Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Łowca orchidei. Trylogia heteroseksualna. Część 1 ebook

Stanisław Esden-Tempski

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 742 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łowca orchidei. Trylogia heteroseksualna. Część 1 - Stanisław Esden-Tempski

Łowca orchidei jest powieścią o dwóch miłościach – pradziada i prawnuka uczuciach rozgorzałych w dwóch wiekach i dwóch Amerykach. Bohatera i współczesnego łączy  biografia. Obaj są wygnańcami politycznymi i obaj popełniają to samo szaleństwo, wiążą się z córami Nowego Świata – jeden we współczesnym Chicago, drugi w dziewiętnastowiecznej Nikaragui. Akcja powieści rozgrywa się zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych. Powieść oparta jest na autentycznych, często rodzinnych dokumentach. Pradziad autora był bowiem uczestnikiem wielkiej Gorączki Złota w Kalifornii w latach 1845-1850 i wydał w Londynie swe memuary. Przez strony powieści przewijają się łowcy orchidei i łowcy niewolników, poszukiwacze złota, jest polska mafia sandwiczowa, wielki amerykański biznes, miłość i morderstwo, jest polskie getto i bunt przeciwko Ameryce. Wszystko to kończy się niebywale. To opowieść o kochankach Ameryki tragikomiczna i realistyczna.
Stanisław Esden-Tempski

Powieściopisarz, poeta i dziennikarz, urodzony w Gdańsku w rodzinie o kaszubskich tradycjach. Studiował psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim.

Już od czasu swego głośnego debiutu – tomu wierszy pt. "Wytrwale rozwijam swe złe skłonności" wzbudzał kontrowersje i zainteresowanie. Powieści "Kundel" i "Łowca orchidei" ukazały go jako oryginalnego prozaika.

Opinie o ebooku Łowca orchidei. Trylogia heteroseksualna. Część 1 - Stanisław Esden-Tempski

Fragment ebooka Łowca orchidei. Trylogia heteroseksualna. Część 1 - Stanisław Esden-Tempski

Stanisław Esden-Tempski

Łowca orchidei

Trylogia heteroseksualna

1. Łowca orchidei

2. Kundel

3. Ucieczka do Polski

© Copyright by Stanisław Esden-Tempski & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo. Na zdjęciu: Autor

ISBN 978-83-7859-272-3

Wydanie II 2014

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Pierwszy

San Juan del Norte - miasto; południowy wschód departamentu Rio San Juan, południowo-wschodnia Nikaragua. Port ten, nazywany niegdyś Greytown, leży przy ujściu północnej odnogi rzeki San Juan. W czasie Wielkiej Migracji do Kalifornii w latach 1850-1875 San Juan del Norte był najważniejszym karaibskim portem w tym regionie świata. Poszukiwacze złota przybywający ze wszystkich stron świata wielkimi parowcami przesiadali się przy jego nabrzeżach na małe łodzie i płynęli w górę rzeki San Juan, by dotrzeć do jeziora Nikaragua, a potem, przepłynąwszy je, resztę drogi przebywać lądem do pacyficznego portu San Juan del Sur, skąd mogli już płynąć do Kalifornii. Z nieznanych do dzisiaj przyczyn jakaś wielka katastrofa w roku 1875 zamknęła (w niektórych, starszych wydaniach Encyclopaedia Britannica - „zadusiła”) port San Juan del Norte i to było prawdziwym końcem Wielkiej Gorączki Złota. W swym apogeum port San Juan del Norte przewoził milion podróżnych rocznie i rozrósł się do kilkudziesięciotysięcznego miasta. 1980 - 600 stałych mieszkańców.

Wszystkie postacie i zdarzenia opisane w tej książce są prawdziwe, aczkolwiek całkowicie zmyślone.

Nie

I

1

PIĘKNE ŻYRAFY

Walizka Sławka Balda, ciągniona na konopnym sznurku (z tych, co to służą do wiązania paczek), zachowywała się jak pijak, który nie chce wrócić do domu. Przewracała się na boki, stawała w poprzek chodnika, nieledwie wrzeszczała: „No, chodźże, wpadniemy jeszcze na jedno piwko!” Jej kółeczka na nierównych płytach chodnika ulicy Milwaukee coraz to wpadały w jakąś smutną szczelinę i wtedy gwałtowne szarpnięcie prawie zwalało Sławka z nóg. Mógłby oczywiście po prostu nieść swój bagaż, ale na jednym jego ramieniu wisiała duża, skórzana torba, a na drugim siatka wypełniona wódką zakupioną w bezcłowym sklepie na lotnisku w Warszawie. Rozglądał się ciekawie z uśmiechem prowincjusza na wargach. Wypełniała go jakaś szczenięca duma, cieszył się z tego jak z kawału, jak z wicu, jak z dowcipnych „jaj”. Był w Ameryce. Z naprzeciwka szły w jego kierunku dwie dziewczyny w karnawałowych sukienkach i kapeluszach. Jedna z nich trąbiła rozgłośnie na przechodniów małą sylwestrową trąbką. Ich chód wskazywał, że ciągle były jeszcze „wczorajsze”, zaśmiewały się do siebie prowokacyjnie. Gdy zrównali się, jednocześnie, na jego widok uchyliły kapeluszy.

- Witamy w polskim getcie! - krzyknęły.

Tak go to zaskoczyło, że osunęły mu się z ramion plastikowe torby z alkoholem i książkami i stanął, jakby drogę przecięły mu piękne żyrafy. Ale dziewczyny nie miały ochoty nawiązać znajomości i już za chwilę ich śmiech słychać było za plecami. Zewsząd atakowały go z witryn polskie napisy: Polski sklep Kowalskich, Polski Dom Towarowy, Polskie Centrum Medyczne, Polska Apteka, Własny Wyrób Wędlin, Wysyłamy paczki do Polski, Wysyłamy kwiaty... Była to pierwsza ulica amerykańskiego miasta, jaką przyszło mu przemierzać i, nagle, boleśnie przygniotła go jej prowincjonalność. Zaniedbane domy, biedne sklepy, smutek reklam wypisywanych mazakami, lecz przede wszystkim rodzaj twarzy i styl ubiorów uświadomiły mu, że to nie jest Ameryka, ta z jego sennych marzeń, lecz jakiś Polski Senny Koszmar, ogacony nieco amerykańskim blichtrem. Dlatego właśnie jego walizka, jak dziecinny rowerek na trzech kółkach, ciężka torba, pełna słowników i literatury, i plastikowa siatka wypełniona wódką tak dobrze pasowały do tego otoczenia. Był jednym z nich, jednym z tych robotników czekających na rogu na swojego kontraktora, jednym z tych łazęgów, którzy jak w Kościerzynie, czy Mońkach, skupiali się w grupki i rozmawiali godzinami o niczym, paląc papierosa za papierosem i wpatrując się pustym wzrokiem w ulicę - był jednym z tych niezdarnie opierzonych Polaków.

2

WIELKI KURDUPEL - WEJŚCIE BARDZO MAŁEGO SMOKA

Szymon Bald był kurduplem, Wielkim Kurduplem. Sławek miał sto osiemdziesiąt dwa centymetry wojskowej miary, a przecież czuł się o tyle mniejszy od swego prapradziadka. W jego bazgrołach, które nie wiedzieć czemu nazywał „materiałami”, można było znaleźć informację o pierwszej biografii Szymona noszącej tytuł „Simon Bald - The Last Knight Errant”, napisanej przez Alexa Bondera, a wydanej w Londynie w latach sześćdziesiątych tego wieku przez wydawnictwo Hodder & Soughton. Na wyklejce tego tomu widniała fotografia, ta sama zresztą, jaką znalazł w przedwojennym „Dzienniku Bydgoskim”. Przedstawiała Szymona w mundurze kolonialnym Jungle Guards, których oddziały zorganizował z własnej inicjatywy, dotkliwie rozeźlony bezczelnością Miskitów i dwulicowością Williama Walkera z Tennessee, jednorocznego prezydenta młodej republiki nikaraguańskiej.

Szymon miał wąsy, tak samo jak Sławek, ale nie nosił brody. Ich rysy były uderzająco podobne. Ten sam profil, nieco wystające kości policzkowe i wąskie usta, ginące w zaroście. Sławek często bywał wzruszony, gdy odkrywał podobieństwo fizyczne do swoich zmarłych antenatów. Miał wówczas przemożne wrażenie, że być może - tak naprawdę - ludzie w ogóle nie umierają, lecz więdną jedynie i opadają słotną jesienią, by odrodzić się najbliższej wiosny życia na ciągle tym samym drzewie istnienia. Kiedy przymierzał smoking dziadka Apolinarego, po jego śmierci, doznał olśnienia. Ten schorowany wysoki mężczyzna o nieco pochyłych plecach i nieprzyjemnym, twardym, pruskim obyciu, w młodości miał identyczną budowę ciała co on - te same długie ręce, wąską pierś, szerokie ramiona i wciętą kibić. Był chudy za młodu - to niebywałe! A przecież pamiętał go wyłącznie jako brzuchatego jegomościa!

Jego dziadkowie i superdziadkowie - nie lubił przedrostka pra, kojarzył mu się z praptakiem i pratchawcem - ciągle fotografowali się w mundurach. W oczach Polaków Historia zawsze była kalekim bielmem. Pamiętał wstyd dziadka, gdy odkrył w szufladzie jego gdańskiego biurka tę fotografię z pruskiego wojska. Na jego piersiach wisiał żelazny krzyż. Za co go zdobył, nigdy nie zdołał się dowiedzieć. Z listu do innego superdziadka, będącego dentystą w Berlinie, dowiedział się, że dziadek Apolinary był kwatermistrzem. Jako kwatermistrz musiał się nieźle urządzić na uboczu pierwszej wojny światowej, bo donosił superdziadkowi, że posadził przed swoją kwaterą nowe rabaty róż. Wygląda na to, że Prusacy wysoko cenili takie zwycięstwa ogrodnicze, bo w wyniku tego awansował z feldfebla na lejtnanta.

Ojciec Szymona także był w armii pruskiej. Polskość Kaszub, tego malutkiego kraju, zamieszkałego przez chłopów grających na burczybasie, rybaków palących smrodliwy tytoń w duńskich fajkach, i odwiedzanego przez żeglarzy z całej Europy, zawsze była przedmiotem politycznych przetargów. Ten kraik, w którego ciele jak w perłopławie narodziło się Wolne Miasto Gdańsk i który uparcie trwał przy swej słowiańskiej tradycji i języku, przysparzał etnografom i lingwistom kolosalnego bólu głowy. Jeśli jeden z sąsiadów był ciągle Polakiem, to już dwóch innych mieniło się Niemcami. Ale ponieważ wszyscy trzej razem byli poza tym Kaszubami i łączył ich wspólny język, żyli w zgodzie i pokoju do czasu, gdy całą tę nacjonalistyczną groteskę światową spróbował na nowo przepisać pewien Austriak z wąsami a la Charlie Chaplin. Odczuwało się to także w języku. Jeśli zdenerwowany Polak z Korony powiedział „pocałuj mnie w dupę!” - Kaszuba mówił to samo w swoim języku „kiss mnia w rzec!” (przy czym „kiss” pożyczył pewnie od jakiegoś flamandzkiego marynarza, „mnia” miał z dziada superdziada wraz ze wszystkimi słowiańskimi zaimkami, a „rzyć” zachował z prasłowiańskiego) ze stoickim spokojem tak charakterystycznym dla Sławkowych współrodaków - zapewne pod wpływem nadmiaru jodu - niepomny tego, że w międzyczasie powstał groźny nowotwór językowy

D U P A

i to, co za dawnych dobrych czasów nazywało się „rzycią”, teraz nazywane jest „dupą”, a żywot rzyciem etc., z czego wynikają dalekosiężne konsekwencje.

Ojciec Szymona Balda był kapitanem armii pruskiej, a później, mimo braku większych wojen, choć może właśnie dlatego, awansował na podpułkownika i obu swoich synów posłał do szkoły kadetów w Berlinie. Szymon ukończył ją w 1844 roku, gdy miał szesnaście lat, z nominacją na oficera. Niezależny badacz życia owego Sławkowego superdziadka, powołując się na kopię pewnego dokumentu, twierdził, iż Szymon Bald 1 lipca 1845 roku zgłosił się jako ochotnik do pułku huzarów i został zwolniony z tej formacji 25 marca 1846 roku z powodu zbyt niskiego wzrostu. Szymon nie mógł długo strawić tej bolesnej zniewagi. W tym miejscu zaczęła się historia owego bohaterskiego kurdupla, którego mundur formacji Jungle Guards (pomijając długość rękawów i wiele innych krępujących rzeczy) byłby na Sławka Balda w sam raz.

3

KIEDY SŁAWKOWI ROBIŁO SIĘ NIEDOBRZE

Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze. Pewnego wieczora w dzienniku telewizyjnym ujrzał filmową migawkę z Chicago. Skrętka ukazywała fragment śródmieścia - stację benzynową firmy Amoco na tle fallicznych sylwetek wieżowców poznaczonych krostami oświetlonych okien. Z obrazu tchnęło zimnem i samotnością. Wiał wiatr tocząc po chodnikach płachty gazet. Na chodnikach nie było ani jednego przechodnia. Tam za oceanem była noc i ulicami sunęły obraźliwie eleganckie samochody. Gdyby znalazł się tam niespodziewanie, przeniesiony przez jakiegoś dżinna z butelki znalezionej na plaży, umarłby z poniżenia.

Jest w każdym człowieku jakiś podstawowy odruch, sprężyna kierująca jego losem. Tym podstawowym spinem dla Sławka Balda był lęk przed kompromitacją. Że znów zostanie przyłapany na tym, iż go nie ma. Wstyd wyrosły gdzieś głęboko w dzieciństwie na drożdżach lęku przed mijającą godziną w dzieżach głodnych poranków i wieczorów pozbawionych złudzeń, gdy budzono go wiecznie tym samym pytaniem: „Co się stało, że masz taką okropną minę”?! Senność jest normalnym objawem zmęczenia, lecz dla Balda senność, czy raczej zasypianie na jawie, to odruch nie kontrolowanego wstrętu. Gdy czuł, że świat podpływa mu do ust i budzą się mdłości, musiał zasnąć. Musiał zasnąć choć na chwilę! Miał wtedy twarz skamieniałą i był szczęśliwy. Gdy go budzono, jego oblicze pokrywało się groźną maską. Budził się niechętnie i mówił: „Och, nic, po prostu o czymś tam myślałem”. I był pełen wstydu. Być może zresztą dlatego to wszystko tak się potoczyło.

W ich rodzinnym domu wśród starożytnych mebli i drogocennych pamiątek, pozostałych po antenatach i ocalałych z „majątków” na Kaszubach, codziennym gościem była złośliwa bieda. Sławek przyzwyczaił się do tej mizerii - do chleba smarowanego margaryną czekoladową Palma („gdy się nią posmaruje, już nic nie trzeba kłaść na wierzch”), szynki wyłącznie na święta, dżinsów z napisem na tyłku Szarik - i akceptował ją jako swój własny wybór. Obudował tę sytuację wątpliwą filozofią, pełną zmyślonej pogardy. Tkwił w tej ascezie doszedłszy późnych lat młodzieńczych. W dyskusjach z globtrotterami, bogatszymi od niego, mawiał zazwyczaj: - Po co mam jechać do Ameryki, skoro ja z n a m Amerykę. Widziałem ten kraj w tysiącu może filmów, czytałem o nim w setkach książek. Nic nie jest w stanie mnie tam zaskoczyć. Tysiąc rodzajów gaci albo pięćset modeli wykałaczek w tych ich cholernych supermarketach. Nie, nie o to mi chodzi - jeśli chcę podłubać sobie w zębach, to znajdę zawsze zapałkę.

Gdy ciśnienie pary w jego czerepie dosięgało tej granicznej wysokości, po przekroczeniu której już tylko bić łbem w ścianę, dokonywał ozdrowieńczych aktów szaleństwa. Wieszał się na sznurze od żelazka w akademiku, zawisał pijany na skraju balkonu mieszkania na szesnastym piętrze wieżowca w Warszawie, trzymając swe chude, długie ciało na jednej żylastej ręce. Bez grosza przy duszy, nie jedząc i nie pijąc, krążył bez biletu po całej Polsce. A jednak były to wszystko akty wyrachowanego tchórzostwa, ciągle bowiem nie umiał się zdobyć na prawdziwe szaleństwo, jak ów Wielki Kurdupel w San Juan del Norte.

Już trzy lata minęły od chwili, gdy poczuł, że przekroczywszy trzydziestkę, żegna się na zawsze z panoramiczną (w technikolorze) perspektywą szczęśliwej przyszłości. Miał za sobą kilka zawiedzionych miłości i jedno bezsensowne małżeństwo. To wystarczy na jedno zdezorientowane życie. Do widoku oddziałów ZOMO na ulicach przyzwyczaił się, gdyż nie było innego wyjścia. Działał w konspiracji i to dawało podstawę do poczucia wypełniania jakiejś misji. Sypiał z przypadkowo poznanymi na demonstracjach kobietami, nie miał więc na tym polu bolesnych kompleksów. Wszystkie one równie gorliwie nienawidziły komunizmu. Bywało, że miewał poczucie gorącej bliskości z tymi żarliwymi istotami, których życie młyn Historii mielił na pył skutecznie i beznamiętnie. Najpiękniejsze wspomnienia erotyczne miał właśnie z „zadym”. Wyglądało na to, że widok zomowców i łomot długich białych pałek uderzających w powierzchnię tarcz, ów małpi odruch wytwarzał w tych dziewczynach troskliwość i podniecenie, chęć miłosnego przylegania.

Po wielu latach zaczął doceniać sens lepienia babek na piasku na brzegu morza. To było trudne odkrycie i sprawiło, że Sławek zaczął rozumieć siebie jakby głębiej.

4

FATALNE PRZEBUDZENIE

Ledwie otworzył oczy, natychmiast zrozumiał, co się stało. Na podłodze walały się książki wyciągnięte z regalika. Leżał ubrany na kanapie pod kocem, gdy opuścili go bowiem przygodni kompani, nie miał już siły zdjąć ubrania. Czuł się teraz jak łach w kącie kibla. Na odchylonym blacie stołu stały puste butelki po wódce. Tak! Tam także grzebali. Kątem oka zauważył, że wśród tomików „Literatury na świecie” brakuje tego, w którym ukrył pieniądze. Jeszcze tliła się w nim nadzieja, że może położył je gdzieś indziej. Ale nie miał siły podnieść się z łóżka. Glątwa i poranny lęk przybijały go do spoconego posłania, a jaskrawe światło wpadające przez okno było wyjątkowo nieprzyjazne. Z trudem począł sobie przypominać zdarzenia poprzedniego dnia. Odwrócił się na bok i oczy utkwił w ścianie. Poczuł, jak w udo wrzyna mu się klucz. Sardonicznie i boleśnie. Wszystko stało się za przyczyną tego właśnie klucza.

Poprzedniego dnia Bald dostał od Benka adres nowej kwatery. Była to kawalerka wielkości przedziału kolejowego. Po trzypokojowym mieszkaniu rodzinnym we Wrzeszczu wydawała się jeszcze mniejsza niż była w istocie. Pozbawiona kuchni, wyposażona jedynie w małą kuchenkę gazową i zlew w korytarzyku, przypominała luksusową celę z łazienką i widokiem na spacerniak porośnięty kępkami ryżawej trawy pokrytej śniegiem. Ten lokal był jednak włączony w cały system podobnych mieszkań w Warszawie, zajmowanych przez ukrywających się związkowców, polityków i drukarzy. Był jednym z nich. Napawało go to dumą.

Ich rozmowa odbyła się dwa dni później. Minął mu kac - zastąpiła go depresja pełna wyrzutów sumienia i wstydu. Był kilka razy w barze na placu Zbawiciela, mając nadzieję spotkać tych łotrów, którzy okradli go z powierzonej mu gotówki. Nie pokazali się tam już drugi raz. Nikt o nich nic nie wiedział. Sytuacja była rozpaczliwa. A wszystko stało się głupiej, niż można sobie wyobrazić. Benek dał mu klucz do nowego mieszkania i zalecił, by zrobił natychmiast duplikat. Zaraz po ich rozstaniu Bald poszedł do domów Centrum i zrobił odbitkę. Następnie miał odwieźć duplikat na Grochów. Tam okazawszy się umówionym hasłem - „szukam mieszkania dwu i półpokojowego, czy może ma pan takie do wynajęcia?” - zostawił w zaklejonej kopercie jeden egzemplarz. W razie jego wyjazdu ktoś inny mógł korzystać z tego lokalu. Mężczyzna przyjmujący kopertę - młody człowiek wyglądający na trzydziestolatka, uśmiechający się porozumiewawczo - przyjął depozyt wypowiadając odzew - „w tej połówce jest niestety pralnia” - i Sławek odetchnął z ulgą. Bo mógł pojechać na Rakowiec i obejrzeć tę swoją przyszłą gawrę. Klucz, który zostawił u łącznika, był oryginałem. Uważał, że tak będzie godniej. Sam zostawił sobie kopię.

Skontaktowanie się z Benkiem nie należało do spraw prostych. Co prawda Benek twierdził, że nie ukrywa się i mimo że jest poszukiwany przez esbecję, robi, co mu się podoba: przesiaduje w kawiarniach, spaceruje sobie i „w ogóle ma to wszystko w dupie”. Ale też nigdy w ciągu jednego tygodnia nie bywał dwa razy w tym samym miejscu. Nie sposób więc było go znaleźć w tym wielkim mieście. Gdy spotkali się pierwszy raz, dwa miesiące temu, w kawiarni „Niespodzianka”, przyszedł spóźniony pół godziny. Okazało się, że zanim wszedł do lokalu, siedział na ławeczce naprzeciw i pilnie obserwował, czy za Baldem „nie ciągną się jakieś ogony”. Sławek był szczęśliwy, że go wreszcie zobaczył. Gdańsk, mimo iż był kolebką „Solidarności”, bardzo posmutniał w tym czasie, a jedyną formą jawnej ekspresji opozycyjnej były spotkania w kościołach i wspólne modły za Ojczyznę. W końcu go zaczęło mdlić od tej martyrologicznej dewocji. Chciał działać.

Po rozpadzie swego jednorocznego, wakacyjnego małżeństwa (były to wakacje między innymi od rozpaczy) Sławek poczuł, że w jego włosach znów ożyły tarantule i jeżyła mu się sierść na głowie każdego samotnego wieczora, ale nie chciał gryźć stołu, a ludzie nie byli niczemu winni. Wychodząc z sali rozpraw po procesie rozwodowym, Bald pocałował swą byłą żonę, jak na długie pożegnanie, ciepło i bezowocnie. W drzwiach wpadł na nich sędzia w czarnej todze, pachnący jogurtem: - Czy wy robicie sobie kpiny?!

Sławek się rozpił. „Solidarność” upadła, pomniki stały na swych dawnych postumentach, a starzy Baldowie wyjechali do Australii, do Perth, gdzie siostry Sławka, Magdalena i Grażyna, już się dobrze urządziły. Sławek miał wrażenie, że jest ścierką wyżętą w centryfudze. Chciał uciec z piekła egotycznych emocji i zetrzeć z ust sól, którą pozostawiły mu na wargach pocałunki Anady.

5

STARA KOMŻA, PRZĘSŁO MOSTU I KILKA INNYCH RZECZY

Za tymi drzwiami czaiła się nęcąca konspiracyjna przystań. Sąsiad wytaczał z naprzeciwka dziecinny rower. Przez chwilę przyjrzał mu się uważnie. Czyżby esbek? Wcisnął klucz głębiej. Próbował obrócić go w zamku, ale nie dawał się przekręcić ani o stopień. Sąsiad poszedł sobie z rowerem, a przez korytarz przebiegła dwójka małych dzieci, jak statyści z filmu Hitchcocka. Dziewczynka z kluczem na szyi otworzyła drzwi i z hałasem wbiegła do mieszkania. Sławek ciągle męczył się ze swym duplikatem. Ogarnęło go rozgoryczenie i wściekłość. Wiedział, że wobec tego będzie musiał pojechać na Grochów i odebrać klucz, który dał łącznikowi. Napełniło go to wstydem. Tego nie robi się w konspiracji... Pojawianie się wielokrotnie w jednym miejscu powiększa ryzyko wpadki. Powinien był sprawdzić swoją kopię, zanim oddał oryginał. Powlókł się niechętnie do autobusu. Kiedy dotarł na Grochów, zapadł już wieczór. Łącznik był zdziwiony i nie omieszkał okazać mu swego niezadowolenia. Zza drzwi odzywały się jakieś głosy dziecięce. Na jego twarzy położył się cień lęku. Żachnięcie wyrażało to, co chciałby powiedzieć - „takie łażenie to nic dobrego, można wlec za sobą ogony”. Ale nic mu na szczęście nie rzekł.

Sławek poczuł się skompromitowany. Chciał zniknąć jak najszybciej z tego miejsca. Nadjechała wolna taksówka - odruchowo wyciągnął rękę. We wnętrzu wozu jego nastrój uległ radykalnej zmianie. A co tam - pomyślał - pójdę na dobry obiad. Kazał się wieźć na Plac Konstytucji. Nie pił już od miesiąca i był tak umocniony w zaufaniu do samego siebie, że postanowił wypić do obiadu jedno piwo. Tego wieczora właśnie jego męczący taniec na linie się skończył.

Pod koniec pierwszej półlitrówki przysiadł się do nieznanych typków siedzących pod oknami Za ich głowami widać było oświetloną sylwetkę kościoła Zbawiciela. W tym towarzystwie siedziała Beata. Powiedziała swoje imię. Myślał, że powinna mieć inne. Poczuł przypływ żalu. Mogła mieć szesnaście lat i przypominała krojem warg i pochmurnością oczu kogoś, kogo znał dawno i nie pamiętał imienia. Kogoś z Sobieszewa. Beata nie jadła nic i waliła kieliszek po kieliszku. Tylko paliła. O wiele więcej niż on sam. Jej język był kurewski, obnażający nicość nadziei, jak przęsło mostu zatopione w zimnej wodzie jesiennego zmroku. Pamiętał, że prosił ją o telefon i chciał, by poszła z nim na przegląd japońskich filmów. Śmiała się i jej zęby - małe, białe ząbki - przywodziły mu na myśl jego własną młodzieńczą komżę, leżącą teraz gdzieś w kącie szafy, i kilka jeszcze innych spraw. Dlatego wziął ich wszystkich do siebie. I zaproponował wspólną podróż w ciemność.

- Trzeba się ukatrupić! - wrzeszczał niby wesoło, ale właściwie rozpaczliwie.

Dla nich była to kwestia pójścia na melinę, przygotowania kwaśnych ogórków na zakąskę, on zaś walił się pięścią w potylicę, wywołując małe wstrząsy głowy. Po nich następowała chwilowa jasność umysłu, jakby ktoś rzucił koło ratunkowe, i nieruchomiały mu stopy przebierające trwożnie nad otwierającą się pod nim skupioną przestrzenią. Posłał jednego z osobników po cztery butelki wódki i całe towarzystwo ruszyło do jego konspiracyjnej kwatery. Nie miał poczucia, że robi coś złego, zapraszając tam ludzi. Nawet ich nie pamiętał. Gdy rozścielił kanapę i położył się z Beatą, film mu się urwał. Tamci jeszcze nie wrócili, albo właśnie wyszli.

6

KTO NA CO GOTOWY MOŻE BYĆ

Benek, tym razem, zaproponował mu spotkanie w mieszkaniu łącznika. Dzieci faceta oglądały film w telewizji. Widać było przez otwarte drzwi ich maleńkie postacie. Siedziały na podłodze w niebieskiej poświacie telewizora. Małe gnomy o wielkich jak spodki oczach. Potomstwo atlantów, podpierające kanapę. Mogli spokojnie porozmawiać w ich pokoju. Bald siadł na dolnym z dwóch piętrowych łóżeczek dziecięcych, a Benek kucnął na podłodze.

Kiedy Sławek go widział, mimowolnie przesuwały mu się przed oczyma wyrwane z upalnych kontekstów stop-klatki z pejzażami Sobieszewa. Zarabiał tam na swą pierwszą maszynę do pisania. Tak długo byli przyjaciółmi, że myślał o Benku jak o bracie. Przypominali sobie te czasy, gdy spotykali się po długim niewidzeniu i mieli za sobą dziesięć piw. Sławek pamiętał swą skórę na dłoniach - była pomarszczona, jak po kąpieli, jakby była o numer większa. Zerkał przez okienko znad balii pełnej pomyj na dziewczyny z turnusu, siedzące na sali jadalnej. Pożądał ich piersi. Żyjących pod letnimi bluzkami - piersi o smaku świeżego chleba i zapachu szklanki ciepłego mleka, ich poruszających się malinowych ust, ich małych dłoni i oczu, podkreślonych nieśmiałych makijażem. Oczu, które - choć widziały - nie umiały nazywać, dlatego były szeroko otwarte. Dla nich był tylko „personelem”, jak konduktor jest częścią tramwaju. Benek był „gościem” i mieszkał w ładnym domku kempingowym, w lesie, ale lubił towarzyszyć Sławkowi przy struganiu kartofli. Wiadro ziemniaków wcale nie jest tak trudno obrać, ale wanna pełna świeżych bulw - to zajmowało całe przedpołudnie. Układali wówczas to zdanie, które służy mu do dzisiaj, gdy chce wypróbować maszynę do pisania albo nowy długopis: „autopsyjna autowiwisekcja egocentrycznej jednostki ludzkiej rozważającej problemy bytu indywidualnego sublimuje pod wpływem bodźców introspekcyjnych ku totalnej destrukcji psychicznej poprzez alienację w sensie potocznym, wywołując jednocześnie spadek potencji intelektualnej... ty chuju..!”

Do płotu strugalni ziemniaków podeszła młoda kobieta i poprosiła o szklankę wody. Wracała z plaży, gdzie wody było całe morze. Kobieta podziękowała i siadła na piasku przy drodze. Towarzyszyła jej natrętna cisza, jak trupowi muchy. Ludzie omijali ją przechodząc mimo, a Sławek wrzeszczał zza płotu:

- Ludzie! Do zmywaka! Do kartofli. Dość już tego opierniczania się!

Miał gumowy fartuch i ręce żółte od skrobania. Dzieci się śmiały, kobieta cicho płakała, bo jej mąż właśnie przed chwilą utonął i trzymała w rękach jego sandały. Drogą na plażę jechała karetka, lecz nie zatrzymała się przy niej, choć przecież była żywa. Przez radio słychać było Marka Grechutę, który śpiewał o pięknej wiolonczelistce.

Sławek szybko nauczył się izolować swoje emocje od ekskrementów. To ważna nauka, gdy ma się piętnaście lat i własne krocze staje się projektorem snów o potędze. Pierwsza kobieta, którą widział nago, miała dwa lata i stała na stole szewca Gutmana i za nic nie chciała wejść do metalowej balii. Sławek ją rozumiał, bo pamiętał, ile trudu kosztowało go to, by nauczyć się zapinać wszystkie guziki swoich bardzo krótkich spodenek.

Tego wieczora, mimo że dawno już wymościła blokowiska śnieżna zima, na stopach Benka nie było skarpetek i siedział w pozycji półlotosu, zdjąwszy z bosych nóg drewniaki.

- To nieprawda, że jest zimno - twierdził, chociaż termometr wskazywał dziesięć stopni poniżej zera.

Siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i poruszał się jak wielki ptak w zbyt małej klatce.

- Jak ci się mieszka na Rakowcu?

- Dlaczego? - Bald odbił piłeczkę, chcąc zyskać na czasie. Mrok za oknem dziecinnego pokoju był gęsty i odwieczny, jak ocet i herbata w pustych sklepach. W pewnym punkcie czarnego nieba gwiazdy zbiegały się histerycznie. Coś go w tym wszystkim irytowało i miał ochotę się drapać.

- Byłem tam. Ten klucz, który zostawiłeś, zupełnie nie pasuje do drzwi! Będziesz mi musiał oddać oryginał. Ja sam zrobię duplikat. - Benek nawet nie chciał mu robić wymówek i traktował Sławka jak gnoja. Jego głos brzmiał obraźliwie.

- Właściwie o co ci chodzi? - zaperzył się. - Że te cymbały w domach Centrum nie umieją zrobić nawet odbitki klucza?!

- Wiesz dobrze, że nie o to... - Benek był zrezygnowany, to było jeszcze boleśniejsze.

- Więc dobrze. Nie chciało mi się jechać, by sprawdzić, czy klucz będzie pasować, bo i tak już miałem dość ganiania po całym mieście, a jazda na Grochów była jakby po drodze z centrum. A ty się nie bój, zrobię klucz i będziesz mógł przychodzić z Tamarą, kiedy tylko zechcesz. Obiecuję ci to. - Bald miał na ustach zły uśmiech. - Spróbuję jak najczęściej wyjeżdżać...

W łazience Sławek znalazł kosmetyki. Jej kosmetyki - Tamary. Benek miał swoje własne plany wobec tego mieszkania. Nie był temu przeciwny. Widział, że jego przyjaciel za długo jest już sam, stawał się dziwaczny.

- Czy możesz łaskawie odwalić się od moich spraw? - powiedział teraz. Bald wiedział, że cierpi. Tamara odwiedzała Roga-Chwalickiego, szefa wydawnictwa „Brama”, dla którego obaj pracowali. Róg żył wizją przejęcia przez opozycję władzy, „wgniecenia komuchów w błoto!” Był endekiem - i to jakim endekiem. Wściekłym Narodowym Demokratą. Dystans, który Szef narzucał swoim pracownikom, był śmieszny, jeśli się wiedziało to i owo o nim i jego seksualnych upodobaniach. Ale przez niego przechodziły pieniądze dostarczane z Zachodu. A pieniądze to coś bardzo konkretnego. Tamara była dla Benka ważna. Nie tylko dlatego, że świetnie opracowywała nowe tytuły i radziła sobie z komputerem. Był piękna, inteligentna i jak mu się wydawało dobra. Chciał z nią żyć. Być może, nawet myślał o niej poważnie. Ale ona wolała Roga i jego mdłą paplaninę o „powrocie do narodowych źródeł tożsamości”. Teraz Benek krzyczał.

- Wiesz co?! Ty po prostu jesteś chujem, zwyczajnym piździakiem! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że ten klucz mógłby być komuś bardzo potrzebny, żeby się ukryć albo wrzucić tam jakieś materiały! - To nie był język Benka, to był język tego kogoś, kim stał się teraz - język ani przyjaciela, ani szefa. Język kogoś, kto z wolna traci swą tożsamość i szarpie się we własnej kwaśnej mgle.

- Wiem - odrzekł Sławek, jakby chciał powiedzieć - „jestem winien” Zza chmur wystawił swą białą nogę księżyc. Przez chwilę wydało mu się, że to noga Benka i uśmiechnął się do siebie.

- Z czego się śmiejesz?

- Przez chwilę pomyślałem, czy to przypadkiem nie twoja noga wystaje spomiędzy chmur? Bo tylko ty nie nosisz w zimie skarpetek... I Einstein, oczywiście.

- No jasne. Bronisz się. A sprawa jest prosta jak drut. Kiedy się pije, to się pije! - Stawał się podenerwowany. Bald pomyślał o forsie. Czekał, aż Benek o nią zapyta. Tchórzliwie sam nie rozpoczynał tego tematu.

Nagle Benek się uspokoił. Wyciągnął skręta i zapalił gandzię. Nie częstował Sławka. Bald nie lubił marihuany. Wywoływała w nim napady męczącego śmiechu. Przyjaciel jednak szybko znudził się tym bezruchem ich spotkania i jego źrenice zaczęły się szybko poruszać. Sławek wiedział, czego wypatruje - szukał następnego oszczepu. Do pokoju wszedł łącznik i zapytał, jak długo będą siedzieć, bo chce położyć dzieci spać. Benek odburknął, że jeszcze chwilę. Potem powiedział ciepło:

- Podrzucisz mi jutro forsę. Potrzebuję dla drukarzy. Gdzie się spotkamy, to kwestia do ustalenia. Ale musi to być przed południem, bo muszę jeszcze kupić papier, a z papierni moi ludzie przyjadą najpóźniej do trzeciej...

Zapadła męcząca cisza. Uciekłby gdziekolwiek. Nie było jednak miejsca, gdzie mógłby się ukryć, skoro już się ukrywał...

- Nie mam tych marek.

- Jak to nie masz?! Przepiłeś je!? - wykrzyknął przerażony Benek.

- Nie. Zostałem okradziony... - czuł, jak nędzne to było i zapatrzył się w lufcik, jakby tam było wyjście.

- Nosiłeś je ze sobą?

- Nie. Ukradziono mi z mieszkania.

- Piłeś z kimś tam!

- Tak.

- Ja nie wiem, co mam z tobą zrobić - krzyczał Benek, ale jakoś tak, jakby bał się krzyknąć głośno. - M u s i s z mi je oddać. Gdyby to była moja forsa, to pal licho. Nieraz przepijało się więcej. Ale to forsa na działalność. Co ja powiem ludziom. Że co, że okradli mnie w tramwaju. Ale gdyby nawet. Ja nie chcę tego robić! Powinieneś nauczyć się wreszcie jakiejś odpowiedzialności! Nie mam ochoty brać na siebie twoich win. Sam mam dość własnych. Nie jestem twoim tatusiem, nie mogę dać ci w dupę i wreszcie przebaczyć. To jest walka, a nie śniadanie na trawie. A ty mówisz - „złodzieje mi zabrali!” - to śmieszne. Powinieneś dostać za to w mordę...

- Więc czemu nie bijesz?

- O! Wygody sobie szukasz! Rób, co chcesz. Ta forsa musi się znaleźć. Bez niej w ogóle nie pokazuj mi się na oczy! Pożycz, ukradnij, wszystko jedno co zrób, ale musisz mi te pieniądze zwrócić!

Bald wstał gwałtownie, zrobił jeden krok w kierunku okna i dwa małe kroki do tyłu. Benek na niego nie patrzył. Zaciągał się króciutkim skrętem i mlaskał, jakby z czułością całował brzegi bibułki. Sławek podrzucił głowę do tyłu i wsadził ręce do kieszeni. Końce palców miał zimne i odruchowo przebierał trzema małymi pięciozłotówkami. To wszystko, co miał. - Jedyne, co mogę zrobić - powiedział - to wyjechać na Zachód i tam nająć się do jakiejś prostej roboty...

- Więc zrób to, do cholery!

Bald patrzył w okno. Było ciemne, jakby za nim był już koniec świata. Przed blokiem zatrzymał się samochód. I wyskoczyło z niego kilka osób. Trzasnęły drzwiczki i na betonowych schodach zabrzmiały zbliżające się kroki. Za chwilę odezwało się grzmiące pukanie do drzwi, kilka naraz pięści.

- Jeśli okaże się, że to ty ich nadałeś, to cię zabiję...! - Benek patrzył na niego wrogo i bezradnie. Bald poczuł zimno. Nie mówił tego w przenośni. Tyle rzeczy gotowi byli robić. Więc czemu tego akurat nie...?

7

WIECZÓR PEŁEN PLUSKIEW I BOHATERÓW, A JEDNA PLUSKWA ZOSTAJE ROZSTRZELANA

Lęk go nagle opuścił, jak złudzenie. Lęk przed ulicą obcego miasta, gdzie nic nie wydało mu się znajome i sto metrów dalej musiałby pytać, gdzie jest miejsce, z którego przyszedł. Miał wrażenie, że wydostał się z gęstej mgły i w mgłę za chwilę wróci. Dlatego był wdzięczny Katarzynie za to, że nie opowiadała mu o swojej pracy (pracowała w Gazecie).

-... jakoś tak nie bardzo tym się przejmowałem, choć czasami utrudniało mi to komunikację z ludźmi. Kiedy zamiast otwierać szeroko paszczę - zademonstrował Katarzynie, kelnerka przechodząc obok uśmiechnęła się - wyjmowali karteczki i ołówki i wypisywali drukowanymi literami takie informacje jak: „wydaje mi się, że mam ogona”; pomijając to, że nawet forma informacji była niegramatyczna, zdumiewał mnie sam problem, bo w szkole podstawowej uczono mnie, że o g o n zgubiliśmy jako gatunek wiele milionów lat temu, ale w końcu może coś przespałem na lekcjach biologii. Tym niemniej ogony i pluskwy to był częsty temat takich konwersacji. Koleś na przykład wypisywał z lękiem na twarzy, jakby chodziło o lwa, który wydostał się z klatki w zoo, takie krępujące pytanie: „Czy nie ma tutaj pluskiew?” Wzruszałem ramionami i taką indyferentną postawę zajmowałem długo, nieświadom tego, że pluskwy rzeczywiście zagnieździły się w mojej gawrze.

- Co to jest gawra?

- Nie wiesz? Zimowe mieszkanie niedźwiedzia.

- Nie wyglądasz na niedźwiedzia...

- Ani ty na sarenkę... - urwał i spojrzał w jej błyszczące szare oczy. Katarzyna zestarzała się. Nie znał jej daty urodzenia, ale musiała przekroczyć pięćdziesiątkę. Jej cera była bezkrwista, a w kącikach oczu schły czerstwe już małe rozgwiazdy uśmiechu. Ciągle jeszcze lubiła latem nosić krótkie spódniczki i wcale nie wyglądało to źle - przynajmniej od tyłu...

- W każdym razie ta świadomość ogarniała mnie stopniowo - ciągnął. - Najpierw to była sprawa Bałakudy. Pewnie wiesz... Kuria warszawska mocno wspomagała rodziny osób internowanych. Moim między innymi zadaniem było wyszukiwanie takich rodzin i przekazywanie im jakichś tam sum. - Przy słowie „suma” w odniesieniu do konspiracyjnej gotówki zawsze ogarniał Balda lęk i zażenowanie, chociaż przecież problem tamtego długu uległ anihilacji po dwóch miesiącach jego harówki w Lindau. Ale bolesność pozostała. - Jednym z takich ludzi - kontynuował - był Tomek Bałakuda, syn działacza „sieci” z Ursusa, który poszedł do „internatu” zaraz po wybuchu stanu wojennego. Zaprosiłem go do siebie. Zaczęliśmy rozmawiać, a Tomek, jak to młody chłopak, zwierzał się, jak to mu wzięli ojca i jak się wówczas bali. Potem mówił, jak nienawidzi komuchów i o tym (co już było groźne!), że złapał kontakt z jedną z podziemnych drukarni i nosi papier w plecaku. Tu już zacząłem się denerwować - istnienie pluskwy zagnieździło się na dobre w mojej świadomości. Dawałem mu znaki, ale nie reagował. Kiedy zaczął mówić o tym, że ulotki można by puszczać balonami, zrobiło mi się gorąco i czym prędzej zaproponowałem mu spacer. Kiedy następnego dnia spróbowałem złapać z nim kontakt, okazało się, że młodemu Bałakudze zrobiono ekspresowe kolegium pod byle jakim pozorem i poszedł... - Sławek przerwał.

Obserwował młodą kelnerkę, która właśnie obsługiwała starca siedzącego obok nich. To już trzeci tak wielki starzec, jakiego widział od przyjazdu do Ameryki. Nie mieścił się na wyściełanej ławie i ciągle kolanami podrzucał stolik, co powodowało, że herbata w restauracyjnej filiżance chlapała na blat. Wołał wtedy kelnerkę i kazał jej wycierać blat. Głos obsługującej dziewczyny był posłuszny, a widok łysej czaszki starca przenosił nagle Balda na lekcję elektrotechniki do chorego technikum i poczuł pieczenie na czole, jakby ciągle na jego głowie tkwiła sukienna czapka z idiotycznym emblematem, w żaden sposób niepodobna do pięknej marynarskiej czapki z orłem, którą nosili chłopcy z technikum budowy okrętów.

Starzec kładł swą wielką łapę na ręce młodej kelnerki i jej delikatna dłoń kurczyła się, stawała się kanciasta, jakby szukała pomocy w szmatce do zmywania stołów. Szmatka była oślizła i nieprzyjemna w dotyku. Słów starca nie było słychać, a jego mina wskazywała na to, że próbuje namówić młodą kelnerkę na spotkanie po pracy. W pewnej chwili odwróciła się gwałtownie, starzec zaś wlepił swe dalekowzroczne oczy w płachtę amerykańskiej gazety. Wyglądało to, jakby gazeta także uciekała przed nim i dlatego mrużył wyłysiałe powieki. Jego wargi krzywiły się w jakimś autoobrzydzeniu.

- Mów, to się bardzo dobrze zaczyna... - zachęcała go Katarzyna.

- ...ale nie dla wszystkich dobrze się kończy - uśmiechnął się tkliwie, co jego samego bardzo zaskoczyło. - Potem była sprawa z tym dozorcą. Wiesz, w tym samym domu mieszkał taki facet, który dostał mieszkanie za to, że będzie dozorcą w bloku. To taki dziwny typ - niby przygłup, ze wsi pod Warszawą, ale oczka miał bystre i wszystko wiedział. Trochę się go bałem, szczególnie, gdy przychodzili do mnie ludzie z jakimiś materiałami. Zawsze taka gadzina mogła podkablować. A przecież zdarzało się, że pod łóżkiem miałem to papier, to matryce, raz nawet radiostację od Szwedów, więc wiesz... Aż raz mnie zdumiał... Przyszedł z rana i odzywa się w te słowa: „Ja wiem, że pan w opozycji, dlatego mogę panu powiedzieć. Ja mam takie teczki, tam są rzeczy o tym, że pierwszy sekretarz, ten nasz z Warszawy, kolaborował z Niemcami. To mógłby siedzieć, no nie...? Byłem z tym nawet na milicji, bo myślę sobie, może dadzą mieszkanie albo samochód chociaż. Ale oni w ogóle nie chcieli słyszeć, wygnali mnie i zagrozili, że jak będę o tym mówił, to sam pójdę do więzienia. To ja sobie myślę: oddam to opozycji, niech będzie jakaś sprawiedliwość... Zakopałem «to»” - mówił z dumą i wtedy przypomniałem sobie o mojej pluskwie. - Katarzyna uśmiechała się ciepło.

- Dawałem mu znaki, przerażony, żeby nie gadał więcej, ale on jakby go demencja ogarnęła, wali dalej i to jeszcze głośniej: - „Ja się nie boję, zakopałem u szwagra, koło Modlina. On ma gospodarstwo, Jak będą chcieli znaleźć, to będą musieli trochę pokopać. Szwagier ma osiem hektarów”.

Dozorcę wzięli jeszcze tego samego wieczora. Przeszukałem z fachowcami całe mieszkanie, ale nigdzie nic nie znaleźliśmy. W każdym razie moje mieszkanie zaczęto traktować jako namierzone. Ale mieszkałem tam nadal, tyle że nie mogło to już być miejsce do składowania trefnych materiałów.

Wiesz, jakie są mieszkania w blokach, małe i duszne. Duchota dokuczała mi najbardziej. Nawet już zacząłem się zastanawiać, czy nie zainstalować małego wiatraczka za kratką wentylatora. Ale u mnie, jak w całej naszej gospodarce, od pomysłu do realizacji długa jest droga. Tymczasem któregoś wieczora odbyła się balanga z młodymi pomocnikami drukarzy... To była cała sprawa! - ożywił się Bald. - Czy można narażać młodzież szkolną na represje, angażując ją do pracy konspiracyjnej. Ale to byli przecież dorośli ludzie! Głównie z klas maturalnych i każdy z nich miał dowód osobisty. Można zapytać inaczej, czy można było pozbawiać ich tej szansy, skoro na lekcjach historii uczyli się o młodych powstańcach Warszawy?! Oni, oczywiście, w tej zabawie przesadzali, ale czego żądać od młodych gnojków... - posmutniał.

- W każdym razie siedzieliśmy z Kubą (on też wyemigrował do Australii) i jeszcze z kilkoma gepardami piliśmy gorzałkę przy świeczce, bo światło zgasło akurat „ramowo” (takie wojenne oszczędności) i opowiadamy sobie dykteryjki, a Kuba miał taki uroczy zwyczaj, że kiedy się śmiał, to klepał się po kolanach i podskakiwał na krześle, jakby do sufitu przyczepiona była gumka, a w głowie miał haczyk. Właśnie jeden z balowników, był to bardzo chudy chłopak, jak to się zdarza licealistom, mający dwa metry z kawałkiem, opowiadał, jak musiał pójść do pewnego mieszkania, w którym, wiadomo było, może być podsłuch. Otworzyła mu córka właściciela i już gotowała się, żeby coś powiedzieć na widok nieznanego młodego mężczyzny, a on uprzedzając wydarzenia odpina kurtkę i pokazuje kartkę przywieszoną na piersiach - „tylko niech pani nie mówi, że jestem taki wysoki!” Kuba słysząc to zaczął rechotać, puszczać wiatry, bekać i klepać się po kolanach, jak to on. Nagle ogłuszył nas wszystkich wystrzał. Kuba umilkł i zbladł, a kratka wentylatora wyleciała ze ściany i spadła na podłogę ciągnąc za sobą spory kawałek drutu. Okazało się, że Kuba miał przy sobie odbezpieczony rewolwer i klepiąc się po kolanach rozstrzelał tę moją cholerną pluskwę.

Na spodniach Kuby robiła się coraz większa plama krwi. Kula uszkodziła mu kolano. Musieliśmy jak najszybciej pojechać z nim do szpitala. Ale gdzie? - skoro we wszystkich szpitalach były posterunki milicyjne. Chudy przypomniał sobie, że ma znajomego ginekologa, którego specjalnością były skrobanki, na pewno zgodzi się naprawić postrzelone kolano. Taksówkarz okazał się uczestnikiem Powstania Warszawskiego i był bardzo przejęty krążąc po Warszawie i gubiąc, jak mu się wydawało, wozy milicyjne jadące za nami. W końcu Kuba odbył rekonwalescencję w klinice rządowej, zapisany jako niewinna ofiara demonstracji ulicznych. Po tym wypadku przestał klepać się po kolanach i w ogóle śmiał się już trochę mniej. Tym bardziej że postrzał był groźniejszy, niż początkowo myśleliśmy, i okulał. Za to o wiele głośniej puszczał wiatry, szczególnie, gdy mijał patrole ZOMO. Doszedł do takiej wprawy, że milicjanci kryli się za węgłami domów, przybierając pozycje strzeleckie, gdy nagle podskakiwał na ich widok, wrzeszcząc - kryj się! - i puszczał salwy długie, radosne jak seria z cekaemu. Gdy po raz trzeci dostał kolegium za czynną obrazę władzy, postanowił wyemigrować do Australii. Nie wiem, czy na antypodach także tak ochotniczo pierdzi, ale przypuszczam, że nie. Tam jest jednak zdrowsza żywność...

- Ale co ty będziesz robił w Ameryce? - spytała nagle Katarzyna, wynurzając się z mgły wspomnień jak kontroler w zatłoczonym tramwaju.

Sławek znów poczuł się przyłapany. Przyłapany na tym, że śpi z otwartymi oczami i gada przez sen. Ale nie chciał się obudzić. Restauracja była pełna i szumiała jak morze, jak daleki piłkarski mecz.

- Chcę urodzić górę - powiedział. - Nie, nie! - machnął ręką - chciałem powiedzieć mysz... Chciałem urodzić mysz.

- A co to ma znaczyć? Chcesz napisać nową książkę?

- Nie... Myślę o jakimś poważnym zajęciu.

- A jakim na przykład?

- Na przykład badania historyczne - pośpieszył z odpowiedzią.

Usta Katarzyny, niewielkie i świecące jak wąska lamówka na brzegu uróżowionej skóry, wydęły się z niedowierzaniem. Wtuliła głowę w ramiona i zaraz się rozprostowała.

- A potem weźmiesz się za harfę, tak? To także się przydaje... - zakpiła - Ale za co ty będziesz żył? - wlepiła w niego wzrok smutnej, dorosłej kury. Drżały jej palce.

- Nie, o tym jeszcze nie myślałem. Ale przecież w Ameryce pieniądze leżą na ulicy - z niechęcią wyjaśniał Sławek, jak komu głupiemu. - To znaczy tak mówią - zastrzegł się.

- Jedyne, co leży tutaj na ulicach, to śmiecie i homelesy. I pijacy w piątek, głównie zresztą nasi...

- Być może mam przestarzałe informacje - zastrzegł się powtórnie, zmęczony wyjaśnianiem spraw tak prostych jak to, że życie za pieniądze czy dla pieniędzy jest tyle warte, ile bieda. I że nie umarł jeszcze, mimo że minęło już dobrych kilka lat, od kiedy raczej denerwujący termin „dom” rozłożył się, pod wpływem politycznej elektrolizy, na znacznie ważniejsze szczegółowe terminy w rodzaju: „łóżko”, „czajnik”, „stół” i plastikowe „pudełko” we wspólnej lodówce. A za oknem restauracji wzbierała noc, opuchnięta i granatowa. I tyle było jego, co w walizce i dwóch plastikowych siatkach.

- Więc jednak! Co ty chcesz robić?! Musisz to wiedzieć!

Milczał chwilę. Obserwował przez okno połyskliwe samochody i wstążkę napisu rozwijającego się nad ogromnym wejściem do banku Park Trading Corporation - „tylko Pekao spełni twe marzenia, wstąp i umów się...” W oknach na pierwszym piętrze mieścił się klub policjantów polskiego pochodzenia, którzy spotykają się tam raz na miesiąc w piątek o godzinie siódmej po południu. A zaraz obok orzeł na kartce brystolu, przypominający nie oskubaną kurę wyjętą z piekarnika, z jeżykiem na główce. W tamtym pokoju miało swą redakcję czasopismo tygodniowe „Kurier”. To wszystko było bardzo nieważne. Lecz jednak b y ł o o wiele bardziej niż to, co za chwilę powiedział.

- Jest takie zdanie, które nie daje mi spokoju od wielu lat. Od czasu, gdy natknąłem się na tę informację w pewnym starym wydaniu Encyclopaedia Britannica. „W roku 1875 zdarzyła się wielka katastrofa, przypominająca wybuch, który spowodował przesunięcie się wielkich łach piasku u wejścia do portu San Juan del Norte i wyeliminował to miejsce jako największy port przeładunkowy na Karaibach, skąd poszukiwacze złota, marzyciele i awanturnicy próbowali dotrzeć do portu San Juan del Sur, a stamtąd już wiodła prosta droga do Kalifornii. Pewne źródła dowodzą, że maczał w tym palce major Szymon Bald.” Każdy ma prapradziadka. Ja też. Tyle że mój ciągle wtrąca się w moje życie, choć już tak dawno umarł. I nawet nie wiadomo gdzie! Wspominałem ci o biografii Szymona. Napisał ją jakiś Alex Bonder. Pisały o tym kiedyś tygodniki emigracyjne. W związku z tym powstaje wiele różnych pytań.

Trzeba ci wiedzieć, że San Juan del Norte był wówczas portem przewożącym około miliona pasażerów rocznie. By obsłużyć taką masę wariatów o nieprzytomnych oczach i brodach jak żagle, musiało powstać co najmniej kilkudziesięciotysięczne miasto. Taka katastrofa mogła złamać życie nawet stu tysiącom ludzi. Łapiesz to? Dlaczego więc zdecydował się na to i czy rzeczywiście wszystko to prawda? Bonder, pisząc taką opasłą biografię, ponad trzysta stron, nie zdołał znaleźć źródeł potwierdzających tę rewelację i powtarzał wieści z drugiej ręki. Nic nie mówi także, gdzie znajduje się grób Szymona.

- I ty chcesz na te wszystkie pytania odpowiedzieć?

- Dlaczego nie?

- Ale co to za książka?

- Książka? To jego pamiętnik. Jeden z kilku pamiętników wydanych drukiem w Anglii i Stanach. Nazywa się „The Exile from Eldorado” i muszę to odnaleźć.

- Czy Bonder wspomina o tej książce?

- Nie wiem.

- To nie czytałeś nigdy tej biografii?

- Nie, zresztą ona jest po angielsku, a wiesz, jakie są u nas problemy z angielskimi książkami.

- Jak więc chcesz przeprowadzić te swoje cholerne badania?

- To wreszcie pierwsze dobre pytanie. Nie wiem... - wcale go to nie martwiło. Wierzył zawsze głęboko, że wszystko będzie OK, ponieważ tak właśnie mu się w y ś n i ł o. A gdyby było nieco inaczej, a nawet zupełnie odwrotnie - no cóż... Bezsenność to taka dziwna choroba, która choć pozbawia snu, nikomu snów nie odbiera.

8

ANADA

„Wolna, wałkowo-bębnowa, drukarnia im. Józefa Piłsudskiego mieściła się zaraz koło kibli. W tym samym budynku, co sala delegatów strajkowych. Drukowano tam głównie Biuletyn Strajkowy, a także potrzebne materiały informacyjne dla zgrai dziennikarzy krajowych i zagranicznych wałęsających się wszędzie jak hieny. Była późna noc, gdy wszedłem tam z Anadą. Cały strajk spał, na fotelach, podłogach czy też z głową zwieszoną na stole. Stąpałem ostrożnie po kartkach wydrukowanego Biuletynu, walających się na podłodze. Drżałem z emocji. Po raz pierwszy byłem z Anadą sam na sam. Poprzedniego dnia stało się coś, co zmieniło całą sytuację. Dotychczas potrafiłem jedynie lepić się do niej wzrokiem, gdy przechodziła przez salę bez Ziutkiewicza. Gdy natykałem się na nich, całujących się prowokacyjnie w kącie sali obrad na oczach wycieńczonych niedospaniem robotników, czułem rozgoryczenie. Nie potrafiłem wybaczyć jej, że tak łatwo zatraca się w objęciach tego gruboskórnego chama! Ziutkiewicz miał zwyczaj mówić do mnie, przysuwając się blisko mojego nosa, tak że czułem dokładnie, z czego składało się jego śniadanie przyniesione w tornistrze - były to grube pajdy chleba posmarowane smalcem własnej roboty ze skwarkami i przełożone plastrami cebuli. Nienawidziłem smalcu, a zapach cebuli wywoływał we mnie filozoficzny smutek. Tak cierpiałem siedem lat siedząc z nim w jednej ławce.

Anada była piękna jakby na złość wszystkim warszawskim i krakowskim intelektualistkom, bojowniczkom o Sprawę, które nazjeżdżały się na Strajk jak na zakopiańskie Krupówki i bladły z rozpaczy w jej towarzystwie. Nie musiała malować się ani ubierać. Jej czarne włosy były zawsze błyszczące i puszyste. Jej usta zawsze były czerwone i jędrne, nawet w środku napiętej, pełnej emocji nocy strajkowej. Jej piersi budziły pożądliwość starych katolickich dziennikarzy, tworzących grono doradców komitetu strajkowego. Kiedy zjawiała się na sali BHP, krztusili się w mikrofony delegaci francuskich, włoskich czy amerykańskich związków zawodowych i zdawało się, że z całego Strajku Sierpniowego zapamiętają tylko ją - Anadę idącą w rozpiętej odważnie flanelowej koszuli, pośród zaspanych robotników, wynurzającą się z morza głów jak Wenus z owego słynnego obrazu Botticellego”.

9

KIEDY ZWIERZĘTA LUDZKIM GŁOSEM?

W restauracji powstało zamieszanie. Restaurator dyskutował na środku sali z grupą mężczyzn, z których dwóch było w mundurach policyjnych, a trzech w cywilu. Mężczyźni wskazywali na kelnerki i wyraźnie się o nie dopytywali. Obok ich stolika przebiegła znajoma Katarzyny i obie kobiety wymieniły wymowne spojrzenia. Ania wbiegła za kontuar.

- Czy masz aktualną wizę w paszporcie? - zapytała Katarzyna.

- Przyjechałem dopiero dzisiaj. A czemu pytasz?

- Nie, nic. Tak mi przyszło na myśl.

Ania wyszła zza kontuaru i Sławkowi wydawało się, że jej ruchy stały się bardziej ociężałe, jakby była objedzona lub obolała.

A tymczasem funkcjonariusze immigration, bo natychmiast zrozumieli, że to oni właśnie przybyli do restauracji „Orbit”, zebrali wszystkie kelnerki wzdłuż baru i polecili im wyjąć dokumenty. Właściciel restauracji popędzał je, jakby bał się, że zwłoka w wykonaniu tej formalności może rzucić niekorzystne światło na jego interes. Najbliżsi goście opuszczali restaurację z lękiem, oglądając się za siebie. Nie było komu uiścić rachunku. Odezwało się chlipanie jednej z kelnerek, mokre i bezradne.

- Cholera, dorwali Jadzię - westchnęła Katarzyna - ona niedawno przyjechała z Nowego Targu. Może jej grozić deportacja, jeśli nie znajdzie sobie przyzwoitego adwokata.

Restaurator tłumaczył się gęsto urzędnikowi, wysokiemu, otyłemu mężczyźnie, o przekrwionej twarzy, który najprawdopodobniej był w tej grupie najwyższy rangą. Dialog odbywał się po angielsku i słowa w zawzięcie obcym języku padały jak błoto skapujące z dachu. Ania przykucnęła na stołku barowym i robiła minę uczennicy, którą boli brzuch. Nagle, nie wiadomo na co licząc, przysiadła się do wielkiego starca siedzącego naprzeciwko ich stolika. Nastąpiła teraz scena jak z niemego filmu. Starzec najpierw się uśmiechnął z widoczną ulgą na nieforemnej twarzy, a następnie Ania nie patrząc na niego mówiła coś szybko ściszonym głosem. Starzec pokiwał rozumiejąco głową, objął kelnerkę swym wielkim grubym ramieniem i przesunął w jej kierunku swoją herbatę. Zastygli tak, jakby pozowali do zdjęcia. Starzec mówił coś do niej - jego usta poruszały się powoli, a Ania kiwała głową i bardzo się tam źle czuła.

Pierwsza z kelnerek została odprowadzona przez policjantów na zewnątrz, gdzie czekała policyjna suka. Wychodząc z sali zawodziła rozgłośnie „O Jezu, Jezuniu!” Ruchy oficerów stały się bardziej natarczywe; chcieli zapewne szybciej ukończyć swą pracę, czekał bowiem na sprawdzenie jeszcze cały personel kuchenny. Dwie następne panie miały papiery w porządku. Z nonszalancją paliły papierosy i dym wydmuchiwały ponad głowami Amerykanów, ostrożnie, jakby nie chciały zepsuć im fryzury. Zagaiły krótki dialog z oficerami. Ci odwzajemnili pobieżnie ich uśmiechy. Jedna z kelnerek - młoda dziewczyna z długim jasnym warkoczem - zaczęła uciekać potrącając po drodze stoliki. Uczynił się nagły zgiełk. Policjanci odruchowo wyjęli z kabur czarne colty. Wydawało się, że zaraz zaczną strzelać. Ale nic takiego nie nastąpiło. Dziewczyna z warkoczem zatrzymała się przed drzwiami, tuż przy kasie, obróciła się na pięcie, podeszła do zwolnionego stolika, pełnego jeszcze brudnych naczyń, nie sprzątniętych przez bus-boya, usiadła, złapała się za głowę i zastygła w tym geście. Po chwili zaczęła wydawać dźwięk zupełnie niepodobny do płaczu, choć był to płacz wyrażony jedną ciemną samogłoską: „aaaa”, potem „eeeee” i znów „aaa”, i znów „eeee”.

Katarzyna i Sławek przyglądali się temu wszystkiemu bez słowa. Katarzyna mówiła o Ani. Od dawna obiecywała jej pomóc w zdobyciu fałszywej social security. Polubiła tę dziewczynę, studentkę socjologii z Warszawy, i gdy przychodziła do „Orbitu”, zawsze siadała w jej rewirze. Ania przypominała ją samą, zanim jeszcze urodziła syna i w życiu wszystko zaczęło jej się pieprzyć. Ania miała takie same ciemnopopielate włosy, skłonne do tłuszczenia się, zielone oczy i uśmiech pingwina. Nie miała jeszcze zębów zniszczonych nikotyną i biust rysował jej się pod bluzką stromo, jak dwa wyraźnie wypowiedziane słowa. Te słowa brzmiały zachętą.

Teraz Ania siedziała za stołem z uszczęśliwionym starcem i na jej twarzy odbijała się rozpacz. Wyglądała na kogoś, kto jest przygotowany na wszystko. Nagle wstała i poszła w kierunku toalety. Nikt jej nie zatrzymywał. Sławek po chwili poszedł w tym samym kierunku. Czuł w gardle kluchę i miał mdłości. Wysikał się do pisuaru. Ulżyło. W pewnej chwili usłyszał stłumiony płacz.

- Ania, to ty?

- Tak.

- Poczekaj tam - zdecydował. - Widziałem tutaj drzwi zastawione maszyną z papierosami. One muszą prowadzić na podwórze. Poczekasz?

Kelnerka westchnęła ciężko w boksie: - Nie mam wyjścia.

Bald poszedł do korytarzyka dzielącego damską toaletę od męskiej. Za maszyną z papierosami istotnie tkwiły nie używane drzwi. Odsunął urządzenie i zaczął majstrować przy zamku. Żaden z posiadanych przez niego kluczy nie pasował. Wyjął z kieszeni scyzoryk monterski i próbował odsunąć język zamka. Z restauracji, zamiast zwyczajnego gwaru, dochodziły głośne rozkazy wypowiadane gardłową angielszczyzną, przesuwano jakieś meble, słychać było głos właściciela tłumaczącego się z czegoś. Wyglądało na to, że policjanci próbują kogoś odnaleźć. Po kilku próbach drzwi wreszcie ustąpiły. Gdy Bald otworzył je jednym szarpnięciem, zaklął - okazało się, że jest za nimi ściana. Kiedyś je zamurowano i tak już pozostało. Opadło go rozgoryczenie i wstrętne poczucie śmieszności. Wszedł do męskiej toalety. Zrozpaczona kelnerka szarpała się z okienkiem wychodzącym na zewnątrz. Sławek odsunął dziewczynę delikatnie i przyłożył się do klamki. Nogę oparł o ścianę wyłożoną jasnokremowymi kafelkami. Przesunął pordzewiałą klameczkę i wyszarpnął z muru. Droga na zewnątrz była otwarta. Do wnętrza wtargnęło wilgotne jesienne powietrze. Podsadził Anię i ujmując za pośladki wypchnął ją na zewnątrz.

Wyjrzał przez okno. Okienko wychodziło na alley. Ania wstawała z ziemi i otrzepywała się. W tym miejscu pełno było błota. Wstała szybko. Szła wyprostowana w kierunku ulicy, za którą była wolność. Na alley wypadł jeden z tych mężczyzn w czarnym garniturze i krzyczał za nią:

- Stop, zatrzymać się. Kontrola dokumentów.

Ale kelnerka zignorowała to. Obejrzała się tylko jak ktoś, kto chce sprawdzić, co dzieje się za jego plecami i szła dalej. Oficer immigration pobiegł za nią i złapał ją za ramię. Ania obróciła się do niego oburzona i jakby spotkało ją to po raz pierwszy w życiu, wysyczała w jego kierunku:

- Give me a break, I don’t talk to a stranger on the street...

Było to w centrum Jackowa przy skrzyżowaniu ulic Milwaukee i Central Park, w środku polskiego getta, do którego kelnerce było bardzo śpieszno. Dlatego Amerykanin wrócił do restauracji z miną zdumionego hycla, który marszcząc brwi liczy na palcach, ileż to dni pozostało do wigilijnej nocy, kiedy istotnie zwierzęta odzywają się ludzkim głosem.

10

PRZEORYSZA I ZLEW JERZEGO WASZYNGTONA

Twarz pani Konstancji przypominała twarz zakonnicy ze Sławkowego przedszkola albo kawałek mydła. Mydło to miało siną kreskę warg, za którymi gnieździły się brązowe pieńki zębów z dobrze zachowanymi jedynkami. Konstancja była uległa, a jednocześnie pełna zastygłego krzyku. Czasami pozwalała krzykowi wydostać się na zewnątrz; wtedy mówiła do wszystkich jak strażnik żegnający więźnia w celi. Tym właśnie głosem powiedziała do Sławka:

- W żadnym wypadku proszę nie używać zlewu!

Nie rozumiał tego zakazu. Wszystkiego można było mu zabronić, ale nie kawy, nie papierosa! Przyjął do wiadomości, że musi palić na porch, ale czemu mu zabraniać nabierania wody z kranu? Zlew w kuchni był niepokalanie czysty, jak komża ministranta. Wszyscy domownicy popadli w ten kuchenny totalitaryzm i biegali z czajnikiem i każdą szklanką do łazienki, gdzie zlew był żeliwny i pamiętał zapewne czasy Jerzego Waszyngtona, a plamy w jego wnętrzu były wątrobiane i pełne rozgoryczenia.

Życie w domu pani Konstancji Wądockiej nosiło znamię tymczasowości, jak czekanie na dworcu. Dotyczyło to nie tylko Sławka, lecz wszystkich domowników. Pani Konstancja czekała. Czekała już piętnaście lat, aż jej mąż, Wacław Wądocki, zdecyduje się wraz z dziećmi przyjechać do Ameryki. Wyjazd Konstancji był ucieczką. Przez Bułgarię, Turcję i włoski obóz udało jej się dotrzeć do Nowego Jorku, a stamtąd do Chicago. Nie lubiła tego wspominać. Jej sytuacja wkrótce się ustabilizowała. Miała swój rewir domków na zachodnich przedmieściach, które obsługiwała jako cleaning lady. Pani Wądocka nigdy nie używała terminu „sprzątaczka”. Język polski urzeczowia tego typu zajęcia, nie pozostawiając miejsca na obronę - „sprzątaczka” pod względem formy gramatycznej brzmi tak samo jak „śmietniczka” lub „praczka”, ale także i „sraczka”, dlatego mówiła o sobie „cleaning lady”, o wiele silniej akcentując „lady” niż „cleaning”. Czasami można było wprawdzie ujrzeć panią Konstancję, jak wertuje, siedząc w fotelu w living-roomie, literaturę psychologiczną. Tym niemniej dawno już porzuciła myśl o tym, by wykonywać swój zawód psychologa klinicysty.

Gdy była jeszcze pełna wiary, wynajęła to wielkie pięciopokojowe mieszkanie na Sawyer, lecz wkrótce przekonała się, że nie jest w stanie płacić za nie komornego, dlatego od kilkunastu już lat mieszkało z nią zawsze kilku wakacjuszy. Lokatorzy się zmieniali, lecz nie jej zasady. Nie wolno było palić w mieszkaniu, jedynie na porch, nie można było używać zlewu w kuchni, nie można było także sprowadzać kobiet. Mieszkanie pani Konstancji zamieniło się w męski klasztor, którego przeoryszą była ona sama.

Gdy zjawił się tam Sławek Bald, wszystkie sypialnie były zajęte. Ulubieńcem przeoryszy był Stanisław, który robił wrażenie zakompleksionego seminarzysty. Stanisław był tapeciarzem i siedział już tutaj trzy lata. Pracował przeciętnie dwanaście godzin dziennie, a kiedy wracał wreszcie z roboty, smażył w kuchni ciągle te same kotlety schabowe i odgrzewał zupę z wkładką, którą gotował raz na tydzień. Jego półka we wspólnej lodówce była pełna małych miseczek z porcjami zupy na każdy dzień. Kuchnia, po każdym jego obiedzie, była pełna śmierdzącego dymu po przypalonych kotletach schabowych, a drzwi na porch jakiś czas musiały być szeroko otwarte. Pani Konstancja nie znosiła zapachów kuchennych w living-roomie, ale z procederem kuchennym Stanisława godziła się, po każdym bowiem wieczornym posiłku jej ulubieniec z miną chłopca spełniającego dobry uczynek podchodził do telefonu i dzwonił do Polski. Rozmawiał z żoną i dziećmi ciągle o tym samym: jaki będą mieli samochód, ile pokoi będzie w ich nowym domu, gdzie najlepiej złożyć zarobione w Ameryce pieniądze. Potem się wzruszał i pytał cicho, patrząc na zdjęcie żony, czy nie przytyła ostatnio za bardzo.

Pani Konstancja pierwszego wieczora pościeliła Baldowi kanapkę przy jadalnym stole prześcieradłami i kocami i wyraziła nadzieję, że szybko uda mu się znaleźć pracę i własne mieszkanie.

- Bo widzisz, tutaj naprawdę nie ma miejsca - powiedziała tonem, który sprawił, że wszystkie meble w tym mieszkaniu zaczęły mieć dla niego temperaturę rozpalonej płyty kuchennej. Życzył więc sobie korzystać z gościny pani Konstancji możliwie jak najkrócej. Zresztą spanie na króciutkiej loveseat w pokoju jadalnym było równie wygodne jak spanie na ławce dworcowej.

Gdy zasypiał, ciągle miał wrażenie, że na oparciu loveseat siedzi Katarzyna, chrząkając hałaśliwie. Rozmowa z nią - aczkolwiek tak długo oczekiwana - przygnębiła go. To już nie była ta sama Katarzyna, którą znał kiedyś. Wówczas była kimś! Korespondenci zachodnich mediów byli ugrzecznieni, gdy umawiali się z nią na rozmowę. Była ważna i jej słowa cytowane były we wszystkich serwisach światowych agencji informacyjnych. Odblask ognia walki polerował jej rysy, a wydarzenia, w których uczestniczyli oboje, hartowały ją i sprawiały, że jej ruchy były pełne energii, a słowa pełne żaru. Teraz była zmęczona codziennym wstawaniem o piątej rano do pracy w polonijnej gazecie i jedynym żywszym uczuciem, jakie animowało jej duszę, był lęk, czy zdoła się utrzymać w firmie. Budziła litość i zażenowanie.

A przecież Sławek nie potrafiłby zrezygnować z tej przyjaźni. Nie tylko dlatego, że Katarzyna załatwiła mu legowisko u znajomej. To, co ich łączyło, było rodzajem platonicznej miłości. Powiedział jej kiedyś - „szkoda, że nie jesteś mężczyzną, chciałbym mieć takiego przyjaciela jak ty”. Na co odpowiedziała - „szkoda, że nie jesteś kobietą...” Potem było pijaństwo, podczas którego Katarzyna leżała naga na materacu, goście zdążyli wyjść przed godziną milicyjną, a Sławek, z lenistwa raczej niż z konieczności, został. Katarzyna chora już była wówczas na gruźlicę i męczył ją mokry kaszel, który wiązała z paleniem papierosów. Sławek rozebrał się z pewnym wstydem, położył się obok niej i próbował zachować się jak mężczyzna. Poczuł wówczas, że nie jest do tego zdolny. Prześcieradło, którym byli okryci, zaczęło drażnić go swoją nieświeżością, a jej ciało leżało bezwładne, pełne jakby rozgoryczenia. Powiedziała wówczas - „o n chce spać, ja też...” Głaskał ją po siwiejących włosach, oddawała mu uściski i chociaż wreszcie męskość mu powróciła i poczuł jej rękę na swym członku, przywarci do siebie z determinacją, jakby z rozmysłem nie złączyli się już tej nocy. Później przepraszali się bez słowa wielokrotnie - Katarzyna za pomocą płochliwego uśmiechu, Sławek zaś delikatnego dotknięcia dłoni, ale nie powrócili już więcej do tej sceny żadnym otwartym przypomnieniem i ich przyjaźń się przez to pogłębiła. Był wobec tego uczucia lojalny, co nie wymagało od niego jakiegoś specjalnego aktu woli. Był po prostu lojalny, dokładnie tak samo, jak nie bardzo umiał kłamać. Często oskarżał samego siebie o różne szpetne uczucia, bo był nieufny wobec własnych uniesień. Ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mógłby o sobie powiedzieć: jestem dobry, jak też - jestem egoistą. Dobroć często bywa atawizmem, podszytym lękiem przed ciemnością i stymulowanym przezeń. Wydaje się, jakby oba te uczucia - dobroć i egoizm, pochodziły z jednej pieczary, w której płonie to samo stare ognisko.

11

PRYSKAJĄCY BELL

W kartonie po waflach nadziewanych firmy „Wanda” - Zakłady Przemysłu Cukierniczego w Płocku, pomiędzy tysiącem innych śmieci („materiałów”), tkwiła kartka, którą Bald znał prawie na pamięć. Karton ciągle pozostawał w Polsce, czekając na dogodną chwilę, by sprowadzić go do Stanów. Musiałby napisać list do Benka - nienawidził pisania listów. Kartka była wyrwana z zeszytu w kratkę i miała przedarcie w połowie. Zanotował na niej wiele lat temu, urzeczony sprawą, coś takiego:

Niejasne są przyczyny emigracji Szymona Balda do Środkowej Ameryki. W 1955 roku ukazał się w San Francisco obszerny o nim artykuł. Pisano tam, że był zamieszany w organizację spisku rewolucyjnego powstałego na fali wrzeń w całej ówczesnej Europie, które historycy określają teraz wspólnym mianem Wiosny Ludów. Ale jestem przekonany, że bezpośrednim powodem emigracji Szymona nie była ta cała romantyczna ruchawka. Nie jestem jednak historykiem i mam do dyspozycji jedynie jakąś rodzinną intuicję... Niełatwo było mu przyjąć, że wszyscy Baldowie, począwszy od jednonogiego Augustyna, kapra w Bitwie Oliwskiej i zbója na długo przedtem, byli wysocy, a on nagle pojawił się, ni stąd ni zowąd, jak jakiś wypierdek, i na dodatek wylano go z huzarów, więc musiał na zawsze pożegnać się z łopotem skrzydeł i szarżami na polach bitewnych Starego Świata.

Tylko koligacje rodzinne uchroniły go przed plutonem egzekucyjnym, a mrzonki młodzieńcze o demokratycznej konstytucji, wolnej prasie i powszechnym nauczaniu w zapchanej głodnymi narodami Europie znikły jak trądzik młodzieńczy. Wsiadł więc na okręt o nie ustalonej nazwie, by wraz z grupą niemieckich kolonistów wylądować w miejscowości Bluefields w granicach dzisiejszej Nikaragui.

Miejscowość ta leżała na Wybrzeżu o kąśliwej nazwie Costa de Mosquitos, które było wówczas, nominalnie, niezależnym państewkiem popieranym przez brytyjskiego konsula. Costa de Mosquitos marzyło o niepodległości, a tych kilka portów na wybrzeżu, ciągle w rękach Indian Miskito, było łakomym kąskiem zarówno dla Amerykanów, jak też i Anglików, którzy żyli tam jak na beczce prochu. Aspiracje i los Indian nikaraguańskich nie bardzo pochłaniały wówczas Szymona. Bo w istocie los każdego imigranta jest podobny - musi pokazać, że jest w stanie żyć na obcej ziemi, gdzie nie ma ani jednego rodzinnego grobu. Tylko tyle i aż tyle. Wówczas właśnie, być może z czystej desperacji, Szymon zakochał się w wyższej od siebie o głowę osiemnastoletniej Angielce Amelii Bell, córce brytyjskiego urzędnika nadzorującego wycinkę i spław drewna mahoniowego.

Pan Bell był okropny - nosił się jak wojskowy, choć w istocie nigdy nie był w wojsku. Pryskał śliną na wszystkich - na robotników, znajomych wodzów indiańskich, a nawet na swoją rodzinę. Wyglądało to tak, jakby odchodząc od stołu w jadalni ciągle zapominał zakręcić kurek ze śliną. Zdawało się, że jego ulubioną rozrywką było zabijanie każdego, kto nieopatrznie znalazł się w jego towarzystwie, swoim kłującym, nieprzejednanym wzrokiem. Gdy Szymon napomknął tylko o chęci poważnego zainteresowania się Amelią, Bell wybuchnął gwałtownym, niepohamowanym śmiechem. Szymon poczuł się bezbronny. Pistolety wiszące w długich olstrach w żenującej bliskości jego kolan wydały mu się częścią jakiegoś karnawałowego stroju. Śmiech niedoszłego teścia obnażył noże jego zwykłego spojrzenia i Bell wysapał mu prosto w twarz : „Ty, ty, chciałbyś się ożenić z moją córką i śmiesz mnie o tym informować z taką komiczną powagą. Pan niedawno skończył szkołę oficerską. Wiem o tym. Ale gdybyś nawet pan miał pieniądze, których nie masz, czy wie pan, co to znaczy żyć w ciągłym zagrożeniu Miskitami? Nie mija tydzień, by nie znaleziono przynajmniej dwóch moich drwali przywiązanych do ścinanych właśnie drzew i objedzonych do połowy przez mrówki i wyssanych przez nietoperze-wampiry piszczące z uciechy jak czarne, skrzydlate szczury. Każdego dnia, każdej nocy można się spodziewać, że te czerwono-czarne łotry spalą jakiś mój tartak albo ukradną tratwę, a flisaków rzucą na żer aligatorom w trzcinach przybrzeżnych Escondido albo Punta Gorda. Pan w ogóle jeszcze się nie narodziłeś, panie Bald! Dla mnie pana jeszcze w ogóle nie ma!”

Po tej rozmowie czuł się podobnie jak wówczas, gdy musiał opuścić koszary huzarów, jesienią, w Polsce, której wówczas od wielu dziesiątków lat już nie było. Aczkolwiek bardzo bronił się przed tym, znienawidził pana Bella, a poprzez niego wszystkich Anglików. Nie dotyczyło to oczywiście Amelii.

Dla tej osiemnastoletniej dziewczyny o jasnych włosach, stromych piersiach i łakomych wargach Szymon aż nadto istniał, tym bardziej że był to pierwszy młody m ę ż c z y z n a z Europy, którego jej przedstawiono. Amelia nie była pięknością - miała twarz o nieregularnych rysach, chory żołądek i krótkowzroczne oczy, zepsute nocnymi lekturami przy świecach, ale ktokolwiek z nią porozmawiał, musiał odnieść wrażenie, że gotuje się w niej ogień zdolny ogrzać życie najchłodniejszego mężczyzny.

Szymon nie był chłodny, bynajmniej, był rozgoryczony. Nie mógł pogodzić się przez całą swoją młodość, że natura tak zakpiła z niego i uczyniła najmniejszym z Baldów.

12

PAMIĘĆ MAJĄ TAKŻE DŁONIE

Spokojnie przyjął śmierć tego zwierzęcia we własnych ustach. Była to plastrowana świńska szynka za stanu Virginia, którą spożywał na śniadanie. Jestem co prawda trupojadem, ale przecież nie mordercą - jak zawsze przyszło mu z pomocą jego własne sumienie.

Siedział w kuchni i przed oczyma miał nostalgiczny napis wyszyty na płóciennej makatce: „Dobra gospodyni tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi”.

Teraz wszyscy już poszli do swoich zajęć. Pani Konstancja pojechała swoim piętnastoletnim mercurem, długim i obtłuczonym, sprzątać domki, Michał i Zdzisiek ruszyli na budowy, a Stanisław miał wyklejać tapetami domy yuppies na przedmieściach.

Bald siedział przy wielkim jadalnym stole, przypominającym stoły, które były udręką estetyczną jego dzieciństwa, i przeglądał ogłoszenia o pracy w „Dzienniku Związkowym”.

„Zatrudnimy doświadczonych pracowników do fugowania. Gwarantujemy stałą pracę. Wiadomość można zostawić w j. polskim.

POTRZEBNE KOBIETY DO PRACY W SERWISIE sprzątającym w Lombard.

Potrzebne osoby do pracy przy sprzątaniu sklepów w stanie Tennessee.

Potrzebna babysitter/housekeeper do pracy z zamieszkaniem na przedmieściach Chicago. Praca na 6 dni

Potrzebni kontraktorzy do pracy za Chicago - 2 malarzy, 2 elektryków, 2 stolarzy, 2 murarzy, 2 pomocników. Wykwalifikowani, z doświadczeniem.

Potrzebny instruktor do nauki jazdy na part-time, w godzinach przedpołudniowych i na weekendy z dobrym angielskim.

Potrzebny pracownik do obróbki moldów. Z doświadczeniem. Wymagany pobyt stały.

Experienced hair stylist and manicurist wanted. High commission or rent station. Call Olympia at TRESSES.

Potrzebny cukiernik od zaraz.

Zatrudnimy farmaceutkę, lekarza lub studentkę farmacji. Angielski wymagany.

Malarze, tapeciarze z doświadczeniem potrzebni.

Potrzebni 2 blacharze samochodowi.

Zatrudnię pracowników na dachy - shingle.

Praca w multi level marketingu. Przyuczenie za darmo.

B & G Sewing Corporation is looking for professionals who are able to operate industrial sewing machines...”

Odrzucił ze złością gazetę. Czyżby był rzeczywiście niezdatny do życia w tym kraju? Jak bywa się niezdatnym do służby wojskowej. Nagle poczuł, że być może stanie się coś, przed czym stale uciekał. Dlatego tak liczył na Szymona. Wierzył, że jego szaleństwo da mu siłę, by wytrwać.

W kieszeni Sławek miał jeszcze nieco ponad dwieście dolarów, pozostałych po wymianie banknotu pięćsetmarkowego, którego kolorystyka kojarzyła się z deszczowym pogrzebem i wobec którego odnawiał się w nim jego bardzo polski kompleks - bastarda Europy.

W Lindau pracował na plantacji pomidorów. Co tydzień przyjeżdżała do niego Eva swoim prehistorycznym citroenem i zabierała go na zakupy. Wyglądało to w ten sposób, że ona jako Niemka przejeżdżała granicę niemiecko-szwajcarską (sklepy po drugiej stronie pracowały dłużej niż w Bawarii), a on zostawał przed przejściem granicznym i czuł się jak kundel oszczany przez większego od siebie psa.

Zadzwonił do agencji pośrednictwa pracy. Telefon odebrała panienka o koronkowym głosie.

- Chciałby pan podjąć pracę tutaj w Chicago? Czy ma pan jakiś zawód?

- To zależy, jak na to spojrzeć. Ostatnią pracę, jaką wykonywałem w Polsce... - mówił speszony - byłem terapeutą w zakładzie psychiatrycznym...

- Ma pan zapewne wyższe wykształcenie?

- Tak - ożywił się i wstąpiła weń pewna nadzieja - tak, studiowałem na uniwersytecie..

- Tutaj musi pan o tym zapomnieć - powiedziała to tonem tak rzeczowym, że nie dała mu najmniejszej szansy, by mógł się poczuć obrażony. - Żeby wykonywać pracę zgodnie za swoim wykształceniem, musiałby pan nostryfikować dyplom, a jak rozumiem chciałby pan podjąć pracę natychmiast...

- Tak, oczywiście - nienawidził jej.

- Czy ma pan driving-licence?

- No nie, niestety.

- Musi pan natychmiast to zdobyć, bo tutaj bez tego ani rusz... - Jej troskliwość była bolesna. Rzucił ze złością słuchawką.

Samochód! Nigdy nie wyobrażał sobie, że ktoś taki jak on mógłby mieć samochód. Owszem, w Polsce ludzie też jeżdżą samochodami, ale wizja posiadania własnego samochodu była od niego tak odległa, jak posiadanie własnego odrzutowego samolotu. W szkole organizowano kursy prawa jazdy, kosztowały one wówczas pięćdziesiąt złotych. Ale pięćdziesiąt złotych matka z trudem pożyczała pod koniec miesiąca od sąsiadów, by kupić chleb i ser. Bo najważniejsze było, by mieli do szkoły drugie śniadanie smakujące papierem, w który je owijano. I chleb. Chleb kwaśny jak uśmiech matematyczki.

Poranki w ich domu zawsze były „rozrywkowe”. Niechętnie wpatrywał się w wystrzępioną słomiankę wiszącą przy łóżku. Do słomianki przytwierdzone były odstające od ściany, jak źle przyszyte łaty, zdjęcia zespołów młodzieżowych: The Beatles, The Rolling Stones i Czerwone Gitary. Pod nimi, wprost przed jego oczyma wisiało zdjęcie, które przedstawiało ponoć córkę Brigitte Bardot. Mała Bardot miała jasne warkoczyki i wydatne usta i zapowiadało się, że będzie miała równie interesujący biust, jak jej matka.

Od strony pokoju słychać było pochrapywanie sióstr Sławka, które jeszcze nie obudziły się do szkoły. Rodzice powtarzali na głos lekcję wzajemnego zrozumienia. Matka była w tym przedmiocie celująca - ją najbardziej bolało - była zobowiązana do tego trzema porodami. A poza tym sama urodziła się na wsi, gdzie seks i jego naturalne narzędzia nie niosą ze sobą zgrozy. Ojciec także urodził się na wsi. Była to i c h wieś, Somarzyno, od zawsze należąca do Baldów. Ich dom miejscowi nazywali „pałacem”. To była zwyczajna przesada! Było tam co prawda czternaście pokoi, ale w czasach, kiedy prapradziadek go budował, takie rozmiary były standardowe, czyż nie? Budynek ten stał na zalesionej działce blisko Zatoki. To wszystko.

Dziadkowie