Wydawca: BIS Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 297 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łukasz i kostur czarownicy - Piotr Patykiewicz

To miały być piękne wakacje w Chorwacji… Niestety  zamiast  tego  Łukasz musiał spędzić  lato w  podgórskim miasteczku  u starej ciotki Wandy. W dodatku w pociągu skradziono mu plecak. Czekało go więc lato bez komórki, bez komputera, a nawet bez prądu, bo ciotka okazała się większą dziwaczką, niż przypuszczał. A wiele wskazywało na to, że jest również czarownicą.  Miało to jednak także dobre strony, bo czasem i Łukasz mógł skorzystać z czarodziejskiej mocy. Stało się to szczególnie istotne, kiedy wyszło na jaw, że mieszkająca w sąsiedztwie sympatyczna Julka potrzebuje pomocy.


Patronat medialny: VICTOR JUNIOR, www.fantastyka.pl, www.qlturka.pl;

Opinie o ebooku Łukasz i kostur czarownicy - Piotr Patykiewicz

Fragment ebooka Łukasz i kostur czarownicy - Piotr Patykiewicz

Projekt okładki: Dorota Rewerenda-Młynarczyk

Copyright © Piotr Patykiewicz Copyright O Wydawnictwo BIS 2012

ISBN 978-83-7551-244-1

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a 01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

CIOTUNIA

Bez żadnych wątpliwości – to był najgorszy dzień w życiu Łukasza Borowika.

Ojciec wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, przywitał się dosyć niemrawo. Od tygodnia już chodził jakiś zamyślony, wieczorami długo poszepty wali z mamą w kuchni. W normalnych okolicznościach chłopiec na pewno zwróciłby na to uwagę, ale był początek wakacji i słodka wolność do tego stopnia zawróciła mu w głowie, że stracił czujność.

Wstawał o dziesiątej, bez pośpiechu zjadał śniadanie albo i nie – zależnie od humoru – potem aż do popołudnia testował wytrzymałość nowego dżojstika. Kiedy bolały go już kciuk, oczy i kark, robił sobie przerwę obiadową. Tłem dźwiękowym wszystkich rodzinnych posiłków były szpitalne ploteczki mamy i nieartykułowane pochrząkiwania taty zza gazety; Łukasz tak przywykł do tych odgłosów, że bez nich trudno by mu było skupić się na kotlecie. Potem odpoczywał przez kwadransik z pełnym żołądkiem, pstrykając pilotem od telewizora. Kiedy ojciec zaczynał pochrapywać na kanapie, a mama ruszała do zmywania naczyń, syn z nowymi siłami zasiadał do gry.

Pędził beztroski, błogi żywot dwunastolatka, który świeżo zrzucił pęta powszechnej edukacji. Siadywał sobie czasem przy pustym biurku, w którego blat przez dziesięć miesięcy wsiąkały jego krew, pot i łzy. Delektował się swobodą, rozkoszował nieróbstwem, napawał spokojem. Uważał, że ma do tego pełne moralne prawo: średnia 3,9 na świadectwie ukończenia piątej klasy nikogo zapewne nie mogła olśnić, ale też nie przynosiła ujmy. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku pozwalało na oddawanie się przyjemnościom bez żadnych wyrzutów sumienia. Dolce far niente, jak w podobnych okolicznościach mawiają Włosi.

Życie toczyło się zatem idyllicznym, powolnym trybem – aż do dziś.

– Musimy porozmawiać, synu – zagaił tata tuż po obiedzie, póki jeszcze nikt nie odszedł od stołu.

Łukasz po raz pierwszy poczuł ukłucie niepokoju. Wiedział z doświadczenia, że taki wstęp ojciec rezerwuje na specjalne okazje, jak wywiadówka czy telefon od wychowawczyni. Po tych słowach można się było spodziewać co najmniej pedagogicznego kazania, a może i poważniejszych konsekwencji: wstrzymania kieszonkowego, wzmożonej inwigilacji, a nawet szlabanu na Internet. Ale trwały przecież wakacje, czas ochronny przed tego typu nieprzyjemnościami; na wszelki wypadek Łukasz zachował ostrożność, starając się wybadać teren.

– Co jest, tato? – Z udaną nonszalancją odchylił się na oparcie krzesła.

Pan Borowik nawet nie rozłożył gazety, to świadczyło o powadze sytuacji. Splótł dłonie pod brodą, zmrużył oczy.

– Tak… hm… znaczy, chciałem powiedzieć… – Wyglądało na to, że tata wcale nie jest zły, tylko bardzo zmieszany. Poszukał wzrokiem pomocy u mamy, ale ona zajmowała się właśnie strzepywaniem z obrusa wyimaginowanych okruszków. – Pamiętasz, że mieliśmy w tym roku jechać do Chorwacji?

Chłopak drgnął ogarnięty nagle niedobrym przeczuciem. Dramatycznym wysiłkiem intelektu próbował dociec, dlaczego ojciec zadał tak niedorzeczne pytanie. Wczasy w Chorwacji zarezerwowane pól roku ternu, zaliczkowane, zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, od miesięcy były przyczyną tęsknych westchnień całej rodziny. Prawie nie było dnia bez rozmów na ten temat, bez wodzenia palcem po mapie. Nigdy wcześniej państwa Borowików nie było stać na zagraniczny wyjazd, dopiero teraz przyszedł czas na realizację marzeń. Ojciec zostawił samochód u mechanika na kompleksowy przegląd, a mama z godnym podziwu samozaparciem usiłowała stracić na wadze. Łukasz też przygotowywał się sumiennie, jak wielki David Livingstone przed afrykańską wyprawą. Skompletował ekwipunek: miał już maskę z rurką do nurkowania, dmuchany ponton, siatkę na kraby, brakowało jeszcze tylko paru drobiazgów. Myśl o plażowaniu nad ciepłym morzem dodawała mu otuchy przez cały drugi semestr podczas ponurych zmagań z matematyką i angielskim.

