Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 166 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lubieżny telepata - Arkady Pylch

"Lubieżny telepata. Fantastyczne opowiadania o lekkim zabarwieniu erotycznym", to zbiór tekstów, w których główne miejsce zajmuje utwór pt. "Lubieżny telepata" to nic innego jak zapowiedź moich powieści, gdyż każdy z utworów zawartych w tym zbiorze ma swoją kontynuację prozatorską. W najbliższym okresie ukaże się powieść pt.: "Lep na muchy", potem "Arkadia twój sen" i "Awatara smoka" itd. Moją twórczość ma podwójne dno, wątki erotyczne są zachętą dla czytelnika, dla którego mam miłą niespodziankę w formie podtekstów metafizycznych dających pretekst do głębszych przemyśleń. Jedno mogę obiecać: moja twórczość nie daje się tak łatwo zapomnieć, a jej dobre przesłania zostawiają ślad w podświadomości.

Opinie o ebooku Lubieżny telepata - Arkady Pylch

Fragment ebooka Lubieżny telepata - Arkady Pylch

ARKADY PYLCH

LUBIEŻNY TELEPATA

FANTASTYCZNE OPOWIADANIA O LEKKIM ZABARWIENIU EROTYCZNYM

©Copyright by Arkady Pylch & e-bookowo 2010 Grafika i projekt okładki: Anna PietraszekISBN978-83-61184-91-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

LUBIEŻNY TELEPATA

Promet szedł ulicą i usiłował sobie przypomnieć sen, który przerwał głos:

– Przestań jęczeć! Nawet, jak śpisz świnisz jak świnia! Ty świnio!

Włączył radio i słuchał wiadomości, które sączyły się z kolczyków. Głośniki w kształcie przeróżnych klipsów stały się ostatnio bardzo modne.

– W dobie przeludnienia, nowych wirusów i kataklizmów przyrody musimy się liczyć z tym, że nasza cywilizacja stoczy się do epoki kamienia łupanego. Powstał projekt, w którym wybrańcy uśpieni w hibernacji przeczekają złe czasy na orbicie planety. Instytut Czas i Przestrzeń proponuje test selekcyjny dla tych, którzy chcą być pasażerami promu kosmicznego. W dniu dzisiejszym instytut ogłasza nabór w specjalności psycholog. Chcemy wybrać najlepszych. Potrzebujemy ludzi zdrowych genetycznie, sprawnych fizycznie i psychicznie. Zapraszamy na badania i test psychofizyczny, w którym sprawdzimy wasze predyspozycje…

Promet słuchał bezwiednie i nagle stanął jak wryty. Znalazł się przed strzelistym budynkiem Instytutu Czas i Przestrzeń, który wyrastał przed nim niczym konar i ginął u szczytu połknięty przez smog miasta.

– A może by tak spróbować, jestem przecież bezrobotnym psychologiem, dzieci brak, oszczędności brak. Mam tylko żonę zazdrosną jak jasna cholera. Nawet moje sny podlegają ocenzurowaniu. Nic mnie tu nie trzyma, zupełnie nic.

Wszedł do instytutu i zgłosił się na test psychofizyczny. Po badaniach, które przeprowadzało szereg specjalistów, przydzielono go do pierwszej grupy. Okazało się, że budynek niczym kra lodu ma nad powierzchnią tylko fragment całości i skrywa w głębinach dziesiątki poziomów. Podali mu jakieś formularze, które podpisał bez czytania i wraz z grupą kandydatów wszedł do windy. Po otwarciu drzwi ukazało się jasne pomieszczenie. Światło wychodziło ze ścian, sufitu i podłogi. Pośrodku stał okrągły pulpit, a wokół niego umieszczono fotele w kształcie wrzecion, gdzie spoczywały rozpięte kombinezony. W pierwszej chwili nie zauważył karłowatego człowieczka, którego duża głowa wystawała znad pulpitu. Dopiero jego głos obrócił jak na komendę wszystkie twarze w kierunku, skąd dochodził. To był jeden z mutantów, człowiek o zdolnościach parapsychicznych.

Na początku, kiedy zaczęły się rodzić te dziwolągi trzymano je w tajnych laboratoriach, gdzie badano ich zdolności. W końcu po długich dyskusjach na forum międzynarodowym stworzono dla nich program przystosowawczy i zaczęli się wtapiać w społeczeństwo, które traktowało odmieńców jako zło konieczne. Mutant gestem dłoni zaprosił kandydatów do środka i polecił:

– Proszę rozebrać się do bielizny i zająć hipnowirtuatory.

