Ludzie Dobrej Woli - Krystian Nowak - ebook

Ludzie Dobrej Woli ebook

Krystian Nowak

3,5

Opis

W drodze do szkoły, potrącony na pasach przez pijanego kierowcę, ginie mały Tomek. Sprawa z pozoru wydaje się prosta...
Na miejscu wypadku, we wraku samochodu, policja znajduje winnego.

Całe zajście wywołuje ogromne poruszenie w lokalnej społeczności. Edward Zawisza, prezydent miasta, stara się pomóc pogrążonej w żałobie rodzinie, oferując bezrobotnemu ojcu zabitego chłopca pracę w urzędzie miasta.

Szybko jednak okazuje się, że wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Sympatyczne, prowincjonalne miasteczko powoli ukazuje swoją niemiłą stronę…

Nie tylko w Waszyngtonie światowi decydenci knują skomplikowane, mroczne intrygi. Czasem lokalna wierchuszka z małego miasteczka gdzieś w Polsce bywa równie bezwzględna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




CZĘŚĆ Iw której poznajemy miasto, jego mieszkańców oraz trapiące ich problemy, ze śmiercią małego Tomeczka na czele

ROZDZIAŁ I

Niepostrzeżenie niczym najcieńsza ze wskazówek na tarczy zegara mijają dni w naszym mieście. Stukot ich kroków po kartach kalendarza słyszalny bywa rzadko, za to zawsze niespodziewanie. Bywa jednak tak, że dźwięk ten przybiera na sile potężnie i jego dudnienie staje się ogłuszające. Jedni, przyzwyczaiwszy się do hałasu, na powrót przestają go dostrzegać. Dla innych jakby czas zatrzymał się w miejscu.

Nasze miasto jest – należy to przyznać z całą uczciwością – brzydkie. Nic nie odróżnia go od miast, jakich wiele w całym kraju. Być może poza ludźmi, którzy u nas są jedyni w swoim rodzaju. Choć pewnie każdy mógłby stwierdzić to samo i nie byłoby uczciwie zarzucać mu kłamstwo. Najbardziej oryginalna w naszym mieście wydaje się być jednak nie społeczność, ten luźny zbiór jednostek, który w wyniku mniejszego bądź większego przypadku zamieszkuje tę samą połać ziemi, tylko sieć powiązań, która tych ludzi oplata, oraz trudność, z jaką przychodzi im o niej rozmawiać. Trudność zresztą nie jest być może najwłaściwszym tutaj słowem i należałoby mówić raczej o niewygodzie czy dyskomforcie. Póki co zostawmy więc ten temat w spokoju; nie denerwujmy nikogo już na samym początku. W swoim czasie każdy zrozumie, w czym rzecz.

Oto jedna z ulic. Do pracy idzie nią pan Edward Z. Prezydent tego miasta, nasz gospodarz. Krok ma sprężysty i żwawy. Taki, który od razu mówi nam, z jaką osobą mamy do czynienia. Kroczy on przed siebie szybko i radośnie, wyraźnie ciesząc się na dzień, który wszak dopiero przed nim. Dzień, który jak wiele podobnych w przeszłości, spędzi na ciężkiej pracy w służbie miastu, w którym się urodził. To w nim się wychował i wokół niego, a także dzięki niemu zbudował i karierę, i całe swoje życie.

Obserwując ten krok, dostrzegamy człowieka, który nie ma żadnych problemów z podejmowaniem decyzji, nawet tych najważniejszych. Człowieka, dla którego cel, ku któremu zmierza, jest jasny i niepodważalny. Człowieka odznaczającego się cechami, które budzą powszechny szacunek i bez problemu zjednują mu ludzi.

Niewątpliwie charakter Edwarda Z. i jego physis, która odzwierciedlała jego zalety, mogły stanowić pewien atut w wyborczej walce o fotel gospodarza naszego miasta. Mogły, i pewnie by nawet stanowiły, gdyby Edward Z. nie był jedynym kandydatem, który zdecydował się ubiegać o ów urząd.

Gdy w naszym mieście zorganizowano pierwsze bezpośrednie wybory na prezydenta, Edward Z., znany wtedy jeszcze jako Edward Zawisza, mężczyzna wówczas w wieku, jaki wielu określiłoby zapewne mianem „średni”, po długich namysłach, szczegółowych analizach i wielu zażartych dyskusjach, które toczył sam ze sobą, doszedł do wniosku, że najlepsze, co może zrobić zarówno dla siebie, jak i dla miasta, które szczerze kocha, to objąć nad nim władzę. Oczami wyobraźni widział siebie jako pana sprawiedliwego, który każdemu chce przychylić nieba, choć nie stroni od użycia zdecydowanej i twardej ręki, kiedy sytuacja tego wymaga. Takiego, który robi wszystko dla wspólnego dobra, prawdziwego lidera, umiejącego bez trudu rozkochać w sobie tych, którzy go jeszcze nie znają, i umocnić miłość w tych, którzy go już poznali.

Ku snuciu podobnych wizji miał zresztą solidne podstawy. Skończywszy miejscowe liceum z wyróżnieniem, wyższe wykształcenie odebrał zaocznie w mieście wojewódzkim; w ciągu tygodnia pomagał ojcu w prowadzeniu rodzinnego warsztatu naprawy telewizorów i radioodbiorników. Nie wiadomo, które z tych zajęć budziło u ludzi większy szacunek. Czy wzbudzała go jego ambicja, czy też to, że nie stawiał tejże ambicji ponad rodzinne zobowiązania? Bezpiecznie będzie więc uznać, że swoim postępowaniem jako takim budził respekt nawet u tych, którzy go nie lubili.

Studiował prawo, choć jego ojciec liczył, że syn uda się na politechnikę, by zgłębiać, jak on sam (co prawda jedynie w szkole zawodowej), tajemnice elektryki. Syn chciał jednak czego innego. Ojciec wyraził zgodę na jego wybór, ale pod warunkiem, że w tygodniu Edward będzie mu pomagać, a tym samym kontynuować pod pilnym ojcowskim okiem naukę fachu, którą zaczął jeszcze w szkole średniej. Sam nie byłby w stanie obrobić się z dużą ilością sprzętu do naprawienia i potrzebował pomocy. Inaczej nie mógłby utrzymać ani siebie, ani syna. Studia, nawet te dzienne, też kosztują. A co dopiero zaoczne! Zwłaszcza gdy się je podejmuje w innym mieście.

„Prawo dziś jakieś jest, a jutro go nie ma” – gderał trochę od rzeczy ojciec, gdy Edward upierał się przy swoim wyborze studiów wyższych. „Ludzie jednak zawsze będą potrzebować coś naprawić i nie zawsze będą umieli to zrobić sami” – dodawał już bardziej rezolutnie, a przyszły prawnik, w związku z tym, że miał pozostawać przez czas studiów na jego utrzymaniu, nie wdawał się w zbędne dyskusje, tylko zaakceptował postawione mu warunki. Nigdy zresztą tego nie żałował. Dumnie mógł powtarzać, że w jego – odrobinę wprawdzie buńczucznym – haśle wyborczym „Edward Zawisza – tytan pracy” nie ma ani krzty fałszu.

Pan prezydent dociera w końcu do biura, do którego od dnia objęcia urzędu, niezależnie od pogody, zawsze chodzi piechotą. Robi to, by – jak sam powtarza przy każdej nadarzającej się okazji (a ma ich wiele, wierzcie mi) – „nie stracić kontaktu ze zwykłymi ludźmi”.

