Lucyfer - Jennifer L. Armentrout - ebook

29 osób właśnie czyta

Opis

 

Julia Hughes przez całe życie postępowała ostrożnie, jednak pewno dnia wszystko zmienia się, gdy otrzymuje bolesną lekcję. Teraz Julia stara się rozpocząć wszystko od początku, zaczynając od nowej pracy na Luizjańskim bagnach. Poznaje tam przystojnego nieznajomego, którym okazuje się Lucian de Vincent… jej nowy szef.

Bracia de Vincent znani są ze swojego bogactwa i mrocznej reputacji, jednak gdy ich zaginiona przed laty siostra wraca, zatrudniają Julię na stanowisko opiekunki. Ale nie będzie to tak proste zadanie jak na początku by się wydawało bo w rezydencji czekają mroczne niebezpieczeństwa oraz aż nazbyt seksowny szef – Lucian.

Praprababka de Vincentów twierdziła niegdyś, iż mężczyźni z ich rodu mogą zakochać się tylko raz w życiu i najwyraźniej nadeszła właśnie kolej Luciana. Nowo poznana kobieta nie powinna jednak dowiedzieć się o niektórych sekretach rodziny.

Tymczasem w posiadłości dochodzi do tajemniczej śmierci ojca braci. Czy ktoś chce wyeliminować rodzinę de Vincent? Czy Julii i Lucianowi uda się rozwiązać zagadkę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla każdego, kto sięgnie po tę książkę.

Dziękuję

Rozdział 1

– Toprawda? To, comówią o kobietach, które tuprzebywają?– Palce z pomalowanymi krwistoczerwonym lakierem paznokciami powędrowały pobrzuchu Luciana de Vincenta, ciągnąc zasobą koszulę.– Mówią, że… stają się szalone.

Mężczyzna uniósł brew.

– Pytam, boczuję się trochę szalona. Jakbym nie miała nad sobą kontroli. Odtak dawna cię pragnęłam.– Usta w tym samym kolorze copaznokcie przysunęły się dojego ucha.– Ale tynigdy namnie nie patrzyłeś. Aż dodziś.

– Tonieprawda– wycedził, sięgając pobutelkę Old Rip. Kobieta wielokrotnie przyciągała jego wzrok. Zapewne całkiem często przyglądał się jej. Naburzę blond włosów i piękne ciało, odziane w suknię z dekoltem, zapewne gapił się tak, jak połowa klientów Kasztanowego Ogiera. Dodiabła, pewnie dziewięćdziesiąt procent kobiet i mężczyzn choć raz nanią spojrzało, a ona doskonale o tym wiedziała.

– Ale twoja uwaga zawsze koncentrowała się gdzie indziej– ciągnęła. Słyszał, jak te śliczne usteczka zaczynały się dąsać.

Polał dwudziestoletniego burbona doswojej szklanki, próbując przypomnieć sobie, komu mógł się przyglądać. Możliwości były nieograniczone, ale przecież nie skupiał wzroku nanikim szczególnym. Prawdą było, żenie zwracał całej swojej uwagi nastojącą zanim kobietę, nawet kiedy przycisnęła wspaniałe piersi dojego pleców i wsunęła dłoń pod jego koszulę. Wydała z siebie dźwięk– gardłowy jęk, który zupełnie nic dla niego nie znaczył, gdy wodziła palcami potwardych mięśniach jego podbrzusza.

Niegdyś wystarczył znaczący uśmiech i uwodzicielski głos, bymocno mu stanął. Jeszcze mniej potrzebował, byzdecydować się naseks i zatracić się najakiś czas.

Teraz?

Już tak nie było.

Ostre małe ząbki złapały płatek jego ucha. Gdy kobieta przesunęła dłoń jeszcze niżej, zwinne palce złapały zajego pasek.

– Ale wiesz co, Lucianie?

– Co?– Uniósł niewysoką, kryształową szklankę doust i bez skrzywienia przełknął paloną ciecz. Burbon popłynął jego gardłem i rozgrzał żołądek, gdy wpatrywał się w obraz nad barkiem. Malowidło nie było najlepsze, ale płomienie miały w sobie coś, comu się podobało. Przypominały mu o ognistym locie kuszaleństwu.

Rozpięła pasek.

– Dopilnuję, byś nigdy już nie myślał o nikim innym.

– Czy ty…?– urwał, marszcząc brwi, gdy przeszukiwał wspomnienia.

Cholera.

Zapomniał, jak miała naimię.

Jak, u licha, mogła nazywać się takobieta? Szkarłatne płomienie naobrazie niczego mu nie podpowiedziały. Westchnął głęboko i niemal zakrztusił się mocnym zapachem jej perfum. Poczuł się, jakby ktoś wrzucił mu doust cały koszyk truskawek. Puściła guzik jego spodni, w ciszy pomieszczenia rozniósł się dźwięk rozpinanego zamka błyskawicznego. Sekundę później kobieca dłoń znajdowała się pod gumką bokserek, w miejscu, w którym spoczywał jego fiut.

Dłoń zamarła nachwilę. Wydawało się, żekobieta przestała oddychać.

– Lucianie?– zapytała dźwięcznie, otaczając palcami miękki członek.

Oczywisty brak zainteresowania z jego strony sprawił, żejej usta wykrzywiły się z niesmakiem. Co z nim było nie tak? Piękna kobieta dotykała jego fiuta, a on był równie pobudzony, jak pensjonariusz w pokoju pełnym zakonnic.

Był… rety, ależ był znudzony. Nią, sobą– tym wszystkim. Normalnie kobieta byłaby w jego guście. Spędziłby z nią trochę czasu, poczym już nigdy bysię z nią nie spotkał. Nie bywał dwa razy z tąsamą kobietą, ponieważ mogłoby toprzejść w nawyk, a z czegoś takiego trudno się było wykręcić. W kimś zrodziłyby się uczucia, choć nie dotyczyłoby tojego. Nigdy. Ale czuł… żemiał dosyć.

Poczucie beznadziei dręczyło go już odkilku miesięcy, tłumiąc niemal każdy aspekt jego życia. Zamieszkał w nim niepokój i rozrastał się pojego ciele, jak ten cholerny bluszcz, który opanowywał zewnętrzne ściany domu.

Czuł się tak nadługo przed tym, jak wszystko wywróciło się dogóry nogami.

Kobieta przesunęła drugą rękę pod jego koszulą i zacisnęła palce.

– Zmusisz mnie dopracy nad tym fiutem, co?

Niemal parsknął śmiechem.

Dodiabła.

Biorąc pod uwagę miejsce, w którym znajdowały się jego myśli, czekało jąnaprawdę sporo pracy.

Odstawił szklankę nabarek, odchylił głowę dotyłu i zamknął oczy, próbując oczyścić umysł. Kobieta była cudownie cicha, gdy poruszała dłonią.

Bardzo tego potrzebował, pierwotnego uwolnienia, ale– Clare? Clara? Coś na„C”, tego był pewien. Tak czy inaczej, kobieta wiedziała, corobić. Z każdą mijającą sekundą jego członek stawał się twardszy, ale głowa… tak, zupełnie nie miał dotego głowy.

Aodkiedy potrzebował jej doseksu?

Rozstawił szerzej nogi i nie otwierając oczu, sięgnął pobutelkę wartego kilka tysięcy alkoholu. Dziś chciał się zatracić, pragnął znów poczuć, żeżyje. Podobnie jak każdego innego wieczoru, a zwłaszcza dziś, ponieważ jutro czekał go pracowity dzień.

Teraz jednak nie musiał się nad tym zastanawiać. Nie musiał odczuwać niczego prócz dłoni, ust i może…

Cichy, ledwo słyszalny dźwięk kroków napiętrze zmusił go douniesienia powiek. Przechylił głowę nabok, zastanawiając się, czy się przesłyszał, ale ponownie rozległ się szmer. Bez wątpienia były tokroki.

Co, u diabła? Złapał kobietę zanadgarstek, byjąpowstrzymać. Nie była z tego zadowolona. Zaczęła silniej i ostrzej poruszać palcami. Mężczyzna chwycił jąmocniej, aby zaniechała działania.

– Lucianie?– zapytała z dezorientacją.

Nie odpowiedział, nasłuchując. Niemożliwe, bypotwierdziły się jego obawy. Nie było mowy, żeby nagórze znajdował się ktoś, kto mógłby się poruszać, nikt taki nie zajmował tych pokoi.

Wnocy nie było tusłużby. Wszyscy odmówili przebywania o tej porze w posiadłości de Vincentów.

Powitała go cisza, więc istniała spora szansa, żesię przesłyszał, zacomógł podziękować przeklętemu burbonowi.

Jezu, może sam zaczynał tracić zmysły.

Wyjął dłoń kobiety zeswoich spodni i obrócił się twarzą doniej. Kiedy przyglądał się jej obliczu, pomyślał, żenaprawdę była piękna, ale już bardzo dawno temu odkrył, żepiękno tonieprzewidywalny dar, ofiarowywany bez namysłu. W większości przypadków było powierzchowne, w połowie nie było nawet prawdziwe. Zostało spreparowane przez utalentowane palce.

Złapał jązakark, zastanawiając się, jak głęboko sięgała jej uroda i gdzie zmieniała się w brzydotę. Dotknął kciukiem jej pulsującej żyły, zainteresowany, czy tętno przyspieszyło.

Rozchyliła usta i zamknęła powieki, zasłaniając tęczówki o barwie typowej dla rdzennych mieszkańców Luizjany. Przypuszczał, że w domu miała zedwie korony i kilka szarf wskazujących na to, żebyła jedną z wielu ładnych twarzy naPołudniu.

