Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 540 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie doskonali - Peter James

Kiedy planujący potomstwo przyszli rodzice, John i Naomi Klaessonowie, dowiadują się, że są nosicielami genu, który prawdopodobnie spowoduje u ich dzieci rzadką chorobę genetyczną, postanawiają zgłosić się do prowadzonego przez jedną z amerykańskich klinik tajnego programu, który pomoże im zaprojektować doskonałe dziecko. Ich jedynym marzeniem jest posiadanie zdrowego, szczęśliwego potomstwa. Nie chcą też po raz kolejny przeżywać śmierci ich ukochanego dziecka. Za czterysta tysięcy dolarów będą mogli wybrać wszystkie geny ich przyszłego potomka. Wkrótce Naomi dowiaduje się, że urodzi niezwykłe bliźnięta…

Opinie o ebooku Ludzie doskonali - Peter James

Fragment ebooka Ludzie doskonali - Peter James

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

93

94

95

96

97

98

99

100

101

102

103

104

105

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

116

117

118

119

120

121

122

123

124

125

126

127

128

129

130

131

PODZIĘKOWANIA

Przypisy

O książce

Nowa książka autora Domu na wzgórzu, uznanego przez polskich czytelników za NAJLEPSZY HORROR ROKU 2016 w plebiscycie portalu Lubimy czytać!

John i Naomi Klaessonowie chcieli dobrze. Właściwie chcieli tylko, żeby ich drugi syn był zdrowy i… żył.

Kiedy więc w prywatnej klinice dostali możliwość dowolnego skomponowania kodu DNA dziecka, poprosili o wyeliminowanie genu choroby, której oboje są nosicielami i która doprowadziła do śmierci ich pierwszego syna, i o kilka drobnych ulepszeń, no i o to, by był to chłopczyk. Nic wielkiego, zwłaszcza w porównaniu z setkami możliwości, które oferował im właściciel kliniki, Leo Dettore.

Jednak z „niczego wielkiego" wkrótce narodził się duży problem… A wtedy rozpętał się horror, o którym nie mogli nawet śnić w najgorszych koszmarach.

PETER JAMES(ur. 1948 r.)

Angielski autor kryminałów, scenariuszy sztuk teatralnych, odznaczony nagrodą Diamond Dagger za całokształt twórczości. Jest jedynym brytyjskim pisarzem, który regularnie towarzyszy oddziałom policji w przeprowadzanych akcjach i uczestniczy w konferencjach na temat technik śledczych. Wśród policjantów ma reputację człowieka, który doskonale wie, o czym mówi, a przez fanów został uznany za Najlepszego Autora Kryminałów Wszech Czasów.

James ma za sobą karierę producenta filmowego i scenarzysty, ale od kiedy powołał do życia postać Roya Grace'a, który stał się jednym z ulubionych bohaterów czytelników na całym świecie, zdecydował się na pełnoetatową karierę pisarską.

Peter James jest zdobywcą wielu ważnych międzynarodowych nagród, m.in. Prix Polar International, francuskiej Prix Coeur Noir, niemieckiej Krimi-Blitz Award i amerykańskiej nagrody Barry.

Polscy czytelnicy nagrodzili jego powieść Dom na wzgórzu mianem najlepszego horroru roku 2016 w plebiscycie portalu Lubimy czytać!

Tego autora

DOM NA WZGÓRZU

LUDZIE DOSKONALI

Tytuł oryginału:

PERFECT PEOPLE

Copyright © Really Scary Books/Peter James 2011

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Paweł Lipszyc 2017

Redakcja: Grażyna Dziedzic

Zdjęcie na okładce: Skitter Photo/StockSnap

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7985-429-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Dla Tony’ego Mullikena,któremu tak wiele zawdzięczam

1

Późnym kwietniowym popołudniem, trzydzieści mil morskich na wschód od Cape Cod, smagana wiatrem młoda para o zatroskanych twarzach, zaciskając dłonie na relingu, stoi z bagażem na lądowisku dla helikopterów przerobionego statku pasażerskiego.

Oboje wiedzą, że jest już za późno na wątpliwości.

Zamalowane wgniecenia, pęknięcia i nity czterdziestoletniego statku Serendipity Rose1 upodabniają go do starej dziwki próbującej się upiększyć makijażem. Gdy tak brnie przez wzburzone fale, z panamską banderą łopoczącą na rufie, wiatr rozrywa na strzępy wstęgę dymu z żółtego komina. Statek płynie na tyle szybko, by stabilizatory działały, ale nie spieszy się, nie dąży do żadnego celu. Bezpiecznie meandruje poza liczący dwanaście mil morskich pas wód terytorialnych Stanów Zjednoczonych. Z dala od amerykańskiego prawa federalnego.

Trzydziestokilkuletni John Klaesson, w kurtce z futrzaną podpinką, grubych bawełnianych spodniach i skórzanych żeglarskich półbutach, przypomina bardziej ogorzałego alpinistę czy podróżnika niż pracownika akademickiego, którym jest. Szczupły i silny, ma ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, krótkie jasne włosy, łagodne niebieskie oczy za małymi owalnymi okularami i przystojną, poważną twarz o nordyckich rysach, z lekką kalifornijską opalenizną.

Jego żona Naomi, w dżinsach i czarnych zamszowych butach na lateksowej podeszwie, ostrożnie próbuje utrzymać równowagę, kuląc się w długim płaszczu z wielbłądziej wełny założonym na żakiet. Splątane kosmyki modnie przyciętych na pazia jasnych włosów smagają śliczną twarz, podkreślając chłopięcy nieco wygląd. Jest znacznie bledsza niż zazwyczaj.

Nad ich głowami unosi się helikopter, którym tu przylecieli. Maszyna krwawi spalinami na wietrze, ciągnąc własny cień po statku niczym wielki pusty wór. John tak właśnie się teraz czuje: jakby wysypano go z worka. Z głową pochyloną z powodu huku i malstromu, wyciągniętą ręką pomaga żonie stanąć, ujmuje jej szczupłe ciało pod miękkim płaszczem i czuje, że jest jej bliski, rozpaczliwie bliski. Pragnie ją chronić.

Czuje się też odpowiedzialny.

Wiatr jest tak porywisty, że John musi oddychać haustami; sól pokrywa okulary, spaliny drapią w ustach i wyschniętej ze zdenerwowania krtani. Włosy Naomi smagają go po twarzy jak bicze. Pokład to opada pod nim, to się wznosi, napierając na stopy jak podłoga windy, aż żołądek podchodzi do gardła.

Łoskot wirników w górze nie zagłusza odgłosu szurania. Po raz pierwszy w życiu leciał helikopterem, a po godzinie wznoszenia się i opadania nad Atlantykiem nie jest mu spieszno do powtórzenia tego przeżycia. Czuje mdłości, jakich dostaje się po przykrej jeździe kolejką w wesołym miasteczku, kiedy mózg zaczyna wirować wokół jednej osi, a narządy wewnętrzne wokół drugiej. Spaliny również nie pomagają. Podobnie jak obezwładniająca woń farby i lakieru oraz pokład wibrujący pod stopami.

Naomi obejmuje męża w pasie i ściska przez skórzaną kurtkę z grubą podpinką. John ma niezłe pojęcie o tym, co się dzieje w jej głowie, bo przeżywa to samo. Przykre poczucie ostateczności. Dotychczas wszystko było zaledwie pomysłem, który w każdej chwili mogli porzucić. Teraz już nie. Patrząc na żonę, myśli: Tak bardzo cię kocham, moja Naomi. Jesteś taka dzielna. Czasem wydaje mi się, że jesteś znacznie dzielniejsza niż ja.

Helikopterem rzuca na bok, ryk silnika się wzmaga, światło na kadłubie miga, potem maszyna skręca, sunie nad wodą, ostro nabiera wysokości i zostawia ich w tyle. John patrzy za helikopterem, a potem opuszcza wzrok na spieniony ocean ciągnący się ku niewyraźnemu horyzontowi.

– OK? Proszę za mną.

Wychodzi ich powitać uprzejmy, poważny Filipińczyk w białym kombinezonie. Bierze ich bagaże i otwiera drzwi.

John i Naomi przestępują próg i schodzą pod pokład, a drzwi zatrzaskują się za nimi, odgradzając ich od żywiołów. W nagłej ciszy widzą na ścianie oprawioną mapę oceanu, uderza ich ciepło, czują jeszcze silniejszą woń farby i lakieru. Podłoga trzeszczy pod stopami. Naomi ściska męża za rękę. Marna z niej żeglarka, zawsze tak było – na niewielkich jeziorkach dostaje choroby morskiej – a dzisiaj nie może nic zażyć. Żadnych pigułek, żadnych leków; będzie musiała dać radę. John odwzajemnia uścisk, próbując dodać otuchy zarówno Naomi, jak i sobie.

Czy postępujemy słusznie?

Tysiące razy zadawał sobie to pytanie. Będzie je zadawał jeszcze całymi latami. Teraz może tylko przekonywać żonę i siebie, że, owszem, postępują słusznie. To wszystko. Robią to, co należy.

Naprawdę tak jest.

2

Kajutę, która przez kolejny miesiąc miała być ich domem, w broszurze pływającej kliniki opisano szumnie jako „prywatną kabinę”. Na jej wyposażenie składało się podwójne łóżko, niewielka kanapa, dwa równie niewielkie fotele oraz okrągły stół, na którym stała misa z owocami – wszystko upchnięte na przestrzeni wielkości małego pokoju hotelowego. W telewizorze wysoko w rogu leciały wiadomości CNN. Przemawiał prezydent Obama, ale połowę jego słów zagłuszały zakłócenia.

Wyłożona marmurem łazienka, choć ciasna, sprawiała wrażenie luksusowej – w każdym razie tak by było, pomyślała Naomi, gdyby przestała się kołysać i gdyby dało się w niej stanąć bez podpórki. Naomi uklękła, by zebrać rzeczy z kosmetyczki Johna turlające się po podłodze, lecz nagle poczuła falę zawrotów głowy i mdłości i wyprostowała się.

