Ludzie przechodni - Piotr Bolc - ebook
Opis

Dawne tajemnice, niezabliźnione rany i brutalne morderstwo

Dawid Szanser dowiaduje się od matki, że ojciec, który ich kiedyś zostawił, teraz wraz z żoną Grażyną zaprasza ich do swojej rezydencji w Rogach, by odnowić zerwane więzy. Nie chcąc sprawić zawodu matce, mężczyzna jedzie więc, spodziewając się najgorszego. Przeczucia go nie mylą. Rodzinna sielanka szybko zmienia się w makabrę, gdy domownicy znajdują zamordowanego ojca. Dawid zaczyna śledztwo.

Piotr Bolc (ur. 1990 r.) – tczewianin, student ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim. Laureat konkursu na opowiadanie kryminalne organizowanego przy Międzynarodowym Festiwalu Kryminału Wrocław 2011. Publikował na portalu Zbrodnia w Bibliotece. Od 2011 roku prowadzi bloga „Dziennik lektury”, na którym dzieli się refleksjami na temat przeczytanych książek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Copyright © Oficynka & Piotr Bolc, Gdańsk 2013

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2014

Opracowanie edytorskie książki: kaziki.pl

Opracowanie graficzne: Piotr Geisler

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce © Mike Mols | Dreamstime.com

ISBN 978-83-64307-71-3

www.oficynka.pl

email:oficynka@oficynka.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1

To samo mieszkanie, niezmieniające się mimo upływu czasu. Nie musiał nawet wchodzić do środka, by wiedzieć, co tam zastanie. Znajome skrzypienie otwieranych z wolna drzwi, ten sam ostry, drażniący zapach kurzu. I wreszcie cisza, przykrywająca wszystko szczelniej niż kurz.

Światło na korytarzu zgasło. Drzwi wejściowe, poruszone przeciągiem, uderzyły głucho o framugę. Zaczął nerwowo wodzić dłonią po ścianie w poszukiwaniu włącznika światła. Stara żarówka zamrugała, a potem rozpaliła się na dobre, rozświetlając ciasny przedpokój.

Minął drzwi od łazienki i pachnącą starością szafę. Skierował się do największego pomieszczenia swojej kawalerki.

Spod zaciągniętych żaluzji przebijało światło ulicznych latarni. Na stoliku kładły się długimi i wąskimi pasami świetlne refleksy. Do stolika dostawiona była zapadnięta ze starości kanapa, nakryta niezbyt czystą narzutą. Ściana naprzeciw przesłonięta była meblościanką, wykonaną z ciemnego drewna. W niszy stało łóżko, zasłane pościelą.

Wyglądało, jakby ktoś tu stale mieszkał. Ale to nieprawda. Nie było go już tutaj od dawna.

Zgasił światło i korzystając z ciemności, zaczął się rozbierać.

Wyglądał na kogoś, kto już w młodym wieku zaczął uprawiać sport: umięśnione ramiona, szeroka, mocno sklepiona pierś, brzuch – płaski, zamknięty z obu stron równymi liniami żeber, pozbawiony śladów otyłości, charakterystycznej dla wielu mężczyzn w jego wieku.

Gdyby jednak dotknąć któregoś z tych mięśni, szybko wyszłoby na jaw, że nie są one wcale takie twarde, jak się zdawało. Stanowiły smutne świadectwo dawnej świetności i mogły oszukać jedynie niewprawne oko.

Rzucił się na łóżko. Brunatne, faliste włosy rozsypały się na poduszce.

Odrzucił ręce do tyłu i dotknął nimi szorstkiej, oklejonej tapetą ściany. Przed oczami wciąż stawała mu dziewczyna.

***

Para ogromnych zielonych oczu, ozdobionych przez dwa cienkie łuki brwi i szeregi długich rzęs, trzepoczących o zarumienione policzki. Mały płaski nos, a niżej pełne usta i łagodnie zaokrąglona broda. Kaskada ciemnoblond włosów o barwie starego brązu opadająca fantazyjnie na nagie łopatki. Wcięta talia. Szerokie biodra z miskami jędrnych pośladków.

— Dzień dobry — wyszeptał do jej ucha.

Dziewczyna kilkakrotnie zwilżyła mu szyję czułymi pocałunkami, a potem z rozkosznym mruknięciem przywarła do jego boku. Miał ochotę rozpłakać się z rozkoszy, gdy poczuł, jak cudownie miękkie jest jej ciało.

Objął ją ciasno swoim ramieniem. W odpowiedzi pocałowała go w usta i złożyła głowę na jego piersi.

— Było nieźle, nie? — zagadnął.

W jego uszach rozbrzmiał jej śmiech, dźwięczny i czysty. Zmarszczył czoło, gdy poznał w nim nutkę drwiny.

Pocałowała go w usta po raz ostatni. Wtedy podniosła się i usiadła obok niego na łóżku, kładąc pośladki na złączonych stopach. Wierzchem dłoni pogładziła go po obrośniętym brzuchu. Na jej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech kobiecej dumy, wyrozumiały i okrutny zarazem. Spostrzegła, w jaki sposób widok jej ciała podziałał na leżącego obok mężczyznę. W jego zmęczonych oczach, w poznaczonej płytkimi bruzdami twarzy dostrzegła głód, chęć posiadania.

Spojrzała na zegar. Późna godzina odebrała jej ochotę na poranne pieszczoty. Przesunęła się zgrabnie na krawędź łóżka. Stopy wbiła w ranne pantofle.

Zegar wskazywał szóstą piętnaście.

Nagle sprężyny łóżka ostrzegawczo zaskrzypiały, a materac uniósł się i opadł jak morska fala. Poczuła na szyi jego gorący oddech. Kątem oka dostrzegła spaloną słońcem dłoń, wyłaniającą się spod jej pachy.

Wykręciła się z jego objęć zdecydowanym, szybkim skrętem ciała.

Na miękkich i delikatnych placach zdążyła jeszcze odczuć szorstkość jego policzka.

— Jak ja sobie poradzę bez ciebie… — powiedział cicho, ze słyszalną w głosie nutą skargi.

Nie odpowiedziała. Rzucił się więc z powrotem na łóżko. Obrócił głowę w bok i zaczął przypatrywać się dziewczynie, chodzącej nago po pokoju. Obserwował z zainteresowaniem, w jaki sposób jej pośladki unoszą się na przemian i opadają, kiedy pochyla się, żeby zebrać należące do niej części garderoby, minionej nocy porozrzucane przez nich po podłodze.

Podniósł się powoli z łóżka, gdy trzask zamykanych drzwi oznajmił, że dziewczyna znalazła się w łazience. Ubrał swoje kalesony. Podszedł do okna, przesłoniętego szarą tandetną firaną. Splótł ręce na piersi i patrzył przez chwilę na pogrążone w ciemności obskurne podwórko.

