Lubię farbować wróble - Agnieszka Osiecka, Violetta Ozminkowski - ebook

Lubię farbować wróble ebook

Agnieszka Osiecka, Violetta Ozminkowski

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Agnieszka Osiecka – królowa ozdabiania codzienności słowami. Mówiła: Nie otwieraj ust, jeśli nie masz puenty. Cytaty z jej tekstów na stałe weszły do języka potocznego. 
Lektura udzielonych przez nią wywiadów okazuje się równie inspirująca. Celne podsumowania, poetyckie widzenie świata i ciekawe przemyślenia. Każde słowo wiernie spisane z rozmowy, bez przeinaczeń i nadinterpretacji.
Wszystko ubrane przez Violettę Ozminkowski w formę współczesnego wywiadu, tak by słowa zyskały autentyzm i spójność.
To nie jest rozmowa o tym, kto kogo znał albo kto kogo kochał, a kto kochać nie chciał. To nie jest rozmowa o tym, kto z kim przeciwko komu. To nie jest rozmowa o tym, jak żyć i czego nie jeść. 
To jest rozmowa o tym, że życia nie da się ułożyć w chronologiczną całość, bo czas wcale nie pędzi do przodu. Dlatego jedne okruchy codzienności zapadają nam w pamięci na zawsze, a inne giną bezpowrotnie. To jest rozmowa o tym, że być może czas jest podobny do wiatru. To jest rozmowa o tym, że życie jest czymś innym, niż myśleliśmy, że jest.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 171




Copyright © Agata Passent, Wioletta Daukszewicz, 2016

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Józef Lubiński

Korekta

Grażyna Nawrocka

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

© Zofia Nasierowska/REPORTER

Zdjęcia w środku

© Czesław Czapliński/FOTONOVA; CAF-archiwum/PAP; Fundacja OkularnicyWitold Rozmysłowicz/CAF-archiwum/PAP; Włodzimierz Wasyluk/REPORTER,

Agnieszka Osiecka nie była kolekcjonerką. Ale otaczała się różnymi drobiazgami i pamiątkami bliskimi sercu. Fotografie niektórych z nich przekazała Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.

Książka powstała we współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.

ISBN 978–83–8097–786–0

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

„Stoczmy się dzisiaj, stoczmy ciut

zwitkaczmy odrobinkę,

Jak długo można w świecie złym

kretyńskim być motylkiem?”

Agnieszka Osiecka

Wstęp

Winna jestem wytłumaczenie. Otóż rozmowa z Agnieszką Osiecką powstała na podstawie dziesiątek wydrukowanych wcześniej wywiadów prasowych, rozmów radiowych i telewizyjnych, fragmentów wydrukowanych, ale też odnalezionych w szpargałach pojedynczych zdań i zapisków. Kiedy Anna Derengowska z wydawnictwa Prószyński Media i Fundacja Okularnicy zwrócili się do mnie z prośbą, żebym te mniej lub bardziej rozproszone wypowiedzi Agnieszki Osieckiej złożyła w jedną całość, nie wahałam się ani chwili. Choćby dlatego, że jak większość Polek i Polaków wychowałam się na jej piosenkach. Zaraz potem dopadł mnie jednak strach, że tak się nie da. I czy w ogóle wypada? Czy mam prawo złożyć z wielu wypowiedzi rozmowę z kimś, komu nie można już zadać więcej pytań?

Wtedy przypomniało mi się moje spotkanie z Agnieszką Osiecką w kawiarence na Saskiej Kępie. Siedziała tuż przy oknie, przy porannej kawie (a może to był mały koniaczek, już nie pamiętam), ja, wciśnięta w kąt, oczekiwałam swojego rozmówcy, z którym byłam umówiona. Dziwne, ale w żaden sposób nie mogę sobie dziś przypomnieć, kto nim był. Spoglądałam na nią i na zegarek, zastanawiając się, czy zwyczajnie nie podziękować za tyle wzruszeń, ale nie chciałam przeszkadzać. Onieśmielała mnie. Na dodatek z każdą chwilą czułam się coraz bardziej niezręcznie, bo kawiarenka była niewielka i gołym okiem było widać, że mój rozmówca wystawił mnie do wiatru. Telefonów komórkowych, żeby sprawdzić, co się dzieje, jeszcze nie było, choć trudno mi w to dziś uwierzyć. Nie mogłam dłużej czekać, wstałam od stolika, ale tak niefortunnie, że wywróciłam filiżankę na podłogę. Zaczęłam przepraszać. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, że rozpraszam poetkę przy pracy, bo widziałam kątem oka, że pisze coś na kartce. Wtedy Agnieszka Osiecka odwróciła się w moją stronę, spojrzała na mnie z tym charakterystycznym, lekkim dystansem, ale też rozbawieniem, i powiedziała coś, co, jak mi się wydawało, miało mnie pocieszyć: „Nie szkodzi. A kto powiedział, że miejsce tej filiżanki jest właśnie na stole?”.

