Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 418 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Lubiewo bez cenzury” to  „Lubiewo”, jakiego bałem się opublikować w roku 2005. To nie tylko miła lektura, ale lektura traumatyczna, wstrętna i miła na raz. Porzygajcie się z rozkoszy.

Michał Witkowski

Najsłynniejsza książka Michała Witkowskiego - błyskotliwy i bezkompromisowy „ciotowski” Dekameron.

Kontrowersyjny opis środowiska gejowskiego czasów PRL i współczesnych – ukazuje się w nowej, zmienionej wersji. Autor przywrócił część skreślonych fragmentów, dopisał ciągi dalsze niektórym historiom, niektóre opowieści usunął „ponieważ działki w Lubiewie są drogie”. Wybitna, błyskotliwa proza, pozostająca „work in progress”, bo dopóki będę żył, dopóty tych pedalskich historyjek, powiedzonek, zwyczajów, ciągów dalszych będzie przybywało – zapewnia Autor.

Opinie o ebooku Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Cytaty z ebooka Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

tańczyła z szalem na obrotowym parkiecie sama jedna, wchodziła pod stół, przy którym siedzieli cinkciarze, i grała w rosyjską ruletkę. Chodziło o to, że przy stole cinkciarze grali w pokera i musieli zachować pokerową twarz, a Goldzia pod spodem miała wybrać sobie jednego. Wyjmowała z ust sztuczną szczękę i mu obciągała. Przy czym wybrany cinkciarz nie mógł się za nic zdradzić, że to właśnie jego wybrała. Wszyscy faceci uważnie na siebie patrzyli, grali w karty i szukali na swoich twarzach choćby cienia rozanielenia. Gdy wybraniec nie mógł już wytrzymać, wybuchali śmiechem, a Goldzia spod stołu pytała, sepleniąc: „Robić do końca czy starczy?”.
W końcu zadzwoniła i długo gadała po cygańsku, a brzmienie tego języka Dianka dobrze znała z Bratysławy. Rumuński łamany przez rosyjski, zardzewiały i zgniły. Różnica między prawdziwymi językami a tym kundlem była taka jak między zapachem dobywającym się z kominów ludzi palących szlachetnym drewnem a tym z baraków cygańskich, gdzie paliło się szmatami, zamarzniętymi psimi kupami, ławkami z parku, plastikowymi siatkami z Aldiego, kosmetykami i sztucznymi szczękami. Coś ją tknęło, coś złego, i to dotyczyło tego dzwonienia po Cyganów. Czemu Norma dzwoni teraz po nich? Tu, nad ranem? Na wszystkie pytania Norma powiedziała tylko: „geemmma”, co w dialekcie znaczy „gehen wir”, chodźmy. Świeże, mroźne powietrze dało im w twarz. Poszli do zaparkowanego nieopodal kombi Normy, w którym już siedziało trzech Cyganów. Brzydkich. Owszem, Dianka musiała przyznać przed sobą, że są na świecie ładni Cyganie, ale akurat ci byli genetycznie popsuci, ich matki, będąc w ciąży, paliły i piły opalizującą wszystkimi kolorami benzyny wodę z kałuży, zagryzały radioaktywnymi gołębiami.