Zostawmy jednak na chwilę prezydenta Edwarda w spokoju. Nie przeszkadzajmy mu w pracy, której jest tak absolutnie oddany. Do panującego nam miłościwie włodarza jeszcze wrócimy. Nie jest on w końcu jedynym bohaterem tej opowieści.

***

Chwilę wcześniej w biurze, do którego prezydent jeszcze zmierza, za dość gustownym biurkiem z jasnego drewna siedzi pani Zofia. Prywatna asystentka prezydenta miasta, oficjalnie – to znaczy tak zostało wpisane w umowie – szefowa jego kancelarii. Czy nie brzmi to poważniej? Prezydent nie miał problemu, aby w umowę o pracę wpisać pani Zofii takie a nie inne stanowisko. Dwa słowa zaledwie, a ile dumy można w nich zawrzeć. Zresztą nie miał on (zazwyczaj) większych obiekcji, żeby zaspokajać drobne acz symboliczne potrzeby mieszkańców swojego miasta. Jeśli tylko został o to poproszony i o ile prośby te były w odpowiedni sposób zakomunikowane.

Pani Zofia zaczęła dzień jak zawsze odpowiednio wcześniej, by zdążyć przygotować biuro na przybycie jego najważniejszego pracownika. Przejrzała korespondencję i oddzieliwszy ziarna od plew, ułożyła ją na biurku prezydenta w kolejności nadania. Przybory piśmiennicze w postaci długopisów (czarny, czerwony i zielony) i korektora w pędzelku umieściła po lewej stronie maty leżącej na środku potężnego mahoniowego biurka w stylu ludwikowskim o lwich nogach. Wieczne pióro marki Parker, prezent od wojewody z okazji zwycięstwa w wyścigu o urząd, napełniła niebieskim atramentem i ułożyła po prawej stronie biurka. Ponadto na blacie przed prezydenckim fotelem znajdowały się – w odpowiednio posegregowanych i oznaczonych kolorowymi karteczkami samoprzylepnymi kupkach – dokumenty, z którymi prezydent musi się koniecznie zapoznać w dniu dzisiejszym, a także takie, które mogą jeszcze trochę poczekać, choć ich czas nadchodził nieubłaganie. Wszelkiego rodzaju wnioski, zawiadomienia czy raporty, które mogły poleżeć troszkę dłużej, pani Zofia gromadziła w żelaznej szafie stojącej w przedsionku gabinetu, zwanym także jej kancelarią.

Jeszcze tylko najważniejsza rzecz ze wszystkich – kalendarz zadań prezydenta z wpisanymi priorytetami oraz godzinami ewentualnych spotkań wyznaczonych na dzisiaj, oznaczonymi za pomocą różnokolorowych jaskrawych flamastrów oraz samoprzylepnych znaczników, ułożony idealnie równolegle wobec czarnego bakelitowego telefonu i stojącego obok oprawionego w dębowe drewno zegara o rzymskich cyfrach i złotych wskazówkach. Kalendarz otwarty, naturalnie, na dniu dzisiejszym, tak by pan prezydent po zajęciu miejsca o nic nie musiał pytać ani niczego szukać. Można zająć się następną w hierarchii, zaraz po przygotowaniu kalendarza, czynnością, bez której nie sposób zacząć dnia pracy: parzeniem kawy.

Gdy prezydent Edward Z. przekracza próg biura, machinalnie wyciera buty i poprawia zawiązany po windsorsku krawat. Szuka wzrokiem pani Zofii. Jest i ona. Wychodzi właśnie z jego gabinetu z pustą tacą. „Kawa już czeka, panie prezydencie” – mówi i uśmiecha się lekko, jakby nieśmiało, choć nie ma się czego wstydzić; znają się przecież od lat. Ma dziś wyjątkowo wyrazistą szminkę w czerwonym kolorze. To pierwsze, co prezydentowi rzuca się w oczy, bo Zofia zazwyczaj nie maluje się mocno.

Szefowa jego kancelarii jest blondynką, niezbyt wysoką. Ze swoim wzrostem radzi sobie za pomocą nieodłącznych wysokich obcasów, schowanych jednak prawie zawsze pod luźnymi nogawkami długich materiałowych spodni. Ma złociste loki kończące się tuż nad ramionami i tworzące obramowanie jej smukłej twarzy dzięki odpowiedniej ilości lakieru w sprayu, którego, jak twierdzą pomiędzy sobą jej koleżanki, zdecydowanie nadużywa. Tym, co zawsze przykuwa wzrok Edwarda, ale i każdego innego mężczyzny, jest wyjątkowo głęboki dołek w jej brodzie. Rzecz wręcz hipnotyzująca. „Dziękuję, pani Zofio” – rzuca równie nieśmiało, sam nie wie czemu. Kiwa jej jeszcze głową, jakby przypominając sobie, że zapomniał się przywitać, i znika w swoim gabinecie.

Zofia pracuje dla niego już długo, ale nigdy nie przechodzi z nią na „ty”, dopóki nie upewni się, że w biurze wszystko czeka na niego przygotowane w idealnym porządku. Tak jest i tym razem. Tak samo jak każdego innego dnia, odkąd pani Zofia została zatrudniona. Dopiero teraz schodzi z niego napięcie, które niezmiennie dopada go za każdym razem, gdy przekracza próg budynku urzędu. Czy aby na pewno o niczym nie zapomni? Czy nie zaburzy to jego planu pracy? Krzywo ułożona sterta papieru potrafi wywołać u niego bezgraniczne rozdrażnienie i uniemożliwić mu zajęcie się czymkolwiek konstruktywnym przed sprawdzeniem dziesięć razy, czy aby na pewno wszystko jest dokładnie tak, jak sobie to obmyślił, rozplanował i w końcu zażyczył.

Obsesja pedantyzmu pojawiła się u niego, gdy pracował przy ojcu, który odznaczał się wyjątkowym brakiem szacunku do porządku. Młodego Edwarda z początku to tylko irytowało, ale z biegiem czasu zaczęło tak mocno drażnić, że zwyczajnie nie mógł znieść przebywania w tym bałaganie. W końcu przeorganizował cały warsztat, ojcu nakazał podczas pracy wyłącznie siedzieć w miejscu, a sam podawał mu, a potem odkładał z powrotem potrzebne akurat narzędzia i części. Na stole, na którym rozkręcali telewizory, radia, a czasem i inne sprzęty, których sąsiedzi nie mieli komu innemu oddać do naprawy, można by ludzi operować. Jego ojca z początku to denerwowało. Przyzwyczaił się do bałaganu i brudu panujących w warsztacie przez lata jego samodzielnej pracy, a swoją umiejętność odnalezienia się w tym chaosie uznawał za swego rodzaju moc, której nikt poza nim nie posiada. Coś, co czyniło go wyjątkowym. Dostrzegłszy jednak, że zmiany wprowadzone przez jego pierworodnego nie są jedynie jakąś fanaberią żółtodzioba, ale przekładają się na prędkość wykonywania zleceń przez ich warsztat – choćby z uwagi na brak potrzeby szukania zaginionej śrubki przez trzy godziny – a co za tym idzie: na zarobki, mógł jedynie zdusić w sobie sentyment za tym, jak było. I mamrotać pod nosem z uznaniem za każdym razem, gdy łapał się na tym, że już sam odkłada wszystko gdzie trzeba, zamiast rzucać byle gdzie przed siebie, jak to robił wcześniej.

