Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Ludzie czy bogowie. 27 rozmów z najsłynniejszymi polskimi lekarzami ebook

Dariusz Kortko   Krystyna Bochenek  

4 (5)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie czy bogowie. 27 rozmów z najsłynniejszymi polskimi lekarzami - Dariusz Kortko, Krystyna Bochenek

„Przez kilka lat rozmawialiśmy z lekarzami, bo nie mogliśmy się pogodzić z oskarżeniami, że są zadufani w sobie, przemęczeni, w ciągłej pogoni za pieniędzmi, niemoralni. Że stracili empatię, są urynkowieni, zatopieni w procedurach, kontraktach, punkty za leczenie przeliczają na kasę. Że się wzbogacili, a tymczasem pacjent stał się dla nich po prostu klientem.
Pytaliśmy: kto to jest wielki lekarz? Na jaką nagrodę mogą liczyć lekarze i jak się mierzą z porażkami? Skąd czerpią wzory? Kto jest dla nich mistrzem? Czego się boją? Co to znaczy być dla pacjenta człowiekiem?
Odpowiedzi, zawsze szczere, były czasami trudne do przełknięcia. Zdarzało się, że – jak z profesorem Religą – kłóciliśmy się na całego. Ale zawsze dostawaliśmy od „naszych” lekarzy wspaniałe lekcje człowieczeństwa” – Dariusz Kortko

„Często jest tak, że pacjent nie powinien umrzeć, a umiera. Z taką niesprawiedliwością nie mogę się pogodzić” – Zbigniew Religa

„Nikt na studiach nie uczy, jak rozmawiać z pacjentem, choć jest to jedno z najważniejszych narzędzi naszej pracy. Każdy lekarz może dojść do tego sam, pod warunkiem że ma otwarte oczy i serce” – Cezary Szczylik

„Leczony powinien być człowiek, a nie jego narządy. Czy można opisać radość z obserwowania zdrowiejącego pacjenta? Ja nie potrafię” – Witold Rudowski

„Są zjawiska, których istoty nie rozumiemy. I lepiej tę niewiedzę uznać, niż udawać, że wiemy wszystko” – Bogdan de Barbaro

„Jestem despotyczna, wymagam wiedzy od lekarzy. Bez tego ten szpital już dawno by padł” – Ariadna Gierek-Łapińska

Opinie o ebooku Ludzie czy bogowie. 27 rozmów z najsłynniejszymi polskimi lekarzami - Dariusz Kortko, Krystyna Bochenek

Fragment ebooka Ludzie czy bogowie. 27 rozmów z najsłynniejszymi polskimi lekarzami - Dariusz Kortko, Krystyna Bochenek

REDAKCJA I KOREKTA: Danuta Sabała

FOTOEDYTOR: Sylwia Tukendorf

PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ DO DRUKU: Michał Odolczyk

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Michał Mutor/Agencja Gazeta

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

OPRACOWANIE GRAFICZNE I SKŁAD: Elżbieta Wastkowska

FOTOGRAFIE (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

Przemysław Jendroska (s. 12, 156), Robert Krzanowski (s. 24, 34, 296), Sławomir Kamiński (s. 48), Krzysztof Karolczyk (s. 62, 90), Andrzej Wawok/REPORTER (s. 76, 236), Iwona Burdzanowska (s. 104), Krzysztof Miller (s. 116), Włodzimierz Wasyluk/REPORTER (s. 132, 280), Marta Błażejowska (s. 144), Grzegorz Celejewski (s. 172, 322), Jakub Ociepa (s. 188), Marcin Obara/PAP (s. 204), Bartłomiej Barczyk (s. 218, 350, 358), Tomasz Urbanek/DDTVN/East News (s. 252), Tomasz Fritz (s. 268), Igor Morye (s. 310), Krzysztof Żuczkowski/FORUM (s. 336), Mateusz Skwarczek (s. 370), Michał Grocholski (s. 384)

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© Copyright by Andrzej Bochenek, Magdalena Bochenek-Kępa, Tomasz Bochenek 2015

© Copyright by Dariusz Kortko 2015

© Copyright by AGORA SA 2015

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2015

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

ISBN 978-83-268-1707-6 (epub), 978-83-268-1708-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Od autora

Powinienem napisać wstęp do drugiego wydania naszego zbioru rozmów z lekarzami, ale mam z tym kłopot. Każde zdanie wydaje się banalne i nie na miejscu. Czytam wywiady i wracają wspomnienia.

Odszedł profesor Jan Nielubowicz, rocznik 1915, jeden z najwybitniejszych polskich chirurgów. Pamiętam, że przyjął nas w swoim warszawskim mieszkaniu. My w swetrach, a on w garniturze, wykrochmalonej koszuli i starannie zawiązanej muszce. Wyjaśnił, że lekarz zawsze powinien się ubierać starannie, by okazać szacunek pacjentowi. Profesor, choć już od lat na emeryturze, ze zwyczaju wiązania muszki nie zrezygnował. – Lekarzem jest się do końca – mówił.

Zmarł profesor Witold Rudowski, profesor chirurgii, tylko o trzy lata młodszy od Nielubowicza. Pamiętał czasy, gdy nikt w Polsce nie odważył się jeszcze otworzyć klatki piersiowej, bo natychmiast dochodziło do odmy opłucnej i pacjent umierał. Przywieźliśmy mu wiadomość o robotach chirurgicznych, które zaczęły operować serca w Katowicach.

Wyznał, że bał się z nami spotkać. Był po wylewie, mówił z trudnością, myślał, że nie będziemy mieli cierpliwości go słuchać.

Pożegnaliśmy profesora Kornela Gibińskiego, także rocznik 1915. Spotkaliśmy go na szpitalnym korytarzu. Siedział na ławce w tłumie pacjentów, w dłoni trzymał wyniki badań. Przechodzili obok niego studenci medycyny. Nikt nie zauważył staruszka, którego z pewnością znali z podręczników. Musieli je czytać na studiach. Wielki lekarz skulony na ławeczce przed lekarskim gabinetem. Tak się cieszyliśmy, że zdążyliśmy z nim porozmawiać.

A ta kłótnia z profesorem Zbigniewem Religą! Podczas wywiadu zapalił papierosa. – Pan nie ma prawa! – powiedziała Krystyna. – Nie pani sprawa! – odparł profesor. Krzyki, trzaskanie drzwiami, rzucanie papierami rozłożonymi na jego biurku. Ależ to były emocje! Profesor zmarł na raka kilka lat po tej rozmowie.

Profesor Andrzej Szczeklik grał nam na fortepianie. Śmialiśmy się do rozpuku, gdy opowiadał nam anegdotę o kobiecie, która przedstawiła mu się: „Jestem situs viscerus inversus” (odsyłam do wywiadu). Też już go nie ma.