małych nóżkach. Minąłem kilku Niemców, których poznaję nawet nago, po malutkich, przylegających do głowy uszkach, przystojnych, inteligentnych twarzach (bez grama przymieszki smalcowo-wąsowo-brzuchowo-polskiej typu „Lech Wałęsa”), po drogich, ciężkich zegarkach. I po tym jeszcze, że niedopałki gaszą i wkładają do pudełka, aby zabrać ze sobą i wyrzucić w miejscu specjalnie do tego celu przeznaczonym. Mówię im: „Salut”, bo są bardzo kulturalni, potrafią bardzo ładnie mówić po angielsku, bo można z nimi pogadać o literaturze i ekologii. Tylko jednego z nimi robić nie można, bo mają w oczach to jakieś aptekarstwo, wyliczenie, a luje, cóż... Luj to musi być dusza bardziej, że tak powiem, rosyjska, szeroka, zgoła nieoczekiwana natura, butelkę po wódce rzuci w krzaki, nic segregował nie będzie. No i, rzecz jasna, nie ma prawa mieć wygolonego ani przebitego chuja. Nie istnieje coś takiego, jak zachodni luje – ten gatunek pojawia się dopiero na wschód od Odry i ciągnie aż po krańce Rosji.
Kowali potem wracać? I ja w tym wszystkim taka cała prosto z tego Paryża, gdzie między innymi poszłam na premierę filmu Almodóvara La Mauvaise éducation . Mówię ci, mon ami, malutkie kino, paryska premiera, na sali same cioty, zachowujące się po prostu skandalicznie! One tam mdlały, piszczały, kazały sobie podawać sole trzeźwiące, mówiły, że to jest o ich życiu, że nie mogą już tego oglądać, przeginały się po francusku, kopulowały i śpiewały! Mówię ci – my przy nich jesteśmy wszystkie harcerkami.
Mówi Paula: – Świat się kończy, świat schodzi na psy. Idę parkiem, patrzę: luj. Taki naprawdę byk męski, morda, dupa, wszystko, w życiu byś nie powiedział, że to pedał. Zwykły męski heteryk, ale idzie w krzaki, więc ja za nim, bo przecież taki męski, to się rzadko zdarza, ani grama cioty w nim nie czuć. No. I jest klasyka, on rozpina rozporek, ja klękam. Dobrze. Ale już mnie coś tknęło, bo oto on bierze i kuca, i mi chce lachę ciągnąć. A to ja tu jestem baba, ciota przeklęta, a on luj! I wtedy on ściąga spodnie tak do kolan, a tam... czerwone, koronkowe pończochy... Myślałam, że umrę ze śmiechu, wszystko mi opadło, już tylko na wszystkie szczegóły patrzę, aby tobie to jak najdokładniej opisać, mówię: „Wiesz, tyle się tu tych glin kręci, ja się tak stresuję, ja idę”. I polazłam, ale żeby luje już pończochy samonośne nosili, to kto to widział...
To była z początku bardzo romantyczna historia... Wyhaczyła tego Szoguna spod poprawczaka. Piękny. Prosty jak nóż sprężynowy. Dzwoni do mnie Kangurzyca, gdy ten romans był już dosyć zaawansowany, cała w skowronkach. Ba! I widzicie, jacy oni potrafią być: on wiersze dla niej pisał! No normalnie, wiersze na kartce, długopisem, może nie jak Lorca, ale zawsze... Zresztą – potem się okazało, że to był rzeczywiście kryminalista pierwszej wody, morderca nawet. I ten Szogun, taki morderca, o kwiatkach i ptaszkach, i motylkach, i o miłości wiersze dla tej naszej Kangurzycy pisał. Bo oni nie potrafią inaczej, jak tylko o kwiatkach. To kurwiszcze się cieszyło, się z tymi wierszami obnosiło, przez telefon mi czytało, „miłość – wiosna, mojej Kangurzycy poświęcam ten utwór”. Zrozumiałam wszystko, jak mi kiedyś powiedziała, gdzie i kiedy z nim się spotka, żebym na spotkanie przyszła i z daleka go sobie zobaczyła. Esencja lujostwa, nogi do samego nieba, rozpór wypchany, twarz z nosem rzymskim, lekkie zakola, bicepsy. Zresztą, czy to oddasz słowami? Szedł do niej tam, pod tą Iglicę w parku Szczytnickim rozkołysanym krokiem, jak marynarz. Hej, jak marynarz! Tak szedłby czołg, gdyby miał nogi! Heteryctwo udowodnione metrykalnie do dziesiątego pokolenia! Aż nie wytrzymałam, wyszłam z ukrycia i