Na biurku Edwarda w jego prezydenckim gabinecie panował idealny porządek. Dokładnie tego oczekiwał. Stosy papierów ustawione były równolegle względem siebie, a przybory do pisania leżały na swoim miejscu. Zadowolony, zasiadł w fotelu. „Dziękuję, Zosiu” – powiedział trochę jakby do siebie, ale tak, by mieć pewność, że sekretarka usłyszy.

Pani Zosia usłyszała. Wypuściła cicho powietrze, które trzymała w płucach już dłuższą chwilę. Na jej twarz powrócił pełen niepewności uśmiech. Uśmiech, który już widzieliśmy.

***

W tym samym czasie, kiedy prezydent naszego miasta Edward Z. zabiera się do wypełniania swoich obowiązków, czyli dba o dobre życie każdego z nas, kilka przecznic dalej, w jednym z bogatych i przestronnych domów dzielnicy willowej, w sypialni na piętrze, budzi się Sonia Z. – jego żona.

Pani prezydentowa niczego jednak nie widzi. Wpierw musi ściągnąć z twarzy maseczkę na oczy, w której zazwyczaj sypia, by żaden promyk światła przedzierający się przez zasłony nie podrażnił jej powiek zbyt wcześnie. Pani prezydentowa sypia także z zatyczkami w uszach, dzięki czemu nie słyszy choćby nucenia pod nosem Hanny – służącej krzątającej się w kuchni, która sprzątnąwszy już ze stołu po panu domu, nakrywa go ponownie dla swojej chlebodawczyni.

Śniadania małżeństwo jada wspólnie w każdą sobotę, kiedy pani Hania pracuje tylko do południa. Na obiady chodzą wtedy na miasto. W niedzielę służba ma wolne.

Pani prezydentowa obudziła się już w pełni i okrywszy się satynowym szlafrokiem, na śniadanie przygotowane przez gosposię schodzi po szerokich schodach swojej stylizowanej na zabytkową willi z ciężkiego do określenia okresu. Są tu kolumny i zimne marmurowe schody w stylu romańskim, a ściany zdobią portrety sarmackich mężów o bujnych wąsach i w eleganckich żupanach. Zdobne w pozłacane ramy portrety przodków, którzy o ile kiedykolwiek istnieli, to z pewnością nie byli spokrewnieni z żadnym z mieszkańców tego pałacu z pustaków i karton-gipsu.

Drogę do salonu, w którym zje śniadanie, oświetlają Soni rozłożyste kandelabry o żarówkach przypominających świece. Mimo że jest kilka minut po ósmej rano, na zewnątrz panuje dość nietypowy nawet jak na tę porę roku półmrok. Zawsze gdy tak przemierza przestrzenie swego domu, muskając końcem szlafroka wpierw schody, a później posadzkę, Sonia czuje się, jak gdyby nie była prezydentową, tylko księżną. Nie potrafi jednak, nawet przed samą sobą, wytłumaczyć tej różnicy. Tak samo jak nie potrafi określić, czy ją to uszczęśliwia.

Jak zawsze ostatnimi czasy, przy śniadaniu pomyśli o mężu. O tym, że już prawie ze sobą nie rozmawiają, nie wspominając o czymś więcej. A przecież są jeszcze całkiem młodzi. Po pierwszym kieliszku białego wina, o który nie musi już nawet prosić – Hanna to bowiem wspaniała służąca świetnie znająca się na swojej pracy – zacznie też wspominać, jak to było, kiedy się poznali.

Sonia na studia prawnicze, w przeciwieństwie do męża, nie poszła do końca z własnej woli. Jej ojciec co prawda lubił powtarzać przy wszelkich nadarzających się okazjach, jaką ma rezolutną córkę i jakiego mądrego wyboru dokonała. A okazji do tego miał co niemiara… Spotkania w gronie rodzinnym, wernisaże czy nawet brandy z kolegami z partii. W rzeczywistości wolny wybór Soni ograniczał się do podjęcia decyzji, w którym z życiowych scenariuszy, rozpisanych dla niej przez wszystko najlepiej wiedzącego ojca, będzie jak najmniej nieszczęśliwa. Pół liceum marzyła, że pójdzie na architekturę wnętrz. Nawet poczyniła ku temu pewne przygotowania, zapisując się na specjalny kurs rysunku. Drugie pół wyobrażała sobie, że skończy dziennikarstwo. Lubiła pisać. Ale ani architektura wnętrz nie jest medycyną, ani dziennikarstwo nie jest prawem, wobec czego o niczym takim nie mogło być nawet mowy. „Bez dyskusji – ucinał wszelkie próby mediacji ojciec. – Masz do wyboru dwa kierunki: prawo i medycynę. I z nich musisz wybrać. Aż dwa! To dwa razy więcej, niż ja dostałem do wyboru! Jakakolwiek jednak będzie twoja decyzja, przyjmę ją z pokorą i pełnym zrozumieniem”. Z ojcem nie dało się wygrać. Coś o tym wiedziała zresztą jej matka. To zabawne – myślała Sonia – że los kobiety, którą przez lata uczyła się pogardzać jako pozbawioną własnych marzeń czy ambicji, żałośnie bezwolną, nieumiejącą ani przeciwstawić się mężowi, ani nawet stanąć w obronie swojego jedynego dziecka, okazał się zapowiedzią jej własnej przyszłości. Tak często ludzie powtarzają, że jaki ojciec, taki syn, ale czemu nikt nie ostrzega dziewcząt, że jaka matka, taka córka?

O sprzeciwianiu się ojcu nie mogło być w życiu młodej Soni mowy. Z czasem niewiele się zresztą w tej kwestii zmieniało. Pan mecenas, mimo że wyedukowany za granicą, prominentny działacz partii, nie należał wprawdzie do wierchuszki idącej w pierwszym rzędzie ze sztandarami. Nawet ktoś nieprzesadnie orientujący się w annałach życia politycznego był jednak w stanie dostrzec prostą przyczynę tego stanu rzeczy: pan mecenas Piskorski nie ma szans na znalezienie się na świeczniku tylko dlatego, że… woli na nim nie świecić. A jego wola, o czym uczyli się szybko wszyscy z nim współpracujący, jest święta i niepodważalna. Bliżsi współpracownicy nazywali go Papieżem. Nie trwało długo, aż ksywkę podchwyciły także inne osoby w partii, choć nie używały jej z podobnym namaszczeniem.

Ale ten przydomek też nie oddawał w pełni charakteru ojca Soni. Satysfakcję dawało mu przecież raczej kierowanie z cienia. Bycie na świeczniku go onieśmielało. Świadom był ponadto, że wystawianie się na światło reflektorów utrudnia chowanie asów w rękawie, i tę filozofię, bardzo zresztą nachalnie, starał się przekazać zięciowi. Należy zauważyć, że robił to równie bezskutecznie, jak w przypadku swojej córki. To jednak on był głównym prowodyrem wejścia Edwarda w politykę. Szczerze wierzył, że to, czego nie udało mu się osiągnąć z córką, uda mu się z nowym synem. I tak poniekąd się stało.

Soni polityka nie interesowała w tej samej mierze, co nie interesowało jej prawo, które studiowała. Jedyne, co znalazła w murach uczelni wyższej mieszczącej się w mieście wojewódzkim, dokąd wysłał ją ojciec, to mąż. Chociaż tyle dobrego – myślała jeszcze nie tak znowu dawno. Tylko dzięki Edwardowi przetrwała okres studiów bez poważniejszych załamań nerwowych.