Podszedł do szafki nocnej. Obok zegara, wskazującego teraz szóstą trzydzieści, stała do połowy opróżniona butelka szampana. Przechylił ją. Odrobina musującego alkoholu polepszyła mu humor.

Oparł się o ścianę obok drzwi od łazienki. Wsłuchiwał się z uwagą w mlaśnięcia, jakie czyniły jej nagie stopy na wilgotnych kafelkach. Słuchał ich tak intensywnie jak ktoś, kto wie, że wkrótce ma ogłuchnąć i dlatego stara się zapamiętać, ile tylko się da. On nie miał wkrótce stracić słuchu. On miał wkrótce stracić ją.

Usłyszał, że woda w kranie została zakręcona. Mlaśnięcia bosych stóp rozległy się ponownie. Urwały się tuż za drzwiami.

Stanęła w nich w samej bieliźnie. Spojrzała na niego niechętnie. Chyba nie podobało jej się, że tam stał.

— Mogę dziś wieczorem do ciebie przyjść? — zapytał, pełen naiwnej nadziei, przybliżając się do niej jeszcze bardziej.

— Dziś wieczorem on i ja mamy randkę — odparła, kończąc ubieranie w progu łazienki. Nie patrzyła mu w oczy, ale nie wyglądała też na bardzo zmieszaną. — Mam co do niego poważne plany. On co do mnie też. Sam widzisz. Nie mogę się już z tobą więcej spotykać.

Spoglądał na nią przez chwilę w całkowitym milczeniu. Tymczasem ona zdążyła się ubrać i zrobiła ruch, który świadczył, że chciała wyjść z łazienki. Przesunął się pokornie, żeby zrobić jej miejsce. Obejrzał się, gdy była za jego plecami. W myślach w ostrych słowach wyrzucał sobie słabość, to, że bez walki pozwala jej odejść. Prawdziwy mężczyzna na pewno by na to nie pozwolił.

Wszedł za nią do sypialni.

— Ubierz się — powiedziała do niego ostro. — Zaraz będę musiała wychodzić. Przecież masz swoje mieszkanie. Masz dokąd pójść.

Myśl o mieszkaniu przyprawiła go o lekki dreszcz. Nie chciał tam wracać. Tym bardziej bez niej.

— Wiem, że mam jakieś tam mieszkanie — odparł z rozdrażnieniem w głosie. — Pająki zdążyły uwić w nim spore gniazdko.

— To idź i je zerwij! — wtrąciła opryskliwie. — Słuchaj, czy ja muszę zawsze we wszystkim ci pomagać? Nie jesteś dzieckiem!

— A w czym ty mi niby pomogłaś?

— Stale wyciągasz ode mnie pieniądze.

— Pieniądze… — prychnął pogardliwie, zbliżając się do szafki nocnej. Tym razem szampan tylko jeszcze bardziej go rozdrażnił. — Wszyscy ciągle mówią mi o pieniądzach. Takie czasy nastały. Demokracja pieniądza. Dziewczyno, do grobu pieniędzy nie zabierzesz…

— I popijasz sobie mój alkohol! Dawaj to! Cały barek mi wypiłeś, ty pijaku!

— A mnie wcale nie chodzi o pieniądze — kontynuował swoją myśl. — Wcale. Ani trochę.

— Tak, wcale! To ty najbardziej lecisz na kasę z nas wszystkich! Dawaj już tę butelkę!

— Ja lecę na kasę? Ja? A jak ja żyję? Kiedy ostatni raz coś nowego kupiłem? No? Kiedy ostatni raz widziałaś na mnie nowe spodnie? Albo nową koszulę? Czy to nazywasz dobrym życiem?

— Ty już nie narzekaj! Stary ci daje! Stary dał ci wszystko!

— Tak? A wiesz, ile ostatnio mi przysłał? Nic!

— Bo widzi, gdzie to ląduje!

— A gdzie to ląduje?

— Tu! — powiedziała, wskazując ręką butelkę szampana, którą przed chwilą odstawiła na miejsce.

— Nie bądź śmieszna! Wiesz, gdzie naprawdę lądują te pieniądze? Tu lądują! — powiedziawszy to, klepnął ją wymownie po odzianym w levisy krągłym biodrze.

Twarz dziewczyny okryła się purpurą.

— Jak śmiesz! — wycedziła przez zęby.

— Udajesz niewiniątko? Myślisz, że nie wiem, czemu właśnie wokół mnie się zakręciłaś? Bo mam bogatego starego! I ty mówisz, że ja cyckam rodziców? A ty nie chciałaś mnie wycyckać?

— Nie bądź bezczelny! Co ty mi takiego dałeś? Wyciągałeś tylko ode mnie kasę, ile się da!

— Poniósł wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Tak, to był słaby interes dla ciebie, więc wchodzisz w nowy…

— Jeżeli chcesz to usłyszeć, no to dobra: poznałam cię jako kolesia świetnie ubranego, z samochodem i dużym mieszkaniem w dobrej dzielnicy. Nie minęło wiele czasu, a to wszystko szlag trafił! I co ja mam zrobić z takim facetem? Do tego wiecznie ta twoja zazdrość, pilnowanie, czy nie mam aby jakiegoś nowego chłopaka! A mam! Co, mam razem z tobą zarzucić sobie pętlę na szyję?

— Nie martw się, ty umiesz się nieźle ustawić…

— Skoro to już wiesz, to czego tu jeszcze szukasz? Wynoś się!

Pokręcił głową ze zniecierpliwieniem. Spojrzał na łóżko. Rozrzucona w nieładzie pościel sprawiła, że do głowy przyszła mu niewesoła myśl.

— Czy to wszystko musi się kończyć w ten sposób? — zapytał, zmieniając ton na łagodniejszy.

— To znaczy jak?

— No, takim pobojowiskiem.

— Tak się zazwyczaj kończą znajomości z baru…

— Ja ciebie wcale nie uważam za znajomość z baru.

— A ja ciebie tak. Jeśli o to chodzi, to jesteś typowy. Uwierz mi, mam w tym doświadczenie. Wiesz co? W każdym facecie z baru siedzi coś takiego… Coś, co nim kieruje. Coś, co on próbuje wyrzucić z siebie, ale nie może. I w tobie też to siedzi. Nie wiem, co to jest. Ale ty na pewno wiesz.