Fragment ebooka Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

MichałWitkowski

Lubiewo Bez cenzury

Fragment

Cenzury, poprawki, wrażliwe polonistki

Każde wydanie Lubiewa jest inne. Nieziszczalnym marzeniem wielu pisarzy jest napisać powieść i zamiast lecieć z nią do wydawcy, wsadzić do szuflady na kilka lat, potem jeszcze raz spojrzeć świeżym okiem, poprawić i dopiero pokazać. Niestety, jest to chyba niemożliwe. Każdy chce się jak najszybciej pochwalić przed światem tym, co napisał. Postanowiłem sobie na taki luksus pozwolić. Przynajmniej ci, dla których to wydanie będzie pierwszym kontaktem z Lubiewem, spełnią marzenie pisarza: przeczytają książkę długo odleżałą i po latach wielokrotnie poprawianą. Nie ma kanonicznego wydania Lubiewa. Poloniści muszą zawsze podać w przypisie, z którego wydania korzystali. To work in progress, dopóki będę żył, dopóty tych pedalskich historyjek, powiedzonek, obserwacji obyczajowych, ciągów dalszych będzie przybywało. Część z nich dopisuje samo życie (samobójstwo Radwanickiej), część w poprzednich wydaniach po prostu została przeze mnie (przez polonistkę we mnie) ocenzurowana... To wydanie nosi tytuł Lubiewo bez cenzury i przywrócone w nim zostały wszystkie skreślenia, jakich dokonałem w pierwszym wydaniu pod wpływem siedzących jeszcze we mnie wtedy doktoranta i polonistki. Potem nigdy nie weszły do polskich wydań, czasem przywracałem je w którymś wydaniu zagranicznym. Teraz możecie przeczytać takie Lubiewo, jakie bałem się opublikować w roku 2005.

A oto jakiego typu zmiany robiłem w tym wydaniu:

– poprawki redakcyjne (eliminacja powtórzeń, błędów frazeologicznych, literówek, nielogiczności, niejasności, błędów w realiach obyczajowych i historycznych, skróty tekstu itd.),

– dalsze ciągi historii (Dianki, Radwanickiej, Kokardy, Anny Jantar) – dopisało je samo życie lub, jak w przypadku Dianki, wzorowanej na mojej biografii – przypominają mi się ciągi dalsze i zapomniane szczegóły,

– dodanie nowego rozdziału o Jantar i Kazku z tira, kilka nowych teorii, które od dawna były w zagranicznych wersjach,

– dodałem fragment Pitavala wielkopolskiego Stanisława Szenica, który przypomina, że na czarownice w dawnej Polsce mówiono „cioty”,

– dodałem fragment o hotelu Panorama,

– dodałem opowiadanie Pauli Ta, Co Ukradła,

– dodałem fragment Św. Darii od Relikwii, który nie przeszedł dotąd przez wewnętrzną cenzurę,

– wyeliminowałem rozdziały Tajemniczy blondyn w czarnym sombrero, Ciotka z wyłączoną Ideą, Piersi i wiele innych, ponieważ działki w Lubiewie są drogie, a były to historyjki słabsze lub bardzo do siebie podobne,

– poczyniłem setki kilkuzdaniowych uzupełnień, setki zdań usunąłem. Kierowałem się tylko atrakcyjnością tekstu,

– niektóre historie były opowiedziane w sposób dość bałaganiarski: zaczynały się, potem były przerywane, potem znowu narracja do nich wracała. Starałem się za pomocą opcji „wytnij” i „wklej” zrobić z tym porządek, aby były opowiadane po bożemu te bezbożne historie,

– dodałem też słownik, który ma być pomocą dla tłumaczy i od dawna krążył jako plik pomiędzy tłumaczami.

Nie życzę Wam miłej lektury, bo Lubiewo to lektura traumatyczna, wstrętna i miła naraz. Porzygajcie się z rozkoszy.

Michaśka

Wszystkie postaci są fałszywe.

Księga ulicy

Czwarte piętro, dzwonię domofonem, słyszę jakieś piski, ochy i achy.

Śmiało wchodzę do brudnej bramy. Wjeżdżam rozklekotaną windą na czwarte piętro smutnego, gomułkowskiego bloku. Pachnie szczyną. Na podwórku głośno krzyczą dzieciaki. Patrzę na guziki poprzypalane papierosami, rozklejone; czytam napisy kibicujące drużynom piłkarskim, ktoś kogoś wysyła do gazu. Dzwonię krótko, od razu otwiera mi Lukrecja, Patrycja w kuchni zaparza herbatę – obie są bardzo podniecone, że przyszedł „pan dziennikarz”. Żyją z renty i ledwo wiążą koniec z końcem. Nie, ich wspomnień nie da się opowiadać obcym. Właśnie dlatego opowiedzą je mnie.

