Lucinella - Lore Segal - ebook
Opis

Lucinella” zaczyna się jak klasyczna satyra na środowisko literackie. Od pierwszego zdania wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z książką obśmiewającą mieszkańców słynnej kolonii pisarskiej Yaddo pod Nowym Jorkiem. Segal ukazuje zamkniętą społeczność poetów, krytyków i wydawców, których trawią jednakowe koszmary, lęki i nadzieje. Tytułowa bohaterka miota się pomiędzy nudną codziennością a własnym wyobrażeniem o sobie jako pisarce, między pragnieniem a niemożnością tworzenia. „Lecz początkowy realizm opowieści wkrótce topnieje” – pisze Barbara Kopeć-Umiastowska. – „Do akcji wkraczają Zeus i Hera, krytycy literaccy przemawiają z Olimpu, dyskusje panelowe zamieniają się w teatr awangardowy, a narratorka w różnych towarzyskich sytuacjach występuje równocześnie dodatkowo w dwóch osobach – jako Lucinella młodsza i Lucinella starsza.”

A zatem baśń? Owszem. Eksperyment literacki? Jak najbardziej. Zarazem jednak błyskotliwa i inteligentna opowieść o akcie tworzenia i sposobach istnienia literatury.

„Bezwstydnie udana powieść, tak bezbłędna, że czytanie jej równe jest obcowaniu z doskonałością.” - Stanley Elkin, Goodreads

„Segal śmiało pływa po nieznanych wodach, nurkując głęboko w codzienności i ciągle zmieniającym się umyśle. «Lucinella» jest zarówno kapryśną podróżą myśli i fantazji, jak i refleksją nad własnym ego.” - Rachel B. Glaser, „The Independent”

„Ta dowcipna, lekko opowiedziana historia jest (...) podszyta świadomością chaosu, jakim jest nasza współczesność.” - Jerzy Jarniewicz

Lore Segal (1928) – amerykańska pisarka żydowskiego pochodzenia. Urodzona w Wiedniu, skąd po anszlusie wyemigrowała do Anglii, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. W latach 1968–1996 wykładała twórcze pisanie m.in. na Columbia University School of the Arts in Princeton. Jest autorką pięciu powieści. Pierwsza, „Other People’s Houses”, ukazała się w 1964 roku, ostatnia – „Half the Kingdom” – w 2013. Jej opowiadania, zebrane w trzech tomach („The Reverse Bug”, „Other People’s Deaths”, „Making Good”), publikowane były na łamach „New Yorkera”. Segal dała się poznać również jako autorka literatury dziecięcej. Współpracowała z Maurice’em Sendakiem. Jest finalistką Nagrody Pulitzera oraz laureatką kilkunastu innych nagród literackich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis rzeczy
Karta redakcyjna
Dedykacja
***
LUCINELLA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
Nota tłumaczki
Posłowie
Przypisy
Seria „Z Kraju i ze Świata”
Tytuł oryginału Lucinella
First published by Farrar, Straus and Giroux, 1976 Copyright © Segal, Lore Groszmann Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2018 Copyright © for the Polish translation by Magda Heydel, 2018 Posłowie: Copyright © by Barbara Kopeć-Umiastowska, 2018
Wydanie pierwsze, elektroniczneWrocław 2018
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Seria:Z Kraju i ze Świata
Redaktor prowadząca: Anna Krzywania
Redakcja:Maciej Robert
Korekta:Anna Gądek, Inez Kropidło
Redakcja techniczna: Stanisława Trela
Projekt okładki: Przemek Dębowski
Ilustracja wykorzystana na okładce: Italy, Genoa. Science Festival, Exhibition on Mirrors Ferdinando Scianna / Magnum Photos / Forum
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: | manufaktu-ar.com
Konwersja:eLitera s.c.
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37 50–139 Wrocławwydawnictwo@ossolineum.plwww.wydawnictwo.ossolineum.pl
ISBN 978-83-65588-91-3

Niezmiennie i znowuDavidowi

Lucinella

przeprasza

świat za to,

że go używa

– Co się dzieje, Maurie?

Maurie mówi, że tydzień temu przespał się z poetką, która pod poduszką trzymała zaostrzony ołówek. Przy śniadaniu zatknęła go sobie za ucho. A dziś przysłała mu wiersz.

(Na pewno nie ma na myśli mnie, tyle wiem. Ja nigdy nie spałam z Maurie’em, a ołówki zawsze noszę w kieszeni).

– Prawda, że to świństwo, zrobić coś takiego przyjacielowi? – pyta.

– Ale Maurie! Co biedna poetka ma zrobić ze swoimi przeżyciami? Zabrać ze sobą z powrotem do łóżka? Wkleić do dziennika? Zjeść? Przecież ona chce tylko jednego. Pisać!

– O światku literackim, oczywiście – odpowiada Maurie.

Pytam, czy się rozpoznał.

– Nie – mówi. – Ten z wiersza to pewnie trzech innych kochanków.

– A ją?

– Tylko lewe żebro, z którego stworzyła całkiem nową kobietę.