Coś w jego gardle zadrżało. Może to było to „coś”, co, korzystając ze sposobności, próbowało zdradziecko się ujawnić? Czy może sobie pozwolić, żeby w chwili wzruszenia dopuścić do wyjawienia tej dziewczynie wszystkich swoich sekretów? Czy zasłużyła na to, żeby się przed nią obnażył ze swoich żalów, szaleństw i fobii? To nie jest dziewczyna godna zaufania. Ale kto jest godny? Stary jest godny zaufania? Matka? Ale, z drugiej strony, czy nie lepiej odsłonić się przed dziewczyną, która i tak za chwilę odejdzie? Której nie trzeba będzie do końca życia patrzeć w oczy ze świadomością, że ona wie? Zresztą, ją to wszystko pewnie niewiele obchodzi. Ona ma nowy cel, nowy plan.

Nie może jej powiedzieć. Musi próbować zdusić to w sobie, tak jak skutecznie dusił do tej pory. Nikt nie może wiedzieć, dzielić z nim jego bólu. Tak będzie bezpieczniej.

— Kim jest ten twój nowy? — zapytał, zmieniając temat. Wiedział, że przyznaje się tym samym do porażki. Nie uda mu się jej dla siebie uratować. Nie starczyło mu siły. Już nie pierwszy raz nie starczyło mu siły.

— To dobry chłopak. Młody, młodszy ode mnie, ale odpowiedzialny. Będzie potrafił o mnie zadbać. O ile będzie mnie słuchał.

— To dobrze. Nie chcę, żebyś znowu trafiła na kogoś takiego jak ja — powiedział pojednawczo. Uznał, że samokrytyka zabrzmi lepiej.

— Potrafię uczyć się na błędach.

— No, dałem ci dobrą szkołę… A czym on się zajmuje?

— Budowlaniec. Bardzo pracowity.

Przez chwilę zastanawiała się nad czymś intensywnie. W końcu podjęła decyzję. Twarz jej promieniała zadowoleniem, kiedy mówiła:

— Wiesz, chciałam ci nie mówić, ale co tam! On zabiera mnie do RFN! Wyjeżdżamy tam na stałe!

Trochę zbiło go to z tropu.

— On ma tam robotę? — zapytał po chwili.

Skinęła głową.

— To fajnie. Jedź. Nie ma czego żałować.

— No, ja przecież niczego nie żałuję!

Westchnął ciężko. Pochylił się nisko, zbierając swoje rzeczy z podłogi. Wkładając na siebie ostatnie części garderoby, myślał z goryczą, że brutalność tego wszystkiego przechodzi jego wytrzymałość.

— Nie powiesz mi nic miłego na koniec? — spróbował po raz ostatni, zbliżając się już do drzwi wyjściowych.

Dziewczyna wydęła wargi w pobłażliwym uśmiechu.

— Mój biedny romantyk nie będzie miał z kim spać…

***

No i nie miał. Stracił ją na zawsze. Znowu został sam.

Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, jak ważne w jego życiu były kobiety. Kiedy miał jakąś przy sobie, z miejsca stawała się dla niego centralnym punktem odniesienia. To dla niej organizował swój czas, to jej zachciankom się podporządkowywał, ale też ona mówiła mu, co ma robić, i popychała do działania. Teraz tego zabrakło i czuł się jak roślinka schowana do ciemnicy, gdzie nie ma ani wody, ani światła. Nie był zdolny do niczego. Nie mógł żyć.

Uliczna latarnia na chwilę zgasła i cały jego mały świat utonął w ciemności. Mrok był tak gęsty, że miał wrażenie, jakby oczy obrosły mu błoną. Zdawało mu się, że porusza gałkami w górę i w dół, ale nie mógł odnaleźć żadnego jaśniejszego punktu, żadnego rozpoznawalnego obiektu, którego ujrzenie stanowiłoby dowód na to, że naprawdę nimi poruszał.

W oddali słychać było jedynie miarowy szum lodówki. Poczuł, że stare demony zaczęły znowu kołatać do jego głowy.

Chciało mu się krzyczeć, ale w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć. Wokoło były tylko ciemność i cisza, przyduszające go do łóżka obopólną siłą. Jego serce kołatało w piersi coraz szybciej i szybciej, jakby wietrzyło niebezpieczeństwo. Każda komórka jego ciała wzywała go, by uciekał stąd jak najprędzej.

Zmusił się, by wstać z łóżka, i pośpiesznie podszedł do okna. Okrzyk przerażenia targnął jego piersią. Na ulicy nikogo nie było! Świeciły się tylko wystawy sklepowe, lecz nie było widać stojących pod nimi ludzi. Całe miasto wymarło, zostawiając go samego z jego bólem.

Przejeżdżający samochód oślepił go niespodziewanym błyskiem. Nagle zobaczył swoje palce ześlizgujące się po kierownicy, stopę szaleńczo wciskającą hamulec, a wreszcie inne auto rozbijające się o maskę jego wozu. I zanim głowa uciekła mu w bok, uderzając o boczną szybę, usłyszał jeszcze szaleńczy ryk klaksonów, pisk opon i własny zduszony krzyk.

Otrząsnął się gwałtownie z zamroczenia i znowu zobaczył znajome ściany swojego nędznego pokoju.

Wypadek, ten okropny wypadek! Przesunął palcami po świeżej bliźnie, ukrytej pod falistymi włosami. Kobieta w drugim samochodzie miała mniej szczęścia, odniosła poważniejsze obrażenia. Ale dowiedział się o tym dopiero po wypadku, gdy wytrzeźwiał.

Przez to cofnęli mu licencję detektywa. Na zawsze. Przez jeden pieprzony wybryk. Przyjdzie mu sprzedać nowe biuro, z którego na dobrą sprawę jeszcze nie zdążył skorzystać. Wiedział, że kwota uzyskana ze sprzedaży nie pokryje w całości pożyczki, którą zaciągnął na jego otwarcie.

Znękaną twarz znowu przycisnął do pościeli. Wystarczyło, że na moment spuścił powieki, a jego umysł mimowolnie zaczął podsuwać mu obrazy z dzieciństwa, których całe życie bezskutecznie próbował się pozbyć.

I znowu stał się kilkuletnim chłopcem, który w kolejną samotną noc opłakuje gorzkimi łzami ojca, od którego dzieliła go wielka przestrzeń Morza Bałtyckiego i Północnego. Wtedy, na Okęciu, wszyscy podziwiali jego spokój. Sądzili, że to zasługa ich kłamstw i pustych obietnic. Jego spokój natomiast brał się z czegoś zupełnie przeciwnego — on doskonale wszystko rozumiał. Wiedział, jak to zawsze dzieci, że dzieje się coś ważnego. Dowodem na to, że rozumiał, była niespokojna, pełna łez noc po tym, jak już bez ojca powrócili z matką do domu. Po prostu wiedział, że ojciec już nigdy do nich nie przyjdzie. I nie przyszedł.