Agnieszka Osiecka powtarzała często, że nie lubi wywiadów, które z natury rzeczy muszą koncentrować się na jakimś temacie, co znacznie spłyca rozmowę. Że forma wywiadu ją peszy i czuje się tak, jakby nagle ktoś ją wywołał do odpowiedzi w pustej przestrzeni. Dlatego woli usiąść przy stoliku i pogadać o tym albo owym, bazgrząc coś na serwetce. Wyobraziłam więc sobie, że przewijam we wspomnieniach taśmę do tyłu, filiżanka wraca na stół, przysiadam się do stolika poetki i zadaję pytania, których nie odważyłam się zadać tamtego poranka. A kto powiedział, że taka właśnie rozmowa jest gorsza od innej?

Prolog

Jakiego słowa powinnam unikać?

Do szału doprowadza mnie słowo „urokliwe”. To jest słownictwo ludzi o uszminkowanych ustach, brudnych majtkach i pustych duszach.

Mogę zakląć na przykład?

Nie wiem. Wszystko zależy, kto to robi, jak to robi... Taka na przykład Kalina Jędrusik. To była chodząca dobroć, chodząca czułość. A klęła jak szewc! A Irek Iredyński słowa „kurwa” używał zamiast przecinka.

A gdybym czasem westchnęła? 

Najlepiej „filozoficznie”: takie jest życie. Bo życie bywa kapryśnym reżyserem, który obsadza nas w marnych rolach. Trzeba to znieść z podniesionym czołem.

To przytyk do mnie czy samego Pana Boga? 

W moich wierszach Pan Bóg to jest drugi poeta. To jest ktoś, kto też układa świat, ale ma większe, niezniszczalne klocki, może wszystko wytrzeć gumką, ma nieprawdopodobnie dużo czasu i nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Szymborska, która jest naszą największą poetką, poetką klasy Mickiewicza, zwraca się do Boga, jakby był materią, wszechświatem, porządkiem. Ona jest skrępowana, jakby komuś szarpała liczydła. Ja, jeśli w ogóle wolno porównywać, nie jestem skrępowana. Ja, jak wielu ludzi, zaczynam nad ranem przemawiać do lustra. Patrzę, lustro nagle ciemnieje, i kogo widzę? Widzę tam, o zgrozo, jakąś inną, wyższą osobę. 

I?

Uciekam, jadę do Powsina, idę w stronę łąk, ale tam dostrzegam Go w każdym kwiatku. I to jest nieprzyzwoite, to jest nie fair. 

Gdzieś czytałam, że właśnie tak wygląda szczęście. 

Chyba tak, bo szczęście to jest radość powtarzana. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle, jak niebo pęka i ze stalowej ramy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy... No właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł się tam jeden jedyny raz i raz ucieszył się szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu coś się udało. Na drugi dzień powie: „E, co ja tam będę chodził do portu nad ranem! Już to widziałem”. Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy. 

Szczęśliwi ludzie mają w nosie krytykę. Mogą tak sobie opowiadać, zaraz na początku rozmowy, o brudnych majtkach i Bogu, bez strachu, co kto powie.

Mnóstwo różnych ludzi uważa krytykę za niegrzeczność, impertynencję. Moja matka, kiedy jej ktoś powiedział słówko krytyki, albo nie daj Boże z niej zażartował, obrażała się na całe życie. Kiedyś kupiłam jej spaniela. Zgodziła się go zatrzymać „na próbę”. Po paru godzinach kazała go oddać. Powiedziała: „On do mnie robi okropne miny!”. Ja nieźle znoszę krytykę. Uczę się, czasem coś poprawię. A kiedy za bardzo ktoś kolnie, mówię sobie: „E tam, mówi, a wcale się nie zna”. W jednej dziedzinie nie pozwalam niczego zmienić – w dziedzinie języka. Awanturuję się o każdy przysłówek. W Kanadzie myśliwi noszą czerwone kamizelki. To ich odróżnia od drzew. Mój język to jest ta moja czerwona kamizelka. Na miejscu Wałęsy byłabym wściekła, gdyby mi wytykano mój język! Nawet z tłumaczem potrafię się kłócić o każdy przecinek i znak przestankowy.

