Lukrecja w ciele Krzyśka - Lukrecja Kowalska - ebook
Opis

Jak odkryć i zrozumieć siebie? Wielu z nas zadaje sobie pytanie, kim jestem. W przypadku osoby trans pytanie to nabiera szczególnego znaczenia. Właśnie o tym, jak trudny, ale jednocześnie pełen niezwykłych przeżyć, jest to proces, próbuję opowiedzieć przedstawiając swoją drogę do bycia sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lukrecja Kowalska

Lukrecja w ciele Krzyśka

odkryć i zrozumieć siebie

© Lukrecja Kowalska, 2017

Jak odkryć i zrozumieć siebie?

Wielu z nas zadaje sobie pytanie, kim jestem. W przypadku osoby trans pytanie to nabiera szczególnego znaczenia.

Właśnie o tym, jak trudny, ale jednocześnie pełen niezwykłych przeżyć, jest to proces, próbuję opowiedzieć przedstawiając swoją drogę do bycia sobą.

ISBN 978-83-65543-74-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Bycie kobietą to nie tylko założenie szpilek, spódniczki, peruki, zrobienia makijażu i brylowanie w towarzystwie.

Bycie kobietą to codzienna walka z przeciwnościami.

Ale i wiele radosnych chwil, które powoli stają się i moim udziałem.

Książkę tę dedykuję mamie, siostrze i synowi.

(imiona bliskich mi osób oraz członków

rodziny zostały zmienione)

Wstęp

Urodziłam się 47 lat temu w dwudziestotysięcznym mieście na północy Wielkopolski. W akcie urodzenia i na chrzcie rodzice nadali mi imię Krzysztof. Bo dla nich wyglądałam jak chłopiec.

Ale to nie było tak. Tego dnia tak naprawdę przyszła na świat transpłciowa dziewczynka.

Czy mam pretensje o to, że zostałam uznana za kogoś innego i fakt ten wytyczył kierunek mojego życia na najbliższe 42 lata? Nie, bo moi rodzice nie zrobili tego specjalnie. Bo skąd mieli o tym wiedzieć.

Przez te 42 lata próbowałam żyć zgodnie z wzorcem, jakie przypisało mi wychowanie i społeczeństwo. Cały czas dostawałam jednak sygnały, że coś jest nie tak. Ja jednak ich nie rozumiałam.

Aż do listopada 2011 roku.

Wtedy zobaczyłam w lustrze kogoś tak innego od tego, co widziałam dotychczas, że wreszcie otworzyła się klepka w moim mózgu, która bezskutecznie próbowała to zrobić od wczesnych lat dzieciństwa. Następne cztery lata to był najbardziej niezwykły okres w moim życiu. Teraz mam 47 lat i wreszcie jestem sobą.

Jakiś czas temu jedna z moich przyjaciółek powiedziała, oglądając moje zdjęcia sprzed wielu, wielu lat, że wyglądam na nich jak Lukrecja przebrana za chłopaka.

Ona tym jednym zdaniem podsumowała 42 lata mojego życia. I zrobiła to bardzo celnie. Sama lepiej bym tego nie ujęła.

Część pierwsza: Krzysiu, Krzysiek, Krzysztof

zanim zrozumiałam

Dzieciństwo Krzysia

Rozkoszny bobas

Moja transpłciowość była ukryta bardzo głęboko. Wiem, że są osoby, które od początku wiedzą, że są kimś innym. Ze mną było inaczej.

Większość wspomnień, jakie mam w odniesieniu do wczesnego dzieciństwa, pojawia się, gdy oglądam album ze zdjęciami. Byłam małym, rozkosznym bobasem i w tamtych pierwszych latach na pewno bardzo szczęśliwym. Kochana przez rodziców. Rozpieszczana. Jedynaczka. Oczko w głowie. Pierwsza wnuczka moich dziadków. I nie miałam problemu ze swoją tożsamością. Bo wtedy byłam sobą. Bawiłam się, jadłam, jeździłam w wózku na spacery. Zapewne wiele miałam z tym frajdy, jak na sankach tata ciągnął mnie po śniegu. Lub jak mama wiozła mnie w wózku na dużych kołach (wtedy takie były modne). Oglądając te zdjęcia, nie ma na nich płci. Mogę być zarówno dziewczynką, jak i chłopcem. Podobam się sobie na tych zdjęciach. Nie ma na nich nic, co by mi nie pasowało, bo nawet nago jestem po prostu małym bobasem. Nie ma dla mnie znaczenia, że coś tam dynda między nogami.

Pierwsze zgrzyty pojawiły się w wieku 3 lat, gdy poszłam do żłobka.

Skąd wiem?

Także dzięki zdjęciom.

Jest ich parę i na każdym płaczę jako jedyne dziecko w grupie. A są to zdjęcia zbiorowe, pozowane. Dlaczego byłam taką beksą? Nie pamiętam. Mogę tylko wysnuć wnioski na podstawie późniejszych wydarzeń. W całym swoim nastoletnim i dorosłym życiu byłam bardzo wrażliwa. Łzy pojawiały się na zawołanie, a jeszcze częściej, wbrew woli. Pamiętam, jak pod koniec mego małżeństwa, próbowałam na siłę wstrzymywać łzy. I nie dawałam rady, to było silniejsze ode mnie. Dopiero teraz jestem w stanie nad tym zapanować. Nawet, jak wskutek bardzo emocjonalnych i bolesnych rozmów o moim życiu, łzy zaczynają się kręcić pod powiekami, jestem w stanie nad nimi zapanować. I wiem, czemu wcześniej nie potrafiłam, bo nie byłam w stanie odpowiedzieć na oczekiwania względem mnie. Im bardziej wymuszano na mnie, bym zachowywała się tak, jak powinien zachowywać się chłopak, a potem facet i ojciec, tym mocniej reagowałam odwrotnie do oczekiwań. Próbowałam, i to jak bardzo. Chciałam nie ryczeć przy byle okazji, chciałam być męska, ale nie potrafiłam…

Przez pierwsze trzy lata swego życia byłam radosnym, pogodnym dzieckiem. Na zdjęciach ciągle się śmieję. Mam wielkie, ciekawe świata oczy i zero trosk. I nagle pierwsze zdjęcie ze żłobka. Płaczę. Dłoń rozmazuje łzy na poliku. Dlaczego. Co takiego się stało. Nie twierdzę, że już wtedy nie potrafiłam się dostosować, ale coś było przyczyną moich reakcji. Coś je wywoływało. Sama wychowywałam syna. On co prawda do żłobka nie chodził, dopiero do przedszkola, ale był zupełnie moim przeciwieństwem. Jak już ktoś płakał, to inne dziecko z jego powodu, bo potrafił rozrabiać. Mogę tylko przypuszczać, że w jakiś sposób odstawałam od reszty dzieci, a to zawsze powoduje ataki rówieśników. Dzieci na prawdę potrafią być okrutne.

Byłam chłopcem, a zapewne zachowywałam się, przynajmniej pod względem emocjonalno-uczuciowym, jak dziewczynka. I na pewno nie zastanawiałam się ani ja, ani inne dzieci, ani wychowawczynie, co może być przyczyną takich zachowań. Po prostu miągwa, beksa. Jak byłabym starsza, to zapewne usłyszałabym, że zachowuję się jak baba. I miałoby to wydźwięk bardzo negatywny, bo zawsze taki ma, jak się używa takich zwrotów w takich sytuacjach. Wiem o tym, bo wielokrotnie to słyszałam w swoim życiu.

Innym przebłyskiem z tego okresu jest reakcja na moje imię. To akurat pamiętam bardzo dobrze. Od momentu, gdy zrozumiałam, co to jest imię i że moje to Krzysiu, nie lubiłam go. I nigdy nie polubiłam. Oczywiście daleka jestem od tego, by twierdzić, że chciałam nazywać się Ania. Ale nie lubiłam swojego imienia i pamiętam, że od zawsze podobało mi się właśnie imię Ania. Nie w odniesieniu do siebie. Ale dlaczego akurat ona? Może dlatego, że następnego dnia są jej imieniny?

Wiedziałam, że nie podoba mi się moje imię, ale nie wymyśliłam sobie nigdy innego, które by mi bardziej pasowało. Dopiero przy bierzmowaniu wybrałam sobie Piotra. I tu, mam wrażenie, że poszłam po najlżejszej linii oporu, bo jakieś musiało być, a że siedziałam w jednej ławce z kolegą, który miał na imię Piotr…

Ania towarzyszyła mi stale. Nie wiem dlaczego, ale czułam jakiś pociąg do tego imienia, nie do dziewczyn, które je nosiły, chociaż i one pojawiały się w moim życiu. I zazwyczaj je zauważałam. To imię tak mocno wbiło się w mój mózg, że jak urodziła się moja siostra, to koniecznie chciałam, by miała na imię Ania. Niestety, rodzice wybrali inne. To ja wtedy prosiłam, by na drugie imię miała Ania. I pamiętam, że miałam pewność, że tak rodzice zrobili. Dopiero wiele lat potem okazało się, że nie…

Z przedszkola nic nie pamiętam. Przypuszczam, że wtedy udało mi się, dzięki większej świadomości, a może nauczkom ze żłobka, dostosować. Byłam chłopcem w grupie rówieśników.

I do pewnego stopnia był to ponownie szczęśliwy okres mojego życia. Na zdjęciach widać, że nie miałam ze sobą problemów. Pierwsza klasa, potem pierwsza komunia. Same te wydarzenia były na tyle emocjonalne, że potrafiłam się z nich cieszyć w pełni. Tak przypuszczam. Oczywiście, podobały mi się sukienki dziewczynek, ale i ja w garniturku nie czułam się obco. Przypuszczam, że wtedy nastąpiło pierwsze, i tak na prawdę jedyne, całkowite przystosowanie się do narzuconej mi funkcji społecznej. Nie odczuwałam żadnego konfliktu, bo zapamiętałabym to.

Czy wtedy już objawiałam jakieś fascynacje damskimi częściami garderoby? Nie wiem, nie pamiętam. Dopiero, gdy miałam około 10 lat, odkryłam w mamy szufladach prawdziwe skarby.

Wtedy po raz pierwszy odkryłam świat kobiet i zanurzyłam się w nim na jakiś czas bez reszty.

Nie wiem, czym to wytłumaczyć, ale w ogóle nie interesowały mnie rzeczy wierzchnie, tylko bielizna. Rajstopy, halki, gorsety, pasy do pończoch, staniki. W tamtych latach ta bielizna była bardzo klasyczna w kroju. Wiem, że obecnie wraca ten fason do łask. Była cielista, ze śliskiego materiału, co mi najbardziej się podobało. I nie była tak elastyczna, jak dzisiejsza. Była jak dzisiejsza bielizna modelująca. Uwielbiałam ją zakładać, czuć ucisk, który wywierała na ciało. To był już czas, gdy zaczynałam dojrzewać, ale w czasie ubierania tej bielizny nie miałam problemów z tym, że coś pobrudzę. Nigdy to się nie stało. Obecnie także nie podniecałam się tym, że ubierałam się w kobiecą bieliznę. Ten fakt pozwala mi wierzyć, że w tym pierwszym zachłyśnięciu nie było erotycznego podłoża. Nie służyło to podniecie, tak przecież naturalnej w momencie, gdy zaczynamy dojrzewać.

W tamtym okresie pojawił się jeszcze jeden niezwykle ciekawy moment. Dziesięcioletni chłopiec zakłada damską bieliznę, i to nie tylko pojedynczą sztukę, ale całe komplety, stanik, body, pas, majtki, pończochy albo rajstopy. Zakładałam po kilka sztuk na siebie (były oczywiście za duże na mnie, ale niewiele, bo moja mama zawsze była drobna) by poczuć to, co zakładam. Ale to mi nie wystarczało. Znalazłam biżuterię. Wtedy pierwszy raz miałam założone klipsy. Zakładałam korale, pierścionki, bransoletki…

Dzisiaj jestem pewna, że był to najlepszy moment, by mnie zdiagnozować. Chyba w tamtym momencie byłam najbardziej otwarta na to, by taka analiza została przeprowadzona i zakończyła się prawidłową diagnozą. Tak się jednak nie stało.

Już wtedy szczęśliwe dzieciństwo powoli odchodziło do lamusa. Coraz więcej było łez, smutku, bólu…

Było zbyt wiele przykrych, traumatycznych sytuacji, które skutecznie zdusiły szansę na szukanie odpowiedzi w tej tak skomplikowanej sprawie.

Ale jeszcze potrafiłam wtedy znaleźć sposób na to, by cieszyć się nowo odkrytą pasją. Byłam tak wciągnięta w te zabawy z bielizną, że wcale nie chowałam tego, co używałam, z powrotem do mamy szuflad, tylko trzymałam u siebie w łóżku. I raz mama mnie zaskoczyła, bo postanowiła zmienić pościel szybciej, niż zazwyczaj. I znalazła „lalkę”. Bo ja zdejmowałam z siebie to wszystko jednocześnie, nie rozdzielałam. I całość po zdjęciu wyglądała jak lalka. Nie wiem, co pomyślała mama. Nigdy mi tego nie powiedziała. Nie wyzwała mnie też od zboczeńców. Więcej, nie powiedziała nawet ojcu, co skończyłoby się niezłym laniem. Nie wiem, dlaczego tak zrobiła. Może w tym konkretnym przypadku bała się o mnie. Bo nie zawsze stawała po mojej stronie, gdy ojciec mnie bił. Ale wtedy wyraźnie ochroniła mnie i w dodatku nie spowodowała, bym poczuła się zboczona, nienormalna. To na pewno bardzo mi pomogło. Nie spowodowało jakichś trudnych do zwalczenia blokad psychicznych. Oczywiście od tego momentu o mojej pasji musiałam zapomnieć. Ale to, co odkryłam, już nie dawało się zapomnieć. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego niszczyłam niemieckie katalogi z odzieżą, które miała moja mama i babcia. Wyrywałam i gromadziłam strony z bielizną, i to głównie z tą bardzo klasyczną, a nie erotyczną. Wiele katalogów tak uszkodziłam, ale zawsze wyrywałam tylko parę kartek, by nie było tego widać.

Do tego okresu mego życia mogę jeszcze zaliczyć mój jedyny obóz harcerski. Bo miałam chyba 12 albo 13 lat, gdy byłam na nim. Pamiętam, jak moja żona opowiadała, jak jeździła na kolonie i obozy praktycznie co roku i jak się świetnie na nich czuła. Jak wypoczywała. Wtedy ja pytałam siebie, dlaczego ja tak strasznie przeżyłam ten obóz, jedyny, na którym byłam. W połowie obozu, gdy przyjechali rodzice mnie odwiedzić, z płaczem prosiłam, by mnie zabrali. Nie zrobili tego. Dlaczego tak reagowałam?

Próbowałam oczywiście bawić się z kolegami z klasy, z podwórka, ale szybko okazywało się, że dawałam siebie wykorzystywać tak, jak im pasowało. Jak podczas gry w piłkę nie było chętnych do stania na bramce, to szłam ja i byłam zadowolona, że mogłam być z nimi, bo tak powinno być. Przecież powinnam bawić się z nimi. Szybko zrezygnowałam z tych prób, bo zazwyczaj i tak stawałam się pośmiewiskiem. Coraz częściej unikałam włączania się we wspólne zabawy. Coraz lepiej czułam się sama. Jeszcze nie odczuwałam potrzeby przebywania z dziewczynkami, bo one w tamtym okresie nas ignorowały, a ja nie wiedziałam, że być może z nimi bawiłabym się o wiele lepiej, niż z chłopcami. Nie miałam możliwości wtedy tego sprawdzić.

Jak miałam 10 lat, wydarzyło się coś, co zmieniło moje życie w tamtym okresie. Urodziła się moja siostra i nagle okazało się, że mogę mieć wymówkę, bo muszę zając się siostrą. A ja to robiłam z prawdziwą rozkoszą i radością. Pilnowałam Jej na podwórku i czytałam Trylogię Sienkiewicza. Bo moja ucieczka poszła w literaturę. Bardzo dużo czytałam i korzystałam z każdej okazji, by móc to robić. Nie musiałam już na siłę wychodzić na dwór, ale musiałam tłumaczyć, dlaczego, bo od czasu do czasu byłam potrzebna kolegom na podwórku. Po pojawieniu się mojej siostrzyczki miałam już wymówkę. Między nami nawiązała się tak silna więź, że trwa ona do dzisiaj. Moja żona wielokrotnie była zazdrosna o naszą siostrzano-braterską miłość. To właśnie moja siostra była i jest pierwszym „testerem” najważniejszych wydarzeń w moim życiu, zarówno tych radosnych, jak i tych bolesnych, że o przełomowych nie wspomnę.

Było cudownie. Spełniałam się w tej do pewnego stopnia dziewczęcej roli, bo kto się bawi w dom, kto opiekuje się lalkami, jak nie dziewczynki właśnie? Ja robiłam dokładnie to samo, ale w odniesieniu do żywego człowieka, nie lalki. Prowadziłam siostrę do przedszkola i odbierałam wracając ze szkoły. Rano robiłam Jej i sobie śniadanie przed wyjściem. I nigdy nie uważałam, że robię coś, co mi nie przystoi. Cieszyłam się, że mogę to robić, było to dla mnie zupełnie naturalne.

I nagle z tego swoistego błogostanu zostałam wyrwana i na dwa tygodnie wrzucona w świat, który był mi zupełnie obcy. Na obóz harcerski.

Sam fakt, że byłam harcerzem, nie przeszkadzał mi, wręcz odwrotnie. Lubiłam chodzić na zbiórki. Nigdy nas na nich nie było za wielu. Ale to była fajna wiara. Zajmowaliśmy się różnymi sprawami, także sztuką i literaturą. Pomagaliśmy starszym (akcje „czarnej ręki”). Tylko że na obóz pojechałam za wcześnie, jeszcze na długo zanim odnalazłam się w tych fajnych akcjach towarzyszących zbiórkom naszego zastępu. Znałam tylko duże zebrania i wspólne marsze i temu podobne, wielkie, masowe imprezy, w których byłam właściwie robotem wykonującym to, czego ode mnie oczekiwano. Ale to trwało godzinę, dwie, ewentualnie, gdy było jakieś święto, kilka godzin. Sam mundur też miał swój urok. Lubiłam go. Ale potem wracałam do domu, zdejmowałam go i wracałam do swego świata.