Sonia w przeciwieństwie do męża studiowała dziennie. Dla jej rodziny nie stanowiło problemu finansowanie jej życia przez kolejnych kilka lat nauki, nawet jeśli odbywała się ona z dala od rodziny, co naturalnie wiązało się ze zwiększonymi kosztami. Przynajmniej dopóki nie zawalała egzaminów i do domu przywoziła dobre oceny. Na szczęście tak też się działo, bo nauka nie sprawiała Soni trudności. Po prostu jej nie interesowała. Młoda Sonia wolała więc oddawać się innym rozrywkom, których przed wyprowadzką do miasta wojewódzkiego, w mieście powiatowym, nigdy nie zaznała. Nagle całe życie kulturalne dużego miasta studenckiego stanęło przed nią otworem. W dodatku po raz pierwszy w życiu, dzięki niepowtarzalnej miksturze niezależności finansowej i uwolnienia się spod kontroli rodziców w połączeniu z zupełnie nowym otoczeniem, poczuła się wolna i zamierzała z tej wolności wycisnąć, ile się tylko da.

Edwarda poznała podczas jednego z takich właśnie seansów wyciskania z życia soków. Po wernisażu fotografki, o której wcześniej nigdy nawet nie słyszała, ale na którym pojawić miało się kilku interesujących przyszłych prawników z wyższych roczników, znajomi z akademika zorganizowali u siebie małą posiadówkę. Mała posiadówka dość szybko przemieniła się w poważny jubel. Tak to już w studenckim życiu bywa. Impreza rozprzestrzeniała się po budynku akademika niczym alkohol po krwiobiegu, aż w końcu dotarła do pokoju, w którym, jak zawsze w weekend zjazdowy, nocował Edward.

Szybko znaleźli wspólny język. Nie mieli okazji poznać się wcześniej, przynajmniej nie osobiście, zwłaszcza że on był od niej o rok starszy, ale kojarzyli się z widzenia. „Ja cię znam! Ale tak właściwie to nie…” – to były pierwsze słowa, jakie usłyszała od Edka: czarnowłosego draba, który przedzierał się przez tłum imprezowiczów tylko po to, aby wypowiedzieć te pozbawione zgrabności i sensu (choć w jej mniemaniu posiadające pewien wdzięk) zdania. Uznała to za zabawne i urocze. Jakże niewiele jej wtedy wystarczało do szczęścia – mogłaby pomyśleć teraz. Wspólnych tematów im nie brakowało. Nie było możliwości, aby wyczerpać je podczas jednej pogadanki na imprezie. Trzeba było spotkać się po raz kolejny. I kolejny. I kolejny.

Od tamtej imprezy widywali się regularnie. Jej rodzina od razu zaakceptowała Edwarda. Ojciec cenił sobie jego pracowitość oraz praktyczne umiejętności. Twierdził, że widzi w chłopaku ogromny potencjał. Gdy Edek naprawił u nich w domu, na miejscu, kupiony niedawno telewizor, który jednak zdążył się już popsuć, używając do tego wyłącznie lutownicy i śrubokręta, ojciec Soni nie mógł się wręcz chłopaka nachwalić. Taki uprzejmy! A jaki inteligentny! I do tego fach w ręku! To zawsze atut, bo czasy bywają różne, a poza tym etos robotniczy wciąż był w ludziach silny, nawet jeśli nie spracowali rąk przez jeden choćby dzień w życiu. O dom zadba! Ambitny! A czy mówił już, że pracowity? Nie osiada na laurach, to widać od razu! Przyszły pan mecenas!

Pan Piskorski szczerze się cieszył na myśl, że będzie mieć takiego zięcia. Sonia miała poczucie, że jest to być może pierwszy raz, kiedy ojciec w pełni i całkowicie nie tylko akceptuje, ale i popiera dokonany przez nią wybór. Nie tylko jeśli idzie o partnerów.

Po jakimś czasie, gdy byli już zaręczeni, zaczęła dręczyć ją myśl, że w jej chłopaku bardziej jest zakochany jej ojciec niż ona sama. Nie zamierzała jednak narzekać. Ojciec przestał się jej czepiać i przesadnie ingerować w to, co jego córka będzie robić po studiach. Taką zmianę trzeba było docenić. Aplikacja przestała mieć nagle tak duże znaczenie, kiedy okazało się, że będzie żoną świeżo upieczonego adwokata.

Wizję zostania panią domu, bez obowiązku zajmowania się obrzydliwie nudnymi w jej mniemaniu kodeksami i ustawami, gdy tylko opuści próg uczelni zaraz po ostatniej sesji, Sonia postrzegała jako niezwykle kuszącą. Postanowiła więc się jej poświęcić całkowicie, i przeistoczyła ją w swoją codzienność.

Przy lanczu, do którego prezydentowa doczeka, nie zmieniwszy nawet odzienia, na szezlongu w pokoju wypoczynkowym, pochylając się nad jakąś miałką nowelą, której fabuły nie potrafiłaby nawet streścić, gdyby ktokolwiek zdecydował się o nią zapytać, Sonia zorientuje się, że pół butelki wina, której nie było sensu ciągle zanosić i przynosić z kuchni, zostało już opróżnione. A ona zastanawia się, czy jej mąż, prezydent tego miasta, jej miasta, wyruchał już dzisiaj swoją sekretarkę.

Sięga więc po telefon bezprzewodowy stojący na specjalnie przeznaczonym do tego stoliczku i dzwoni. „Biuro prezydenta miasta, w czym mogę pomóc?” – słyszy jednocześnie nieśmiały i zdecydowany głos pani Zofii w słuchawce. W reakcji Sonia rozłącza się. Bo jakie to wszystko ma znaczenie? Nic taka wiedza przecież nie zmienia w jej życiu. A i ona sama w nim nic nie zmieni.

Po drugiej stronie linii telefonicznej pani Zofia informuje swojego szefa, że dzwoniła żona. „Co chciała?” – pyta prezydent, nie odrywając wzroku od jakiegoś dokumentu, który właśnie parafuje. To ważny dokument. „Chyba to co zwykle” – referuje sekretarka. Edward mamrocze jedynie, może nie tyle do siebie, co po prostu do nikogo konkretnego: „Musi być już po dwunastej”.

Dokument, który prezydent z taką uwagą wpierw czytał, a później podpisywał, był dokumentem ważnym z punktu widzenia nie tylko urzędu, ale i naszej opowieści. Sprawy wielkich tego świata są niezwykle zajmujące, ale czas nas goni. Do w tym momencie parafowanych kartek papieru o magicznej mocy sprawczej wrócimy za moment. Obiecuję. Na razie przenieśmy się na drugi koniec naszego miasta i cofnijmy o dwa tygodnie. Wtedy bowiem wydarzyło się coś wcale nie mniej istotnego.