Przez kilka lat rozmawialiśmy z lekarzami, bo nie mogliśmy się pogodzić z oskarżeniami, że są zadufani, przemęczeni, w ciągłej pogoni za pieniądzem, niemoralni, stracili empatię. Urynkowieni, zatopieni w procedurach, kontraktach, punkty za leczenie przeliczają na kasę. Że się wzbogacili, co widać – zbudowali domy, jeżdżą lepszymi samochodami, wakacje spędzają w ciepłych krajach. Pacjent to klient.

Pytaliśmy: wszyscy, większość czy nieliczni? Kto to jest wielki lekarz? Na jaką nagrodę mogą liczyć i jak się mierzą z porażkami? Skąd czerpią wzory, kto jest dla nich mistrzem?

Nagradzali naszą ciekawość. Opowiadali o najbardziej intymnych sprawach, często były to wyznania bardzo poruszające. Chętnie mówili o sensie cierpienia, choroby i o śmierci, z którą tak często mieli do czynienia.

Niemal wszyscy potwierdzali, że nasza generacja wyparła śmierć ze świadomości. O śmierci się nie mówi, odmawiamy jej prawa bytu, nie ma dla niej miejsca w naszym świecie. Zamarzyliśmy nawet, żeby ją leczyć. A przecież śmierci nie da się odsunąć, choćbyśmy nie chcieli, idzie z nami przez życie.

W kwietniu 2010 roku Krystyna Bochenek zginęła w katastrofie smoleńskiej. I co mogę powiedzieć? Chyba tylko tyle, że cieszyłaby się ze wznowienia Dobrego zawodu, który w tym wydaniu nosi tytuł Ludzie czy bogowie (książka została uzupełniona o wywiady, które nie zmieściły się w poprzednim wydaniu, oraz o kilka nowych, które przeprowadziłem sam). Pewnie zgodziłaby się ze mną, że to książka wciąż bardzo potrzebna nowym pokoleniom lekarzy i pacjentom, którzy powinni wierzyć, że są naprawdę w dobrych rękach.

Dariusz Kortko

DR PIOTR WOJCIESZEK urodził się w 1972 r., w 2006 r. zdobył dyplom w Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Chciał zostać kardiologiem, ale profesor Bogusław Maciejewski, dyrektor Instytutu Onkologii w Gliwicach, wybił mu to z głowy. Powiedział, że w Polsce jest zbyt wielu kardiochirurgów, a zbyt mało onkologów. Był tak przekonujący, że dr Wojcieszek został specjalistą w dziedzinie radioterapii onkologicznej.

Od kilku lat pracuje w Zakładzie Brachyterapii w gliwickim Instytucie Onkologii, obronił doktorat, rozwija się naukowo i udziela się społecznie. Bardzo często spotyka się z młodzieżą, opowiada o nowotworach i jak zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka.

Czasem myślę o gabinecie na plaży
dr PIOTR WOJCIESZEK, stażysta ze Szpitala Miejskiego nr 1 w Zabrzu

Co sprawia, że młody człowiek decyduje się zostać lekarzem? Czy ma świadomość, na co się skazał swoją decyzją? Czy poradzi sobie z widokiem cierpienia, czy będzie potrafił znieść śmierć swoich pacjentów? Jakie ma wyobrażenia o tym zawodzie i co z nich zostaje w zderzeniu z rzeczywistością? Chcieliśmy uzyskać odpowiedzi na te pytania, więc pojechaliśmy do Szpitala Miejskiego w Zabrzu. Spotkaliśmy tam Piotra Wojcieszka, lekarza medycyny, lat dwadzieścia pięć, od czterech miesięcy na stażu.

WIOSNA 2006

Czy po czterech miesiącach stażu czuje się pan już lekarzem?

– Jestem lekarzem, bo przecież mam dyplom, chociaż na stażu nie powinienem chyba tak o sobie myśleć.

Dlaczego?

– Z każdym dniem odkrywam, że w wielu dziedzinach jestem niedouczony. Gdy odbierałem dyplom lekarza, myślałem, że dużo wiem. Miałem w pamięci tyle egzaminów, przeczytanych książek, ale okazało się, że to nic nie znaczy, że to dopiero początek. Czasem jestem tym przerażony.

A czego się pan spodziewał, wybierając medycynę?

– Nie zadawałem sobie takich pytań. Ja po prostu chciałem zostać lekarzem. Moi rodzice, wujostwo i dziadkowie są lekarzami. Nie wyobrażałem sobie, że mogę robić w życiu coś innego. No, może w przedszkolu myślałem, żeby zostać kierowcą rajdowym albo muzykiem rockowym. Jednak już w siódmej klasie podstawówki spotkaliśmy się z psychologiem, który pytał, kto kim chce zostać. Mój kolega zażartował, że ja na pewno zostanę ginekologiem, jak mój ojciec. Ginekolog w umyśle dorastającego młodzieńca to był zawód bardzo pożądany. I tak już zostało. Jestem lekarzem, ale ginekologiem nie będę. Chcę być kardiologiem.

Myśleliśmy, że opowie nam pan o swoim powołaniu.

– Przyznam się. Na studiach medycyna zaczęła mnie nudzić. Głównie siedziałem nad książkami, nie miałem kontaktu z pacjentami. Momentami żałowałem, że wybrałem ten zawód, ale teraz odżywam. Układam sobie to wszystko na nowo, buduję cegiełka po cegiełce. Wierzę, że kiedyś ta zaprawa między cegłami zacznie tężeć i poczuję solidny fundament pod stopami, stanę się w pełni lekarzem. Na razie wszystko jest kruche. Cienka czerwona linia. Wiem jednak, że chcę to robić. Czy to powołanie?

Co pan chce osiągnąć w tym zawodzie?

– Na pewno chcielibyście usłyszeć, że pragnę zostać światowej sławy profesorem, najlepiej noblistą.

A nie chciałby pan?

– Pewnie, że chciałbym, bo chyba fajnie jest być noblistą, ale będę raczej w tych marzeniach stosował metodę małych kroczków. Postaram się zostać kardiologiem i napisać doktorat. Przede wszystkim chciałbym być zadowolony z tego, co robię. Moi koledzy dużo mówią o emigracji i pytają, czy też o tym nie myślę. Gdybym już miał wyjeżdżać, to na Antyle Holenderskie. Mieszkałbym na plaży i prowadził praktykę lekarza rodzinnego. Chciałbym też założyć rodzinę.

Doświadczeni profesorowie mówią, że lekarz powinien się raczej ożenić z medycyną.

– Nie. To byłoby złe. Rodzina daje oparcie. Moi rodzice są lekarzami i stworzyli szczęśliwy związek.