Tak naprawdę nigdy go nie poznał. Jego widok na lotnisku to jedyne wspomnienie z nim związane. Ojciec nie wrył mu się w pamięć niczym innym. Nie wiedział, jak to jest być z nim, nie miał więc trudności, żeby o nim zapomnieć. Problem w tym, że nigdy nie dało się zapomnieć do końca. Często zdawało mu się, że już się od niego ostatecznie uwolnił, kiedy nagle łapał się na tym, że pod wpływem czegoś zaczyna o nim znowu myśleć. A myślenie o nim sprawiało ból.

Matka, choć mało pracowała, potrafiła utrzymać ich małą rodzinę. Prawie nie odczuli pogorszenia sytuacji finansowej po wyjeździe ojca. Żyli nawet zdecydowanie lepiej niż większość sąsiadów. Nigdy nie mógł pojąć, jak jej się to udawało. To był prawdziwy cud. Nie bez znaczenia była też materialna pomoc od licznych przyjaciół ojca, którzy po jego wyjeździe stanęli na wysokości zadania. Sam wielokrotnie widział, jak jeden z nich dawał mamie w kuchni pieniądze.

Im był starszy, tym bardziej się od matki oddalał. Czuł, że różni się od niej zachowaniem, sposobem myślenia, tak jak mężczyzna różni się od kobiety. Często więc włóczył się po mieście w poszukiwaniu mężczyzn. Byli dla niego czymś w rodzaju wzorca, którego w domu był pozbawiony. Chciał wiedzieć o nich wszystko — jak wyglądają, jak się zachowują.

Na samym początku nawinęli mu się ci, którzy zawsze są pod ręką — uliczni chuligani. Szybko jednak przekonał się, że do nich nie pasuje, co zresztą sami dali mu boleśnie odczuć. To była jedna z pierwszych jego poważnych życiowych porażek — oto są prawdziwi mężczyźni, czyli ci, którzy „rządzą” ulicą, których czasami zgarnia milicja, do których on aspiruje, a okazuje się, że jest na to zbyt słaby. To bolesne doświadczenie po raz pierwszy pozwoliło mu zwątpić w siebie.

Jeżeli nie ulica, to istnieje jeszcze tylko jedno miejsce, w którym można w dużej ilości znaleźć prawdziwych mężczyzn. Długo pamiętał swoją pierwszą wizytę w jakiejś podłej knajpie na uboczu. To był zupełnie inny świat. Z szeroko otwartymi oczami chłonął obraz robotników w przepoconych kufajkach, ich parujące głowy, rozbłysłe uniesieniem oczy i te niesamowite, nieporównywalne z niczym opowieści, które wywrzaskiwali z siebie jeden przez drugiego.

Nie byli tak groźni i niebezpieczni jak tamci. Byli do pewnego stopnia śmieszni. Ale swojscy. I przyjaźni.

Otrząsnął się w porę z tych myśli. Wstał i na szafce dostrzegł zwitki banknotów. Wziął je do ręki i ścisnął mocno. Od planów kiełkujących w umyśle żywiej zabiło mu serce. Poczuł przypływ energii.

Uświadomił sobie, jak bardzo przydałby mu się łyk alkoholu. Po głowie chodziła mu pewna znajoma knajpka z tymi samymi stolikami i z tymi samymi twarzami ludzi takich jak on. A może będą też tam młode i ładne dziewczyny, które jeszcze go nie znają?

Roześmiał się, świadom swojego cynizmu.

Zbiegał po schodach jak szaleniec. Nie zwracał uwagi na to, ile robi hałasu, w środku nocy przeskakując naraz po kilka stopni. Na nic nie zwracał uwagi, o niczym nie pamiętał. Nie wiedział nawet, czy zamknął drzwi od mieszkania. Liczył się tylko zwitek banknotów w kieszeni i to straszne podniecenie, z którym trzeba było natychmiast coś zrobić.

Ale gdy wypadł z klatki schodowej i jego odkrytą głowę owiał chłodny listopadowy wiatr, poczuł, jakby nagle uszło z niego powietrze. Zdezorientowany, rozejrzał się wokoło, szukając przyczyny zmiany swojego nastroju. Z wyjątkiem ulicznych latarń, rozświetlonych okien i neonów całodobowych sklepów nikt nie zwracał na niego uwagi. Więc co się stało? Tego nie mógł odgadnąć. Wiedział jedynie, że po wyjściu z klatki schodowej owładnęło nim idiotyczne przerażenie.

Nie, nie mogę tam iść. Nie po tym, co się stało — pomyślał. — Raz już otarłem się o śmierć. Wystarczy.

Wsunął ponownie dłoń do kieszeni, jakby w nadziei, że papierki, które pomogły mu opuścić mieszkanie, nagle zniknęły. Ale banknoty wciąż tam były. Wydobył je na zewnątrz i zaczął na nowo przeliczać.

— No nie, to przecież na nic mi nie starczy! — mruknął, chowając znów pieniądze.

Wiedział, że głęboko w nim chowa się coś, co ma na wiele spraw inne zdanie niż on. Tak było i tym razem — to coś było zdania, że ta garść papierków jednak na coś wystarczy. Niestety, na ogół z tym czymś ciężko było dojść do porozumienia. Jeżeli się na coś uparło, tak jak teraz, to nie było na nie siły. Jeżeli więc robił coś wbrew niemu, to wtedy to coś, pozornie tolerując jego pomysł, tak boleśnie dawało mu do zrozumienia, że jest z niego niezadowolone, tak go wierciło, że nie było rady — musiał w końcu ustąpić. Ale gdy on i to coś wewnątrz stanowili jedność — wtedy było dobrze. Czasami bardzo dobrze. Do czasu jakiejś nowej katastrofy.

Nagle drogę przeciął mu rozpędzony motocykl, który wypadł niespodziewanie zza rzędu samochodów zaparkowanych na ulicy.

Był tak zdezorientowany, że nawet nie zdążył zakląć ani pogrozić pięścią malejącym w oddali plecom.

Nie wiedział też, jakim cudem znalazł się nagle na środku ruchliwej ulicy. Napawało go to przerażeniem.

Szybko wrócił na chodnik.

Od czasu wypadku zdarzało mu się myśleć o swojej śmierci. Wyobrażał ją sobie właśnie tak: środek ulicy i on pod kołami samochodu.

Miał kiedyś kumpla, dużo starszego od siebie. Ten kumpel, nauczyciel, gdy wyszedł ze szkoły w Dniu Nauczyciela, był już lekko podchmielony i tak rozochocony, że rozpoczął trwający całą noc obchód po knajpach. Ta wędrówka skończyła się nagle i tragicznie na pewnym skrzyżowaniu.