– Weźmiesz do „Pisma”?

– Tak – mówi. – To dobry wiersz. Tylko czemu ta dziewczyna sama czegoś nie wymyśli?

– A myślisz, że gdyby umiała, toby nie wymyśliła? Zlituj się nad nią, Maurie. Wolałaby pisać o czarodziejach, duchach, bogach, bohaterach, a zna tylko ciebie.

Budzę się w środku nocy i wiem, że Maurie mówił o mnie. Dzwonię do niego:

– Ja też ciebie używam i wiem, że to niewybaczalne, czy w przyjaźni, czy w sztuce.

Maurie czeka, aż dodam: „Nigdy więcej już tego nie zrobię”, ale ja milczę noc i dzień. Przez cały miesiąc nie jestem w stanie napisać ani słowa. W kolejny poniedziałek siadam, ostrzę ołówek, wymyślam historię o tym, jak to Maurie i ja prowadzimy tę rozmowę, która tymczasem zakorzeniła się w jakimś zakątku mojego umysłu i zaczyna wypuszczać kiełki niewielkiej, ale wieczystej rozpaczy.

Wkładam tekst do koperty i wysyłam Maurie’emu.

Lucinella

I

Lucinella – tak mam na imię. Noszę okulary. Przyjechałam tu po raz pierwszy, a już jestem zakochana w całej piątce poetów, w czterech mężczyznach i jednej kobiecie, oraz w otyłym psie, który wabi się Winifred.

Lekarz Winterneeta zalecił mu ruch... tak! Wyobraźcie sobie – jestem tutaj razem z J. D. Winterneetem! Weszło nam w zwyczaj, że w pierwszym bladym świetle poranka, jeszcze przed śniadaniem, spacerujemy razem wokół jeziora. Strasznie go lubię. Jest starszy od nas wszystkich. My po prostu piszemy wiersze, a Winterneet to słynny poeta. Ta jego sława jest szalenie atrakcyjna. Winterneet jest łysy, ma szlachetnie sklepioną czaszkę, a wszystko, co poniżej, wygląda, jakby było tylko dodatkiem. Jestem pewna, że stopy ma różowiutkie jak osesek. Cały czas myślę, że on w pewnym momencie musi się zorientować, że ja zasadniczo w większości nie wiem, o czym gadam. Mówię mu o tym, ale okazuje się, że Winterneet jest mensch. Wspomniał, zdaje się, że czytał moje wiersze, lecz w tym momencie obłok zasnuł moje zmysły i ta chwila odeszła na zawsze. Nie, wcale nie! Winterneet mówi, że podoba mu się to, jak wyciskam ze znaczeń ostatnią kroplę, zanim każę się im rozpaść. Nie za bardzo rozpoznaję się w tym opisie, ale brzmi dobrze. Winterneet mówi, że czasami jestem całkiem dowcipna. W piersi, tam, gdzie spodziewam się poczuć rozkosz, jest pustka. Mówię mu o tym. A on, że owszem, pochwała nigdy nie przynosi spodziewanej przyjemności, tymczasem najmniejsza uwaga krytyczna dostarcza pełnej miary cierpienia, lekceważenia zaś po prostu nie da się znieść.

– Nawet ty! – wykrzykuję.

– Chyba żartujesz? – odpowiada.

Winterneet opowiada mi o wszystkich poetach, którzy bywali tutaj, w Yaddo. Ten sam Winterneet, który teraz przechadza się ze mną, przechadzał się kiedyś z Roethkem, śniadania jadał ze Snodgrassem i Jarrellem – i z Audenem! Frost to jego kuzyn w drugiej linii; do szkoły chodził z Poundem, raz wybrał się aż do Irlandii na herbatkę do Yeatsa i spędził weekend z Matthew Arnoldem i jego żoną. Pamięta czasy, kiedy Keats zwymiotował, wracając do domu po lekcji anatomii; powiada, że podziwia poezję Wordswortha, ale człowieka nie był w stanie znieść. Uwielbiał Johnsona i nie ma żadnego zamiaru czytać ostatniego tomu Boswella. Dobrze znał Stellę, jak twierdzi, i daje do zrozumienia, że wie, czy sypiała z Dziekanem Swiftem, czy nie.

Lubi też słuchać moich historyjek i stwarza dla mnie w przestrzeni swojej uwagi miejsce, w którym rozkwitam. Zatrzymuje się, odwraca ku mnie i dokładnie takim tonem jak trzeba mówi:

– Bystra j e s t e ś!

Czuję zadowolenie, ale także rozczarowanie, bo nie powiedział, że jestem piękna. Przedstawiam Winterneetowi swoją teorię, że żyjemy na huśtawce między arogancją a służalczością. Rozumie, co mówię, i to mnie kręci.

Masuję punkt położony o cal i ćwierć nad ogonem Winifreda, który wtedy zamyka oczy, wypręża kark i niemal niezauważalnie kiwa głową z boku na bok; u reszty z nas te punkty nie są tak dogodnie położone.