Pana rówieśnicy, którzy skończyli na przykład ekonomię i działają w biznesie, już na starcie dobrze zarabiają. Pana przyszła żona może nie być zadowolona z marnej pensji lekarza.

– Pieniądze to nie wszystko. W tym zawodzie ważny jest wizerunek. Jego budowanie musi trwać latami i jestem na to przygotowany. Ekonomicznie też nie jest źle, bo stażysta zarabia tysiąc dwieście złotych miesięcznie, a więc więcej niż lekarz na etacie w szpitalu, który dostaje osiemset złotych. Wszystko zależy od podejścia. Mam kolegów biznesmenów, którzy zarabiają po dziesięć tysięcy złotych i mówią, że im nie starcza. Ja mam tysiąc dwieście złotych i jeszcze dwie stówy mogę odłożyć. Do tego uprawiam ekscytujący zawód. Mam być niezadowolony?

Co w tym zawodzie pociąga najbardziej?

– Kontakt z pacjentami. Lubię rozmawiać z ludźmi, lubię czuć satysfakcję, gdy komuś pomagam, chociaż tak naprawdę nikogo jeszcze sam nie wyleczyłem. Od dzieciństwa chętnie pomagam innym. Zawsze brałem udział w akcjach charytatywnych. Przez lata byłem wolontariuszem w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka, stałem na mrozie i zbierałem pieniądze.

Jest pan osobą, która łatwo nawiązuje kontakt. To pomaga lekarzowi.

– Na studiach uczono nas, że siedemdziesiąt procent trafnej diagnozy to dobrze przeprowadzony wywiad lekarski i badanie fizykalne, czyli mówiąc prościej, rozmowa i dokładne zbadanie pacjenta. Tylko że to teoria. Z praktyką jest gorzej.

Nie uczą tego?

– Czego się można nauczyć, gdy na zajęcia przychodzi grupa kilkunastu studentów i wszyscy obserwują badanie jednego pacjenta. Każdy chce go dotknąć, zapytać, dopytać. Ktoś przeprowadza część wywiadu, ktoś inny kolejną. Pacjenci są zmęczeni, wszyscy poirytowani. Na szczęście na trzecim roku dostałem się do programu mistrz – uczeń. Miałem swojego opiekuna i pacjentów na wyłączność. Mogłem z nimi być sam na sam, badać, rozmawiać, zbierać wywiady lekarskie. Potem referowałem je mistrzowi, który mnie uczył. Miałem szczęście...

To był wielki lekarz?

– Co macie na myśli?

Kto to jest wielki lekarz?

– Hm... wielki lekarz...

Taki, który zrobił na panu wrażenie, którego chciałby pan jeszcze raz spotkać.

– Spotkałem wielu bardzo dobrych lekarzy, ale z reguły przelotnie. Widziałem z daleka, jak badają pacjentów, diagnozują. Wielu znam z opowieści, wywiadów albo telewizji. Są mi odlegli. U każdego lekarza, którego spotkałem na swojej drodze, zauważyłem cechy, z których wziąłbym po jednej i zbudował swój ideał.

Jakie byłyby to cechy?

– Na pewno serdeczne podejście do pacjenta i umiejętne poprowadzenie wywiadu. Powoli zaczynam rozumieć, że taka rozmowa musi być miła. Jeżeli zbieram wywiad, to działam jak detektyw, ale pacjent nie może się czuć przesłuchiwany. Niestety, niektórzy lekarze są za ostrzy, domagają się szybkich i jasnych odpowiedzi, a zdarza się, że pacjent nie jest w stanie tego lekarzowi zapewnić. Lekarz powinien być także wybitnie inteligentny. Gdy pracuje, musi mieć umysł ostry jak brzytwa, żeby zobaczyć wszystkie szczegóły. Inaczej przeoczy błahostkę, która może się okazać niezwykle znacząca.

A odwaga? Lekarz powinien być odważny?

– Staram się uważać, by nie pomylić odwagi z brawurą. Gdyby mi ktoś kazał zoperować wyrostek robaczkowy, dziś na pewno bym odmówił. Jeszcze tego nie potrafię, ale umiem zakładać szwy. Gdy na ostry dyżur przyszedł chłopak z rozciętym łukiem brwiowym, starszy lekarz zapytał, czy go zszyję. Zrobiłem to i w moim przekonaniu wykazałem się odwagą. Gdybym musiał mu zrobić trepanację czaszki, byłaby to brawura.

Nie ma pan w sobie duszy pioniera, odkrywcy?

– Wielu pionierów medycyny spłonęło na stosach. Teraz już nie palą fizycznie, ale psychicznie owszem. W tym zawodzie jest wiele zazdrości. Ludzie chętnie wykorzystują potknięcia innych. Dlatego kolejną ważną cechą lekarza jest dystans do siebie.

Co to znaczy?

– To umiejętność popatrzenia na siebie z boku, gdy odnoszę sukces albo doznaję porażki. Załóżmy, że napiszę wiersz czy piosenkę. Jeśli komuś się to spodoba, to jest fajnie. Adrenalina skacze, odniosłem sukces. Wystarczy jednak, że przyjdą następne osoby i stwierdzą, że moje dzieło jest beznadziejne. Mogę się wtedy poddać, wyrywać włosy z głowy albo pomyśleć, jak to poprawić. Bez dystansu do siebie można szybko zwariować.

Co dla lekarza stażysty jest porażką?

– Nie zdałem egzaminu z okulistyki i strasznie to przeżyłem.

A nie śmierć pacjenta?

– Śmierć to jest ciekawy temat. Niestety, dla większości z nas to tabu, bo nie spotykamy się ze śmiercią na co dzień. Jak ktoś kona, to się go odwozi do szpitala i o tym nie rozmawia. Nawet w szpitalu ludzie myślą, że lekarz jest jak mur, który broni śmierci dostępu do pacjentów, a sam nie ma prawa zachorować. To mnie przeraża, bo – moim zdaniem – najważniejsze jest nie to, by pacjent nie umarł, ale żeby ta śmierć była godna. Widziałem, jak rodzina dzieliła łupy nad umierającym człowiekiem. Pomyślałem, że jak ktoś spodziewa się najgorszego, to powinien takie sprawy wcześniej załatwić, żeby już nikt nad nim nie stał i nie kłócił się o poduszkę. Nie wiem, jak ja bym zareagował na śmierć pacjenta, bo na szczęście nie spotkałem jeszcze człowieka, o którego walczyłbym wszystkimi dostępnymi metodami, a on by mi umarł na rękach.

Boi się pan tego?

– Jasne, że się boję, ale wyjdę temu naprzeciw z podniesionym czołem. Wiem, że wykorzystam wtedy całą swoją wiedzę i wszystkie umiejętności, żeby ten człowiek przeżył. Nie mogę się nie bać tego, czym zakończą się moje wysiłki. To na pewno będzie ogromne przeżycie.

