Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 515 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łowca cieni - Donato Carrisi

Mroczne sekrety wiecznego miasta w nowej powieści najpopularniejszego włoskiego autora thrillerów
Paenitentiaria Apostolica, zwana także Trybunałem Dusz.
Watykańska instytucja, której działalność –oficjalnie zakazana – jest tylko częściowo związana z celem, do jakiego powołano ją w średniowieczu:
odpuszczaniem „grzechów śmiertelnych”. Jej archiwum, istniejące wbrew regule tajemnicy spowiedzi,dowodzi jednego:
Dobro jest wyjątkiem, zło – regułą.
Penitencjariusz Marcus, działając w imieniu Paenitentiaria Apostolica, wykorzystuje swój niezwykły talent – a może przekleństwo – do rozpoznawania anomalii. Od roku poszukuje zabójcy zakonnicy, której poćwiartowane zwłoki znaleziono w watykańskich ogrodach. Ma przy tym nieodparte wrażenie, że kościelni hierarchowie coś przed nim ukrywają.
Tymczasem w Rzymie grasuje zabójca polujący na młode pary. Jego brutalność mobilizuje nie tylko włoskie władze, lecz również Watykan, który zleca śledztwo Marcusowi. Wraz z Sandrą Vegą, policyjną fotografką, penitencjariusz tropi anomalie, by schwytać mordercę, zanim zginą kolejni ludzie.
Najbardziej przerażające jest to, że sprawca – który poprzez serię zabójstw najwyraźniej chce opowiedzieć jakąś historię – ma swoich „fanów”. Ludzi pomagających mu nawet za cenę własnego życia.
Nowy sensacyjny thriller autora bestsellerowego „Zaklinacza” oraz „Trybunału dusz”. Carrisi w tej powieści doskonale uchwycił nie tylko wspaniałą atmosferę i piękno Rzymu, lecz także zdołał ukazać mroczne i pilnie strzeżone sekrety stolicy Włoch.

 

Opinie o ebooku Łowca cieni - Donato Carrisi

Fragment ebooka Łowca cieni - Donato Carrisi

O książce

Paenitentiaria Apostolica, zwana także Trybunałem Dusz. Watykańska instytucja, której działalność – oficjalnie zakazana – jest tylko częściowo związana z celem, do jakiego powołano ją w średniowieczu: odpuszczaniem „grzechów śmiertelnych”.

Jej archiwum, istniejące wbrew regule tajemnicy spowiedzi, dowodzi jednego:

DOBRO JEST WYJĄTKIEM, ZŁO – REGUŁĄ.

Marcus, działając w imieniu Paenitentiaria Apostolica, wykorzystuje swój niezwykły talent – a może przekleństwo – do rozpoznawania anomalii. Od roku poszukuje zabójcy zakonnicy, której poćwiartowane zwłoki znaleziono w watykańskich ogrodach. Ma przy tym nieodparte wrażenie, że kościelni hierarchowie coś przed nim ukrywają.

Tymczasem w Rzymie grasuje zabójca polujący na młode pary. Jego brutalność mobilizuje nie tylko włoskie władze, lecz również Watykan, który zleca śledztwo Marcusowi. Wraz z Sandrą Vegą, policyjną fotografką, penitencjariusz tropi anomalie, by schwytać mordercę, zanim zginą kolejni ludzie.

Najbardziej przerażające jest to, że sprawca – który poprzez serię zabójstw najwyraźniej chce opowiedzieć jakąś historię – ma swoich „fanów”.

DONATO CARRISI

Włoski pisarz, scenarzysta i dramaturg. Absolwent prawa specjalizujący się w kryminologii. W czasie studiów założył grupę teatralną Vivarte, dla której pisał sztuki. Od 1991 roku współpracuje z telewizją RAI. Jest autorem scenariuszy do kilku bardzo popularnych we Włoszech seriali.

Powieść Zaklinacz(2009 r.), debiut literacki Carrisiego, przyniosła mu niesamowity sukces: tłumaczenia na 20 języków, milion sprzedanych egzemplarzy, wysokie i długo utrzymujące się pozycje na listach bestsellerów nie tylko we Włoszech, nagrodę Bancarella, nominację do prestiżowej francuskiej Prix des Lecteurs.

Kolejne powieści – Trybunał duszi Hipoteza zła – ugruntowały wysoką pozycję pisarza wśród autorów thrillerów na całym świecie.

Tego autora

Paenitentiaria Apostolica

TRYBUNAŁ DUSZ

ŁOWCA CIENI

Mila Vasquez

ZAKLINACZ

HIPOTEZA ZŁA

Tytuł oryginału:IL CACCIATORE DEL BUIO

Copyright © Donato Carrisi, 2014

Wydanie oryginalne © Longanesi & C., Milano 2014, 2014

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Jan Jackowicz 2017

Redakcja: Agnieszka Łodzińska

Zdjęcie na okładce: © Sigi Kolbe/Moment/Getty Images

ISBN 978-83-7985-427-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Ewa Szałańska, 88em.eu

Rozkazywał bowiem duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka. Bo już wiele razy porywał go, a choć wiązano go łańcuchami i trzymano w pętach, on rwał więzy, a zły duch pędził go na miejsca pustynne. A Jezus zapytał go: „Jak ci na imię?”. On odpowiedział: „Legion”, bo wiele złych duchów weszło w niego.

Ewangelia wg świętego Łukasza, 8, 29–30

Jesteśmy bogom, czym są muchy dzieciom,I dla zabawy swej nas zabijają.

Szekspir, Król Lear, tłum. Leon Ulrich

PROLOGŁowca cieni

Przychodzimy na świat i umieramy, zapominając.

To samo przydarzyło się jemu. Urodził się po raz drugi, ale przedtem musiał umrzeć. Ceną za to było wymazanie z pamięci, kim był wcześniej.

Ja nie istnieję, powtarzał sobie bezustannie, ponieważ była to jedyna znana mu prawda.

Pocisk, który przebił mu skroń, zabrał ze sobą przeszłość, a wraz z nią jego tożsamość. Nie naruszył natomiast ogólnej pamięci i ośrodków mowy, toteż – rzecz dziwna – mówił różnymi językami.

Ten wyjątkowy talent do języków był jedyną pewną rzeczą.

Gdy leżał w łóżku w Pradze, czekając, aż odkryje, kim jest, pewnej nocy obudził się i obok łóżka zobaczył miło wyglądającego człowieka, który miał czarne włosy uczesane z przedziałkiem z boku i twarz małego chłopczyka. Uśmiechnął się do niego, wymawiając tylko jedno zdanie:

– Wiem, kim jesteś.

Te słowa powinny były uwolnić go od niepewności, ale stały się tylko wstępem do nowej zagadki, ponieważ w tym momencie ubrany na czarno mężczyzna pokazał mu dwie zapieczętowane koperty.

Wyjaśnił, że w jednej znajduje się czek na okaziciela na dwadzieścia tysięcy euro i paszport z wymyślonym nazwiskiem, w którym brakuje tylko zdjęcia.

W drugiej znajdowała się prawda.

Mężczyzna dał mu tyle czasu na podjęcie decyzji, ile będzie potrzebował, ponieważ nie zawsze dobrze jest wiedzieć wszystko o nas samych. A on tymczasem dostał drugą możliwość.

– Dobrze to przemyśl – poradził mu nieznajomy. – Ilu ludzi pragnęłoby się znaleźć w twojej sytuacji? Ilu chciałoby, żeby amnezja przekreśliła na zawsze wszystkie dawne błędy, potknięcia czy cierpienia, żeby mogli zacząć na nowo, w dowolnie wybranym miejscu? Jeśli wybierzesz tę drogę, odrzuć drugą kopertę, nawet jej nie otwierając. Wierz mi, tak będzie lepiej.

Aby ułatwić podjęcie decyzji, wyjawił mu, że tam, w świecie poza tymi ścianami, nikt go nie szuka ani na niego nie czeka. Ponieważ nie ma nikogo, z kim byłby związany uczuciowo.

A potem mężczyzna odszedł, zabierając ze sobą swoje tajemnice.

Natomiast on pozostał, żeby przez resztę nocy, a także następne dni przyglądać się dwóm kopertom. Coś mu mówiło, że w gruncie rzeczy nieznajomy już wie, co on wybierze.

Problem polegał na tym, że on sam tego nie wiedział.

Myśl, że zawartość tamtej drugiej koperty mogłaby mu się nie spodobać, była zawarta już w samej dziwnej propozycji. Nie wiem, kim jestem, powtarzał sobie, ale prędko zdał sobie sprawę, że dobrze zna przynajmniej jedną część siebie: tę, która nie mogłaby przeżyć reszty życia, mając tę wątpliwość.

Dlatego w wieczór poprzedzający wypisanie ze szpitala pozbył się koperty z czekiem i paszportem z fałszywą tożsamością – żeby uniknąć dalszego zastanawiania się nad sprawą. Potem otworzył tę, która miała mu wszystko wyjawić.

W kopercie był bilet kolejowy do Rzymu, trochę pieniędzy i adres pewnego kościoła.

Pod wezwaniem Świętego Ludwika Króla Francji.

Dotarcie na miejsce zajęło mu cały dzień. Usiadł w jednej z ławek w głębi środkowej nawy tego arcydzieła sztuki sakralnej – doskonałej syntezy odrodzenia i baroku – i pozostał tam przez wiele godzin. Turyści tłumnie zapełniający to miejsce religijnego kultu, zainteresowani wyłącznie sztuką, nie zwracali uwagi na jego obecność. Także i on odkrył ze zdumieniem, że otacza go tyle piękna. Był pewny, że prędko nie zapomni nieznanych cudowności, które chłonęła jego dziewicza pamięć, odkrywając je w otaczających go dziełach.

Jednakże nie wiedział jeszcze, ile to ma wspólnego z nim samym.

Gdy późnym wieczorem grupki turystów ponaglonych nadchodzącą burzą zaczęły opuszczać kościół, ukrył się w jednym z konfesjonałów. Nie wiedział, dokąd mógłby się udać.