Ponieważ Winifred jest prawdziwym psem, zmieniam mu płeć, by chronić jego prywatność. Poetów, czyli Meyersa, Winterneeta, Betterwheatlinga, Pavlovenkę i Berta, a w razie potrzeby także kolejnych, wymyślam od zera. Nie, to nieprawda. Moja pomysłowość, zanim zabierze się do roboty, domaga się jakiegoś ciała, ale na to ciało nasadzę własną głowę. Wymyślę jakieś oko, gdzieś pożyczę sobie jakiś nos czy dwa, albo wąsy, albo coś zabawnego, co ktoś powiedział, oraz sweter w kolorze zielonego groszku, więc nie ma sensu, żebyście próbowali wkładać swoje klucze do moich zamków i odgadywać, kto jest kim.

Sama jestem młodą poetką, dwudziestoparolatką dobijającą do czterdziestki. Jeszcze o mnie nie słyszeliście. (Lucinella, tak się nazywam). W mieście należę do typu introwertycznego, intelektualnego, ale tutaj zamieniam się w rosyjską powieść.

– Zakochałam się w was wszystkich – mówię poetom. Poeci to rozumieją i dalej jedzą śniadanie.

Ten po mojej lewej to Meyers, słodzi właśnie owsiankę brązowym cukrem. (Czytaliście jego ostatnią książkę, tę, która dostała Pulitzera pięć lat temu – o tym, jak się boi, że zaczyna popadać w szaleństwo). Naprzeciwko nas siedzi Betterwheatling, angielski krytyk. (Często widzi się jego nazwisko w „New York Review of Books”). Nalewa Pavlovence kawę do filiżanki na herbatę. Pavlovenka chichocze. (O niej nie słyszeliście i przypuszczalnie nie usłyszycie). Ma czterdziestkę na karku, wymiary pięć stóp na cztery na cztery, autentyczna Rosjanka. Obejmuje nas wszystkich swym namiętnym i szczęśliwym wzrokiem. Nie jestem w stanie jej znieść w zbyt dużych dawkach, ale ją lubię, naprawdę jednak lubię Betterwheatlinga. (To ten angielski krytyk. Spróbujcie się połapać w tych moich poetach, wiem, że nie jest to łatwe). Dowcip ma Betterwheatling zawoalowany, a wymiary spore (ja lubię duży format), i podoba mi się, że jest taki angielski. Meyersa uwielbiam. Twarz ma białą, oczy niebieskie w różowych obwódkach i opadające, wielkie blond wąsy. Meyers opowiada cudowne, zabawne historyjki. No i lubię jego Pulitzera.

Opowiadam mu o swoim problemie. Weź, mówię, tę ogromną jadalnię, obitą ciemnym drewnem i zalaną światłem słonecznym, gdzie siedzimy na dziewiętnastowiecznych angielskich krzesłach, na modłę średniowiecznych zydli zdobionych wypukłymi płaskorzeźbami łagodnolicych, niskopiennych rycerzy, którzy wbijają nam w plecy szable i halabardy; albo tę stojącą na środku stołu wielką srebrną wazę pełną róż – nawet jeśli nie koncentrujemy się na fizycznym otoczeniu, to ono mimo wszystko przesącza się do naszej świadomości. Jak sprawić, by przesączało się także do moich wierszy, ale bez żadnego kombinowania? Nienawidzę sztuczek.

Ponieważ wiem, że ta sprawa nie ma żadnego znaczenia dla tego, co pisze Meyers, pytam go, nad czym teraz pracuje. Mówi, że nad dłuższym wersem z przemiennymi klauzulami, w czym się kompletnie zakałapućkał.

– Czy do Yaddo nie przyjeżdżał Roethke? – pyta.

Winterneet opowiada nam, jak przywoził tu kiedyś Roethkego z sanatorium. Po drodze, mówi, Roethke odezwał się tylko raz, żeby zapytać, kto jeszcze będzie. Bał się ludzi, a to było już pod koniec sezonu – mniej więcej ta sama pora roku, co teraz. Letni tłumek już się zmył; grono było niewielkie i spokojne. Winterneet mówi, że pamięta dzień, kiedy we dwóch z Roethkem spacerowali z tyłu, za warzywnikami, i odkryli piwniczkę. (Piwniczka. Mam zamiar napisać wiersz pod tytułem Euforia w piwniczce. O grupce poetów, którzy wchodzą do piwniczki z wiersza Roethkego).

– A co toj e s t, ta piwniczka? – pytam Meyersa, który wpatruje się w Winterneeta.

– Roethkemu dobrze się pracowało w Yaddo, ale są tacy, co przyjeżdżali i natychmiast się rozsypywali – mówi Winterneet.

– Kto? Bo co się stało? – pytam. Uwielbiam historyjki. Ale J. D. Winterneet już skończył śniadanie. Mówi, że opowie mi jutro rano podczas spaceru. I wychodzi.

Bert, rudy poeta z New Jersey (nie, nie, ja też dotąd o nim nie słyszałam), przychodzi na śniadanie późno i z rozdrażnieniem w głosie mówi:

– Dobry wszystkim.