Patrycja i Lukrecja są już starymi facetami i w ich życiu wszystko się dawno skończyło. Dokładnie w dziewięćdziesiątym drugim roku. Patrycja: grubawy, zniszczony mężczyzna z wielką łysiną i bardzo ruchliwymi, krzaczastymi brwiami. Lukrecja – pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, chudy. Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. Ich żarty, ich zblazowane fumy. Ich motta życiowe. „Tyle masz z życia, co wyciśniesz z chuja”. „Z maturą to już nie chłop!”. Ich zawody: opiekunka społeczna, salowa, szatniarka. Byleby jakoś żyć i móc zajmować się tym, co najistotniejsze.

Lukrecja był kiedyś germanistą, ale nigdzie nie mógł dłużej zabawić, ciągle przysparzał kłopotów, podrywał uczniów i w końcu zaczął utrzymywać się tylko z korepetycji, „bo jeszcze na pierwszej stronie «Faktu» wyląduję jak Krolopp”. W latach osiemdziesiątych przeprowadził się z Bydgoszczy do Wrocławia. Tu poznał Patrycję, w parku dla pedałów, w brudnym szalecie. Pati leżał pijany z głową w szczynach i myślał, że już się nie podniesie. Ale Lukrecja pomógł Patrycji, tej dziwce, podał jej brzytwę, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping-ponga, bo młodzi działacze przychodzili grać do klubowej świetlicy. Praca lekka, z ZUS-em i emeryturą, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w szklance musztardówce i plotkowała z woźną. Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokową damą, ma wielką krynolinę, wysoką perukę i jedzie turkoczącą karetą do kochanka. Że nazywa się tak jakoś zupełnie nie do wymówienia i zasłania się przed gapiami na ulicy wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, ale ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dolewała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z czymś zatrutym. Zapalała wiarusa i kręcąc zadkiem, szła na obchód, a gdy wracała, miała już obmyśloną dalszą akcję. Trzeba było tylko zatkać uszy stoperami, bo noce nie były spokojne, a psy pilnujące terenu polowały na koty. Ranek otrzeźwiał ją, jak chlapnięcie zimną wodą. Trzeba było podpisać kontrolkę, trzeba było wracać ostatnim nocnym autobusem, który nie miał nic wspólnego z karetą, znowu ktoś coś od niej chciał i znowu była krnąbrna i leniwa.

Ale to dawne czasy, gdy robotnicy Hydralu i Stolbudu po pracy wciąż jeszcze mieli siły zajmować się baletem... Gdy nie istniały wyrazy takie, jak „molestowanie”, a gazety zajmowały się swoimi sprawami (wychwalanie dożynek, tyle to a tyle surówki stali, tyle węgla, otwarcie nowej szkoły, sukcesy wsi). W nocnych dyżurkach nie było jeszcze telewizorów, więc wyobraźnia pracowała pełną parą, inaczej zdechłoby się z nudów.

Teraz w rytm przeboju Edyty Górniak Dotyk wkroczyły na scenę lata dziewięćdziesiąte. W domu kultury Patrycji każdy pokój zajmuje inna firma, a fasada pełna jest tablic informujących, na którym piętrze znajduje się lombard, kantor, klub bilardowy, solarium czy hurtownia zniczy. Tam, gdzie tańczyli niezgrabni robotnicy, mieści się sklep o romantycznej nazwie „Wszystko po 5 złotych”, oferujący jadowicie czerwone sztuczne róże, które tak podobają się Patrycji. Ale ją zwolnili, teraz każdy sam pilnuje swego nosa, a ochronę budynku zapewniają napakowani luje ze specjalnej firmy. Świat jest zły, bo w miejsce konkursów recytatorskich, rytmiki dla dziewcząt, baletu i zajęć z gimnastyki korekcyjnej pojawiają się brudne, na poły mafijne speluny, w których handluje się używanymi telefonami komórkowymi o niemodnych kształtach, a jakby tego było mało, w kioskach nigdzie nie można dostać stoperów – pomyślała Patrycja i bez żalu przeszła na zasłużoną rentę.