Czasami trapiło go przeczucie, że skończy tak samo.

Z drugiej kieszeni wysupłał niemiłosiernie pogiętego papierosa. Wepchnął go sobie między wargi i pochylił się nad dłonią, w której błyskał płomyk, targany przez listopadowy wiatr, który nie mógł widocznie znieść, że pod jego panowaniem istnieje coś tak wątłego jak ten ogień.

Ten płomyk musi stale z czymś walczyć. Zupełnie jak ja — pomyślał, zapalając papierosa.

Nad papierosem uniosła się wąska strużka dymu. Zapalniczka powędrowała z powrotem do kieszeni.

Chciwie nabrał w płuca gorzkiego dymu. Zaciągnął się zbyt mocno. Kilkakrotnie targnął nim silny kaszel. Za to lekki zawrót głowy pomógł na chwilę przegnać z głowy ponure myśli.

Odwrócił się, bo usłyszał za plecami podniesione głosy. W ciemności rozpoznał sylwetki dwóch młodych ludzi. Jeden z nich, mocno pijany, potknął się na schodach i zaklął głośno i wojowniczo. Drugi w porę pochwycił go, chroniąc przed bolesnym upadkiem. I tak szli dalej, spleceni w uścisku i chwiejni.

Odszedł, nie oglądając się już więcej za nimi. Przypominały mu się jego powroty. Nie zawsze miał tyle szczęścia, co ci dwaj. Nieraz wypadało mu spędzać noc na ulicy, w rowach albo klatkach schodowych obcych domów. Dawno już tego nie było.

Nie wiedział, dokąd idzie.

Stare Miasto o tej porze było wyludnione. Jedynie światła lamp i telewizorów, przebijające się przez zasłonięte okna, zdradzały ukrytą obecność ludzi. Wokół było cicho, a ciemność, wyzierająca z ponurych zaułków i wąskich uliczek, nie dawała się rozproszyć przez migotliwy i skąpy blask ulicznych latarń. Nigdzie nie było żadnej ludzkiej twarzy, ani dobrej, ani złej.

Ale nie mogło to trwać długo. W oddali ujrzał silne, zachęcające światło knajpy. Znajomej knajpy. Przed wejściem stał niski, ale krępy mężczyzna w swetrze, trzymający w drżącej z chłodu dłoni papierosa. Przez chwilę obserwował go z pewnej odległości, starając się przebić zasłonę nocy. Poczuł, że serce poruszyło mu się niespokojnie, gdy nalana twarz mężczyzny wpadła w krąg światła. Znał tego człowieka. Gdyby ten go zauważył, nic nie uratowałoby go przed nocą na ulicy lub w rowie.

Oddalił się szybko.

Uciekał długo, we wzburzeniu nie rozpoznając domów, placów i ulic, jak gdyby stanowiły część nieciekawego filmu, a nie rzeczywistości. Nogi niosły go naprzód, bez celu i bez końca.

W końcu opadł z sił. Plecami oparł się o stary ceglany mur, opleciony nisko pochylonymi drzewami, o nagich i ponurych gałęziach, w listopadową noc tęskniących do miłego ciężaru liści i owoców. To, co się stało z tym miłym ciężarem, oblepiało wilgotną, gnijącą masą rozsypujący się mur.

Zapach butwiejących liści zawsze wywoływał u niego smutek.

Zza muru, z rozchylonych okiennic technikum mechanicznego dobiegały jakieś przytłumione odgłosy. Nie tylko on nie spał tej nocy.

Lekki wiatr, wyskakujący zza rogu ulicy, jednym śmiałym pociągnięciem zdjął mu kroplę potu z czoła.

Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Nie może pójść do tego baru. Nie może wrócić do mieszkania. Nie może wrócić do niej. Czuł, że narasta w nim panika.

Postanowił myśleć o dziewczynie. To bolesne, ale lepiej myśleć o dziewczynie niż o barze. Myślał o ich wspólnych planach na przyszłość, jakże teraz odległych i śmiesznych. O tym, jak szybko je porzucił. Wtedy, przy niej, była w nim chęć zmiany. A już zwłaszcza po wypadku. Ale ona chyba nie starała się go zmieniać. No i stare nawyki okazały się silniejsze, a choć bolał nad tym, to nic nie mógł na to poradzić.

Lekki, w miarę ciepły deszcz zamglił na chwilę niebo. Głębokie pęknięcia w asfalcie pod jego stopami wypełniły się brudną wodą. Ziemia, wypychająca duże, szare płyty chodnikowe, zaczynała zmieniać się w lepiące się do butów błoto.

Nie zważał jednak na to. Szedł szybko, skręcając raz po raz w kręte uliczki.

Facet przed barem poznał go dopiero wtedy, gdy stanął przed nim.

— A, cześć, Dawid! Dawno cię tu nie było!

2

Następnego dnia ze snu wyrwało go natarczywe dzwonienie telefonu. W pokoju było ciemno, trwała jeszcze noc, a jemu wydawało się, że spał tylko przez chwilę ciężkim, pijackim snem. Powolny i otępiały przesuwał się na brzeg łóżka, usiłując wstać. Ręką natrafił na pościel zarzyganą tanim czerwonym winem. W pierwszej chwili pomyślał, że to jego krew.

Szedł przez pokój ciężkim, niepewnym krokiem, co chwilę łapiąc się ściany. Nie był w stanie skupić myśli. W głowie huczały mu echa niedawnych rozmów, jakieś nieskładne krzyki, soczyste przekleństwa, pijackie śmiechy, piski dziewczyn… Szaleństwo. Całą siłę woli wkładał w to, żeby choć na chwilę te nieznośne echa uciszyć. Bo dzwonił telefon. Bo było mu niedobrze.

Złapał za słuchawkę telefonu. Przeląkł się na widok swojej ręki, trzęsącej się jak po zbyt ciężkim wysiłku. Jego kolano uderzyło o stolik, na którym stał aparat telefoniczny, ale prawie nie poczuł bólu. Poczuje go dopiero, gdy wytrzeźwieje. Podnosząc powoli słuchawkę do ucha, zamknął oczy, by wykonać ostateczną próbę opanowania pląsających myśli. Wtedy poczuł, jakby z szaloną prędkością zaczął spadać w mroczną czeluść. Otworzył oczy w ostatniej chwili, gdy już niewiele pozostało do dna.

Powiedział coś do słuchawki, zdziwiony zmienioną nie do poznania barwą swojego głosu. Osoba po drugiej stronie linii, wcześniej dzwoniąca tak natarczywie, teraz na chwilę zamilkła. Z zakłopotaniem podrapał się po skłębionej czuprynie, a potem z nieco lepszym skutkiem ponowił pytanie:

— Dawid Szanser, słucham?