Będę więc uważać na znaki przestankowe, na wszelki wypadek też przystankowe. To ostatnia rada?

Mam jeszcze jedną: śpiesz się. Bo najgorsze jest to, że człowiek wciąż sobie powtarza: jeszcze zdążę, na pewno zdążę, przecież mam mnóstwo czasu. Później się okazuje, że tego czasu wcale nie ma tak dużo. A potem pstryk, iskierka gaśnie.

Takie jest życie…

Na przykład my z Kaliną. Napisałam dla niej Mój pierwszy bal, pani Franciszka siadła do fortepianu i zaczęła się próba. Kalina powiedziała, że razi ją w refrenie słowo „troszeczkę”, że jest toporne, rozlazłe, a w ogóle niepotrzebne. Powiedziałam, że do jutra coś wymyślę na to miejsce, ale nie wymyśliłam. No więc wreszcie Kalina nagrała piosenkę z tym „troszeczkę”, ale jakby wbrew sobie. Czuje się, że słowo jej nie leży, że ją drażni, zwłaszcza z tym „sz”. Wiele, wiele lat myślałam, że się któregoś dnia poprawi to nagranie, że się coś wykombinuje. Ale w końcu się nie wykombinowało i nie poprawiło. Przyjaciele moi i moje przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej: „Przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu”. Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: „Przepraszam, musiałam pomylić adres...”. I pstryk, iskierka zgaśnie.

Rozdział I

Przepływamy obok siebie

Obawiam się, że zaczyna „pachnieć katafalkiem”.

Nie, raczej nie. Przyjemnie mówić i pisać o przemijaniu, bo, jak każda taka masochistyczna babranina, ma to swój urok. Człowiek myśli, że jak napisał o tym przemijaniu, to już tak trochę mniej przemija.

Żyje mu się dzięki temu łatwiej?

Nie chodzi o to, czy łatwiej czy trudniej. Chodzi o styl. Trzeba żyć w wielkim stylu i starać się tak umrzeć, a nie jakoś głupio wpaść pod helikopter.

Można mądrze?

Coś ci opowiem, mądralo: któregoś wieczora byłam bardzo, bardzo smutna, zrozpaczona. Umarła moja mama, potem piłam jakiś alkohol, po którym się człowiek jeszcze gorzej czuje. Wyszłam sama na spacer, bardzo nieszczęśliwa i nagle zrobiło się bardzo cicho, jakoś strasznie, jakoś pusto, a przelatujący gołąb kopnął mnie w głowę. Ludzie i zwierzęta tacy są: gdy jesteśmy słabi – od razu chcą nam dokopać. Sama do siebie wtedy powiedziałam: szeptem przeleciał ptak nad moją głową, bo było tak, jakby jakiś potwór wyłączył nagle fonię i jakby to świat przestał istnieć, a nie ja… Chciałabym, żeby właśnie tak skończyło się nasze przedstawienie: żeby się jakoś wszystko rozlazło. Przecież na dobrą sprawę nie wiadomo niczego na pewno.

W takich chwilach modlitwa nie pomaga?

Nie umiem się modlić. Odpowiada mi taki sposób myślenia o sobie, jaki mają na przykład bohaterowie powieści Singera: na bieżąco sam Bóg prowadzi ze mną swego rodzaju buchalterię, mogę z nim jakieś sprawy załatwić, mogę coś wyżebrać. Próbowałam się modlić, ale nie miałam cierpliwości. Są ludzie głębokiej wiary i ludzie małej wiary, i ludzie nieciekawej wiary, ja nie wiem, jaka jestem, chciałam, żeby Bóg, choć na chwilę, odłączył mnie od prądu.

Co wtedy?

Cisza.

Prof. Maria Janion napisała: „Czytam w niej zdolność do miłości wielką i przerażającą, ostrą świadomość istnienia. Jak skamandryci porównywała życie do tańca. Zmysłowość i witalizm są u niej podszyte grozą”.

Rzeczywiście snobuję się na Skamandra. Notabene zostałam za to ukarana: odwiedziła mnie pewna młoda osoba i oznajmiła, że pisze o mnie magisterium! Natychmiast zaczęłam się mądrzyć i powiedziałam między innymi: „Jako poetka – jestem córką Skamandra”. A na to ona: „A ja myślałam, że pani jest córką pana Osieckiego!”. Potem zaczęła zadawać pytania, a ja nie cierpię udzielać wywiadów.

Sporo ich jednak powstało.

Nie odmawiam na ogół, bo jestem ze szkoły Jerzego Kosińskiego: źle czy dobrze, byleby z nazwiskiem. Lubię farbować swoje wróble.

Skąd się to bierze?

Z czarnej melancholii. To przypadłość, którą odziedziczyłam po matce. Niemal wszystkie tarapaty, wszystkie plagi i koszmary, w jakie się wpakowałam, zawdzięczam sobie. Bardzo mało mam za sobą takich jakichś klasycznych „przygód”, znaczących zdarzeń, które przyszły z zewnątrz. Każdy siwy włos na mojej głowie wyprodukowałam osobiście. Po prostu w coś brnę, dokądś gnam i nie rozpoznaję po drodze znaków ostrzegawczych. Potem pojawiam się w punkcie wyjścia, na jakiejś pustej stacji, zaryczana, pokaleczona, z bałaganem w sercu, jak w tobołku u Cyganki i… brnę w następne nieszczęście.

Przyjaciele nie ostrzegają w porę?

Myślę, że im człowiek starszy, tym mniejszy ma krąg najbliższych, przynajmniej ze mną tak jest. Kiedy byłam dzieckiem czy młodą dziewczyną, ojciec się ze mnie wyśmiewał i mówił: „Ty masz serce jak Brama Floriańska”. Ledwo kogoś poznałam, już nazywałam moim przyjacielem czy przyjaciółką. A był taki czas, kiedy w szkole pływałam jako zawodniczka Legii i co drugiego kolegę nazywałam przyjacielem. Cała drużyna – to byli moi przyjaciele. Dziś przeglądam zdjęcia i połowy tych ludzi w ogóle nie poznaję. Potem, gdy jeździłam z przyjaciółmi z teatrów studenckich na Mazury, nad morze, też ciągle przebywałam w jakiejś dużej grupie. Marzyłam o rodzeństwie, więc się tak rzuciłam w ludzi. Miałam nawet sny, że żyję sobie jak Królewna Śnieżka wśród krasnoludków, a te krasnale – to są moi bracia.

Dwa, trzy krasnale nie wystarczą?

Lubię przebywać w tłumie. Włóczę się. Bardzo dużo chodzę. Często zaglądam sama do rozmaitych barów, sporo jeżdżę po Polsce i nie są to podróże w poszukiwaniu tematów. Po prostu od wczesnej młodości jest mi potrzebny pewien sposób obcowania z ludźmi, który nie jest konwersacją. Nie boję się ludzi. Lubię się o ludzi poobijać trochę. Najbardziej boję się być sama w nocy w pustym mieszkaniu.

Jeden z naszych raperów śpiewa, że kiedy zostaje sam w domu, czuje ból egzystencji i smród miasta.

W mojej młodości chłopcy pojękiwali inaczej: „Przepływamy obok siebie jak okręty mijające się nocą”. Ludzie wydzierali sobie Sartre’a, opijali się potwornie mocną herbatą, łazili po nocy na cmentarz i palili papierosy w charakterystyczny sposób – do końca, do poparzenia palców i ust. Odkrywaliśmy słynny sartre’owski ból istnienia i tarzaliśmy się w nim, piszcząc z rozkoszy, bo to były małe miki w porównaniu ze strachem i nudą, z których to właśnie się wydobywaliśmy.

Łapaliście, jak pisał Sartre, czas za ogon?

Myśmy się czepiali kolorowych baloników, kiedy gdzie indziej już dawno uszło z nich powietrze. Ludzie przeżywali szok radości, jeszcze nie wiedzieli, że wpadli z deszczu pod rynnę, i szaleli ze szczęścia, że przeżyli. Ojciec grał w knajpie Neptun na Marszałkowskiej – to była knajpa usadowiona w gruzach – siedział przy pianinie w swoich przetartych spodniach na przetartym jaśku – i wracał do domu mostem pontonowym, kiedy już było całkiem widno. Ludzie nie mogli przestać tańczyć.

A tacy na przykład Francuzi – nie tańczyli?

Francuzi też tańczyli, ale pod spodem tańcowały czarne myśli, potwory wątpliwości. Myślę, że z trudem po wojnie mogli patrzeć w lustro, ciągnęło się za nimi widmo kolaboracji i to było nie do zniesienia, więc wykonali swoistą przerzutkę: jeżeli jestem marnym człowiekiem, to znaczy, że ludzie są w ogóle marni, bo życie jest marne. Potem to się rozwinęło w różnych kierunkach. Sartre tak się rozfilozofował, że w ogóle nie mógł przestać, Simone de Beauvoir natomiast pocwałowała w stronę feminizmu i zostawiła po sobie coś w rodzaju przepisu: jak być szczęśliwą, nie będąc nią. 

A u nas?

„W Paryżu kwitną bzy, gdy u nas niedźwiedź śpi i czarne chmury goni halny wiatr”. Pamiętam, była wczesna jesień, włóczyły się mgły, a ja szłam i szłam bulwarami nad Sekwaną. Obok pachniały kafejki, pojękiwały statki płynące ocembrowaną i marudną rzeką. Miałam dwadzieścia lat, właśnie dostałam się do szkoły filmowej w Łodzi i wiedziałam jedno; jeśli pojadę do szkoły, będę całkiem innym człowiekiem, niż zostając we Francji. Musiałam podjąć decyzję, ale w pewnym sensie dalej tamtędy idę. Jeśli mnie Pan Bóg zawoła, zacznę się wyrywać i wrzeszczeć: Panie Boże, puść mnie, jeszcze nie skończyłam wędrówki przez Quai Voltaire!

Rozdział II

Pięty pterodaktylów

Znów poniosło nas „w stronę Tego, Który Pisze Księgę”…

Obawiam się, że zaczniemy niedługo toczyć dialog z Grodzieńskiej: co byś zrobiła, gdybym umarła?

A ja, że skończymy na rozmowie o cudach.

Bez cudów byłoby nudno na świecie. Nie tak dawno była duża, pusta niedziela. Poszłam na koncert Mozarta do Łazienek. Przede mną siedziała kobieta szeroka jak szafa i bezczelna jak grzmot. Koło niej siedział prześliczny młodzieniec, owsikowaty, ale prześliczny. Na oko widać: zakochany do nieprzytomności. Nagle, kiedy Mozart brał wysokie cis, młodzian odezwał się na cały głos: „Czego żałuję, Andziu, to że nie kupiliśmy tego różowego parasola w Londynie!”. Mówię ci, pierwsze skrzypce aż zawyły z oburzenia!

„Dla kretyna jest kretynka – i nikt nie rozpacza”, ale to raczej norma, a nie cud.

Gdybym zajmowała się historią ekonomii, tobym napisała odę na ich cześć.

Cudów czy kretynów?

Nowych klas posiadaczy. Podkreślałabym ich niezliczone zasługi, prężność i pomysłowość, a na koniec wyraziłabym nadzieję, że zbudują ziemię obiecaną. Nowe klasy posiadaczy przecież zawsze były twarde i uparte – wywodziłabym – i wspominając Tragedię amerykańską i Manhattan Transfer, zręcznie przechodziłabym do optymistycznych wniosków na przyszłość. Ale nie zajmuję się historią ekonomii, tylko historią obyczajów i liryką, i widzę, że dusze „małych Gatsbych” stwardniały w dolarowych bojach jak pięty, a życie duchowe spadło do epoki pterodaktyla. Mówię ci, to są pięty, a nie dusze!

Pterodaktyle w garniturach od Armaniego?

Może nie wszyscy, ale niepokoi mnie obserwowany na każdym kroku proces zwilczenia. Czasem myślę, że jesteśmy na niebezpiecznej drodze do kanibalizmu. Poprzednio wiele szkody wyrządziła wojna, stalinizm, zakazy i przepisy (także na literaturę). Teraz, gdy nie boimy się czarnego luda, wyrządzamy sobie nawzajem tak wiele krzywdy. Zrobiliśmy się nietolerancyjni, stwardniali. Bawimy się w podziały na diabły i anioły, co jest chore. Napisałam piosenkę na ten temat pod tytułem Czarna kruchta, trybuna czerwona, o średnim człowieku miotającym się między jednym a drugim.