Zamknięto drzwi, pogaszono światła, wnętrze oświetlały tylko świece wotywne. Na dworze zaczął padać deszcz. Pomruki dochodzące z chmur wywoływały drżenie powietrza we wnętrzu świątyni.

I wtedy w kościele echem odbiły się słowa:

– Chodź tu, Marcusie, popatrz tylko.

Tak miał na imię. To, że ktoś wymówił je głośno, nie wywarło na nim spodziewanego wrażenia. Był to dźwięk taki sam jak inne, nic znajomego.

Marcus opuścił schronienie i zaczął szukać człowieka, którego widział tylko raz, w Pradze. Zobaczył go za jedną z kolumn, stojącego naprzeciwko znajdującej się tam bocznej kaplicy. Był odwrócony plecami i nie poruszał się.

– Kim jestem?

Mężczyzna nie odpowiedział. Nadal spoglądał przed siebie: na ścianach małej kaplicy wisiały trzy wielkie obrazy.

– Caravaggio namalował te obrazy między rokiem tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym i tysiąc sześćset drugim. Powołanie świętego Mateusza, Święty Mateusz i anioł oraz Męczeństwo świętego Mateusza. Moim ulubionym jest właśnie ten ostatni – rzekł, wskazując obraz po prawej stronie. Potem odwrócił się do Marcusa. – Według tradycji chrześcijańskiej święty Mateusz, apostoł i ewangelista, został zamordowany.

Widoczny na obrazie święty zwrócony był twarzą do ziemi, podczas gdy jego zabójca unosił nad nim miecz, gotów ugodzić go śmiertelnie. Wokół nich widać było uciekających ludzi, przerażonych tym, co się miało wydarzyć, i otwierających drogę złu, jakie niebawem miało się dokonać. Mateusz zaś, zamiast poddać się swemu przeznaczeniu, wyciągał ramiona w oczekiwaniu ciosu, który miał mu zadać męczeńską śmierć, a wraz z nią naznaczyć go stygmatami wiecznej świętości.

– Caravaggio był rozpustnikiem, kręcił się w najbardziej rozwiązłych i zepsutych kręgach Rzymu i często, tworząc swoje dzieła, czerpał natchnienie z tego, co widział na ulicach. W tym przypadku z przemocy. Dlatego postaraj się wyobrazić sobie, że w tej scenie nie ma nic świętego ani zbawiennego, i spróbuj przedstawić ją sobie z udziałem zwykłych ludzi… I co teraz widzisz?

Marcus zastanawiał się przez chwilę.

– Morderstwo.

Mężczyzna kiwnął powoli głową, a potem powiedział:

– Ktoś strzelił do ciebie w pokoju hotelowym w Pradze.

Z zewnątrz doszły wyraźniejsze odgłosy deszczu, wzmocnione echem błądzącym po kościele. Marcus pomyślał, że mężczyzna pokazał mu ten obraz w dokładnie określonym celu. Żeby go zachęcić do zadania sobie pytania, kim mógłby być w tej scenie. Ofiarą czy katem?

– Inni widzą na tym obrazie zbawienie, ale ja jestem w stanie dostrzec tylko zło – odezwał się Marcus. – Dlaczego?

Okna rozświetliła błyskawica, ukazując uśmiechniętą twarz mężczyzny.

– Nazywam się Clemente. Jesteśmy duchownymi.

Słowa te wstrząsnęły Marcusem do głębi.

– Pewna część twojej świadomości potrafi rozpoznawać znaki zła. Anomalie.

Nie był w stanie uwierzyć, że ma tego rodzaju talent.

Clemente położył mu dłoń na ramieniu.

– Jest pewne miejsce, w którym kraina światła spotyka się ze światem ciemności. To tam wszystko się dzieje, w tej strefie cieni, gdzie rzeczy są rozmyte, zagmatwane, niepewne. Ty byłeś strażnikiem pilnującym tej granicy. Ponieważ co jakiś czas coś się przez nią przedostaje. Twoim zadaniem było odegnać to z powrotem.

Odczekał chwilę, aby jego słowa rozpłynęły się w odgłosach burzy.

– Dawno temu złożyłeś przysięgę: nikt nie będzie mógł się dowiedzieć o twoim istnieniu. Nigdy. Będziesz mógł powiedzieć, kim jesteś, tylko w czasie, jaki oddziela błyskawicę od grzmotu.

W czasie, jaki oddziela błyskawicę od grzmotu…

– Kim jestem? – Marcus starał się to pojąć ze wszystkich sił.

– Ostatnim przedstawicielem pewnego świątobliwego zakonu. Penitencjariuszem. Zapomniałeś o świecie, ale świat zapomniał również o was. Za to w dawniejszych czasach ludzie nazywali was łowcami cieni.

Watykan jest najmniejszym na świecie niezależnym państwem.

Zaledwie pół kilometra kwadratowego w samym centrum Rzymu. Rozciąga się na tyłach Bazyliki Świętego Piotra. Jego granice chronione są pasem potężnych murów.

Dawniej całe Wieczne Miasto należało do papieża. Ale od czasu, gdy w roku 1870 Rzym włączono do nowo powstałego królestwa Włoch, papież wycofał się do tej małej enklawy, gdzie mógł nadal sprawować władzę.

Jako niezależne państwo Watykan posiada terytorium, ludność i organy rządowe. Jego obywatele dzielą się na duchownych i świeckich w zależności od tego, czy złożyli śluby zakonne, czy też nie. Niektórzy mieszkają w obrębie murów, inni poza nimi, na obszarze Włoch, i codziennie spieszą, żeby dotrzeć do swojego miejsca pracy lub któregoś z wielu urzędów albo kongregacji, przechodząc przez jedną z pięciu „bram”, którymi można się dostać do środka.

W granicach murów istnieją infrastruktury i zakłady usługowe. Jest tu supermarket, urząd pocztowy, mały szpital, apteka, sąd, który wydaje wyroki na podstawie prawa kanonicznego, oraz niewielka elektrownia. A także lądowisko dla śmigłowców, a nawet mały dworzec kolejowy, ale do wyłącznego użytku papieża.

Oficjalnym językiem jest łacina.

Oprócz Bazyliki, rezydencji papieskiej i budynków rządowych, na obszarze małego państwa znajdują się bardzo obszerne ogrody i muzea watykańskie, odwiedzane codziennie przez tysiące turystów, którzy przybywają z całego świata i kończą swój obchód, podziwiając z zadartymi głowami cudowne sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej z freskami Michała Anioła przedstawiającymi Sąd Ostateczny.

To właśnie tu wszczęto alarm.

Około szesnastej, dwie godziny przed planowym zamknięciem muzeów, strażnicy zaczęli grzecznie wypraszać gości, nie udzielając żadnych wyjaśnień. W tym samym momencie na pozostałym terenie małego państwa świecki personel został poproszony o udanie się do swoich mieszkań, poza murami lub w ich obrębie. Tym zamieszkałym wewnątrz zakazano wychodzenia z mieszkań aż do wydania nowych dyspozycji. Polecenie odnosiło się również do duchownych, którzy zostali poproszeni o powrót do prywatnych rezydencji lub o schronienie się w którymś z wewnętrznych klasztorów.

Szwajcarscy gwardziści, oddział najemnych żołnierzy papieskich, którego członkowie od 1506 roku są rekrutowani wyłącznie w katolickich kantonach Szwajcarii, otrzymali rozkaz zamknięcia wszystkich wejść do miasta, począwszy od głównego, czyli bramy Świętej Anny. Bezpośrednie linie telefoniczne zostały odcięte, nakazano też wyłączenie telefonów komórkowych.

O godzinie osiemnastej tego chłodnego zimowego dnia otoczone murami miasto zostało całkowicie odizolowane od reszty świata. Nikt nie mógł wejść, wyjść ani komunikować się ze światem zewnętrznym.

Nikt, oprócz dwóch mężczyzn, którzy szli w mroku przez dziedziniec Świętego Damazego i przez Loggie Rafaela.

♦  ♦  ♦

Elektrownia przerwała dostarczanie prądu do całego obszaru przestronnych ogrodów. Kroki mężczyzn rozbrzmiewały w kompletnej ciszy.

– Musimy się pospieszyć, mamy tylko trzydzieści minut – powiedział Clemente.

Marcus miał świadomość, że odizolowanie nie może trwać długo, gdyż istniała groźba, że ktoś na zewnątrz mógłby powziąć zbytnie podejrzenia. Zgodnie z tym, co mu powiedział przyjaciel, została już przygotowana wersja dla mediów: oficjalnym powodem tej swoistej kwarantanny miała być próba generalna nowego planu ewakuacji na wypadek zagrożenia.

Prawdziwy powód musiał jednak pozostać absolutną tajemnicą.

Księża zapalili latarki, wchodząc w głąb ogrodów, które zajmują dwadzieścia trzy hektary, połowę całego obszaru Państwa Watykańskiego, i dzielą się na ogród włoski, angielski oraz francuski, a podziwiać w nich można okazy flory pochodzące ze wszystkich zakątków świata. Ogrody watykańskie były dumą wszystkich papieży. Wielu z nich spacerowało, medytowało i modliło się wśród rosnących tu roślin.

Marcus i Clemente szli alejkami wzdłuż żywopłotów z bukszpanu, troskliwie przycinanych przez ogrodników, jakby były rzeźbami z marmuru. Przechodzili pod wysokimi palmami i cedrami libańskimi przy akompaniamencie szmerów dochodzących z setki fontann ozdabiających park. Zagłębili się w założonym na życzenie Jana XXIII rosarium, w którym wiosną kwitną róże noszące imię tego świątobliwego papieża.

Znajdujące się po drugiej stronie wysokich murów ulice Rzymu wypełniał chaotyczny ruch pojazdów. Ale tu panowała absolutna cisza i spokój.

Mimo wszystko nie można nazwać tego spokojem, pomyślał Marcus. A przynajmniej nie w tym momencie. Został on zniszczony przez to, co wydarzyło się tego popołudnia, kiedy dokonano odkrycia.