Trzeciej RP do domu nigdy nie wpuściła.

Kobiety

Mówią o sobie w rodzaju żeńskim, udają kobiety, do niedawna podrywali facetów w parku, pod operą i na dworcu. Są uzależnieni od seksu. Mają wprawę w wyrywaniu! Nawet teraz, na emeryturze, z tymi brzuszkami, potrafią niejedno. Wystarcza wymachiwanie zwykłymi czarnymi torbami, na które mówią „torebki”. Bo ubierają się w to, co mają – ekstrakt przeciętności rodem z Peerelu. Wystarcza inne trzymanie papierosa, brak wąsów i te wszystkie słowa. W słowach tkwi ich siła. Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać.

– Ależ przestań, moja droga! – teraz Patrycja „przegina się” i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. – Ależ przestań! Już nie te lata, dupka już zwiędła, gdzie te niegdysiejsze śniegi? Boże, wariatka, kobieta szalona, zostaw mnie! Dobrze mówił stary Villon: bierz tylko chłopców! To i brałyśmy.

„Przeginanie się” to udawanie kobiet – jakimi je sobie wyobrażają – wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie „ależ przestań” i „Boże, Bożenka”. Albo podchodzenie do miśka, kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie:

– Główkę, szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz.

Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie. Zabawa w babę. Inni walczyli z komuną, a oni po prostu postanowili nigdy nie dorosnąć i bawić się w babę. Bycie prawdziwą kobietą, szczególnie za komuny, to już nie to – zabawa ekscytuje, a spełnienie, jak to spełnienie... Prawdziwe baby wystawały w kolejkach po mięso, rodziły w bólach dzieci, miały okres, odbierały dzieci z przedszkola, szkoły, użerały się. Dla nich baba to była gwiazda, jakaś Alexis czy Violetta Villas. Ale w ich języku spełnienia nie istnieją. Znają tylko wyrazy takie, jak „głód”, „niespełnienie”, „zimny wieczór”, „wiatr”, „spierzchnięte usta” i „chodź”. Stałe przebywanie w wyższych rejonach dna, między dworcem, najnędzniejszą pracą a parkiem, w którym był szalet. Można nawet powiedzieć, że był to jakiś plugawy środek świata.

Okazuje się, że dno ktoś specjalnie dla nich wymościł trocinami i szmatami. Wcale przytulnie. Zdecydowanie za dużo krzyku o to wylądowanie na dnie. Jak już się wyląduje, to można tam siedzieć latami. I dobrze! Śmierdzące ubrania śmierdzą tylko obcym, do własnego każdy łatwo się przyzwyczai.

Człowiek zawsze miał dosyć na tą zupę ze słoika, na kartofle, socjalizm im sprzyjał, głodni ani bezdomni nie byli, czego kurwie trzeba, byle na ten łeb nie ciekło. Teraz w tym ich parku rządzą się straszne siły kapitalizmu: najpierw zburzyli im kultowy hotel Panorama, a teraz budują wielką Galerię Sklepów, rozkopują im całą przeszłość, więc Patrycja zamierza apelować:

– Cóż, cóż ja, dziadówka, poradzę? Z kijem na Wielki Kapitał? Torebką po głowie? I co im powiem, że to jest miejsce pamiątkowe? Idź już lepiej, Lukrecja, idź po popielniczkę, bo pan nie ma gdzie strzepać (hi! hi!), strzepać... popioooooołu!

Patrycja nagle odkrywa, że nazwała siebie „dziadówką”, i bardzo się cieszy z tego nowego żartu. W którym gdzieś na dnie jest kropelka poniżenia. Patrycja właśnie zamierza ją wypić, wylizać jak kroplę ajerkoniaku z dna kieliszka. Dziś wieczorem.