Miotamy się, bo musimy płacić rachunki.

Nie chciałabym, broń Boże, zrobić wrażenia, że pieniądze nie są dla mnie w życiu ważne. Pojawiły się jednak całe gromady ludzi, dla których tylko one się liczą. Walczą o nie jak szakale i mają wypisane na twarzach różne kombinacje. Dotyczy to, o zgrozo, także pięknych kobiet. Nawet na plaży widzę, jak się nam popsuły charaktery!

Dlaczego?

Bo ludzie zaczęli budować coraz bardziej okazałe grajdoły. To są właściwie całe mury chińskie, którymi odgradzają się od innych i strzegą swoich dóbr. Nie są to już żartobliwie pojęte grajdoły, ale całe domostwa, szczelnie zatkane kijami i szmatami. Prawie że można się w nich osiedlić. Tak się do nich przywiązują, że wręcz walczą o prawo własności. I małżeństwo nie jest już taką spokojną, liryczną parką, tylko jednostką bojową. Żeni się młody, zdrowy mężczyzna z młodą, zdrową kobietą i ruszają do ataku. I jeśli ktoś trzeci się do tego grajdoła zbliży – to się go odpędza. Mam nawet pomysł na sztukę „Walka o grajdoł”, której bohaterami będą dwie pary krzepkich, zdrowych, energicznych małżonków. Żeby się tak na końcu nie pozabijali, można zaproponować im zdanie, które napisał Bułat Okudżawa: „Nie zamykajcie na noc drzwi”.

Świetne na szlagwort hymnu złodziei.

Bardzo śmieszne, mądralo. Ja tylko namawiam do tego, żeby ten grajdoł nie był zbyt odgrodzony, bo taka rodzina zaczyna krzywdzić innych ludzi. Po prostu ci, którzy nie należą do takiej bojówki, zaczynają się czuć niezwykle samotnie. Coś takiego uchwycone jest w piosenkach młodych artystów z Jarocina; jakieś przeczucie potworności. Jakby się ludziom przestał podobać świat i jakby byli wściekli na Pana Boga za tę kulistą i wietrzną ofertę. Normalni ludzie, ludzie z sercem i babcią, wyglądają jak wykopaliska, jak anioły zostawione w szatni.

Zaczynam już żałować, że wspomniałam o tych rachunkach.

Ale poważnie: nie lubię ludzi, którzy udzielają rad, i sama nie śmiem ich dawać. Na pewno jednak nie należy dać się zwariować – to takie płaskie powiedzenie i przepraszam za banał. Ale przyszły takie czasy, że młody mężczyzna musi mieć garnitur, czarną teczkę i biegać z nią od rana do nocy, żeby być bogaczem. Biegając tak, ten człowiek niszczy swoje życie, niszczy życie swojej żony czy dziewczyny, bo przychodzi wieczorem do domu zmęczony. Słowem – mówię to do młodego pokolenia – nie dajcie się zwariować! Wydaje mi się, że trzeba sobie jednak zostawić dużo czasu. Zapytała mnie kiedyś pewna dziewczyna, jaki mężczyzna mi się podoba. Odpowiedziałam, że taki, który ma dużo czasu dla kobiety. Niech on będzie biedny, nawet paskudny, ale żeby miał dużo czasu dla kobiety. Żeby z nią gadać, żeby z nią spać, żeby się przytulić – bo czułość jest najważniejsza.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

Wstęp

Prolog

Rozdział I. Przepływamy obok siebie

Rozdział II. Pięty pterodaktylów

Rozdział III. Skarpetki mówiły

Rozdział IV. Kundle z całego świata

Rozdział V. Tężeje mi mózg

Rozdział VI. Etyka zmiany

Rozdział VII. Marzyli o kolorze

Rozdział VIII. Wymiary galaktyk

Rozdział IX. Reakcje sytuacji zagęszczonej

Rozdział X. Ludzie podobni do poduszek

Rozdział XI. Kocham imiesłowy

Rozdział XII. Samice i grafomanki

Rozdział XIII. Kicz to taki człowiek

Rozdział XIV. A ja piszę i piszę

Rozdział XV. A jeśli szewcem jestem?

Epilog

Bibliografia