W miejscu, do którego kierowali się dwaj penitencjariusze, przyroda nie została udomowiona jak w pozostałej części parku. We wnętrzu tych zielonych płuc miasta znajdowała się strefa, w której drzewa i inne rośliny mogły rosnąć swobodnie. Dwuhektarowy zagajnik.

Jedyne zabiegi, jakim poddawano go od czasu do czasu, polegały na usuwaniu suchych gałęzi. Tym właśnie zajmował się ogrodnik, który podniósł alarm.

Marcus i Clemente wdrapali się na małą górkę. Dotarłszy na szczyt, skierowali światło latarek w stronę niewielkiej leżącej za nią dolinki, w której watykańska żandarmeria wyznaczyła mały obszar, otaczając go żółtą taśmą. Funkcjonariusze przeprowadzili już czynności śledcze i zebrali wszelkie ślady, po czym otrzymali polecenie opuszczenia tego miejsca.

Żebyśmy mogli przyjść my, skonstatował Marcus. A potem podszedł do granicy wyznaczonej taśmą i oświetlił latarką obiekt widniejący za nią.

Ludzki tułów.

Był nagi. Przywiódł mu natychmiast na myśl Tors Belwederski – gigantyczny, okaleczony pomnik Herkulesa przechowywany właśnie w muzeach watykańskich – z którego czerpał natchnienie Michał Anioł. Ale w szczątkach nieszczęsnej kobiety, która padła ofiarą tak zwierzęcego potraktowania, nie było niczego poetyckiego.

Ktoś równiutko odciął jej głowę, nogi i ręce. Leżały kilka metrów dalej, przemieszane z ciemnymi podartymi ubraniami.

– Wiemy, kto to jest?

– Jedna z zakonnic – odparł Clemente. – Po drugiej stronie tego zagajnika jest mały klasztor klauzurowy – dodał, wskazując przed siebie. – Jej tożsamość jest tajemnicą, to jedna z norm zakonu, do którego należała. Ale nie sądzę, żeby w tym momencie robiło to jakąś różnicę.

Marcus pochylił się, żeby lepiej się przyjrzeć. Biała skóra, małe piersi i krocze odsłonięte z całą bezwstydnością. Bardzo krótkie, jasne włosy, wcześniej ukryte pod welonem, teraz widoczne na odciętej głowie. Niebieskie oczy uniesione do nieba, jakby w błagalnej prośbie. Penitencjariusz skierował na nią pytające spojrzenie. Kim jesteś? Istnieje bowiem przeznaczenie jeszcze gorsze niż śmierć: umrzeć bez imienia. Kto ci to zrobił?

– Czasami zakonnice spacerują po tym lasku – ciągnął Clemente. – Tu prawie nigdy nikt nie przychodzi, więc mogą się modlić bez przeszkód.

Ofiara wybrała klauzurę, rozmyślał Marcus. Złożyła śluby, żeby razem z innymi siostrami odizolować się od ludzi. Nigdy już nikt nie miał ujrzeć jej twarzy. A za to stała się narzędziem obscenicznego obnażenia czyjejś niegodziwości.

– Trudno pojąć wybór dokonany przez te zakonnice, wiele osób uważa, że mogłyby czynić dobro między ludźmi, zamiast zamykać się w klasztornych murach – zauważył Clemente, jakby czytał w jego myślach. – Ale moja babcia mawiała zawsze: „Nie masz pojęcia, ile razy te siostrzyczki uratowały świat swoimi modlitwami”.

Marcus nie wiedział, czy w to uwierzyć. Miał świadomość, że w obliczu takiej śmierci jak ta świat nie może uznać, że został uratowany.

– Przez wiele wieków nie wydarzyło się tu nic podobnego – dodał jego przyjaciel. – Nie byliśmy na to przygotowani. Żandarmeria przeprowadzi wewnętrzne śledztwo, ale nie ma środków, żeby udźwignąć tego rodzaju sprawę. Dlatego nie wezwano lekarza sądowego ani techników policyjnych. Nie będzie sekcji zwłok, odcisków palców ani badań DNA.

Marcus odwrócił się i rzucił mu ostre spojrzenie.

– W takim razie dlaczego nie zwrócić się o pomoc do włoskich władz?

Zgodnie z traktatami łączącymi oba państwa, Watykan może w razie konieczności poprosić włoską policję o pomoc. Ale tę pomoc wykorzystywano tylko do kontrolowania licznych pielgrzymów, którzy napływali do Bazyliki, lub do zapobiegania drobnym przestępstwom, jakie zdarzały się na placu przed nią. Włoska policja nie miała prawa działać poza granicą wyznaczoną przez podstawę schodów prowadzących do drzwi Bazyliki Świętego Piotra. Chyba że specjalnie by ją o to poproszono.

– Nie zwrócą się, to już postanowione – zapewnił go Clemente.

– Jak mam prowadzić śledztwo w obrębie Watykanu, żeby nikt tego nie zauważył lub, co gorsza, nie odkrył, kim jestem?

– Nie będziesz go prowadził tutaj. Kimkolwiek był sprawca, wszedł tu z zewnątrz.

Marcus nie mógł się w tym połapać.

– Skąd o tym wiesz?

– Znamy jego twarz.

Odpowiedź zaskoczyła Marcusa.

– Ciało znajduje się tu co najmniej od ośmiu, dziewięciu godzin – ciągnął Clemente. – We wczesnych godzinach porannych kamery ochrony zarejestrowały podejrzanego mężczyznę, który kręcił się w okolicy ogrodów. Był ubrany jak posługacz, ale okazuje się, że skradziono ubranie robocze.

– Dlaczego właśnie on?

– Sam popatrz.

Clemente podał Marcusowi wydruk ujęcia kamery. Przedstawiał mężczyznę w stroju ogrodnika z twarzą częściowo ukrytą pod daszkiem czapki. Biały, w nieokreślonym wieku, ale z pewnością po pięćdziesiątce. Miał przewieszoną przez ramię szarą torbę, na której widać było ciemniejszą plamę.

– Żandarmi są przekonani, że miał w niej mały toporek lub podobny przedmiot. Musiał go użyć niedawno, a plama, którą widzisz, to prawdopodobnie krew.

– Dlaczego właśnie toporek?

– Ponieważ to jedyne narzędzie, jakie mógł tu znaleźć. Wykluczone, żeby udało mu się wnieść coś takiego z zewnątrz, przejść przez bramki kontrolne, stanowiska strażników i wykrywacze metali.

– A jednak zabrał je z miejsca zbrodni, na wypadek gdyby żandarmi zwrócili się do włoskiej policji?

– Przy wyjściu sprawy wyglądają dużo prościej, bo nie ma kontroli. Poza tym, żeby wyjść, nie zwracając na siebie uwagi, wystarczy wmieszać się w tłum pielgrzymów albo turystów.

– Narzędzie ogrodnicze…

– Ciągle sprawdzają, czy czegoś nie brakuje.

Marcus przyjrzał się znowu szczątkom młodej zakonnicy. Bezwiednie ścisnął medalik, który nosił na szyi. Przedstawiał Michała Archanioła – opiekuna penitencjariuszy – dzierżącego w dłoni ognisty miecz.

– Musimy iść – rzucił Clemente. – Nasz czas się skończył.

W tym momencie od zagajnika dobiegły ich ciche dźwięki. Zbliżały się do nich. Marcus spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył gromadę cieni wyłaniających się z mroku. Niektóre niosły świece. W migoczącym świetle płomyków rozpoznał grupę postaci z nakrytymi głowami i twarzami ukrytymi za ciemnymi welonami.

– To siostry zakonne – odezwał się Clemente. – Przyszły ją zabrać.

Za życia tylko one mogły znać wygląd ofiary. Po jej śmierci były jedynymi, które mogły zająć się szczątkami. Tak mówiła reguła.

Mężczyźni usunęli się, żeby zrobić im miejsce. Dzięki temu zakonnice otoczyły w milczeniu nieszczęsne ciało. Każda wiedziała już, co ma robić. Kilka z nich rozpostarło białe prześcieradła, inne zebrały z ziemi odcięte członki.

Dopiero wtedy Marcus zidentyfikował ten dźwięk. Jednolity szmer głosów dochodzący spod welonów okrywających ich twarze. Litania. Modliły się po łacinie.

Clemente chwycił przyjaciela za rękę, żeby go odciągnąć. Marcus już miał ruszyć za nim, ale w tym momencie obok niego przeszła jedna z sióstr. Wyraźnie usłyszał wypowiadane słowa.

– Hic est diabolus.

Tu przebywa diabeł.

CZĘŚĆ PIERWSZAChłopiec z soli

1

U stóp Clemente rozciągał się chłodny, nocny Rzym.

Nikt by nie powiedział, że ubrany na czarno mężczyzna oparty o kamienną balustradę tarasu na wzgórzu Pincio to duchowny. Przed nim rozciągały się budowle i kopuły, nad którymi górowała Bazylika Świętego Piotra. Dostojna panorama, niezmieniona od wieków, mrowiąca się ludźmi zajętymi swymi drobnymi, codziennymi sprawami.

Clemente kontemplował widok miasta, nie zwracając uwagi na odgłos zbliżających się za jego plecami kroków.

– A więc jak brzmi odpowiedź? – zapytał, zanim jeszcze Marcus stanął obok niego. Byli sami.

– Nic.

Ani trochę niezaskoczony tym ksiądz kiwnął głową, a potem odwrócił się, żeby spojrzeć na swego kolegę penitencjariusza. Marcus miał zniechęconą minę, a jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost.

– Dziś mija już rok.

Clemente milczał przez chwilę, patrząc mu uważnie w oczy. Wiedział, co Marcus miał na myśli: dziś mijała pierwsza rocznica odnalezienia w ogrodach watykańskich pociętego ciała zakonnicy. Mimo upływu dwunastu miesięcy śledztwo penitencjariusza nie dało żadnego rezultatu.

Żadnego tropu, żadnej wskazówki, nawet jednego podejrzanego. Nic.

– Zamierzasz się poddać? – zapytał.