– Pomóc ci? – spytał John.

Pokręciła głową. Potem, zatoczywszy się przy nagłym przechyle statku, raptownie usiadła na łóżku, o mały włos nie zawadzając o komputer męża.

– Myślę, że mam około czterech minut na rozpakowanie się, zanim wszystko zwymiotuję.

– Mnie też jest niedobrze – przyznał John i zerknął na informacje dotyczące bezpieczeństwa. Był tam plan ewakuacji i rysunek pokazujący, jak włożyć kamizelkę ratunkową.

– Może połkniesz pigułkę przeciwko chorobie morskiej? – zaproponowała. – Przecież ci wolno.

– Jeśli tobie nie wolno, ja też nie połykam. Będę cierpiał razem z tobą.

– Męczennik! – Naomi odwróciła głowę, pochyliła się w przód i pocałowała go w policzek.

Ciepła, szorstka skóra męża oraz odurzający piżmowy zapach wody kolońskiej dodały jej otuchy. Gdy była nastolatką, na filmach zawsze pociągali ją silni, małomówni, inteligentni mężczyźni – w typie ojca, jakiego pragnęłaby mieć. Kiedy przed ośmioma laty poznała Johna, w kolejce do wyciągu narciarskiego w Jackson Hole w stanie Wyoming, największe wrażenie wywarły na niej właśnie te cechy: przystojna twarz i wewnętrzna siła.

– Kocham cię, John – powiedziała, całując go ponownie.

Spojrzał jej w oczy, które czasem miały barwę zieleni, czasem stawały się piwne, ale zawsze przepełniał je wyraz bezgranicznej ufności i migotały w nich ogniki. Myśl o żonie przeszyła mu serce nagłym bólem.

– A ja cię uwielbiam, Naomi. Uwielbiam cię i podziwiam.

– Ja też cię podziwiam – odparła z melancholijnym uśmiechem. – Nie masz pojęcia jak bardzo.

Na kilka minut zapadło milczenie. Po śmierci Halleya musiało upłynąć sporo czasu, zanim sprawy między nimi się naprawiły, a w ciągu początkowych dwóch ponurych lat Naomi wielokrotnie obawiała się, że jej małżeństwo się skończyło.

Halley był silnym dzieckiem. Nadali mu imię na cześć komety, bo John uznał, że mały jest wyjątkowy, a dzieci takie jak on przychodzą na świat dość rzadko, może raz na siedemdziesiąt pięć lat, pewnie nawet rzadziej. Ani John, ani Naomi nie wiedzieli, że ich syn urodził się z bombą zegarową tykającą w ciele.

Do dziś nosiła w torebce jego zdjęcie. Przedstawiało trzylatka w ogrodniczkach, ze zmierzwioną szopą jasnych włosów, jakby właśnie wypełzł z suszarki. Uśmiechał się szeroko do aparatu, odsłaniając dziurę po dwóch przednich zębach, które stracił, gdy zleciał z huśtawki.

Po śmierci syna John długo nie chciał – lub nie potrafił – przeżywać żałoby albo o nim mówić. Całkowicie pogrążył się w pracy, szachach i fotografii; bez względu na pogodę całymi godzinami chodził z aparatem i robił zdjęcia absolutnie wszystkiego, co zobaczył, obsesyjnie i bez celu.

Naomi próbowała wrócić do pracy. Dzięki wstawiennictwu przyjaciółki z Los Angeles dostała dobrą tymczasową posadę w firmie PR, ale ponieważ nie mogła się skoncentrować, po paru tygodniach odeszła. Bez Halleya wszystko wydawało się jej płytkie i bezsensowne.

W końcu oboje poszli na terapię; zakończyli ją dopiero przed kilkoma miesiącami.

– Co czujesz w związku z… – spytał John.

– Byciem tutaj?

– Tak. Co czujesz, kiedy wreszcie tu dotarliśmy?

Stojąca na komodzie taca z butelką wody mineralnej i dwiema szklankami przesunęła się o kilka centymetrów, po czym znieruchomiała.

– Nagle to wszystko wydaje się bardzo realne. Jestem zdenerwowana jak diabli. A ty?

– Kochanie, jeśli na jakimkolwiek etapie zechcesz przerwać… – John czule pogładził żonę po włosach.

Aby to sfinansować, zaciągnęli ogromną pożyczkę w banku; poza tym matka Naomi i Harriet, jej siostra z Anglii, uparły się, by im pożyczyć dodatkowe sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Cała kwota, czterysta tysięcy, została już wpłacona i nie podlegała zwrotowi.

– Podjęliśmy decyzję – powiedziała Naomi. – Trzeba iść dalej. Nie musimy…

Rozmowę małżonków przerwało pukanie i głos:

– Obsługa!

Drzwi się otworzyły i na progu uśmiechnęła się do nich niska, sympatyczna Filipinka w białym kombinezonie i tenisówkach.

– Doktorze Klaesson, pani Klaesson, witamy na pokładzie. Mam na imię Leah i będę waszą stewardesą. Czy coś państwu przynieść?

– Oboje mamy mdłości – powiedział John. – Czy żonie wolno coś zażyć?

– Naturalnie, zaraz coś przyniosę.

– Naprawdę? – zdziwił się John. – Sądziłem, że nie ma lekarstwa…

Stewardesa zamknęła drzwi, a niespełna minutę później wróciła z dwiema parami opasek na nadgarstki i dwiema parami małych plastrów. Odsłoniwszy mankiety kombinezonu, pokazała, że sama nosi podobne opaski; następnie zademonstrowała plastry za uchem.

– Kiedy je założycie, nie będzie wam niedobrze – powiedziała, po czym pokazała, jak to zrobić.

Naomi nie miała pewności, czy polegało to na efekcie placebo, czy to naprawdę działało, w każdym razie już kilka minut po odejściu stewardesy poczuła się nieco lepiej. Przynajmniej na tyle, by wrócić do rozpakowywania bagaży. Wyprostowała się i przez chwilę wyglądała przez jeden z dwóch bulajów na ciemniejący ocean. Po chwili odwróciła się jednak, bo widok fal momentalnie znów wywołał mdłości.

John całą uwagę skierował na swój laptop. Podczas podróży przestrzegali pewnej zasady: ona rozpakowywała się, a on nie wchodził jej w drogę. Był najgorszym na świecie pakowaczem i jeszcze gorszym rozpakowywaczem. Naomi patrzyła z rozpaczą na rzeczy z mężowskiej walizki, które porozrzucał wszędzie w poszukiwaniu ładowarki. Część jego ubrań leżała na kapie na łóżku, inne cisnął na fotel, jeszcze inne na podłogę. Wpatrywał się bacznie w ekran, nieświadom chaosu, jaki wokół siebie stworzył.

Z szerokim uśmiechem Naomi zebrała krawaty i pokręciła głową. Gniewanie się nie miało sensu.

John poprawił opaski na nadgarstkach, dotknął plastra za uchem, lecz mdłości nie ustawały. Próbując ignorować kołysanie statku, skoncentrował się na partii szachów rozgrywanej z niejakim Gusem Santiano z Brisbane w Australii, poznanym na portalu szachowym.

Grał z tym człowiekiem już od paru lat. Nigdy nie spotkali się poza cyberprzestrzenią, John nie wiedział nawet, jak wygląda jego przeciwnik. Australijczyk grał ostre szachy, ale w tej konkretnej partii coraz dłużej zastanawiał się między posunięciami, utrzymując beznadziejną pozycję ze zwykłej złośliwości. Znudzony John zaczął się zastanawiać nad znalezieniem nowego przeciwnika. Gus tymczasem zrobił kolejny bezsensowny ruch.

– Pieprz się, panie Santiano.

John zaszachował przeciwnika. Gus miał hetmana, dwa gońce i wieżę mniej, nic nie mogło go uratować, więc czemu, do diabła, po prostu się nie podda? John napisał maila z taką propozycją i podłączył komórkę do komputera, aby go wysłać. Brak sygnału.

Za daleko wypłynęliśmy w morze, pomyślał. Przy łóżku stał telefon z łączem satelitarnym, ale na plakietce była informacja, że minuta kosztuje dziewięć dolarów. Za drogo. Gus Santiano będzie musiał poczekać w napięciu.

John zamknął folder szachowy, otworzył pocztę elektroniczną i zaczął się przekopywać przez dziesiątki wiadomości, które ściągnął tego ranka, ale nie miał jeszcze okazji przeczytać. Na myśl o wysyłaniu i odbieraniu maili, skoro przez kolejny miesiąc mieli się znajdować poza zasięgiem sygnału komórkowego, ogarnęła go lekka panika. Na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, gdzie prowadził laboratorium badawcze, otrzymywał przeciętnie sto pięćdziesiąt maili dziennie. Dzisiaj odebrał blisko dwieście.

– To niesamowite, kochanie! Pamiętasz, żebyś to czytał?

John podniósł wzrok i zobaczył, że Naomi trzyma otwartą broszurę.

– Zamierzałem przeczytać to za chwilę jeszcze raz.

– Mają tylko dwadzieścia prywatnych kabin dla klientów. Ładny eufemizm. Miło słyszeć, że jesteśmy klientami, a nie pacjentami. – Naomi czytała dalej: – Dawniej statek zabierał na pokład pięciuset pasażerów, obecnie dwa główne pokłady z kabinami są całkowicie zajęte przez komputery. Mają na pokładzie pięćset superkomputerów! W głowie się nie mieści! Po co im tyle mocy obliczeniowej?

– Genetyka wymaga obliczeń na wielką skalę. Między innymi za to płacimy. Pokaż.

Naomi wręczyła mężowi broszurę. Spojrzał na zdjęcie przedstawiające długi, wąski rząd niebieskich komputerów i samotnego operatora w bieli, który sprawdzał coś na monitorze. John wrócił na początek broszury i przyjrzał się fotografii, którą wcześniej widział na stronie internetowej naukowca; pamiętał ją też z wywiadów telewizyjnych i licznych artykułów ukazujących się zarówno w prasie naukowej, jak i popularnej. Chociaż znał ją już niemal na pamięć, pobieżnie przeczytał biografię naukowca.