***

Tu do wyjścia do szkoły – dziś na drugą lekcję – zbiera się mały Tomuś. Czyż nie jest uroczy z tym swoim ogromnym kolorowym plecakiem i za dużą czapką z daszkiem? Na czapce kupionej przez rodziców na miejscowym bazarze w zeszły weekend widnieje logo drużyny koszykarskiej Chicago Bulls. Opada mu ona bez ustanku na oczy, ale to ani trochę mu nie przeszkadza. Tomek to prawdziwy skarb dla ojca i matki. Jest dopiero w trzeciej klasie szkoły podstawowej, więc nie powinno się już teraz wyrokować o jego przyszłości, ale wszystko wskazuje na to, że spełni pokładane w nim nadzieje, uczy się bowiem wyśmienicie. Zapowiada się, że drugi rok z rzędu otrzyma świadectwo z czerwonym paskiem. To przecież ważne, nawet na tym etapie. W to wierzą jego rodzice. Tata by wprawdzie chciał, aby chłopak trochę więcej czasu spędzał na dworze i trochę bardziej interesował się sportem w wymiarze praktycznym, a nie tylko czekając przed telewizorem na wiadomości, w których podane zostaną wyniki amerykańskiej ligi NBA. Na treningi piłki nożnej, na które go zapisał, uczęszcza już drugi rok, a wciąż nie zdecydował, która pozycja na boisku najbardziej mu odpowiada, i w ogóle wydaje się, że temat piłki niespecjalnie go interesuje. No, ale jeśli z Tomka miałby być światowej sławy chirurg, nie zaś napastnik, to tata jakoś to przeżyje. On sam przecież takich perspektyw, jakie dziś mają młodzi, nie miał. Nie ma więc co naciskać, wystarczy, że mały będzie się przykładał do tego co robi, a na pewno daleko zajdzie. Z pewnością dalej niż jego ojciec pozostający od trzech miesięcy na zasiłku i utrzymaniu żony pracującej jako sprzątaczka w urzędzie miejskim. Pracę stracił w wyniku postawienia firmy, w której pracował, w stan upadłości – po tym, jak ta przez ostatnie kilka lat bezskutecznie próbowała działać w miejscu pobliskiego PGR-u, który przejęła w ramach prywatyzacji wraz z pracownikami. Włodzimierz nie był zły z tego powodu. Uważał, że i tak długo im zeszło.

Niestety żaden ze scenariuszy rozważanych dla małego Tomka nie będzie miał okazji się spełnić. Nie zostanie on ani lekarzem, ani prawnikiem, ani piłkarzem, ani nawet kimkolwiek innym. Nasz mały kolega w ogóle nie pojawi się tego dnia w szkole.

Może to niewielka widoczność, może gołoledź, która tego dnia akurat chwyciła, a może to półtora promila alkoholu w krwiobiegu kierowcy. W każdym razie mały Tomuś widzi tylko błysk świateł, nie usłyszawszy nawet pisku hamowania. To dlatego, że go nie było.

Wróćmy jednak do naszego kochanego prezydenta, syna tej ziemi, Edwarda Z. I tajemniczego dokumentu, któremu poświęcał tyle uwagi.

Nie był to, wbrew temu, co mogłoby się nam wydawać z uwagi na skupienie prezydenta, żaden skomplikowany akt prawny, a zwykła formatka akceptacyjna wobec wniosku o zatrudnienie. Wniosku, który zresztą sam osobiście złożył.

Prezydent wnioskował o zatrudnienie tak zwanej złotej rączki. Człowieka formalnie zwanego tu konserwatorem budynku. W urzędzie wprawdzie pracował już jeden konserwator, ale pan prezydent, całkiem zresztą słusznie, uznał, że dodatkowa pomoc leciwemu panu Mieczysławowi się przyda, a już z pewnością nie zaszkodzi. Zwłaszcza że to tylko pół etatu. Nie nadwyręży przecież budżetu miasta, a ludziom („Swoim ludziom!” – jak lubił podkreślać) takim jak Włodek – ojciec tragicznie zmarłego Tomusia („Cóż to jest za strata! – powtarzał prezydent nieustannie. – Straszliwa strata!”) – należy bezwzględnie pomagać. Zwłaszcza, kiedy są w potrzebie. Zwłaszcza, kiedy dotyka ich taka straszliwa tragedia.

Do gabinetu prezydenta wkracza więc pan Włodzimierz. Ojciec tragicznie zmarłego ponad dwa tygodnie temu Tomusia. Swoje regulaminowe dwadzieścia minut w poczekalni u pani Zosi już odczekał. Herbatę mu zaproponowano – w końcu nie jest petentem, tylko umówionym gościem – lecz grzecznie odmówił. Wciąż ma tak ściśnięte z żałości gardło, że ciężko mu cokolwiek przełknąć. To doprawdy straszne. Taka niepotrzebna tragedia. Łączymy się z panem Włodzimierzem i resztą jego rodziny w żałobie.

Włodzimierz założył czarny garnitur i białą koszulę, jedyne elementy garderoby wyjściowej, jakie posiadał, i których używał niezależnie od okazji. O ile okazja oczywiście wymagała stroju wyjściowego. Wizyta u prezydenta miasta z pewnością się do tego typu okazji zalicza. Krawata ani eleganckiego płaszcza niestety nie posiadał. Właściwie krawat również był jedyny, ale ubrudził się i jest w praniu. Płaszcz to raczej nie jego styl codzienny – uważał, że kupno takowego byłoby niepotrzebnym zbytkiem. Wydatkiem, na który zresztą nie mógł sobie absolutnie pozwolić. Na marynarkę zarzuconą ma więc kufajkę, dzisiejszy dzień nie należy bowiem do najcieplejszych. W rękach miętosi nijaki kaszkiet. Bardzo chce mu się palić, ale boi się zapytać o możliwość wyjścia na zewnątrz. Przecież pan prezydent może go wezwać w każdej chwili. Gdy zaś wyciągnął nieśmiało paczkę czerwonych caro z kieszeni, napotkał lodowaty karcący wzrok pani Zofii. Zrozumiał aluzję.

– Panie Włodzimierzu. Włodku. Zapraszam do mnie – lekko zniekształcony, metaliczny głos dobiegł z biurka sekretarki, poprzedzony kliknięciem.

– Pan prezydent przyjmie pana – zaanonsowała pani Zofia, trochę jakby obrażona, że prezydent wyręcza ją w jej obowiązkach. Czy zawsze musi być taki bezpośredni? Spoufalać się z byle kim? Pani Zofia zadaje sobie to pytanie bez ustanku. Ale czy nie jest to właśnie powód, dla którego wszyscy go tak kochają i obdarzają zasłużonym szacunkiem?

– Włodku, wejdź, proszę – ponaglił go, nie wstając zza biurka prezydent, gdy gość pojawił się w drzwiach, po czym ruchem ręki wskazał, aby ten usiadł w fotelu przed jego ogromnym biurkiem. Dziwne, ale gdy Włodzimierz zapadł się z lekka w siedzeniu, prezydent zdał mu się wyższy od niego, chociaż o ile dobrze pamiętał, to Edward – z którym chodzili przecież do jednej klasy przez kilka lat szkoły podstawowej – był od niego co najmniej kilka centymetrów niższy.

– Napijesz się czegoś? –zapytał Włodka prezydent, wciąż nie oderwawszy wzroku od kartki, na której coś zapisywał.

– Nie. Dziękuję.

– Na pewno? – Edward lekkim skinieniem głowy wskazuje w stronę olchowego barku stojącego pod ścianą. – Mam doskonały koniaczek. Świetny na skołatane nerwy.

Włodek nie przestaje miętosić kaszkietu. Nadal nie ma bladego pojęcia, czemu się tu znalazł. Przedwczoraj, w dniu pogrzebu Tomka, jego starszego syna, do ich domu zadzwoniła pani Zofia – asystentka prezydenta. W imieniu swoim i swojego przełożonego złożyła najszczersze kondolencje oraz poprosiła Włodka o przybycie w poniedziałek do urzędu. Pan prezydent chciałby zamienić z nim kilka słów.