— Dawid — usłyszał w odpowiedzi głos matki. — Masz tak zmieniony głos, że w pierwszej chwili pomyślałam, że pomyliłam numer. Kochanie, czy coś ci się stało? Jesteś może chory?

— Tak, jestem trochę chory — wycharczał do słuchawki. Nie chciał zdradzić matce, co tak naprawdę robił nocą. Zdawał sobie sprawę, że ona czasami więcej się domyśla, niż mówi, ale chciał uniknąć przynajmniej nieprzyjemnych reprymend. Nie jest małym dzieckiem, sam wie, czy zrobił coś dobrze, czy źle, i nikt nie powinien go oceniać. Zwłaszcza teraz.

— Czy to coś poważnego? — indagowała dalej matka. To osoba, która jeżeli czegoś się uczepi, to nie ma rady.

— Nie, to nic takiego. Zwykłe przeziębienie — skłamał.

Miał wrażenie, jakby każdy płat jego skóry parował alkoholem. Czuł go dosłownie wszędzie. Napawał go obrzydzeniem.

Z otępienia brutalnie wyrwało go brzmienie własnego imienia, powtarzanego raz po raz.

— Mamo, słucham cię — przerwał jej, nie kryjąc się już z rozdrażnieniem. Może przez to starsza pani zrozumie, że nie ma ochoty z nią teraz rozmawiać.

— Dawid, nie wiem, co się z tobą dzieje, ale musisz być jutro zdrów. Połóż się do łóżka i odpoczywaj! Bo nie wiem czy wiesz, ale ojciec i Grażynka zapraszają nas do siebie.

Na dźwięk tego imienia znów zobaczył to lotnisko. Zobaczył też dwie grupy ludzi: pierwszą, żegnającą swoich najbliższych przed lotem do Londynu, w której stała matka i on, i drugą, czyli pasażerów idących w stronę samolotu, oczekującego na pasie startowym. W tej grupie był ojciec, już wtedy po rozwodzie z matką. Ale ojciec nie leciał do Londynu sam. Towarzyszyła mu piękna, niemal dwa razy od niego młodsza brunetka, Grażyna. To dla niej ojciec rozstał się z matką.

— Oni nas zapraszają? — wybełkotał zdziwiony. Od czasu wspomnianego odlotu nie widział ich więcej na oczy.

— Tak, wyobraź sobie. Sama byłam zaskoczona, gdy do mnie zadzwonił. Ile razy ja próbowałam się z nim skontaktować! Nie masz pojęcia! On tylko pieniądze i pieniądze, ale ja nie chciałam tylko jego pieniędzy. Ja chciałam z nim zwyczajnie porozmawiać albo żeby chociaż odpisał na moje listy. No i w końcu straciłam nadzieję. A tu, wyobraź sobie, takie zaskoczenie! Nie myślałam, że kiedykolwiek dożyję takiego cudu.

— A ty chcesz do nich pojechać? Do Warszawy? Bo oni teraz w Warszawie mieszkają?

— Nie, nie do Warszawy. Oni kupili przed rokiem starą rezydencję w Rogach i właśnie tam nas zapraszają. Ja nie mam nic przeciwko. Przecież od zawsze chciałam się z nim spotkać. Trzeba więc skorzystać, póki jeszcze jest niezła pogoda. Pamiętaj, że to w końcu listopad.

— Rób, jak chcesz — powiedział. Ta nieoczekiwana wiadomość, wydająca się na pierwszy rzut oka bardziej cudem niż czymś realnym, sprawiła, że na chwilę zapomniał o tym, jak źle się czuje. Poczuł, że odzyskuje sprawność umysłu. — Ale ja nie myślałem — dodał — że ty mogłabyś się na to zgodzić. Ja nie wiem, jak ty tam z nią wytrzymasz. Chyba jej nie lubisz, co? Ja też nie wiem, jak ja tam z nią…

— Ja dziś nie patrzę na to tak, jak kiedyś. Dzisiaj jest inaczej, świat się zmienia. Ja nie chcę już tego oceniać. Sami powinni wiedzieć najlepiej, czy zachowali się wobec nas w porządku, czy też nie. Pamiętaj, że ojciec pomagał nam finansowo, o ile tylko mógł. Doceń, ile dla ciebie zrobił. A jeżeli chodzi o inne kwestie, to właśnie nadarza się okazja, żeby rodzina zebrała się i wszystko sobie wyjaśniła.

Słuchał słów matki z rosnącym zdumieniem. Nigdy jeszcze nie wypowiadała się tak na ten temat. Podejrzewał, że gdyby ojciec zadzwonił z taką propozycją jeszcze rok temu czy dwa, to pewnie nie zgodziłaby się tak łatwo, żeby spotykać się z nim w jej obecności. To dobrze, że starzy ludzie się godzą. Ale do czego on im tam potrzebny?

W słuchawce znowu rozległ się głos matki:

— Wiesz, ja nawet cieszę się, że zadzwonił, bo myślę, że oni chcą się z nami zwyczajnie pogodzić. Już stoję nad grobem i po co mam robić takie rzeczy? Ja i ojciec wiele razem przeszliśmy. Chciałabym go znowu zobaczyć.

— Pytanie, czego on od nas chce. Czy to nie było przypadkiem tak, mamo, że poczuł się tak zmęczony ciągłymi naciskami z twojej strony, że postanowił spełnić twoje prośby dla świętego spokoju?

— Ale mnie wcale nie interesuje jego motywacja. To jego sprawa, po co to robi. Ja nie liczę na to, że on nagle ją rzuci i wróci do mnie. To jest już dla mnie zamknięty rozdział, do którego nie chcę wracać.

— W takim razie, czego od niego chcesz?

— Chcę go zobaczyć. Spojrzeć mu w oczy. Porozmawiać z nim. Wtedy opuścił nas tak nagle, że nie było okazji do wyjaśnienia sobie wielu ważnych spraw. Mówiłam ci już, że stoję nad grobem i nie chcę do niego jechać z nienawiścią w sercu. Chcę mu przebaczyć. Ale on musi mi dać szansę, żebym mu mogła przebaczyć. Musimy oboje coś sobie wyjaśnić. Bez tego nie będę mogła w spokoju odejść. A ty nie chcesz go zobaczyć?