– Czy mógłbym tak postąpić? – ostro odparł pytaniem na pytanie Marcus. Ta historia wystawiła go na ciężką próbę. Polowanie na człowieka z ujęcia kamery ochrony, białego, trochę po pięćdziesiątce, nie przyniosło rezultatu. – Nikt go nie zna, nikt go nigdy nie widział. A najbardziej denerwuje mnie to, że mamy jego twarz. – Zamilkł na chwilę i wbił wzrok w przyjaciela. – Musimy jeszcze raz skontrolować świeckich, którzy są zatrudnieni w Watykanie. A jeśli to nic nie da, będziemy musieli przejść do duchownych.

– Skoro żaden z nich nie przypomina człowieka ze zdjęcia, po co tracić czas?

– Kto może nas zapewnić, że morderca nie dostał wsparcia od kogoś wewnątrz Watykanu? Kogoś, kto zapewnił mu osłonę? – Marcus nie dawał za wygraną. – Odpowiedzi znajdują się w granicach watykańskich murów i to tam powinienem prowadzić śledztwo.

– Wiesz przecież, że jest pewna przeszkoda. Nie można tego robić z powodu utajnienia sprawy.

Marcus wiedział, że sprawa poufności to tylko wymówka. Po prostu bano się, że wtykając nos w watykańskie sprawy, mógłby przypadkiem odkryć coś, co nie miało związku z tą historią.

– Zależy mi tylko na schwytaniu mordercy – powiedział, stając naprzeciwko przyjaciela. – Musisz przekonać prałatów, żeby usunęli tę przeszkodę.

Clemente machnął ręką, natychmiast odrzucając tę możliwość, jakby uznał pomysł za zwykłą głupotę.

– Nie wiem nawet, kto miałby wystarczającą władzę, by to zrobić.

W dole, przez piazza del Popolo, przechodziły gromadki turystów udających się na nocną wycieczkę po mieście. Czy mogli wiedzieć, że właśnie tu rosło dawniej drzewo orzechowe, pod którym został pochowany Neron, „potwór”, który według plotki wymyślonej przez jego wrogów, w roku 64 kazał podpalić Rzym. Mieszkańcy miasta sądzili, że to miejsce bywa nawiedzane przez demony. Z tego powodu około roku tysięcznego papież Paschalis II kazał spalić to drzewo razem z ekshumowanymi prochami cesarza. Potem wzniesiono tu kościół Santa Maria del Popolo, w którym wciąż jeszcze na głównym ołtarzu przechowuje się płaskorzeźby przedstawiające papieża zamierzającego ściąć drzewo Nerona.

Taki jest Rzym, przebiegło przez myśl Marcusowi. Miejsce, w którym każda objawiona prawda kryje w sobie kolejny sekret. I zarazem miasto owiane legendą. W związku z tym nikt nie może naprawdę wiedzieć, co kryje się za tym czy owym. A wszystko po to, żeby zbytnio nie niepokoić dusz mieszkańców. Drobnych, nic nieznaczących istot, nieświadomych wojny, jaka bezustannie i potajemnie toczyła się i toczy wokół nich.

– Będziemy musieli wziąć pod uwagę możliwość, że nigdy go nie schwytamy – powiedział Clemente.

Marcus nie godził się jednak z tego rodzaju kapitulacją.

– Kimkolwiek on jest, wiedział, jak się poruszać w obrębie murów. Musiał znać punkty i procedury kontrolne, żeby obejść środki bezpieczeństwa.

To, co zrobił siostrze zakonnej, było brutalne, iście zwierzęce. Ale sposób, w jaki uknuł zbrodnię, krył w sobie pewną logikę, pewien plan.

– Zrozumiałem jedną rzecz – zapewnił stanowczym tonem Marcus. – Wybór miejsca, wybór ofiary, sposób popełnienia zabójstwa… to jest pewne przesłanie.

– Do kogo?

Hic est diabolus, pomyślał Marcus. Do Watykanu zakradł się diabeł.

– Ktoś chce dać do zrozumienia, że w Watykanie dzieje się coś straszliwego. To jest dowód, nie rozumiesz? To jest test… On przewidział to, co się miało zdarzyć: że wobec trudności w dotarciu do odpowiedzi śledztwo spełznie na niczym. I że władze Watykanu będą wolały wydać się raczej na pastwę wątpliwości, niż dokopywać się dna, ryzykując wyjawienie nie wiadomo czego. Może nawet jakiejś innej pogrzebanej prawdy.

– Rzucasz poważne oskarżenie, wiesz o tym, prawda?

– Ale czy ty nie rozumiesz, że właśnie tego chce morderca? – ciągnął niewzruszenie Marcus.

– Skąd masz taką pewność?

– Do tej pory powinien już zabić znowu. Skoro tego nie zrobił, to tylko z jednego powodu: wystarcza mu świadomość, że podejrzenie zapuściło już korzenie i że okrutne zabójstwo biednej zakonnicy uznano za rzecz drobną, ponieważ istnieją straszliwe tajemnice, które bardziej zasługują na to, żeby ich strzec.

Clemente, jak zwykle, był bardziej ugodowy.

– Nie masz na to dowodów. To tylko teoria, owoc twoich przemyśleń.

Marcus jednak nie rezygnował.

– Proszę cię, musisz dać mi okazję, żebym mógł z nimi porozmawiać, być może zdołałbym ich przekonać. – Miał na myśli kościelnych hierarchów, od których przyjaciel otrzymywał instrukcje i polecenia.

Od czasu, gdy trzy lata wcześniej zabrał go ze szpitalnego łóżka w Pradze, pozbawionego pamięci i pełnego obaw, Clemente nigdy go nie okłamał. Często czekał na odpowiedni moment, żeby mu wyjawić jakieś rzeczy, ale zawsze mówił prawdę.

Dlatego Marcus miał do niego zaufanie.

W końcu, można by powiedzieć, że Clemente stanowił teraz jego rodzinę. W ciągu tych trzech lat, jeśli nie liczyć rzadkich wyjątków, był jedyną osobą, za pośrednictwem której Marcus kontaktował się z ludźmi.

– Nikt nie może dowiedzieć się o tobie i o tym, co robisz – powtarzał mu stale. – Chodzi o to, żeby przeżyło to, co reprezentujemy, i żeby los nie obszedł się źle z zadaniem, jakie nam powierzono.

Jego mentor mówił mu zawsze, że przedstawiciele wysokich kręgów hierarchii kościelnej wiedzą tylko to, że istnieje.

Jedynie Clemente znał jego twarz.

Kiedy Marcus zapytał o powody tak wielkiej tajemniczości, przyjaciel odpowiedział:

– W ten sposób możesz ich uchronić także przed nimi samymi. Nie rozumiesz? Gdyby miały zawieść wszystkie inne środki, gdyby bariery okazały się nieskuteczne, zostałby jeszcze ktoś, kto by czuwał. Ty jesteś ich ostatnią linią obrony.

Tak więc Marcus bezustannie zadawał sobie pytanie: jeśli sam reprezentuje najniższy szczebel tej drabiny – jako człowiek do poufnych zadań, wierny sługa powołany do tego, żeby wkładać ręce w mroczną materię, a nawet brudzić się nią – a Clemente jest tylko pośrednikiem, to kto zajmuje miejsce na szczycie?

W ciągu tych trzech lat poświęcił się do końca, starając się wyglądać na niewolniczo wiernego w oczach kogoś, kto – był tego pewien – obserwuje z góry jego poczynania. Miał nadzieję, że to otworzy mu drogę do wyższej wiedzy, do napotkania w końcu kogoś, kto by wytłumaczył, w jakim celu wyznaczono mu tak niewdzięczny obowiązek. I dlaczego właśnie on został wybrany, żeby go wypełniać. Utraciwszy pamięć, nie był w stanie powiedzieć, czy Marcus, który istniał przed Pragą, odgrywał w tym wszystkim jakąś rolę.

Niestety, niczego więcej się nie dowiedział.

Clemente przekazywał mu polecenia i zadania, które zdawały się odpowiadać tylko ostrożnej i czasami niemożliwej do odcyfrowania mądrości Kościoła. Ale tak czy owak, za każdym zleceniem widać było cień jakiejś osoby.

Gdy starał się dowiedzieć czegoś więcej, Clemente, żeby przyhamować zapędy Marcusa, zawsze zamykał kwestię, używając słów wymawianych cierpliwym tonem i z dobrotliwym wyrazem twarzy. Posłużył się nimi również teraz, na tym tarasie, w obliczu aury roztaczanej przez tajemnicze miasto.

– Nie jest nam dane pytać, nie jest nam dane wiedzieć. Musimy tylko być posłuszni.

2

Trzy lata wcześniej lekarze powiedzieli mu, że urodził się po raz drugi.

To twierdzenie było fałszywe.

Umarł i koniec. A przeznaczeniem zmarłych jest zniknąć na zawsze albo pozostać więźniami poprzedniego życia, w charakterze zjaw.

Tak właśnie się czuł. Ja nie istnieję.

Smutny jest los zjawy. Obserwuje szare egzystencje żyjących, ich cierpienia i utrapienia w wiecznej gonitwie za umykającym czasem, ich złość z powodu drobiazgów. Przygląda się im, miotającym się wśród kłopotów, których los nie szczędzi im każdego dnia. I zazdrości im.

Zjawa zniechęcona, mówił sobie. Oto, czym jestem. Ponieważ żyjący zawsze będą mieli nade mną przewagę. Albowiem dysponują ciągle pewnym wyjściem: mogą jeszcze umrzeć.

Szedł wąskimi uliczkami starej dzielnicy, ludzie mijali go, zupełnie go nie zauważając. Zwalniał w środku strumienia pieszych. Zazwyczaj wystarczało mu otrzeć się o nich. Ten minimalny kontakt był jedyną rzeczą, jaka pozwalała mu jeszcze czuć się częścią rodzaju ludzkiego. Ale gdyby w tym momencie umarł na ulicy, podnieśliby jego ciało z bruku, trafiłoby do jakiejś kostnicy i ponieważ nikt by się po nie nie zgłosił, pochowano by go w bezimiennym grobie.