Promet szybko zdjął ubranie, powiesił je w szafce, jakie można spotkać na basenie i wybrał ósme miejsce. Poczuł się nieswojo, gdyż z wnętrza dziwnego ubioru wychodziły przewody z końcówkami nieznanego przeznaczenia, które nie wątpliwie miały się do czegoś podłączyć. Obok niego zajęła miejsce długonoga piękność i właśnie wkładała biodra uwięzione w koronkowych majteczkach do kombinezonu numer siedem.

Ależ przyjemnie siada, pomyślał Promet i jak zwykle w takich wypadkach do świadomości wcisnęła się myśl. Całe szczęście, że żona nie widzi, jak na nią patrzę. Dostałbym przez łeb torebką i długi wyrok w postaci upierdliwego monologu jak to zmarnowała sobie najpiękniejsze lata w towarzystwie bezrobotnego nieudacznika, ciamajdy życiowego.

– Jak kokoszka na grzędzie – wyszeptał i uśmiechnął się na skutek wyobrażeń, które mimowolnie wpełzły w umysł i przyjęły wyuzdaną formę. – Ej, kokoszko, co się tak kokosisz? Szukasz jajek? Przecież są tutaj. O tu, między moimi nogami. Możesz sobie wysiadywać do woli…

Kobieta wyczuła jego wzrok i spojrzała wyzywająco na sąsiada. Była mulatką o delikatnych rysach. Promet, chcąc rozluźnić napiętą sytuację, wywołaną bezczelnym wpatrywaniem się w obiekt pożądania zagadnął:

– Wygląda na to, że przeżyjemy coś ciekawego. Mam nadzieję, że będzie przyjemnie. – Chciał, jak to miał w zwyczaju, zagaić wstępnie.

Ciemnoskóra piękność zmierzyła go wyniosłym wzrokiem i pogardliwie prychnęła, następnie z szyderczym uśmiechem odpowiedziała:

- Jesteś niedouczony, kochasiu. To będzie horror, a nie erotyk i nie będziemy się tam ze sobą zabawiać, o nie, tylko współzawodniczyć. Tam dostaniesz taki wycisk od telepaty, że sobie w łeb strzelisz, aby jak najszybciej zakończyć ten wirtualny koszmar – dodała na koniec, uśmiechając się przy tym z lisią satysfakcją.

Po tych słowach przestała na niego zwracać uwagę.

Promet zaniemówił. Nie spodziewał się tak opryskliwej odpowiedzi. Zmieszanie powoli ustępowało, a on zastanawiał się nad tym, co miała na myśli drażliwa sąsiadka. Naszły go obawy i złe przeczucia. Test, w którym za chwilę miał uczestniczyć, kojarzył sobie z zabawą, a tu się okazuje, że to coś więcej niż komputerowa gra. Z konsoli sterowniczej dochodził władczy głos:

– Zwycięży ta osoba, której punktacja będzie najwyższa na mecie. W świecie wirtualnym będziecie mieli na sobie specjalny kombinezon ochronny, sterowanie nim odbywa się za pomocą opisanych przycisków na klamrze pasa. Ponadto zostaniecie wyposażeni w odpowiednie uzbrojenie, czyli nóż i uniwersalny miotacz laserowy, który dodatkowo można wykorzystać jako świetlny miecz i granat, wystarczy wyciągnąć magazynek i rzucić. Podaję zasady punktacji. Za każdy metr otrzymacie jeden punkt, za zabicie atakującego zwierzęcia sto punktów, powtarzam: atakującego. Uszkodzenia fizyczne i sprzętu będą odejmowane od sumy zdobytych punktów według określonego cennika. Uprzedzam, że ci, którzy zaistnieją w tym świecie będą musieli wykazać się odpornością na stres, strach i ból.

Po tych słowach kable wypełzły i jak żywe węże zaczęły szukać odpowiednich miejsc do zespolenia z ciałem. Promet podskoczył urażony jakimś przewodem.

– Co to ma być? – zawołał zaskoczony. – Po co mi małego podłączyli do kabla? Jeszcze, cholera, człowieka prądem porażą.

Jego obawy usłyszał sąsiad z fotela numer dziewięć. Rudzielec o dziecięcej twarzy nachylił się do niego:

– Co ja słyszę, jakiś problem z kabelkiem, końcówka za mała, czy za duża? – zapytał bezczelnie i ciągnął dalej rozpoczęty wątek sądząc zapewne, że jest interesujący. – Znam dobrego chirurga plastycznego, a co do wymiaru, to służę dobrą radą – szeptał i brzęczał natarczywie jak komar. – Rozmiar to ważna decyzja, lepiej ją skonsultować z kimś, kto ma o tym pojecie. Mam przygotowanie medyczne – zachwalał swoje kwalifikacje, machając rączkami niczym kobieta.

Promet przerwał sąsiadowi, który bezwstydnie obnażył się ze swoimi skłonnościami, a w miarę jego wypowiedzi uśmieszek gasł na twarzy sąsiada.

– Bardzo chętnie oddam swojego małego na pastwę twoich konsultacji. Tylko musisz uważać na oczodoły, bo podbite oczka będą bolały. Oj, bardzo bolały!

– Ale ja w dobrej…

– Proszę cię, nie bądź taki w dupę uprzejmy.

Ciekawy dialog przerwał telepata, który zwrócił się do wszystkich kandydatów.

– Czy ktoś chce zrezygnować? – zapytał, prześwietlając słuchaczy wzrokiem bazyliszka. – Istnieją tylko dwie możliwości zakończenia tego testu psychofizycznego. Pierwsza to dotarcie do mety. Druga ewentualność, to wirtualna śmierć, która może być bolesna. – Przerwał instruktaż, obserwując z satysfakcją efekt zaskoczenia, jaki wywołał instruktażem, a gdy stwierdził, że nikt nie wstaje, kontynuował przerwaną myśl. – Jest jeszcze jedna sprawa, o której powinniście wiedzieć… Otóż w świecie wirtualnym wasze pragnienia mogą się urzeczywistnić, a wszelkie dewiacje ukryte w podświadomości rozwiną się mniej lub bardziej poprzez transformację psychiczną, a nawet fizyczną. Nie będziecie w stanie czegokolwiek ukryć…

Głos telepaty zaczął zanikać. Promet uświadamiał sobie, że wchodzi w trans i za chwilę znajdzie się w cyberprzestrzeni.

Wulkan otulony chmurami przebudził się. Jego poszarpana paszcza ziewała dymem i miało się wrażenie, że za chwilę zacznie charkać i pluć krwawą lawą. Pomiędzy chmurami szybowały pękate stwory i wykorzystując prądy wznoszące wzlatywały coraz wyżej i wyżej, niczym kolorowe baloniki wypuszczone przez beztroskie dzieci.

Promet, biegacz numer osiem, zajął się poprawianiem ubioru ochronnego. Sprawdził urządzenie sterujące umieszczone na pasie. Klamra posiadała sześć przycisków. Pierwszy z napisem „POW” otwierał butlę z powietrzem, którą miał zapiętą na plecach w formie plecaka. Następny przycisk „OTW” umożliwiał rozszczelnienie kombinezonu. Trzeci włącznik „REF” zapalał dwie prostokątne lampy umieszczone na ramionach niczym żołnierskie pagony. Kolejny przycisk „NOK” włączał noktowizor w kształcie szerokich okularów, które w czasie działania opuszczały się na wysokość oczu. Piąty przycisk „TER”, był zarazem pokrętłem i utrzymywał ustawioną temperaturę niezależnie od otoczenia, ostatni „ZAM” służył do zespolenia kombinezonu w całość.

Biegacz rozejrzał się, poprawiając kombinezon, który ściśle opinał jego szeroką posturę. Zorientował się, że coś jest nie tak z jego ciałem. Był bardziej krępy i wyższy niż w rzeczywistości.

– To i tak bez znaczenia – zaakceptował zmianę w wyglądzie fizycznym. – Wiem o tym, że mam kompleksy na tle drobnej sylwetki, ale obawiałem się raczej, że w tym świecie zaistnieję jako pomoc domowa.

Zegar kontrolny wyświetlił napis: „START ZA 10 SEKUND”. Promet rozpoczął bieg. Nóż zostawił w pochwie. Wyciągnął miotacz laserowy i odbezpieczył broń. Sprawdził kierunek wskazywany przez busolę. Kątem oka zauważył ptaszysko. Odskoczył w bok, unikając uderzenia w plecy. Ogromne szpony minęły cel i zorały żwir, który utworzył dwie równoległe bruzdy. Stwór odwrócił się w powietrzu, ale było już za późno na kolejny atak. Biegacz miał go na muszce i strzelił. Pękaty brzuch, a raczej duża workowata pierś zamieniła się w deszcz krwawych strzępów. Sępy odstraszone szybkim kontratakiem nadymały obwisłe piersi i wzbiły się wyżej, wznawiając swój kolisty taniec.

– Mieszanina sępa z wielkim cyckiem, który pęka jak balon napompowany gorącym powietrzem – stwierdził, wykrzywiając twarz z odrazą.

Promet wznowił bieg. Łagodne zbocza ukazały kanciaste kształty, strasząc przepaściami. Utrzymywanie nakazanego kierunku było coraz trudniejsze. Kluczył, a nawet wracał, aby pokonać jakąś przeszkodę, lub z innej strony obejść strome urwisko. Mimo przeszkód przemieszczał się do przodu, a licznik zegara wyświetlał zmniejszającą się wartość do mety.

Nagle lawina głazów runęła z góry. Przylgnął plecami do skały, ale to nie pomogło. Uderzenia odłamkami skał ogłuszały. Upuścił broń. Zasypane do kolan nogi zastygły jak w betonie. Pył opadł, ukazując widok mrożący krew w żyłach. Naprzeciw biegacza stało stado człekokształtnych szczurów, a ich wyszczerzone kły mówiły jednoznacznie o złych zamiarach. Promet poczuł się bezbronny. Miotacz laserowy leżał gdzieś zasypany. Zaczął pośpiesznie odsypywać obolałe nogi. Kamienie rzucał w kierunku stada, ale to tylko na chwilę odstraszyło uzbrojony pochód.

Człekokształtne szczury były niskie i barczyste, płci męskiej. Krótkie kamizelki przykrywały ich sterczące fallusy. Na umięśnionych ramionach dźwigały załadowane plecaki. W łapach trzymały ostre dzidy, którymi co jakiś czas dźgały w kierunku jego osoby.

Biegacz numer osiem wreszcie uwolnił nogi. Wyciągnął z pochwy długi nóż i zapytał, nie oczekując odpowiedzi:

– A ostatnie życzenie, to, co? – zażartował i dodał – A myślałem, że będzie miło i przyjemnie w tym wirtualnym świecie. – Ku jego zdziwieniu przemówił szczur, który miał najwięcej ozdób na pagonach.

– Na przyjemność trzeba sobie zasłużyć, przybyszu z obcego świata.

– Nie gustujemy w obcych bez ogona – dodał najwyższy z człekokształtnych szczurów.

Opasły szczur z miną tępaka, który stał obok dowódcy oblizał się soczyście i wyseplenił:

– Kapitanie! Kzzzdy ma prawo do ostatniego zzzycenia, tak mówi wyrocccnia.

– Słowa Wielkiej Wyroczni są święte! – krzyknęli jednocześnie i wszyscy jak na komendę stanęli na baczność.

Najmłodszy uśmiechnął się lubieżnie, ukazując rząd szpiczastych zębów i wyszeptał tryskając śliną:

– Ja! Ja mogę trzymać za głowę.

– Co ty młody, fiuta chcesz stracić?

– Myślisz, że obcy zębów nie mają? – zakończył kpiny kapitan i wszyscy wybuchli gromkim śmiechem.

Młody skulił uszy po sobie.

– Zaraz mu ściągniemy to wdzianko, a te mizerne ząbki łatwo dadzą się wyrwać – zagroził jeden ze szczurów z blizną na twarzy niemal ludzkiej.

– Tak, naprawdę? – zapytał młody z nadzieją w głosie.

Promet nie mógł uwierzyć w to, co słyszy, całe zajście oglądał jak jakiś film grozy. Najbardziej zaskoczyła go logiczna rozmowa tych człekokształtnych szczurów, które zachowywały się, jakby żyły w tym świecie od dawna. Odgonił wyobrażenia zbiorowego gwałtu, którego okrutne sceny roztoczyła przed nim wyobraźnia i postanowił walczyć aż do wirtualnej śmierci. Zrobił markowany atak na jednego ze zboczonych oprawców. Najbliżej szczur wystraszył się i odruchowo, bez celowania rzucił dzidą. Chybił. Ciecz z ostrza zaczęła się wżerać w głąb skały.