— Widzę go czasami w telewizji. W pewnym sensie mam go więc w domu…

— Czemu jesteś taki rozgoryczony? Ciągle masz mu za złe, że pojechał do Londynu z inną kobietą? Zrozum, czasy się zmieniły. To, co było naganne kiedyś, dziś nie musi być takie. Człowiek ma prawo do osobistego szczęścia. Jeżeli z nią jest mu lepiej, to dlaczego nie? Nie mnie to oceniać. Jeżeli on żyje w zgodzie ze swoim sumieniem, to mi nic do tego…

— Ale tu chodzi o jakąś odpowiedzialność…

— A czy ty jesteś odpowiedzialny?

— Nie jestem odpowiedzialny, bo on nie był odpowiedzialny.

— On nie wyjechał za granicę, bo chciał. On musiał wyjechać.

— Wiem. I o to nie mam pretensji. Wszyscy jesteśmy z niego dumni. Ale dlaczego zabrał tam ze sobą tę kobietę, jakby chciał wszystko przekreślić i rozpocząć nowe życie bez nas? Dlaczego zachowywał się tak, jakby zapomniał o nas? Po osiemdziesiątym dziewiątym roku nie spotkał się z nami ani razu. Zasypywał nas pieniędzmi, ale nie chciał nas widzieć. Można się było spotkać. Dlaczego tego nie zrobił? Co mu przeszkadzało?

— Teraz to robi.

— Teraz jest już za późno. Zresztą, śmiem wątpić w jego intencje. Przecież nic się nie zmieniło. A nawet pogorszyło się. Wcześniej chociaż przysyłał nam te swoje pieniądze, ostatnio nawet to przestał robić. I jednocześnie słyszę, że zaprasza nas do siebie. Czy to nie jest dziwne? Wiesz, co myślę? Że on chce nas mieć z głowy. Oto, po co nas zaprasza — żeby powiedzieć nam w twarz: odpierdolcie się wreszcie ode mnie!

— Przecież, mimo wszystko, nadal jesteśmy rodziną! Musimy trzymać się razem, a nie tak, jakbyśmy się wcale nie znali. To jest główna przyczyna tego wszystkiego, o czym mówisz: traktujemy się, jakbyśmy się wcale nie znali.

— To traktujmy się tak dalej. Żyliśmy tak przez wiele lat. Po co to rozgrzebywać? To boli. Ja nie dopominałem się o audiencję u niego. I tu się nic nie zmieniło.

— Pamiętam, jak ja strasznie płakałam, gdy odszedł z nią. To przecież bohater, byłam z niego dumna, a zrobił mi coś takiego. Nie mogłam tego długo przetrawić. Ale teraz mam to już za sobą. Pora, żebyś i ty miał to już za sobą. To cię uleczy. Ta podróż cię uleczy. Jedź ze mną. Ja jestem za stara, żeby wybierać się samotnie w taką podróż. Pojedziesz?

— Nie wiem, czy dam radę z tobą pojechać. Mówiłem ci, że jestem chory.

— Musisz. Obiecałam mu, że też przyjedziesz.

— Mamo, ja nie mam już do ciebie siły…

— Pamiętaj, ta wizyta wiele zmieni. Ta nasza podróż tam jest po to, żeby wszystko się zmieniło.

— Dobrze, pojadę. Ale wiedz, że robię to z przymusu!

Matka opowiadała mu coś jeszcze o rezydencji w Rogach i o innych interesach ojca (wiedziała o nich nadspodziewanie wiele), lecz słuchał jej tylko pobieżnie. Myśli o jutrzejszej podróży zbyt go pochłaniały. Były to myśli, które sprawiały mu problem.

W końcu pożegnał się z matką. Musiał przyznać, że jej argumenty zaczynały trafiać do jego przekonania. To było prawie nieprawdopodobne, ale może rzeczywiście ojciec chce się pogodzić? Jeżeli będzie chciał się pogodzić, to czy nie uda się go namówić, żeby mu pomógł? Nie miał pracy, a długi zaciągnięte na rozkręcenie działalności detektywistycznej trzeba było spłacić. Rzecz w tym, czy ojciec ma w sobie jakieś poczucie odpowiedzialności, czy nie? Jeśli nie, to czy uda się je rozbudzić?

Czuł się, jakby ktoś nagle dał mu do ręki magiczne rozwiązanie trapiących go od lat problemów.

Odłożył słuchawkę na widełki. Nie było łatwo trafić. Potem bardzo ostrożnie uniósł się, nie chcąc zahaczyć o stłuczoną nogę. Nie udało się. Syknął głośno z bólu.

Doczłapał się do meblościanki. Otworzył jedną z szafek i wydobył stamtąd butelkę i kieliszek. Zostawił to małe instrumentarium na stoliczku okolicznościowym, a sam opadł na stojącą przed nim kanapę. Drżącymi rękami napełnił kieliszek. Wmusił w siebie 50 gram wódki. Smakowała znacznie gorzej niż w nocy.

Żeby zabić ten smak, sięgnął po leżącą na stoliczku paczkę papierosów. Paląc, zaczął leniwie rozmyślać o swoim ojcu.

Był dumny z ojca, zresztą nie jako jedyny w tym kraju. Tutaj znali i szanowali go wszyscy, bo nie było takiego, który nie słyszałby o jego przeszłości. Jakub Szanser był jedną z największych postaci antykomunistycznej opozycji. Już jako młody doktor chemii i pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej w swoim prywatnym mieszkaniu organizował dyskusje z udziałem intelektualistów niechętnych ówczesnej władzy. Wszystko to mimo szykan służb, które prześladowały go na każdym kroku. W końcu wyrzucono go z pracy, oficjalnie z powodu romansu ze studentką Grażyną, i zmuszono do wyjazdu z Polski. Trafił do Londynu, gdzie bardzo szybko zdobył zaufanie tamtejszej Polonii i stał się jedną z jej najważniejszych postaci. Do kraju wrócił w osiemdziesiątym dziewiątym, by wziąć udział, jako ekspert strony solidarnościowej, w obradach Okrągłego Stołu. W pierwszym niekomunistycznym rządzie był ministrem, by potem zasiąść w ławach Senatu. Historię jego życia znało w Polsce każde dziecko.

Bosą stopę oparł na kolanie. Zauważył przy tym, że w miejscu, w którym się wcześniej uderzył, pidżama zaczyna przesiąkać krwią. Alkohol na tyle stępił jego nerwy, że prawie nie czuł bólu.

Jakże dawno o ojcu nic nie słyszał, nie widział go wypowiadającego się dla telewizji ani nie czytał o nim w prasie! Teraz dopiero uświadomił sobie, jak bardzo spragniony jest wiadomości o nim. Po tym jak ojciec wrócił z emigracji, myślał, że ich wzajemne relacje trochę się ułożą. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.

Nagle do jego uszu dotarł cichy szelest. Spojrzał w kierunku łóżka. Spod zarzyganej pościeli wyglądały duże niebieskie oczy.

Uśmiechnął się przyjaźnie. Zrobił to, mimo że nie mógł sobie przypomnieć, do kogo te duże niebieskie oczy należą i jakim zrządzeniem losu ich posiadaczka znalazła się w jego łóżku.

Dziewczyna potarła dłonią bladą i wymiętą twarz, a potem z ciężkim westchnieniem zagrzebała się z powrotem w pościeli.

Widząc to, cmoknął tylko wargami. Widać, że dziewczyna już nie po raz pierwszy znajduje się w takiej dziwnej sytuacji, skoro nie powoduje to u niej najmniejszego zdziwienia, a jedynie rezygnację.

Postanowił być dla niej dobry. Sięgnął znowu po butelkę, a następnie przechylił ją nad kieliszkiem. Kiedy ten się napełnił, odstawił butelkę i wstał. Podszedł z kieliszkiem w dłoni do łóżka. Dziewczyna usłyszała go, bo jej głowa ponownie wychynęła spod pościeli. Jej kruczoczarne włosy posklejane były tanim czerwonym winem i czymś jeszcze w grube i nieładne strąki.

— Jak masz na imię? — zagaił rozmowę.

— Ala — odpowiedziała zaspanym głosem.

— Alu, weź to. To ci pomoże. Tylko bez żadnego ale! — powiedział, wyciągając w jej stronę dłoń z kieliszkiem.

Z ciężkim westchnieniem wykręciła się z objęć pościeli. Ucieszył się, że miała na sobie choć podkoszulek i figi.

Wzięła kieliszek bez podziękowania.

— Do wieczora będziesz musiała się zbierać. Ja jutro wcześnie rano muszę się stąd zmywać.

— Dokąd? — zapytała młodzieńczym, przyjemnym głosem.

— Mam spotkanie z moim starym.

— O kurwa, ja też będę musiała wracać do starych!

Powiedziawszy to, naciągnęła sobie pościel na skołtunioną głowę. On patrzył na to z wyrozumiałym uśmiechem.

— Może to ty jesteś tą dziewczyną, którą rodzice zlecili mi szukać, zanim straciłem licencję?

Nie odpowiedziała. Albo udawała, że śpi, albo rzeczywiście już zasnęła.

Po chwili bezskutecznego oczekiwania na odpowiedź wrócił na kanapę. Wyciągnął się na niej leniwie.

Zdążył jeszcze pomyśleć, że znajomości z baru kończą się właśnie tak, że na koniec trzeba wracać do rodziców, a potem zmorzył go sen.

3

Ten listopadowy dzień znakomicie wróżył podróży do Rogów. Czystemu, pogodnemu niebu towarzyszyło blade i niewyraźne, jesienne słońce. Temperatura, mimo zbliżającej się szybkimi krokami zimy, była nadal stosunkowo wysoka. Jedynie zwiędłe liście w miejskich parkach i ten zauważalny nastrój wyczekiwania przez przyrodę na mające niechybnie nadejść mrozy świadczyły dobitnie o obowiązującej porze roku.

Dawid Szanser wstał odpowiednio wcześniej, by przed odjazdem pociągu się przygotować. Wziął więc kąpiel, a po niej zaczął pakować swoją walizkę. Tak jak zawsze to się dzieje przy okazji wyjazdów, człowiek dopiero dowiaduje się, co trzyma w szafie. Nawet nie wiedział, że ma tam tyle markowych zachodnich ubrań. Podczas przeglądania metek olśniło go, dlaczego jego była dziewczyna tak na niego leciała. Chyba niewielu ludzi w biednym postkomunistycznym kraju mogło pochwalić się taką kolekcją. Dumę z tego powodu trochę tłumił fakt, że wszystko to kupił za funty starego. Ale z drugiej strony ten stary w końcu się na coś przydał. Jego syn nie musiał, przynajmniej w okresach, gdy nie chodził pijany, wyglądać jak typowy wschodnioeuropejski nędzarz.

Uporał się z pakowaniem walizki w odpowiednim czasie, bo gdy zamknął wieko i spojrzał na zegarek, okazało się, że musi już zabierać się do wyjścia. Stojąc w drzwiach, wzrokiem omiótł jeszcze po raz ostatni swoją trzydziestometrową norę, chyba najmniejszą i najbardziej śmierdzącą ze wszystkich mieszkalnych nor świata. Żeby nie poddać się wściekłości z powodu tego, w jakim to zbydlęceniu musi żyć, zatrzasnął wstydliwie drzwi ze swoim nazwiskiem i szybko ruszył po schodach na dół zdewastowanej i aż czarnej od brudu klatki schodowej.

Znalazł się na obrzydliwym, zasypanym śmieciami podwórku, otoczonym ze wszystkich stron wysokimi aż pod niebo budynkami z czerwonej cegły. Wszystko to wyglądało, jakby podczas wojny z wielkim hukiem spadł tutaj samolot i od tego czasu niczego nie uporządkowano. Jeszcze niedawno żył w lepszej dzielnicy. Tam mieszkało się jak należy. Bo jak inaczej to można nazwać, gdy mieszka się obok aktorów, piosenkarzy, a czasami można nawet pozwolić sobie na niepowiedzenie „dzień dobry” jakiemuś strąconemu ze stołka partyjnemu dygnitarzowi? Czysta rozkosz, człowiek czuje, że żyje. Gdyby miał nadal to mieszkanie, wciąż miałby swoją dziewczynę. Niestety, pieniędzy, jakie dostawał od ojca, nie starczyło na utrzymanie i musiał je sprzedać. Wylądował na tym pieprzonym zadupiu.

Mógł się cieszyć tylko z jednego: że okno jego nory nie wychodzi na tę, a na przeciwną stronę, i nie musi oglądać tych obrzydliwości.

Przeszedł przez starą bramę, która do wysokości metra nad ziemią upstrzona była plamami moczu oddanego przez pijanych mężczyzn.

Nagle coś go zatrzymało. Obejrzał się.

Nieopodal sporych rozmiarów kontenera na śmieci siedziało kilku chłopców. U ich stóp porozstawiane były, jak żołnierze na apelu, pojemniki perfum, kremów do golenia i dezodorantów.

Kiedy zbliżył się do nich ze swoją walizką, jeden z nich, bez wątpienia wykazujący już od najmłodszych lat cechy przywódcze, zażarcie coś perorował.

— Widzicie to, kurwa? — powiedział chłopiec, pokazując pozostałym daszek czapki pewnej znanej niemieckiej firmy odzieżowej. — Jeżeli tu jest, kurwa, osiem szwów, to, kurwa, to jest oryginalne, nie? A jeżeli jest, kurwa, mniej…