Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 572 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie na drzewach - Hanya Yanagihara

Powieść Małe życie uczyniła z niej gwiazdę literatury amerykańskiej. Prozatorski debiut Hanyi Yanagihary to nie mniej porażająca książka, podejmująca trudny temat: czy wybitne umysły mają prawo żyć poza normami moralnymi?

Kiedy Norton Perina podejmuje studia medyczne na Harvardzie, nikt nie podejrzewa, że arogancki młodzieniec w przyszłości zatrzęsie posadami świata nauki. Po uzyskaniu dyplomu Perina dołącza do wyprawy naukowej w niezbadane rejony Pacyfiku. Jej celem jest poznanie tajemniczego plemienia Ivu’ivu żyjącego na jednej z mikronezyjskich wysp.
Podczas gdy członkowie ekspedycji pilnie obserwują życie codzienne tubylców, uwagę młodego lekarza skupiają ludzie wyrzuceni poza nawias społeczności plemiennej – fizycznie krzepcy sześćdziesięciolatkowie, których jednak cechuje daleko posunięta demencja. Ze strzępków ich wypowiedzi wynika, że każdy z nich ma ponad sto kilkadziesiąt lat. Czyżby ekspedycja była bliska odkrycia sekretu nieśmiertelności? 
Po powrocie z wyprawy życie Nortona Periny nigdy nie będzie już takie samo. Za swe przełomowe dla świata nauki badania otrzyma Nagrodę Nobla, zyska sławę i uznanie. Za ten sukces przyjdzie jednak słono zapłacić zarówno mieszkańcom wyspy, jak i samemu Perinie. Jego spektakularna kariera zakończy się wielkim skandalem.

Hanya Yanagihara tworzyła swą debiutancką powieść niemal osiemnaście lat, czerpiąc inspirację z bulwersującej historii Daniela Gajduska, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny w 1976 r. Brawurowo podjęła temat wyniszczającego wpływu człowieka na świat, w którym żyje, i problem zła czynionego w intencji dobra. Wielopłaszczyznowa, trzymająca w napięciu i tragiczna w wymowie powieść stawia pytania o granicę między altruizmem i egoizmem i o to, czy wybitne umysły mają prawo do życia poza normami moralnymi.

Książka roku wg „The Wall Street Journal”, „Publishers Weekly”, „The Huffington Post”

O powieści Ludzie na drzewach:
Wspaniała, przebogata w warstwie etnograficznej pisarska wizja i fascynujący, acz wstrętny bohater – ta powieść robi ogromne wrażenie, zarówno pod względem estetycznym i narracyjnym, jak i z racji etycznych pytań, które niesie. – „Publishers Weekly”

Głęboko satysfakcjonująca, pełna przygód powieść. Prowokuje dyskusję o nauce, moralności i naszej obsesji na punkcie młodości. – „Chicago Tribune”

Opowieść niczym skrzyżowanie reportaży „National Geographic” i Jądra ciemności Josepha Conrada. Pełen mrocznych tajemnic świat, który stworzyła Yanagihara, jest doprawdy magiczny. – „The Times”


O autorce:
Hanya Yanagihara (ur. 1975, Los Angeles) – pochodząca z Hawajów amerykańska pisarka i dziennikarka, od lat mieszka w Nowym Jorku. Współpracowała z luksusowym pismem „Conde Nast Traveler”, była redaktorką magazynu „T: The New York Times Style Magazine”. Jako powieściopisarka zadebiutowała w 2013 roku powieścią Ludzie na drzewach, która zebrała znakomite recenzje (książką roku obwołały ją m.in. „The Wall Street Journal”, „Publishers Weekly” i „The Huffington Post”) i była nominowana do prestiżowych nagród (m.in. do Dylan Thomas Prize). Wydana w 2015 roku druga powieść pisarki, Małe życie, stała się międzynarodowym bestsellerem, uczyniła z autorki gwiazdę pierwszej wielkości i przyniosła jej nominacje do najważniejszych nagród literackich w Stanach Zjednoczonych i w Anglii (w Polsce nakład książki przekroczył 130 tys. egzemplarzy; otrzymała tytuł Bestsellera empiku oraz Książki Roku 2016 portalu Lubimyczytać).

Opinie o ebooku Ludzie na drzewach - Hanya Yanagihara

Fragment ebooka Ludzie na drzewach - Hanya Yanagihara

Hanya Yanagihara

LUDZIE NA DRZEWACH

przełożyła Jolanta Kozak

Tytuł oryginału: The People in the Trees

Copyright © 2013 by Hanya Yanagihara

Copyright © for the Polish editionby Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Jolanta Kozak, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

PROSPERO:

Diable nasienie! Żadnym wychowaniem

Nie da się zmienić tej natury. Tyle

Starań i ludzkiej wyrozumiałości,

A wszystko na nic! I jak z biegiem lat

Szpetnieje jego ciało, tak i dusza

W nim parszywieje. Ukarzę ich wszystkich,

Aż ryczeć będą!

William Shakespeare, Burza, akt IV, scena 1, tłum. Stanisław Barańczak

Mojemu ojcu

„Vom Vater… Lust zu fabulieren”

***

19 marca 1995

Słynny naukowiec staje pod zarzutem przestępstwa seksualnego

ASSOCIATED PRESS

Bethesda, Maryland – doktor Abraham Norton Perina, słynny immunolog i emerytowany dyrektor Centrum Immunologii i Wirusologii Narodowego Instytutu Zdrowia w Bethesda, w stanie Maryland, został wczoraj aresztowany pod zarzutem nadużyć seksualnych.

Dr. Perinie, 71 lat, postawiono zarzuty trzykrotnego gwałtu, trzykrotnego odbycia stosunku seksualnego z nieletnimi, dwóch napaści seksualnych i dwukrotnego narażenia zdrowia i życia osoby małoletniej. Zarzuty sformułowano na podstawie zeznań jednego z adoptowanych synów dr. Periny.

„Zarzuty są fałszywe”, oświadczył wczoraj Douglas Hindley, adwokat Periny. „Dr Perina to wybitny i wysoce szanowany członek społeczności naukowej, który będzie dążył do jak najszybszego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, aby móc powrócić do pracy i rodziny”.

W roku 1974 dr Perina został uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie syndromu Seleny, zaburzenia opóźniającego starzenie się organizmów. Przypadłość ta, w której ciało chorego utrzymywane jest w stadium relatywnej młodości pomimo degradacji umysłowej, została stwierdzona u ludu Opa’ivu’eke z Ivu’ivu, jednej z trzech wysp mikronezyjskiego państwa U’ivu. Nabywano jej dzięki spożywaniu mięsa rzadkiej odmiany żółwia, od którego dr Perina nazwał wspomniane plemię. Okazało się, że mięso tego żółwia dezaktywuje telomerazę, obecny w organizmach enzym rozkładający telomery, a zatem ograniczający liczbę podziałów komórki. Osobnik dotknięty syndromem Seleny (nazwanym tak od nieśmiertelnej i wiecznie młodej bogini księżyca z mitologii greckiej) mógł żyć setki lat. Perina, który pierwszą wyprawę do U’ivu odbył w roku 1950 jako młody lekarz, towarzysząc znanemu antropologowi Paulowi Tallentowi, spędził na tych wyspach wiele lat, prowadząc badania terenowe. Tam też adoptował 43 dzieci, w większości sierot lub potomków zubożałych członków plemienia Opa’ivu’eke. Pewna liczba tych dzieci znajduje się obecnie pod opieką Periny.

„Norton jest przykładnym ojcem i człowiekiem o błyskotliwym umyśle”, twierdzi dr Ronald Kubodera, długoletni współpracownik Periny w jego laboratorium i jeden z jego najbliższych przyjaciół. „Wierzę głęboko, że te groteskowe zarzuty zostaną cofnięte”.

***

3 grudnia 1997

Wybitny naukowiec, laureat Nagrody Nobla, skazany na karę więzienia

REUTERS

Bethesda, Maryland – doktor Abraham Norton Perina został dzisiaj skazany na karę 24 miesięcy pozbawienia wolności i osadzony w Zakładzie Karnym Frederick.

Dr Perina, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny w roku 1974, udowodnił, że spożywanie mięsa wymarłego dziś gatunku żółwia z mikronezyjskiego państwa U’ivu dezaktywuje telomerazę, ograniczającą liczbę podziałów komórki. Odkrył też, że zaburzenie zwane syndromem Seleny może występować u wielu ssaków, w tym ludzi.

Perina był jednym z nielicznych obywateli Zachodu, którym zezwolono na nieograniczone badanie odległych tajemniczych wysp. W roku 1968 zaadoptował on w kraju U’ivu pierwsze ze swoich 43 dzieci, które wychowały się w domu naukowca w Bethesda. Dwa lata temu Perinie postawiono zarzuty zgwałcenia i narażenia życia dziecka. Oskarżył go jeden z adoptowanych.

„To wielka tragedia”, mówi dr Louis Altschur, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia, gdzie dr Perina przepracował wiele lat jako naukowiec. „Norton to wybitny umysł i talent. Mam szczerą nadzieję, że zostanie poddany właściwej terapii i uzyska pomoc, której potrzebuje”.

Perina i jego adwokat pozostają nieuchwytni dla dziennikarzy.

Przedmowa

Nazywam się Ronald Kubodera – ale tylko w periodykach naukowych. Dla wszystkich pozostałych jestem Ron. Tak, to ja jestem tym doktorem Ronaldem Kuboderą, o którym, w co nie wątpię, czytaliście w czasopismach i gazetach. Nie, nie wszystkie z tych relacji mówią prawdę – najczęściej oczywiście jej nie mówią.

Jednak w moim przypadku najważniejsze źródła są prawdomówne i z tych jestem dumny. Dumny jestem na przykład, że coś mnie łączy z Nortonem (proszę zwrócić uwagę, że półtora roku temu nie musiałbym nawet tego mówić), którego znam od lat siedemdziesiątych, odkąd podjąłem pracę w jego laboratorium w Bethesda, w stanie Maryland, w Narodowym Instytucie Zdrowia. Norton nie miał jeszcze wtedy Nagrody Nobla, ale jego praca już zdążyła zrewolucjonizować społeczność medyczną, zmieniając na zawsze podejście naukowców do wirusologii i immunologii, jak również, co chcę podkreślić, do antropologii medycznej. Dumny jestem też z tego, że po nawiązaniu kontaktów koleżeńskich zostaliśmy z czasem przyjaciółmi – relację z Nortonem uważam wręcz za najważniejszą w moim życiu. A co najistotniejsze, jestem dumny z tego, że po wydarzeniach ostatnich dwóch lat pozostaję nadal jego przyjacielem, a on moim.