Lucian zaczął pochylać głowę, gdy zadzwoniła leżąca nabarku komórka. Natychmiast puścił kobietę, nacotamruknęła z niezadowoleniem. Podszedł dotelefonu i zdziwił się, gdy naekranie zobaczył imię brata. Było późno, a o tej porze syn marnotrawny z pewnością leżał już w łóżku w jednym z pokoi w tym starym domu. Dev nie był zapewne nawet z narzeczoną i nie pieprzył jej zawzięcie, cowedług Luciana powinna robić normalna para. Chociaż nie potrafił sobie też wyobrazić, jak cnotliwa Sabrina mogła w ogóle robić tak świńskie rzeczy.

Okobietach i mężczyznach z rodu de Vincentów mawiało się pewne rzeczy. Niektóre wydawały się wierutnymi kłamstwami. Praprababka twierdziła, żekiedy mężczyzna z ich rodziny zakocha się, zrobi toszybko i mocno, bez wahania czy powodu.

Oczywiście była tocałkowita bzdura.

Jedynym, który się zakochał, był jego brat Gabe, i jak się toskończyło? Cozabagno.

– Czego?– odebrał telefon, ponownie sięgając pobutelkę.

– Musisz natychmiast zejść dogabinetu ojca– polecił Dev.

Lucian uniósł brwi, gdy brat się rozłączył. Cozainteresująca prośba. Wsadził komórkę dokieszeni, zapiął rozporek i wyjął pasek, poczym rzucił go nakanapę.

– Zostań– powiedział dokobiety.

– Co? Chcesz mnie tak tuzostawić?– zapytała ostro, brzmiąc, jakby żaden mężczyzna odniej nie odszedł potym, jak położyła ręce najego penisie.

Lucian posłał jej uśmiech i otworzył drzwi prowadzące nataras nakolejnym piętrze.

– Tak, i poczekasz tu, aż wrócę.

Szczęka jej opadła, ale gdy Lucian wyszedł narześkie powietrze. Wiedział, żemogła się wkurzać, ile tylko chciała, ale i tak zostanie i naniego poczeka.

Przeszedł przez taras, dotarł doklatki schodowej i zszedł doprzedpokoju naparterze. Dom był słabo oświetlony i cichy, bose stopy wydawały miękki dźwięk napłytkach, które przechodziły w drewno.

Dotarcie dogabinetu zajęło mu kilka minut, ponieważ pomieszczenie znajdowało się w prawym skrzydle, z dala odwścibskich oczu gości de Vincentów. Taczęść miała nawet osobne wejście i podjazd.

Lawrence– ojciec– zapewnił sobie prywatność nazupełnie nowym poziomie.

Lucian zwolnił, gdy zbliżył się dozamkniętych drzwi. Nie miał pojęcia, cozanimi zastanie, ale wiedział, żebrat nie wezwałby go napróżno o tej porze, więc przygotował się nawszystko.

Bezszelestnie otworzył ciężkie, dębowe wrota i zamarł, przekroczywszy próg jasnego pomieszczenia.

– O, kurwa!

Nogi kołysały się lekko, stopy odziane w mokasyny zeskóry aligatora znajdowały się kilkanaście centymetrów nad podłogą. Pod nimi zebrała się niewielka kałuża.

– Właśnie dlatego zadzwoniłem– oznajmił płaskim tonem Dev z wnętrza pokoju.

Lucian przebiegł wzrokiem pociemnych, mokrych powewnętrznych stronach spodniach, błękitnej eleganckiej koszuli, w połowie wyciągniętej zespodni, luźnych ramionach i wygiętej pod dziwnym kątem szyi. Zapewne miało tocoś wspólnego z owiniętym naniej paskiem, którego drugi koniec zaczepiono nasprowadzonym miesiąc temu z Indii sufitowym wentylatorze. Kiedy ciało kołysało się nieznacznie, obudowa wiatraka tykała jak zegar wahadłowy.

– Jezu Chryste– mruknął Lucian, opuszczając ręce i rozglądając się szybko popomieszczeniu. Kałuża moczu poszerzała się w stronę beżowo-złotego perskiego dywanika.

Gdyby żyła ich matka, to z pewnością z przerażeniem złapałaby zanaszyjnik z lśniących pereł.

Natęmyśl uniósł się kącik jego ust. Boże, niezmiennie tęsknił zamatką oddnia, a właściwie burzliwego, parnego wieczoru, kiedy ich zostawiła. Mama lubiła piękne, nieskazitelne, wspaniałe rzeczy. Cozaskakująco smutne, w ten sam sposób opuściła ten ziemski padół.

Zaniepokojony swoimi myślami bardziej niż śmiercią, którą miał przed sobą, Lucian skierował się w prawo i usiadł w skórzanym fotelu. W tym samym, w którym jako dziecko spędził wiele godzin, siedząc sztywno i słuchając w milczeniu jednego z licznych wykładów natemat tego, dlaczego przynosił tak wielkie rozczarowanie. Teraz rozsiadł się, szeroko rozkładając kolana. Nie potrzebował lustra, bywiedzieć, żejego jasne– choć bracia mieli ciemne– włosy wyglądały jak zmierzwione tysiącem palców. Nie musiał oddychać zagłęboko, bywyczuć przeklęty owocowy zapach perfum, którymi przesiąknęło jego ubranie.

Gdyby Lawrence zobaczył go w takim stanie, jego usta ułożyłyby się w sposób sugerujący, żebardzo śmierdział. Jednak Lawrence już nigdy się tak nie skrzywi, ponieważ niczym kawał mięsa narzeźniczym haku wisiał w tej chwili nawentylatorze.

– Powiadomił ktoś policję?– zapytał Lucian, długimi palcami bębniąc o podłokietnik fotela.

– Mam nadzieję, żetak– odparł Gabriel, opierając się o barek z polerowanego dębowego drewna. Zagrzechotały szklanki, poruszyły się karafki z wyśmienitą brandy i jeszcze lepszą whisky.

Gabe, który uważany był zanajbardziej normalnego w tej rodzinie, przyszedł zaspany. Chociaż wyrażający opinie o rodzinie de Vincentów nie znali prawdziwego Gabe’a. Ubrany jedynie w spodnie oddresu, potarł leniwie policzek, wpatrując się w rozkołysane lekko nogi. Miał ściągnięty wyraz twarzy i był blady.

– Zadzwoniłem doTroya– odpowiedział ponuro stojący podrugiej stronie gabinetu Dev. Był najstarszym synem– synem, który najwyraźniej przejął dowodzenie całą dynastią– i wyglądał tak, jak powinien. Czarne włosy miał uczesane, twarz ogoloną, a naspodniach odpiżamy nie widać było ani jednego zagniecenia. Zapewne w drodze tutaj zatrzymał się, byjewyprasować.– Poinformowałem go o tym, cozaszło– ciągnął.– Jest w drodze.

Lucian rzucił okiem nabrata.

– Tygo znalazłeś?

– Nie mogłem spać. Wstałem i przyszedłem nadół. Zobaczyłem światło pod drzwiami i właśnie w taki sposób go znalazłem.– Skrzyżował ręce napiersi.– Kiedy wróciłeś dodomu, Lucianie?

– A jakie tomaznaczenie?– zapytał.

– Poprostu odpowiedz.

Uśmiechnął się leniwie, gdy zrozumiał, o cochodzi bratu.

– Sądzisz, żemiałem coś wspólnego z obecnym stanem naszego kochanego staruszka?

Devlin czekał. Milczał, cichy i zimny jak świeżo wykopany grób. Chociaż było todla niego typowe. Nie był podobny doLuciana. Zupełnie. Natomiast Gabe przyglądał się młodszemu bratu, jakby domyślał się prawdy, jakby wiedział lepiej.

Lucian przewrócił oczami.

– Nie mam pojęcia, czy nie spał i czy tusiedział, gdy wróciłem. Skorzystałem z własnych drzwi i doczasu, kiedy zadzwoniłeś, z rozkoszą oddawałem się innym zajęciom.

– Onic cię nie oskarżam– odparł Dev tym samym tonem, którego używał setki razy w dzieciństwie.

– Jak cholera.– Jak bardzo popieprzona była tasytuacja? Ojciec powiesił się nawentylatorze nawłasnym wartym sześć stów skórzanym pasku, a Dev pytał brata o miejsce jego pobytu? Lucian zacisnął palce napodłokietniku fotela. W tej samej chwili zauważył czerwoną plamę napalcu wskazującym. Zwinął dłoń w pięść.

– A wygdzie byliście?

Dev uniósł brwi.

Gabe odwrócił wzrok.

Lucian, kręcąc głową, parsknął cichym śmiechem.

– Słuchajcie, nie jestem ekspertem medycyny sądowej, ale mitowygląda nasamobójstwo.

– Tonagły zgon– stwierdził Gabe, a Lucian zastanawiał się, z jakiego serialu nauczył się tego terminu.– I tak otworzą śledztwo, zwłaszcza żenigdzie nie ma… listu.– Ruchem głowy wskazał na czystą powierzchnię biurka.– Chociaż żaden z nas jeszcze nie szukał. Cholera. Nie wierzę, że…

Lucian przeniósł wzrok naciało ojca.

– Dzwoniłeś doTroya?– Spojrzał naDeva.– Pewnie wyprawi pieprzoną imprezę. Dodiabła, powinniśmy świętować.

– Czy tymasz w ogóle poczucie przyzwoitości?– warknął Dev.

– Poważnie o topytasz w odniesieniu doojca?

Dev, nie chcąc okazywać emocji, zacisnął usta.

– Wiesz, coludzie o tym powiedzą?

– Czy wyraz mojej twarzy daje jakąkolwiek wskazówkę natemat tego, ile mnie toobchodzi?– zapytał cicho Lucian.– Lub kiedykolwiek obchodziło?

– Być może nie obchodzi, ale twoja rodzina nie potrzebuje, byporaz kolejny tarzano w błocie nasze nazwisko.

Wielu rzeczy tarodzina nie potrzebowała, ale kolejna plama naich reputacji była w tej chwili najmniejszym zmartwieniem.

– Może ojciec powinien pomyśleć o tym, zanim…– urwał, ruchem głowy wskazując nazwłoki.

Dev znów zacisnął usta. Lucian wiedział, żebrat musiał użyć całej swojej siły woli, bymu nie odpowiedzieć. Przez lata ćwiczył powściągliwość, jeśli chodziło o docinki braciszka.

Najstarszy mężczyzna milczał. Przeszedł obok dyndających nóg ojca i wyszedł z gabinetu, cicho zamykając zasobą drzwi.

– Powiedziałem coś nie tak?– drwił Lucian, unosząc brew.

Gabe posłał mu puste spojrzenie.

– Dlaczego torobisz?

Beztrosko wzruszył jednym ramieniem.

– A dlaczegóż by nie?

– Wiesz, jaki się staje.

Lucian dobrze o tym wiedział, ale czy wiedział toGabe? Chyba nie, boGabe nie chciał widzieć, codziało się, gdy perfekcyjnie wyćwiczona samokontrola brata pękała choćby nieznacznie.

Gabe ponownie zapatrzył się nate przeklęte wiszące nogi, poczym zapytał ponuro:

– Czy twoim zdaniem ojciec byłby dotego zdolny?

– Wygląda nato, żetak– odparł Lucian i skupił spojrzenie nabladych dłoniach wisielca.

– Niewiele jego decyzji mogłoby mnie zaskoczyć, ale samobójstwo?– Gabe uniósł dłoń i przeczesał włosy palcami.– Tonie w jego… stylu.

Lucian musiał się zgodzić. Lawrence z pewnością nie zrobiłby czegoś takiego, nie zostawiłby ich w spokoju.

– Może toklątwa.

– Poważnie?– Gabe zaklął pod nosem.– Zaczynasz mówić jak Livie.

Znów się uśmiechnął, gdy pomyślał o gospodyni. Pani Olivia Besson była dla nich jak druga matka i należała dotego domu niczym mury i dach, ale piekielna kobieta odznaczała się przesądnością godną marynarza podczas sztormu. Uśmiech natychmiast spełzł z jego twarzy.

Zapadła wymowna cisza, gdy obaj bracia wpatrywali się w wiszące zwłoki. Pierwszy odezwał się cicho Gabe, niemal jakby się martwił, żektoś go podsłucha:

– Obudziłem się, zanim zadzwonił Dev. Wydawało misię, żeusłyszałem coś nagórze.

Cholerny dech utknął w gardle Luciana.

– Poszedłem tam, ale…– Pierś brata unosiła się gwałtownie.– Wiem, jakie miałeś najutro plany, ale w tej sytuacji będziesz musiał jezmienić.

– Dlaczego?

– Dlaczego?– powtórzył, prychając zezdziwienia.– Nie możesz wyjechać dzień pośmierci ojca.

Lucian wcale nie widział w tym problemu.

– Dev zacznie szaleć.

– Dev nie wie, corobię– odparł Lucian.– Zapewne nawet się nie zorientuje, żemnie nie ma. Wrócę następnego ranka.

– Lucianie…

– Muszę tozrobić. Wiesz o tym. Nie ufam… Nie wierzę, żeDev wybrałby właściwą osobę. Nie mamowy, bym się odsunął i pozwolił mu zająć się wszystkim– powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem.– Dev może wierzyć, żesobie poradzi, mam togdzieś, ale jateż chcę mieć coś dopowiedzenia.

Gabe westchnął ciężko. Minęła chwila ciszy.

– Upewnij się lepiej, żetwój gość, który jest obecny w naszym domu pojmie w pełni, jak ważne jest milczenie w sprawie dzisiejszych wydarzeń.

– Oczywiście– mruknął, powoli podnosząc się z miejsca. Nie zdziwiło go to, żebrat wiedział, iż sprowadził dodomu kobietę.

Ściany mają uszy.

Gabe skierował się w stronę drzwi.

– Znajdę Deva.

Lucian przyglądał się wyjściu brata, a następnie skierował wzrok naciało ojca, szukając czegoś– czegokolwiek– w swoim wnętrzu. Szok, który poczuł powejściu dogabinetu, wyparował, zanim zdążył w pełni osiąść. Przecież ten człowiek go wychował, a gdy się powiesił, Lucian nie potrafił znaleźć w sobie choćby odrobiny żalu. Dwadzieścia osiem lat życia pod jednym dachem i nic. Nie poczuł nawet ulgi. Została tylko próżnia.

Ponownie spojrzał nawentylator sufitowy.

Czy Lawrence de Vincent sam się powiesił? Senior rodu przeżyłby ich wszystkich z czystej złośliwości.

Ale jeśli nie powiesił się sam, musiał mu pomóc ktoś inny i upozorować samobójstwo. Nie było toniemożliwe. Zdarzały się bardziej szalone rzeczy. Pomyślał o krokach, które słyszał. Czy mógł tobyć…

Zamknął nachwilę oczy i zaklął pod nosem. Czekała go długa i nieprzyjemna noc. A jutrzejszy dzień miał być jeszcze dłuższy. Kiedy wychodził z pomieszczenia, pochylił się, uniósł krawędź dywanika i przesunął go z dala odrozlewającego się napodłodze płynu.

Rozdział 2

Lucian wdrapał się pozacienionych schodach, biorąc podwa stopnie naraz. Nie zatrzymał się jednak w swoich pokojach. Wszedł jeszcze wyżej i przeszedł zamkniętym, choć chłodnym krużgankiem. Drogę oświetlały mu kinkiety rzucające światło jedynie kilka metrów przed niego.

Minął kilkoro odlat nieotwieranych drzwi, prowadzących dopomieszczeń, których służba nie chciała odwiedzać z kilku popieprzonych powodów, i zatrzymał się nakońcu korytarza. Spięły się mięśnie najego plecach, gdy wpatrywał się w białe wrota.

Przekręcił zimną gałkę. Uchylił drzwi i wszedł bezszelestnie napluszową wykładzinę. Otoczyła go woń róż. W pokoju paliło się światło– jedna z tych małych lampek o bladym odcieniu. Postać, która leżała nawielkim łożu z ręcznie rzeźbionymi kolumienkami, zdawała się zdumiewająco krucha i delikatna. Nie wyglądała jak wcześniej.

– Maddie?– zapytał. Jego głos zabrzmiał szorstko nawet w jego własnych uszach.

Żadnego ruchu czy dźwięku. Nic, comogłoby dać jakąkolwiek wskazówkę, żebyła przytomna czy świadoma jego obecności. Serce ścisnęło mu się tak mocno, żeżadna ilość alkoholu czy pieprzenia nie mogła nic temu zaradzić.

Nie było mowy, bykroki należały doniej.

Wpatrywał się w nią przez chwilę, poczym wyszedł i zamknął zasobą drzwi. Otarł twarz i chłodnym krużgankiem udał się naschody. Minął pusty pokój gościnny, który znajdował się tuż obok jego prywatnych pomieszczeń. Poczuł zupełnie inne napięcie, gdy otworzył drzwi doswoich pokoi. Przekroczył próg i zamarł.

Jego gość podniósł się z kanapy. Kobieta była całkowicie naga. Jedynie nastopach miała czarne szpilki. Cholera. Przesunął wzrokiem wzdłuż jej ciała, podążając zapalcami o czerwonych paznokciach, które sunęły pomiędzy piersiami, udając się niżej, aż dotarły dozbiegu ud.

– Długo cię nie było– powiedziała, a kiedy uniósł spojrzenie, dostrzegł, żeprzygryzała dolną wargę.– Pomyślałam więc, żezacznę bez ciebie.

Brzmiało tojak świetny sposób nazabicie czasu.

Miał niewielką ochotę zamknąć drzwi kopniakiem i zapomnieć o całym bałaganie nadole. Dodiabła, był przecież mężczyzną, a miał przed sobą bardzo ładną i bardzo nagą kobietę, która dotykała własnego ciała, ale…

Niech toszlag.

Nie mógł pozwolić sobie napójście tąprzyjemną drogą.

Skupił się więc najej nosie, sądząc, żebyło tonajbezpieczniejsze miejsce dozatrzymania wzroku.

– Złotko, z przykrością muszę…

Rzuciła się naniego jak pieprzony tygrys. Naprawdę przeskoczyła połowę pokoju. Złapał ją, zdziwiony. Nie było mowy, bypozwolił jej upaść. Był palantem, ale nie aż tak wielkim.

Swoimi długimi nogami objęła jego biodra, a jej ciepłe dłonie znalazły się najego policzkach. Nim zdołał zaczerpnąć tchu, przywarła dojego ust, wepchnęła język pomiędzy jego wargi w sposób, w jaki chciała, byon zanurkował pomiędzy jej uda. Najwyraźniej również poczęstowała się burbonem. Wyczuł jego smak.

Złapał zajej wąskie biodra, odsunął jąodsiebie i postawił napodłodze.

– Jezu– mruknął, stawiając krok w tył.– Nastudiach uprawiałaś biegi?

Podeszła, marszcząc brwi, gdy wyminął ją i pochylił się, bypodnieść jej niewielkie majtki. Obserwowała, jak zebrał też sukienkę.

– Corobisz?

– Choć doceniam entuzjastyczne powitanie, będziesz musiała wyjść.– Podał jej ubranie.

Opuściła ręce.

– Co?

Poszukując cierpliwości, której normalnie mu brakowało, wziął długi, głęboki wdech.

– Przykro mi, mała, ale musisz już iść. Coś miwypadło.

Zerknęła nadrzwi zajego plecami. Mógłby przysiąc, żestał w nich któryś z jego braci.

– Cotakiego?– zażądała odpowiedzi.

– Nic, cobyłoby twoją sprawą.– Kiedy nie pokusiła się o odebranie swoich rzeczy, cisnął jenakanapę.– Słuchaj, przykro mi, ale musisz wyjść.

Szczęka jej opadła, poczym rzuciła się poubranie.

– Nie możesz mnie wyrzucić.– Czy on mówił w innym języku?– Cokolwiek się dzieje, mogę poczekać…

– Nie, nie możesz, a janaprawdę nie mam natoczasu– przerwał jej ostrym tonem.

Wpatrywała się w niego przez chwilę, zaciskając usta, poczym powiedziała:

– No chyba sobie jaja robisz. Topopieprzone– rzuciła uniesionym głosem, a Lucian uświadomił sobie, żedostał odpowiedź napoprzednie pytanie. Jej piękno mimo wszystko nie sięgało zagłęboko.– Przywiozłeś mnie aż tutaj, sprawiłeś, żenad tobą pracowałam, a teraz mnie wyrzucasz?

– Pracowałaś nade mną?– Roześmiał się.– Kobieto, ledwie mnie dotknęłaś.

– Nie o tochodzi.

– Musisz stąd wyjść, bez względu nato, czy będę musiał wyciągnąć cię stąd nagą, jak cię Pan Bóg stworzył, czy się jednak ubierzesz. Osobiście jest mitoobojętne.– Podszedł doniej, kończąc tęrozmowę.– Ale mam przeczucie, żeczekający naciebie kierowca nie zechce mieć gołego tyłka nasiedzeniu swojego samochodu.

Zaczerwieniła się, gdy Lucian podszedł dobarku.

– Wiesz w ogóle, jak mam naimię?– zapytała.

Dolicha…

Nalał sobie alkoholu, wiedząc, żesytuacja posypie się lawinowo.

– Cindy, tydupku– warknęła.

Wychylając burbona, cieszył się, żebył nadobrym tropie, jeśli chodziło o jej imię. Odstawił szklankę i spojrzał nakobietę.

Cindy naciągała czarne koronkowe pończochy.

– Wiesz, ilu facetów dałoby się zabić, byznaleźć się natwoim miejscu?

– Jestem pewien, żetodługa lista– odparł oschle.

Porwała sukienkę z kanapy i spiorunowała go wzrokiem.

– Otak, mówisz szczerze.– Włożyła materiał przez głowę.– Wiesz w ogóle, kim jestem?

– Dokładnie wiem, kim jesteś.

– Nie znałeś mojego imienia, więc wątpię.– Wzięła leżącą nastoliku torebkę i zarzuciła jasne włosy zaramię.– Ale dowiesz się, gdy skończę…

Sapnęła, kiedy poruszył się szybciej, niż się spodziewała. Złapał jązakark.

– To, żenie pamiętałem imienia, nie oznacza, żenie wiem, kim jesteś.

– Ach tak?– szepnęła, opuszczając rzęsy.

– Jesteś chodzącym, oddychającym funduszem powierniczym, który przywykł dostawać odtatusia, cotylko zapragnie. Nie pojmujesz słowa „nie”, a w kwestii bezpieczeństwa cechuje cię absolutny brak zdrowego rozsądku.

– Tak bardzo się ode mnie różnisz?– Przysunęła się, zwilżając językiem dolną wargę.– Ponieważ brzmi totak, jakbyś mówił o sobie.

Pochylił głowę, spojrzał jej w oczy i zacisnął palce najej karku.

– Gówno o mnie wiesz. Nie istnieje nic, comogłabyś zrobić miczy mojej rodzinie, naconie potrafiłbym ci odpłacić trzy razy gorzej, więc zabieraj stąd te swoje małe groźby.

Położyła dłoń najego piersi i zamknęła oczy.

– Jesteś tego pewien?

Cholera.

Podniecało jąto.

Zniesmaczony, zabrał rękę z jej karku, aż się zatoczyła.

– Nie było cię tutaj. Nie znajdowałaś się tej nocy w pobliżu tego domu. Jeśli zasugerujesz komuś, żebyło inaczej, zniszczę cię– umilkł, upewniając się, żezrozumiała.– I zanim powiesz to, comasz nakońcu języka, chcę, byś pomyślała najpierw o tym, kim jestem i doczego jestem zdolny.

***

Cindy nie powiedziała ani słowa więcej. Zrozumiała i nie chciała dłużej sprawiać mu kłopotów.

Kiedy znalazła się bezpiecznie w samochodzie czekającym dotej pory zadomem, Lucian dołączył dobraci w salonie.

– Coś ci długo zeszło– powiedział Dev, przyglądając się mu.– A mimo tonie znalazłeś czasu, byzałożyć buty oraz włożyć dospodni cholerną koszulę?

Lucian, patrząc nabrata, zmrużył oczy.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że jest prawie piąta nad ranem? Wątpię, by ktokolwiek zwracał uwagę namój strój.

– Lucian marację– stwierdził Gabe, siadając nakanapie i jak zwykle bawiąc się w mediatora.– Naprawdę jest późno… lub wcześnie. Jego strój nie maznaczenia.

Dev przechylił głowę nabok.

– Byłeś u niej?

Przytaknął.

– Jest w tym samym stanie.

Gabe odgarnął włosy, ich końce sięgały mu prawie doramion. Ojciec nie znosił, gdy miał jetak długie. Twierdził, żesyn wyglądał jak… Jak on tomówił? „Obwieś”?

– Cozamierzacie zrobić, jeśli zaczną przeszukiwać dom i jąznajdą? Nawet Troy nic o niej nie wie.

– Nie mają kutemu podstaw– odparł Dev.– I nie mapowodu, byTroy o niej wiedział. Wystarczająco kiepsko…

– Cotakiego?– wciął się Lucian, czując rozpalający się w nim gniew, jakby ktoś przytknął zapałkę dobenzyny.– Że tu jest? Żeżyje?

– Zamierzałem powiedzieć, żewystarczająco kiepsko, że przez ostatnich pięć lat musieliśmy finansować nowe gabinety doktora Floresa, aby mieć pewność, żezachowa w tej sytuacji dyskrecję– rzekł nijako, zupełnie bez emocji Dev.– I kto wie, ile pieniędzy…– Zerknął nawejście, nim rozległo się pukanie dodrzwi.

Dev miał nadnaturalną zdolność wyczuwania, gdy w pobliżu znajdował się ktoś obcy. Tak naprawdę było toprzerażające.

Lucian usiadł obok Gabe’a, kiedy Dev poszedł otworzyć. Najmłodszy z braci uniósł ręce i otarł twarz.

– Kurwa.

– No właśnie– odparł Gabe.

Dev wrócił pochwili, a popiętach deptał mu detektyw Troy LeMere, wyglądający jakby dopiero co wyciągnięto go z łóżka, w którym baraszkował zeswoją młodą żoną. Brązowe spodnie miał pomarszczone jak umysł Luciana. Lekka kurtka nie kryła broni w kaburze przy pasku.

Poznali Troya pewnego lata, gdy przyjechali nawakacje z uniwersytetu znajdującego się napółnocy kraju. Wymknęli się z domu, byiść naboisko miejskie. Właśnie tam go spotkali i choć pochodzili z zupełnie innych środowisk, powstała pomiędzy nimi silna więź.

Przyjaźń tairytowała ich ojca domomentu, aż Troy skończył akademię policyjną. Potem chodziło jedynie o znajomości, ponieważ Lawrence spostrzegł, jak można było jewykorzystać.

Lucian czasami zastanawiał się, czy właśnie dlatego Dev nadal utrzymywał kontakty z Troyem.

– Cosię stało, chłopaki?– zapytał policjant, pocierając dłonią krótko przystrzyżone włosy. Żadnych kondolencji. Wiedział, byich nie składać.– Przez całą drogę zastanawiałem się, czy tonie jest żart.

– Dlaczego mielibyśmy żartować w takiej sprawie?– zapytał Dev.– I to o tak późnej godzinie?

Lucian przewrócił oczami, a Gabe mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, cobrzmiało podejrzanie podobnie do„japierdolę”.

Troy jednak przywykł już doDeva i poprostu go zignorował.

– Powiesił się?

– W gabinecie.– Dev przeszedł nabok.– Równie dobrze możesz pójść i sam zobaczyć. Zaprowadzę cię.

Troy nie zdradził się, żedoskonale wiedział, gdzie był gabinet, ale gdy mijał Luciana, posłał mu wymowne spojrzenie.

Lucian pokręcił nieznacznie głową.

Gabe westchnął ciężko i podniósł się z miejsca, gdy tamci zniknęli w korytarzu.

– Lepiej się ubiorę, nim Dev zda sobie sprawę, żenadal nie włożyłem koszuli.

Lucian prychnął.

– Jestem pewien, żematęświadomość, ale ruganie cię nie jest jego ulubioną rozrywką.

– Prawda, ale i tak pójdę.

Lucian przyglądał się wyjściu brata, poczym rozsiadł się i zarzucił rękę naoparcie kanapy. Troy i Dev szybko wrócili, minęło może z pięć minut.

Dev stanął przed jednym z wielu kominków, których nigdy nie używali, skrzyżował ręce napiersi i przybrał stoicki wyraz twarzy. Troy wyglądał nawstrząśniętego, ciemnobrązowa skóra nieco poszarzała, gdy przysiadł napodłokietniku najbliższego fotela.

– Muszę zadzwonić polekarzy medycyny sądowej, ale spróbuję poprosić o niewielką ekipę.

– Będziemy wdzięczni– odparł Dev.

Troy spoglądał naniego przez chwilę, poczym powiedział:

– Zanim ktokolwiek tuprzyjedzie i będzie cyrk, powiedzcie, cosię stało.

– Toznaczy?– Dev zmarszczył brwi.– Już ci mówiłem. Nie mogłem spać, więc zszedłem nadół i zobaczyłem światło. Znalazłem go.

– Chcesz mipowiedzieć, żenaprawdę wierzysz, żepopełnił samobójstwo?– zapytał Troy, unosząc brwi.– Znałem waszego ojca. Ten skurczybyk przetrwałby wybuch bomby atomowej, by…

– Przestań– ostrzegł ostro Dev.

Troy zmrużył oczy.

– Jak może tobyć coś innego, skoro wygląda nasamobójstwo?– wtrącił się Lucian, nim tarozmowa zabrnęłaby zadaleko, podobnie jak wszystkie z udziałem Deva. Poza tym pomówienia zawsze padały tylko z jednej strony.

Przyjaciel posłał mu znaczące spojrzenie.

– Gdzie byłeś?

– W Kasztanowym Ogierze. Przyjechałem tuchyba nieco podrugiej.– Informację o towarzyszce zatrzymał dla siebie. Nie musiał jej w tomieszać. – Przyszedłem nadół, gdy Dev domnie zadzwonił.

– Gabe?– Troy rozejrzał się popokoju.– Gdzie się podział?

– Poszedł się ubrać– odparł Lucian, kładąc łokcie nakolanach i się pochylając.– Powinien zaraz tuwrócić, ale mówię ci, stary, tak właśnie go znaleźliśmy.

Troy spojrzał natelefon, który miał przypięty dopaska, poczym podjął temat:

– Słuchajcie, wiecie, żemożecie mizaufać. Kiedy zjawią się medycy, nie odetną go tak poprostu i nie zapakują doworka. Zaczną przeprowadzać badania.

– Wiem– stwierdził oschle Dev.– Ojciec miał… miał ostatnio problemy, w głównej mierze dotyczące wuja. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Wiesz, jakie miał poglądy, jeśli chodziło o reputację.

Interesujące.

Lucian spojrzał nabrata. Tak, ich wujek, znamienity senator, został uwikłany w paskudny skandal z zaginięciem jednej… lub dwóch stażystek. Choć ojciec nie wydawał się poruszony tąsprawą. Bardziej przejmował się osobą znajdującą się dwa piętra wyżej. Tomiało więcej sensu.

– Przejrzeliście nagrania z monitoringu?– zapytał Troy.

– Te nazewnątrz nie zarejestrowały niczego podejrzanego. Nikt nie przyszedł ani nie wyszedł, z wyjątkiem Luciana– wyjaśnił Dev.– Kamery wewnątrz przestały działać już wieki temu.

Troy uniósł brwi.

– Totrochę podejrzane.

– Toprawda– dodał Lucian.– Psuły się bez względu nato, ile razy jenaprawiano. Coś powoduje zakłócenia. Tak samo jest, jeśli ktoś włączy tunormalną kamerę. Wydaje się, żedziałają jedynie aparaty w komórkach.

Troy zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby chciał wytknąć, jak głupio tozabrzmiało, ale Lucian nie ściemniał. Cholerny sygnał wideo nieustannie się rwał, żaden specjalista nie znalazł jeszcze przyczyny tego problemu. Oczywiście służba znała powód– nadprzyrodzone siły. Między innymi dlatego nie chcieli zostawać tunanoc.

– Wasz ojciec bardziej przejmował się swoim wizerunkiem niż tym, byzrobić coś dla tej rodziny– powiedział pochwili Troy, nacoDev nie mógł odpowiedzieć, bobyła toprawda.– Pojawią się pytania, Dev. Owartość rafinerii, o posiadłości, o Vincent Industries. Tomiliardy, prawda? Kto toodziedziczy?

– Gabe i ja– odparł bez wahania najstarszy z braci.– Tak ojciec zapisał w testamencie. Wątpię, byostatnio go zmienił.

Troy ruchem głowy wskazał naLuciana.

– A ty?

Mężczyzna zaśmiał się natopytanie.

– Dawno temu wykreślono mnie z rodzinnego interesu, ale nie martw się. Poradzę sobie.

– Super, teraz będę mógł spać spokojnie.– Ponownie spojrzał naDeva.– Chodzi mijednak o to, żeludzie zaczną zadawać pytania. Tosię rozniesie.

– Oczywiście, żetak.– Dev uniósł brwi.– Ale opinia publiczna dowie się, żezmarł z przyczyn naturalnych.

Troy parsknął śmiechem i wytrzeszczył oczy.

– Jaja sobie robisz?

– A wygląda, jakby tak było?– odparł oschle Lucian.

– Tak, mogę pociągnąć zakilka sznurków, ale wszystko zaraz się rozpieprzy.– Troy pokręcił głową.– Patolodzy nie wpiszą samobójstwa jako naturalną przyczynę zgonu.

Dev uniósł brwi.

– Zdziwiłbyś się, coludzie gotowi sązrobić.

Oszołomienie zniknęło z twarzy policjanta, gdy wpatrywał się w Deva, jakby sekundy dzieliły go odwymierzenia mu ciosu w głowę.

– Właściwie w ogóle bym się nie zdziwił, Devlinie.

– Rozumiemy, żemasz pracę dowykonania– wciął się Lucian, ignorując nagłe ostre spojrzenie, które posłał mu brat.– I nie chcemy, byś narażał naszwank całe śledztwo. Poradzimy sobie z tym, cokolwiek ktoś powie, czy pomyśli.

– Dobrze tosłyszeć, skoro nie wszyscy z was odziedziczą miliardy– odpowiedział beznamiętnie Troy, piorunując Deva wzrokiem.– Szczęściarz.

Dev zrobił coś niespotykanego, coś, czego Lucian nie widział oddłuższego czasu.

Diabeł się uśmiechnął.

***

Słońce wynurzało się zza horyzontu, gdy Lucian czekał w salonie. Ci, którzy wchodzili i wychodzili z gabinetu ojca, byli cisi, a jeśli już rozmawiali, robili toszeptem. Nazewnątrz nie błyskały żadne kolorowe światła. Zadano minimalną liczbę pytań. Dev wciąż był z Troyem, przekazując historię, którą chciał, byzanotowano i potem zasłyszano.

Lucian spojrzał z miejsca przy kominku napojawiającą się w drzwiach ekipę. Mężczyzna, który niósł nosze, miał czarną koszulkę polo z napisem „lekarz sądowy”.

Przyszła mu namyśl inna noc, z podobnym zakończeniem.

Tak naprawdę przypomniało mu się wiele nocy.

Usłyszał kobiecy krzyk. Obrócił się dowyjścia, w którym stała pani Besson, ściskając męża zarękę. Oboje byli bladzi.

– Cotusię dzieje?

Podszedł, złapał Richarda zaramię i zaprowadził oboje dojednego z wielu nieużywanych pokoi dziennych z dala odsalonu i gabinetu.

– Lucianie, cosię tudzieje?– zapytał Richard, wpatrując się w niego brązowymi oczami.

Opuścił ręce, zastanawiając się, jak im o tym powiedzieć. Nie powinni opłakiwać Lawrence’a, ale przecież był ich pracodawcą, więc odgrywał w ich życiu znaczącą rolę.

– Zdarzył się incydent.

Richard objął żonę w pasie, gdy kobieta uniosła rękę i położyła ją w miejscu, w którym siwe włosy miała zebrane w kok.

– Synu, mam przeczucie, żetobardzo duże niedopowiedzenie.

– Tak, można tak powiedzieć.– Lucian spojrzał nadrzwi i ścisnął ramię mężczyzny. Livie była ich gosposią, szefowała reszcie służby, troszczyła się o przeróżne sprawy. Jej mąż pełnił obowiązki lokaja, a także wszechstronnej złotej rączki. Para pracowała w ich domu, odkąd Lucian sięgał pamięcią, i dobrze wiedział, żeoboje cechowała stanowcza postawa, nawet jeśli mieli swoje poglądy naposiadłość czy ziemię. Mimo wszystko pracowali dla de Vincentów, byli częścią rodziny, troszczyli się o chłopców bardziej niż rodzice. Dodiabła, córka Livie i Richarda biegała niegdyś tymi korytarzami, była dla chłopców jak siostra, ale Lucian odlat nie widział Nicolette, nie spotkał jej, odkąd wyjechała nastudia.

– Lawrence powiesił się w gabinecie– wyznał.

Wokół oczu Livie pojawiły się drobne zmarszczki, gdy kobieta zacisnęła powieki i wymruczała pod nosem coś, cobrzmiało jak modlitwa. Jej mąż tylko patrzył naLuciana i pochwili zapytał:

– Toprawda?

– Najwyraźniej.– Nie można było mieć wątpliwości, cowyrażała twarz Richarda. Minę miał podobną doTroya. Najego obliczu widoczne było wahanie, które znajdowało się w głębi duszy każdego z nich. Nagle wyczerpany Lucian przeczesał włosy palcami.

– Lucianie!– zawołał z korytarza Gabe.– Musimy z tobą porozmawiać.

Odstąpił odpary.

– Jeśli potrzeba wam czasu…

– Nie– odparła Livie.– Nic nam nie jest. Jesteśmy tudla was, chłopcy.

Uśmiechnął się sztywno.

– Dziękuję– powiedział z wdzięcznością.– Przez dłuższy czas nie zbliżałbym się dogabinetu ojca.

Richard skinął głową.

– Nadal planujesz rankiem wyjechać.

– Muszę.

– Wiem.– Richard poklepał go poramieniu i posłał ponury uśmiech.– Będę pilnował włości, jak długo zdołam.

Lucian uścisnął lekko dłoń starszemu mężczyźnie i podszedł dobrata. Kiedy dotarł doGabe’a, zobaczył czekającego naniego w korytarzu Troya. Deva nie było.

– Czy chcę w ogóle wiedzieć, comacie dopowiedzenia?

Gabe pokręcił głową.

– Pewnie nie.

Troy odezwał się cicho:

– Kiedy zdjęto zwłoki z wiatraka, rozwiązano pasek. Zapewne tego nie widzieliście, ponieważ wisiał i pasek był zaciśnięty, ale…

Luciana przeszył dreszcz, gdy spojrzał nabrata.

– Ale co?

– Naszyi waszego ojca znajdują się ślady.– Troy westchnął głęboko.– Wokół paska. Wyglądają jak zadrapania. Tomoże oznaczać tylko dwie rzeczy. Albo w trakcie popełniania samobójstwa rozmyślił się, albo ktoś inny zacisnął mu ten pasek naszyi.

Rozdział 3

– Dlaczego musisz mnie zostawiać?– zapytała smętnie Anna. Tupnęła odzianą w szpilkę stopą i wydęła dolną wargę, a jasnoniebieski alkohol wylał się zeszklanki.– Kto będzie słuchał mojego marudzenia nasąsiadów albo obiektywnej oceny przystojnych farmaceutów z apteki?

Julia Hughes roześmiała się nasłowa współpracowniczki– cóż, oddwóch godzin byłej współpracowniczki. Były tuwraz z kilkoma pielęgniarkami i innym personelem z centrum medycznego, znajdującego się kilka przecznic odbaru, gdzie urządzili niewielką imprezę pożegnalną, która przerodziła się w zabawę „kto będzie mieć rano największego kaca”.

Julia stawiała naAnnę.

– Wciąż masz Susan. Lubi słuchać o twoich udrękach i też rzuci okiem nafarmaceutów.

– Wszyscy lubią nanich patrzeć, ale nanaszym piętrze tylko tybyłaś singielką. Pozostaje miwyobrażać sobie, jak się z nimi umawiasz i uprawiasz ostry seks, poktórym śmiesznie chodzisz.

Niemal krztusząc się szampanem, Julia opuściła kieliszek.

Anna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i pociągnęła spory łyk.

– I nie mogę próbować umówić Susan z którymś z nich.

– Szczęściara z niej, te randki nigdy dobrze się nie kończą– wytknęła Julia. Spotkania okazywały się nudne, bez żadnych punktów kulminacyjnych. Między partnerami brakowało chemii, z pewnością nie było też ostrego seksu, poktórym następnego dnia trzeba było brać środki przeciwbólowe.

Julia pochyliła się i położyła łokcie naokrągłym, wysokim stoliku. Muzyka rockowa była coraz głośniejsza, ich grupa rozpierzchła się pocałym lokalu. Tort, który przyniosła jedna z osób, został zjedzony już chwilę poodpakowaniu.

– Będzie miwas brakowało– powiedziała, wzdychając głęboko.

– Nie wierzę, żenaprawdę torobisz.– Anna przysunęła się, również ciężko oddychając.

Prawdę mówiąc, Julia sama nie mogła uwierzyć, żeporzuciła bezpieczną, stabilną pracę pielęgniarki i postanowiła zostać opiekunką niepełnosprawnej osoby w zupełnie innym stanie, ba, nawet w zupełnie innej strefie czasowej. Decyzja była tak niespodziewana, żerodzice pomyśleli, iż zbyt wcześnie dopadł jąjakiś kryzys wieku średniego.

Zdecydowała się natopoopróżnieniu butelki wina i… z powodu desperacji, z głębokiej potrzeby, byzmienić coś w swoim życiu. Prawie zapomniała już o złożeniu podania doagencji, więc zdziwiła się, gdy zadzwoniono doniej w zeszłym tygodniu. Okazało się, żeczekała nanią praca w Luizjanie, a proponowane wynagrodzenie niemal ścięło ją z nóg.

Instynktownie chciała odmówić, ale nie posłuchała głupiego głosu, który nie dawał jej spać i sprawiał, żekażdy jej krok był starannie przemyślany i zaplanowany. Podpisała więc tysiąc formularzy, w tym klauzulę poufności, której wymagała agencja. Dziś był jej ostatni dzień w centrum medycznym, gdzie pracowała odtrzech lat. Oznaczało torównież, żedziś był ostatni dzień jej rutyny, ponieważ zdecydowała się nacoś, cobyło nie dopomyślenia.

Cóż, przynajmniej dla niej była towielka zmiana, bodotej pory żyła, jakby ciągle się bała. Niczego szczególnego, ale praktycznie wszystkiego. Bała się wyjechać nastudia, bała się jeskończyć i podjąć „prawdziwą” pracę. Bała się latać. Bała się jeździć autostradami. Bała się iść napierwszą randkę, choć toakurat była słuszna obawa, skoro decyzja taokazała się najgorszą w jej życiu. Bała się również odejść odosoby, która każdego dnia rozbijała jąnamałe kawałeczki.

Obawy te nie oznaczały, że z nimi nie walczyła, ale zazwyczaj przesadnie wszystko analizowała. Utrudniało jej tożycie, sprawiało, żetrudno jej było dokończyć rozpoczęte sprawy.

Nie chciała już tak żyć– jakby była siedemdziesięciolatką, która trzy lata wcześniej pochowała swojego ukochanego, zamiast się z nim rozwieść. Odrozstania czuła się, jakby się poddała, jakby dała się pochłonąć ciemności.

Ale skończyła z tym.

Większość jej rzeczy została wysłana doLuizjany, a jutro sama miała wsiąść napokład samolotu.

– Jestem z ciebie dumna– powiedziała Anna, przysuwając się doniej.– Będę cholernie zatobą tęsknić, ale jestem dumna.

– Dziękuję– odparła bezgłośnie, gdy łzy napłynęły jej dooczu. W ciągu kilku ostatnich lat zbliżyły się dosiebie. Anna była świadoma tego, przez coJulia przeszła zeswoim byłym, i wiedziała, jak ważna była dla dziewczyny tasprawa.

Anna przysunęła się jeszcze bardziej, bypocałować przyjaciółkę w policzek. Położyła też podbródek najej ramieniu.

– Októrej masz lot?

– Odziesiątej, ale muszę wcześnie wstać, bydojechać nalotnisko.

– Ale nie musisz rano pracować, więc wiesz, cotooznacza?– Wyprostowała się i podsunęła jej kieliszek doust.– Musimy się napić i zacząć wygłupiać, nim skończymy zapłakane w kącie jak dwie frajerki. Przecież tego nie chcemy.

– Nikt tego nie chce.– Uśmiechnęła się, dobrze się bawiąc. Tak jakby. Julia rzadko piła, głównie dlatego, żenie podobała jej się wizja utraty kontroli nad sobą. W domu zazwyczaj sączyła wino. Dokończyła więc pierwszy kieliszek szampana, a w połowie drugiego zaczęła czuć radosny szum w głowie.

Dosiadły się donich inne pielęgniarki. Anna poszła nadrugi koniec baru pograć w rzutki. Julia próbowała śledzić jąwzrokiem, ale było coraz później, a tłum klientów gęstniał. Cojakiś czas migała jej blond fryzura przyjaciółki, tak samo jak czupryna grającego z nią mężczyzny. Był wysoki, choć wszyscy stojący obok Anny tacy się wydawali. Ciemna koszulka naciągała się naszerokich ramionach, gdy unosił rękę dorzutu. Nawet z miejsca, w którym znajdowała się Julia, można było dostrzec, jak umięśnione miał bicepsy.

Kimkolwiek był, miał fajne plecy.

Anna była mężatką, i toszczęśliwą w swoim związku. Była otwarta, szybko się zaprzyjaźniała. Julia kręcąc głową, ponownie skupiła się naswoich towarzyszkach. Koleżanki rozmawiały o właścicielach, którzy z początkiem roku przejęli placówkę. Wszystkie się przejmowały, niepewne, cooznaczała dla nich zmiana szefostwa. Julia nie musiała się już martwić, ale ulżyło jej, żenowi przełożeni zdawali się wiedzieć, corobili.

Dziewczyna nigdy nie była natakim wyjeździe, więc nie miała pewności, cobędzie jączekać pozakończonym kontrakcie i czego spodziewać się ponowych pracodawcach. Odpowiadała przed agencją, która jązatrudniła, ale również przed rodziną, dla której miała pracować.

Bawiąc się podstawą kieliszka, odsunęła odsiebie rozważania o jutrze. Cozrozumiałe, denerwowała się, ale nie mogła sobie pozwolić napanikę. Gdyby poddała się obawom, zastanawiałaby się nad swoją decyzją. W tej chwili było zapóźno, byjązmienić…

– Julio!– zawołała Anna, poczym złapała jąodtyłu zarękę.– Musisz kogoś poznać.

OBoże.

Ilekroć Anna mówiła, żeJulia musi kogoś poznać, okazywało się, żebył toekscentryk, doktórego dziewczyna nie bardzo chciała się zbliżać. Zdusiła jęk, obróciła się powoli i niemal upuściła kieliszek, gdy przeniosła wzrok z zarumienionej ekscytacją twarzy przyjaciółki nastojącego obok niej mężczyznę.

Wytrzeszczyła oczy, przyglądając się nieznajomemu. O Boże… czuła się tak, jakby nie była zdolna doracjonalnego myślenia. Tobył ten sam facet, z którym Anna grała w rzutki. Wiedziała o tym, bobył wysoki i miał nasobie tęsamą ciemną, z podwiniętymi rękawami koszulkę, która okazała się termoaktywna. Jego wysoki wzrost był zauważalny nie tylko dlatego, żestał w tej chwili przy drobnej Annie, lecz także dlatego, żebył o trzydzieści centymetrów wyższy niż Julia, a ona przecież nie była niska.

Mężczyzna wyglądał absolutnie oszałamiająco.

Miał w sobie surowość. Wysokie i szerokie kości policzkowe, pełne wargi z ładnym łukiem Kupidyna. Niewielki zarost pokrywał wykutą jakby z marmuru żuchwę. Złotobrązowe włosy kręciły się nieco u góry, choć pobokach miał jekróciutko przycięte. Mogła się założyć, że w świetle dnia kosmyki te były równie jasne, jak włosy Anny. Bazując nawyobrażeniu, comogło znajdować się pod koszulką i ciemnymi jeansami, Julia pomyślała, żejego ciało było tak samo powalające jak jego twarz.

Ate oczy okolone nieprawdopodobnie gęstymi rzęsami? Stanowiły najpiękniejszą mieszankę błękitu i zieleni, przywodząc dziewczynie namyśl ciepły ocean i lato.

Mężczyzna stał, wpatrując się w nią tymi oczami, i choć jego postawa była swobodna, odniosła dziwne silne wrażenie, żebył skoncentrowany i gotowy doataku.

Anna znalazła tego gościa pod tarczą dogry w rzutki? Julia musiała poświęcić zabawie więcej czasu, jeśli trafiali się w niej tacy…

– Julia, Jules, to…– Niebieskie oczy Anny lśniły ekscytacją, gdy obróciła się kunajprzystojniejszemu facetowi, jakiego Julia kiedykolwiek widziała.– Przepraszam, mógłbyś powtórzyć, jak masz naimię?

Jak, u licha, Anna zdołała zapomnieć? Julia sądziła, żekiedy jeusłyszy, nazawsze utrwali się ono w jej pamięci.

Mężczyzna uśmiechnął się, coJulia odczuła całym ciałem, odczubka głowy aż pokoniuszki palców u stóp, a zwłaszcza w brzuchu. Jego uśmiech był krzywy, lewa strona ust unosiła się wyżej niż prawa, cosprawiło, żejej serce zgubiło rytm.

– Taylor.

Rety…

Ten głos.

Głęboki i gładki, z nutą prawdopodobnie południowego akcentu. Julia nie miała codotego pewności, ale mimo toTaylor był bardzo seksowny.

– Taylor! Właśnie.– Anna uśmiechała się jak kot, który pożarł właśnie całe stado kanarków.– Tak czy inaczej, tobardzo urocza i samotna Julia, o której ci opowiadałam.

Czy powiedziała totak, jak tozabrzmiało? Bardzo samotna? Anna była pijana? Nie zauważyła wyglądu tego faceta? Nie żeby Julia była paskudna. Jej matka twierdziła niezmiennie, żedziewczyna miała symetryczną twarz. Mało tego, wiele osób komentowało jej włosy. Naprawdę wiele. Niektórzy nawet ich dotykali, cobyło dziwne, ale tonie mawiększego znaczenia. Były długie i gęste, spływały falami poniżej jej biustu. Dzisiaj spięła je w kok. Popracy miała czas jedynie naszybką zmianę stroju i nic więcej. Tak czy owak, wiedziała, żewyglądała przyzwoicie, choć nie jak modelka– nie była kobietą, którą można było wyobrazić sobie u boku Taylora. Nie była wysoka ani drobna. Nie była też szczupła, lecz zaokrąglona wewszystkich „właściwych” miejscach. Miała figurę, która już dawno wyszła z mody.

– Hej.– Mężczyzna wyciągnął rękę.– Bardzo mimiło.

Opuściła wzrok najego dłoń, poczym ponownie spojrzała najego twarz. Krzywy uśmieszek poszerzył się, gdy mężczyzna czekał, lecz Julia tylko stała, gapiąc się naniego jak idiotka. Otrząsnęła się z otępienia i zdołała wyciągnąć rękę.

– Miło mi.

Palce zamknęły się mocno wokół jej dłoni.

– Przynieść ci coś dopicia?

– Tak– odpowiedziała zanią Anna.– Z pewnością możesz przynieść jej drinka.

Julia miała ochotę zabić przyjaciółkę.

Taylor przygryzł dolną wargę.

– A cobyś chciała?

Wybąkała nazwę drinka, którego chyba nigdy wcześniej nie piła, i uświadomiła sobie, żewciąż nie puścił jej ręki.

Przysunął się i pochylił głowę tak nisko, żejego usta wyrównały się z jej uchem. Kiedy się odezwał, jego oddech owiał jej kark, przez coprzeszył jądreszcz.

– Nie uciekaj.

Dech uwiązł jej w gardle.

– Nie ucieknę.

– Obiecujesz?– Lekko ścisnął jej dłoń.

– Tak– odparła.

– Dobrze.– Odsunął się, ale przez chwilę nadal patrzył w oczy dziewczyny.– Zaraz wracam.

Dopiero wtedy jąpuścił.

Mocno oszołomiona, przyglądała się, jak odwrócił się napięcie i poszedł w kierunku baru, a ludzie rozstępowali się przed nim jak przed Bogiem. Przez całe dwadzieścia siedem lat swojego życia nigdy nie widziała tak atrakcyjnej osoby.

– Boże, chyba miałam orgazm nasam jego widok– powiedziała Anna.

Julia spojrzała nanią szeroko otwartymi oczami.

Klasnęła, aż przyjaciółka podskoczyła.

– Gdzie go znalazłaś?– zapytała Julia.– Zamówiłaś go z katalogu pod tytułem Spełnienie fantazji?

Anna zachichotała.

– Poszłam dobaru, dodam, żepowodę, a on zaproponował grę w rzutki. Oczywiście się zgodziłam. Musiałam, bochciałam sprawdzić, czy był prawdziwy.– Julia całkowicie torozumiała. Jej również trudno było uwierzyć, żemężczyzna był rzeczywisty.– Tak czy siak, zagrałam z nim, i wiesz co?

– Co?– Uniosła spojrzenie ponad jej głowę, byspojrzeć nastojącego przy barze Taylora.

Anna ponownie złapała jązarękę.

– Pytał o ciebie.

– Co?

Skinęła głową.

– Zapytał: „Kim jest tapiękna kobieta, z którą wcześniej rozmawiałaś?”. Chodziło mu o ciebie. Onikogo innego. Towłaśnie dlatego zaproponował mitęgrę. Wykorzystał mnie.– Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.– I zupełnie mitonie przeszkadza. Wiesz dlaczego?

Julia miała problemy z przetworzeniem tych informacji.

– Dlaczego?

– Ponieważ się tobą interesuje, a totwoja ostatnia noc w tym mieście, więc pójdziesz, gdziekolwiek zechce, i zrobisz, cokolwiek zapragnie. Wszystko.– Przysunęła się i ściszyła głos:– Nawet anal. Otak, pozwalam ci.

– Boże.– Roześmiała się Julia.– Zwariowałaś. Nawet go nie znam…

– Moje słodkie, niewinne dziecko– powiedziała Anna, nacoJulia zmarszczyła brwi.– Nie musisz go znać, byiść z nim nacałość. Mężczyzna jest boski. Przystojny, jakby nie był człowiekiem, a tacała gra w rzutki, gdy zerkał naciebie…

Serio?

– Tonie może być prawda.

– Tojest prawda. Julio, wiem, żeprzeszłaś posuchę, naprawdę długą, a twój były był dupkiem, ale czas, byś rozwinęła sprośne skrzydła i poleciała swobodnie, kochana. Ten mężczyzna, ten seksowny samiec…

– Przestań.– Serce jej przyspieszyło, gdy zobaczyła Taylora przemierzającego lokal.– Wraca tu.

Anna zamknęła usta, ale spojrzała wymownie, jakby chciała powiedzieć, żenie wybaczy przyjaciółce, jeśli taspieprzy tęsytuację. Julia nie miała czasu zastanowić się nad tym wszystkim, ponieważ Taylor podszedł doAnny i podał jej pachnący owocami alkohol.

– Cieszę się, żejesteś tu, gdzie cię zostawiłem– powiedział, opierając się o stolik.– Martwiłem się, żeuciekniesz.

– Nie– odparła Julia, zerkając bezradnie nakoleżankę.

– Tak– rzucił z uśmiechem.

Coniby miała teraz powiedzieć? Lub zrobić? Dzięki Bogu, ubrała się w uroczą krótką czarną sukienkę, tę z wyższym stanem i rękawami trzy czwarte. Ciuch był stary, ale zawsze dobrze w nim wyglądała. Gdyby tylko włożyła ładniejszą bieliznę niż bawełniane majtki w czaszki…

Boże.

Dlaczego w ogóle o tym pomyślała?

Facet nie zobaczy przecież jej bielizny.

Julia zauważyła, żeAnna wycofywała się powoli, zostawiając ich samych.

Upiła łyk i zdecydowała się naodpowiedź, dzięki której nie wyszłaby naidiotkę.

– Dlaczego tak myślisz?

Naprawdę było tonajlepsze, copotrafiła wymyślić.

– Szczerze?– Opuścił powieki, nieco przysłaniając te niesamowite oczy.

– Wyglądałaś nawystraszoną.

Ponownie się zarumieniła.

– Tobyło aż tak widoczne?

– Boisz się więc?– zapytał i uniósł butelkę piwa doust.

Choć nie było tozabardzo możliwe, jeszcze mocniej się zarumieniła.

– Nie powiedziałabym, żesię boję. Tylko… jestem zdziwiona.

– Nie mam pojęcia, dlaczego miałabyś się dziwić– odparł, poczym upił kolejny łyk.– Zauważyłem cię zaraz powejściu. Jestem pewien, żenie tylko ja. Jesteś oszałamiająca.

Okej…

Był dobry, naprawdę dobry. Powiedział to, jakby naprawdę tak myślał. Zwykle nie była łasa nakomplementy, ale pochlebstwo z jego ust? Mogła się skusić.

– Miło z twojej strony– powiedziała i upiła spory łyk napoju, który jej zamówił.

– Nie jestem miły, mówię prawdę.– Obrócił się doniej i postawił butelkę nastoliku.– Twoja koleżanka powiedziała mi, żewszystkie jesteście pielęgniarkami.

Kiwnęła głową, napominając się w duchu, bypić powoli, ponieważ wyczuła w mieszance alkohol.

– Tak. Pracujemy w centrum medycznym niedaleko stąd. Cóż, jatam pracowałam. Dodziś.

– Anna powiedziała coś podobnego– stwierdził.– Żetotak naprawdę impreza pożegnalna.

– Tak.– Upiła łyczek.– Jutro wyjeżdżam z miasta… zestanu.

– Poważnie? A dokąd?– Najego twarzy pojawiło się zaciekawienie.

Niemal palnęła, żedoLuizjany, ale ugryzła się w język. Popierwsze nie znała tego przystojniaka, a podrugie podpisała klauzulę poufności. Jedynymi ludźmi, którzy wiedzieli, dokąd dokładnie się udawała, byli jej rodzice. Anna znała tylko nazwę stanu.

– Przyjęłam posadę naPołudniu– odpowiedziała w końcu i szybko zmieniła temat.– A ty? Mieszkasz w tych okolicach?

Wziął butelkę i pokręcił głową.

– Przyjechałem w interesach. Przeprowadzam badania.

– Badania?– Był lekarzem czy dziennikarzem? A może pisarzem?

Upił łyk piwa.

– Zawsze zajmowałaś się opieką nad niepełnosprawnymi?

– Nie. Postudiach pracowałam w pogotowiu– wyznała, zerkając przez ramię. Nie widziała już Anny.– Spędziłam tam ponad dwa lata.

– Wow. Tomusiało być wymagające.

– Tak. Toznaczy, czasami miałam doczynienia z boleściami brzucha, które okazywały się poważne, ale zazwyczaj była togrypa czy niestrawność. Bywały też trudne dni.

Wdość pochłaniający sposób omiótł wzrokiem jej twarz, pozostawiając jąbez tchu, poczym ponownie skupił się najej oczach.

– Dlaczego więc zrezygnowałaś?

Ztrudem przełknęła ślinę, uniosła szklankę i upiła kolejny łyczek. Nie chciała powiedzieć, żegdy odeszła odmęża, wyjechała z miasta, w którym mieszkali, i porzuciła tamtejszą pracę. Choć i tonie powstrzymało Adama przed próbami kontaktu cokilka miesięcy. Próby ustały, kiedy w końcu zmieniła numer telefonu. Nowego nie dała żadnemu zewspólnych znajomych. W głębi duszy wiedziała, żebyły mąż dowie się o wyjeździe, botaki właśnie był. Żołądek skurczył się jej natęmyśl.

Cholera, traciła dobry nastrój.

Odepchnęła odsiebie ponure myśli.

– Chciałam spróbować czegoś nowego i być bliżej rodziny.

– Rodzina jest dla ciebie ważna?

– Tak. Jestem jedynaczką, więc byłam rozpieszczana.– Jej żołądek znów się skurczył, gdy mężczyzna się roześmiał. Dźwięk jego śmiechu był głęboki i przyjemny. Miała wrażenie, jakby siedziała w wagoniku kolejki górskiej, który wjechał nawierzchołek wzniesienia, skąd mógł jedynie spaść w dół.– Dobra, nie byłam aż tak rozpieszczana, ale zżyłam się z rodzicami. Todobrzy ludzie.

– I mają szczęście– powiedział.– Niewiele osób może powiedzieć tosamo.

– A ty?

– Nie jestem jedną z nich.

– Oj.– Zamrugała.– Przykro mitosłyszeć.

Odchylił się nabok, przez chwilę wpatrując się w nią intensywnie.

– Powiedziałaś to w taki sposób, jakbyś naprawdę tak myślała.

– Bomoże tak myślę– zasugerowała.

– Często współczujesz nieznajomym?

– Tak. Każdy powinien.– Odsunęła się, gdy ktoś przechodził obok ich stolika, wbijając sobie futerał telefonu w biodro.– Przynajmniej w towierzę.

– Zgadzam się.

– Dobrze, bo…– urwała, gdy wyciągnął rękę i odsunął jej z twarzy kosmyk włosów, który wymknął się z koka. Rozchyliła usta i lekko westchnęła, kiedy założył jej go zaucho.

– Naprawione– powiedział, opuszczając rękę, przy czym musnął palcami jej szyję.– Chociaż przypuszczam, żeładnie ci z rozpuszczonymi włosami.

Zarumieniła się. Nie miała pojęcia, jak mu odpowiedzieć, czując nadal delikatny niczym szept dotyk naskórze.

– Zawsze chciałaś być pielęgniarką?– zapytał.

Minęła dłuższa chwila, nim zdołała odpowiedzieć:

– Chciałam… chciałam być weterynarzem, jak tata, ale nie mogłabym uśpić żadnego zwierzaka.

– Tak, totrudne. Jateż bym nie mógł.

– Masz… masz jakieś zwierzęta?– dociekała, choć poczuła się głupio. Nie lepiej było zapytać o ulubioną drużynę? Miała jednak nadzieję, żerozmowa nie potoczy się w tym kierunku, ponieważ nie była fanką żadnych sportów.

– Nie. Rzadko bywam w domu. A ty?

– Jateż nie, ale pewnego dnia chciałabym mieć pupila. Zawsze marzyłam, byzałożyć schronisko.– Ponownie się roześmiała, tym razem czując się pewniej, choć nie miała pojęcia, dlaczego o tym mówiła.– Wiesz, kiedy wygram naloterii te zupełnie zbędne miliony.

Uśmiechnął się.

– Właśnie natobyś jewydała?

– Tak. Nacoinnego miałabym jewydać?– Coprawda miała też niezdrową obsesję napunkcie torebek odprojektantów, naktóre nie było jąstać, ale akurat o tym nie musiał wiedzieć.

– Jakie zwierzęta miałabyś w tym schronisku?

– Wszystkie.

– Nawet złote rybki?

– Tak, gdyby tylko potrzebowały pomocy– odparła z uśmiechem.

Przysunął się.

– A węże?

– Tak, a nawet gryzonie. Każde życie jest cenne.

Uniósł brwi w zdziwieniu.

– Okej, więc jesteś pobożna, wolisz weganizm lub ćwiczysz aikido?

Zachichotała, pokręciła głową i odwróciła wzrok.

– Nie, ale słyszałam to w odcinku The Walking Dead. Przykro mi. Lubię mięso, nie jestem pobożna i aż tak niebanalna.

Taylor roześmiał się, a Julia musiała walczyć, bygłośno nie westchnąć. Miał taki ładny śmiech.

– Cholera. Cieszę się, słysząc o wszystkich trzech rzeczach.

Rozejrzała się, ale nadal nie potrafiła odnaleźć przyjaciółki. Gdzie, u licha, podziała się Anna?

– Podoba ci się praca asystenta osoby niepełnosprawnej?– zapytał, a kiedy naniego spojrzała, swój wzrok skierowała najego usta. Nie potrafiła nie zastanawiać się, w jaki sposób odczuwałaby jenaswoich wargach oraz w różnych innych miejscach.

Całe jej ciało stanęło w ogniu. Boże, nie pamiętała, kiedy ostatni raz jej organizm zareagował w ten sposób nakogoś, kto jej praktycznie nawet nie dotknął. Była tylko z Adamem i choć seks był w porządku, sama myśl o nim nie sprawiała, żeserce kołatało jej tak mocno jak w