Na obozie musiałam żyć nie swoim życiem przez dwa tygodnie. Więcej, moje środowisko, w którym żyłam, już zdążyło się przyzwyczaić, że stoję niejako z boku. Tutaj natomiast było wiele obcych twarzy. Wszyscy wokół odbierali mnie tak, jak widzieli. Skoro zobaczyli, że jest jeden dziwak, który jest podatny na ataki, to czemu nie. Darmowa rozrywka w dosyć szarym życiu obozowym.

Nie pamiętam nic, co by mi sprawiło frajdę podczas pobytu na obozie. Zatarłam w pamięci całe to wydarzenie. Widocznie nie ma czego wspominać. Nie mam żadnych zdjęć. Nic. Zero. Tylko poczucie ogromnej ulgi, gdy wróciłam do domu.

Duże betonowe boisko na terenie szkoły. Letnie wakacje. Pusto. Nikogo. Kałuża w zagłębieniu na środku boiska po niedawno padającym deszczu. I mały chłopiec z czerwonym metalowym Range Roverem straży pożarnej. Samotny, skupiony na zabawie.

Podwórko przed blokiem. Ławka. Huśtawka. Na niej buja się mała dziewczynka z kitkami w sukience w kwiatki. Co chwilę odwraca się do tyłu i patrzy na ławkę. Patrzy na swego brata i śmieje się pełną buzią. Brat odrywa wzrok od książki i uśmiecha się do Niej.

Szatnia w przedszkolu. On zawiązuje sznurowadła swojej małej siostrzyczce. Zakłada płaszczyk, szalik, czapkę i rękawiczki. Wychodzą. Ona trzyma go za rękę i opowiada o swoich wielkich tajemnicach. A on z radością słucha i cieszy się, że Ona mu o tych swoich sekretach opowiada. Jak swojej najlepszej przyjaciółce. Przez wiele lat to on był tą Jej przyjaciółką.

Szuflada. Otwarta. Pończochy, rajstopy, majtki, gorsety. Wszystko w cielistym kolorze. Mieni się w promieniach słońca. Dotyk jakby jedwabiu. Uśmiech na twarzy, gdy dotyka, bierze w dłonie, zakłada.

Las. Namioty. Płacz. Patrzy, jak rodzice mijają bramę obozu po tym, jak go odwiedzili. Wie, że jeszcze tydzień musi tu wytrzymać. Nie wie jak to zrobić.

Boisko. Kilkunastu chłopaków gra w piłkę. On stoi na bramce. Nie potrafi bronić. Piłka mija go. Śmiechy. Gamuła. Do niczego się nie nadajesz.

Plac przed szkołą. Duża przerwa. Skulony na ziemi wystawia na ciosy plecy, by nie bolało za bardzo. Nikt mu nie pomaga. Wreszcie, jak bijącemu się znudziło, wstaje i odchodzi na bok.

Biblioteka. Książki. Spokój, bo książki są jego azylem. Bibliotekarz wyszukuje mu kolejne pozycje z serii Typy broni i uzbrojenia. Jest szczęśliwy.

Wycinanki. Spędza nad nimi sporo czasu. Sam je rysuje. Wycina. Skleja. Husarz na koniu. Zdejmowany. Szablę można wyjąc z pochwy. Pistolety z olster. Tarczę z ramienia. Łuk z kołczanu. Z konia można zdjąć siodło. Sala balowa. Otwierane drzwi i okna. Za nimi przesuwają się tańczące pary. Panie w balowych suknach. Panowie w kontuszach. Rewia mody.

Sylwetka dziewczyny. W bieliźnie, nie nagiej! Całe komplety różnych strojów. Można ją przebierać i tworzyć różne kompozycje strojów.

Wpatrzony w okno. Zasłuchany w muzykę z płyty winylowej odtwarzanej na adapterze.

Obraz samotnego chłopca, który nie wiedział, czemu nikt go nie lubi. Nikt nie chce z nim się bawić.

Obraz chłopca, który całą potrzebę bliskości, miłości i uczucia przelał na swoją małą siostrzyczkę.

Obraz chłopca?

Młodość Krzyśka

Trudne lata dojrzewania

Ostatnie lata podstawówki

Początki fascynacji drugą płcią. Pierwsze porażki. Pierwsze pytania bez odpowiedzi.