– Ja sobie idę elegancko do parku, papierosy najpierw w kiosku kupuję, i tak od lat, jest dobrze, nie szkodzi mi na zdrowie. A spotykam znajomego z młodości, co się wybija w życiu, robi interesy i cały czas tak macha rączkami i nóżkami, żeby na powierzchni tej mętnej wody się utrzymać i na dno nie opaść. A co ja będę machać, jak na dnie można se odpocząć, siedzieć, zapalić, kawę zrobić, i nie wieje! No nic. On patrzy na mnie jak na ostatnią kurwę, jakbym pod dworzec na Gwarną chodziła. Zresztą – przecież chodzę. Kurwą ci jestem nie lada... I tak słucham, co on mi tam gada, ale jakoś tak mnie to słodko nie dotyczy, bo jakieś raty, proszę ja ciebie. Raty ma, a pracę traci. Pralkę wziął najnowszy model, lodóweczkę, mikrofalówkę, mieszkanie, auto, proszę ja ciebie, namachał się, a tu fala przyszła i pracę traci, i z tymi gratami częściowo tylko spłaconymi do nas, na dno, witamy!

Myślę sobie, jeszcze mi tylko raty do szczęścia potrzebne! Taka mnie refleksja filozoficzna naszła i Łucja Kąpielowa, której się zwierzyłam, to potwierdziła. Która jako szatniarka, jako wykidajło na Dnie pracuje i nie każdego wpuszcza. Hola, chciałoby się na Dno dostać, najpierw Łucji Kąpielowej trzeba dać obciągnąć! Dopiero ona te swoje zardzewiałe klucze wyciągnie jak święty Piotr. Bo tu fajnie, takeśmy się zgadały. Że my sobie tu żyjemy w tych wyższych rejonach Dna jak w raju. Nic nam już nie grozi – Lukrecja przeciąga się leniwie – i ma się ten sens w życiu! – Oblizuje się lubieżnie. – Chyba żebyśmy się do najniższych z czasem przeniosły, co, Patri? Tam to dopiero spokój się ma, bo niżej już upaść się nie da, więc głowa spokojna. Ale to na razie tylko Zdzichę Wężową ten zaszczyt spotkał, siedzi zaszczana z psem w przejściu podziemnym na Świdnickiej i żebrze.

Siedzę przy chwiejącym się stoliku w ich starym mieszkaniu, w kuchni. Nic się tu nie zmieniło od czasów komuny, wszędzie złote tajwańskie zegary z targu, barometry z targu, połyskujące figurki z targu, wszystko od Rosjan. Nawet ich język pełen jest rusycyzmów:

– U niego mało w spodniach...

Bieda aż piszczy, nad blachą suszy się pranie na sznurku. Męskie majtki, ale czarne; najtańsze, cerowane skarpetki, ale czarne; czarne – bo po pierwsze – fikuśne, po drugie – w tym domu panuje żałoba. Od ponad dziesięciu lat.

Lukrecja przybiera pozę starej hrabiny, której wojenne zawieruchy zabrały cały majątek, zakłada nóżkę na nóżkę (pomiędzy skarpetką a brązową nogawką w kant wystaje blada łydka poznaczona tatuażem żylaków), zapala papierosa, chwilę trzyma dym, wreszcie wypuszcza jak dama, daleko przed siebie, w tkliwym zamyśleniu. Puszczają ulubioną Annę German. Kręci się gramofonowa płyta:

W kawiarence na rogu każdej nocy jest koncert,

zatrzymajcie się w progu – Eurydyki tańczące,

zanim świt pierwszy promień rzuci smugą na ściany,

niech was tulą w ramionach – Orfeusze pijani...

Podają przesłodzoną, letnią herbatę. Mieszkanie urządzone jest jak poczekalnia w przychodni – widać, jak mało potrzeba ludziom do życia, gdy „żyją” innymi sprawami, gdy ich mieszkanie to tylko poczekalnia, gdzie trzeba spędzać czas pomiędzy nocnymi łowami. Zaniedbane, jak to u (seksualnych) narkomanów. Ściany do połowy wymalowane żółtą olejną, od połowy w górę – brudne, na parapecie białe plastikowe doniczki z banalnymi trawkami i drzewkami szczęścia. Czekam, aż obie (obaj?) wreszcie usiądą do papierosów, do herbaty. Aż się przestaną kręcić. Ale gdy jeden już siedzi, drugi odnajduje potrzebę psiknięcia sobie dezodorantem pod pachami i podczesania się przy pękniętym lusterku. Na dodatek na gazie coś się gotuje, a gdy już mamy usiąść, Lukrecja nagle zabiera się do podlewania kwiatków z butelki po mleku, jakby miała jakieś pieprzone ADHD. Skąd one jeszcze wytrzasnęły tą butelkę po mleku? No i cały czas się poprawiają, podczesują. W końcu goście nieczęsto się zdarzają w tym domu żałoby.