O co więc chodzi? I dlaczego ojciec użył czasu przeszłego?

– Jasne, tato, że pamiętam. – Uznał, że najbezpieczniej będzie zignorować wątpliwości i udawać, że wszystko jest tak jak powinno. – Wyjeżdżamy dopiero dwudziestego, zostały jeszcze dwa tygodnie. Kupa czasu.

Tato uśmiechnął się blado, jakby stremowany. Bardzo szybko wyparowała z niego stanowczość, z jaką zabrał się do tej rozmowy.

– Wiesz, dostałem awans. Już nie jestem zwyczajnym przedstawicielem handlowym, ale starszym konsultantem. Dadzą mi samochód służbowy, własny gabinet i oczywiście podwyżkę.

– Super! Gratulejszyn. – Chłopak uczepił się nadziei, że nieoczekiwana zmiana tematu jest dobrym znakiem. – Od dawna ci się to należało.

– Dzięki. – Ojciec zwiesił głowę, jakby przyjmował kondolencje. – Takie stanowisko to nie byle co. Można się wybić jeszcze wyżej. Wysyłają mnie na szkolenie do centrali, nie będzie mnie przez miesiąc.

Lampka alarmowa w głowie Łukasza pulsowała wściekle, ale wciąż jeszcze trzymał fason.

– Kiedy jedziesz?

– Pojutrze.

Chłopak rozgrzebał widelcem resztki ziemniaków na talerzu, z całych sił usiłując nie wpadać w panikę.

– Czy to znaczy, że nie będzie cię z nami na wczasach?

Mama wstała i pogłaskała go po głowie jak malca.

– Bez kierowcy nigdzie nie pojedziemy, kochanie.

– Są jeszcze autobusy! Pociągi! Samoloty!

– Oczywiście, ale… – Opuściła ręce; mówiła teraz łagodnie i bardzo cicho. – Ja nie chcę jechać bez taty. To już nie byłyby wczasy, o jakich marzyliśmy. Boję się, że nie poradziłabym sobie ze wszystkim… Zastanawialiśmy się nad tym bardzo długo i zadecydowaliśmy, żeby odwołać rezerwację.

Łukasz zerwał się gwałtownie, przewracając krzesło. Nie chciał płakać, ale łzy i tak szczypały pod powiekami.

– To niesprawiedliwe! – krzyknął. – Ten twój awans to kara czy nagroda?

Ojciec nie poruszył się, wciąż patrzył w jeden punkt na ścianie. Mama chciała objąć chłopca, ale wywinął się, wybiegł do swojego pokoju i trzasnął drzwiami.

Nazajutrz nie zwlókł się z łóżka ani o dziesiątej, ani nawet o jedenastej. Po raz pierwszy od początku wakacji nie włączył komputera. Z kocem naciągniętym na głowę, umartwiając się na ciele i duszy, postanowił unaocznić całemu światu, jak bardzo go skrzywdzono. Wprawdzie rodzice od rana byli w pracy, nieświadomi jego rozpaczliwej determinacji, ale miał nadzieję, że kiedy wrócą i ujrzą bladą, uszlachetnioną cierpieniem twarz syna, wstrząsną nimi wyrzuty sumienia.

Strajk głodowy – aż do zwycięstwa!

Około południa odczuł nieprzyjemne ssanie w żołądku, które utrudniało koncentrację uwagi na sprawach zasadniczych. W kiszkach burczało donośnie, nie pomagało przewracanie się z boku na bok. Sytuacja stawała się kłopotliwa.

Zaczął rozważać, czy schrupanie jednego słonego paluszka – góra dwóch! – będzie porażką, czy tylko uzasadnionym zawieszeniem protestu. W miarę upływu czasu zwyciężała ta druga opcja, ale nim zamieniła się w czyn, w drzwiach wejściowych zachrobotał klucz.

Na mamę było za wcześnie, kończyła dyżur dopiero o drugiej. Zaintrygowany wystawił spod koca jedno ucho; rozpoznał ciężkie kroki ojca. Pan Borowik wszedł prosto do pokoju, nie ściągając nawet butów. Usiadł na skraju tapczanu, odchrząknął energicznie.

– Synu? Obudź się. – Nie okazał zdziwienia, że zastał pierworodnego w pościeli; chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, która jest godzina.

Całe poświęcenie poszło na marne, to było jasne. Łukasz miał pełne prawo do rozgoryczenia, lecz w głosie ojca było coś takiego, że podniósł się natychmiast.

– Nie śpię.

– Jest problem. Mama musi zostać w szpitalu.

To nie była żadna niezwykła nowina, mamie wypadały od czasu do czasu takie awaryjne dyżury, zwłaszcza w okresie urlopowym. Jadali wtedy we dwóch pizzę, popijali colą; w kuchni, po której nikt się nie krzątał, było tak cicho, że nawet w pokoju słyszeli szum lodówki.

– Trudno. Dla mnie nie zamawiaj pizzy, coś nie mam dzisiaj apetytu. – Łukasz spróbował skierować uwagę ojca na swój nieprzejednany bunt, ale ten niecierpliwie zmarszczył brwi.

– Nie zrozumiałeś mnie. Zatrzymali mamę jako pacjentkę.

Chłopak milczał, w tym samym stopniu zawstydzony co przestraszony. Mama bardzo często narzekała na zdrowie, kwękała, stękała i pojękiwała, ale raczej z upodobania niż z konieczności. Wszystkie dolegliwości, od alergii po ból zęba, leczyła kieliszkiem czerwonego wina. Taka terapia widocznie skutkowała, bo od wielu lat mama nie spędziła ani jednego dnia na chorobowym.