Przez całe swoje nastoletnie oraz dorosłe życie, ciągle zadawałam sobie pytanie, czemu jest tak, a nie inaczej. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Słuchałam sugestii, padałam ofiarą słownej agresji. I nic mi się nie rozjaśniało, do niczego nie dochodziłam. Teraz wiem, dlaczego. To są moje wnioski, moje przemyślenia. Wcale nie uważam, że jedyne słuszne i prawdziwe. Ale ja nie znajduję innego wytłumaczenia. Obecnie w mojej duszy jest spokój i harmonia. Analizując te wydarzenia, nie powstaje w mojej głowie żaden chaos. Wszystko pasuje. Dla mnie to wystarczający powód, by uznać, że wyciągam słuszne wnioski. Ktoś inny może uznać inaczej. Jego prawo. Nie mam na to wpływu. Ale i On nie ma możliwości zmienić mojego postrzegania mojej przeszłości. Nikt nie ma. Tylko ja.

Dziewczyny. Pierwsze skojarzenie? Dyskomfort. Chłopaki opowiadają o różnych odkrytych przez siebie urokach płci przeciwnej. Najczęściej są to różne fantazje, co by było, gdyby. Im byliśmy starsi, tym dyskusje stawały się coraz gorętsze. Pojawiały się pierwsze przechwałki. „…A ja zrobiłem to. Ja to bym zrobił tak…” Nie będę cytowała tutaj słownictwa, które pojawiało się w takich rozmowach. Każdy je zna. Nigdy nie potrafiłam włączyć się w te dyskusje. Czułam zażenowanie. Z czasem coraz większe. Nie chciałam opowiadać o moich wydumanych podbojach. Nie chciałam się chwalić, jaki ze mnie maczo. Nie chciałam uczestniczyć w tym targowisku wzajemnych przechwałek. Niestety, często musiałam, bo oczywiście spotykałam się z chłopakami. Tak przecież wypadało. Na szczęście coraz rzadziej to się zdarzało.

W nasz świat wkroczyły dziewczyny. Także fizycznie. I przebywanie w ich towarzystwie automatycznie wyłączało te dyskursy. Starałam się przebywać tam, gdzie one były. Na przerwach częściej można było mnie zobaczyć przy grupach dziewczyn niż chłopaków. Szukałam pretekstu, by o czymś z nimi rozmawiać. Ale nie byłam takim typem chłopaka, który w naturalny sposób był przyjmowany. Dziewczyny też opierały się na stereotypach. I tak samo traktowały nas, jak my je. Coraz bardziej czułam się odtrącona. Przez obie strony.

Nagle okazało się, że jest na to sposób. Rewelacyjny.

W 7 klasie szkoły podstawowej zapisałam się na kurs tańca połączony ze szkolnym zespołem tanecznym, prowadzonym przez pana Andrzeja S. Lubiłam muzykę, taniec. Bardziej kręciło mnie piękno kobiecego ciała wirującego w tańcu lub z gracją wyginającego się na arenie cyrkowej czy na macie gimnastycznej niż pornograficzna „otwartość” pełna szczegółów anatomicznych. Oczywiście dojrzewałam, więc i erotyka nie była mi obca. Skłamałabym, gdybym próbowała wmawiać, że nie. Oglądałam z wypiekami pisma pornograficzne. Ale teraz widzę tą różnicę wyraźnie, bardziej podobały mi się Playboye. Kobiece ciało pokazane w sposób artystyczny, z subtelną, nienachalną erotyką. Bardzo dużo rysowałam. Jak wiele lat później wracałam do tych wczesnych rysunków (te, które jeszcze istniały) uderzało mnie to, co na nich było. Jak rysunki były związane w jakikolwiek sposób z erotyką, były to wyobrażenia piękna i gracji kobiecego ciała. Chyba nigdy nie narysowałam klasycznych rysunków pornograficznych. Miałam oczywiście i takie epizody. Ale były to bardziej symbole, schematy. Nie prawdziwe rysunki, nad którymi ślęczałam godzinami. A przecież powinnam realizować wyimaginowane podboje, o jakich wszyscy chłopacy z taką namiętnością i z wypiekami na twarzy opowiadali. Uderzyło mnie także coś innego. Drugi biegun. Rysowałam wiele krwawych scen z torturowanymi… kobietami. Rozczłonkowane ciała, okaleczane, zabijane. Chciałam w sobie coś zabić? Te rysunki, o ile pamiętam, były zawsze czarno-białe. Jedyny inny kolor to czerwień. Kolor krwi.

W tamtym czasie zaczęłam chodzić na dyskoteki. Od zawsze miałam dobre poczucie rytmu. Umiałam tańczyć. Ale nie tańczyłam. Prosiłam dziewczyny do tańca i spotykałam się z odmową. A za chwilę te same dziewczyny tańczyły z innymi chłopakami. Tańczyłam w grupach, ale byłam tylko tolerowana, czułam to. Coraz częściej podpierałam ściany albo tańczyłam sama. Gdy był szybszy taniec, było ok. Ale pościelówki? Jak tańczyć je samej. A już wtedy najlepiej wczuwałam się właśnie w te nastroje. To był czas, gdy pojawiały się pierwsze pary wśród moich rówieśników. I ja próbowałam. Spotykałam się z tym, że dziewczyny zaczynały mnie akceptować w swoim towarzystwie, ale jak tylko próbowałam zrobić krok dalej, zaraz dostawałam odpór. Zamykałam się w sobie coraz bardziej. Oczywiście spotykałam się z rówieśnikami. Ale byłam coraz bardziej samotna. Samotna pośród tłumu. Czułam się coraz bardziej obco. Chłopaków rozmowy mnie nie ciągnęły. Dziewczyny mnie ignorowały. Może się nawet podśmiewały, gdy na domówkach więcej czasu spędzałam z nimi w kuchni, niż z chłopakami w pokoju. Ponownie usunięta poza nawias.

Czego tak naprawdę szukałam? Jestem pewna, że Lukrecja chciała przemówić, bo Ona dobrze czuła się w towarzystwie dziewczyn, nie chłopaków. I pchała mnie w tym kierunku. I ja starałam się podążać za tym głosem. Chciałam chłonąć ten świat, który był moim, ale że sama tego nie rozumiałam, nie miałam możliwości tego realizować. Gdybym zapytała? Mogłam tylko siebie, a byłam zbyt zakompleksiona, by wejrzeć w głąb. Te kompleksy skutecznie tłumiły wszystko inne.

Zawieszona w próżni. Nie identyfikowałam się z żadną stroną, ani chłopaków, ani dziewczyn, chociaż ten drugi świat miał niesamowicie silny magnes. Tylko w zupełnie inny sposób, niż powinien w przypadku nastolatka. Moja mała siostrzyczka tej pustki wypełnić już nie mogła. Nie udało mi się także znaleźć żadnej bliskiej duszy, jeszcze nie.

Skoro nie było nikogo, kto mógłby wypełnić tę pustkę, znalazłam inny sposób, by zbliżyć się do, przyciągającego mnie jak magnes, świata dziewczyn.

W szkolnym zespole tanecznym wreszcie odnalazłam swoje miejsce. Tak mocno się zaangażowałam w ten świat, że jest to do dzisiaj jedyna pozostałość męskiej natury, która objawia się z całą mocą, a której jeszcze nie zaakceptowałam do końca, jako fragment siebie. Nie potrafię tańczyć w parze, bo od razu zaczynam przyjmować rolę męską, rolę prowadzącego. Dlatego uwielbiam tańczyć sama. Mogę oczywiście z kimś, ale bez fizycznego kontaktu. Przypuszczam, że z czasem nie będę czuła oporów, bo w tańcu dwóch kobiet jedna i tak musi prowadzić. I mi się zdarzało już tańczyć z innymi dziewczynami. Ale czułam wtedy dyskomfort. Ale wiem, że i to powoli zniknie, bo wiele skłonności, które w pierwszym okresie mojej przemiany odrzucałam, jako reminiscencje mojej męskiej natury, już zaakceptowałam. I nie mam problemu z ich występowaniem. Po prostu, musiałam, zresztą nadal muszę, zmierzać ku normalności i wszystko, co dzieje się w moim wnętrzu, przyjąć ze spokojem i zaakceptować. Nie jako pozostałość po Krzyśku, ale jako jedną z moich składowych. Bo to przecież jestem ja.

Zajęcia taneczne były dwa razy w tygodniu. Dodatkowo w każdy piątek była dyskoteka, nasza, zespołowa, ale mogły przychodzić osoby z zewnątrz. Od tego momentu nie miałam problemu z tańcem z dziewczynami, które tańczyły w zespole. Nie miały oporów, by ze mną tańczyć. Często były to dodatkowe ćwiczenia nowych układów. Trzeba też przyznać, że w gronie rówieśników, którzy na lekcje tańca nie uczęszczali, to co wyprawiałyśmy na parkiecie, budziło zazdrość i podziw.

Lekcje tańca pochłonęły mnie na kolejne 9 lat. W tym pierwszym okresie było nas dwóch chłopaków na cały zespół, liczący chyba 15 par. Cieszyłam się, że mogę tańczyć, że mogę rozmawiać o wspólnej pasji z dziewczynami i byłam szczęśliwa. W całkiem naturalny sposób nasze rozmowy zbaczały na inne tematy i nagle zauważyłam, że przynajmniej w tym gronie nie byłam ignorowana. Nie prezentowałam typowo męskiego podejścia i przypuszczam, że moje koleżanki jakoś to doceniały. Byłam tak szczęśliwa, że w ogóle nie przeszkadzało mi to, że tańczyłam w męskim stroju, mimo, że stroje dziewczyn były takie wspaniałe. Jedyny raz tak na prawdę poczułam zazdrość, gdy przygotowałyśmy z naszym nauczycielem układ gimnastyczny w stylu wkraczającego wtedy na parkiety aerobicu. W tym układzie mój kolega z zespołu już nie tańczył. Byłam jedynym chłopakiem i byłam w gimnastycznym stroju chłopięcym, tak, jak połowa dziewczyn. Bo taki miał być podział. Dziewczyny, które występowały jako dziewczyny, miały natomiast stroje gimnastyczne z lycry i getry na nogach. Jak ja im zazdrościłam tego stroju. Chciałam go mieć, ale oczywiście nie mogłam. Skoro nie, to tak mocno się zaangażowałam w naukę tego układu, że podczas jednej z prób generalnych przed pierwszym występem, jako jedyna zdublowałam układ kilkakrotnie, nie popełniając błędu. Byłam niesłychanie z siebie dumna, bo układ był trudny i skomplikowany.

Ostatnie lata podstawówki ukształtowały moje przyszłe kontakty z dziewczynami. Naturalnie, próbowałam poderwać sobie dziewczynę, bo tak robili wszyscy. Próbowałam i nic nie wychodziło. Zazdrościłam tym, którym się to udawało. Krępowałam się, nie potrafiłam być tak elokwentna i wyluzowana, jak moi koledzy. Każda odmowa powodowała coraz większą ucieczkę. Po paru próbach przestałam. Do poznania mojej przyszłej żony nie pocałowałam dziewczyny. W wieku 19 lat nadal byłam prawiczkiem. Nie wiedziałam co to namiętność, przytulanie, ból rozstania, radość zdobywania. Bo to, co przeżyłam w niedalekiej przyszłości, dostarczyło mi niestety zupełnie innych doznań. Ale tutaj właśnie, w tych miesiącach kończących moją edukację w szkole podstawowej, pierwsze próby poderwania dziewczyny okazały się takimi porażkami, że wycisnęły piętno na dalszych latach. Praktycznie jedyny w pełni swobodny kontakt z dziewczynami miałam podczas zajęć lekcji tańca i dyskotek organizowanych w ramach tych lekcji.

Licealna pomyłka

Sam początek, to była jedna wielka pomyłka. Ja, humanistka z zamiłowania, rozkochana w literaturze i historii, zdałam egzaminy do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Klasa o profilu humanistycznym była w moim liceum tradycyjnie przeznaczona dla dziewczyn. Ja chciałam tam być nie dlatego, że czułam się kimś innym, bo mimo wszystkich doświadczeń, starałam się spełniać w roli, jak była mi przeznaczona. Ja chciałam być w tej klasie, bo kochałam literaturę i historię. Bo nie cierpiałam nauk ścisłych i biologii. Niestety, byłam chłopakiem, więc musiałam być tam, gdzie myślałam, że moje talenty nie będą miały szansy zaistnieć. Na szczęście myliłam się, bo trafiłam na wspaniałych nauczycieli. Polonistkę Panią Annę B. i historyczkę Panią Dorotę F.

Język polski.

Nasza polonistka to był postrach naszej szkoły. A ja się nie bałam. Z czasem klasa wyznaczyła mnie do wszelkich kontaktów z Nią i nie miałam nic przeciwko. Składałam meldunki, mimo że nie byłam gospodarzem klasy. Załatwiałam przesunięcia sprawdzianów i powtórek. Niekiedy ratowałam honor klasy w trudnych tematach, gdy inne osoby się rozkładały. Dzięki Niej przeżyłam niezwykłe chwile, gdy miałam możliwość zagrać w kilku spektaklach teatralnych, z których jeden praktycznie współtworzyłam. Widzę tutaj wyraźne podobieństwo do tego, jak zaangażowałam się w realizację filmu Kamy V. Być może doświadczenia wtedy zdobyte, gdy występowałam na żywo przed pełną salą widzów, pozwoliły mi w przyszłości swobodniej czuć się przed kamerą.

Wystawiliśmy wtedy