– Czy moglibyście najpierw powiedzieć mi trochę o pedalskim życiu ówczesnego Wrocławia? – Stawiam cyfrowy dyktafon na stole, ale od razu przerywa mi ich głośny, piskliwy śmiech. Jedna porywa mikrofon i śpiewa do niego:

Rozpalę serce twoje czułym pocałunkiem!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Hrabina wyszła z domu

Dostępne w wersji pełnej

Hotel Panorama

Dostępne w wersji pełnej

Luje

Dostępne w wersji pełnej

Hrabina

Dostępne w wersji pełnej

Koszary

Dostępne w wersji pełnej

Sibro

Dostępne w wersji pełnej

Matka Joanna od Pedałów

Dostępne w wersji pełnej

Łazienka

Dostępne w wersji pełnej

Spalona pikieta

Dostępne w wersji pełnej

Pikietowanie

Dostępne w wersji pełnej

Może nas jeszcze napadną?

Dostępne w wersji pełnej

Więzienie w Oleśnicy

Dostępne w wersji pełnej

Napad

Dostępne w wersji pełnej

Łucja Kąpielowa

Dostępne w wersji pełnej

Zdzicha Wężowa

Dostępne w wersji pełnej

Zemsta na lujach

Dostępne w wersji pełnej

Dżesika

Dostępne w wersji pełnej

Ciotowski bicz

Dostępne w wersji pełnej

Witam!

Dostępne w wersji pełnej

Emerytki z Lubiewa

Dostępne w wersji pełnej

Zdzisław i Wiesław leżą, patrzą w niebo, Zdzisław:

Dostępne w wersji pełnej

Ciotowski Berg

Dostępne w wersji pełnej

Św. Rolka z Uniwersyteckiej

Dostępne w wersji pełnej

SMS od: Paula

Dostępne w wersji pełnej

Umalowany Szwed

Dostępne w wersji pełnej

Inwazja

Dostępne w wersji pełnej

Strażnicy wydm

Dostępne w wersji pełnej

Blondynek od niechcenia

Dostępne w wersji pełnej

Kaja 98

Dostępne w wersji pełnej

Błąd numer osiemnaście

Dostępne w wersji pełnej

Cyganka

Dostępne w wersji pełnej

Aktorka i ciuchy

Dostępne w wersji pełnej

UFO!!!

Dostępne w wersji pełnej

Ciało na rowerze albo Zajęcza Warga

Dostępne w wersji pełnej

Kino Studio

Dostępne w wersji pełnej

Się człowiek nie naje...

Dostępne w wersji pełnej

Dianka

Dostępne w wersji pełnej

Grupa z Poznania

Dostępne w wersji pełnej

Duchowny 69, lat 40

Dostępne w wersji pełnej

Napisz o nas!

Dostępne w wersji pełnej

Randka

Dostępne w wersji pełnej

Skórzak z Poznania

Dostępne w wersji pełnej

Michał, jak mniemam

Dostępne w wersji pełnej

Dalej Emerytki

Dostępne w wersji pełnej

Fryz intim...

Dostępne w wersji pełnej

Narzekania Głuchej Baby

Dostępne w wersji pełnej

Panna Pokalana

Dostępne w wersji pełnej

Radwanicka

Dostępne w wersji pełnej

Już się nie odegnę!

Dostępne w wersji pełnej

Perspektyw ważniejszy od człowieka

Dostępne w wersji pełnej

Wielki Atlas Ciot Polskich

Dostępne w wersji pełnej

Ciotki Elegantki

Dostępne w wersji pełnej

Miłość

Dostępne w wersji pełnej

Deszcz mnie oczyszcza!