Jednak tym razem sprawa musiała być poważna.

Świadczyły o tym cienie pod oczami ojca i jego dziwne, jakby nieobecne spojrzenie.

- Nie martw się, nic jej nie grozi. – Świeżo awansowany starszy konsultant wziął się w garść, odetchnął głębiej. – W nocy dostała ataku wyrostka.

Byłem u niej, jest już po operacji. Mówi, że czuje się dobrze, ale… – nerwowo zatarł dłonie – będzie musiała poleżeć jeszcze parę dni. Może tydzień.

– Czy to przeze mnie? Ten atak? – Łukasz nie podnosił wzroku. – Może za bardzo się wczoraj zdenerwowała?

– Nie opowiadaj głupstw. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, to wszystko. Musimy teraz zachować się jak prawdziwi mężczyźni. – Nie było jasne, czy ostatnie słowa bardziej odniósł do syna, czy do siebie.

– Będzie dobrze, tato. Na kolację ukręcę kogel-mogel. Jakoś przetrwamy.

Ojciec wstał, przeszedł się powoli do okna i z powrotem. Rozłożył ręce, jakby zamierzał się z czegoś usprawiedliwić, ale zamiast tego przybrał sztucznie oschły ton.

– Przykro mi, synu. Ja naprawdę muszę wyjechać. Jeśli zrezygnuję, wyślą na moje miejsce kogoś innego. Awans diabli wezmą, a wtedy także w przyszłe wakacje możemy zapomnieć o wczasach.

Łukasz słuchał z szeroko otwartymi oczami, niespokojnie przygryzając dolną wargę. Podejrzewał, że to jeszcze nie koniec nieszczęść.

– Mama jest tego samego zdania – ciągnął ojciec.

– W szpitalu ma najlepszą opiekę, sam ordynator zagląda do niej dwa razy dziennie. Będę z nią w kontakcie telefonicznym. Gdyby wydarzyło się coś niepokojącego, natychmiast wrócę.

Dotąd wszystko było jasne i logiczne, ale gdzieś w tych słowach musiała czaić się zasadzka. Łukasz postanowił przyjąć z podniesionym czołem nawet najdotkliwszy cios.

– A co ze mną? – zapytał mężnie.

– Pojedziesz do ciotki Wandy.

Wyskoczył z łóżka i stanął w rozkroku pośrodku pokoju, jakby w rozterce – uciekać, czy też pokornie rzucić się ojcu do kolan.

– Nigdy! – wyzipiał.

Ciotkę Wandę widział tylko raz, przed dwoma laty, kiedy przyjechała z podgórskiego miasteczka na pogrzeb którejś ze swoich licznych kuzynek. Była maleńka jak dziecko, zasuszona, pomarszczona, siwiuteńka; głos miała skrzypiący niczym zardzewiały zawias. W ogóle nie sprawiała wrażenia człowieka z krwi i kości, ale raczej żywej skamieliny z odległej epoki, która cudem dotrwała do naszych czasów. Była jak mumia zalatująca naftaliną, przybysz z zaświatów, mieszkaniec innego wymiaru. Łukasz pamiętał, że kiedy wówczas, przy poprzednim spotkaniu, ciotka pogładziła go po policzku kościstą dłonią Baby Jagi, przeszedł go zimny dreszcz.

– Bądź rozsądny. – Ojciec sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego tak bezkompromisowym sprzeciwem. – To najlepsze wyjście.

– Chryste, tato! Przecież ja jej prawie nie znam.

– To bliska rodzina. Szwagierka siostry twojej prababki ze strony mamy… Czy może raczej siostra szwagierki? – Podrapał się po karku. – Nieważne. Już dawno zapraszała cię do siebie, ale jakoś nie było okazji. Zmienisz otoczenie, łykniesz świeżego powietrza i nabierzesz kondycji. Wrócisz odmieniony, zobaczysz.

– Ale ona ma chyba ze sto dwadzieścia lat!

– Zaledwie osiemdziesiąt, i do tego trzyma się doskonale. Prowadzi bardzo aktywne życie, wstaje wcześnie rano, chodzi po górach. Mieszka na czwartym piętrze starej kamienicy, bez windy. Sama dźwiga węgiel i rąbie drzewo. Myje się tylko w zimnej wodzie.

– Na pewno nie ma Internetu.

– Wyjdzie ci to na dobre.

– To niehumanitarne! – Łukasz gorączkowo poszukiwał jakiegoś wystarczająco ważkiego argumentu, który mógłby przeważyć szalę na jego korzyść. Postanowił zagrać na emocjach. – Chcesz się mnie pozbyć, bo jestem dla ciebie ciężarem. Oddajesz mnie niepoczytalnej staruszce, wysyłasz gdzieś na koniec świata, gdzie po lasach wyją wilki! Dlaczego nie do domu dziecka? Albo do zagranicznej adopcji? Albo do…

– Wystarczy. – Ojciec uniósł ostrzegawczo palec.

– Już zapowiedziałem twój przyjazd, nie będę robił z gęby cholewy. Jutro wsiadasz do pociągu, choćbym musiał użyć przemocy i nadać cię przesyłką konduktorską. – Poirytowany sięgnął po telefon. – Pizza z serem czy z pieczarkami?

***

Mama wyglądała tak mizernie, że Łukaszowi ścisnęło się serce. Od najmłodszych lat przyzwyczaił się uważać ją za królową szpitalnych sal, w pielęgniarskim czepku zamiast korony. Była tu u siebie, poruszała się wśród łóżek i stojaków na kroplówki równie swobodnie jak po kuchni. Tym bardziej bezsilna wydawała się teraz, z włosami w nieładzie rozsypanymi na bieli poduszki, kiedy tak niewiele zależało od niej.