Widział pan już umierającego człowieka?

– Na studiach miałem praktykę w szpitalu. Zmarła kobieta, u której doszło do rozkojarzenia elektryczno-mechanicznego serca.

Wstrząsnęło to panem?

– To się stało tak nagle, że nawet nie zauważyłem, jak odeszła. Była podłączona do aparatury, przyrządy wskazywały, że jej serce bije, lekarze próbowali ją reanimować, było sporo zamieszania, a ona już nie żyła. Czułem się dziwnie. Chciałem, żeby została uratowana, miałem nadzieję, że tak będzie, ale reanimacja nagle się skończyła i... koniec. I już.

Widziałem też pacjenta w stanie terminalnym, co było znacznie gorsze. Ten człowiek umierał powoli i nie było wiadomo, kiedy to się skończy. Nie można było nic zrobić. Takie czekanie na śmierć jest dobijające. Nie był to przyjemny widok.

Współczuł mu pan?

– Tak. Leżał w takim półśnie...

Lekarz powinien współczuć?

– Niektórzy moi koledzy mówią, że trzeba mieć zero empatii i nie stresować się, ale to tylko poza. Często próbuję wczuć się w sytuację pacjenta, ale jeszcze nie umiem. Przecież to nie mnie boli, tylko jego. Jak ja mam to zrozumieć? Mogę się tylko otrzeć o jego cierpienie. Czasem próbuję o tym z pacjentem rozmawiać i często taka rozmowa jest jak placebo. Miałem pacjentów, którym to pomagało.

Zdążył się pan zaprzyjaźnić z którymś ze swoich pacjentów?

– Nie, ale bywają pacjenci sympatyczni. Gdy zacząłem pracę w szpitalu, spotkałem starszego pana z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc. Jak wchodziłem do sali, on już zwykle siedział na łóżku, przygotowany do badania. Żartował, zawsze był uśmiechnięty. Aż się cieplej robiło. Takich pacjentów dłużej się pamięta.

A gdy się ich traci, można płakać?

– Znacznie częściej widziałem lekarza wściekłego niż płaczącego, ale to chyba bliskie sobie uczucia. Myślę, że u mężczyzn wściekłość często zastępuje płacz. Bierze się ona z bezsilności, na przykład gdy pacjenci nie dają sobie pomóc, nie stosują się do zaleceń, nie chcą brać leków. Widziałem też płaczących lekarzy, ale częściej na takim oddziale jak na przykład onkologia dziecięca, gdzie leczy się pacjentów bardzo długo, latami. Gdy traci się takiego małego człowieka, chyba można się rozpłakać.

Przy pacjencie?

– Nie. Lekarz woli płakać w samotności. To zwykły człowiek, ale pacjent chyba lepiej się czuje, gdy myśli, że lekarz może więcej.

Powiedziałby pan pacjentowi całą prawdę o jego chorobie?

– Nigdy nie odpowiedziałbym na pytanie: „ile jeszcze będę żył?”, bo tego nie wiem. Człowiek może wyjść z mojego gabinetu, spadnie mu doniczka na głowę i umrze. Ja staram się informacje dawkować. Wolę zaczekać na starszego lekarza. Pacjenci są sprytni. Próbują podpytywać młokosa, bo czują, że młody lekarz będzie się chciał popisać swoją wiedzą i wszystko wygada. Muszę bardzo uważać.

OSIEM LAT PÓŹNIEJ...

Chciał pan zostać kardiologiem, a znalazłem pana w Instytucie Onkologii!

– Poznałem profesora Bogusława Maciejewskiego, radioterapeutę. Powiedziałem mu, że chcę leczyć serca. Zdenerwował się, bo jego zdaniem w Polsce jest już zbyt wielu kardiologów, a trzeba rozwijać onkologię. Posłuchałem go i zająłem się radioterapią, czyli leczeniem nowotworów promieniami.

Nie żałuje pan?

– Ani sekundy! Od pierwszego dnia mojej pracy obserwuję postęp, jaki dokonuje się w onkologii. Jeszcze osiem lat temu przychodziły pacjentki z zaawansowanymi nowotworami piersi. Teraz jest ich coraz mniej, bo się badają. Gorzej jest z rakiem szyjki macicy, bo seksualność to w naszym kraju wciąż temat tabu, a ten typ nowotworu jest przenoszony drogą płciową.

Często ogląda pan śmierć?

– Nowotwór to ciężka, ale coraz częściej przewlekła choroba, a nie wyrok śmierci. Wielu pacjentów udaje się nam wyleczyć. Oczywiście są tacy, którzy przegrywają walkę, ale ja nie widzę, jak odchodzą – umierają najczęściej w hospicjach. Do końca walczą za to ich krewni.

Krzyczą, mają pretensje?

– Czasami.

Mówią, że lekarze są pozbawieni empatii, że im nie zależy, dbają tylko o własny interes?

– Raczej chcą wymusić dalsze leczenie, choć już nie ma sensu. Mówią, że po to płacą, żeby lekarz wykonał zabieg. Chcą ode mnie wykonania usługi, jak w sklepie. Ale większość pacjentów pragnie, żebym był dla nich partnerem i pomagał im podejmować różne decyzje. Niestety, w szpitalu nie ma czasu na długie rozmowy. Na szczęście mówię szybko i jestem konkretny. Potrafię przekazać mnóstwo informacji w prosty sposób. Pacjenci chyba to lubią. Musiałem się też nauczyć, że wiadomość o raku dla większości ludzi jest porównywalna ze stresem pourazowym. Wielu informacji wtedy nie przyjmują.

Ktoś pana nauczył, jak rozmawiać z pacjentami?

– Nie. Wrzucono mnie do wielkiego basenu o nazwie Instytut Onkologii. Musiałem sam wypracować własne schematy.

Spotkał już pan swojego mistrza?

– Doktor Krystyna Trela wiele mnie nauczyła.

Czego?

– Powtarzała, że dobry onkolog musi mieć charakterek. Z jednej strony powinien być empatyczny, a z drugiej bardzo asertywny.

Dlaczego?

– Młody onkolog może łatwo popełnić błąd i ulec pacjentowi. A słowo „nie” zamienione „na tak” może wywołać mnóstwo niepotrzebnego bólu. Szczególnie przy zaawansowanych nowotworach leczenie to jak chodzenie po kruchym lodzie. Ale i tak najważniejsza jest cierpliwość. Żeby zostać dobrym lekarzem, trzeba mieć za sobą kontakt z tysiącami chorych ludzi.

A ilu pacjentów pan ma za sobą?