Dostępne w wersji pełnej

Inne

Dostępne w wersji pełnej

Paula

Dostępne w wersji pełnej

Jak Paula wyprowadziła w pole Ciotę Pseudointelektualistkę

Dostępne w wersji pełnej

Św. Daria od Relikwii

Dostępne w wersji pełnej

Wino domowej roboty

Dostępne w wersji pełnej

Mężczyźni w życiu Pauli

Dostępne w wersji pełnej

Ta, Co Ukradła

Dostępne w wersji pełnej

Telefony w życiu Pauli

Dostępne w wersji pełnej

Udawany luj

Dostępne w wersji pełnej

Jak Paula udawała luja na Szczytnikach...

Dostępne w wersji pełnej

Gizela

Dostępne w wersji pełnej

Niemieckie emerytki: zemsta

Dostępne w wersji pełnej

Jacutin proszę!

Dostępne w wersji pełnej

Oleśnicka

Dostępne w wersji pełnej

Babcia klozetowa z Oleśnicy

Dostępne w wersji pełnej

Specjalista od Lorki

Dostępne w wersji pełnej

Kangurzyca

Dostępne w wersji pełnej

Kangurzycy opowieści spod celi

Dostępne w wersji pełnej

Doktor Mengele

Dostępne w wersji pełnej

Fajny

Dostępne w wersji pełnej

Kokarda

Dostępne w wersji pełnej

Roma Piekarzowa

Dostępne w wersji pełnej

Anna Jantar

Dostępne w wersji pełnej

Jak Anna podrywała Józka z tira

Dostępne w wersji pełnej

Jantar i Kazek z tira

Dostępne w wersji pełnej

Dzieciństwo Anny Jantar

Dostępne w wersji pełnej

Jak Jantar poszła pierwszy raz w noc listopadową

Dostępne w wersji pełnej

Sprawa przeciwko czternastu czarownicom z Doruchowa

Dostępne w wersji pełnej

Jak Jantar poszła pierwszy raz w noc listopadową, cd.

Dostępne w wersji pełnej

Rękawiczki

Dostępne w wersji pełnej

Jak Anna poszła do koszar z siestrą

Dostępne w wersji pełnej

Jak Anna załatwiała odmownie reklamację luja

Dostępne w wersji pełnej

Jak Anna podrywała luja na współczucie

Dostępne w wersji pełnej

Jak Anna podrywała luja na Zosię Kiełbasę

Dostępne w wersji pełnej

Teorie

Dostępne w wersji pełnej

Nietykalność auta

Dostępne w wersji pełnej

Teoria przegięcia

Dostępne w wersji pełnej

Ci-ci-ci

Dostępne w wersji pełnej

Fantom piersi

Dostępne w wersji pełnej

Ciało fantazmatyczne

Dostępne w wersji pełnej

Numerek w hipermarkecie

Dostępne w wersji pełnej

Z dziennika

Dostępne w wersji pełnej

Jedna do drugiej w pekaesie z Lubaczowa do Jarosławia o wejściu Polski do UE:

Dostępne w wersji pełnej

Napis na zamkniętym dworcowym kiosku z princessami i soczkami, w Jarosławiu, na szybie, wydrukowany na komputerze, na kartce A4:

Dostępne w wersji pełnej

Na dworcu w Ełku...

Dostępne w wersji pełnej

Dwie takie, pracujące w przechowalni bagażu w Iławie

Dostępne w wersji pełnej

Dwie polonistki

Dostępne w wersji pełnej

Flora Restauracyjna

Dostępne w wersji pełnej

Tola

Dostępne w wersji pełnej

Sanepidziara

Dostępne w wersji pełnej

Pisuaressa z Dworca Głównego

Dostępne w wersji pełnej

Z wierszy Flory Restauracyjnej

Dostępne w wersji pełnej

S@miec128, lat 30 i 32

Dostępne w wersji pełnej

Wróżby Anny Jantar

Dostępne w wersji pełnej

Burza

Dostępne w wersji pełnej

UFO

Dostępne w wersji pełnej

Telefony w życiu Pauli

Dostępne w wersji pełnej

Paula dzwoni do Andzi

Dostępne w wersji pełnej

Słowniczek

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Marianna Sokołowska

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Maciej Korbasiński

Elżbieta Jaroszuk

Copyright © by Michał Witkowski, 2012

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0093-5

Nr 90452806

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl