zachodzie, gdziekolwiek chcemy możemy po prostu wyjechać, oni tej możliwości byli pozbawieni. Tę izolację można definiować w najprzeróżniejszy sposób. Fakt jest taki, że nasi rodzice, poza wyjątkami, nie potrafią poruszać się na Zachodzie, nie znają języków. To pokolenie, które zwracało uwagę na zupełnie inne rzeczy: na „wystanie” mięsa, wędlin, żeby była polędwica na święta. W kolejce społecznej czekało się na pralkę czy lodówkę. Kilka dni! 

Dzisiaj nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że tych podstawowych rzeczy mogło nie być! Nasi rodzice żyją w utartych schematach, niestety, tymi sztampami bardzo często się posługują. Mam to szczęście, absolutnie niewiarygodne szczęście, że nigdy ani moja mama, ani moja teściowa nie wtrącały się w wychowywanie mojego dziecka, ale od babci na przykład usłyszałam, że dziecko nie może mieć długich skarpetek, bo dostanie żylaków. Albo że ma zimne rączki, to na pewno będzie chore. Całe mnóstwo jakichś przedziwnych mitów, o których ja zielonego pojęcia nie miałam.

PH: To są chyba mity sprzed wojny?

BT: Chyba tak.

DS: A czy miałaś czerwoną wstążeczkę przy wózku?

PH: Ja miałam obowiązkowo!

BT: W mojej rodzinie też czerwone serduszka przyklejają wszędzie, nawet na sprzęty AGD. Ale ja zostałam wychowana zupełnie inaczej, nikt nigdy się nade mną nie trząsł. Byłam normalnym, młodym człowiekiem, oblanym miłością, równorzędnie traktowanym. I ja powielam te wartości. Moja mama nigdy nie korzystała z takich zewnętrznych pomocy, jak na przykład poradniki.

DS: Poradniki to są dopiero lata pięćdziesiąte. Wcześniej nie było potrzeby, można było porozmawiać.

BT: To, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu lat, jest tak czy inaczej ogromnym sukcesem. Mając za sobą dzieciństwo w PRL-u dzisiaj inaczej traktujemy świat. My widziałyśmy, jak on się zmieniał. Dzieciaki, które są zaledwie dziesięć lat od nas młodsze, zastały taki, jak wygląda on teraz. Wszystkie w swoim dorosłym życiu już miały telefony komórkowe i telefony w domach. Nie będę oceniać, czy moje pokolenie jest lepsze czy gorsze, jest po prostu inne. Chociaż mnie się wydaje, że jest wyjątkowe. My w 89 roku wchodziliśmy w dorosłość, musieliśmy zacząć podejmować decyzje dotyczące naszych wyborów życiowych i to wszystko szło równolegle ze zmianami historycznymi i społecznymi w naszym kraju. Trafiliśmy w tak niesamowity punkt historii, który się nigdy nie powtórzy. Nigdy żadne pokolenie — ludzi dzisiaj ok. czterdziestoletnich — nie będzie miało okazji skorzystać z tego, że się zmieniła historia, zmienił się kraj, ustrój i wszystko co za tym idzie. Poradniki? Uważam, że niektóre kobiety mają w sobie coś takiego, że ulegają wszystkim nowościom. Pojawi się nowa reklama, więc muszą mieć reklamowany produkt, ktoś sobie coś kupił, to i ja muszę to za wszelką cenę posiadać. Koleżanka zachwala, więc wyrzuca się w kąt coś, co do tej pory się sprawdzało, i kupuje nowe.

DS: To też wynika z tego, że nie mamy wsparcia rodzinnego. Nasza mama nie miała np. elektronicznej niani…

PH: ...I nie umie nam podpowiedzieć, co jest naprawdę przydatne, a co nie.

BT: Mamy mało tych doświadczeń wyniesionych z domu. Jakie to jest ogromnie ważne, żeby wychować młodego człowieka, który potem będzie rodzicem, czy też nie będzie, bo tak sobie wybierze, ale będzie takim człowiekiem, który nie pozwoli, żeby nim manipulowano. Trzeba wyposażyć go w taką mądrość, że kiedy ogląda telewizję, czyta gazetę czy siedzi przed internetem, to mimo iż są różne racje, wyciąga własne wnioski. Ponieważ oboje z mężem jesteśmy dziennikarzami, w naszym domu zawsze były włączone telewizory — głównie nastawione na kanały informacyjne. Nigdy nie ukrywałam przed dzieckiem, nawet małym, obrazów ze świata. Wydawało mi się, że na podstawie tego, co się dzieje, będę mu mogła wytłumaczyć co jest dobre, a co złe. Nie zostawiam go też nigdy bez odpowiedzi na pytania, które pojawiają się w tej małej głowie. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli wyposażyć nasze dzieciaki w taką mądrość, żeby potem tworzyły pokolenia jeszcze mądrzejszych od siebie ludzi. DS: U nas jest odwrotnie: nie mamy telewizora w ogóle. Kiedyś mój syn oglądał telewizję u dziadków i zobaczył reklamę płatków śniadaniowych. Powiedział, że też chciałby takie dostać. Kupiliśmy mu więc te płatki, a on otworzył pudełko i mówi, że nie ma zabawki! Reklamy kłamią! Zachwyt telewizją minął! Często obserwuję, jednak, że mamy dają się sterować reklamom. Taka mama kupuje cztery różne wózki, ponieważ wydaje się jej, że jeśli będzie w tych wszystkich czterech wózkach, w zależności od etapu rozwoju dziecka, je wozić, to będzie bardziej kochającą i dobrą matką.

BT: To na pewno są dobre intencje.

DS: Kochanie przez kupowanie. Zamiast wymyślić historyjkę na dobranoc zdecydowanie łatwiej jest kupić super odtwarzacz DVD.

PH: Ostatnio obejrzałam kawałek „Wilka i zająca” i gdy zobaczyłam, jak wilk z flachą i z petem w zębach idzie do tego zająca, niemalże w jednym celu, z kwiatami, po czym odbija tę flachę łokciem… to zrobiło mi się słabo. A przecież pamiętam tę bajkę z dzieciństwa. Myślę też, że zapominamy o tym, co było ogromną wartością naszego dzieciństwa, czyli właśnie: słowo, książki, podwórko. A teraz w Stanach pewna pani została uznana za najgorszą mamę w Ameryce, ponieważ jej dziewięcioletnie dziecko przejechało samo dwie stacje metrem.

BT: Podwórka to były najwspanialsze miejsca, jakie można sobie wyobrazić. Jako dziecko mieszkałam w dzielnicy potwornie biednej, w strasznych warunkach. Nie było ani centralnego, ani ciepłej wody, toaleta dwa piętra niżej, jakiś piec, grzyb na ścianie, masakra! Ale my, na tym naszym podwórku byliśmy szczęśliwi, bo tam był bunkier, był ogród z pięknym drzewem, na którym można było huśtawkę powiesić. Była łąka, piwnice i strychy, gdzie można było się chować i znajdować ciągle jakieś wspaniałe przedmioty. Poza tym na tych podwórkach tworzyła się pierwsza hierarchia społeczna. Wiadomo było, że ten jest biedny, a ten bogatszy, ten jest głupi, ten jest mądry, a tamten z rozbitej rodziny. Ten jest z rodziny profesorskiej, kto inny z robotniczej albo pijackiej. To była miniatura realnego życia. Dzisiaj jesteśmy zamknięci w domu ze szlabanem i ochroną, a mimo wszystko boimy się wysłać dziecko na podwórko. Ale w tamtych czasach mieliśmy państwo milicyjne, które dawało naszym rodzicom złudne poczucie bezpieczeństwa. Poza tym nie było szybkiej komunikacji, nie docierały do nas doniesienia o kolejnych pedofilach, bo nie było telewizji informacyjnych.

Taka refleksja i dygresja... powódź z 1997 roku i powódź w 2010. W 1997 roku nie było kanałów informacyjnych, a powódź była dużo gorsza w skutkach niż ta druga! Ale teraz mamy helikopter, który pokaże ogrom zniszczeń, telewizja będzie epatować non stop tymi obrazkami, więc nabieramy przekonania, że właśnie powódź A.D. 2010 to najstraszniejszy żywioł, jaki kiedykolwiek dotknął nasz kraj.

DS: Teraz podwórka są puste albo jest piaskownica, wokół której czatują niczym kruki matki i opiekunki. Gotowe dziobać i skrzeczeć, jeżeli tylko coś nie idzie po ich myśli.

BT: Podwórka przeniosły się do pokojów z komputerem, telewizorem. Myślę, że to, co było normą w naszym dzieciństwie, już nigdy się nie powtórzy. Musimy dostosować się do tych procesów. Musimy raczej nauczyć nasze dzieciaki, że internet i telewizja są narzędziami do zdobywania wiedzy. Że telefony, gry itd. to są tylko pomoce w ich rozwoju...

PH: Ale my, dorośli, także musimy nauczyć się nie korzystać bezrefleksyjnie z każdej przeczytanej czy usłyszanej rady i opinii, tylko wybierać własną drogę.

BT: W tym naturalnym pędzie do zdobywania rzeczy materialnych, do regulowania sobie przestrzeni życiowej, nie wolno nam zapominać o tym, że możemy zgubić pewien etap w życiu naszych dzieci, który potem będzie już nie do nadrobienia. Dopóki mamy wpływ na takiego kilkulatka, to musimy zrobić absolutnie wszystko, żeby on jak najwięcej z nas zapamiętał, bo potem przejmie naszą rolę grupa rówieśnicza. Fajnie by było, żebyśmy nigdy nie przestawali być autorytetami dla naszych dzieci. I żeby one nigdy nie straciły do nas szacunku. Ten szacunek trzeba budować od pierwszego dnia życia dziecka. Mnie nigdy do głowy nie przyszło, żeby ukraść coś albo zrobić komuś krzywdę, bo chyba spaliłabym się ze wstydu przed własnym ojcem. Nie dlatego, że on by mi wlał, nigdy nie bałam się pasa czy lania. Wstydziłabym się, że okazuję rodzicom brak respektu. Gdy kazali mi wracać do domu o dziewiątej wieczorem, to byłam za dwie dziewiąta, żeby nie robić im przykrości. Mama i tata dawali mi bardzo dużo miłości i traktowali jak partnera, więc dlaczego ja miałabym im robić coś wbrew? Tak też chcę wychować swoje dziecko. Już widzę u niego pewną wrażliwość, że zwraca uwagę na niegodne i nieuczciwe zachowania. To mnie cieszy.

PH: Na koniec chciałabym wrócić do okresu ciąży, bo to też jest bardzo specyficzny moment, kiedy zmienia się sposób komunikacji z naszą mamą. Doświadczamy czegoś, czego ona także doświadczyła. Często nasza relacja z rodzicami zmienia się wtedy o 180 stopni.

DS: Reakcja moich rodziców na moją ciążę była taka, jakby dopiero zorientowali się, że ich córka już nie jest dziewczynką i nagle z córki — dziecka stała się dorosłą córką. To, że miałam pracę, to że się wyprowadziłam z domu, to wszystko były jakieś takie pośrednie etapy, ale dopiero ten rosnący brzuch był oznaką tego, że rzeczywiście jestem dorosłą osobą. Wiem też, że w przypadku wielu moich koleżanek to był moment zawiązania się od nowa przyjaźni i nowej relacji z mamą. Często mamy opowiadały im o swoich porodach i to były traumatyczne opowieści. Wydaje mi się, że my, które rodziłyśmy kilka lat temu, jesteśmy już w stanie opowiedzieć swoim córkom czy chłopcom, jeżeli będą chcieli słuchać, jak to wyglądało, bez jakiejś traumy, że na przykład tata był z nami przy porodzie. Możemy pokazać dziecku pierwsze zdjęcie zrobione kilka minut po porodzie. Ja na moim pierwszym, czarno-białym zdjęciu mam miesiąc.

PH: A nasi rodzice na swych pierwszych zdjęciach mieli po trzy lata...