Jakoś nigdy nie miałam przekonania do rudych mężczyzn, ale Berta nawet lubię. Parę razy jedliśmy wspólnie lunch, w południe, na tarasie.

Pogoda dzień w dzień znakomita. Zarys najbliższego listka i zarys najdalszych gór na horyzoncie są równie ostre. Winifred zatapia zęby w czaszce kreta i potrząsa truchłem. Trzask łamanych kręgów niesie się wyraźnie po toni jeziora. Kamienna ławka jest gorąca, gdy jej dotknąć; staromodny zapach późnych róż unosi się w powietrzu niczym sentymentalne Cnoty, które przeznaczyły tę Posiadłość na służbę Sztuce.

W wierszu, który mam zamiar napisać, bohaterka, stworzona z lewego żebra Lucinelli, będzie przechadzać się po różanym ogrodzie w poszukiwaniu towarzystwa i napotka Pavlovenkę (lepsze to niż nic). A Pavlovenka powie, żeby poszła z nią zobaczyć, co takiego znalazła, bo jej nie zdradzi, co to! Lucinella ruszy za nią, obok warzywnika, wokół szklarni, na skos przez wysoką trawę przy stosie drewna, tam, gdzie ten czerwony daszek, jakby cyrkumfleks postawiony nad ziemią. Z drugiej strony daszek jest troszkę wyższy, a pod nim znajdują się drzwiczki. Lucinella i Pavlovenka odsuwają miękkie, ciepłe, wilgotne, butwiejące pozostałości po kilku jesieniach, otwierają drzwiczki, pochylają się i równocześnie wkładają głowy w głąb Poezji. Światło przenika przez fioletowy kurz i zabarwia ziemię na różowo. Patrzcie! Tu skorupy urny figuralnej, a tam, w kącie, lśni potężna, porwana pajęczyna, utkana z nici uprzędzionej przez Rumpelsztyka, aby wcisnąć królowi do łóżka córkę młynarza, która miała dla niego, dla biednego, złego, pomarszczonego i garbatego Rumpelsztyka, począć królewskie dziecię. W moim wierszu dwie kobiety gwałtownie łapią powietrze, wydają okrzyk i chwytają się za ręce.

Te drobne postaci, które kręcą się wokół fontanny na końcu wielkiego trawnika, przybyły z miasteczka. Spoglądają w górę. Nigdy nie pokazują palcami. Mówią sobie:

– O tam, w słońcu na tarasie, to musi być poetka!

A to tylko ja! Może mnie zresztą wcale nie zauważyli. Nikt mnie nie widzi. Pobiegnę i napiszę ten swój wiersz, i podpiszę go: Lucinella. Ukaże się w jakimś piśmie, które będzie leżało w kiosku. Weźmiesz je do ręki i mnie przeczytasz, a wtedy ta pustka w mojej piersi się wypełni.

Teraz Bert wychyla się z okrągłej wieżyczki, w której pracuje. Dostrzega mnie i macha. Idzie przez taras, niosąc termos i pudełko z drugim śniadaniem, niczym mały, czarny sarkofażek.

– Co tam? – pytam.

– Nie widać? – odpowiada.

Bert i ja popadliśmy beznadziejnie w wymianę nieprzyzwoitości. Nie jest na razie pewne, dokąd zmierzamy. Pełnia, dzięki której ja na powrót zamieniam się w dziewicę, a przed nim po raz kolejny zamyka się sekret, jak przeprowadzić kobietę od żartów na tarasie dwa piętra wyżej, do swojego łóżka. Bert markotnieje.

– Gorąco – mówi.

– Zdejmij to – odpowiadam.

– Jednostronnie? – pyta.

– Śmiało, najwyżej będziesz jednostronnie zły.

Umięśnione, brutalne ramiona Berta rozpierają turkusową bluzę obszytą biało-pomarańczową lamówką. A jak  o n  wpadł w poezję, pytam. Nieciekawa historia, mówi. Ja na to, że  n i e  m a  nieciekawych historii. Patrząc spode łba, opowiada, że kiedy miał piętnaście lat, w bibliotece publicznej odkrył Miltona. Rozejrzał się dokoła, mówi, popatrzył na bibliotekarkę, która akurat wyławiała ze skórzanej torebki chusteczkę higieniczną; potem na dziewczynę, robiącą notatki z Badań rynku. Wszędobylski staruszek, co to zawsze drzemie w każdej bibliotece, spał sobie spokojnie. A Bert się zastanawiał – ten cały Milton jest tu od trzystu lat, a nikt o tym nie wie, tylko ja jeden! Prawda mnie kręci, ale prawda Berta nie należy do prawd typu nowojorskiego, zbyt wyślizganych od częstego używania. Bert nie ma autobiograficznych nawyków, niezgrabnie przechodzi od jednego skromnego wydarzenia do drugiego, aż wreszcie przy ich pomocy dociera stamtąd tutaj. Potem objawienie na obozie survivalowym, gdzie taki jeden chłopak, który potem zginął, pisał wiersze wyłącznie o sobie – niezbyt zresztą dobre. Na mocy ustawy o pomocy rodzinom weteranów wojennych Bert trafił do Nowego Jorku. Jego żona dostała pracę w Macy’s. On zapisał się na kurs do Lowella. A Lowell raz mówi do niego: „S a m  teraz próbuję robić to”. I kazał mu tłumaczyć.