Owszem, znali się, ale kto w tym mieście się nie znał? Chodzili razem do jednej klasy, nawet się lubili, ale to było jeszcze w podstawówce, dość dawno temu. Potem, gdy Edward poszedł do liceum, a Włodek do zawodówki, ich kontakt się rozluźnił; raczej ze sobą nie rozmawiali. Ewentualnie przypadkiem, na mieście, lecz nigdy na poważne tematy. Nie można powiedzieć, aby byli ze sobą blisko. Swego czasu nie raz wprawdzie grali razem w piłkę bądź włóczyli się z innymi dzieciakami po pobliskim lesie w celu podglądania natury czy też ubarwienia jej procentami, ale zdarzało się to sporadycznie. Ich spotkania były zazwyczaj dziełem przypadku, z którym w żaden sposób nie starano się walczyć, ale też nikt nie aspirował do tego, by pomagać losowi.

W okresie studiów Edwarda tudzież rozpoczęcia pracy zawodowej przez Włodka ich kontakt nie wykraczał już ponad „Cześć!”, które do siebie krzyczeli, mijając się na ulicy. Ale tak, Włodzimierz na niego głosował. Za pierwszym razem, bo „Edek jest swój człowiek”, a do tego znajomy, to znaczy prawie kolega. Przy drugich wyborach Włodzimierz w ogóle nie głosował – co nie znaczyło wcale, że Edwarda nie popiera. Było wręcz przeciwnie. Nie poszedł na wybory, bo trochę nie miał do tego głowy. W mieście huczało, jakoby Zawisza miał wygrać już w pierwszej turze, i faktycznie tak się stało. Włodek uważał zresztą, że jemu – a więc i innym mieszkańcom zapewne również – nie żyło się w naszym mieście ani trochę gorzej niż przed objęciem władzy przez Edwarda. Znaczna część populacji postrzegała to już jako godny pochwały sukces. Ba, można było nawet dostrzec pewne pozytywy rządów Zawiszy, wobec czego nie było potrzeby niczego zmieniać. Niewrzucenie przez Włodka kartki do urny nie było próbą okazania miejscowej władzy pogardy, lecz niezgrabnym wyrażeniem poparcia. Wprawdzie o rządach Edwarda Zawiszy słyszało się różne rzeczy, ale Włodek nie dawał temu wiary. Miał zresztą inne, ważniejsze sprawy na głowie niż polityka. Urodził mu się syn – Tomuś – a dwa lata później został ojcem po raz drugi, gdy na świat przyszedł Jacuś. Kto został ojcem chociaż raz, zrozumie z pewnością, że Włodzimierz nie miał czasu, aby zawracać sobie głowę ani tym, co ludzie plotą, ani tym, co dzieje się nad ich głowami. Z bardziej przyziemnych problemów, odkąd stracił pracę, mało co poza synami go w ogóle już interesowało. Żyli skromnie z pensji żony i jego zasiłku, ale żyli. No, a teraz…

– Nie, naprawdę… Nie trzeba.

– Włodku – Edward w końcu odłożył pióro i spojrzał poważnie na swojego gościa – pozwól, że zacznę od złożenia na twoje ręce osobistych i szczerych kondolencji dla całej twojej rodziny. Słowa nie są w stanie opisać potworności tragedii, która cię dotknęła. Wszyscy tutaj, w tym urzędzie, ze mną na czele, ślą wyrazy najszczerszego współczucia i otuchy.

– Dz… dziękuję.

Prezydent splótł dłonie na biurku przed sobą i pochyliwszy się, lekko opierając się przy tym na łokciach, patrzył byłemu koledze z klasy prosto w oczy.

– Zastanawiasz się pewnie, po co cię właściwie wezwałem. Kondolencje mogłem przecież złożyć przez telefon, chociaż, nazwij mnie staroświeckim, ale uważam, że takie rzeczy powinno się załatwiać osobiście. Na pogrzebie nie mogłem pojawić się z przyczyn służbowych, wybacz.

– Nic się nie stało. Rozumiem. Masz… To znaczy ma pan, panie prezydencie, ważniejsze rzeczy na głowie.

To powiedziawszy, Włodek zorientował się, że w gabinecie zapadła cisza, w której słyszy nie tylko własny oddech i to, jak wciąż pociera palcami o materiał trzymanego w dłoniach kaszkietu. Odniósł wrażenie, że słyszy również spojrzenie, które wbija w niego prezydent, a które mimo ciepła wypowiadanych przez niego słów schładza powietrze wokół. Do tego stopnia, że Włodek nie jest pewien, czy zaraz nie zacznie szczękać zębami. Nie zacznie. To tylko jego wyobraźnia wzmożona przez wrodzoną podejrzliwość połączoną z rozpaczą i rozdygotanymi nerwami.

Ciszę przerwał w końcu prezydent.

– Włodku, czy dobrze się orientuję, że pozostajesz bez stałego zatrudnienia? To znaczy jesteś bezrobotny?

– Tak, tak, aktualnie jestem bez pracy. Poświęcałem się domowi i rodzinie. Zajmowałem chłopakami, kiedy Hanka pracowała.

– Próbowałeś zmienić ten stan rzeczy?

– Wiesz, Edek… to znaczy Edward. To znaczy panie prezydencie… Odkąd PGR-y poupadały, nie ma wiele roboty dla takich jak ja.

– Czyli nie szukałeś?

– Nie. Mówiąc szczerze, chciałem się zająć chłopakami. Wychować ich na porządnych mężczyzn – tu Włodkowi zaczyna się lekko łamać głos – spędzić z nimi jak najwięcej czasu. Poświęcić im czas, rozumiesz… Pan rozumie, panie prezydencie, poświęcać im czas, tak jak mi mój stary nigdy nie poświęcał. Poza tym, tak jak mówię, nie ma roboty dla takich jak ja teraz.

Edward pozostał w przyjętej na początku rozmowy pozycji. Niewzruszony. Posąg. Opoka.

– Dla takich jak ty, to znaczy jakich, Włodek?

– No… sam wiesz. To znaczy sam pan wie, panie prezydencie.

Prezydent nagle odepchnął się nogą od podłogi i zakręcił nieśpiesznie na swoim fotelu. Gdy znów znalazł się frontem do swojego rozmówcy, jego twarz promieniała.

– Wiem, Włodek. Wiem, jak ciężko jest ludziom teraz. Zwłaszcza ludziom pracy, takim jak ty. Ale nie tylko. Nam wszystkim jest niezwykle ciężko. Wierz mi, wiem. Wobec tego, a także – nie będę ukrywał – wobec zaistniałej tragedii, jaka cię spotkała, pomyślałem, że wyciągnę pomocną dłoń nie tylko jako do starego kolegi, ze względu na stare czasy, ale też, a może przede wszystkim, jako do współobywatela. Kogoś, za kogo czuję się osobiście odpowiedzialnym! Przejdźmy jednak do rzeczy: mam dla ciebie pracę, Włodek. Tak, pracę! I to tu, w urzędzie miasta. Na pół etatu wprawdzie, ale zawsze to lepiej niż nic, sam chyba przyznasz. No i zawsze to chyba lepiej, niż brać zasiłek. Dodatkowe pieniądze na pewno się wam z Hanią – Hania ma twoja żona, dobrze pamiętam? – przydadzą. Myślę też, że tobie dobrze zrobi, jeśli się czymś zajmiesz. Że będzie ci łatwiej. Wiesz, odciągnąć myśli. Jesteś z zawodu ślusarzem, nie mylę się, prawda? Ale umiesz poza tym to i tamto. Na pewno umiesz, jesteś w końcu prawdziwym facetem. Teraz takich coraz mniej, wiesz, o co chodzi. Coraz nas mniej! Jesteśmy wymierającym gatunkiem, Włodek, mówię ci! Mężczyźni potrafiący zadbać o to, co ich otacza. Samemu zająć się wszystkim. Samowystarczalni. Wiesz, o czym mówię. Jesteśmy z tej samej gliny ulepieni. Dosłownie! Ha, ha, ha!

Mężczyzna przed prezydentem siedział oniemiały. Nie był pewien, czy dobrze rozumie, co się do niego mówi.

– No, Włodziu – zagaił urzędnik – co ty na to?

Włodzimierz wbił wzrok w podłogę.

– Edward… to znaczy panie prezydencie… Naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Jestem zaskoczony. Nie sądziłem…

– Daj spokój, Włodek! – Prezydent nagle niespodziewanie znalazł się za swoim gościem i oparł ręce na jego ramionach. – Czego to się nie robi, aby pomóc bliźniemu w potrzebie. Jak uczył nasz papież Jan Paweł II: „Człowiek najpełniej afirmuje siebie, dając siebie”.

Włodzimierz podniósł wzrok znad podłogi. Na wysokości, gdzie wcześniej znajdowała się głowa Edwarda, na ścianie wisiał oprawiony w złotą ramę portret papieża Polaka. Oto stał się kolejny cud. W duchu odmówił modlitwę dziękczynną do największego z rodaków.

Gdy Włodek zamknął za sobą drzwi gabinetu prezydenta, pani Zofia czekała już na niego z umową o pracę do podpisania. „Całą resztą zajmie się moja asystentka – Zofia”, tak mu Edward powiedział na wyjściu i tak faktycznie było. Nasz prezydent – tak właśnie o nim teraz pomyślał. „Nasz prezydent”. Nie „Edek z ławki”, tylko „pan prezydent”. Nasz. Jego. Włodka. Jak już coś powie, to tak właśnie jest. Teraz to wiedział. On jednak umie się zająć swoimi ludźmi. Można na nim polegać. Zawsze wiedział, że z Edka jest równy chłop, nawet kiedy – takie odniósł wrażenie – ten zaczął trochę zadzierać nosa, gdy dostał się na studia prawnicze w mieście wojewódzkim.

Ta praca rzeczywiście mu się przyda. Wspomoże budżet domowy, odciąży Hankę. Znów będzie coś robić. Dla społeczności, dla miasta, dla innych ludzi. Stanie się na powrót pożyteczny i przestanie godzinami wpatrywać się w puste łóżko Tomka. Skupi się na Jacku. Jego kochany, kochany mały Jacuś. Nie do końca chyba nawet rozumie, co się stało. Ciągle pyta, kiedy starszy brat wróci do domu. Wszystkim rozdziera to serce.

– Proszę tu podpisać – z zamyślenia wyrwała go pani Zofia. – Zaczyna pan od poniedziałku. Godziny urzędowania do ustalenia z pana bezpośrednim przełożonym, panem Mieczysławem Stawikiem.

– Tak. Znam Mietka. Dogadamy się. Dziękuję.

– I jeszcze podpis tu, na kopii. Dziękuję.

– To ja dziękuję!

– Panie Włodzimierzu – kobieta spojrzała na niego poważnie – pana pensja, na pół etatu, wynosić będzie tysiąc złotych brutto, osiemset złotych netto. Dziesięć procent tej kwoty jest pan zobowiązany dostarczać mi do…

– Słucham?! – Włodek nie był pewien, o czym jest mowa.

– …trzeciego dnia miesiąca, to jest drugiego dnia po wypłacie.

– Chyba nie rozumiem…

– W gotówce. Zapakowanej w podpisaną pana imieniem i nazwiskiem kopercie.

– Przepraszam, ale ja…

– To wszystko, panie Włodzimierzu.

Mężczyzna oparł się o biurko asystentki prezydenta. Był wyraźnie skołowany.

– Proszę pani, o czym pani mówi?!

– To wszystko, panie Włodzimierzu – powtórzyła. – Widzimy się w poniedziałek.

To powiedziawszy, Zofia zajęła się przeglądaniem i przekładaniem papierów leżących na jej biurku, zachowując się, jak gdyby znajdowała się w pomieszczeniu zupełnie sama. Świeżo upieczony konserwator budynku na pół etatu nie wiedząc, co innego może zrobić, chwycił kurtkę z wieszaka i czym prędzej udał się do domu, by opowiedzieć o wszystkim żonie. Żonie, która będąc zatrudniona w urzędzie jako sprzątaczka już siódmy rok, nie okazała najmniejszego zdziwienia całą historią.

***

Jesteśmy teraz na dworcu kolejowym. Dworzec znajduje się na wschodnich rubieżach naszego miasta. Na wschód od torów płynie rzeka, a za nią widać jedynie położone na kilku pagórkach pola i lasy. Jest tu urokliwie, to pewne. Na zachód, a więc w kierunku, w którym wysiadają pasażerowie, rozpościera się panorama naszego miasta. To budujący widok.

Z pociągu, który właśnie podjechał na peron z jedynie trzydziestominutowym opóźnieniem, wysiada mężczyzna w płaszczu.

To znacząca postać dla naszej opowieści. Wielu czytelników może nawet uznać, że to jej główny bohater. Mają do tego prawo.

Mężczyźnie na chrzcie dali imię Franciszek, ale przyjaciele i bliscy współpracownicy zwracają się do niego raczej per Franz. Z twarzy wyczytać możemy, że jest człowiekiem życzliwym dla innych i choć lepiej, aby stanowczość w jego oczach nie pozostała niedostrzeżona, powiedzieć należy, że jest on mężczyzną, który stwarza ogólne wrażenie osoby ciepłej, być może nawet przyjaznej. Postury jest wątłej, twarz ma pociągłą, lecz nie zasuszoną. Oczy wyraziste, a usta ujmujące.

Można przy tym także śmiało stwierdzić, że Franciszek jest „tutejszy”, choć wrócił do naszego miasta po dłuższej przerwie. Dość niespodziewany powrót naszego bohatera zawdzięczamy jego przełożonym, którzy zdecydowali, że to właśnie on – Franciszek Krzesiński – ma objąć niewątpliwie zaszczytny urząd sędziego w tutejszym sądzie. To dla niego awans zawodowy, choć wiele osób z pewnością gotowych byłoby stwierdzić, że jest to jednak degradacja. Nie można by im odmówić pewnej dozy racji.

Franz, jak wielu jego rówieśników, wyjechał stąd na studia do miasta wojewódzkiego. Tam też, po ich zakończeniu, odbywał praktykę, by w końcu objąć urząd sędziowski, należący mu się za doskonałe wyniki na studiach oraz oddaną pracę po nich. Nie zdążył nacieszyć się jednak osiągnięciem pierwszego zawodowego celu, gdyż jego przełożeni zdecydowali się desygnować go na zwolnione właśnie stanowisko w jego rodzinnym mieście.

– Chcielibyśmy, abyś przejął stanowisko przewodniczącego wydziału w sądzie w twoim rodzinnym mieście, Franz – zagadnął go na korytarzu sądu w mieście wojewódzkim jego przełożony. – Stanowisko właśnie się zwolniło i od razu pomyślałem o tobie. – Franz wyglądał na zmieszanego. – To komplement, młody człowieku. Trochę entuzjazmu!

Franz nieśmiało oponował:

– Ale ja przecież dopiero co zacząłem praktykę tutaj!

– Wpadnij do mnie do gabinetu, jak będziesz wolniejszy. Pogadamy!

Powiedziawszy to, przełożony poklepał go po obleczonym w togę ramieniu i poszedł dalej.

Gdy Franz zakończył rozprawę, na którą właśnie szedł, gdy dostał tę niespodziewaną propozycję, zaczepił go Henryk Baumgartner, prezes sądu wojewódzkiego. Postanowił zatem jak najszybciej wyjaśnić całą sytuację z przełożonym i wraz z nim udał się prosto do jego gabinetu.

– Wspominałeś kiedyś, że chciałbyś wrócić w rodzinne strony prędzej czy później – zaczął sędzia Baumgartner, nalewając sobie i swojemu gościowi koniaku, wyjętego z biurka, za którym siedział. – Siadaj, Franz. Proszę, napij się. – Franz wziął do ręki szklankę, ale zdecydował się pozostać na nogach. – No, więc pomyślałem, że lepsza okazja może się już nie nadarzyć. Myślałem, że się ucieszysz. Nie wyglądasz, jakbyś się cieszył.

– Cieszę się! Jasne, że się cieszę – bardziej wymamrotał, niż wykrzyczał. – Miło, że pan prezes o mnie pomyślał. To po prostu dość zaskakujące. Nie spodziewałem się po prostu… Nawet nie zdążyłem się tu do końca nacieszyć togą… Ile tu pracuję? Trzy lata? Pięć? No i mam przecież otwarte sprawy…

Naczelnik machnął ręką, jakby żadna sprawa, którą młody sędzia miał otwartą, nie mogła być na tyle ważna, by zaprzątać sobie nią w ogóle głowę. Wielu ludzi mogłoby się z taką opinią nie zgodzić. Mieliby do tego prawo i trudno byłoby się im dziwić. Zwłaszcza oskarżonym.

– Tym się nie przejmuj. Wiesz, Franz, powinieneś to postrzegać jako szansę. Awans. To może mniejsze miasto, mniejszy sąd, ale stanowisko bardziej samodzielne. Nad tobą będzie tam już tylko wiceprezes i prezes sądu. Cały wydział będziesz mieć pod sobą, więc znacznie więcej będzie zależało od ciebie. Tu jesteś tylko jednym z wielu. Z całym szacunkiem oczywiście.

– A mogę spytać, co się stało z moim poprzednikiem?

– Czyli przyjmujesz propozycję? Doskonale! Dolać ci?

Franz, lekko skonsternowany, podstawił kieliszek pod wyciągniętą przez przełożonego butelkę. Lubił Henryka, a przede wszystkim go szanował, ale jego pozytywne, nieznoszące zawahania nastawienie do – zdaje się – wszystkiego działało mu na nerwy.

– Nie, no, zaraz, chwila, tego nie powiedziałem! Po prostu chciałem się dowiedzieć, co się stało, że jest taka pilna potrzeba zatrudnienia kogoś nowego.

– Powiedzmy, że Krajowa Rada Sądownictwa uznała, że sytuacja w tym rejonie wymaga odrobiny świeżego powietrza. Atmosfera jest trochę zatęchła i trzeba ją oczyścić.

– Chyba nie rozumiem…

– A co tu jest do rozumienia? Twój poprzednik tkwił na swoim stanowisku od przeszło dwudziestu lat. Rozumiesz? Był tam jeszcze przed nowym rozdaniem. Nie mam osobiście żadnych zastrzeżeń do jego pracy, ale na górze już niespecjalnie podoba się, że człowiek, który służył w poprzednim systemie i sądził również „naszych”, a nawet ich skazywał, nadal zajmuje zaszczytne stanowisko, jakim jest stanowisko sędziego sądu rejonowego! Uznano więc, że najwyższy czas, by towarzysz… – naczelnik zajrzał ukradkiem w leżący z boku biurka dokument – by towarzysz Wachnicki przeszedł na emeryturę.

Franciszek dopijał koniak, patrząc z góry w oczy swojemu przełożonemu. Niespecjalnie bystry obserwator mógłby zauważyć, że nie jest on przesadnie zadowolony z takiego obrotu spraw.

– Mimo braków kadrowych – kwaśno uśmiechnął się młodszy z sędziów.

Sędzia Baumgartner machnął ręką.

– Braki były, są i będą.

– Mhm. Ile mam czasu na zastanowienie się?

Naczelnik uśmiechnął się promiennie.

– Twój pociąg odjeżdża pojutrze w samo południe. Masz więc czas, aby się spakować.

Franz stał teraz na peronie z walizą postawioną obok nogi. Gdy kolejarze odpinali lokomotywę z jednej strony i doczepiali ją z drugiej, tak by mogła zabrać skład tam, skąd przyjechał, młody sędzia odpalał papierosa i przyglądał się całej operacji zwrócony do miasta plecami. Obserwował, jak pociąg opuszcza w końcu peron. Czekał cierpliwie na znajomy, choć dawno niewidziany widok wzniesień pól i lasów, które wkrótce wyłoniły się zza wagonów.

Trochę tęsknił, a trochę nie miał najmniejszej ochoty tu wracać. Z jakiegoś powodu przeczuwał, że to nie są sprzyjające mu okoliczności. Jak każdy, kto podejmuje nowe wyzwanie, nie miał pojęcia, czego się spodziewać, bo choć na ewentualności co bardziej rozsądni zwykli się przygotowywać, to ci bardziej doświadczeni wiedzieli, że nigdy nie jest tak, by udało się przygotować na wszystko. A Franz z pewnością należał do tej drugiej grupy.

ROZDZIAŁ II

Przyjęło się uważać, że wolna wola to najważniejszy z darów ofiarowanych naszemu gatunkowi przez stwórcę. Od zwierząt odróżnia nas to, jaki robimy z niej użytek.

W domu Włodzimierza dzwoni telefon. Nie ma on jednak zanadto ochoty na rozmowy. Nadal rozpacza po utraconym dziecku, chociaż obowiązki rodzicielskie wciąż gonią. Właśnie szykuje śniadanie do szkoły dla drugiego syna, tego, który jeszcze mu został. Szczerze wierzy, że bez niego chybaby zwariował. Żona w pracy, a on zaczyna dopiero od przyszłego tygodnia. Ponieważ jednak telefon nie przestaje piszczeć, wydając z siebie elektroniczne, gęste „piip, piip”, Włodzimierz chwyta za białą bezprzewodową słuchawkę wiszącą w przedpokoju.

– Słucham?! – prawie do niej krzyczy.

– Cześć. Tu Kazik. Włodek? Wszystko w porządku?

– Tak. To znaczy nie. Oczywiście, że nie. Co jest, Kazik?

Kazik, wcześniej służący w milicji, po zmianie władzy w ramach nowo powstałej służby policyjnej regularnie awansował. Aktualnie pełnił funkcję zastępcy komendanta i miał pod sobą wszystkich, nie licząc siebie i komendanta, trzech policjantów. Jego telefon raczej nie wróżył nic dobrego. Ostatnim razem kiedy zadzwonił do domu Wolskich, miał wieści najgorsze z możliwych.

– Słuchaj, dzwonię ci powiedzieć, że sprawa tego – w słuchawce słychać było, jak Kazik spluwa – skurwiela trafiła na wokandę.

Włodzimierz nie bardzo rozumiał, o czym jego były sąsiad mówi. Od śmierci Tomusia miał nieustanne problemy z koncentracją.

– Co?

– No, ten skurwiel będzie sądzony. Wczoraj przyjechał nowy sędzia i…