Była to cena za jego posłannictwo. Danina milczenia i wyrzeczenia się wszystkiego. Czasami jednak trudno było się z tym pogodzić.

Zatybrze od zawsze było sercem Rzymu. Dalekie od szlachetnej okazałości pałaców w centrum, ma jednak swój szczególny urok.

Jego architektura przywodzi na myśl różne epoki: średniowieczne budynki stoją tu obok domów z osiemnastego wieku, a wszystko spaja historia. Sampietrini – małe kostki z leucytytu, które od czasów papieża Sykstusa V służyły do brukowania ulic Rzymu – są niczym całun z czarnego aksamitu rozciągnięty wzdłuż wąskich i krętych uliczek, na którym kroki idących wydają nieporównane z niczym odgłosy. Pobrzmiewają w nich dawne czasy. W rezultacie każdy, komu zdarza się chodzić po tych miejscach, odnosi wrażenie, że został rzucony w przeszłość.

Marcus zwolnił kroku, zbliżając się do rogu via della Renella. Przed nim płynęła spokojnie rzeka ludzi przelewająca się co noc przez dzielnicę przy dźwiękach muzyki i rozmów w lokalach, które przyciągają na Zatybrze młodych turystów z połowy świata. Mimo że stanowili tak różnorodną gromadę, w oczach Marcusa ludzie ci byli zawsze jednakowi.

Minął małą grupkę amerykańskich dwudziestolatek ubranych w zbyt krótkie szorty i sandały, być może zwiedzione opinią, że w Rzymie panuje nieustające lato. Miały nogi posiniałe z zimna i przyspieszały kroku, owijając się mocniej bluzami z logo amerykańskich uczelni i rozglądając za barem, w którym mogłyby znaleźć schronienie i kieliszek czegoś mocniejszego, żeby się rozgrzać.

Z trattorii wyszła para zakochanych około czterdziestki. Przystanęli w drzwiach. Ona się śmiała, on ją obejmował. Kobieta cofnęła się lekko, opierając się na ramieniu partnera. On przyjął zaproszenie i pocałował ją. W ich stronę skierował się obnośny hinduski sprzedawca róż i zapalniczek i przystanął w oczekiwaniu, aż zakończy się ta wymiana czułości. Miał nadzieję, że zechcą przypieczętować randkę kwiatkiem lub po prostu będą mieli ochotę zapalić.

W pobliżu kręcili się trzej chłopcy z rękami w kieszeniach, rozglądając się na wszystkie strony. Marcus był pewien, że szukają kogoś, kto by im sprzedał działkę. Jeszcze tego nie wiedzieli, ale z drugiego końca ulicy zbliżał się gość z północno-zachodniej Afryki, który miał wkrótce zaspokoić ich oczekiwania.

Dzięki temu, że umiał pozostawać niezauważony, Marcus spoglądał na ludzi i ich słabości z uprzywilejowanego punktu widzenia. Ale to mogło być udziałem każdego uważnego obserwatora. Jego talent – a może przekleństwo – polegał na czymś całkiem innym.

On widział to, czego nie widzieli inni. Dostrzegał zło.

Potrafił je dojrzeć w szczegółach, w pojawiających się anomaliach, drobnych rysach naruszających normalność. W infradźwięku ukrytym w chaosie.

Przydarzało mu się to bezustannie. Nawet kiedy nie chciał korzystać z tej zdolności, ona działała.

Najpierw zobaczył dziewczynkę. Szła, ocierając się o ściany, niczym poruszająca się ciemna plamka na tle odrapanego tynku pobliskich budynków. Trochę przygarbiona, trzymała ręce schowane w kieszeniach krótkiej opiętej kurteczki. Patrzyła w dół. Twarz zakrywał jej kosmyk ufarbowanych na ciemny róż włosów. Wojskowe buty sprawiały, że wydawała się wyższa, niż była w rzeczywistości.

Marcus zauważył też mężczyznę, który szedł przed nią, tylko dzięki temu, że ten zwolnił kroku i obejrzał się, żeby ją skontrolować. Trzymał ją na smyczy swoim spojrzeniem. Był z pewnością po pięćdziesiątce. Jasny płaszcz z kaszmiru i brązowe buty, błyszczące i drogie.

Ktoś niedoświadczony mógłby pomyśleć, że to ojciec i córka. On, biznesmen albo wzięty profesjonalista, poszedł zabrać z jakiegoś lokalu buntowniczą małolatę, żeby ją zaprowadzić do domu. Ale sprawa nie była taka prosta.

Doszedłszy do jednej z bram, mężczyzna zaczekał, aż dziewczynka tam wejdzie, ale potem zrobił coś, co nie pasowało do takiego scenariusza: zanim sam przekroczył próg, rozejrzał się na wszystkie strony, żeby się upewnić, że nikt ich nie obserwuje.

Anomalia.

Zło, które defilowało przed nim codziennie. Marcus miał świadomość, że nie ma na nie sposobu. Nikt nie byłby w stanie naprawić wszystkich niedoskonałości świata. I chociaż sprawa mu się nie podobała, przerobił nową lekcję.

Żeby przeżyć na przekór złu, czasami trzeba go nie dostrzegać.

Od obserwowania zamykającej się bramy oderwał go kobiecy głos.

– Dziękuję za podwiezienie – powiedziała blondynka, która wysiadła właśnie z auta i odwróciła się do przyjaciółki siedzącej za kierownicą.

Marcus cofnął się do kąta, żeby się lepiej ukryć, i kobieta przeszła przed nim ze wzrokiem utkwionym w ekran komórki, którą trzymała w dłoni. W drugiej niosła dużą torbę.

Przychodził tu często tylko po to, żeby na nią popatrzeć.

Spotkali się zaledwie cztery razy, gdy ona prawie trzy lata temu przyjechała z Mediolanu do Rzymu, żeby się dowiedzieć, w jaki sposób zginął jej mąż. Marcus dobrze pamiętał każde słowo, które ze sobą wymienili, i wszystkie szczegóły rysów jej twarzy.

Sandra Vega była jedyną kobietą, z którą się komunikował przez cały ten czas. Była jedyną obcą osobą, której wyjawił, kim jest.

Oczywiście pamiętał słowa Clemente. W poprzednim życiu złożył przysięgę, że nikt nie powinien się dowiedzieć o jego istnieniu. Był niewidzialny dla wszystkich. Penitencjariusz mógł przedstawić się innym, podając swoją prawdziwą tożsamość, tylko w czasie, jaki oddziela błyskawicę od grzmotu. W kruchej przerwie, która może trwać krótką chwilę albo małą wieczność, czego tak naprawdę nikt nie wie. W tym drobnym przedziale czasu wszystko jest możliwe, kiedy powietrze naładowane jest cudowną energią i trwożliwym oczekiwaniem – wtedy odbiera się tę informację. W tej ulotnej i niepewnej chwili zjawy znowu przyjmują ludzkie oblicza. I ukazują się żywym.

To właśnie przydarzyło się jemu w trakcie potężnej burzy, na progu zakrystii. Sandra zapytała go, kim jest, a on odpowiedział, że księdzem. Było to ryzykowne. Nie wiedział dokładnie, dlaczego podjął to ryzyko. Lub może wiedział, ale dopiero teraz mógł się przyznać.

Żywił wobec niej dziwne uczucie. Czuł z tą kobietą jakieś pokrewieństwo. Poza tym szanował ją, ponieważ zdołała zostawić za sobą ból po stracie. I wybrała to miasto, żeby zacząć od nowa. Przeniosła się do nowego biura i wynajęła małe mieszkanie na Zatybrzu. Miała nowych przyjaciół, inne sprawy. Zaczęła się znowu uśmiechać.

Marcusa zawsze dziwiły zmiany. Być może dlatego, że dla niego były niemożliwe.

Znał ścieżki, po jakich poruszała się Sandra, jej rozkład dnia, drobne przyzwyczajenia. Wiedział, gdzie robi zakupy, gdzie lubi kupować ubrania i w której pizzerii jada w niedzielę po wyjściu z kina. Czasami, tak jak tego wieczoru, wracała do domu później. Ale nie wydawała się wyczerpana, tylko zmęczona intensywnym przeżywaniem codziennych wydarzeń. To lekkie zmęczenie mogła zniwelować gorącym prysznicem. I kilkoma godzinami snu. Koszty paru chwil szczęścia.

Co jakiś czas, podczas wieczorów, gdy czekał na nią w ukryciu pod jej domem, rozmyślał, co by się stało, gdyby zrobił krok naprzód i wyszedł z cienia, żeby stanąć przed nią. Ciekawe, czyby go rozpoznała.

Nigdy jednak tego nie zrobił.

Czy myślała jeszcze o nim? Czy też zostawiła go za sobą razem z cierpieniem? Bolała go ta myśl. Jak również ta, że gdyby zdobył się na odwagę i do niej podszedł, nie zdałoby się to na nic, ponieważ nie mogło mieć żadnego dalszego ciągu.

Mimo to nie był w stanie zaprzestać rozglądania się za nią.

Zobaczył, że wchodzi do budynku, a potem ujrzał ją znowu przez okna na klatce schodowej, gdy pokonywała te parę stopni, żeby dotrzeć do swojego mieszkania. Zatrzymała się przed drzwiami, szukając w torbie kluczy. Ale drzwi się otworzyły i ukazał się w nich mężczyzna.

Sandra uśmiechnęła się do niego, a on się pochylił, żeby ją pocałować.

Marcus chciałby odwrócić wzrok, jednak nie zrobił tego. Zobaczył, że wchodzą do mieszkania i zamykają za sobą drzwi. A wraz z nimi odcinają się od przeszłości, zjaw takich jak on i całego zła świata.

♦  ♦  ♦

Elektroniczne dźwięki. Mężczyzna leżał nagi, wyciągnięty na wznak w półcieniu na małżeńskim łóżku. Czekając, grał w jakąś grę w komórce. Na chwilę oderwał się od niej i uniósł głowę, żeby spojrzeć nad wystającym brzuchem.

– Hej tam, pospiesz się – ponaglił dziewczynkę o włosach ufarbowanych na kolor fuksji, która właśnie w łazience wstrzykiwała sobie w ramię działkę heroiny. Potem wrócił do gry.