– Rilkego – mówi Bert.

Szczery, pomarańczowy profil Berta pochyla się nad parapetem. Zapomniał o mnie.

– Pokażesz mi – odzywam się – kiedyś coś swojego?

Czemu o to p r o s z ę? Co zrobię, jeśli okaże się, że jest straszny, rzecz statystycznie znacznie bardziej prawdopodobna niż to, że jest dobry? A jeśli jest świetny, to co mu powiem?

– Nie chcesz, żebym ci pokazał – odpowiada Bert. Jest nie w sosie. Tak samo jak nasz stary dobry znajomy, tonący człowiek, któremu nagle całe życie przelatuje wstecz przed oczami w takim tempie, że wszystkie głosy brzmią jak skrzeczenie Kaczora Donalda, tak Bert przegląda teraz swoje wiersze moim wzrokiem, przed którym zaraz ukażą się również jego serce, wątroba i płuca, a pewnie także i ten pompatyczny dwuwiersz o Bombie, który najprawdopodobniej powinien wykreślić, tyle że to są być może dwie najlepsze linijki, jakie napisał w życiu, a tu jest wiersz, który machnął wczoraj, o tym, jak poluzował sobie but i spomiędzy pętelek sznurówki rozsupłał ekstazę; a nuż będę tak uprzejma, żeby dostrzec ironię, której nie planował, a także usłyszeć w efektownym zakończeniu wyjące samogłoski? Żołądek Berta w mgnieniu oka przechodzi od arogancji do służalczości i wznosi się, by opaść i jeszcze raz się wznieść. Nie może mi zostawić rękopisu na stoliku, skąd zabieramy listy i gdzie przyklejamy złożone na pół zaproszenia na tenisa o czwartej lub na drinka o 17.15. Nie ufa tym kartkom, nie wierzy, że będą tam spokojnie leżeć i mieścić go w sobie. Jakże ma dokonać owego niewymownie delikatnego transferu swojego dzieła do moich rąk? Przyniesie mi rękopis, powiada, do pokoju, kiedy pójdę się przebrać przed obiadem.

– I wsuniesz mi go – dodaję bezlitośnie, beznadziejnie.

Każde z nas po kolei stwierdza, że jest już po śniadaniu, i wymyka się z jadalni. (Pavlovenka zostaje, żeby dotrzymać towarzystwa Bertowi, co doprowadzi go do szału). Zbieramy się ponownie w pokojach od podwórza, gdzie wyłożono „New York Timesa”. Winterneet ma strony o książkach. Ja przeglądam spokojnie kryzysy ostatniego tygodnia – nie ma takiego wybuchu, który by dotarł dwieście mil w głąb stanu Nowy Jork. Robi się ze mnie republikanka!

Mimo że wzięliśmy już z półki pudełka z drugim śniadaniem, zwlekamy jeszcze chwilę, niezbyt chętni, by się do czegokolwiek zabrać, aż Winterneet energicznie odkłada gazetę i rusza na górę.

Moja pracownia jest kawałek dalej, przy alejce. Betterwheatlinga – głębiej w lesie. Rozmawiając zdawkowo, z myślami już na wpół we własnej robocie, idziemy spacerkiem do miejsc, gdzie się nawzajem nie zapraszamy.

Ostrzę ołówki i siedzę, gapiąc się w okno. Przechodzi Pavlovenka w drodze do lasu. Lubi pisać na łonie natury.

Pavlovenka przeszła. Przejeżdża samochód na wygłuszonych oponach i scena chwilowo pustoszeje. Drzewa połyskują w porannym słońcu. Potem przejdzie dwóch ogrodników, dźwigających narzędzia. Nawet Winifred, który został poddany praniu mózgu w kwestii wielkiego znaczenia poezji oraz konieczności doceniania poetów, idzie załatwić swoje sprawy na bezgłośnych łapach. Odziana w biały len pokojówka, stateczna, w średnim wieku, uchyla drzwi, widzi, że siedzę przy biurku, więc się wycofuje, ale wołam ją z powrotem. Muszę się przejść.

W oddali jak letni owad brzęczy kosiarka; pod wpływem woni świeżo skoszonej trawy nabrzmiewają mi piersi; zaciągam się pięciorgiem żywych poetów, zwiniętych jak papieros w bibułkę z dodatkiem tchnienia dzikiego tymianku, którego połacie rosną na wielkim, pochyłym trawniku, a płuca wypełnia mi euforia. Potrzeba mi teraz czyjejś obecności.

Zaglądam do kancelarii. W wiklinowym fotelu siedzi Meyers.

– Widziałaś tę agresywną recenzję Maxa Petersa z nowych wierszy Winterneeta w „Times Book Review”? – pyta. – Czyli jest niedziela – dodaje. – Jutro wracam do domu, a oni zwiną to wszystko.

Mówi, że nie może znieść tej myśli. Ja tak samo. Wyznajemy sobie nawzajem, że nie jesteśmy w stanie znieść rozstania nawet na minutę, i podejmujemy decyzję – dzisiaj nie pracujemy! Meyers i ja, którzy piszemy dzień w dzień, siedem poranków w tygodniu, i to od wielu lat, i którzy będziemy to robić przez wiele kolejnych lat, dzisiaj, w tę słoneczną wrześniową niedzielę, mamy zamiar wybrać się razem na wagary. Od pełnego poczucia winy uniesienia aż kręci nam się w głowach; chichoczemy nad krzyżówką w „Timesie”. Potem ruszamy do miasteczka, a tam w miejscowym muzeum pochylamy głowy nad zakurzonymi gablotami, żeby obejrzeć cynową zastawę do herbaty dla lalek; mnóstwo wachlarzy; a tu para prawdziwych chińskich butów, niewiarygodnie maleńkich, które kiedyś krępowały stopy prawdziwej chińskiej damy; i list napisany w 1906 roku przez Teddy’ego Roosevelta do miejscowego aktora, który zrobił karierę. Rozradowani wypadamy z powrotem na słońce.

Przez resztę popołudnia siedzimy w barze i sączymy piwo.

– Widziałeś Winterneeta, kiedy zachowuje się jak małe dziecko, które przegrało w domino? – pytam.

– Winterneet się kończy – mówi Meyers. Nie ze złośliwości, ale z pragnienia wspólnoty, obrabiamy też w myślach pozostałych poetów i pokazujemy sobie nawzajem, co nam wyszło. Meyers nad moją głową ogląda mecz. Ja chrupię orzeszki. Opowiadamy sobie różne rzeczy. Wczoraj, jak mówi, zmienił przecinek na kropkę i duże A i przepisał cały wiersz, a wtedy zobaczył, że to jednak powinien być przecinek, więc jeszcze raz zmienił, jeszcze raz przepisał i zmienił znów na kropkę. Przez cały dzień, od tygodnia, od miesięcy, zmienia ten sam przecinek i nie może iść dalej z robotą, dopóki nie stwierdzi, jak ma ostatecznie być. Drżącymi palcami dotyka swoich opadających blond wąsów. Ja dalej chrupię orzeszki.

Ociężali od piwa, z zamykającymi się oczami, drepczemy z powrotem na obiad.

W moim wierszu Pavlovenka będzie chichotać: „Ludzie, ludzie, zgadnijcie, co znalazłyśmy w ogrodzie!”. Jeśli będą grzeczni, powie, pokażemy im po obiedzie. Betterwheatling podchwyci u Pavlovenki marne słówko „grzeczni” i zacznie bawić się nią jak piłką na słownej fontannie – nie nieżyczliwie, lecz lakonicznie. Zmęczywszy się jej prostotą, zwróci się do Winterneeta z pytaniem o jego wydawcę, a Pavlovenka, aż rozpromieniona z radości, że ktoś jej dokuczył, opadnie na podłogę i oświadczy: „Po obiedzie, ludzie! Spotykamy się przed wyjściem do ogrodu. Lucinella i ja pokażemy wam coś, na razie nie mówimy co!”.

Po obiedzie przenosimy się do salonu. Od wielkiego okna wychodzącego na taras wychodzący na trawnik trzy ułożone obok siebie dywany w pomarańczowe tureckie wzory rozciągają się aż po drugi koniec salonu, gdzie dniem i nocą szemrze marmurowa fontanna. W tym Królestwie Spokoju my, sześcioro poetów, siadujemy na różowych aksamitnych sofach, pod naturalnej wielkości portretem naszej edwardiańskiej patronki, która, bez śladu zażenowania czy ironii, kazała się ująć w pół tony złoceń. Nasze wzajemne niedopasowanie pod względem wieku, sławy i doskonałości oczarowuje mnie, więc z równym zachwytem patrzę na Winterneeta w starannie wyczyszczonych butach i błękicie bankierskim niczym wartość ujemna; na prostacki garnitur Berta, połyskliwy, w odcieniu zbyt gołąbkowym; na Betterwheatlinga, który w starych, workowatych spodniach wygląda jak angielski hrabia w niedzielny poranek; na Meyersa w modziarskich pedalskich legginsach, jakie na gobelinach noszą dworacy, kiedy polują na jednorożca, podkreślających podziwu godne przyrodzenie, i wydaje mi się to takie słodkie i takie przyjazne, że każdy z nich nosi swoje własne, jedne bardziej, inne mniej przydatne, ale każde w sobie właściwym stylu; no i Pavlovenka w tych podkolanówkach w biało-czerwone paski, w spódniczkach powyżej monumentalnych lśniących kolan, przypominających parę bliźniaczych światów; no i ja, pretendująca do szyku.