Oczywiście nie mam teraz okazji porozumiewać się z Nortonem tak często, jak bym chciał i jak on niewątpliwie by chciał. Dziwnie jest nie mieć go w pobliżu. Czuję się osamotniony. Zwłaszcza że przed moją przeprowadzką tutaj1 niespełna półtora roku temu (miesiąc po skazaniu Nortona) nie zdarzało się, żebyśmy nie cieszyli się swoim towarzystwem dłużej niż przez jeden dzień, najwyżej dwa dni. (Pomijam oczywiście okoliczności szczególne, jak urlopy, które spędzałem z moją ówczesną żoną, czy wyjazdy na takie ceremonie jak śluby, pogrzeby itp. Ale nawet w tych sytuacjach czyniłem wszystko, żeby utrzymywać codzienny kontakt z Nortonem, czy to telefoniczny, czy za pośrednictwem faksu). Rzecz w tym, że rozmowy z Nortonem, praca z Nortonem, bycie z Nortonem stanowiły po prostu część mojego codziennego życia, tak jak dla innych telewizja lub czytanie gazety: to te nieświadome, a przecież ważne rytuały upewniają nas, że życie biegnie w przewidywalny sposób. Kiedy zaś coś zakłóci lub gwałtownie przerwie rytm, człowiek jest więcej niż zaniepokojony: jest zbity z pantałyku. Tak ja się właśnie czuję od półtora roku. Budzę się rano i przeżywam dzień jak zawsze, ale wieczorem odwlekam moment pójścia do łóżka, głowiąc się, o czym zapomniałem. Odhaczam w pamięci dziesiątki spraw, które załatwiłem bezwiednie – otwieranie listów i pisanie odpowiedzi? umawianie i odbywanie spotkań? zamknięcie drzwi na noc? – aż wreszcie z żalem gramolę się do łóżka. Dopiero na krawędzi snu uświadamiam sobie, że zmienił się sam model mojego życia, i doświadczam wówczas krótkiej chwili melancholii. Zdawałoby się, że powinienem wreszcie pogodzić się ze zmienionym położeniem Nortona, a co za tym idzie, także moim – ale coś we mnie stawia opór: bądź co bądź ta rutyna towarzyszyła mi przez blisko trzydzieści lat.

Lecz jeśli ja czuję się osamotniony, to o ileż bardziej samotny musi czuć się Norton. Gdy myślę o nim, przebywającym w tamtym miejscu, ogarnia mnie zwyczajnie złość: Norton nie jest już młodzieniaszkiem, nie jest także zdrowy, a więzienie nie wydaje się dla niego karą ani stosowną, ani rozsądną.

Wiem, że mój pogląd jest podzielany przez nielicznych. Straciłem już rachubę swoich prób tłumaczenia Nortona – jego humanitaryzmu, inteligencji, niezwykłości – przyjaciołom, kolegom i reporterom (a także sędziom i adwokatom). W istocie od szesnastu miesięcy stale coś mi przypomina o zdradzie byłych przyjaciół Nortona – jak szybko zapomnieli, jak skwapliwie opuścili człowieka, którego ponoć kochali i szanowali. Niektórzy przyjaciele – ludzie, z którymi Norton znał się i pracował przez kilkadziesiąt lat – ulotnili się, zaledwie postawiono mu zarzuty. Ale jeszcze gorzej postąpili ci, którzy go opuścili po ogłoszeniu wyroku. Uświadomiłem sobie wtedy, jak nielojalna i dwulicowa jest większość ludzi.

Ale dość dygresji. Jedną z głównych przykrości życia w zakładzie karnym jest dla Nortona natrętna monotonia, która charakteryzuje jego sytuację. Przyznać muszę, że byłem nieco zdziwiony, gdy po niespełna miesiącu odbywania kary Norton zaczął się skarżyć na obezwładniającą nudę. Zawsze przecież marzył – a sądzę, że to marzenie podziela wielu genialnych i nadaktywnych ludzi – że pewnego miesiąca czy roku znajdzie się w jakimś ciepłym kraju, wolny od wszelkich zobowiązań. Koniec z wygłaszaniem przemówień, koniec z pisaniem i redagowaniem artykułów, koniec z nauczaniem studentów, koniec z opieką nad dziećmi, koniec z badaniami naukowymi – tylko pusta przestrzeń wolnego czasu, który będzie można zapełnić, czym tylko się zechce. Norton zawsze mówił o czasie jak o morzu – lustrzanej, bezkresnej połaci pustki – i to marzenie o czasie, który nazywał „czasem morskim”, stało się rodzajem żartu, swoistym kodem służącym do opowiadania o rzeczach, którymi się pewnego dnia zajmie, bo nie ma dla nich czasu w chwili obecnej. Robił postanowienia: w czasie morskim będzie hodował tropikalne paprocie. W czasie morskim będzie czytał biografie. W czasie morskim będzie pisał pamiętniki. Lecz nikt, a najmniej sam Norton, nie wierzył, że ów czas morski kiedykolwiek nadejdzie. I oto nadszedł – tyle tylko że nie w ciepłych krajach i bez tego błogiego, leniwego otępienia, które się nam kojarzy z zasłużoną bezczynnością. Niestety, zdaje się, że Norton nie umie odpoczywać. Nigdy nie umiał. Wolny czas był dla niego torturą (chociaż oczywiście biorę pod uwagę, że winne mogą być niefortunne okoliczności, w których uzyskał czas wolny). W ostatnim liście do mnie napisał:

Mało jest do roboty, a w pewnym sensie jeszcze mniej do myślenia. Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się w takim stanie, tak wyczerpany, że aż czuję się wydrenowany, nie z krwi, lecz z myśli. Nuda – zawsze myślałem, naprawdę, że ukocham okres nieustannej pustki, że łatwo ją zapełnię. Ale czas, jak widzę, nie daje nam się zapełnić – ma postać wielkich, pustych sztab; mówimy o zarządzaniu czasem, ale jest odwrotnie – nasze życie jest wypełnione czynnościami, ponieważ te cienkie płatki czasu to wszystko, czym w istocie możemy zarządzać2.

To chyba mądry wgląd.

Jednak pomimo oczywistej surowości warunków, w których Norton się obecnie znajduje, pewne osoby mają czelność sugerować, że powinien być wdzięczny za łagodną karę. Sugestię tę uważam za nie tylko głupią, ale i okrutną. Jedną z tych osób jest niejaki Herbert West (nazwisko zmieniam celowo), kolega naukowy Nortona z lat osiemdziesiątych, który odwiedził go w Bethesda po drodze na konferencję w Londynie. Było to przed rozprawą, ale już po oskarżeniu, kiedy Norton przebywał na dobrą sprawę w areszcie domowym i odebrano mu wszystkie dzieci. West, którego zawsze uważałem za znośniejszego niż wielu innych kolegów Nortona, wpadł do niego na jakąś godzinkę, a potem mnie spytał, czy nie zjadłbym z nim obiadu w restauracji. Nie miałem specjalnej ochoty (i za gruby nietakt uznałem to, że zaprosił mnie w obecności Nortona, który miał zakaz opuszczania domu), ale Norton powiedział, że powinienem pójść, dodając, że ma pracę do skończenia, więc potrzebuje trochę samotności.

Zostałem więc niejako zmuszony do pójścia na obiad z Westem, ale chociaż trudno mi było nie pamiętać o Nortonie zostawionym samotnie w domu, zdołaliśmy całkiem przyjemnie porozmawiać o pracy Westa, jego referacie na konferencję, o artykule, który wspólnie z Nortonem opublikowaliśmy w „New England Journal of Medicine”, zanim jeszcze Norton został aresztowany, i o wspólnych znajomych. Wreszcie, gdy postawiono przed nami deser, West powiedział:

– Norton bardzo się postarzał.

– Jest w przykrej sytuacji.

– Tak, przykrej – wymamrotał West.

– To krzycząca niesprawiedliwość.

Nic na to nie powiedział.

– Krzycząca niesprawiedliwość – powtórzyłem, dając mu drugą szansę.

Westchnął i otarł kąciki ust rogiem serwetki – był to gest zarazem subtelny i bezczelny, a poza tym ostentacyjnie, obrzydliwie anglofilski. (West studiował – parędziesiąt lat temu i tylko przez dwa lata – na Uniwersytecie Oksfordzkim; miał stypendium Marshalla, czego nie omieszkał przypominać przy każdej okazji towarzyskiej i zawodowej). Jadł borówki z kruszonką na gorąco, od których jego zęby zabarwiły się żywym fioletem siniaków.

– Ron – zaczął.

– Słucham.

– Myślisz, że on to zrobił?

Nauczyłem się już oczekiwać tego pytania, wiedziałem też, co na nie odpowiedzieć:

– A ty?

West spojrzał na mnie i uśmiechnął się, a potem popatrzył na sufit i znów skierował wzrok na mnie.

– Tak – odpowiedział.

Nie odezwałem się.

– Ty nie – powiedział West z pewnym niedowierzaniem.

Na to też umiałem już odpowiadać.

– Zrobił czy nie, to nieistotne – powiedziałem. – Norton to wybitny umysł i tylko to się dla mnie liczy, przypuszczam, że dla historii również.

Zapadła cisza.

W końcu West odezwał się potulnie:

– Chyba muszę się zbierać. Powinienem jeszcze coś poczytać przed jutrzejszym lotem.

– W porządku – powiedziałem.

Deser dojedliśmy w milczeniu.

Przywiozłem go do restauracji, więc gdy zapłaciliśmy za obiad (West chciał sam uregulować rachunek, ale nie pozwoliłem na to), odwiozłem go do hotelu. W samochodzie usiłował nawiązać rozmowę, czym wkurzył mnie jeszcze bardziej.

Na parkingu hotelowym odsiedzieliśmy parę minut w milczeniu – West wyczekująco, ja gniewnie, aż w końcu on wyciągnął do mnie rękę, a ja ją uścisnąłem.

– No cóż… – powiedział.

– Dzięki za odwiedziny – odparłem cierpko. – Norton na pewno je docenił.

– No cóż – powtórzył West. Nie wiem, czy dostrzegł mój sarkazm; chyba nie. – Będę o nim myślał.

Znów zapadło milczenie.

– Jeśli uznają go za winnego… – zaczął West.

– Nie uznają.

– Ale jeśli – ciągnął swoje – to wsadzą go do więzienia?

– Tego sobie nie wyobrażam.

– No ale jak go wsadzą – drążył i przypomniałem sobie, jak nieelegancko ambitny, jak chciwy był West jako kolega z pracy, jak niecierpliwie czekał, kiedy będzie mógł odejść z laboratorium Nortona i założyć własne – to przynajmniej będzie miał dla siebie kupę czasu, prawda, Ron?

Jego beztroska tak mnie oburzyła, że nie byłem w stanie odpowiedzieć. Gdy siedziałem z rozdziawioną gębą, West uśmiechnął się do mnie, jeszcze raz powiedział „do widzenia” i wysiadł z samochodu. Patrzyłem, jak wkracza do hotelu przez podwójne drzwi i wchodzi do rozjarzonego światłem holu, a potem włączyłem silnik i wróciłem do Nortona, u którego przeważnie teraz nocowałem.

Minęły kolejne miesiące, rozprawa się rozpoczęła i zakończyła, rozpoczęło się i zakończyło wykonanie wyroku, ale West, nie muszę chyba dodawać, nigdy więcej nie przyjechał odwiedzić Nortona.

***

Jak już mówiłem, ludzie nie odnoszą się ze współczuciem do obecnej sytuacji Nortona. Powiem więcej: potępili go i spisali na straty, jeszcze zanim został oficjalnie, legalnie potępiony i spisany na straty przez osąd rzekomo równych sobie. Jak musi czuć się człowiek o intelekcie Nortona, którego charakter podsumowuje i o którego losie przesądza dwunastu niekompetentnych osobników (jeden z ławników, jak pamiętam, był kioskarzem, a inny zawodowo kąpał psy), na dobrą sprawę przekreślających swoimi decyzjami wcześniejsze osiągnięcia podsądnego? Patrząc z takiego punktu widzenia, czyż można się dziwić, że Norton cierpi obecnie z powodu depresji, nudy i braku bodźców?

Chciałbym też dodać parę słów o medialnym obrazie sprawy Nortona, gdyż głupotą byłoby pominąć jego ton i treść. Zacznę od tego, że zważywszy na charakter przestępstw, o które oskarżony był Norton, nie zdziwiłem się wcale, że media poświęcają sążniste kolumny drwiących z prawdy elaboratów tym nielicznym faktom z życia osobistego Nortona, które zna opinia publiczna. (Przyznaję, że w tych relacjach pojawiały się, acz sporadycznie, wzmianki o jego niebagatelnych osiągnięciach, ale umieszczano je tylko po to, żeby tym bardziej wyeksponować perwersję jego domniemanych zbrodni).

Przypominam sobie, że w dniach oczekiwania na rozprawę czuwałem nad Nortonem u niego w domu (przed którym grupa reporterów telewizyjnych koczowała całymi dniami na murku wokół trawnika, jedząc i gawędząc w bzyczącym owadami letnim powietrzu, jakby to był piknik) i że z licznych (naturalnie odrzuconych) próśb o wywiady tylko jedna – niestety z „Playboya” – miała formę propozycji, aby Norton sam napisał swoją obronę, zamiast zgodzić się, by jakiś śliniący się chłystek, jakiś gryzipiórek zinterpretował jego życie i uczynki na użytek publiczności. (Początkowo uznałem tę propozycję za dobry pomysł, bez względu na forum, ale Norton martwił się, że to, co napisze, zostanie zmanipulowane i użyte przeciwko niemu jako spowiedź. Miał naturalnie słuszność, więc pomysł spalił na panewce). Wiedziałem jednak, że uświadomienie sobie, iż nie może przemówić we własnej obronie, rozeźliło go i zasmuciło.

Na ironię zakrawa fakt, że na krótko przed aresztowaniem Norton planował pisanie pamiętników. Był już wówczas (tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty rok) na półemeryturze i nie musiał zmagać się z obowiązkami administracyjnymi i organizacyjnymi laboratorium. Co wcale nie znaczy, że nie był tam nadal najżywszym i nieodzownym umysłem – po prostu mógł już sobie pozwolić na inne gospodarowanie czasem.

Aliści Nortonowi nie była dana możliwość zarejestrowania jego niezwykłego życia, przynajmniej nie w warunkach, które na pewno by wolał. Zawsze jednak powtarzam, że Norton to ten typ umysłu, który pokona każde wyzwanie. I tak w kwietniu, po dwóch miesiącach odsiadywania przezeń wyroku, spytałem go w liście (pisałem do niego codziennie), czy nie zechciałby jednak rozważyć kwestii pamiętników. Które, jak podkreśliłem, nie tylko stanowiłyby istotny wkład w literaturę i naukę, ale dowiodłyby osobom zainteresowanym, że Norton nie jest tym, kogo świat tak usilnie chce w nim widzieć. Dodałem, że poczytałbym sobie za zaszczyt możliwość przepisywania jego rękopisów na maszynie i, gdyby mi na to pozwolił, subtelnego ich redagowania, jak to czyniłem wcześniej z jego artykułami do pism naukowych. Byłoby to dla mnie, napisałem, fascynujące zajęcie, a dla niego być może jakaś rozrywka.

Po tygodniu Norton przysłał mi zwięzły liścik:

Aczkolwiek nie mam ochoty spędzać ostatnich być może lat życia na przekonywaniu kogokolwiek, że nie jestem winny zbrodni, o które mnie oskarżono, to postanowiłem rozpocząć pisanie swojej, jak to ująłeś, „historii życia”. Moje zaufanie [do Ciebie] jest… [prze]ogromne3.

Pierwszy odcinek otrzymałem miesiąc później.

***

Jest kilka rzeczy, o których zapewne powinienem wspomnieć tytułem wstępu, zanim zaproszę czytelnika do lektury opowieści o nadzwyczajnym życiu Nortona. Chodzi wszak o historię, której sednem jest choroba.

Oczywiście Norton ujmie to lepiej niż ja, ale dostarczę czytelnikowi paru szczegółów o naszym bohaterze. Stwierdził on kiedyś, że jego życie nabrało sensu, dopiero kiedy wyjechał z kraju do U’ivu, gdzie miał dokonać odkryć, które odmieniły współczesną medycynę i przyniosły mu Nagrodę Nobla. W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym, jako dwudziestopięciolatek, Norton odbył pierwszą wyprawę do nieznanego podówczas mikronezyjskiego kraju, wyprawę, która miała zmienić jego życie – i zrewolucjonizować środowisko naukowe – na zawsze. Bawiąc w U’ivu, Norton mieszkał wśród „zagubionego plemienia”, które zostało później nazwane ludem Opa’ivu’eke, na tak zwanej podówczas (przynajmniej pośród U’ivuan) Zakazanej Wyspie Ivu’ivu, największej z małej grupy wysp tworzących ten kraj. Tam to właśnie odkrył Norton anomalię – nigdy wcześniej niestudiowaną i nieopisaną – która cechowała tubylców. U’ivuanie znani byli (i w pewnym sensie nadal są) z krótkiego życia. Jednak na Ivu’ivu Norton napotkał grupę wyspiarzy, którzy żyli znacznie dłużej, niż wynosiła średnia długość życia: dwadzieścia, pięćdziesiąt, nawet sto lat dłużej. Odkrycie Nortona stało się jeszcze bardziej niezwykłe dzięki dwóm czynnikom: po pierwsze, osoby dotknięte syndromem nie starzały się fizycznie, lecz degenerowały umysłowo, po drugie, ich przypadłość nie była wrodzona, lecz nabyta.

Odkrycie Nortona zbliżyło ludzkość do życia wiecznego jak żadne wcześniej. Lecz także nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by tak cudowna obietnica rozwiała się tak szybko: sekret odkryty, sekret utracony – i to wszystko w ciągu zaledwie dekady.

***

Praca Nortona wśród Opa’ivu’eke wpływała na potężne przemiany w obszarach nauki wykraczających poza medycynę – jego blisko dwudziestoletni pobyt wśród tego plemienia zaowocował właściwie powstaniem nowej dziedziny współczesnej antropologii medycznej. Pisma Nortona z tamtych lat stanowią dzisiaj podstawę wielu programów zajęć uniwersyteckich.

Ale to właśnie w U’ivu4 zaczęły się problemy Nortona. Spośród wielu spraw związanych z jego podróżami po U’ivu jedna zapoczątkowała jego niesłabnącą miłość do dzieci. Ivu’ivu – to informacja dla czytelników nieznających tej wyspy – ma niesamowity krajobraz, tyleż piękny, co onieśmielający. Wszystko tam jest większe i czystsze, i budzące większą grozę, niż można sobie wyobrazić, a gdziekolwiek spojrzeć, rozciąga się zapierający dech widok: z jednej strony bezbrzeżne lustro wody, tak nieruchome i nasycone barwą, że nie da się na nie patrzeć dłużej niż chwilę; z drugiej strony długie, głębokie fałdy gór, których szczyty znikają w pianie mgły. Od swoich pierwszych wizyt na Ivu’ivu Norton wynajmował miejscowych przewodników, którzy prowadzili go do miejsc i obiektów, jakich nigdy przedtem nie oglądał. Kilkadziesiąt lat później – w odpowiedzi na błagania tubylców – Norton wywiózł z sobą do Marylandu ich dzieci i wnuki, które wychowywał jak własne, zapewniając im edukację, jakiej nie mogłyby otrzymać w U’ivu. Zabrał też wiele sierot, niemowląt i małych dzieci żyjących w przerażających warunkach bez najmniejszej nadziei na zmianę.

Zanim się zorientował, miał ponadczterdziestoosobową gromadkę. Wiele z tych dzieci, adoptowanych w trzech etapach na przestrzeni blisko trzydziestu lat, wróciło do Mikronezji, gdzie dziś są prawnikami, profesorami, przywódcami, nauczycielami i dyplomatami. Inne wybrały możliwość pozostania w Stanach Zjednoczonych, gdzie podjęły pracę albo uczęszczały do szkół. A jeszcze inne, co stwierdzam z przykrością, stoczyły się w ubóstwo, narkotyki i przestępstwa. (Kiedy ma się czterdzieścioro troje dzieci, trudno oczekiwać, że wszystkie będą udane). Teraz oczywiście żadne z nich nie jest już dzieckiem Nortona. A Norton, z ich wyboru, nie jest już ich opiekunem: opuściły go wszystkie w chwili największej próby i był to dla Nortona co najmniej szok. Ten człowiek bądź co bądź dał im dach nad głową, język, wykształcenie – wszystkie narzędzia potrzebne do tego, żeby go mogły pewnego dnia opuścić, co też uczyniły. Dzieci Nortona aż za dobrze opanowały mądrość Zachodu i Ameryki: dowiedziały się w jakiś sposób, że oskarżenia o perwersję dobrze się sprzedają – oskarżenia, jakich nawet szlachetny umysł, noblista, nie mógł odeprzeć. Wielka to szkoda, niektóre z tych dzieci naprawdę lubiłem.

***

Drugą rzeczą, którą, jak sądzę, powinienem powiedzieć, jest to, że jakkolwiek mam osobisty udział w tej narracji, nie jest to moja historia. Po pierwsze, jestem skromnym człowiekiem. Po wtóre, nie interesuje mnie opowiadanie osobistej historii – takich opowieści jest i tak stanowczo za wiele.

Aliści chciałbym rzec parę słów o procesie gromadzenia i opracowywania tych stronic. Jako ich redaktor miałem zadanie minimalne. Powinienem też dodać, że każda część (zatytułowana przeze mnie) składa się w istocie z serii oddzielnych odcinków, które otrzymywałem od Nortona podczas jego pobytu w więzieniu. Każdy z tych odcinków poprzedzony był listem, ponieważ jednak są to w większości listy o charakterze osobistym, postanowiłem nie zamieszczać ich w tej publikacji. Jako że cały tekst składa się z odcinków, da się zauważyć, że miewa on chwilami charakter spontaniczny, nieformalny i zakłada, że czytelnik jest obeznany z życiorysem i dziełem autora. Ponieważ jestem osobą, która znała Nortona najlepiej (a książka ta napisana została dla mnie, na moją prośbę), uznałem za swój obowiązek dodać przypisy, w których zamieszczam dodatkowe informacje, pomocne czytelnikowi w zrozumieniu historii Nortona. (Miejscami dodaję też własne adnotacje, uzupełniające kronikę. Powycinałem natomiast – z wielką rozwagą – fragmenty, które w moim pojęciu nie wzbogacają narracji i nie są szczególnie istotne; ingerencje te nie ujmują niczego całościowemu autoportretowi Nortona).

Uważam wreszcie, że wypada odnieść się do pytania, które sam Norton zadał mi w liście poprzedzającym pierwszy odcinek jego autobiografii, a mianowicie co mam nadzieję osiągnąć dzięki temu przedsięwzięciu. Odpowiedź nie jest skomplikowana: nie pragnę niczego poza tym, żeby przywrócić Nortonowi dobre imię i przypomnieć światu, że to, co poprzedziło ostatnie dwa lata, ma nieporównanie większą wagę niż to, co działo się lub nie działo przez kilka krótkich miesięcy. Być może to naiwność z mojej strony. Ale muszę spróbować: uczynić mniej dla człowieka, który tak wiele dał światu nauki i medycyny, byłoby rzeczą po prostu niewybaczalną.

Ronald Kubodera

Palo Alto, Kalifornia

Pamiętniki A. Nortona Perinyopracowanie – dr med. Ronald Kubodera

Część IPotok

I

Urodziłem się w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym w pobliżu Lindon w stanie Indiana. Lindon to niepozorne prowincjonalne miasteczko, które jakieś dwadzieścia lat przed moimi narodzinami zaczęło się powielać, cicho, lecz uporczywie, na całym Środkowym Zachodzie. Chodzi mi o to, że miasteczko Lindon, tak jak je pamiętam, wyróżniało się wyłącznie brakiem jakichkolwiek wyróżniających szczegółów. Miało silosy i czerwone stodoły (mieszkańcy byli w większości farmerami), sklepy wielobranżowe i kościoły, duchownych, lekarzy, nauczycieli, mężczyzn, kobiety i dzieci – schemat amerykańskiego społeczeństwa pozbawiony fantazji, dekoracji, akcesoriów. Było paru pijaków, jeden dyżurny wariat, psy, koty i wiejski jarmark urządzany wspólnie z nieistniejącą już miejscowością Locust, położoną kilka mil na zachód. Mieszkańcy miasteczka – było nas tysiąc osiemset osób – rodzili się, chodzili do szkoły, pomagali w domu, zostawali rolnikami i żenili się z lindoniankami, i zakładali rodziny. Na ulicy ludzie kłaniali się sobie, mężczyźni uchylali kapelusza. Zmieniały się pory roku, tytoń i kukurydza dojrzewały, odbywały się żniwa. Takie było Lindon.

W rodzinie było nas czworo: ojciec, matka, Owen5 i ja. Mieszkaliśmy na stu akrach ziemi w zapadającym się domu, którego jedyną cechą szczególną były masywne, niegdyś wspaniałe wewnętrzne schody, dawno zmienione przez pokolenia termitów w koronkową ruinę.

O jakąś milę od domu płynął kręty potok, zbyt mały, zbyt leniwy i zbyt kapryśny, by zasługiwać na imię własne. Co roku w marcu i kwietniu, po przedwiosennych odwilżach, potok występował z brzegów, przeobrażając się w rwącą rzekę wezbraną galonami stopniałego śniegu i wiosennych deszczy. W tych miesiącach zmieniał się charakter potoku. Stawał się on bezlitosny i złośliwy, z zarośniętych brzegów wyrywał z korzeniami gwiaździste pędy Sanguinaria canadensis i dziki tymianek, unosząc je z nurtem, tylko po to, by je porzucić na zbitym masywie tamy, którą ktoś pobudował dawno temu. Płotki zamieszkujące strumień przez okrągły rok płynęły mozolnie pod prąd i ginęły. Przez tę jedną porę roku potok miał głos – oburzony ryk rwącej wody, ryk władzy. Zwykle potulny i bez charakteru, w tych miesiącach stawał się przerażający i nieprzewidywalny. Kazano nam się trzymać od niego z daleka.

Lecz w szczycie lata nasz potok – który nie wypływał z naszej posiadłości, tylko od Muellera, mieszkającego jakieś pięć mil na wschód – znowu wysychał w cienką strużkę, bojaźliwie skradającą się po obrzeżach naszej farmy. Powietrze nad nim było głośne od bzyczenia komarów i ważek, a po miękkim, mulistym dnie ślizgały się pijawki. Chodziliśmy tam na ryby i popływać, a potem wspinaliśmy się z powrotem na niewysokie wzgórze, do domu, rozdrapując na rękach i nogach bąble po komarach, które pokrywały się zadartymi skórkami i świeżą krwią.

Mój ojciec nigdy nie zapuszczał się nad potok, za to matka lubiła przysiąść tam na trawie i patrzeć, jak woda liże kostki jej stóp. Kiedy byliśmy bardzo mali, wołaliśmy do niej: „Popatrz na nas!”, a ona sennie unosiła głowę i machała nam, chociaż równie dobrze mogła machać rosnącym nieopodal młodym dębom. (Nasza matka miała świetny wzrok, ale często zachowywała się tak, jakby była ślepa: chodziła po świecie jak lunatyk). Zanim Owen i ja skończyliśmy siedem czy osiem lat (w każdym razie byliśmy za mali, żeby matka przestała nas fascynować), była dla nas obiektem najpierw litości, a potem drwin. Machaliśmy do niej, gdy siedziała nad brzegiem, zaplótłszy ręce pod kolanami, a kiedy nam odmachiwała (nie samą dłonią, ale całą ręką, jak wicią wodorostów), odwracaliśmy się i gadaliśmy głośno do siebie, udając, że jej nie widzimy. Później, przy kolacji, na jej pytanie, co robiliśmy nad potokiem, udawaliśmy szczerze zdumionych. Nad potokiem? Wcale nas tam nie było! Cały dzień bawiliśmy się na polu.

– Przecież was widziałam – oponowała.

Nie, oświadczaliśmy twardo, kręcąc głowami. To musieli być jacyś inni chłopcy. Dwaj inni chłopcy, którzy wyglądali dokładnie tak jak my.

– Ale… – zaczynała matka, a jej twarz wykrzywiał na chwilę grymas zmieszania. – No tak, musiało tak być – kończyła niepewnie, patrząc w talerz.

Ta rozmowa powtarzała się kilka razy w miesiącu. Dla nas to była zabawa, chociaż dosyć niepokojąca. Czy matka też się z nami bawiła? Jednak ten jej przelotny wyraz twarzy – autentycznego zmartwienia, lęku, że ma, jak to się wtedy mówiło, nie po kolei w głowie, że nie może ufać własnym oczom ani pamięci – wydawał się aż nadto prawdziwy, nadto spontaniczny. Woleliśmy wierzyć, że matka udaje, ponieważ alternatywa – że jest osobą stukniętą albo jeszcze gorzej: po prostu wariatką – była zbyt przerażająca, by ją rozważać na serio. Wieczorami w swoim pokoju małpowaliśmy matkę z Owenem („Ale… ale… ale… to byliście wy!”), zaśmiewając się do rozpuku, jednak potem, kiedy leżeliśmy już w łóżkach, w milczeniu rozważając wnioski z tej zabawy, ogarniał nas niepokój. Byliśmy jeszcze mali, ale obydwaj wiedzieliśmy (z książek, od rówieśników), co powinna robić matka – karcić, uczyć, wydawać polecenia, dyscyplinować, gdy trzeba – i dochodziliśmy do wniosku, że nasza nie dorasta do swojej roli. Na kogo my wyrośniemy – głowiliśmy się – pod kierunkiem takiej kobiety? Dlaczego była taka nieudolna? Traktowaliśmy ją tak, jak większość chłopców traktuje małe zwierzęta: łaskawie, kiedy byliśmy w dobrym humorze, okrutnie, kiedy humor nam nie dopisywał. Oszałamiała nas świadomość, że mamy moc rozluźnić napięcie jej ramion i rozchylić jej usta w niepewnym uśmiechu, ale też zmusić ją do spuszczenia głowy i do szybkiego pocierania dłonią o udo, co robiła, gdy była zdenerwowana, nieszczęśliwa lub zmieszana. Martwiliśmy się, ale nie rozmawialiśmy o tym. Wszelkie nasze rozmowy o matce zaprawione były pogardliwą drwiną i niesmakiem. Niepokój nas zbliżał, ośmielał, rozbestwiał. Przecież w końcu, myśleliśmy sobie, doprowadzimy do tego, że jej tak skrzętnie skrywana dorosłość się objawi. Jak większość dzieci zakładaliśmy, że wszyscy dorośli mają w sobie zdolność onieśmielania – że posiadają autorytet.

Poza tą jej ulotnością matka mogła uchodzić za nieudacznicę z powodów bardziej konkretnych. Nie umiała gotować (jej przyrządzane na parze brokuły były gumowate, różyczki kalafiora jeżyły się zwłokami miniaturowych, niewidocznych gołym okiem żuczków, kurczę pieczone broczyło krwią), a domem zajmowała się od przypadku do przypadku. Odkurzacz, który kupił jej ojciec, poniewierał się w szafie na płaszcze przez lata, dopóki Owen i ja nie rozebraliśmy go na części. Nie miała też żadnych zainteresowań. Nigdy nie widzieliśmy, żeby czytała albo pisała, malowała albo pracowała w ogrodzie, a przecież (o czym już wtedy wiedzieliśmy) były to ze wszech miar wartościowe i ciekawe zajęcia. W letnie popołudnia zastawaliśmy ją czasem w salonie: siedziała z podkulonymi po dziewczęcemu nogami i z głupkowatym uśmiechem wpatrywała się w gęstą konstelację pyłków kurzu uwidocznionych smugą słonecznego światła.

Raz widziałem, jak się modliła. Któregoś dnia po szkole wszedłem do salonu i zastałem ją na klęczkach, ze złożonymi rękami i uniesioną głową. Jej usta się poruszały, ale nie mogłem dosłyszeć, co mówi. Wyglądała komicznie, jak aktorka grająca w pustym teatrze – zawstydziłem się za nią.

– Co robisz? – zapytałem, a ona podniosła na mnie zaniepokojony wzrok.

– Nic – odparła zaskoczona.

Ja jednak wiedziałem, co robiła, a na dodatek byłem pewien, że kłamie.

Co więcej mogę powiedzieć? Mogę powiedzieć, że była nieuważna, rozkojarzona, pewnie nawet głupia. Ale jednocześnie muszę podkreślić, że pozostała dla mnie enigmą, co jest trudne i mało komu się udaje. Pamiętam także inne wiążące się z nią rzeczy: była wysoka i pełna wdzięku, a chociaż jej rysów sobie nie przypominam, wiem, że była na swój sposób piękna. Potwierdza to stara nieostra fotografia w sepii, która wisi w gabinecie Owena. Zapewne kiedy robiono to zdjęcie, nie uchodziła za tak piękną, za jaką uchodziłaby teraz, ponieważ jej uroda wyprzedzała jej czasy – pociągła, blada twarz z wyrazem zaskoczenia, twarz obiecująca inteligencję, tajemnicę, głębię. Dzisiaj powiedziałoby się o niej: frapująca. Ojciec jednak musiał ją uważać za bardzo piękną, bo nie widzę innego powodu, dla którego mógłby się z nią ożenić. Ojciec, jeśli w ogóle rozmawiał z kobietami, to tylko z wykształconymi, które nie pociągały go seksualnie. Było tak pewnie dlatego, że kobiety inteligentne przypominały mu siostrę, Sybil, która była lekarką w Rochester. Ojciec ją uwielbiał. Tak więc matce pozostawała tylko uroda. Doznałem rozczarowania, gdy już jako nastolatek pojąłem, że ojciec poślubił matkę wyłącznie dla urody, ale było to, zanim zrozumiałem, że rodzice zawodzą nas pod wieloma względami i najlepiej niczego się po nich nie spodziewać, bo może się okazać, że nie sprostają naszym wyobrażeniom.

Matka jednak była przede wszystkim niepoznawalna. Nie wiem nawet, skąd pochodziła (zdaje się, że z Nebraski), ale wiem, że wychowała się w biednej rodzinie – mój ojciec ze swoim stosunkowo sporym majątkiem i z małymi wymaganiami właściwie ją uratował. Dziwne jednak, że pomimo ubóstwa matka nie wyglądała na zaharowaną i zaniedbaną; bieda jej nie stłamsiła, tylko ją umocniła. Sprawiała raczej wrażenie jednej z tych samowolnych kobiet, które uciekają od ojca, żeby skończyć szkołę i wylądować w ramionach męża. (Poświata, jaka ją otacza na fotografii Owena, razem z jej przedwczesną, cichą śmiercią, z jej sennymi, powolnymi ruchami każą mi ją pamiętać jako świetlistą, chronioną, rozpieszczoną istotę, chociaż wiem, że było inaczej). O ile mi wiadomo, nie miała żadnego wykształcenia (odczytując ojcu nasze świadectwa, zacinała się na przykład na słowie „nie-na-ga…”, aż razem z Owenem wołaliśmy chórem: „nienaganny”, bezczelni, zniecierpliwieni i zawstydzeni). Umarła bardzo młodo.

Ale ona właściwie we wszystkim była młoda. W mojej pamięci pozostała jako dziecko, nie tylko w sensie zachowania, ale i wyglądu. Włosy na przykład nosiła rozpuszczone bez względu na okazję: wiły się na jej plecach leniwą helisą. Te jej włosy niepokoiły mnie już, gdy byłem mały – widziałem w nich jeszcze jeden dowód skrzętnie, a niestosownie hołubionej dziewczęcości. Długie włosy, daleki, nieobecny uśmiech, uciekanie oczami już na pierwsze słowo rozmówcy – to nie były cechy godne podziwu u kobiety obarczonej obowiązkami matki i żony.

Nieswojo mi teraz, gdy wymieniam te nieliczne szczegóły z życia matki, że tak mało ją znałem, że tak mało byłem jej ciekaw. Przypuszczam, że każde dziecko pragnie poznać przeszłość swoich rodziców, dla mnie jednak matka nigdy nie była dość interesującym obiektem takich dociekań. (Czy nie należałoby odwrócić tego rozumowania?). Prawdę mówiąc, nigdy nie wierzyłem w romantyczne wizje przeszłości – co mi to mogło dać? Za to Owen z czasem bardzo się matką zainteresował, na studiach miał nawet taki okres, że śledził dzieje jej rodziny z zamiarem spisania nieformalnej biografii matki. Zarzucił jednak ten projekt po paru miesiącach i strasznie się jeżył, gdy go o to wypytywałem, przypuszczam więc, że bez większego trudu trafił do krewnych z rodziny matki, przekonał się, że to kmiotki, i zniesmaczony dał sobie spokój (wciąż był wtedy zaprzysięgłym elitarystą, więc było go na to stać)6. Matka zawsze liczyła się dla niego w sposób dla mnie niezrozumiały. No ale Owen jest poetą, więc mógł uznać te szczegóły za przydatne do przyszłej twórczości, choć były tak pospolite i rozczarowujące.

***

Mniejsza z tym. Był lipiec trzydziestego trzeciego roku. Waham się powiedzieć: „był dzień jak każdy inny”, gdyż brzmi to strasznie melodramatycznie i złowróżbnie, a w dodatku całkiem niewiarygodnie. A jednak taka jest prawda: był to dzień jak każdy inny. Ojciec wyjechał gdzieś z przyjacielem, Lesterem Drew, też drobnym farmerem, i robili zapewne to, co dwaj drobni farmerzy mogą robić razem. My z Owenem zbieraliśmy pijawki do wiaderka, gdyż zamierzaliśmy zapiec je w cieście i podarować Idzie, dochodzącej kucharce i jędzy, jakich mało. Moja matka machała nogami nad strumieniem.

Potem całymi dniami wypytywano Owena i mnie, czy nie dostrzegliśmy owego popołudnia jakiejś zmiany w jej zachowaniu. Czy nie wydawała się niespokojna, chora, wyjątkowo zmęczona? Czy nie skarżyła się na zawroty głowy lub osłabienie? Na wszystko odpowiadaliśmy: nie. Właściwie to bardzo niewiele mogę powiedzieć o poczynaniach czy nastroju matki z tamtego dnia – pewnie dlatego, że niewiele się różniły od tego, co nauczyliśmy się przyjmować za jej normalne zachowanie. Matka była irytująca, to fakt, ale nie można było jej zarzucić niekonsekwencji. Nawet w ostatnim dniu życia działała w niezmiennym rytmie, który tylko ona wyczuwała.

Nazajutrz rano spaliśmy z Owenem do późna, jak to zwykle latem. Kiedy się obudziłem – Owen jeszcze spał w łóżku obok – panował już upał. Niewiele od nas wymagano. W przeciwieństwie do innych dzieci nie musieliśmy pomagać w domu. Dni były więc nasze i mogliśmy je spędzać, jak chcieliśmy. W związku z tym nasze letnie miesiące upływały na frywolnych rozrywkach: męczyliśmy żaby hałasujące nad potokiem, kradliśmy morele z sadu Lestera Drew, skradaliśmy się przez wysokie, ostre trawy za świstakami. Rano budziliśmy się, kiedyśmy chcieli, zjadaliśmy to, co dla nas zostało w kuchni, i wychodziliśmy na dwór realizować dzienny plan. Czasami w kuchni zastawaliśmy ojca z Lesterem Drew – ojciec skręcał papierosa w palcach, a między nim i Lesterem stał talerz pokrojonych w plastry brzoskwiń, połyskujących mdląco niczym surowe mięso. Oni rzucali burkliwe powitanie, my też, i siadaliśmy w milczeniu przy stole.

Tego ranka ojciec z Lesterem też tam byli, a razem z nimi jeszcze dwóch panów: miejski lekarz John Naples i wielebny Cunningham, duszpasterz miasteczka. Rozmawiali po cichu. Kiedy podszedłem, umilkli. Ojciec był człowiekiem beznamiętnym, stoikiem nieskorym do emocjonalnych wzruszeń. (Miał dużą kwadratową twarz i matowe oczy o oliwkowym odcieniu kaparów). Dlatego jeśli okazywał jakieś uczucia, był to zawsze powód do zaniepokojenia, a co najmniej zaciekawienia. Zapamiętałem jego minę z tamtego ranka – mieszankę zdziwienia, konsternacji i oszołomienia – pamiętam ją lepiej niż samą jego twarz.

– Twoja matka nie żyje – powiedział.

Wyrzekł to spokojnie, ze śmiertelną powagą, normalnym tonem, będącym zaprzeczeniem jego miny; powiem wręcz, że jego głos mnie uspokoił.

– No wiesz, Joseph – obruszył się wielebny Cunningham.

– Lepiej, żeby dowiedział się tak, wprost – odrzekł ojciec. Gdy ogłaszał nowinę, patrzył mi prosto w oczy. Teraz odwrócił wzrok i mówił gdzieś ponad głową wielebnego Cunninghama. – Spodziewam się, że zajmiecie się ciałem, wielebny. Zróbcie wszystko, czego… ona sobie życzyła.

Po czym plasnął w ręce takim schludnym, zamykającym sprawę gestem i tylnymi drzwiami wyszedł na podwórze. Lester spojrzał na mnie przeciągle, żałośnie i podreptał za ojcem, pozostawiając mnie z wielebnym Cunninghamem, który wzdychał, i Johnem Naplesem, który krzywił się boleśnie.

– Ty! – odezwał się do mnie Naples. – Nie masz przypadkiem brata?

Wiedział, że mam. Poprzedniego lata nałapaliśmy z Owenem zielonych węży trawnych i wpuściliśmy je, jednego po drugim, do skrzynki na listy przy klinice Naplesa. Taki dziecinny kawał, ale Naples się wściekł i nigdy nam nie darował. Był zgorzkniałym złośnikiem, przeżartym rozczarowaniem do świata – tacy jak on specjalnie kopią uliczny pył na dzieciaki, bo wiedzą, że dzieciak im się nie odgryzie.

– Nie interesuje cię, jak twoja matka rozstała się ze światem? – spytał po chwili.

– Naples! – przywołał go do porządku wielebny Cunningham.

Naples go zlekceważył.

– To te komary, od których roi się nad waszym potokiem – ciągnął swoje. – Jako lekarz uważam, że roznoszą one szczep chińskiej grypy. Komary roznoszą choroby. Wasza matka wlazła w rojowisko bakterii, sama sobie była winna. – Oparł się wygodnie, zadowolony z siebie, i wypuścił dym z fajki. – Więc jeśli ty i twój brat nie będziecie omijać tego potoku, spotka was taka sama śmierć.

Wielebny Cunningham był wyraźnie zbulwersowany.

– Doprawdy, Naples – powiedział, a zużywszy w ten sposób cały arsenał oburzenia, wyszedł tylnymi drzwiami, śladem ojca.

Nie zdziwiło mnie to, bo mało się po wielebnym spodziewałem – nawet nie dlatego, że był księdzem, ale dlatego, że wyglądał tak potulnie. Miał minę, którą pamięta się raczej przez jej braki niż obecność: jego zapadnięte policzki wyglądały tak, jakby ktoś dwoma zręcznymi ruchami wygrzebał z nich całe ciało.

Naples wzruszył ramionami. W przeciwieństwie do pozostałych nie miał najmniejszego zamiaru wychodzić. Kiedyś Owen i ja zauważyliśmy, że gdy z dorosłymi rozmawiamy jak z upośledzonymi umysłowo, gorszymi od siebie – jakby stanowili uciążliwość, którą nauczyliśmy się znosić – wówczas podają nam informacje, jakich normalnie nie udzieliliby dziecku, zwłaszcza tym tonem, którego zwykle używali. Nasza metoda nie działała jednak na Naplesa, któremu arogancja przydawała niewygodnej dla nas niewzruszoności.

– A co to za cholerstwo, ta chińska grypa? – zaryzykowałem.

Naples w najlepsze pykał z fajki.

– I tak byś nie zrozumiał – odparł grubiańsko.

– Moim zdaniem pan zmyśla.

– A moim zdaniem jesteś bezczelnym szczeniakiem. Twój braciszek jest taki sam.

– Ale pan to zmyślił, prawda?

– Uważaj, co mówisz, chłopcze.

– Ale co to jest?

Ten ping-pong słowny trwał jeszcze chwilę – ja pytałem, Naples odpowiadał pogróżkami – aż wreszcie doktor westchnął i się poddał.

– Rodzaj choroby przenoszonej przez komary. Taki komar ukąsił twoją matkę, która zachorowała i umarła.

Brzmiało to logicznie, więc zamilkłem. Jakąś chwilę przesiedzieliśmy w ciszy, kontemplując, jak mniemałem, każdy na własną rękę rozczarowującą śmierć mojej matki. Nagle jednak Naples uzmysłowił sobie, jak wmanipulowałem go w odpowiedź, i otrzeźwiał.

– Dziwię się, że wasza matka sama się nie zabiła – burknął. – Bóg mi świadkiem, że ja bym to zrobił, jakbym miał takie dzieci.

Jego oczy zalśniły triumfem i wyczekiwaniem.

Nie poruszyło mnie to, co powiedział, ale widać poczytał moje milczenie za urazę, bo zadowolony wystukał popiół z fajki, robiąc schludny kopczyk na stole, po czym wyszedł frontowymi drzwiami i zatrzasnął je za sobą. Słyszałem, jak pogwizduje, odchodząc ścieżką; odgłos przycichał, aż zanikł w oddali – pozostało tylko brzęczenie roju letnich owadów. Po raz pierwszy ktoś przemówił do mnie jak do dorosłego.

***

To właśnie John Naples, pyszałkowaty, małomiasteczkowy doktorzyna, obudził we mnie zainteresowanie chorobami. Dokonał tego nieświadomie – nie sądzę, aby powiedział mi o śmierci matki w tak brutalny sposób, ponieważ miał zamiar potraktować mnie jak dorosłego; był to w końcu małostkowy okrutnik, który na pewno chciał tylko doprowadzić mnie do łez, jednak swoją bezwzględną, błędną odpowiedzią uchylił mi drzwi do świata chorób i jego nurtującej genialnej zagadki.

Owen już w tym wieku interesował się słowami: czytał słowniki i wszelkiego rodzaju książki, uwielbiał gry słowne – anagramy, kalambury, palindromy. Potrafił przez cały dzień zabawiać się ciągami rymów, które wynajdywał lub sam tworzył. Ja wprawdzie też lubiłem czytać, ale sport języka nie pochłonął mnie nigdy tak jak Owena. Bo dla mnie język nie miał przyrodzonej inteligencji – stworzony przez ludzi, przez ludzi miał nadane znaczenie i dlatego zręczne pisanie wydawało mi się zawsze swego rodzaju kuglarstwem. Chwali się pisarzy za łatwość operowania ludzkim wytworem, czymś, co można dowolnie zmienić, zmanipulować – dlaczego więc rozdymanie sztucznie stworzonej konstrukcji uchodzi za genialne osiągnięcie? Ale może nie mówię z sensem; sformułuję to inaczej: otóż język nie ma żadnych wewnętrznych sekretów.

Za to nauka, a szczególnie nauka o chorobach, pełna jest rozkosznych sekretów, ciemnych, oleistych zakamarków tajemnicy. Język można źle zinterpretować, źle skonstruować, narzucać mu prawa i ignorować je, gdy przyjdzie taki kaprys. Język nie zna dyscypliny. Czasami zdawał mi się grą wymyśloną przez człowieka do zabawy – takiej, jaką uwielbiał Owen. Ale choroba, wirus, wijący się łańcuch bakterii istniały niezależnie od człowieka i do nas należało rozszyfrowanie ich zagadek.

John Naples oczywiście nie myślał o chorobach w ten sposób (oznaką słabego umysłu u lekarza jest upieranie się, że przedmiotem jego wysiłków jest pacjent, a nie choroba), ale muszę się przyznać, że oddał mi przysługę, zjawiając się w moim życiu jako ostrzeżenie przed typem ludzi, z jakimi miałbym teraz do czynienia, gdybym nie zdecydował się na medycynę badawczą. Już jako dziecko wiedziałem, że nie zadowolę się mętnymi wyjaśnieniami. Byłem po prostu zanadto niecierpliwy.

***

Na szczęście Naples nie miał w tej sprawie ostatniego słowa. Mój ojciec mógł sobie być leniwy, ale na pewno nie był głupi, a w tej konkretnej kwestii wykazał się zaskakującą orientacją. Po południu tego samego dnia, po telefonie do siostry w Rochester (zapomniał powiadomić Owena, więc musiałem to zrobić sam, kiedy brat w końcu przyczłapał do kuchni, marudząc i trąc zaspane oczy), zadzwonił do kolegi Sybil z akademii medycznej, który mieszkał w Indianapolis, a ten kolega zadzwonił do swojego kolegi, który mieszkał w Crawfordsville, miasteczku położonym pięćdziesiąt mil na wschód od nas. Ten ostatni – niejaki doktor Burns – załatwił przewiezienie ciała mojej matki na sekcję do swojej kliniki.

Tydzień później doktor Burns przysłał nam raport, który stwierdzał, że moja matka wcale nie zmarła na chińską grypę („Osobiście nie zetknąłem się z taką chorobą, chociaż jako patolog mogę nie być obeznany z lokalnymi przypadłościami tak świetnie jak mój szanowny kolega, dr John M. Naples” – napisał dyplomatycznie doktor Burns), tylko na anewryzm. Anewryzm! Odkąd Sybil wytłumaczyła mi ten termin, często wyobrażałem sobie przebieg ataku, słysząc nieomal cichą eksplozję pękającej tętnicy i widząc zwój nasączonej, sflaczałej tkanki i ciemną krew plamiącą mózg połyskliwą, lepką czerwienią granatu. (Później, jako nastolatek, miewałem napady poczucia winy, kiedy myślałem sobie: „Tak młodo! Co za niesprawiedliwość!”. A jeszcze później, kiedy byłem już dorosły i na serio zastanawiałem się nad własną śmiercią i nad tym, w jakich okolicznościach chciałbym umrzeć, myślałem: „Co za dramatyzm!”. Wyobrażałem sobie spadające gwiazdy, fajerwerki, przecudne krople światła spływające z nieba jak tysiące połyskliwych klejnotów i niemal zazdrościłem matce tak wspaniałego ostatniego przeżycia).

„Nie cierpiała – napisała do mnie Sybil. – Miała dobrą śmierć. Miała szczęście”.

Dobra śmierć. Często myślałem o tym sformułowaniu, ale jego znaczenie pojąłem, dopiero gdy sam zostałem lekarzem. Kiedy byłem mały, słowa Sybil wydawały mi się równie tajemnicze jak samo pojęcie śmierci. Dobra śmierć. Mojej matce dana była dobra śmierć. Tej marzycielce, temu duchowi przypadł w udziale największy dar, jaki może ofiarować natura. Tamtej nocy matka wsunęła się pod kołdrę tak cicho, jakby opuszczała stopy w blady, szemrzący potok, i przymknęła oczy, nieświadoma celu swojej następnej podróży i nieulękła.

Potem przez lata miałem sny, w których matka pojawiała się w dziwnych formach. Jej rysy należały do innych istot, dając efekt zarazem groteskowy i głęboko filozoficzny: do śliskiej białej ryby na końcu żyłki u mojej wędki, ryby o żałosnym rozdziawionym pyszczku pstrąga i ciemnych półprzymkniętych oczach; do wiązu na skraju naszej posesji: kępy jego listowia z matowego złota przeobrażały się w jej skołtunione czarne włosy; do kulawego szarego psa pomieszkującego na posesji Muellerów, którego – a raczej której, bo to była suka – pysk gorliwie otwierał się i zamykał, lecz nie wydawał dźwięku. Im byłem starszy, tym lepiej rozumiałem, że śmierć była łatwa dla mojej matki; aby bać się końca, musisz mieć coś, co cię wiąże z życiem. Moja matka nie miała. Zawsze, jak długo ją znałem, zdawała się szykować do śmierci. Jednego dnia żyła, drugiego już nie.

Sybil powiedziała, że matka miała szczęście. Bo czego więcej można chcieć od śmierci – niż dobroci?

***

Zostaliśmy we trzech, Owen, ja i nasz ojciec. Mało mówiłem dotąd o naszym ojcu: jakkolwiek nieścisłością byłoby stwierdzić, że go lubiliśmy, to był z pewnością bardziej znośny niż matka, chociaż łączyła ich wkurzająca odmowa zakotwiczenia się w świecie praktyczności. Gdy matka znalazła swoją porcję szczęścia w śmierci, ojciec już dawno uznał szczęście za swoje przyrodzone prawo.

Urodził się i wychował w pobliskim miasteczku o nazwie Peet, o którym też na pewno nie słyszeliście. Dzisiaj Peet jest właściwie wymarłe, należy do tych miejsc, które smutnieją i pustoszeją z każdym rokiem, w miarę jak dzieci dorastają i wyjeżdżają, aby nigdy nie wrócić. Ale gdy mój ojciec był młody, Peet jeszcze się liczyło. Miało własną stację kolejową, która stworzyła wokół siebie małą, lecz zdrową lokalną gospodarkę. Były tam na przykład hotel i teatr rewiowy, i ulica Główna z dwupoziomowymi drewnianymi sklepami pomalowanymi w kolory nieba i skał. Podróżni zdążający do Kalifornii wysiadali w Peet na kanapkę z pastą jajeczną i napój z selera, które podczas postoju pociągu można było kupić w sklepie wielobranżowym przy stacji. Miejscowa ludność zyskiwała na tych przelotnych relacjach, które były proste i czyste: wymiana pieniędzy na dobra, miłe pożegnanie, pewność, że więcej się nie zobaczymy. Czym są zresztą wszelkie życiowe relacje, jak nie tym właśnie, tyle że rozciągniętym niemrawo na lata i pokolenia?

Rodzice mojego ojca, których rodzice emigrowali do Ameryki z Węgier, byli właścicielami wspomnianego sklepu wielobranżowego. W przeciwieństwie do swego syna byli pracowici, oszczędni i umieli mądrze inwestować. W roku tysiąc dziewięćset jedenastym, kiedy mój ojciec był na ostatnim roku college’u, zmarli oboje, jedno po drugim, na grypę. Mój ojciec i jego siostra odziedziczyli sklep rodziców, ich dom, siedemdziesiąt akrów ziemi uprawnej w miejscowości Lindon oraz oszczędności. Ojciec, co udowodnił po śmierci matki, okazał się zdolnym administratorem. Sprzedał sklep i dom w Peet, zapłacił podatki, urządził pogrzeb i założył konto oszczędnościowe dla siostry. Sybil, która kończyła właśnie szkołę średnią, z części tych pieniędzy opłaciła sobie studia w Wellesley. Ojciec, bardziej od siostry leniwy, dobrnął jakoś do końca studiów w Purdue, uzyskał dyplom i przeniósł się do Lindon, gdzie kupił dom i rok w rok dodawał parę akrów do swoich gruntów. Gdy Sybil rozpoczynała studia medyczne na Uniwersytecie Northwestern, ojciec hodował soję i dwa gatunki fasoli. Spłodził synów. W końcu podjął pracę na kolei jako zawiadowca ruchu. Osiągnął już wszystko, co miał osiągnąć w życiu.

Ojciec był dla mnie równie frustrujący, jak matka była nieuchwytna. Interesowało go tylko osiągnięcie stanu kompletnej inercji. Irytowało mnie to w stopniu nie do opisania. Bo po pierwsze, żyliśmy w kraju, w którym miarą człowieka jest jego przedsiębiorczość. Wprawdzie my z Owenem nie przejmowaliśmy się zbytnio upodobaniami mieszkańców miasteczka, lecz tak się składało, że podzielaliśmy ich opinię o sposobie bycia naszego ojca – było w nim coś żenującego, wręcz nieprzyzwoitego. Panował przecież Wielki Kryzys. Słyszeliśmy opowieści o dzieciach porzucanych przez rodziców, oglądaliśmy zdjęcia zgnębionych, wynędzniałych mężczyzn czekających na miskę zupy, na pracę, na pożyczkę. Tymczasem mój pozbawiony ambicji, flegmatyczny ojciec jakoś wyszedł z Kryzysu bez szwanku. Pamiętam niejeden wieczór, gdy siedziałem przy kuchennym stole, marząc o ojcu, który krzyczy, strofuje, spuszcza mi lanie, żebym był grzeczniejszy i pilniej pracował, o ojcu, który ma co do mnie ambicje większe niż ja sam. Tymczasem mój ojciec siedział sobie, nucąc w rozmarzeniu jakiś ostatni przebój i skręcając papierosa. Ziarna kukurydzy, wspomnienie po upichconym naprędce posiłku, zagnieżdżały się w jego szczotkowatych wąsach, a gdy zwracałem mu na to uwagę, wysuwał leniwie język, by omieść nim usta i nos sprawnym wężowym ruchem, nie przerywając nucenia. Ten niedbały, beztroski gest irytował mnie ponad wszystko. Teraz chce mi się trochę śmiać z tego, jaki byłem zasadniczy; dziś przyznaję, że bardzo skorzystałem na jego nieustannym ślepym szczęściu, ale wówczas wydawało mi się, że ojciec wyrządza krzywdę mnie i Owenowi. Ktoś, kto by się wychował u nas w domu, musiałby nabrać przekonania, że szczęście spada tutaj z nieba, lądując na podłodze w kuchni z uspokajającym pacnięciem, i że nic, nawet perspektywa zbicia wielkiego majątku, nie jest warte zachodu. Mój ojciec nie gromadził pieniędzy z kapitalistycznej gorliwości, o nie – gdy pieniądze się trafiały, inwestował je, a jeśli zdarzało mu się podjąć błędną decyzję biznesową, wcale się tym nie przejmował.

Cała ta sytuacja złościła mnie, bo rozpieszczone dziecko niczego tak nie pragnie jak romantyzmu biedy. Często marzyłem o rodzicach, którzy byliby zaharowującymi się imigrantami, a ja byłbym ich jedyną nadzieją. Bardzo mnie wzruszały sentymentalne opowiastki dla dzieci, takie jak Trzy srebrne łyżwy; wcielałem w ich bohaterów siebie i członków swojej rodziny. Ojciec stawał się nieruchawą, bezradną i śliniącą się ofiarą wylewu, Owen moim kalekim, niedorozwiniętym młodszym bratem, ja zaś byłem pionierem i bohaterem, równie bezwzględnym co pomysłowym. Jedyną nadzieją dla mojej rodziny było zdobycie przeze mnie wykształcenia. Musiałem więc osiągnąć sukces akademicki: zostanę lekarzem i podźwignę nas wszystkich z dna rozpaczy i nędzy do świata zwartych sześciennych domków. W fantazjach moje dłonie, magiczne dzięki latom amerykańskiej edukacji, uzdrawiały nieszczęsnego ojca, który natychmiast, mimo moich protestów, brał się do pracy. Matka, silna i kategoryczna, znów piękna, uśmiechała się po raz pierwszy od lat, natomiast mój brat, któremu opłaciłem szkołę specjalną, zaczynał mówić i poruszał się jak sportowiec. Jakże pragnąłem takiej motywacji! Tymczasem musiałem walczyć z brzemieniem nie biedy, tylko zadowolonego z siebie, rozmyślnie nieruchawego ojca i dostatniego dzieciństwa, którym mógłbym się cieszyć, gdybym się go tak uparcie nie wyrzekał.

Na szczęście miałem też Sybil. Jak już wspomniałem, ojciec bardzo Sybil szanował; nie przesadzę chyba, jeśli powiem, że czuł przed nią nabożny lęk. Sybil była dla niego równie wielką zagadką jak dla mnie: jakim cudem ktoś tak pracowity, inteligentny i aktywny mógł się urodzić w jego rodzinie?

Jednak nie wszyscy zachwycali się Sybil. Całe szczęście – szeptali zawistnicy – że potrafi się sama utrzymać, bo na mężczyznę nie ma co liczyć. Pytani wprost, co mają na myśli, tłumaczyli się, że chodzi im tylko o to, że Sybil jest taka niezależna i wygadana, ale przecież każdy wiedział, co jest grane: Sybil, która czesała się w ciasną koronę, była zbyt brzydka, by liczyć na zamążpójście, do którego rzeczywiście nigdy nie doszło. Była o cztery lata młodsza od mojego ojca, ale kiedy umarła na raka piersi w grudniu czterdziestego piątego roku, wyglądała starzej, niż w moim pojęciu powinna wyglądać pięćdziesięciodwulatka. Ludzie zawsze uważali Sybil za dziwaczkę, a ona, gdy zaczynała praktykę pediatryczną w Rochester, pogodziła się chyba z rolą nieatrakcyjnej prowincjonalnej starej panny.

Szkoda Sybil z wielu powodów, ale głównie dlatego, że zawsze uważałem ją za doskonały materiał na immunologa. Była nieskończenie, niezłomnie dociekliwa i kreatywna, stanowcza, lecz nie arogancka. Miała otwarty umysł, skłonny do baletowych skoków w rozumowaniu i do analiz godnych prawdziwego geniusza. Zdawało się, że wie wszystko. Kiedy i ja trafiłem w końcu na uczelnię medyczną, ciotka Sybil przyznała mi się, że też chciała zostać „medycznym poszukiwaczem przygód” (żadne z nas nie wiedziało, na czym takie zajęcie miałoby polegać, ale oboje o nim marzyliśmy), lecz niestety nic z tego nie wyszło7. Po latach wyznała mi z tą samą nieśmiałością, że zawsze marzyła o dzieciach, i namawiała mnie gorąco, abym bez względu na swoje życiowe wybory koniecznie miał dzieci. Przekonywała, że nic na świecie nie da mi więcej radości. Jej słowa, z powodów oczywistych, odżyły ostatnimi czasy w mojej pamięci. Sybil była mądra, miała rację w tylu innych sprawach – jak więc mogłaby się pomylić w tej?

Gdy byłem mały, bardzo często widywałem Sybil. Do śmierci matki – po której bywała u nas częściej – miała zwyczaj przyjeżdżać na kilka tygodni każdego lata. Pacjentów przekazywała pod opiekę innemu pediatrze i zjawiała się u nas z prezentami dla wszystkich. Mojej matce, której nigdy za bardzo nie rozumiała, przywoziła zawsze coś ładnego i frywolnego, kierując się po części niezdarną protekcjonalnością, a po części słusznym przekonaniem, że piękno i frywolność nie zmarnują się u mojej matki. I rzeczywiście – cokolwiek to było, matka się cieszyła, a jej własna uroda dodawała urody upominkowi. Pewnego razu, pamiętam, ciotka przywiozła mamie jedwabną sukienkę w polne kwiaty. Matka natychmiast ją włożyła i okręciła się – widzę ją nadal, jak kręci piruety po całym salonie, a sukienka wiruje kremową, maślaną smugą. Sybil nigdy właściwie nie wiedziała, co powiedzieć do bratowej, której, jak sądzę, i współczuła, i zazdrościła – współczuła, bo moja matka zdawała się taka zadowolona z prostego, pozbawionego ambicji życia, które wiodła, a zazdrościła, bo matka rzeczywiście była zadowolona, że miała takie życie, jakie miała.

Dla ojca przywoziła Sybil coś fikuśnego – świstawkę w formie ptaszka wyrzeźbioną przez jakiegoś pacjenta, kamionkową butlę syropu klonowego, książkę o kolekcjonowaniu kamieni. Owenowi zwoziła książki, łamigłówki, grube arkusze papieru rysunkowego z widocznymi włóknami.

Lubiła nas wszystkich, ale ja byłem jej faworytem. Owena kochała, on ją też, a jednak nie było między nimi takiego porozumienia jak pomiędzy mną a ciotką. Szczerze mówiąc, zawsze podejrzewałem, że Sybil uważa Owena za zbyt łatwego w obejściu; chociaż bardzo chwaliła jego wysiłki artystyczne (epickie poematy, abstrakcyjne szkice scen z życia wsi), czyniła to z jakimś ogólnikowym entuzjazmem, nie wdając się w szczegółową krytykę ani pochwały. Nie gardziła sztuką i artystami, ale i nie starała się za bardzo ich zrozumieć.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że Owen nigdy nie kochał Sybil tak jak ja, a to z dwóch powodów. Powód pierwszy nie miał nic wspólnego z samą Sybil – po prostu Owen przypisywał mistyczne znaczenie naszej nieobecnej matce i bezwolnemu ojcu; z czasem miał uznać, że na tle amerykańskiej kultury, którą gardził jako wulgarną i nadambitną, leniwa obojętność naszych rodziców jest aktem radykalnym, wręcz buntowniczym. (Dla mnie w inercji nie ma nic buntowniczego). Owen też miał oczywiście fantomowych rodziców, ale podczas gdy moi byli upośledzeni, jego byli, z braku lepszego słowa, kontrkulturowi. Zawsze uważałem, że największą pretensję do losu ma Owen o to, że nie urodził się trzydzieści lat później parze bitników.

Drugim powodem, dla którego Owen nigdy nie pokochał Sybil tak bardzo jak ja, było coś, co miało związek z samą Sybil. Chociaż szanowałem jej umysł i bardzo ją lubiłem, to jednocześnie dostrzegałem jej brak elegancji i wykształcenia w sprawach kultury. Ale nawet jeśli to prawda, nie dało się zaprzeczyć, że (wykłócałem się o to z Owenem w odległej przeszłości) Sybil była najbardziej witalną osobą dorosłą w naszym życiu. Gdyby nie ona, nie poznalibyśmy alternatywnego wzorca zachowań dorosłych i poprzestalibyśmy może na skromniejszych powołaniach.

W każdym razie dla mnie Sybil zawsze miała najlepszy prezent: mały mikroskop, stary stetoskop, ręcznie opisany żywiczny model serca. Przywoziła mi gablotki z czarnej skóry pełne afrykańskich żuków gnojowych zatkniętych na sztyfciki z białego kartonu. Albo piłkę i kij do baseballu, które dostałem razem z pierwszą lekcją fizyki; albo stare radio, które przytaszczyła z Rochester, żeby mi pokazać, jak je rozebrać; albo grubą soczewkę szkła powiększającego i wykład do kompletu, bo jakiś czas wcześniej zastała mnie przykucniętego na naszej bitej drodze, gdzie przypiekałem mrówki.

Kiedy skończyłem dziesięć lat, Sybil podarowała mi książkę, która zrazu wydała się niewypałem. Żywoty wielkich naukowców napisane były drętwo, a zilustrowane infantylnie. Ten obraźliwie wesolutki i prościutki tekst nadawał się raczej dla tępego sześciolatka. Było to po prostu „Who is Who” kanonu naukowego, zawierające krótkie notki o wszystkich „czołowych” naukowcach (imiona, najważniejsze prace itp.; nie zdziwiłbym się, gdyby podawano także wzrost, wagę i hobby poszczególnych osób), tak jakby naukowców, niczym graczy w baseball, można było uszeregować w jakimś rozstrzygającym rankingu. Muszę jednak przyznać, że idea ta, wówczas dla mnie absurdalna, z latami zaczęła nabierać uroku. (Nawiasem mówiąc, w najnowszej edycji z roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego pojawiła się notka o mnie, wprawdzie nader zwięzła, ale nie bardziej błędna niż wiele szkiców biograficznych kilkakrotnie przekraczających jej objętość8. Notce towarzyszy zdjęcie ukazujące mnie z Philipem9, który mógł mieć wówczas z dziesięć lat. Jakość zdjęcia jest tak marna, że twarz Philipa widnieje na nim jako czarne kółko z białym rozcięciem w charakterze uśmiechu. Ja wydaję się słoniowaty, niezdarny, jak dobrotliwy cyrkowy klaun).

Wracając do tematu – wspomniana książka nie wprowadziła mnie rzecz jasna w obszar możliwości i zasad działania świata przyrody, ale zaznajomiła z osobowościami naukowców, które mnie zafascynowały. Uświadomiłem sobie bowiem, że istnieje pewien typ umysłu, który lgnie do nauki, i doszedłem do wniosku, że taki właśnie typ umysłu podziwiam.

II

Wspominałem już o krętych schodach w centralnym punkcie naszego domu. Była to niestosowna ekstrawagancja w architektonicznie skromnym budynku – mnie zawsze zdawały się gościem, który pewnego dnia wróci na właściwe sobie, wspaniałe miejsce i połączy dwa piętra kamienicy na Piątej Alei. Ów pretensjonalny element zainstalował poprzedni właściciel naszego domu (początkujący architekt studiujący na Uniwersytecie Columbia, który nigdy nie pogodził się z upokorzeniem, jakim była konieczność opuszczenia miasta i powrotu do rodzinnej posiadłości w Lindon). Choć konstrukcja schodów była mocna, a drewno solidne, całość popadła w ruinę, służąc przez pięćdziesiąt lat naszej rodzinie. Ojciec często, choć bez przekonania, wspominał o demontażu kręconych schodów i zastąpieniu ich czymś prostszym, lecz nigdy do tego nie doszło, a gdy umarł, a ja wróciłem na farmę, po schodach właściwie nie dało się już chodzić i musieliśmy z Owenem korzystać z drabiny, żeby dostawać się do swoich dawnych pokojów na piętrze.

Jednak w roku trzydziestym piątym nasze schody, niezbyt już wprawdzie piękne, nadawały się jeszcze do użytku, w każdym razie jak na moje potrzeby. Postanowiłem rozpocząć swój projekt – pomalowania ich – od górnego stopnia i posuwać się w dół. Chodnik zdjęto już wcześniej, a ponieważ drewno było brudne i pełne zadziorów, musiałem na każdy stopień nałożyć kilka warstw farby, żeby zamaskować nierówności. Pokonałem wszystkie dwadzieścia stopni, malując górę, przód i boki na różne kolory. Po kilku godzinach farba wyschła i zacząłem od początku, od góry. Posuwając się w dół, na wierzchu i na froncie każdego stopnia wypisałem farbą nazwisko innego naukowca. Gdy skończyłem pracę, schody mieniły się kolorami i słowami: na szczycie Curie, pod nią Galileusz, niżej Einstein, Gregor Mendel, James Clerk Maxwell, Marcello Malpighi, Carolus Linnaeus, Nicolaus Copernicus i tak dalej. Nie ustaliłem z góry kolejności nazwisk, pisałem je tak, jak przychodziły mi do głowy. Zanim jednak doprowadziłem swój projekt do końca, przeszkodził mi Owen, który zaczął się awanturować, że nie zaprosiłem go do współpracy. Nasza kłótnia zwabiła z podwórza ojca i Lestera. Lester dłuższą chwilę stał i gapił się na schody (a my z Owenem wstrzymywaliśmy oddech), po czym zaczął wrzeszczeć, że zasłużyliśmy na solidne lanie, im gorsze, tym lepiej. A wtedy ojciec nieoczekiwanie zaczął się śmiać.