Nagle na twarz opadło mu coś miłego i miękkiego, jednak wrażenie, jakie obudził w nim dotyk kaszmiru, trwało tylko chwilę, potem od razu zabrakło mu powietrza.

Ktoś przyciskał mu mocno do twarzy jego własny płaszcz.

Instynktownie zaczął wymachiwać rękami i nogami, szukając czegoś, czego mógłby się uchwycić: tonął, ale nie było wody. Chwycił przedramiona nieznajomego, który go trzymał, i spróbował rozluźnić jego chwyt, ale, kimkolwiek tamten był, miał więcej siły. Chciał krzyczeć, ale z jego ust wydostały się tylko skrzeczenia, lamenty i bulgotania. Potem usłyszał szept koło ucha:

– Wierzysz w duchy?

Nie był w stanie odpowiedzieć. A nawet gdyby mógł, nie potrafiłby udzielić odpowiedzi.

– Jakiego rodzaju potworem jesteś? Wilkołakiem czy może wampirem?

Rzężenie. Barwne kropeczki, które tańczyły mu przed oczami, zamieniły się w świetliste błyski.

– Powinienem może poczęstować cię srebrnym pociskiem albo wbić ci jesionowy kołek w serce? Wiesz, dlaczego właśnie jesionowy, a nie z innego drewna? Ponieważ krzyż Chrystusa był z jesionu.

Mężczyźnie pozostała już tylko siła rozpaczy, jedyny środek obrony, ponieważ duszenie już odnosiło skutek. Przyszło mu do głowy to, co dwa lata wcześniej wyjaśniał mu instruktor nurkowania podczas wyprawy z żoną i dziećmi na Malediwy. Przypomniały mu się wszystkie jego rady dotyczące objawów niedotlenienia, mimo że teraz były całkowicie bezużyteczne. Nurkowali, żeby popatrzeć na rafę koralową; chłopcom się to podobało. To były piękne wakacje.

– Chcę, żebyś urodził się na nowo. Ale najpierw musisz umrzeć – oświadczył nieznajomy.

Mężczyznę przerażała myśl, że się topi w samym sobie. Nie teraz, nie w tej chwili, powiedział sobie w duchu. Nie jestem jeszcze gotowy. Tymczasem zaczynał już tracić siły. Jego ręce rozluźniły chwyt na przedramionach napastnika i zaczął machać nimi bezładnie.

– Wiem, co to znaczy umrzeć. Niedługo wszystko się skończy, zobaczysz.

Mężczyzna opuścił ręce wzdłuż boków, jego oddech stał się równie lekki, co nadaremny. Chcę zatelefonować, pomyślał. Pożegnać się.

– Tracisz zmysły. Kiedy obudzisz się na nowo, jeżeli w ogóle się obudzisz, wrócisz do swojej rodziny, do przyjaciół i do wszystkich, którzy choć trochę cię lubią na tym obrzydliwym świecie. I staniesz się inny. Oni nigdy się o tym nie dowiedzą, ale ty będziesz pamiętał. A jeśli będziesz miał szczęście, zapomnisz o tej nocy, o tej dziewczynce i wszystkich innych takich jak ona. Ale nie zapomnisz o mnie. Ja też będę cię pamiętał. Dlatego posłuchaj uważnie… Ratuję ci życie – powiedział nieznajomy, a potem dodał: – Staraj się na to zasłużyć.

Mężczyzna już się nie poruszał.

– Umarł?

Przyglądała mu się dziewczynka stojąca w nogach łóżka. Była naga i kołysała się. Na jej ramionach widać było sińce po zbyt wielu zastrzykach.

– Nie – powiedział Marcus, uwalniając głowę mężczyzny spod kaszmirowego płaszcza.

– Kim jesteś? – Oszołomiona narkotykiem, rzucała na boki spojrzenia, jakby chciała podpalić to miejsce.

Marcus zobaczył leżący na szafce nocnej portfel. Sięgnął po niego i wyjął wszystkie pieniądze. Podniósł się, żeby podejść do dziewczynki, która instynktownie cofnęła się, ryzykując utratę równowagi. Chwycił ją za ramię i włożył jej do ręki banknoty.

– Zmykaj stąd – rzucił rozkazująco.

Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę nad sensem słów Marcusa, błądząc wzrokiem po jego twarzy. Potem schyliła się po swoje ubranie i zaczęła je wkładać, kierując się do drzwi. Otworzyła je, ale przed wyjściem odwróciła się, jakby o czymś zapomniała.

Wskazała ręką na buzię.

Marcus instynktownie uniósł dłoń do swojej twarzy i poczuł lepką substancję na opuszkach palców.

Krew leciała mu z nosa, zawsze gdy postanawiał nie stosować zasady, zgodnie z którą czasami trzeba ignorować zło, żeby je przeżyć.

– Dziękuję – powiedział, tak jakby to ona go uratowała, a nie odwrotnie.

– Nie ma za co.

3

Było to ich piąte spotkanie.

Umawiali się już od prawie trzech tygodni, a poznali w sali gimnastycznej. Chodzili do niej w tych samych godzinach. Ona wyczuwała, że on robi to celowo, żeby mogli się spotykać, i to jej schlebiało.

– Cześć, jestem Giorgio.

– Diana.

Miał dwadzieścia trzy lata, o trzy więcej niż ona. Studiował na uniwersytecie i był przed dyplomem. Ekonomia. Diana szalała na punkcie jego kręconych włosów i zielonych oczu. I ten uśmiech ukazujący idealny zgryz, prawie, ponieważ lewy górny kieł trochę mu wystawał. Buntowniczy szczegół, który bardzo jej się podobał. Wszak zbytnia doskonałość też może zmęczyć.

Diana wiedziała, że jest ładna. Nie była wysoka, ale miała świetną figurę, kasztanowe oczy i prześliczne czarne włosy. Rzuciła naukę po liceum i pracowała jako ekspedientka w sklepie z kosmetykami. Nie zarabiała za wiele, ale lubiła doradzać klientkom. Poza tym ujęła ją właścicielka sklepu. Jednak tym, czego naprawdę pragnęła, było poznać fajnego chłopaka i wyjść za mąż. Nie wydawało się jej, że żąda od życia zbyt wiele. A Giorgio mógł być „tym właściwym”.

Pocałowali się już na pierwszej randce, a potem doszło do innych niezbyt śmiałych pieszczot. Przyjemnie było pozostawać w takim niezdecydowaniu, dzięki niemu wszystko wydawało się piękniejsze.

Tego ranka dostała SMS-a.

Podjadę o dziewiątej. Kocham cię.

Wiadomość dodała jej niespodziewanej energii. Diana wiele razy zadawała sobie pytanie, na czym polega szczęście. Teraz wiedziała, że jest to coś tajemniczego, czego nie można wyjaśnić innym. Tak jakby ktoś stworzył to właśnie dla ciebie.

Jest nim wyłączność.

Szczęście Diany przejawiało się we wszystkich jej uśmiechach i wszystkich zdaniach wypowiadanych przez cały dzień, niczym coś w rodzaju zaraźliwej wesołości. Czy klientki lub jej koleżanki ze sklepu to zauważyły? Była pewna, że tak. Smakowała oczekiwanie, czując, że serce od czasu do czasu wysyła jej sygnał jakby na przypomnienie, że randka jest coraz bliżej.

O dziewiątej, gdy szła po schodach, żeby spotkać się z Giorgiem, który czekał na dole, szczęście, już pozbawione oczekiwania, przyjęło inną formę. Diana poczuła wdzięczność za cały ten dzień. I gdyby nie tajemna obietnica, jaką kryła przyszłość, pragnęłaby, żeby nigdy się nie skończył.

Przypomniała sobie ostatni SMS Giorgia. Odpowiedziała tylko krótkim Tak i uśmiechniętą buzią. Nie zrewanżowała się Kocham cię, ponieważ liczyła na to, że zrobi to osobiście tego wieczoru.

Tak, on był „tym właściwym”, któremu mogła powiedzieć coś takiego.

♦  ♦  ♦

Zawiózł ją nad morze, do Ostii, na kolację w małej restauracji, o której mówił jej na pierwszym spotkaniu. Wydawało się, że od tamtego wieczoru minęła wieczność. Wtedy gadali bez przerwy, jakby się obawiali, że choćby chwilowe milczenie mogłoby unicestwić wrażenie kiełkowania pomiędzy nimi czegoś głębszego. Pili białe musujące wino. Alkohol sprawił, że Diana zaczęła wysyłać swojemu chłopakowi niedwuznaczne sygnały.

Około jedenastej wsiedli do samochodu, żeby wrócić do Rzymu.

Było jej zimno w lekkiej spódniczce, dlatego Giorgio podkręcił ogrzewanie do maksimum. Ale ona i tak pochyliła się w stronę chłopaka, żeby się oprzeć o jego ramię, podczas gdy on trzymał ręce na kierownicy. Spoglądała na niego, unosząc oczy, ale oboje milczeli.

W radiu leciała płyta grupy Sigur Rus.

Zsunęła buty, które jeden po drugim cicho opadły na podłogę. Była już jego dziewczyną, mogła sobie pozwolić na to, żeby poczuć się swobodniej.

Nie odrywając oczu od drogi, Giorgio wyciągnął rękę, żeby pogłaskać ją po nodze. Przywarła jeszcze mocniej do jego ramienia, niemal mrucząc jak kotka. Potem poczuła, że Giorgia dłoń jedzie w górę po rajstopach pod spódniczką. Nie zaprotestowała, a kiedy poczuła, że jego palce kierują się do jej najtajniejszego zakątka, lekko rozsunęła nogi. Nawet przez rajstopy i majteczki mógł wyczuć, jak bardzo go pragnie.

Zamknęła oczy i w tym momencie wyczuła, że auto zwalnia, a potem zjeżdża z głównej drogi i zagłębia się w uliczki prowadzące w stronę dużego piniowego zagajnika.

Spodziewała się, że do tego dojdzie.