W salonie muzycznym ktoś położył na gramofonie Bacha, co – biorąc pod uwagę ilość piwa, jaką mam w sobie – wyjaśnia moją skłonność do płaczliwości. To nie jest gra fair, tego się nie robi, to nie jest zagranie klasyczne, żeby tak sięgać poza muzykę, okrążać ją i trafiać wprost do czyjegoś serca. (T e g o  w ł a ś n i e  chcę dokonać w swoim wierszu).

– Dobranoc. Muszę iść napisać parę linijek, żebym się mogła położyć – ogłaszam.

A tu w wonnej ciemności zjawia się Betterwheatling.

– Przejdź się ze mną wokół jeziora, nim pójdę napisać jeszcze parę stron tej cholernej książki – mówi.

Coś wielkiego i pierzastego w panice trzepoce w krzakach. Betterwheatling odwraca się w tę stronę i mówi:

– Idź spać.

Drzewa nad naszymi głowami są gęste, zasłaniają bledszą czerń nieba.

– Gdzie jesteś, Betterwheatling? – pytam.

Betterwheatling, który wymyślił się tak, by sobie pasować, nosi się jak stary kapeć. Co on skrywa?

– Co skrywasz, Betterwheatling?

Pytam go, czy widział, jak J. D. Winterneet zachowuje się niczym małe dziecko, które przegrało w domino. Ale Betterwheatling delikatnie odmawia udziału w moich knowaniach.

– To była głupia recenzja – stwierdza. Nie zgadza się być mądrym ani tragicznym.

– Ale Betterwheatling – mówię – wiesz przecież, jesteśmy gotowi wysadzić się w powietrze. Smród ludzkości wznosi się pod niebiosa.

– No i hałas, który robimy – odpowiada.

Dodaję, że nawet my dwoje własnymi obcasami przygniatamy do ziemi karki uciśnionych, a on się z tym zgadza. Powiada, że nienawidzi złych manier.

– Nasze najlepsze umysły – mówię – wymyślają głowicę wodorową.

– Oraz osłonkę na imbryk – dorzuca.

Uwielbiam Betterwheatlinga. Inteligencja mnie kręci.

Betterwheatling udał się do swojego pokoju napisać parę stron, a ja jestem w drodze do siebie, od czego bez trudu odciąga mnie Winterneet, proponując rozchodniaczka.

– Ale tylko jednego – mówię.

Na schodach natykamy się na Pavlovenkę, pocieszającą Meyersa, który w ten ostatni wieczór ma doła, więc się do nas dołączają. Wychylamy rozchodniaczka za rozchodniaczkiem.

Stukanie do drzwi.

– Prosimy! – woła Winterneet.

Uważaj, Lucinella, myślę sobie. Jestem gotowa, żeby na kolejnej stronie miało miejsce to, co kiedyś określało się jako scenę uwiedzenia, kogo mam zatem teraz postawić w drzwiach? Nie Berta – aż tak to się znowu nie lubimy – i nie Zeusa, który przyjechał dzisiaj późnym popołudniem. Siedział koło mnie przy obiedzie. Bardzo miły. No i poza wszystkim – poeta. Prostodusznością było zakładać, że musi być prymitywny, skoro jest taki duży i  – ach! – taki piękny. Gapiłam się tylko w swój talerz – i bez tego w sprawach miłości nie jest lekko. No to może ktoś, kogo jeszcze nie poznałam? Tacy są zawsze najlepsi. Zamek już szczęka; drzwi się otwierają.

Betterwheatling, no oczywiście!

– Skończyłem piąty rozdział – oświadcza. Usiądź przy mnie, Betterwheatling, wzdycham tęsknie. Światło odbijające się w moich okularach zderza się ze światłem z jego okularów. Betterwheatling podchodzi i siada obok mnie na podłodze, a jego ramię, ukryte w groszkowym rękawie wełnianego swetra, wznosi kieliszek tuż obok mojego przez całą tę długą, rozgadaną noc. Stale mu tłumaczę, co powinien włączyć do tej książki, którą pisze, a co z niej wyciąć. Ma się nazywać Dekada poezji. On pyta mnie ciągle, czy czytałam to albo tamto, a ja się nie przejmuję, że nie czytałam. I cały czas zabawnie gestykuluję. Czemu on w ogóle zadaje sobie trud, żeby mnie sobie odyskutować wokół małego palca? Zeus zaszedł na jednego i zaraz wyszedł. Meyersowi na szezlongu urwał się film, a Pavlovenka poszła do siebie z godzinę temu. Winterneet w pewnym momencie proponuje, byśmy nadal swobodnie korzystali z jego gabinetu, i idzie spać do sąsiedniego pokoju.

Betterwheatling odprowadza mnie na dół, pod moje drzwi, ale nogi niosą go nie tam, gdzie chce, więc z kolei ja odprowadzam go pod jego drzwi na górę. Wstępujemy na rozchodniaczka przed snem. Przytulam się do komódki, na której trzyma butelki. Pijana, pozbawiona okularów księżycowa twarz Betterwheatlinga ze śmiechem wschodzi nade mną.

– Chcesz iść ze mną do łóżka – mówi.

– Oczywiście! – odpowiadam ze śmiechem. Wiem, co ma na myśli.

– Ale ja lubię swoją żonę – odpowiada Betterwheatling, z niepokojem patrząc mi w twarz.

Wybucham śmiechem na tę przedziwną wymianę prawd, która nastąpiła między nami. (Mówiłam już, że to mnie kręci). Zasiadamy w fotelach dokładnie naprzeciwko siebie, w pewnej odległości, i od tego momentu należy wyobrażać sobie nasze twarze, obnażone przed sobą nawzajem – oczy szeroko otwarte, usta rozchylone, nie bez pewnej skłonności do śmiechu.

– Ale to nie twój problem – mówię, a on rozumie, że mam na myśli swoje własne chęci. – Potraktuj to jako prezent. Jestem  p i j a n a  – dodaję.

– Co z nim zrobię? – pyta Betterwheatling, chmurnie patrząc na moje kostki. – Jestem człowiekiem zmysłowym, ale cholernie moralnym!

Takie zestawienie mnie porusza – mogłabym przecież założyć, że Betterwheatling należy do tych, którzy dla bezpieczeństwa owijają sobie żonę wokół lipnych lędźwi, ale znacznie rozkoszniejszy będzie, jeśli uznam, że jest sexy  o r a z  wierny, bo czy nie na tym polega moja własna ostatnia i największa nadzieja? Betterwheatling wstaje i zbliża się ku mnie, z ręką wyciągniętą po mój kieliszek. Podaje mi drinka. Przysiada na oparciu mojego fotela.

– Nie martw się, Betterwheatling – mówię. – Ta rozmowa nie jest o niczym innym, tylko o tym, że ją prowadzimy, wiesz przecież, prawda?

– Nie wiem – odpowiada. I ześlizguje się na siedzenie fotela tuż przy mnie. Nie ma tu miejsca dla dwojga. Żona pisze do niego codziennie i jestem przekonana, że jej listy są zabawne. Dlatego wiem, że ja i Betterwheatling nie będziemy się kochać. Wstaję. Jak to dobrze – prawda? – być dobrym. Czy jestem oszustką? Stoję pochylona nad Betterwheatlingiem i mówię mu wszystko, tak że nawet niebiański ogar nie zatamowałby słów płynących z mych otwartych ust.

Betterwheatling odprowadza mnie na dół pod drzwi pokoju i wiem, że to nie moja sprawka, bo przecież to nie mnie przyszło do głowy, żeby się tak gwałtownie zbliżyć. Z gardła wyrywa mu się „o boże”, chyba że to było „to gorzej”. Wsadza mi zęby w usta, więc zabieram twarz i chowam ją na jego piersi, mówiąc „Chryste”, a może to było „czyś ty...”? Całuję groszkowy sweter, a przed nami pojawia się problem rozłączenia. Wybucham śmiechem, bo na pewno nigdy jeszcze nie powiedziałam do nikogo „bóg z tobą”. I nurem wydostaję się z jego ramion.

W pokoju, już sama, układam dwuwiersz kończący utwór, w którym pojawia się uścisk jakby dwu rozciętych ludzkich połówek, pragnących na nowo się zrosnąć. Nie mogę zatamować krwawienia tej metafory, ale potrafię sobie wyobrazić, że to tylko drobna strużka. N i e  j e s t e m  natomiast w stanie jej porzucić. Moje credo głosi, że to, co da się odczuć, da się także przemienić w słowa; zapisać można nawet tę pustkę, która od nie wiadomo jak dawna zieje w moim umyśle. Usiłuję skorygować ekstremalne boczne wychylenie w talii i natychmiast spadam z krzesła. Muszę się koniecznie położyć. Biorę do łóżka papier i zaostrzony ołówek. Świat kuli się do snu.

Rankami w Yaddo budzę się zdumiona jedną, przeciągłą chorałową nutą cantus planus w wykonaniu bezcielesnego chóru. Pragnę rozwiązania zagadki, otwieram oczy i pojmuję, że autostradą za ogrodem różanym, za szklarniami, po drugiej stronie żywopłotu z bzu, grubego niczym mury średniowiecznej cytadeli, tuż za granicą Raju, przejeżdża ciężarówka z silnikiem diesla. Strzępki mgły lgną do tafli jeziora; pod nią trwają w zawieszeniu ciemne ławice ryb. „Niczym japońska flota po bitwie w zatoce Leyte”, powiada Winterneet.

Bert i ja przychodzimy na śniadanie dokładnie w tym samym momencie.

– No to jak? – pyta. – Dostanę się wreszcie do twojego łóżka?

Moja potylica wyczuwa – do jadalni wchodzi Betterwheatling.

– Nie wydaje mi się – odpowiadam.

– Mnie też się nie wydaje – mówi Bert.

– Nie miałam jeszcze okazji spojrzeć na twoje rzeczy – dodaję.

– Nie musisz – odpowiada. – Nie zależy mi.

Wchodzi