Na ten widok biegacz zwątpił. Stało się oczywiste, że kwas jest w stanie stopić materiał ochronny. Wpadł w złość, chciał zabić chociaż jednego z oprawców, ale one zbliżały się jednocześnie wystawiając w jego kierunku kolce kijów. Nagle biegacz usłyszał szum nad głową. Zanim zorientował się, co się dzieje znalazł się w powietrzu.

Promet odwrócił głowę. To, co zobaczył było piękne. Biegaczka nie miała górnej części kombinezonu, z jej pleców wyrastały skrzydła. Obejmowała go nogami w pasie a rękami trzymała za ramiona. W rejonie karku czuł ciepło jej piersi.

– Witam – odezwała się skrzydlata piękność. – Nie mogłam patrzeć, jak cię zabijają te paskudne stwory.

– Dzięki! – wykrzyknął uratowany biegacz, uchylając szybkę kasku. – Jestem naprawdę wdzięczny! Nawet sobie nie wyobrażasz, co mi chciały zrobić…

– Ta wirtualna kraina jest piękna, a zarazem straszna.

– Jak to się stało, że masz skrzydła? – zapytał zaciekawiony.

– W dzieciństwie chciałam być ptakiem. W młodości przyszły inne pragnienia, które w tym świecie urzeczywistniły się w sposób namacalny. To niesamowite! Cudowne! Zobacz, jak wspaniale latam.

Wznieśli się wyżej. Słońce mocniej świeciło nad obłokami, ukazując inny świat. Biegacza ogarnął błogi spokój z dala od ziemi, gdzie roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Spojrzał na monitor zegara i przekonał się, że lecą do mety, wartość zdobytych punków zwiększała się. Mijali cumulonimbusy, które piętrzyły się niczym himalajskie szczyty. Wpadali w skłębione kaniony, pierzaste tunele, przebijali się przez zimne obłoki, by przywitać słońce. Biegaczka szybując zniżyła się w kierunku korony wulkanu, który wystawał ponad chmurami.

Na skraju urwiska majaczyło ogromne gniazdo misternie utkane z gałęzi. Siedlisko jakiegoś stworzenia zadrżało i nagle coś przerażającego wyskoczyło ze środka. Stwór przypominał bajkowego smoka, coś w rodzaju skrzyżowania krokodyla z nietoperzem. Jaszczur machając błoniastymi skrzydłami szybko zbliżał się w ich kierunku. Wężowy ogon sinusoidował poziomo. Całe jego ciało pokrywały srebrne łuski mieniące się w słońcu. Kręgosłup aż po ogon zdobiła kolczasta płetwa zakończona kolcami.

Skrzydlata biegaczka zanurkowała w kierunku najbliższych chmur, ale smok był już zbyt blisko, wyciągnął w ich kierunku uzębioną paszczę i piskliwie zaskrzeczał.

Biegaczka puściła go, a Promet zrozumiał, że nie miała innego wyjścia. Bezwładnie spadał wzdłuż pionowej grani. Zdążył jeszcze pomyśleć, że zginie szybko, ale ku jego zdziwieniu zderzenie z ziemią okazało się delikatne i przypominało przytulenie do matczynych piersi. Już po chwili zorientował się, gdzie jest.

– Mamuśki tu na pewno nie spotkam – wyszeptał ze zgrozą. – Najwyżej wdowę z krzyżem na plecach.

Promet wpadł w ogromną pajęczynę. Sieć lepkich nitek trzymała mocno. Zawisł nad przepaścią zwinięty w kłębek niczym wielka mucha.

Pajęczyca w mgnieniu oka oplątała swoją zdobycz jeszcze mocniej pajęczyną. Z przodu wyglądała strasznie, ale gdy odchodziła, rozciągając niemal w poprzeczny szpagat długie nogi, pokazała, aż do przesady kobiece wdzięki. Człekokształtny pająk zanim schował się w skalną szczelinę potrącił sąsiedni kokon. Poruszony kształt powoli odwrócił się, ukazując sylwetkę ubraną w srebrny kombinezon. Jasno włosa biegaczka miała rozbitą szybkę kasku. Blondynka wpatrywała się w niego niebieskimi oczami, z których wyzierał paniczny strach. Promet chciał porozmawiać, ale towarzyszka niedoli zaczęła krzyczeć:

– Proszę, pomóż mi! Dobij mnie! Zabij!

– Spokojnie, tylko bez paniki – starał się ją uspokoić, ale na jego słowa kobieta zaczęła się rzucać w kokonie jak w padaczce.