– Dziękuję, że wpadłeś przed wyjazdem – uśmiechnęła się słabo. – Pewnie miałeś urwanie głowy z pakowaniem, to spadło na ciebie tak nagle…

– Nie było tak źle. – Nie chciał przysparzać jej zmartwień. – Zmieściłem się w jednym plecaku.

– Zabrałeś ciepłe skarpetki?

– Jasne.

– Szczoteczkę do zębów?

– Też.

– Niedzielną koszulę?

– Mamo! – Rozejrzał się dyskretnie po sali, żeby sprawdzić, czy żaden z pacjentów na sąsiednich łóżkach nie był świadkiem tego kompromitującego przesłuchania. – Nie jestem dzieckiem.

– A kim? – zdumiała się szczerze, ale szczęśliwie zaraz porzuciła ten temat. – Zadzwoń czasem. Będzie mi się bez was przykrzyło.

– Raczej na to nie licz. Ciotka Wanda nie ma telefonu, a tata nie chce mi dać komórki, bo się boi, że mu wydzwonię połowę pensji.

– To może telefon na kartę?

– Mówi, że i tak zgubię.

– Taak… – Lekko zmarszczyła brwi jak zawsze, kiedy nie chciała okazać przy synu, że nie zgadza się ze zdaniem męża. – Jest jeszcze poczta, wyślesz kartkę. To nawet będzie miłe, nigdy wcześniej do mnie nie pisałeś.

– Mogę wysłać – zgodził się niechętnie. – Najlepiej od razu ustalmy szyfr. Kiedy napiszę, że bawię się dobrze, to będzie znaczyło, ze ciotka trzyma mnie w komórce i tuczy przed wrzuceniem do pieca jak Jasia i Małgosię.

– Wstydziłbyś się w ten sposób żartować! – oburzyła się mama, ale jednocześnie oczy jakby jej trochę poweselały. – Nie można mówić o kimś źle tylko dlatego, że nie używa komputera.

– Tata wygadał się, że tam nawet nie ma telewizora!

– Zgadza się. To po prostu inny sposób na życie.

– Tak żyją tylko Eskimosi i amisze! – Łukasz za późno ugryzł się w język.

Pani Borowikowa z trudem uniosła się na łokciu i położyła dłoń na kolanie syna.

– Posłuchaj, młody człowieku. – Użyła zwrotu, który na mocy niepisanej umowy rodzinnej oznaczał objawienie pełni matczynego autorytetu. – Ciotka Wanda to przemiła, ciepła, bardzo mądra kobieta. Nawet gdyby nie dopadł mnie ten wyrostek, życzyłabym sobie, żebyś spędził z nią trochę czasu. Bywałam u niej jako mała dziewczynka i dużo jej zawdzięczam. Otworzyła mi oczy na wiele spraw, o których dzisiaj nie uczą w szkołach ani nie można ich sobie wyguglować.

– Jako mała dziewczynka? To musiało być chyba przed wojną.

– No wiesz? – Mama poruszyła się zbyt energicznie, syknęła z bólu. – Nie jestem jeszcze taka stara. Zresztą, porozmawiamy o tym, kiedy już oboje wrócimy do domu. Jestem pewna, że jeszcze zmienisz zdanie o ciotce.

Pożegnali się szybko, bo korytarzem już nadciągał obchód. Łukasz pocałował mamę w policzek; gwałtownie zwilgotniały jej oczy i pociągnęła nosem.

– To alergia. – Ułożyła drżące wargi do uśmiechu. Sprawiała wrażenie jeszcze bardziej bezradnej niż na początku. – Leć już, bo spóźnisz się na pociąg. Napisz koniecznie.

***

Dworzec był zatłoczony jak zawsze w okresie wakacyjnych rozjazdów. Zostało jeszcze sporo czasu, ale ojciec i tak co chwilę wpadał w popłoch.

– Który to peron? Drugi?

– Trzeci.

– Skąd wiesz?

– Właśnie wyświetlili na tablicy.

– Trzeba się upewnić. Zaczekaj tu. – Pan Borowik z mozołem przedarł się do okienka informacji. Wrócił zziajany, ale w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. – To trzeci peron.

– Wiem, tato.

– Dobra, teraz po bilet, szybko!

– Kupiłeś wczoraj. Mam go w kieszeni.

– Prawda. – Ojciec uniósł jedną brew, jakby zdumiewała go własna zapobiegliwość. – Tylko nie zgub.

– Nie zgubię.

– Ty wszystko gubisz. Czekaj… Który to peron?

– Trzeci.

– Nie drugi?

– Sprawdzałeś.

– No tak… Czemu tak stoimy? Jazda, bo zajmą wszystkie miejsca!

Pociąg właśnie podstawiano, sapnęły hamulce. Grupki podróżnych skupiały się przy drzwiach.

– Prędko, prędko! – Ojciec z rozwianą grzywą przegalopował wzdłuż kilku wagonów. – O, tu jest pusty przedział. Wskakuj!

Chłopak wtaszczył ciężki plecak i z ulgą opadł na miejsce w rogu, za zasłonką. Udawał, że nie dostrzega gwałtownej gestykulacji rodziciela na peronie, ale kiedy pan Borowik załomotał pięścią w szybę, musiał się poddać. Z rezygnacją otworzył okno.

– Coś jeszcze, tato?

– Bilet masz?

– Mam.

– Sprawdź!

– Mówiłeś, żeby go nie wyciągać.

– To sprawdź bez wyciągania.

Łukasz wsunął dwa palce do tylnej kieszeni spodni.

– Jest. Nigdzie nie uciekł.

– Zabrałeś ciepłe skarpetki?

– Tak.

– Szczoteczkę do zębów?

– Tak! I niedzielną koszulę też!

– Nie przegap właściwej stacji. – Ojciec nie pozwolił zbić się z tropu. – Jesteś taki roztrzepany.

– Nie mógłbym. Przecież wysiadam na ostatniej.

– Nigdy nic nie wiadomo…

Pan Borowik już nie zdążył rozwinąć tego wątku. Z pierwszego wagonu wychylił się konduktor, przesunął czapkę na tył głowy i ryknął na cały peron, jakby do każdego z podróżnych żywił osobistą urazę.

– Wsia-ać prósz!…

Krótko, po męsku, uścisnęli sobie dłonie. Łukasz zatrzasnął okno; nie miał wątpliwości, że tata w ostatniej chwili przypomni sobie o tuzinie niezwykle ważnych spraw, ale na szczęście pociąg właśnie ruszył.

Już po kwadransie podróży chłopak zaczął dostrzegać także jaśniejsze strony sytuacji. Ostatecznie, to była jego pierwsza samotna wyprawa, i to od razu tak daleko. Prawdziwa przygoda, można powiedzieć. Będzie czym pochwalić się przed kolegami po powrocie. Rozsiadł się wygodniej i patrzył na uciekające za oknami pola i zagajniki. Niespełniony sen o ciepłych krajach doskwierał jakby troszkę mniej.

Z trzaskiem rozsunęły się drzwi i błogostan pierzchnął. Do przedziału wtłoczyło się czterech wesołych młodzieńców, wszyscy w identycznych koszulkach piłkarskich; każdy miał na szyi szal w jedynie słusznych barwach i otwartą puszkę piwa w dłoni. Bardzo głośno śpiewali o tym, kogo nienawidzą, a kogo kochają, potem jeszcze o tym, co zamierzają zrobić policji. Byli raczej przyjacielscy, chcieli nawet, żeby Łukasz napił się z nimi – jakoś udało mu się wymówić. Wreszcie pozasypiali kolejno, a opróżnione puszki potoczyły się pod siedzenia. Zaczął już żywić nieśmiałą nadzieję, że reszta podróży przebiegnie spokojniej, ale właśnie wtedy jednemu z kibiców zrobiło się niedobrze.

Porwał plecak i zrejterował na korytarz, otwartymi ustami łapiąc świeże powietrze. Przycupnął na małym rozkładanym siedzisku, oparł czoło o szybę i wkrótce zapadł w odrętwienie, ukołysany monotonnym stukotem kół.

***

– Kawalerze! Halo, halo, kawalerze!

Ocknął się z nieznośnym uczuciem, że zawalił coś bardzo istotnego. Kiedy się poruszył, zastygłe w niewygodnej pozycji mięśnie karku zareagowały bólem. Wstał, trzask składającego się siedziska rozbudził go do reszty.

– Tylko nie to… – jęknął.

Po drugiej stronie szyby stała ciotka Wanda, rozpoznał ją od razu. Jej głowa ledwie sięgała ponad dolną krawędź okna, pokrytą brązowymi plamkami twarz opromieniał radosny uśmiech. Druciane okulary o maleńkich, okrągłych szkiełkach zsunęły się na sam koniuszek nosa.

– Najwyższy czas, kawalerze! Stukam i stukam. – Na potwierdzenie tych słów uderzyła czymś twardym w ścianę wagonu. – Za chwilę cały skład odstawią na bocznicę.

– Przepraszam – bąknął zmieszany. – Jakoś mi się przysnęło.

– Nic dziwnego, młodość potrzebuje dużo snu – staruszka zgodziła się uprzejmie. – U mnie będziesz sypiał jak suseł, zmiana powietrza zawsze tak działa.

Przeszedł kilka kroków w stronę wyjścia, zatrzymał się, odwrócił powoli. Poczuł, jak miękną mu kolana.

– Skroili mi plecak!

– To znaczy, że ukradli? – Ciotka chyba wspięła się na palce; jej siwa, równo przycięta grzywka sięgała teraz odrobinę wyżej.

– Zwinęli! Rąbnęli! Zakosili!

– Przed wojną na kolei tego nie było – stwierdziła z pełnym przekonaniem. – No cóż, nie psujmy sobie tym humoru.

Łukasz zajrzał do wszystkich przedziałów, ale znalazł tylko śmieci i porzucone gazety. Ze złości na samego siebie chciało mu się płakać. W gruncie rzeczy stracił niewiele – ciuchy, przybory do mycia, trochę pieniędzy – ale nie mógł pozbyć się wizji ojca, który patrzy w milczeniu, z wyrzutem kiwając głową.

Wysiadł skwaszony, nie miał nawet ochoty rozejrzeć się w nieznanej okolicy.

– Dzień dobry, ciociu. – Dopiero teraz przywitał się jak należy, wyjmując ręce z kieszeni.

– Chodźże tu, kawalerze! – Staruszka otworzyła ramiona. – Jesteśmy przecież rodziną. Zmieniałam twojej matce pieluchy.

Pomimo gorąca miała na sobie długą do ziemi spódnicę i czarny wełniany sweter, a na plecy narzuciła chustę z frędzlami. Zamiast zwyczajnej laski trzymała w dłoni jakiś krzywy kostur – wygładzony, gruby kij okuty na obu końcach.

Uściskała krewniaka z niespodziewaną siłą, potem odsunęła go na długość ramion, żeby przyjrzeć mu się lepiej.

– Zmężniałeś, ale jesteś bladziuchny. U mnie nabierzesz rumieńców, w domu cię nie poznają.

Ujęła go pod rękę i poprowadziła wzdłuż peronu, a potem schodami na ulicę. Chociaż stawiała drobne kroczki, poruszała się bardzo żwawo; kostur postukiwał rytmicznie. Zbliżał się już wieczór. W zapadającej szarówce fasady starych kamieniczek prawie nie różniły się jedna od drugiej. Nie rozmawiali po drodze. Chłopak był rozdrażniony, drzemka w pociągu wcale go nie pokrzepiła. Ciotka Wanda dreptała cierpliwie, wzdychała od czasu do czasu i uśmiechała się do własnych myśli.

Nie było daleko. Wysoki gmach z jasnymi plamami po odpadającym tynku górował nad mrocznym już parkiem. Ciężkie skrzydło bramy przy otwieraniu poskarżyło się przeciągłym jękiem. Z klatki schodowej powiało chłodem. Samotna żarówka, zawieszona gdzieś bardzo wysoko, ledwie rozpraszała mrok. Od strony zejścia do piwnicy bił zmieszany zapach myszy, kiszonej kapusty i mokrej cegły. Pod odrapaną ścianą walały się jakieś pudła, stary wózek dziecięcy, kanapa z wyłażącymi sprężynami. Drewniane, kręcone schody o bardzo wysokich stopniach skrzypiały przy każdym kroku, poręcz chwiała się niebezpiecznie. Na półpiętrach przez brudne okna wpadały resztki dziennego światła, gdzieniegdzie brakowało szyb.

Ciotka dostrzegła, jak przygnębiające wrażenie zrobiło to miejsce na Łukaszu. Uspokajająco pogładziła go po ramieniu.

– Wiem, że to nie wygląda dobrze, ale nie myśl źle o mieszkańcach tego domu. Wszyscy są starzy, wielu samotnych. Nie ma komu wykłócać się w administracji o remonty i porządną sprzątaczkę.

Na drugim piętrze chłopak się zasapał, na trzecim rozpiął koszulę pod szyją; na czwartym ciotka musiała go podtrzymać, kiedy poplątały mu się nogi.

– Oho! Kawaler coś słabuje. – Roześmiała się cicho, ale nie było w tym złośliwości. – Już prawie jesteśmy na miejscu.

Ostatni odcinek schodów – wąziutkich i mocno spróchniałych – wiódł stromo w całkowitą ciemność. Staruszka poszła przodem, kostur dudnił głucho. Otworzyła w górze jakieś drzwi, po chwili spłynął stamtąd słaby blask.

– Na poddaszu nikt prócz mnie nie mieszka, naprzeciwko jest tylko strych. Ludzie mówią, że od czasu do czasu słychać tam kroki ducha, dlatego rzadko ktoś mnie tutaj niepokoi. – Uniosła ponad głowę lichtarz z dwiema świecami. – Zapraszam, miły gościu. Czuj się jak u siebie w domu.

To była duża izba z wydzielonym kącikiem na kuchnię. Przy jednej ze ścian sufit schodził ukośnie niemal do podłogi, po przeciwnej stronie przez okno zaglądało gwiaździste niebo. Panował półmrok, płomyczki świec chwiały się lekko.

– Czy można zapalić światło? – Łukasz nie ruszył się jeszcze od progu. Pomacał tapetę przy szerokiej framudze, szukając przełącznika.

Staruszka postawiła lichtarz pośrodku masywnego, okrągłego stołu. Pośliniła palce i kolejno wyprostowała knoty – zrobiło się trochę jaśniej.

– Nie mam elektryczności. Przed wojną używaliśmy lampy naftowej, ale od kiedy zostałam sama, nawet to przestało być mi potrzebne. Lubię ciemność. – Zsunęła chustę z ramion, złożyła starannie i schowała do komody. – Jeżeli ci to przeszkadza, jutro kupimy latarkę.

Ostrożnie przeszedł kilka kroków, każda z desek podłogi wydała inny dźwięk. Teraz, kiedy oczy przywykły do ciemności, widział więcej: w rogu wysoki piec kaflowy, ogromna trzydrzwiowa szafa, rzeźbione łóżko ze stosem poduszek u wezgłowia ułożonych od największej do najmniejszej.

Niedaleko wejścia zobaczył drugie drzwi, bez klamki, zamykane tylko na skobelek.

– Czy mógłbym?… – Z zażenowaniem przestąpił z nogi na nogę. – To była długa podróż.

Ciotka w lot pochwyciła istotę problemu.

– Tam jest komórka. Ustęp w korytarzu. – Zdjęła z wbitego w futrynę gwoździa wielki żelazny klucz.

To była prawdziwa szkoła samozaparcia. Łukasz musiał minąć uchylone drzwi strychu, za którymi kłębił się zatęchły mrok, sforsować antyczną kłódkę, a potem jeszcze odnaleźć na półce w ciasnym pomieszczeniu ubikacji maleńki ogarek z krzywym knotem i zapałki. Bez zaufania zasiadł na drewnianej desce – obawiał się, czy się pod nim nie zarwie.

Kiedy wrócił, łóżko było już zaścielone.

– Jesteś głodny czy chcesz się od razu położyć? – Ciotka z wprawą rozklepała poduszkę.

– Nie mam piżamy…

– Nie przejmuj się, znalazłam coś dla ciebie. Przed laty sypiał w tym jeden z moich chrześniaków.

Łukasz w osłupieniu oglądał obszerną koszulę nocną z szerokim kołnierzem i falbanami u dołu. Chciał zaprotestować, ale w tej samej chwili uświadomił sobie, że i tak nie ma żadnego wyboru.

– Tam możesz się umyć. – Gospodyni skierowała go do kącika obok kuchennego pieca, gdzie pod sterczącym wprost ze ściany kranem stało wiadro i miednica. – Zostawię cię na chwilę, muszę zebrać pranie ze strychu.

Byle jak ochlapał się lodowatą wodą, narzucił przez głowę koszulę i szczękając zębami, wskoczył do łóżka. Naciągnął pod brodę grubą puchową pierzynę, która przesłoniła mu prawie całe pole widzenia. Przy najmniejszym poruszeniu sprężyny materaca brzdąkały i skrzypiały.

Usłyszał, że ciotka wraca. Starając się nie hałasować, postawiła kosz z praniem, na wygasłej płycie pieca przesunęła jakiś garnek, potem przez chwilę szumiała woda. Zbliżyła się cicho, uniosła skraj pierzyny.

– Posuń się, kawalerze – szepnęła – mamy tylko jedno łóżko.

Tej nocy Łukasz przekonał się, że genialny Albert Einstein miał rację: czas naprawdę jest pojęciem względnym. Krótka letnia noc rozciągnęła się tajemniczo jak w okolicach podbiegunowych, gdzie ciemność zapada na pół roku. Stary zegar zdawał się tykać w zwolnionym tempie, od czasu do czasu wysłużony mechanizm krztusił się i wyrzucał z siebie ochrypłe kukanie. Rury w ścianach szemrały i wzdychały, jakby one także tęskniły do świtu. Zza uchylonego okna dochodził szum parkowych dębów i klonów. W pewnej chwili chłopakowi wydało się, że usłyszał skrzypnięcie drzwi strychu; nasłuchiwał strwożony, ale podejrzany odgłos nie powtórzył się już.

Leżał na plecach, z otwartymi oczami. Bał się odwrócić na bok, żeby nie wywołać potępieńczych jęków sprężyn. Bardzo chciało mu się pić, ale na samą myśl o opuszczeniu schronienia pod pierzyną dostawał dreszczy. Ciotka poświstywała obok przez nos. Za każdym razem, kiedy jej oddech cichł na dłużej, Łukasz martwiał ze strachu. Wyobrażał sobie najgorsze rzeczy, które przytrafiają się ludziom w zaawansowanym wieku, ale na szczęście staruszka po jakimś czasie znowu dawała oznaki życia.

Choć zamierzał wytrwać na czuwaniu do świtu, wreszcie zmorzył go ciężki sen. Nie powinien był do tego dopuścić. Śnił, że siedzi zamknięty w ciasnej, mrocznej komórce. Przez szpary w zbitych z desek drzwiach patrzył na rozżarzone palenisko kaflowego pieca. Garbata starucha o twarzy ciotki Wandy rozgarnęła pogrzebaczem węgielki, odwróciła się i odsłoniła w uśmiechu bezzębne dziąsła.

– Cierpliwości, mój tłuściutki kawalerze – zaskrzeczała głosem zegarowej kukułki. – Będzie z ciebie pieczyste pierwsza klasa.

Błagał, walił pięściami w drzwi, ale skobelek nie puszczał. Rozgrzana do czerwoności końcówka pogrzebacza kopciła gryzącym dymem. Spod łóżka wysunął się czarny kocur, wygiął grzbiet, spojrzał na drzwi komórki i oblizał się smakowicie różowym języczkiem.

Kiedy wiedźma wytaszczyła z szafy wielką jak trumna brytfannę, zbudził go własny krzyk.

Był sam; po ciotce zostało tylko ciepłe wgłębienie z drugiej strony łóżka. Na parapecie w blasku słonecznego poranka gruchały gołębie. Zerwał się na nogi z głową jeszcze pełną nocnych zwidów. Chciał skorzystać z okazji i uciekać, byle jak najdalej stąd, ale kiedy podbiegł do drzwi i położył dłoń na mosiężnej klamce, z wolna zaczął wracać mu rozsądek.

Był tylko w koszuli, bosy, bez pieniędzy. Zniknęły ubrania, które wczoraj złożył na krześle przy stole. Wrócił ostrożnie na środek pokoju, starając się nie robić hałasu. Drzwiczki pieca były zatrzaśnięte; musnął palcami zimne kafle i odetchnął z ulgą.

W dziennym świetle to miejsce wyglądało o wiele przytulniej. Choć tapeta o wyblakłym wzorku zszarzała ze starości, a na suficie popękała farba, wszędzie było czysto i schludnie. Pachniało świecami, pastą do podłogi i czymś jeszcze nieznanym – mocno i odurzająco. Pociągnął nosem, rozejrzał się uważniej. Nad kuchenną blachą suszyły się powiązane w pęki zioła, nanizane na nitkę grzyby i kawałki owoców. Po raz pierwszy od przyjazdu pomyślał o jedzeniu. Podniósł pokrywkę stojącego na piecu garnka, ale był pusty. Zamierzał uszczknąć ze sznura kawałek suszonego jabłka, żeby oszukać głód, jednak ledwie wyciągnął rękę, od strony okna dobiegło nieprzyjazne miauknięcie.

Kocur ze snu siedział na parapecie między doniczkami i przyglądał się chłopcu z pozorną obojętnością. Całą swoją pełną godności postawą wyrażał przekonanie, że to on jest tutaj u siebie. Gdyby potrafił mówić, z pewnością zażądałby wyjaśnień. Oblizał się leniwie, a wtedy nagle Łukaszowi zaschło w gardle.

W korytarzu rozległ się odgłos otwieranych drzwi strychu, tym razem to nie mogło być złudzenie. Powróciła nocna groza, ale teraz wszystko działo się na jawie.

– Ranny ptaszek z ciebie, kawalerze! – W progu stanęła ciotka z pustą miednicą opartą na biodrze. – Wyprałam twoje rzeczy, niedługo powinny być suche. Potem pójdę kupić ci coś na zmianę.

Wyobraźnia Łukasza, raz puszczona w ruch, nie dawała się już okiełznać. Pomyślał o marynarskim ubranku z gigantycznym kołnierzem, krótkich spodenkach z szelkami i białych podkolanówkach. Jak przed wojną.

– Może sam wybiorę? – poprosił nieśmiało. – Tata zwróci za wszystko, co do grosza.

– Oczywiście. Właściwie nie bardzo wiem, co teraz się nosi – zawyrokowała rozsądnie. – A o pieniądze się nie martw. Jesteś moim gościem!

Poczuł się trochę raźniej, przynajmniej sprawa przyodziewku zapowiadała się nie najgorzej. Dyskretnie wskazał za siebie, gdzie spomiędzy paprotek wciąż pobłyskiwały nieruchomo kocie ślepia.

– To domownik? – zapytał, bezskutecznie usiłując nadać głosowi swobodne brzmienie.

– Alchemik? Powiedzmy, rezydent. Przychodzi po dachu, przez okno, żeby się wyspać, najeść, a w zimie ogrzać. Nocami załatwia własne sprawy. Nie przejmuj się nim. Nie lubi obcych i bywa obrażalski, ale kiedy już się do kogoś przekona, nie sprawia problemów. Ale, ale! Cóż my tak gawędzimy z pustymi brzuchami? – Zakręciła się przy kuchni, rozdmuchała żar pod blachą. – Siadaj do stołu, zaraz będzie zupa mleczna.

W każdych innych okolicznościach Łukasz zaklasyfikowałby takie danie jako niejadalne, lecz teraz wychłeptał dwa pełniutkie talerze. Kiedy wreszcie odchylił się na oparcie krzesła syty i zadowolony, wszelkie poprzednie niepokoje wydały mu się tak szczeniacko głupie, że ogarnął go wstyd. Zwalił wszystko na karb emocji związanych z nagłym wyjazdem i obiecał sobie w duchu uroczyście, że od tej chwili nic nie wyprowadzi go już z równowagi.

– Miała ciocia rację z tą zmianą powietrza. Spałem jak zabity – skłamał gładko.

– Coś nie wyglądasz mi na to. Masz sińce pod oczami.

– To jeszcze zmęczenie po podróży. – Na gwałt szukał pretekstu do zmiany tematu, który nieopatrznie sam wywołał. Na stole stała oprawna w ramki pożółkła fotografia młodego mężczyzny w mundurze, z rogatywką, przy szabli. Podpis głosił: por. Roman Dobrzyński, 3 Pułk Strzelców Podhalańskich. – A to kto?

– Mój mąż, świętej pamięci. Miałam szesnaście lat, kiedyśmy się pobrali. Wesele było w ostatnią niedzielę sierpnia, a we wrześniu wysłali go na front. Walczył przez całą kampanię, a potem poszedł prosto do lasu. Zginął w zasadzce. – Uśmiechnęła się z łagodnym smutkiem.

Łukasz zaczerwienił się. Nerwowo potarł pod stołem piętą o piętę.

– Przepraszam… Nie wiedziałem. – Pomimo wysiłków jakoś ta rozmowa wciąż układała się źle. Rozejrzał się w popłochu, zatrzymał wzrok na drzwiach komórki. – Co tam jest? Spiżarnia?

– Nie.

– Składzik na węgiel?

– Też nie. – Ciotka wstała, zbierając talerze. – Jeśli nie sprawi ci to różnicy, nie wypytuj mnie o to więcej. Każdy dom ma swoje sekrety i niech tak zostanie.

– Jak ciocia sobie życzy – zająknął się mimo woli.

Podeszła do kredensu i wysunęła szufladę.

W środku zabrzęczały noże.

– Dosyć tych pogwarek, mój kawalerze. Przyszedł czas, żeby przekonać się, jaki jesteś tłuściutki.

Zrobiło mu się słabo, nie miał siły wstać.

– O czym… O czym ciocia mówi?

– O nowych spodniach. – Odwróciła się, wyjmując z szuflady metr krawiecki. – Musimy zmierzyć twój obwód w pasie.

Zakupy znacząco poprawiły Łukaszowi humor. Obawiał się ich trochę, bo ciotka nie wyglądała na osobę zamożną, ale okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Wybrał dla siebie dwie pary porządnych dżinsów, kilka podkoszulków i trochę bielizny; po chwili zastanowienia dołożył też piżamę. Staruszka oparła kostur o kasę i bez wahania wydobyła ze sfatygowanego portfela dwa nowiutkie banknoty z królem Zygmuntem. Zrobiło to na Łukaszu pewne wrażenie; ojciec zwykle odreagowywał takie wydatki bezsennością i brakiem apetytu.

– Dziękuję – wybąkał zażenowany.

– Dla mnie to prawdziwa przyjemność. Nie mam nikogo, komu mogłabym robić podobne prezenty.

– Dlaczego nie miała ciocia własnych dzieci? – spytał beztrosko i niemal od razu zdał sobie sprawę, że znowu wściubił nos w nie swoje sprawy.

Odniósł wrażenie, że ciotka zrobiła się jeszcze mniejsza. Ujęła kostur i bez słowa ruszyła ku wyjściu. Dopiero przy drzwiach sklepu odwróciła się i spojrzała na niego z zakłopotaniem.

– Młodo owdowiałam, a potem nie miałam już głowy do zakładania rodziny. Pochłaniały mnie inne sprawy.

Przez jakiś czas dreptali chodnikiem w milczeniu. Łukasz był przekonany, że sprawił ciotce przykrość. Pakunek z nowymi ciuchami ciążył mu jak wyrzut sumienia. Nie miał pojęcia, w jaki sposób prowadzić rozmowę, żeby nie potykać się wciąż o jej niewesołe wspomnienia. Zaczynał już zżywać się z myślą, że cały pobyt tutaj przyjdzie mu spędzić na kontemplacji ciszy, na szczęście ciotka w porę rozwiała tę posępną wizję.

– Masz