– Trzy lata temu, jak robiłem specjalizację, miałem do czynienia z sześciuset dziewięćdziesięciu ośmioma pacjentami. Potem przestałem liczyć.

Czuje się pan pewnie?

– Nauczyłem się podejmować decyzje, jestem samodzielny. Ale strach zawsze jest. Musi być. Zbyt pewny siebie lekarz w końcu podejmie złą decyzję. Bez pokory nie ma leczenia.

Po drodze popełniał pan błędy?

– Nowoczesna medycyna opiera się na systemie konsultanckim. Oznacza to, że każdy przypadek dokładnie omawiamy w zespole, wymieniamy się wiedzą, uwagami, wspólnie podejmujemy decyzje. To minimalizuje błędy.

Bywa pan zły?

– Najczęściej, gdy pacjent przychodzi do mnie w stanie tak zaawansowanej choroby, że na leczenie jest już za późno.

Może musiał długo czekać w kolejce do specjalisty?

– Biorę udział w programie uświadamiania społeczeństwa o chorobach nowotworowych. Odkąd w organizmie pojawia się pierwsza komórka rakowa, do momentu gdy nowotwór tak się rozrasta, że chorego raczej nie da się już uratować, namnaża się bilion komórek. Trwa to około siedmiu lat. Guzek o objętości centymetra sześciennego zawiera miliard komórek. Potrzebuje na to, w zależności od nowotworu, średnio pięciu lat. Nie ma metod, które pozwoliłyby wykryć chorobę przed pojawieniem się tego centymetrowego guzka – wyjątkiem jest cytologia przy raku szyjki macicy i mammografia przy niektórych nowotworach piersi. Większość chorych przychodzi do nas w czasie od pięciu do siedmiu lat od momentu pojawienia się nowotworu, a raczej bliżej tej ostatecznej granicy.

A to znaczy...

– ...że świadomi pacjenci, którzy się badają, mają większe szanse niż ci, którzy bagatelizują różne sygnały.

Pan mówi chorym, że mają raka?

– Nie wolno kłamać, chociaż to trudne. Amerykanie policzyli, że przeciętny onkolog aż dwadzieścia tysięcy razy w czasie swojej kariery przekazuje pacjentom złe informacje. Myślę, że polski onkolog trochę więcej.

Dużo pan pracuje?

– Pięć godzin dziennie w Instytucie Onkologii, mam też konsultacje w poradni brachyterapii w Beskidzkim Centrum Onkologii, ale te pięć godzin w szpitalu jest tak intensywne jak wielogodzinny mecz koszykówki. Wiem, do czego pan zmierza. Oczywiście są lekarze, którzy pracują bardzo dużo, są zmęczeni i popełniają błędy. Są mniej i bardziej pazerni, ale generalnie chodzi o to, żeby lekarz na przykład nie musiał sam kafelkować swojej łazienki, bo go nie stać na wynajęcie fachowca.

Pana stać?

– Pamiętam naszą rozmowę sprzed ośmiu lat. Powiedziałem wtedy, że jestem zadowolony ze swoich zarobków, co bardzo oburzyło moich kolegów stażystów. Teraz powiem tak: ożeniłem się, urodziło mi się dziecko, wziąłem kredyt, remontujemy mieszkanie, więc często mam debet na karcie. Ale staram się nie narzekać.

Gdzie pan będzie za pięć lat?

– Raczej nie w gabinecie na plaży. W zeszłym roku obroniłem doktorat, podobają mi się badania naukowe i chyba pójdę w tym kierunku.

Zabrze, marzec 2006 i luty 2014

PROF. KORNEL GIBIŃSKI (1915–2012), wybitny internista i gastroenterolog. Chciał we Lwowie studiować leśnictwo, potem zainteresowało go prawo. Na medycynę poszedł za namową kolegów. Studia skończył we wrześniu 1939 r. na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. W lipcu 1944 r. został aresztowany przez Niemców za działalność w ZWZ AK i trafił do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Po wojnie pracował we Wrocławiu, a w 1953 r. w Bytomiu założył III Katedrę i Klinikę Chorób Wewnętrznych Śląskiej Akademii Medycznej. W 1974 r. został dyrektorem Instytutu Chorób Wewnętrznych ŚAM i kierownikiem Kliniki Gastroenterologii w Katowicach-Ligocie. Kierował nią do emerytury (1985). Był członkiem rzeczywistym PAN, wieloletnim członkiem Komitetu Ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia. Działał w wielu towarzystwach naukowych, m.in. Polskim Towarzystwie Gastroenterologicznym, Królewskim Towarzystwie Medycznym w Londynie, nowojorskiej Akademii Nauki. Doktor honoris causa Akademii Medycznych w Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wielu wychowanków prof. Gibińskiego kieruje katedrami i klinikami uczelni medycznych. Napisał ponad 400 prac naukowych i kilkanaście książek. Żadne z czwórki jego dzieci nie jest lekarzem.

Lekarze leczą śmierć
prof. KORNEL GIBIŃSKI, internista i gastroenterolog

Spotykamy pana w szpitalu, w białym fartuchu, jakby się nic nie zmieniło. A przecież od lat jest pan na emeryturze.

– Żona wymawia mi, że przez całe życie na mnie czekała i liczyła, że na emeryturze będę miał dla niej czas. No i nie mam. Gryzie mnie z tego powodu sumienie. Jednak coraz częściej zostaję w domu. Wiek temu sprzyja i moje niedołęstwo. Coraz gorzej się poruszam, z coraz większą trudnością.

Ale wciąż pan wykłada, pisze do prestiżowych pism medycznych, wszyscy się liczą z pana opinią. Dla kilku pokoleń lekarzy jest pan autorytetem.

– Nikt nie czyta tego, co piszę.

Dlaczego pan tak mówi? Gdyby nie czytali, to nie zamawialiby kolejnych tekstów.

– Mówię, że nie czytają. Od lat głoszę to samo, a wszyscy zachowują się, jakby pierwszy raz o tym słyszeli.

Ludzie w ogóle dzisiaj mniej czytają.

– Może, ale to, co mówię, nikogo nie fascynuje. To nie są nowinki medyczne powodujące wypieki na twarzy. Na przykład od lat przypominam, że niewiele robimy, by zapewnić godną śmierć umierającemu człowiekowi. Wiele wysiłku idzie na ratowanie noworodków, na poprawę komfortu rodzenia, na zabezpieczenie płodu i matki. Liczy się życie, a co zrobiono dla umierania? Nic!

Ludzie umierają osamotnieni, bo nie ma kto się nimi zająć. Nie ma rodziny, bo rodzina pracuje. Szpitale wypisują, bo już nic nie można zrobić; nie chcą marnować łóżka i psuć sobie statystyk. Nieraz widać chęć pozbycia się chorego i ludzie odchodzą w tragicznych warunkach. A jak przychodzili na świat, to mieli taki komfort. Dlaczego odejścia nie potraktować tak samo? To przecież taki sam punkt życia jak przyjście na świat. Dlaczego nie potraktować go z równą troską? Jeśli się już coś robi, to bez pieniędzy. Społecznym wysiłkiem powstają hospicja, gdzie ludzie pracują bezinteresownie, żeby innym zapewnić godniejsze, spokojniejsze odejście. Ludziom, którzy cierpią z samotności, bezradności swojej, a nie tylko dlatego, że „boli”. Na to zawsze jakieś lekarstwo się znajdzie.

Dlaczego tak jest?

– Nie doceniamy, jak wielką wagę w kontakcie z drugim człowiekiem odgrywa zdolność współodczuwania. To źródło powołania lekarskiego, bo przecież współczucie, wrażliwość na cierpienie jest podstawą medycyny. Dlaczego lekarz pomaga pacjentowi? Bo pragnie mu ulżyć. Tymczasem dzisiaj są tacy lekarze, którym bardziej zależy na sukcesach, chcą być uwielbiani i podziwiani.

I dlatego tak głośne jest na przykład klonowanie.

– Zorganizowałem wielkie sympozjum w Warszawie na temat klonowania. Był to jednak wyraz podziwu dla sztuki, która w istocie wychodzi poza pojęcie nauki.

Klonowanie nie jest nauką?

– Nauka to poznawanie, a klonowanie to tworzenie. Ludzie wykorzystują metody naukowe do stworzenia nowego świata. Przy klonowaniu nauka została nadużyta do stworzenia nowego. Zrobili to ludzie, którzy myślą, że są w stanie stworzyć lepszy świat niż ten, który powstał w czasie pięciu miliardów lat!

A może chodzi o poszerzanie naszej wiedzy?

– Wiedzy czy władzy? Stworzenie nowego oznacza destrukcję starego, czyli zniszczenie. Świadomie niszczymy planetę, skazujemy na śmierć różne gatunki, a chcemy stworzyć nowe. Jakie mamy gwarancje, że będą lepsze? Kto ponosi za to odpowiedzialność?

Potrafi pan odpowiedzieć na te pytania?

– Ja już jestem nie z tego świata, jestem na marginesie i tylko się przypatruję.

Czym w takim razie będzie się zajmowała medycyna w najbliższych latach?

– Na początku roku amerykański Narodowy Instytut Zdrowia w Bethesdzie ogłosił program badań naukowych na rok 2004. Największe pieniądze pójdą na badanie chorób zakaźnych.

Czyli na zarazki. A nie na badania genetyczne? Przecież z zarazkami medycyna już dawno sobie poradziła.

– Nieprawda. Na nowo podkreśla się znaczenie chorób zakaźnych, które gnębią świat. To nie tylko AIDS, ale malaria, gruźlica i mnóstwo innych chorób pasożytniczych, z którymi ludzie nadal nie mogą sobie poradzić.

Dlaczego instytucja wyznaczająca kierunek badań medycznych na naszym globie wraca do spraw, którymi zajmowano się w XIX wieku?

– Bo niesłusznie już dawno odtrąbiliśmy, że choroby infekcyjne nam nie grożą, że już ich nie ma. Kto dziś w Polsce choruje na koklusz czy szkarlatynę, na tyfus plamisty czy dur brzuszny? To margines. Okazuje się jednak, że i u nas wraca na przykład gruźlica. Odkryto też nieznany świat nanobakterii, czyli zupełnie nowych drobnoustrojów, tysiąc razy mniejszych od tych znanych. Gdy je poznamy, być może będziemy mogli wytłumaczyć, skąd się biorą różne choroby o nieznanym pochodzeniu, gdzie podejrzewa się tło zakaźne.

I dzięki tym odkryciom będziemy dłużej żyć?

– Nie wiem, ale nie to jest istotą medycyny.

A co nią jest?

– Zachowanie zdrowia. Dlatego mamy Światową Organizację Zdrowia, a nie Światową Organizację Chorób, i jest Ministerstwo Zdrowia i wydziały zdrowia, instytuty zdrowia publicznego itd. Najważniejsze jest zdrowie człowieka, tymczasem cały wysiłek medycyny skupia się na ratowaniu od śmierci.

To źle?

– Przez wieki lekarz był tylko od niesienia pomocy cierpiącemu człowiekowi. Gdy jednak zaczęliśmy poznawać, czym jest życie, zamarzyliśmy, by je jak najdłużej utrzymać. Zaczęliśmy walczyć ze śmiercią. Występuje brak poszanowania dla zdrowia, bo jak będzie potrzeba, to mamy przecież wspaniałą medycynę, która nas uratuje, przedłuży nam życie. Pomieszanie z poplątaniem!

Uważa pan, że lekarze się zagubili?

– Zapomnieliśmy o cierpieniu. Ulżyć człowiekowi cierpiącemu – na tym powinniśmy się skupić. Ludzie nie chcą cierpieć, pragną tylko te swoje sześćdziesiąt, osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt lat przeżyć zdrowo. W ciągu sześćdziesięciu czterech lat mojej pracy nie przyszedł do mnie żaden pacjent z prośbą, żeby mu dać sto lat życia. Słyszałem za to, że temu dokucza bezsenność, ten cierpi na biegunki, tamten ma gorączkę, bóle i tak dalej. Nasi pacjenci to ludzie cierpiący, którzy proszą o poradę. Są niezadowoleni, bo nie znajdują pomocy.

Wszystkim nie można pomóc.

– Trzeba więc postawić pytanie, na co wydać te pieniądze, które są: na ratowanie od śmierci czy na zaspokojenie podstawowych potrzeb setek tysięcy ludzi?

Zna pan odpowiedź?

– Odpowiedź jest prosta. Zaczęliśmy leczyć śmierć, a to nonsens, bo śmierci się nie uniknie. Myślę tu o przedwczesnej śmierci. Gdyby nie było choroby, to by się przedwcześnie nie umierało. O to ludziom chodzi. Tymczasem dla współczesnej medycyny najważniejsze są wskaźniki śmiertelności i cały wysiłek zmierza do tego, by je zredukować. Nawet lekarze są z tego rozliczani.

Można to zmienić?

– Trzeba zadbać o profilaktykę, na którą teraz nie ma pieniędzy. Zapytałem kiedyś ministra zdrowia, ile planuje pieniędzy na profilaktykę. Odparł, że pięć procent.

To mało?

– A jak sądzicie? Jeśli dziewięćdziesiąt pięć procent pieniędzy jest przeznaczanych na lecznictwo, a pięć procent na profilaktykę, to jest właściwa proporcja? Ludzie się buntują, bo muszą chorować. Jest coraz więcej przypadków raka. Rośnie liczba zawałów i udarów. Lepiej leczyć te choroby czy im zapobiegać?

Pieniądze nie załatwią sprawy, kiedy ludzie sami rujnują sobie zdrowie tłustym jedzeniem, paleniem papierosów, bezruchem.

– Jest jeszcze coś gorszego. Pacjent już dawno stracił zaufanie do lekarza. Nikt z nim nie rozmawia, nikt go nie słucha. Chodzi od specjalisty do specjalisty, a ten tylko patrzy w wyniki. Między lekarzami a pacjentami nie ma porozumienia. Ludzie przychodzą do nas nie tylko dlatego, że cierpią. Boją się choroby i perspektywy inwalidztwa. Dlatego w Ameryce od tego roku obowiązuje nowa zasada przyjmowania lekarzy do pracy. Nie wystarczy, że mają dyplom. Muszą jeszcze zdać egzamin u pracodawcy potwierdzający, że umieją badać i rozmawiać z pacjentem, że potrafią mu współczuć. Stwierdzono, że te umiejętności są w zaniku. Rozmowa, dotyk, oglądnięcie pacjenta, kontakt z nim – to istota zawodu.

Może i w Polsce powinniśmy zmienić system kształcenia lekarzy?

– Jak najbardziej. Szansę na studia medyczne mają tacy, którzy najlepiej zdadzą egzamin z fizyki, chemii i biologii. Bardzo to słuszne, ale dla tych, którzy będą rozwijać nauki medyczne. Jest jeszcze cała rzesza młodych ludzi, którzy chcą zwyczajnie leczyć. Są to takie „matki Teresy z Kalkuty”, które potrafią współczuć i z tego współczucia czerpią potrzebę niesienia pomocy, a na medycynę się nie dostają, bo oblewają test z fizyki.

Proponuje pan zmienić system naboru?

– Nie do końca. Ci, którzy chcą pracować naukowo, niech dalej zdają testy. Trzeba tylko wprowadzić drugą ścieżkę dla tych, którzy pragną być wspaniałymi lekarzami domowymi. Niech wykażą zainteresowanie człowiekiem, zrozumienie dla literatury, poezji, muzyki, sportu nawet, bo to jest potrzebne dla zachowania zdrowia. Powinni rozumieć, że będą leczyć człowieka i jego potrzeby, a nie czyjś żołądek, jelito czy wątrobę.

Przyszły praktyk nie musi znać fizyki?

– Nie musi mieć do niej specjalnych zdolności. Trzeba mu ją wykładać nie równaniami, tylko pojęciami.

Kto to jest dobry lekarz?

– Ten, z którego zadowoleni są pacjenci.

A wielki lekarz, jak pan?

– Wielki lekarz? Czy to ktoś mający wielką wiedzę, wnoszący wkład w rozwój medycyny? A może liczy się stopień oddania drugiemu człowiekowi, serce okazywane pacjentom? Myślę, że to serce jest nawet więcej cenione przez chorych niż wszystkie inne walory.

Ale czy serce wystarczy, żeby dobrze leczyć?

– W 1944 roku znalazłem się w obozie w Gross-Rosen. Przydzielono mnie do robót w kamieniołomach. Później zostałem przeniesiony na rewir jako pielęgniarz. Po krótkim czasie, kiedy grupy więźniów wysyłano do pracy w różnych fabrykach, do jednej z nich, w Budziszynie, przydzielono mnie już jako lekarza. Trafiliśmy do baraków po sowieckich więźniach wojennych – drewniane puste szopy. Niemcy dali mi do zagospodarowania jakiś kąt na izbę chorych. Nic nie miałem, a doświadczenie lekarskie też znikome, bo w 1939 roku skończyłem studia. I nie mając nic, przekonałem się, że naprawdę mogę dużo zrobić.

Bez lekarstw i aparatów diagnostycznych?

– Czasem wystarczy sama obecność lekarza, wczucie się w problemy chorego, podanie ręki. W obozie przede wszystkim mogłem rozmawiać z pacjentami, badać ich właśnie. Chociaż to nie było dobrze widziane, więźniowie po powrocie z fabryki przychodzili do mnie. Często prosili, żeby dać im zwolnienie. Oczywiście musiałem o tym meldować nadzorcy z SS, który był z zawodu cieślą, i cierpliwie mu tłumaczyć, dlaczego kogoś trzeba zwolnić z pracy na kilka dni. Czasem to rozumiał, a czasem nie. Zdarzało się, że takie „odstawienie od pracy” równało się wyrokowi śmierci. Esesman następnego dnia przychodził ze strzykawką i zabijał bezużytecznego więźnia.

Jak pan się czuł, kiedy on to robił?

– Musiałem przy tym być i podpisać kartę zgonu. Musiałem napisać rozpoznanie, które on mi dyktował, że to albo niedomoga serca, albo ogólne wycieńczenie. Nic wtedy nie mogłem zrobić, byłem bezradny. To było tylko ostrzeżenie, żeby zbyt łatwo nie wydawać zwolnień. Im cięższy był stan chorego, tym dla niego gorzej. Jeszcze czasem oprawcy bali się choroby zakaźnej, na przykład tyfusu. Wtedy nie zabijali od razu, tylko kazali chorego izolować, co dawało mu jakąś szansę na przeżycie. Podobnie jak zapalenie płuc. Robiłem więc, co mogłem, żeby więźniom pomagać.

Co na przykład?

– Z przydziału dostawałem trochę aspiryny i jakieś krople przeciwbólowe, walerianowe. Tylko takie lekarstwa miałem i nimi leczyłem. Ludziom pomagało jednak przede wszystkim to, że mogłem ich zbadać. Po rozmowie z pacjentem przekładałem więc te kilka buteleczek tak, żeby widział, że ja coś specjalnie dla niego wybieram. To skutkowało. Często choroba ustępowała, ludzie byli wdzięczni. Ile razy już po wojnie ci, którzy przeżyli obóz, przychodzili do mnie z podziękowaniami. W obozie nabrałem wielkiego szacunku dla medycyny, dla jej potęgi leczniczej. Okazało się, że lekarz może pomóc, nawet gdy nie ma nic do dyspozycji, w najbardziej tragicznych okolicznościach. Uważam to za największy sukces mojego zawodu, a nie coraz to nowe instrumenty, które lekarze mają do dyspozycji.

A co jest porażką? Może śmierć pacjenta?

– W żadnym wypadku śmierć pacjenta nie jest porażką. To rzecz naturalna, z którą i chory, i leczący muszą się liczyć. Nie ma mowy o życiu bez śmierci.

Czy zdarzało się, że pacjent umierał, a pan czuł, że nie powinien był dopuścić do tej śmierci?

– Jeżeli tak czułem, to źle czułem. Widocznie nie dość dobrze oceniłem sytuację.

A może „źle go leczyłem”? Nigdy nie popełnił pan błędu?

– Z tym się trzeba liczyć. Każdy popełnia błędy. Nie można się tego wstydzić ani wypierać. O pacjentach „ciężkich” zawsze się myśli, nie tylko przy łóżku, ale i w swoim gabinecie, i w drodze do domu. Człowiek analizuje i zastanawia się, co jeszcze można było zrobić. Jeżeli zrobiło się wszystko, co w ludzkiej mocy, to jakie można mieć wyrzuty sumienia? Czasem dopiero po latach okazuje się, w czym leżało nieporozumienie, gdzie tkwił błąd.

Zawsze jednak był to ktoś, kto zostawił rodzinę. Może nie musiał umrzeć?

– A skąd wiecie, że nie musiał? Może miał taką chorobę, że musiał umrzeć.

Czy lekarz może się uodpornić na cudzy ból? Czy może przestać współczuć?

– Myślę, że tak. Lekarz jest tylko człowiekiem. Nabiera wprawy, coraz łatwiej mu idzie, szybciej podejmuje decyzje, przyzwyczaja się. Ktoś nazwie to doświadczeniem, a ktoś inny znieczuloną, mechaniczną rutyną. Lekarz stępia w sobie zdolność współczucia, co szybko prowadzi do niebezpiecznej rutyny serca.

Inaczej przeżywał pan śmierć pacjenta sześćdziesiąt lat temu, a inaczej dzisiaj?

– „Nie wiem”, że zacytuję słowa, które Wisława Szymborska powiedziała w swoim wykładzie noblowskim. Na początku każdy ciężki przypadek wiązał się z wielkim napięciem emocjonalnym. Teraz, gdy widziałem tyle nieszczęść, człowiek łatwiej godzi się z tą nieodwołalną drogą, z ludzkim przeznaczeniem, i wie, że śmierć to rzecz naturalna.

A jeśli winien tej śmierci jest niedouczony lekarz?

– Nie zawsze jest to wina lekarza, jeśli czegoś nie wie. Jeśli robimy wszystko, co w naszej mocy, i wszystko, co wiemy, nie można mówić o winie. Uczymy się na własnych niepowodzeniach. Studia lekarza trwają całe życie. Przed wojną mieliśmy w Polsce na przykład około pięciuset leków. Już teraz mamy do dyspozycji pół miliona specyfików, a dojdzie kolejne pół miliona!

Czy można się w tym połapać?

– Nie można, nikt nie zna wszystkich leków. Zaczynamy błądzić, rodzi się chaos. To nie ma żadnej przyszłości. Powinien dominować zdrowy rozsądek. Na dodatek bez przerwy pojawia się jakaś nowa moda i trzeba być na bieżąco.

Czy w medycynie istnieje coś takiego jak moda?

– Zdecydowanie tak. Od sześćdziesięciu czterech lat jestem lekarzem i sam przez całe moje zawodowe życie podążałem za tematami, które w danym momencie miały zrewolucjonizować medycynę. Zajmowałem się raz tym, raz tamtym. Kiedy zaczynałem pracę lekarza, przebojem była na przykład hematologia.

Czym pana tak uwiodła?

– Tajemnicą. Lekarze rutynowo badają, ile we krwi jest czerwonych i białych ciałek, ile płytek. Mnie fascynowało, że w naszej krwi nie ma nic stałego. Bez przerwy uzupełniane są krwinki, które nigdy nie są takie same. Stąd już krok do tajemnicy, że i człowiek nigdy nie jest ten sam. To, co się urodziło w wadze dwa i pół kilograma, jest zupełnie inne niż to w wadze siedemdziesięciu kilogramów. Człowiek się ciągle odnawia według tego samego wzorca. Nie chodzi o masę ciała ani o kształt narządów, które mniej więcej są takie same, ani o właściwości mentalne, psychiczne, nawet uczuciowe. Wszystko się zmienia, ale coś zostaje z człowieka, co tworzy jego osobę i nie zmienia się nigdy.

Co to takiego?

– Nie wiem. Niektórzy nazywają to duszą...

Jakie jeszcze pamięta pan medyczne mody?

– W czasie wojny pojawiła się kimografia serca. Była to metoda zapisu na taśmie filmowej rentgenowskiego obrazu ruchów całego serca. Już nie istnieje, choć dzięki niej rozwinęła się możliwość wspólnych zapisów, które nazywają się poligrafią serca. W latach siedemdziesiątych była to główna metoda diagnozowania chorób serca.

A co dzisiaj jest na topie w medycynie?

– Od pięćdziesięciu lat genetyka, ale jej główne koncepcje zostały już zakwestionowane. Co prawda ciągle trwają badania i powstają nowe prace naukowe, ale na pewno zawiodła nadzieja na terapię genową, która miała zwalczyć nieuleczalne choroby. Różne idee opanowywały ludzkie umysły, ale zawsze były fascynujące.

A przeszczepy narządów?

– Nie mają przyszłości i na szczęście moda na nie już zanika.

Na szczęście!?

– Już w czasie rewolucji francuskiej pewien angielski fizjolog zgłosił się do komitetu rewolucyjnego, żeby mu dawali głowy spod gilotyny, a on będzie je przywracał do życia. Zlękli się i mu nie dali, ale już wtedy były takie zamysły.

Panie profesorze, nie mówimy o przeszczepach głowy, tylko serca, wątroby, nerek...

– Przecież narządów do przeszczepów nigdy nie wystarczy. To ślepy zaułek.

Mówiłby pan tak, gdyby przeszczep miał uratować kogoś z pana bliskich?

– Pewnie nie zmieniłbym zdania. Nikt nie może żyć wiecznie. To przykre, ale trzeba się godzić na śmierć.

Jak powiedzieć choremu, że umiera?

– Nie wolno tego robić w sposób brutalny, kawa na ławę. Czasem wystarczy dać jakiś sygnał, gest, wtrącić słowo. Każdy człowiek jest inny. Jeden wylękniony, inny w panice. Trzeba to rozpoznać i do tego dostosować sposób rozmowy. Zawsze jednak trzeba powiedzieć prawdę rodzinie chorego. Doświadczenie przychodzi z czasem. Im dłużej się nosi fartuch lekarski, tym łatwiej jest sobie z tym poradzić.

Kiedy pierwszy raz założył pan ten fartuch?

– Siedemdziesiąt lat temu, na pierwszym roku studiów, na zajęciach w prosektorium.

Był pan dumny?

– Oczywiście, to mi wtedy imponowało. Biały fartuch chyba do mnie pasuje.

Katowice, kwiecień 2004