– Zabij!!! – wrzasnęła. – Ty mięczaku!

– A niby, jak? Straciłem miotacz.

– A nóż! – przypomniała mu z nadzieją w głosie. – Gdybym miała jakąś broń, dawno bym z sobą skończyła…

– Spokojnie, gdzie ci się tak spieszy? – upierał się sąsiad, nie mogąc zrozumieć jej paniki.

– Pierdoło! No zrób to wreszcie! Wystaw nóż, a ja się rozbujam i sama to zrobię. Ty mięczaku bez jaj!

– Spokojnie, może jest jakieś inne wyjście.

– Sam się uspokój, flegmo – zaczęła go wyzywać zaciekle. – Ty dupo wołowa, zaraz sam ze sobą skończysz…

– Dobra! Dobra tylko zamknij się wreszcie! – miał dosyć jej wyzwisk i wrzasków.

Promet z trudem wyjął długi nóż. Wystawił ostrze, jak mógł najdalej. Biegaczka ruchami ciała rozbujała się i ostrze przecięło nić utrzymującą kokon.

– D z i ę k u j ę – zawołała i zanikła w oparach wulkanu.

Nastała głucha cisza. Biegacz zahaczył rękojeścią o pajęczynę i upuścił broń, która z brzękiem spadła na dno przepaści.

– Cholera! Co za pech – przyznał z rezygnacją.

Przypomniał sobie człekokształtną pajęczycę, jej owadzie oczy i wielkie zębiska. Głowa i długie kończyny zakończone hakami pochodziły od pająka, a pozostałe części ciała były ludzkie. Wspomniał, jak odchodziła rozciągając szeroko biodra. Jedno mu się rzuciło w oczy: nie miała piersi, a szkoda, pomyślał bezwiednie, powinna mieć, a ze trzy rzędy.

– Ciekawe, jak karmi swoje potomstwo? – pytanie samo się narzuciło.

– Niebawem się dowiesz – usłyszał wewnętrzny głos obcej mu świadomości. -Zapewniam cię, że to będzie dla ciebie niespodzianka. No, chyba, że lubisz miłość po francusku? – usłyszał obleśny chichot telepaty. – Trzymaj się chłopie, idzie ci całkiem nieźle. Pamiętaj o pozytywnym myśleniu. To pomaga.

Promet nie miał czasu na zastanowienie się nad sensem tych wewnętrznych słów, kątem oka zauważył pajęczycę, właśnie podchodziła. Pośpiesznie opuścił szybkę kasku i zamarł w bezruchu przygotowany na ukąszenie. Wlazła na kokon i odwróciła się, przyjmując znaną pozycję numer 69. Miała duży brzuch, wręcz napęczniały.

– No nie! Zaraz zacznie wysysać mi krew. Ciekawe, czy wie, gdzie niegrzeczne misie maja smoczki? Ratunku!!! Pomóżcie!!! – Biegacz w panice zacisnął uda, chcąc schować swój wrażliwy organ, który jak na złość zaczął się napełniać krwią i rosnąć. – Spokojnie! Tylko spokojnie, bez nerwów, pozytywne myślenie podobno pomaga. – Promet zamknął oczy i zaczął powtarzać głośno – To tylko gra, film wirtualny, który dobrze się skończy – pomyślał, że zapewne o tej porze żona ogląda jeden z tych tasiemcowych seriali, które wmawiają ludziom, że nawet tragedie mają swój dobry koniec. Rozmyślał o codzienności uspokoiły go. Otworzył oczy powtarzając. – To tylko wirtualny film, który za chwilę się skończy…

Obraz zachmurzonego krajobrazu zawęził się do łona, które przyssało się do szybki kasku z mlaśnięciem godnym podziwu.

– No, nie, co my tu mamy? Ciekawe zbliżenie! Czyżby pani Sromowsky? – patrzył oniemiały, jak mięsiste wargi przyklejają się do płaskiej powierzchni szybki szukając kontaktu z twarzą ofiary. – O nieee!!! – zawył, gdy zrozumiał, o co chodzi samicy i znowu zamknął oczy. – Zagram główną rolę w „Obcym kolejne starcie”.

Biegacz usłyszał cmoknięcie, jakby coś się odlepiło. Otworzył oczy z nadzieją, że już po wszystkim, ale ujrzał uzębioną paszczę. Czarna wdowa uderzała raz po raz w kask. Na szybce ukazały się rysy pęknięć.

Promet