Przejechali wolno kilkaset metrów aleją wysadzaną bardzo wysokimi piniami. Nagromadzone na jezdni igły trzeszczały pod kołami. Potem Giorgio skręcił w lewo i zagłębili się między drzewa.

Mimo że jechali powoli, samochód podskakiwał na gruntowej drodze. Żeby uniknąć ostrych wstrząsów, Diana wyprostowała się na siedzeniu.

♦  ♦  ♦

Po chwili Giorgio zatrzymał samochód i zgasił silnik. Umilkła również muzyka. Dochodziło tylko ciche tykanie stygnącego silnika, ale przede wszystkim szum wiatru w gałęziach drzew. Wcześniej nie było go słychać, a teraz wydało się im, że odkryli tajemnicze odgłosy.

Odsunął siedzenie trochę do tyłu, a potem wziął ją w objęcia i pocałował. Diana poczuła między wargami jego pieszczotliwie przesuwający się język. Zrewanżowała mu się tym samym. Potem zabrał się do odpinania małych guziczków jej długiego swetra. Uniósł koszulkę, szukając biustonosza. Znieruchomiał na moment, obmacując materiał zakrywający zapinkę. W końcu wsunął pod nią palce, podważył i uwolnił jej pierś, obejmując ją natychmiast dłonią.

Jakie to dziwne być odkrywaną przez kogoś po raz pierwszy, pomyślała Diana. Poddawać mu się, a zarazem wyobrażać sobie, co on odczuwa w tym momencie. Wyczuwać jego podniecenie, jego zaskoczenie.

Wyciągnęła ręce, żeby odpiąć pasek i guziki u jego spodni, podczas gdy on zsuwał jej spódnicę razem z rajstopami. Wszystko to bez odrywania od siebie choćby na chwilę ust, tak jakby bez tych pocałunków groziło im, że się uduszą.

Diana przelotnie spojrzała na zegar na tablicy rozdzielczej, mając nadzieję, że nie jest zbyt późno. Przez chwilę obawiała się, że matka lada moment zadzwoni na jej komórkę i wyrwie ją z tego zaczarowania.

Ich ruchy przyspieszyły, a pieszczoty stały się niecierpliwe. Szybko pozbyli się ubrań; przyglądali się sobie przez krótkie chwile, gdy otwierali oczy między pocałunkami. Ale nie musieli na siebie patrzeć, poznawali się nawzajem innymi zmysłami.

Potem on położył dłoń na jej policzku i Diana uświadomiła sobie, że ta chwila nadeszła. Odsunęła się od niego, pewna, że Giorgio zada sobie pytanie, dlaczego to zrobiła, a być może pomyśli nawet, że zmieniła zamiar. Już miała mu powiedzieć to „kocham cię”, z którym wstrzymywała się przez cały dzień. Ale zamiast poświęcić jej całą swoją uwagę, Giorgio odwrócił się powoli w kierunku przedniej szyby. Ten gest zranił jej dumę, tak jakby nagle poczuła się niewarta jego zainteresowania. Chciała poprosić go o wyjaśnienie, ale się powstrzymała. W oczach Giorgia pojawiło się zdumienie. Wtedy ona odwróciła się także.

Przed maską samochodu ktoś stał. I przyglądał się im.

4

Ze snu wyrwał ją dźwięk telefonu.

Otrzymała polecenie, żeby jak najprędzej udać się do zagajnika pod Ostią. Tylko tyle.

Kiedy pospiesznie i cicho wciągała mundur, starając się nie obudzić Maxa, Sandra próbowała oczyścić umysł. Tego rodzaju telefony zdarzały się rzadko. Ale kiedy już się zdarzały, czuła się tak, jakby dostała z jednej strony zastrzyk adrenaliny, a z drugiej uderzenie strachu w żołądek.

Dlatego bezpieczniej było przygotować się na najgorsze.

Ile miejsc zbrodni odwiedziła ze swoim aparatem fotograficznym? Ile trupów czekało tam na nią, żeby się nimi zajęła? Okaleczonych, upokorzonych lub zwyczajnie leżących bez ruchu w absurdalnej pozie. Sandra Vega miała niewdzięczne zadanie utrwalenia ich ostatniego wyglądu.

Komu tym razem zrobi pamiątkowe zdjęcie pośmiertne?

Niełatwo było trafić na miejsce. Nie rozstawiono jeszcze kordonu policji, który utrzymywałby na odległość każdego, kto nie miał prawa tam przebywać. Żadnego migającego koguta, żadnego nagromadzenia środków i koniecznego sprzętu. Zwykle kiedy się zjawiała, większość oddziału miała dopiero nadjechać, żeby stworzyć odpowiednią oprawę. Dla mediów, dla władz lub po to, żeby ludzie czuli się bardziej bezpieczni.

I rzeczywiście, teraz obecny był tylko policyjny patrol przy wjeździe na drogę prowadzącą do zagajnika. Trochę dalej furgonetka i kilka samochodów. Jeszcze bez fanfar dla nowych ofiar. Jednak czas nagromadzenia sił został tylko przesunięty.

Ale armia zmierzająca na pole bitwy była już pokonana.

Wszystkie osoby konieczne do wszczęcia śledztwa już się tu znajdowały, skupione w nielicznej gromadce. Przed dołączeniem do nich Sandra wyjęła z bagażnika torbę ze sprzętem i wciągnęła biały kombinezon z kapturem, żeby nie zanieczyścić miejsca zbrodni. Nie wiedziała jeszcze, czego może się spodziewać.

Naprzeciwko niej wyszedł komisarz Crespi. Przedstawił sytuację jednym zwięzłym zdaniem:

– To ci się nie spodoba.

Następnie oboje zagłębili się między drzewa.

Zanim technicy mogą przystąpić do poszukiwania dowodów i śladów, zanim koledzy policjanci zaczynają zadawać sobie pytanie, co tu się zdarzyło i dlaczego, aby oficjalnie podjąć rytuał śledztwa, główna rola przypada właśnie jej.

Wszyscy już na nią czekali. Sandra poczuła się jak ktoś, kto spóźnił się na przyjęcie. Rozmawiali ściszonymi głosami, przyglądając się jej ukradkiem, kiedy przechodziła przed nimi. Mieli nadzieję, że załatwi swoje sprawy prędko, żeby mogli zabrać się do pracy. Dwóch policjantów przesłuchiwało biegacza, który w trakcie treningu odkrył ten horror i wezwał ich tutaj. Przycupnął na suchym pniu, trzymając się rękami za głowę.

Sandra kroczyła za Crespim. Nierealny spokój lasu zakłócało trzeszczenie igieł pinii pod ich butami, a jeszcze bardziej stłumione popiskiwanie sygnału komórki. Sandra ledwie zwróciła na to uwagę, koncentrując się na miejscu zbrodni, które już zaczynała dostrzegać.

Koledzy ograniczyli się do otoczenia go biało-czerwoną taśmą. W środku zaznaczonego obszaru stało auto ze wszystkimi drzwiami szeroko otwartymi. Zgodnie z procedurą jedynym, który teraz mógł przekroczyć tę granicę, był lekarz sądowy.

– Astolfi dopiero co potwierdził zgon obojga – oświadczył komisarz Crespi.

Sandra zobaczyła tego drobnego człowieczka o wyglądzie urzędnika. Wykonawszy swoje zadanie, wyszedł poza taśmę i teraz podnosił machinalnie do ust papierosa, z którego popiół zbierał w drugiej dłoni. Ale nadal przyglądał się samochodowi, jakby zahipnotyzowany nie wiadomo jaką myślą.

Gdy Sandra i Crespi znaleźli się obok niego, odezwał się, nie odrywając wzroku od miejsca zbrodni:

– Do wypisania orzeczenia potrzebuję co najmniej dwóch zdjęć każdej rany.

Dopiero w tym momencie Sandra zrozumiała, co przykuwa uwagę lekarza sądowego.

Przyciszony sygnał komórki.

Zrozumiała też, dlaczego nikt nie skasował tych odgłosów. Dochodziły z samochodu.

– To komórka dziewczyny – powiedział Crespi, choć go o nic nie pytała. – Jest w torebce, na tylnym siedzeniu.

Ktoś był zaniepokojony, dlaczego tej nocy nie wróciła do domu. I teraz próbował nawiązać z nią kontakt.

Kto wie, od jakiego czasu to się ciągnęło. A policjanci nie mogli zrobić absolutnie nic. Przedstawienie musiało respektować ciąg wydarzeń, było jeszcze za wcześnie na scenę finałową. A Sandra będzie musiała dokonać procedury robienia zdjęć przy tym przejmującym akompaniamencie.

– Oczy otwarte czy zamknięte? – spytała.

Pytanie miało sens tylko dla odwiedzających miejsca zbrodni. Czasami mordercy, nawet najbardziej brutalni, zamykają ofiarom powieki. Nie jest to odruch litości, ale wstydu.

– Otwarte – odparł lekarz sądowy.

Ten morderca wolał jednak, żeby go obserwowano.

Komórka nadal wydawała dźwięczne sygnały, obojętna na wszystko.

Zadaniem Sandry było utrwalenie widoku, zanim czas i poszukiwanie odpowiedzi mogłyby go zmienić. Aparat fotograficzny był parawanem między nią a horrorem, między nią a cierpieniem. Ale z powodu tego sygnału istniało niebezpieczeństwo, że przenikające ją emocje przedostaną się przez barierę bezpieczeństwa i wyrządzą jej krzywdę.

Zamknęła się w rutynowych nakazach swojego zawodu, w regułach przyswojonych wiele lat temu, w czasie szkolenia. Gdyby postąpiła według schematu dokumentowania fotograficznego, wszystko prędko by się skończyło i być może mogłaby wrócić do domu i położyć się z powrotem do łóżka obok Maxa, chłonąć ciepło jego ciała i udawać, że ten chłodny zimowy dzień nigdy się nie zaczął.

Od ujęć ogólnych do szczegółów. Uniosła lustrzankę i zaczęła pstrykać.