Doktor Leo Dettore był cudownym dzieckiem. W wieku szesnastu lat ukończył z wyróżnieniem biologię na MIT, następnie obronił doktorat z biologii i medycyny na Stanfordzie, potem przyszła kolej na badania w dziedzinie biotechnologii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii i w Instytucie Pasteura we Francji. Później Dettore wyodrębnił i opatentował modyfikację kluczowego enzymu, który pozwalał na wydajną replikację genów, dzięki czemu reakcja łańcuchowa polimerazy przestawała być potrzebna. Dzięki tym dokonaniom został miliarderem, otrzymał tytuł MacArthur Fellow, chcieli go też uhonorować Nagrodą Nobla, której jednak nie przyjął, wywołując szum w społeczności naukowej stwierdzeniem, że, jego zdaniem, każda nagroda ma zabarwienie polityczne.

Niezależny genetyk nie przestawał szokować medycznego establishmentu. Jako jeden z pierwszych zaczął uzyskiwać patenty na ludzkie geny i aktywnie zwalczał prawodawstwo blokujące takie patenty.

W chwili obecnej Leo Dettore należał do najbogatszych naukowców na świecie, niewykluczone, że był też najbardziej kontrowersyjny. Potępiany przez przywódców religijnych w Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach, został pozbawiony prawa praktykowania medycyny w Stanach, gdy publicznie przyznał, że prowadzi doświadczenia na embrionach, które później przeznaczano na straty. Dettore niewzruszenie bronił swoich przekonań.

Teraz pukał do drzwi ich kabiny.

3

Gdy Naomi otworzyła drzwi, powitał ją wysoki mężczyzna w białym kombinezonie i tenisówkach – najwyraźniej standardowym stroju na statku. W dłoni trzymał grubą kopertę. John natychmiast go rozpoznał i wstał.

Zdziwiło go, jak imponujący okazał się genetyk w rzeczywistości, znacznie wyższy, niż John się spodziewał, o dobrą głowę wyższy od niego; musiał mieć ponad metr dziewięćdziesiąt. Poza tym John rozpoznał głos – rozbrajający południowokalifornijski akcent znamionujący pewność siebie – zapamiętany z rozmów telefonicznych prowadzonych w ostatnich miesiącach.

– Doktor Klaesson? Pani Klaesson? Jestem Leo Dettore. Mam nadzieję, że państwu nie przeszkadzam.

Człowiek, któremu oddali praktycznie wszystkie swoje pieniądze oraz sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które do nich nie należały, niespiesznie i mocno uścisnął dłoń Naomi, patrząc jej w oczy. W bystrych, czujnych szarych oczach genetyka migotały ciepłe ogniki. Naomi zmusiła się do uśmiechu i ze zgrozą zerknęła na ubrania walające się wokół Johna, żałując, że nie zdążyła posprzątać.

– Nie, zupełnie nam pan nie przeszkadza. Proszę wejść – powiedziała.

– Chciałem tylko wpaść, przedstawić się i dać państwu coś do czytania. – Musiał się schylić, by wejść do kabiny. – Bardzo się cieszę, że w końcu pana poznaję, doktorze Klaesson.

– Cała przyjemność po mojej stronie, doktorze Dettore.

Uścisk dłoni genetyka był silny; ten człowiek przejmował kontrolę nad powitaniem, najwyraźniej tak jak nad całą resztą. John poczuł chwilowe zakłopotanie, bo odniósł wrażenie, że Dettore sygnalizuje mu coś uśmiechem, jak gdyby łączył ich tajny pakt. Może chodziło o niewypowiedziane porozumienie między dwoma naukowcami, którzy pojmowali znacznie więcej niż Naomi.

Nie taka była jednak intencja Johna. Na samym początku on i Naomi podjęli decyzję wspólnie, świadomie i na równych zasadach. Niczego nie chciał przed nią ukrywać; nie zamierzał przeinaczać ani przekręcać żadnych faktów. Koniec, kropka.

Szczupły i opalony, o szacownej śródziemnomorskiej urodzie, Leo Dettore wprost emanował pewnością siebie i wdziękiem. Zęby miał w nienagannym stanie, zaczesane schludnie do tyłu ciemne i bujne włosy z pasemkami siwizny na skroniach robiły wrażenie. Chociaż miał sześćdziesiąt dwa lata, bez trudu mógł uchodzić za człowieka o dobre dziesięć lat młodszego.

Naomi bacznie mu się przyglądała, szukając rys na fasadzie, próbując zgłębić nieznajomego, któremu w praktyce powierzali całą swoją przyszłość; obserwowała jego twarz i mowę ciała. Jej pierwszą reakcją było rozczarowanie. Otaczała go aura, z jaką stykała się w pracy w firmie PR, aura, którą roztaczali tylko ludzie bardzo zamożni, ta niemal nieuchwytna cecha, jaką dawało się kupić jedynie za majątek. Genetyk był zbyt gładki, zbyt fotogeniczny, za bardzo przypominał kandydata na prezydenta przymilającego się o głosy albo magnata przemysłowego gawędzącego na spotkaniu udziałowców. O dziwo jednak, im dłużej mu się przyglądała, tym większego nabierała do niego zaufania. Mimo wszystko było w nim coś autentycznego.

Po chwili zwróciła uwagę na jego dłonie. Miał delikatne palce. Nie były to palce polityka ani biznesmena, ale prawdziwego chirurga, długie, owłosione, o nienagannych paznokciach. Naomi przypadł też do gustu jego głos, szczery i kojący. Cała fizyczność doktora Dettorego świadczyła o jego pewności siebie. Potem – jak często w minionych tygodniach – przypomniała sobie, że zaledwie parę miesięcy wcześniej „Time” zamieścił na okładce jego zdjęcie z pytaniem: FRANKENSTEIN DWUDZIESTEGO PIERWSZEGO WIEKU?

– Wie pan, intryguje mnie pańska praca, doktorze Klaesson – powiedział genetyk. – Może w najbliższych dniach zdołamy o niej porozmawiać. Kilka miesięcy temu czytałem pański artykuł w „Nature”… Czy to był numer lutowy?

– Zgadza się.

– Geny wirtualnego psa. Fascynujące!

– To był duży eksperyment – powiedział John. – Trwał blisko cztery lata.

Opracował symulację komputerową, pokazującą ewolucję psa na tysiąc pokoleń naprzód.

– Doszedł pan do wniosku, że psy stały się tak bliskie ludziom, że w miarę jak będziemy ewoluować, z nimi będzie podobnie. W rezultacie, w miarę jak dominacja ludzi na planecie będzie rosła, psy staną się coraz inteligentniejsze. Ten oryginalny tok myślowy bardzo mi się spodobał.

Fakt, że naukowiec rangi Dettorego nie tylko czytał, ale wręcz chwalił jego pracę, pochlebiał Johnowi.

– Tak naprawdę polegało to na opracowaniu kilku kluczowych algorytmów, które wyjaśniały, jak przezwyciężenie epistazy wpływa na szybkość procesu adaptacji – odparł skromnie.

– Ale nie przeprowadził pan jeszcze symulacji ewolucji człowieka na tysiąc pokoleń w przyszłość?

– To zupełnie nowy zbiór parametrów. Po pierwsze, napisanie programu stanowi nie lada wyzwanie, po drugie na Uniwersytecie Południowej Kalifornii nie dysponujemy taka mocą obliczeniową. Ja…

– Myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać – przerwał mu Dettore. – Gdyby mogło to posunąć sprawy naprzód, mógłbym przekazać darowiznę.

– Z radością o tym pomówię – zapewnił John, podniecony myślą, że pieniądze Dettorego mogłyby się przyczynić do postępu jego badań, w tej chwili nie chciał jednak zbaczać z głównego kursu. Na tym statku najważniejsza była Naomi, nie jego praca.

– Świetnie. W najbliższych tygodniach będziemy mieli mnóstwo czasu. – Dettore umilkł, spojrzał najpierw na Johna, potem na jego żonę. – Jest mi naprawdę bardzo przykro z powodu tego, co się stało z państwa synem.

Naomi wzruszyła ramionami, czując takie samo ukłucie bólu, jakie pojawiało się, ilekroć o tym mówiła.

– Dzięki – wykrztusiła głosem zdławionym przez emocje.

– To bardzo trudna rzecz. – Genetyk utkwił w niej spojrzenie szarych oczu i dodał: – Ludzie, którzy nie przeżyli śmierci dziecka, nie mogą mieć o tym pojęcia.

Skinęła głową.

Nagle posmutniawszy, Dettore zwrócił się do Johna, jakby pragnął włączyć go do rozmowy.

– Moja była żona i ja straciliśmy dwoje dzieci: jedno miało rok, gdy zmarło na dziedziczną chorobę genetyczną, drugie w wieku sześciu lat na zapalenie opon mózgowych.

– Nie… nie wiedziałam. Naprawdę bardzo mi przykro – powiedziała Naomi, po czym zwróciła się do męża: – Nie wspomniałeś mi o tym.

– Ja też nie wiedziałem – rzekł John. – Przykro mi.

– Nie było powodu, żebyście państwo wiedzieli. Nie trąbię o tym wszem wobec. Postanowiliśmy, że zachowamy to w tajemnicy. Ale… – Genetyk rozłożył ręce. – Jest to jedna z głównych przyczyn, dla których tutaj jestem. W życiu wydarzają się pewne rzeczy, do których nie powinno dochodzić, a nauka może im zapobiec. W gruncie rzeczy na tym właśnie polega działalność tej kliniki.

– I dlatego tu jesteśmy – zauważyła Naomi.

– Jak minęła państwu podróż? – spytał z uśmiechem Dettore. – Złapaliście nocny lot z Los Angeles?

– Polecieliśmy w dzień i spędziliśmy wczorajszy wieczór w Nowym Jorku – odparł John. – Zjedliśmy kolację z przyjaciółmi. Lubimy nowojorskie restauracje.

– Jedną z dziedzin interesujących mojego męża jest jedzenie – wtrąciła Naomi. – Tyle że każdą potrawę traktuje jak doświadczenie naukowe. Wszyscy świetnie się bawią, ale z jego jedzeniem zawsze jest coś nie tak. – Ciepło uśmiechnęła się do męża.

– Przyrządzanie potraw to nauka. – Uśmiechnął się, kiwając przepraszająco głową. – Nie zamierzam płacić za testy laboratoryjne jakiegoś mistrza kuchni.

– Ciekawe, jak ocenicie państwo jedzenie na pokładzie – powiedział Dettore.

– Czuję się tak, że raczej nie zdołam spojrzeć na jedzenie – przyznała się Naomi.

– Lekka choroba morska?

– Lekka.

– Prognoza na najbliższe kilka godzin nie jest dobra, potem ma się przejaśnić. Jutro powinien być piękny dzień. – Genetyk zawahał się i zapadło niezręczne milczenie. Gdy statkiem rzuciło, oparł się ręką o ścianę. – Plan jest następujący: Dziś wieczorem się rozgościcie i zjecie kolację w kabinie. – Podał im kopertę. – Naomi, to jest formularz dotyczący stanu zdrowia. Chciałbym cię prosić o wypełnienie go. Oboje powinniście też podpisać zgodę. Wkrótce pielęgniarka pobierze od was próbki krwi. Już przeanalizowaliśmy te, które nam przysłaliście, sporządziliśmy mapę waszych genomów. Rano im się przyjrzymy. Spotykamy się w moim gabinecie o dziesiątej. Czy mógłbym jeszcze coś dla was zrobić?

Wcześniej Naomi sporządziła listę miliona pytań, które chciała zadać, ale teraz, z podrygującymi wnętrznościami, skupiła się tylko na jednym: za wszelką cenę starała się nie zwymiotować.

Dettore wyjął z kieszeni mały pojemnik i wręczył Naomi.

– Proszę zażywać jedną dwa razy dziennie z jedzeniem. Wiemy, że ten lek pomoże epigenetycznie zmodyfikować płód natychmiast po poczęciu. – Uśmiechnął się i ciągnął: – Jeśli zechce pani o czymkolwiek porozmawiać, proszę po prostu podnieść słuchawkę i wybrać mój numer wewnętrzny. Do zobaczenia rano. Dobrej nocy.

Leo Dettore zniknął.

– Czy on ma świetne geny, świetnego chirurga plastycznego, czy świetnego dentystę? – spytała męża Naomi.

– Co o nim sądzisz? – John spojrzał na nią z niepokojem.

Twarz jej pobladła, po policzkach spływał pot.

Naomi upuściła pojemnik i rzuciła się do łazienki.

4

Dziennik Naomi

Ledwo daję radę pisać. Już dwukrotnie wymiotowałam. Jest trzecia nad ranem. Ręka boli mnie od trzeciego wkłucia. Trzy pobrania krwi. Po co tej pielęgniarce aż tyle? Co prawda była bardzo miła, przepraszała. Wszyscy są tu mili. John zamówił wielką kolację, ale nawet jej nie tknął, bo od zapachu jedzenia robi mu się niedobrze. Mnie też!

Kabina wibruje, ponieważ silniki statku pracują. Pielęgniarka, Yvonne, sympatyczna czarnoskóra kobieta, powiedziała, że kiedy morze jest spokojne, w nocy zazwyczaj dryfują albo rzucają kotwicę, ale gdy jest wzburzone jak teraz, włączają silniki i płyną, dzięki czemu statek jest bardziej stabilny.

Wcześniej dzwoniłam do mamy – bardzo krótka rozmowa (dziewięć dolarów za minutę!) – żeby powiedzieć, że tu jesteśmy. Potem zatelefonowałam do Harriet, ogromnie podnieconej z naszego powodu. Naprawdę nie wiem, kiedy zdołamy oddać sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które nam pożyczyły. John ma szansę otrzymać jedną czy dwie nagrody naukowe, poza tym pracuje nad książką dla wydawnictwa MIT, chociaż ich zaliczki są raczej skromne.

Czuję się jak zbieg, bo chyba jesteśmy zbiegami. Nieustannie wszystko rozważam. Próbuję znaleźć punkt, gdzie spotykają się etyka lekarska, akceptowalne granice nauki, odpowiedzialność jednostki i zwykły zdrowy rozsądek. Wszystko to jest bardzo nieuchwytne.

John, podobnie jak ja, nie może spać. Właśnie odbyliśmy długą rozmowę o tym, co robimy i jak się w związku z tym czujemy; jeszcze raz wałkowaliśmy stare sprawy. Oczywiście rozmawialiśmy też o tym, jak będziemy się czuli, kiedy się nie uda (prawdopodobieństwo porażki wynosi pięćdziesiąt procent). Oboje wciąż jesteśmy dobrej myśli. Ale ogrom tego wszystkiego mnie przeraża. Pewnie czuję się dobrze, bo jeszcze się to nie stało, a chociaż nie zwrócą nam pieniędzy, wciąż możemy się rozmyślić. Nadal mamy na to parę tygodni.

Ale nie wydaje mi się, że się rozmyślimy.

5

Siedząc na półkolistej kanapie, John i Naomi patrzyli na słowa wyświetlone na dużym płaskim ekranie na ścianie gabinetu w prywatnej kabinie doktora Dettorego.

Klaesson, Naomi. Defekty genetyczne. Zaburzenia. STRONA PIERWSZA Z 16…

Siedzący obok Naomi Dettore, jak wcześniej w białym kombinezonie i tenisówkach, postukał w klawiaturę na konsoli umieszczonej na niskim stoliku ze zmatowionej stali. Na ekranie natychmiast pojawiła się pierwsza strona listy.

1. Zaburzenie afektywne dwubiegunowe

2. Zespół nadpobudliwości z deficytem uwagi

3. Depresja maniakalna

4. Niepokój

5. Szkliwienie kłębuszków nerkowych

6. Rynolalia

7. Przedwczesne łysienie

8. Kardiomiopatia

9. Zanik nerwu wzrokowego

10. Retinopatia barwnikowa

11. Niedobór alfa1-antytrypsyny

12. Zespół Marfana

13. Hypernephroma

14. Osteopetroza

15. Cukrzyca

16. Chłoniak Burkitta

17. Choroba Crohna. Zapalenie jelita krętego

(Ciąg dalszy na stronie 2)

– Mam geny tych wszystkich chorób? – spytała Naomi, wyraźnie zszokowana.

– Owszem, ma pani część genów, które panią do nich predestynują – odparł Dettore tonem nieco żartobliwym. – Nie chcę pani straszyć, pani Klaesson, ale jest tego jeszcze szesnaście stron.

– Nie słyszałam nawet o połowie z nich. – Spojrzała na męża, który beznamiętnie wpatrywał się w ekran. – Znasz je?

– Nie, nie wszystkie.

Popatrzyła na gruby formularz leżący na stoliku przed nią i Johnem. Wiele stron rubryk, które należało odfajkować lub opatrzyć krzyżykiem.

– Proszę mi wierzyć, żadnej z tych chorób nie chciałaby pani przekazać dzieciom.

Naomi znów spojrzała na listę na ekranie, z trudem próbując się skoncentrować. Sprawy zawsze toczą się inaczej, niż człowiek sobie wyobraża, pomyślała. Wirowało jej w głowie; walczyła z kolejnym atakiem mdłości. Gardło miała wyschnięte, w ustach czuła nieprzyjemny smak. Od przybycia na statek poprzedniego dnia zdołała wypić filiżankę herbaty i przełknąć dwa kęsy suchej grzanki. Zgodnie z prognozą doktora Dettorego morze się uspokoiło, ale Naomi nie czuła, by statek mniej kołysał.

– Co to jest hypernephroma.

– To choroba nowotworowa nerek.

– A choroba Boyera?

– Jestem naprawdę podniecony na myśl, że mogę to zobaczyć.

– Podniecony? – Przerażona spojrzała na genetyka. – Czemu jest pan podniecony na myśl o zobaczeniu choroby?

– To niezwykle rzadka, wrodzona przypadłość powodująca zgrubienie kości. Dawniej toczyła się zażarta dyskusja na temat tego, czy jest to choroba dziedziczna, czy nie. Obecnie, dzięki genetyce, wiemy, że tak. Czy wie pani o kimś z rodziny, kto na nią chorował?

Naomi pokręciła głową.

– Cukrzyca – powiedziała. – Wiem, że mamy ją w rodzinie. Mój dziadek był cukrzykiem.

Doktor Dettore wcisnął klawisz, przeszedł na następną stronę, potem na kolejną. Widok listy przytłaczał Naomi.

– Mam w rodzinie raka jajnika – powiedziała, gdy dotarli do ostatniej strony – Moja ciotka zmarła na to w wieku trzydziestu kilku lat. Nie widziałam tego genu.

Dettore cofnął się o trzy strony i wskazał palcem.

Ujrzawszy odpowiedni gen, posępnie skinęła głową.

– To znaczy, że ja też go mam?

– Ma pani wszystko, co pani tu widzi.

– Jakim cudem wciąż żyję?

– W doborze genetycznym sporą rolę odgrywa element losowy – wyjaśnił. – Osoby takie jak pani i doktor Klaesson mogą przez całe życie nosić gen Dreyensa-Schlemmera bez żadnej szkody dla zdrowia, ale właśnie ta choroba zabiła państwa syna. Dopiero gdy takie dwie osoby spłodzą dziecko, które odziedziczy gen Dreyensa-Schlemmera po obojgu rodzicach, możemy zaobserwować chorobę. Inne noszone przez panią grupy genów mogą zostać uaktywnione przez najróżniejsze czynniki, wielu nadal nie rozumiemy. Wiek, palenie tytoniu, środowisko, stres, szok, wypadki. Jest możliwe, że przez całe życie będzie pani nosić wszystko, co widziała pani na tej liście, ale żadna z chorób wywoływanych przez te geny się nie rozwinie.

– Ale przekażę je swoim dzieciom?

– W zwyczajnych warunkach z całą pewnością przekazałaby pani część z nich. Prawdopodobnie około połowy. Drugą połowę genów dziecko odziedziczyłoby po pani mężu. Teraz przyjrzymy się jego liście.

Naomi spróbowała się zdystansować i zastanowić obiektywnie. Schizofrenia. Choroba serca. Dystrofia mięśniowa. Rak piersi. Rak jajnika.

– Doktorze Dettore, zidentyfikował pan u mnie wszystkie te geny chorobowe, ale czy może pan coś z nimi zrobić? Rozumiem, że może pan zapobiec przekazaniu ich naszemu dziecku, ale czy może pan sprawić, by nie miały na mnie wpływu? Czy może je pan usunąć z mojego genomu?

– Nie na tym etapie. – Pokręcił głową. – Pracujemy nad tym, cały przemysł opierający się na biologii molekularnej nad tym pracuje. Za kilka lat może zdołamy usunąć kilka z tych genów, ale w przypadku innych może to zająć dziesięciolecia. Obawiam się, że powinniście podziękować waszym rodzicom. To, co teraz mogę zrobić dla waszego dziecka, to sprawić, że on lub ona przyjdzie na świat wolne od tych genów.

Naomi umilkła. Nie mieściło jej się w głowie, że oto siedzą we troje na kanapie, gdzieś na Atlantyku, i wkrótce zaczną odfajkowywać rubryki, jakby uczestniczyli w quizie albo odpowiadali na ankietę konsumencką.

Na każdej stronie znajdowało się osiemdziesiąt rubryk, stron zaś było trzydzieści pięć, czyli blisko trzy tysiące pytań lub wyborów.

Słowa i rubryki rozmyły się przed jej oczami.

– Pani Klaesson – odezwał się łagodnie Dettore. – Jest bardzo ważne, aby była pani w pełni świadoma tego, co się tu dzieje. Konsekwencje tego, co pani i John postanowią tu, na tym statku, będą miały wpływ nie tylko na was, nawet nie tylko na wasze dziecko. Macie bowiem szansę stworzenia dziecka, o jakim większość rodziców może tylko marzyć, dziecka wolnego od chorób zagrażających życiu lub negatywnie na nie wpływających. W zależności od państwa wyborów, dzięki przystosowaniu genetycznemu, będzie ono miało wszelkie atuty w życiu.

Zamilkł, by w pełni pojęli wagę jego słów.

– Wasze decyzje nie będą miały żadnego znaczenia, jeśli nie będziecie kochać dziecka. Jeżeli macie teraz związane z nimi wątpliwości, później możecie się zderzyć z poważnymi problemami, ponieważ będziecie musieli przyjąć odpowiedzialność za swoje decyzje. Wielu rodziców odprawiłem z kwitkiem… czasem zwracałem im pieniądze dosłownie w ostatniej chwili… gdy pojmowałem, że nie sprostają wymaganiom, jakie postawi przed nimi dziecko, albo uświadamiałem sobie, że rodzicom przyświecała niewłaściwa motywacja.

Naomi oswobodziła dłoń z uścisku męża, wstała i chwiejnie podeszła do okna.

– Kochanie, zróbmy przerwę – zaproponował jej mąż. – Doktor ma rację.

– Nic mi nie jest. – Uśmiechnęła się. – Naprawdę nic mi nie będzie. Próbuję tylko pomieścić w głowie kilka rzeczy.

W minionych miesiącach przeczytała każde słowo z setek stron literatury otrzymanej z kliniki Dettorego, czytała teksty na ich stronie internetowej – a także na wszystkich stronach poświęconych tematowi, jakie mogła znaleźć – przekopała się przez kilka opublikowanych prac genetyka, choć, podobnie jak artykuły Johna, w przeważającej mierze były tak techniczne, że rozumiała zaledwie niewielką część. Teraz nie mogła się skoncentrować z powodu mdłości.

Pielęgniarka Yvonne powiedziała, że kiedy człowiekowi jest niedobrze, najlepiej wpatrywać się w stały punkt, Naomi utkwiła więc wzrok w mewie unoszącej się w powietrzu nad nimi.

– Doktorze Dettore…

– Leo – poprawił ją. – Proszę mówić mi Leo.

– Dobrze, Leo. – Zawahała się, zbierając myśli i odwagę. – Leo, dlaczego prasa tak cię nie lubi, podobnie jak wielu twoich kolegów naukowców? Moim zdaniem ten ostatni artykuł w „Timie” był bardzo ostry.

– Czy znasz pisma Chuanga Tze, Naomi?

– Nie.

– Chuang Tze napisał: „To, co gąsienica nazywa końcem świata, mistrz nazywa motylem”.

– Przeobrażenie się gąsienicy w motyla postrzegamy jako piękne przejście z jednego stanu do innego, kochanie – wyjaśnił John. – Ale dla gąsienicy jest to traumatyczne przeżycie, myśli, że umiera.

Dettore uśmiechnął się.

– W dawnych czasach politycy albo papieże zamykali naukowców w więzieniach, jeśli nie podobały im się ich prace – powiedział. – Mogę sobie poradzić z odrobiną nagonki ze strony prasy. Nie zadałem wam jeszcze natomiast następnego pytania: Dlaczego to robicie? Mógłbym po prostu usunąć wadliwe geny z grupy Dreyensa-Schlemmera, a wasze następne dziecko urodziłoby się zdrowe. Dlaczego chcecie wyręczyć naturę i zaprogramować inne atuty dla swojego dziecka?

– Chcemy tylko usunąć to, co niedobre – odparła Naomi. – Na pewno pan rozumie, że ból nigdy nie zniknie. Nie przeżylibyśmy tego jeszcze raz.

– To bardzo proste – dodał John. – Naomi i ja nie jesteśmy zamożni, nie mamy też wygórowanego wyobrażenia o sobie samych. Nie uważamy się za wyjątkowo pięknych, za geniuszy, ale czujemy, że jesteśmy winni naszemu dziecku zrobienie wszystkiego, by było mu jak najlepiej.

Spojrzał na żonę, a kiedy przytaknęła, ponownie zwrócił się do Dettorego:

– Jest pan dowodem na to, że dżin wydostał się z butelki. Świadczy pan te usługi, wkrótce pojawią się też inne kliniki. Nie chcemy, by nasze dziecko chorowało na raka, cukrzycę, schizofrenię czy co tam jeszcze figuruje w historii rodziny Naomi i mojej. Nie chcemy, żeby powiedziało do nas za czterdzieści lat, że byłem naukowcem, znałem możliwości, mogliśmy dać mu szanse na wspaniałe życie, ale nie zrobiliśmy tego, bo poskąpiliśmy pieniędzy.

– Moja lista oczekujących wydłuża się w takim tempie, że obecnie czas oczekiwania wynosi trzy lata. – Dettore się uśmiechnął. – Nie mogę podawać nazwisk, ale tę klinikę odwiedziło kilka najbardziej wpływowych osobistości Ameryki. Jedni są zazdrośni, inni się boją, ponieważ nie rozumieją. Świat się zmienia, a ludzie nie lubią zmian. Niewiele osób potrafi wybiegać tak daleko w przyszłość. Dobry szachista umie przewidywać posunięcia na pięć, czasem dziesięć ruchów naprzód. Ale jak daleko sięgają wizje większości ludzi? Jako gatunek nie potrafimy zbyt dobrze przewidywać przyszłości. Znacznie łatwiej jest patrzeć za siebie. Możemy zmieniać fragmenty, które nam się nie podobają, wymyślać siebie na nowo. Ale w przyszłości nie możemy niczego zmienić ani wymyślić na nowo. Większość ludzi jest zakładnikami przyszłości, tak jak są zakładnikami własnych genów. Tylko osoby przybywające do mojej kliniki wiedzą, że mogą to zmienić.

Naomi podeszła do kanapy i usiadła, by przetrawić słowa genetyka. Nagłe ukłucie głodu odebrała jako pozytywny objaw: dobre samopoczucie wracało.

– Ta pięćdziesięcioprocentowa możliwość odrzucenia… Jeżeli ono nastąpi… Jak szybko będziemy mogli spróbować znowu? Albo jeśli poronię?

– Po sześciu miesiącach. Tyle czasu potrzebuje ciało, by odzyskać siły po podanych lekach.

– A pieniądze, które zapłaciliśmy, umożliwiają nam trzy próby, trzy wizyty tutaj? Potem musielibyśmy płacić ponownie?

– Jestem pewien, że do tego nie dojdzie. – Dettore się uśmiechnął.

– O jedną sprawę nie pytaliśmy – zauważyła Naomi. – O ewentualne skutki uboczne dla naszego dziecka.

– Skutki uboczne? – Genetyk uniósł brwi.

– W życiu zawsze jest coś za coś – wyjaśniła. – Czy pańskie manipulacje genami mogą przynieść negatywne skutki?

Zawahał się; przez jego twarz przemknął ledwo zauważalny wyraz wątpliwości, jak cień przelatującego ptaka.

– Jedynym negatywnym skutkiem, jeśli można to tak określić, jest to, że wasze dziecko będzie rosło i dojrzewało w przyspieszonym tempie. Pod względem umysłowym i fizycznym on lub ona będzie rosnąć szybciej niż inne dzieci.

– O wiele szybciej?

– Nie. – Pokręcił głową. – Ale zauważalnie.

– Czy może pan rozwiać nasze wątpliwości co do legalności tych poczynań? – poprosił John. – Wiemy, że tu nic nam nie grozi, ponieważ statek nie podlega prawodawstwu Stanów Zjednoczonych, ale co się stanie po powrocie?

– Ustawy wciąż się zmieniają, w miarę jak różne kraje zmieniają stanowisko wobec całej kwestii. Naukowe i religijne argumenty natury etycznej również ulegają zmianie. Dlatego jestem na pełnym morzu i zostanę tu, dopóki cała sprawa nie ucichnie. Przebywając tutaj i poczynając dziecko na tym statku, nie łamiecie żadnego prawa.

– I możemy swobodnie wrócić do Stanów? – spytała Naomi.

– Możecie swobodnie pojechać, dokąd tylko chcecie – zapewnił Dettore. – Radzę wam jednak gorąco, abyście o tym nie trąbili.

– Dzięki – odparła i raz jeszcze spojrzała na wyświetloną na ekranie listę swoich wadliwych genów. Maleńka komórka jajowa zawierała około dwudziestu tysięcy genów, co jednak stanowiło bardzo znikomą część całego DNA. A reszta? Dawniej określano ją odpadkowym DNA, teraz jednak wiedziano, że znaczna część tej reszty odgrywa rolę w sposobie, w jaki owe dwadzieścia tysięcy genów się przejawia. Część DNA mogła wręcz decydować o tym, jakim się jest człowiekiem. Każda ludzka komórka zawiera skupiska genów decydujące o kolorze oczu, długości rąk, szybkości uczenia się, chorobach, które mogą zabić.

Czy także o zachowaniu?

Naomi uśmiechnęła się nagle, czując potrzebę wprowadzenia lżejszego tonu do rozmowy.

– Proszę mi powiedzieć, doktorze Dett… hm, Leo… Czy na tej liście, wśród rubryk, które mamy przeczytać… – Spojrzała na męża. – Czy znajduje się na niej gen schludności?

6

Dziennik Naomi

Zauważyłam tylko dwójkę pasażerów, mężczyznę i kobietę – on wygląda trochę jak młodszy George Clooney, ona jak Angelina Jolie, jedna z tych naturalnie pięknych kobiet, przy których moja samoocena spada do zera. Co one w sobie mają? John spytał doktora Dettorego, ile jeszcze par – pacjentów – jest na pokładzie, ale ten nie chciał odpowiedzieć. Doktor mówi, że nie wolno mu o nikim rozmawiać, obowiązuje całkowita dyskrecja. Mimo to zżera mnie ciekawość. Johna też.

Najwyraźniej wszyscy są teraz na pokładzie tego dziwnego statku; płyniemy na południe, w kierunku ciepłych Karaibów, gdzie mamy spędzić kilka nocy u wybrzeży Kuby. Doktor Dettore twierdzi, że Kuba nie podpisała żadnych porozumień dotyczących ludzkich embrionów, więc można tam bez problemu popłynąć. Mówi, że John będzie miał tam dobry sygnał komórkowy. Nie będziemy jednak mogli zejść na ląd, a szkoda. Chciałabym trochę zwiedzić Kubę.

Dziś wieczorem w końcu porządnie się najadłam: sałata i ryba. John miał pilne maile do wysłania, więc skorzystał z telefonu satelitarnego: dziewięć minut za osiemdziesiąt jeden dolarów! Zostawiłam go przy pracy i wyszłam pospacerować po pokładzie. Ale za bardzo wiało, więc szybko zeszłam na dół. Wszystko to jest dość niesamowite: niekończące się, ciche korytarze pełne drzwi. Czasem mam wrażenie, że jestem na statku widmie, który unosi nas w dal. Musiałam się przejść, żeby przewietrzyć umysł po dzisiejszej koncentracji. Wszystkie te rubryki, te grupy – czy skupiska – genów, które można usunąć albo wzmocnić według uznania, wystarczy zakreślić. Doniosłość wyborów i decyzji uzmysławia mi, jaką loterią jest ludzkie życie. Biedny mały Halley dostał gówniane karty.

Z nowym dzieckiem będzie inaczej. Na początek musieliśmy wybrać płeć. Powiedzieliśmy doktorowi Dettoremu, że chcemy chłopca, co może brzmieć niemądrze na tak wczesnym etapie, ale zastanawialiśmy się z Johnem nad imionami. Najbardziej podoba nam się Luke. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, ale John chciałby Luke’a, a ja coraz bardziej się do niego przekonuję. Luke. Brzmi podobnie jak Luck, szczęście.

On będzie naszym szczęściem.

7

– Naomi, jest cała nauka opisująca sposób, w jaki metabolizm, energetyka i sen łączą się w rytm dobowy, co ma ogromne znaczenie dla powodzenia życiowego dzieci – mówił Leo Dettore. – Czy zastanawiałaś się na przykład nad tym, że szefowie firm i politycy wyższego szczebla są w stanie podołać wyzwaniom tylko dlatego, że potrafią się zadowolić mniejszą ilością snu niż większość z nas? W tej chwili patrzymy na część listy zawierającą grupy genów odpowiedzialnych za nasze rytmy dobowe. Potrafimy przekonfigurować ich architekturę w tak zwanych „neuronach wyznaczających tempo”, które odpowiadają za synchronizację całego ciała. Dzięki subtelnemu dostrojeniu genów możemy zmniejszyć ryzyko chorób serca, odkładania się tłuszczu, cukrzycy, a nawet zredukować potrzebę snu do zaledwie dwóch godzin w nocy.

Naomi spojrzała na listę. Na jakieś dwieście opcji, które dotychczas omówili, przy dwunastu widniały znaczki. To był ich drugi poranek na statku i trzecia sesja z doktorem. Morze się uspokoiło, a jej choroba morska prawie całkiem ustąpiła. Dzisiaj mogła się lepiej koncentrować.

Na zewnątrz panował upał, ale klimatyzację w gabinecie chyba podkręcono bardziej niż wczoraj, bo w dżinsach i lekkiej bawełnianej bluzce Naomi czuła chłód. Uczucie dyskomfortu potęgował tępy ból w prawym udzie, gdzie z samego rana pielęgniarka zrobiła pierwszy z piętnastu zaplanowanych na cały dzień zastrzyków na pobudzenie płodności. Igła wyglądała tak, jakby używano jej do znieczulania słoni.

– Dziecko śpiące tylko dwie godziny na dobę byłoby koszmarem – stwierdziła. – Miał pan dzieci, więc na pewno…

– Naturalnie! – Siedzący obok niej na kanapie Dettore uniósł rękę. – To byłby istny koszmar, Naomi, zgadzam się całkowicie. Nie musiałabyś się jednak borykać z tym problemem jako matka. Twoje dziecko spałoby normalnie do piętnastego, może osiemnastego roku życia, po czym rozpocząłby się stopniowy proces. Wzorce snu zaczęłyby działać na jego korzyść w kluczowym okresie nauki, dzięki czemu weszłoby w życie z maksymalną przewagą nad rówieśnikami.

Naomi wodziła wzrokiem po prywatnej kabinie, zastanawiała się, poprawiła pasek od zegarka. Za dziesięć jedenasta. Pracując w tym tempie, do końca listy dotrą za kilka miesięcy.

– Czy manipulowanie rytmem snu człowieka nie jest niebezpieczne? – spytała. – Skąd masz pewność, że nie przysporzysz mu problemów psychicznych?

– Oczywiście niedobór snu może prowadzić do problemów psychicznych. Ale mówimy tu o czymś innym. Dla twojego syna dwie godziny snu stanowiłyby równowartość ośmiu godzin dla przeciętnego człowieka. Jeśli policzysz, przekonasz się, że w porównaniu z człowiekiem potrzebującym ośmiu godzin snu twój syn miałby dodatkowe piętnaście lat świadomej egzystencji. Niezły prezent od rodzica dla dziecka. Pomyśl, ile mógłby przeczytać, nauczyć się, osiągnąć.

Naomi zerknęła na Johna, ale nie potrafiła nic wyczytać z jego twarzy. Zwróciła się więc do genetyka:

– Nic, co oznaczyliśmy do tej pory, nie uczyni go dziwadłem. Podjęliśmy decyzje co do wzrostu w nadziei, że będzie miał sto osiemdziesiąt centymetrów jak John, zamiast być konusem jak ja, ponieważ słuszny wzrost jest oczywistym atutem dla mężczyzny. Oprócz tego próbowaliśmy jedynie wyeliminować te okropne geny chorób. Nie jesteśmy zainteresowani projektowaniem kształtu jego nosa, koloru oczu czy włosów. Z radością pozostawimy te kwestie losowi.

Zapisując coś na blackberry, John skinął głową.

Dettore wychylił szklankę wody mineralnej.

– Zostawmy na razie kwestię snu, wrócimy do niej później. Przejdźmy teraz do kolejnej grupy na liście, do genów związanych z układem mięśniowym, kostnym i nerwowym, które wpłyną na jego predyspozycje sportowe. Możemy na nowo zaprojektować niektóre z tych grup, co poprawi koordynację dłoni i wzroku waszego syna. Pomoże mu to w takich sportach, jak tenis, squash, baseball i golf.

– Według mnie to interesujące – zwrócił się John do Naomi. – Chyba mu nie zaszkodzi.

– Nie – powiedziała. – Wcale mi się to nie podoba. Czemu mielibyśmy to robić?

– Żadne z nas nie jest zbyt dobre w sportach – wyjaśnił John. – Więc dlaczego mu trochę nie pomóc? Przypominałoby to trening przed przyjściem na świat.

– Przed poczęciem – poprawiła go szorstko. – Wyjaśnię ci, na czym polega mój problem: jeśli zostanie mistrzem w tych wszystkich dyscyplinach, nie będzie miał się z kim bawić. Nie chcę stworzyć sportowego supermana, chcę tylko, żeby mój syn był zdrowy i normalny.

– Masz rację, nie patrzyłem na to w ten sposób – przyznał po chwili.

Złączyła dłonie, po części po to, by je ogrzać, po części ze zdenerwowania.

– Interesuje mnie, to znaczy nas – zwróciła się do genetyka – coś, o czym John i ja przeczytaliśmy wczoraj wieczorem w materiałach, które nam dałeś. Chodzi mi o geny związane z poziomami energetycznymi ciała.

– Potrafisz zwiększać wydajność przetwarzania tlenu oraz modyfikować wzorzec metaboliczny? – spytał John. – Jeśli dobrze rozumiemy, oznacza to, że nasz syn mógłby wytwarzać więcej energii z mniejszej ilości pożywienia niż zwykli ludzie, mógłby też dłużej obywać się bez jedzenia?

– W zasadzie tak – odparł Dettore. – Optymalizacja odżywiania, wydajniejsze przyswajanie skrobi, cukrów, białek, lepsze mechanizmy magazynowania i uwalniania, sprawniejsza kontrola insuliny, ale bez wzmożonego apetytu.

– Wszystko to są pozytywy – przyznała Naomi. – Oznacza to, że nasz syn mógłby utrzymywać dobrą formę i nie cierpiałby na nadwagę. – Po chwili milczenia dodała: – Akceptuję to, tak jak nie akceptuję majstrowania przy jego wzorcach snu.

John nachylił się i z uśmiechem dolał sobie kawy z metalowego dzbanka na stoliku.

– Ty za dużo śpisz, kochanie.

– Bzdura! Potrzebuję tyle snu.

– Otóż to! Jeśli coś cię nie zbudzi, możesz spać dziewięć, nawet dziesięć godzin. Doktor Dettore ma rację co do jednego: w ten sposób marnujesz mnóstwo życia.

– Lubię spać!

– A gdyby przeprogramować twoje geny tak, że potrzebowałabyś tylko dwóch godzin, kochanie, to tak samo lubiłabyś te dwie godziny.

– Nie sądzę. – Naomi odwróciła wzrok i wyjrzała przez bulaj. W oddali na horyzoncie widniał kontenerowiec, który sprawiał wrażenie zawieszonego wysoko, jakby stał na cokole.

– Musi pan… hm… musisz, Leo, zrozumieć moje stanowisko. Chcę tylko, aby moje dziecko było wolne od ryzyka choroby, która zabiła naszego syna. To wspaniałe, że potrafisz również usunąć inne złe geny, moje i Johna, odpowiedzialne za raka prostaty, raka trzustki, depresję, cukrzycę… Oczywiście, że pragnę zapewnić naszemu dziecku lepszy start w życiu. Jaki rodzic by tego nie chciał? Ale nie chcę, żeby za bardzo różnił się od innych ludzi, rozumiesz? Nie chcę, żeby był dziwadłem.

Dettore wyprostował się, skrzyżował ręce na piersi i kilkakrotnie zakołysał się w przód i w tył, sam podobny do dużego dziecka.

– Słyszę, co mówisz, Naomi. Chcesz, żeby twój syn był zwykłym gościem, posiadającym trochę talentów i uzdolnień, tak?

– Chyba… tak. Dokładnie.

– Gotów byłbym przyznać ci rację, gdyby nie jedna sprawa, którą musisz uwzględnić. Musisz porównać model dzisiejszego świata z modelem świata wtedy, gdy twój syn dorośnie. Masz dwadzieścia osiem lat, a świat nie różni się zbytnio od tego, jaki był za twojego dzieciństwa. Ale za dwadzieścia osiem lat? – Rozłożył szeroko ręce. – Zapewniam cię, że za dwadzieścia osiem lat świat będzie wyglądał inaczej. Powstanie podklasa genetyczna, która doprowadzi do większej przepaści, niż potrafisz sobie wyobrazić. Porównaj swoją obecną wiedzę, zdolności, szanse z jakąś biedną kobietą w twoim wieku wychowaną w Trzecim Świecie, pracującą na poletku ryżowym w Chinach albo w buszu w Angoli.

Dettore wstał, podszedł do biurka i przez chwilę stukał w klawiaturę komputera. Na dużej ścianie przed nimi ukazała się mapa świata. Widniało na niej trochę różowych plam, ale większość krajów była biała.

– Na świecie żyje siedem miliardów ludzi. Wiecie, ilu z nich umie czytać i pisać? – Spojrzał na Johna, potem na Naomi.

– Nie, nie wiem – odparła.

– Kiedy powiem ci, że dwadzieścia trzy procent dorosłych w Stanach Zjednoczonych, najbardziej rozwiniętym technologicznie kraju świata, jest niepiśmiennych, czy to da ci pewne pojęcie? Czterdzieści cztery miliony mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie umie czytać, na miłość boską! Na świecie tę umiejętność posiada niespełna miliard ludzi. Niecałe dwadzieścia procent. Tylko te różowe pola na mapie. Przeciętny mieszkaniec terenów wiejskich w Trzecim Świecie otrzymuje w ciągu całego życia mniej informacji, niż zawiera jeden numer „LA Timesa”.

Zadzwonił telefon, Dettore spojrzał na niego, nie zareagował i po chwili telefon ucichł.

– Naomi – powiedział łagodnie. – Może nie czujesz się z tym najlepiej, ale już teraz należysz do rasy panów. Nie wydaje mi się, byś chciała się zamienić miejscami z wieloma ludźmi na tej planecie. Nie sądzę, że chciałabyś, by twoje dziecko dorastało na rosyjskich stepach, himalajskiej plantacji herbaty czy na pustyni Gobi. Mam rację?

– Oczywiście.

– Ale byłabyś gotowa zaryzykować, by twój syn wylądował w swego rodzaju intelektualnym Trzecim Świecie?

Spojrzała na niego bez słowa.

– Znajdujemy się na wczesnym etapie – ciągnął Dettore. – Za trzydzieści lat wszystkie dzieci z rodzin czy narodów mogących sobie na to pozwolić będą genetycznie wzmacniane. Czy widzisz opcje na liście, nad którą pracujemy? W tej chwili są to jedynie opcje, ale gdybyś żyła w świecie, w którym każda ciężarna kobieta zaznaczałaby rubryki na tej samej liście, czy zostawiłabyś wszystkie pola niezakreślone? Mowy nie ma! Chyba że chciałabyś wychowywać dziecko całkiem pozbawione szans, niepotrafiące nadążyć za innymi ani z nimi rywalizować.

– Powiem ci, co mnie w tym wszystkim niepokoi… Wiem też, że niepokoi Johna, bo bez końca o tym rozmawialiśmy w minionych miesiącach, odkąd nas zaakceptowałeś. Chodzi o… – Naomi wzruszyła ramionami. – Całą tę eugenikę. Ma złą historię, źle się kojarzy.

Dettore przycupnął na krawędzi biurka i nachylił się ku Naomi.

– Jeśli my, ludzie, nie spróbujemy poprawić genów naszego potomstwa, ponieważ osiemdziesiąt lat temu usiłował to zrobić szaleniec nazwiskiem Hitler, będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy drugą wojnę światową, ale pokój, jaki po niej nastąpił, padł łupem Hitlera. Tak uważam. – Miał niezwykle poważny wyraz twarzy. – Edward Gibbon napisał: „Wszystko co ludzkie musi się cofać, jeśli nie postępuje naprzód”. Miał rację. Każda cywilizacja, każde pokolenie, które się nie rozwija, musi w końcu upaść.

– Ale czy Einstein nie powiedział, że gdyby miał świadomość, że rezultaty jego pracy doprowadzą do bomby atomowej, zostałby zegarmistrzem?

– Owszem – przyznał Dettore. – Ale gdyby Einstein został zegarmistrzem, dzisiaj moglibyśmy żyć w świecie, w którym naszą przyszłością byłaby eugenika Hitlera.

– Zamiast pańskiej? – rzuciła Naomi, lecz momentalnie pożałowała tej uwagi. – Przepraszam, nie chciałam…

– Mojej żonie chodzi chyba o to, że jest to konfrontacja dwóch punktów widzenia – wtrącił pospiesznie John.

– W porządku, to ważna uwaga – przyznał Dettore. – Już wiele osób robiło podobne porównanie. Nazywano mnie Antychrystem, neonazistą, doktorem Frankensteinem… Mam tylko nadzieję, że jest we mnie więcej człowieczeństwa, niż było w Hitlerze. Może także nieco więcej pokory.

Uśmiechnął się tak potulnie i rozbrajająco, że Naomi zrobiło się przykro, że go obraziła.

– Naprawdę nie chciałam zrobić tak grubiańskiej…

Zeskoczył z biurka, podszedł i delikatnie ujął jej dłoń.

– Naomi, po stracie Halleya musiałaś przeżyć gehennę. Teraz przechodzisz kolejny trudny okres. Najbliższe cztery tygodnie na pokładzie tego statku będą dla ciebie ciężkie pod względem fizycznym i psychicznym. To niezwykle ważne, abyś zawsze mówiła, co czujesz, żebyś potrafiła przyznać, że dotarłaś do punktu, w którym zmieniłaś zdanie i chcesz się wycofać. Musimy być wobec siebie szczerzy, zgoda?

– Dziękuję – powiedziała Naomi.

Dettore puścił jej rękę, ale nadal patrzył jej w oczy.

– Świat się zmienia, dlatego ty i John tu jesteście. Ponieważ jesteście wystarczająco inteligentni, by to dostrzec.

W kabinie zapadło długie milczenie. Naomi patrzyła przez bulaj na bezmiar błękitnej wody i kontenerowiec, wciąż widoczny na horyzoncie. Spojrzała na męża, potem na genetyka, wreszcie na formularz, myśląc o Halleyu i o tym, dlaczego się tu znaleźli.

Choroba Dreyensa-Schlemmera atakuje układ odpornościowy podobnie jak toczeń, ale znacznie agresywniej. Stopniowo indukuje przewlekłą, uwarunkowaną genetycznie odpowiedź immunologiczną. Tak jakby pierwszą linię obrony Halleya choroba zamieniła w żrący kwas, który dosłownie trawił jego narządy wewnętrzne. Przez ostatnie dwa dni życia chłopiec krzyczał z bólu, żaden lek nie mógł mu pomóc; krwawił z ust, nosa, uszu i odbytu.

Chorobę zidentyfikowali w 1978 roku dwaj naukowcy z uniwersytetu w Heidelbergu. Z racji rzadkiego występowania – w dowolnym okresie choruje na nią mniej niż setka dzieci na świecie – odkrycie miało głównie wartość akademicką. Firmy farmaceutyczne nie są zainteresowane poszukiwaniem leku, ponieważ koszty badań nigdy by się nie zwróciły. Jedynym sposobem pokonania choroby Dreyensa-Schlemmera byłoby długie, powolne eliminowanie jej z gatunku ludzkiego poprzez odpowiedni dobór rodziców.

Większość ludzi noszących stosunkowo rzadki gen tej choroby ma zupełnie zdrowe dzieci. Problem może się pojawić jedynie wtedy, gdy dwoje nieświadomych nosicieli genu recesywnego spłodzi dziecko.

Ani John, ani Naomi nie wiedzieli o przypadkach choroby Dreyensa-Schlemmera w swoich rodzinach. Po przyjściu Halleya na świat – a wówczas było już za późno – odkryli jednak, że oboje są nosicielami genu. Co oznaczało dwudziestopięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że każde ich dziecko zachoruje.

– Mylisz się – zwróciła się do Dettorego. – Świat może się i zmienia, ale ja nie jestem dość inteligentna, by zrozumieć, jak się zmienia. Może nawet nie chcę tego zrozumieć. To mnie przeraża.

8

Za dziesięć siódma rano buty Johna uderzały miarowo o bieżnię w pustej siłowni. Pot ściekał mu po twarzy i ciele; para osiadała na okularach, utrudniając czytanie wiadomości gospodarczych CNN wyświetlanych na ekranie telewizora. Właśnie podawano ceny NASDAQ na zamknięcie poprzedniego dnia.

Odkąd pamiętał, czuł nienasycony głód wiedzy. Wiosną uwielbiał zbierać kijanki; obserwował, jak rosną im nogi, ogonki odpadają i kijanki przeobrażają się w żabki. W każde wakacje męczył matkę, by zawiozła go z rodzinnego Örebro w środkowej Szwecji do Sztokholmu, gdzie szedł do Muzeum Historii Naturalnej oraz Państwowego Muzeum Nauki i Technologii. Gdy skończył osiemnaście lat, w czasie wakacji pojechał do Londynu na kurs językowy, by szlifować angielski, a tymczasem niemal całe trzy miesiące spędził w Muzeum Nauki, Historii Naturalnej i Brytyjskim.

Szczególnym podziwem darzył wielkich naukowców przeszłości. Ludzi takich, jak Archimedes, Kopernik, Galileusz, Newton, Pasteur, których prace, jego zdaniem, ukształtowały współczesny świat. Nie mniej podziwiał dwudziestowiecznych gigantów matematyki i fizyki – Einsteina, Fermiego, Oppenheimera, von Neumanna, Feynmana, Schrödingera, Turinga – których prace miały ukształtować naszą przyszłość. Wszyscy oni podejmowali wielkie ryzyko, poświęcali pracy swój czas i reputację.

Gdyby ktoś spytał Johna o jego ambicję, odparłby, że nie interesuje go bogactwo, ale z całego serca pragnął, by pewnego dnia jego nazwisko znalazło się obok tamtych wielkich ludzi nauki. W wieku dziesięciu lat, kilka tygodni po tym, jak jego ojciec, marzyciel i biznesmen nieudacznik, umarł w długach, John sporządził listę celów, które chciał osiągnąć w życiu:

a) Być szanowanym naukowcem.

b) Zostawić świat lepszym, niż go zastałem.

c) Przedłużyć życie człowieka.

d) Zaopiekować się mamą.

e) Położyć kres cierpieniu na świecie.

f) Być dobrym ojcem.

Ilekroć czuł przygnębienie, patrzył na tę listę. Gdy był nastolatkiem, przeniósł ją z czerwonego zeszytu do swojego pierwszego komputera, potem do innego. Czytając ją, zawsze się uśmiechał, ale ogarniał go też smutek.

Mam trzydzieści sześć lat, a nie osiągnąłem ani jednej cholernej rzeczy z tej listy.

Szczególnie dotkliwie odczuwał fakt, że zaniedbał matkę. Jako jedynak czuł się za nią odpowiedzialny. Gdy miał osiemnaście lat, niedługo przed jego wyjazdem do Uppsali na uniwersytet, ponownie wyszła za mąż, za wdowca, inspektora szkolnego, który wizytował högstadiet – gimnazjum – gdzie uczyła matematyki. Drugi mąż okazał się cichym, lecz przyzwoitym człowiekiem, niemal całkowitym przeciwieństwem ojca Johna. Pięć lat później zmarł na atak serca i od tamtej pory matka żyła sama; na każdym kroku podkreślała swoją niezależność, chociaż z powodu zwyrodnienia plamki żółtej traciła wzrok.

W dzieciństwie John pożerał książki SF, a głowę rozsadzały mu pytania i teorie. Teorie dotyczące przyczyn naszego istnienia oraz tego, jak pewne gatunki zwierząt i owadów posiadły swoje cechy charakterystyczne. Pytania o to, dlaczego niektóre stworzenia, jak mrówka czy karaluch, najwyraźniej przestały ewoluować milion lat temu, podczas gdy inne, na przykład ludzie, ewoluowały nadal. Dlaczego mózgi pewnych zwierząt przestały rosnąć przed setkami tysięcy lat? Czy dlatego, że posiadanie zbyt inteligentnego mózgu nie było w procesie przetrwania atutem, lecz przeszkodą? Czy ludzie w końcu wyniszczą się właśnie dlatego, że w wyniku ewolucji stali się zbyt inteligentni?

Albo – jak tłumaczył w swojej pracy – grozi im zagłada, ponieważ rozwijali technologie szybciej, niż rozwijały się ich mózgi? Czy po to, by nadążyć, potrzebowali wielkiego skoku ewolucyjnego?

Statkiem nagle rzuciło, John stracił równowagę, więc chwycił za poręcz, by nie spaść z bieżni. Przez otwarte drzwi dobiegał chlupot wody w basenie. Co prawda nie cierpiał na chorobę morską jak Naomi, ale wciąż jeszcze nie zaadaptował się do ruchu statku.

Zeszłej nocy ani on, ani Naomi prawie nie zmrużyli oka. Teraz w głowie wirowały mu te same pytania, które wałkowali bez końca. Owszem, zgodzili się, że chcą zapewnić synowi wszystkie atuty, jakie sami życzyliby sobie dostać od rodziców. Nie chcieli jednak, by za bardzo się odróżniał i miał problemy z nawiązywaniem kontaktu i relacji z innymi.

Na tym polegał prawdziwy problem. Dettore stale nakłaniał ich do wybrania większej liczby opcji, do wzmocnienia syna sposobami, o które John nawet nie podejrzewał współczesnej nauki. Niektóre z nich brzmiały kusząco. Boże, gdyby tylko zechcieli, mogliby uczynić Luke’a kimś niewiarygodnym!

Ale nie, dziękuję.

Luke nie stanie się królikiem doświadczalnym, którego będą mogli w humanitarny sposób uśpić zastrzykiem, jeśli nie spełni ich oczekiwań.

John nie chciał uprawiać hazardu, w którym stawką było życie syna. A jednak przez całą noc prześladowała go myśl, że życie każdego dziecka jest właśnie tym: hazardem, losowym rzutem genetycznymi kośćmi. Dettore nie proponował zwiększenia szansy na wygraną, lecz zredukowanie możliwości klęski. Czy grając bezpiecznie, skazywali syna na egzystencję miernoty?

Bieżnia zadzwoniła, czytnik poinformował, że upłynęła kolejna minuta. Na statku John ćwiczył jeszcze intensywniej niż w domu. Jakby zamierzał osiągnąć superkondycję. Chociaż wiedział, dlaczego tak postępuje, nawet przed samym sobą nie chciał się do tego przyznać.

Chcę, żeby mój syn był ze mnie dumny. Chcę, żeby miał sprawnego tatę, nie jakiegoś starego pierdziela z zadyszką.

Dolny pokład, głęboko w czeluściach statku, świecił pustkami.

Za jedyne towarzystwo John miał własne odbicie podskakujące na czterech wyłożonych lustrami ścianach: wysoki, szczupły mężczyzna w białej koszulce, niebieskich butach sportowych i dresie. Wysoki, szczupły mężczyzna o zmęczonej, napiętej twarzy z sińcami pod oczami.

Młodzi ludzie mają wizje, starcy miewają sny.

To cholerne zdanie jak mantra kołatało mu się w głowie w rytm tupotu nóg. Może przybyłem tu jako człowiek z wizją, myślał. Teraz jednak czuję się raczej jak kapłan, który zaczyna kwestionować własną wiarę.

Jeśli jednak przy planowaniu Luke’a zachowamy umiar, odrzucimy sposobność uczynienia go kimś naprawdę wyjątkowym, to czy pewnego dnia tego pożałuję? Czy zostanę starcem śniącym o tym, co mogło się zdarzyć, gdybym tylko zdobył się na odwagę?

9

Dziennik Naomi

Jeśli tego nie przeżyłeś, nie masz pojęcia o bólu. Zastrzyk, który pielęgniarka robi mi co rano, aby wzmóc produkcję komórek jajowych, przypomina gwóźdź wbijany w kość udową. Znowu próbowałam porozmawiać z Yvonne o innych pacjentach na statku, ale momentalnie nabrała wody w usta, jakby bała się mówić.

John jest cudowny, taki czuły, nie wywiera na mnie żadnej presji. Właściwie, jeśli chodzi o otwartość między nami, jest to najlepszy okres od przyjścia na świat Halleya. W nocy tulę się do Johna, rozpaczliwie pragnę się z nim kochać, ale to zabronione. Zakazano nam kochać się na dwa tygodnie przed przyjazdem tutaj; potem też nie będziemy mogli przez wiele tygodni. To trudne. Potrzebujemy tej bliskości.

To miejsce z każdym dniem wydaje mi się dziwniejsze. Panuje tu naprawdę osobliwa atmosfera – spacerujemy, nie napotykając żywej duszy, z wyjątkiem sprzątaczki polerującej poręcz. Gdzie, do diabła, są wszyscy? Czy pozostali pacjenci są tacy nieśmiali? Ilu ich jest? Bardzo chciałabym z kimś porozmawiać, wymienić się wrażeniami.