Błyski flesza załamywały się niczym nagłe bryzgi fal na twarzy dziewczyny, a potem rozpływały się w zimnym i bezsensownym świetle brzasku. Sandra ustawiła się przed pokrywą silnika, ale po zrobieniu około dziesięciu zdjęć samochodu opuściła aparat fotograficzny.

Dziewczyna wpatrywała się w nią przez przednią szybę.

Podczas szkolenia Sandra wpoiła sobie pewną niepisaną zasadę i wraz ze swymi kolegami po fachu stosowała ją skrupulatnie.

Jeżeli zwłoki mają otwarte oczy, należy się starać, żeby ich spojrzenie nigdy nie kierowało się w stronę obiektywu.

Chodziło o uniknięcie bezlitosnego efektu „fotograficznej obsługi nieżywej modelki”. Dziewczynę pozostawię na koniec, postanowiła. Zaczęła więc od drugiego ciała.

Znajdowało się kilka metrów od auta. Leżało brzuchem do ziemi, z twarzą ukrytą w szpilkach pinii i ramionami wyciągniętymi do przodu. Było nagie.

– Mężczyzna, przybliżony wiek od dwudziestu do dwudziestu pięciu lat – powiedziała Sandra do mikrofonu na wysięgniku umocowanym na głowie, połączonego z magnetofonem wsuniętym do kieszeni skafandra. – Rana z broni palnej z tyłu głowy.

Włosy wokół otworu wlotowego nosiły wyraźne ślady nadpalenia, znak, że morderca strzelał z bardzo bliska.

Sandra rozejrzała się przez obiektyw lustrzanki za śladami stóp chłopaka. Znalazła ich kilka w wilgotnej ziemi. Zagłębienia od pięt nie były głębsze niż te pod palcami stóp. Nie rzucił się do ucieczki, zwyczajnie szedł.

Nie zdołał mu uciec, pomyślała Sandra.

– Morderca kazał chłopcu wysiąść z samochodu i ustawił się za jego plecami. Potem strzelił.

To była egzekucja.

Odnalazła następne ślady. Tym razem pochodziły od butów.

– Ślady obuwia. Pokrywają kolisty obszar.

Należały do mordercy. Ruszyła wzdłuż śladów odciśniętych w ziemi, trzymając przed sobą aparat fotograficzny nadal skrupulatnie zbierający obrazy, które później miały zostać zapisane w pamięci cyfrowej. Dotarła w pobliże jednego z drzew. U jego podstawy widać było mały czworobok wolny od piniowych szpilek. Podała namiary do magnetofonu.

– Trzy metry na południowy wschód: powierzchnia ziemi została poruszona. Jakby oczyszczona.

To w tym miejscu wszystko się zaczęło, pomyślała. Tu się zaczaił. Uniosła obiektyw, próbując odtworzyć to, co widział przed sobą morderca. Z tego miejsca można było wygodnie obserwować przez las auto dwojga młodych, nie będąc widzianym.

Cieszyłeś się tym widokiem, prawda? A może cię zdenerwował? Jak długo tu stałeś, żeby się im przyglądać?

Podjęła robienie zdjęć od tego miejsca i przemieszczała się do tyłu wzdłuż fikcyjnej linii skierowanej w stronę samochodu, odtwarzając drogę zabójcy. Znalazłszy się ponownie przed maską auta, Sandra poczuła znowu na sobie spojrzenie dziewczyny siedzącej na fotelu. Sprawiała wrażenie, jakby właśnie jej szukała wzrokiem.

Sandra po raz drugi ją zignorowała, skupiając się na aucie.

Ruszyła w kierunku tylnego siedzenia. Leżały na nim rozrzucone bezładnie ubrania obu ofiar. Poczuła ucisk w sercu. Przed oczami stanęło jej dwoje zakochanych, którzy szykowali się na randkę. Pomyślała o emocjach doświadczanych przed szafą z ubraniami, związanych z zastanawianiem się, co włożyć, żeby podnieść swoją atrakcyjność w oczach tego drugiego. Przyjemność czysto altruistyczna.

Czy oboje byli już nadzy, gdy ten potwór ich zaskoczył, czy może to on ich zmusił, żeby się rozebrali? Przyglądał się im, kiedy się kochali, czy też podjął akcję, żeby im przerwać? Odrzuciła te myśli. Udzielanie odpowiedzi na takie pytania nie należało do niej, toteż starała się skupić na nowo.

Między ubraniami leżała czarna torebka, z której dochodziło popiskiwanie komórki. Na szczęście zamilkła na chwilę, dając wszystkim trochę oddechu, ale prędko odezwała się znowu. Sandra przyspieszyła swoje czynności. Te dźwięki napełniały ją bólem. Nie chciała przebywać zbyt blisko ich źródła.

Szeroko otwarte drzwi po prawej stronie auta ukazywały nagie ciało dziewczyny. Sandra przycupnęła obok niej.

– Kobieta, przybliżony wiek dwadzieścia lat. Zwłoki są bez ubrania.

Ramiona wyciągnięte wzdłuż boków, unieruchomiona na swoim miejscu liną wspinaczkową, która wiązała ją do siedzenia pochylonego pod kątem około stu dwudziestu stopni. Kawałek liny okręcony był wokół zagłówka i ją dusił.

Pomiędzy krzyżującymi się splotami liny sterczał duży nóż myśliwski. Rękojeść wystawała z mostka dziewczyny. Został wbity z tak wielką siłą, że nie można go było wyciągnąć, pomyślała Sandra, i to zmusiło mordercę, żeby go tu zostawić.

Lustrzanka uwieczniła strugę zaschniętej krwi, która ściekła po brzuchu ofiary, zaplamiła siedzenie i utworzyła w końcu małą kałużę na dywaniku, między bosymi stopami i parą butów na wysokim obcasie. Eleganckich szpilek, poprawiła się w myśli Sandra. I ukazał się jej jasno obraz romantycznego wieczoru.

W końcu zebrała się na odwagę i przeszła do robienia zdjęć twarzy z bliskiej odległości.

Dziewczyna miała głowę przechyloną lekko w lewo, czarne włosy rozczochrane. Sandra bezwiednie poczuła chęć przywrócenia jej do porządku, jak siostra. Zauważyła, że dziewczyna jest bardzo ładna, o delikatnych rysach, jakie potrafi rzeźbić tylko młodość. W miejscach, w których nie starły go łzy, można było jeszcze dostrzec resztki makijażu. Wydawał się wykonany troskliwie, żeby uszlachetnić i podkreślić rysy, tak jakby dziewczyna była obeznana z tym zajęciem.

Może była kosmetyczką lub pracowała w sklepie z kosmetykami, pomyślała Sandra.

Usta dziewczyny były jednak w nienaturalny sposób wygięte do dołu. Wargi pokrywała błyszcząca szminka.

Sandra doznała dziwnego wrażenia, że coś jej tu nie pasuje, ale w tym momencie nie zdołała ustalić co.

Wsunęła się do wnętrza samochodu, żeby mieć lepszy widok twarzy. Zgodnie z zasadą stosowaną przez fotografów kryminalnych, szukała takich kątów, które pozwoliłyby uniknąć bezpośredniego spojrzenia dziewczyny. Poza tym nie była już w stanie znieść wpatrywania się w jej źrenice, a przede wszystkim nie chciała, żeby one wpatrywały się w nią.

Komórka odezwała się znowu.

Wbrew przyswojonym zasadom Sandra instynktownie zamknęła oczy, pozwalając, żeby lustrzanka sama wykonała ostatnie ujęcia. Popiskiwania komórki zmusiły ją do poszybowania myślą do tych, którzy byli obecni w tym miejscu, choć nie fizycznie. Do matki i ojca dziewczyny, oczekujących odpowiedzi, która mogłaby uwolnić ich od dręczącej niepewności. Do rodziców chłopca, którzy być może jeszcze się nie zorientowali, że tej nocy ich syn nie wrócił do domu. Do sprawcy tych cierpień, który daleko stąd, nie wiadomo gdzie, cieszył się tajemną przyjemnością morderców – sadystycznym łaskotaniem w okolicach serca – i rozkoszował się myślą, że jest niewidoczny.

Lustrzanka dokończyła swoje zadanie i Sandra Vega wycofała się z wąskiej kawerny trącącej moczem i zbyt młodą krwią.

♦  ♦  ♦

– Kto?

Było to pytanie, które bezustannie nurtowało obecnych. Kto mógł być sprawcą? Kto tego chciał?

Kiedy potworowi brakuje twarzy, może się nim okazać każdy. Ludzie spoglądają na siebie podejrzliwie, zadając sobie pytanie, co kryje się za pozorami, świadomi tego, że są obserwowani z tą samą nieufnością w spojrzeniach innych.

Gdy człowiek splami się straszliwą zbrodnią, podejrzenia dotykają nie tylko jego, ale całego rodzaju ludzkiego.

Z tego właśnie powodu również policjanci unikali tego ranka krzyżowania spojrzeń. Tylko ujęcie winnego mogło ich uwolnić od przekleństwa podejrzliwości.

Wobec niespełnienia tego warunku pozostawało ustalenie tożsamości ofiar.

Dziewczyna nie miała jeszcze nazwiska. Sandra uznała, że tak jest lepiej. Nie chciała go poznać. Natomiast dzięki tablicy rejestracyjnej samochodu zdołano dotrzeć do personaliów chłopaka.

– Nazywa się Giorgio Montefiori – powiedział lekarzowi sądowemu Crespi.

Astolfi odnotował to na jednym z formularzy ze swojej kartonowej teczki. Aby je zapisać, oparł się o furgonetkę z kostnicy, która dopiero co przyjechała na miejsce zbrodni, żeby zabrać zwłoki.

– Chcę niezwłocznie zrobić sekcję – powiedział patolog.

Sandra sądziła, że jego pośpiech wynika z chęci zaznaczenia udziału w śledztwie, ale musiała zmienić zdanie, kiedy usłyszała uzasadnienie:

– Muszę się dziś jeszcze zająć wypadkiem samochodowym, a ponadto napisać opinię dla sądu – oświadczył lekarz bez cienia współczucia.

Biurokraci, pomyślała Sandra. Nie godziła się z tym, żeby tych dwoje młodych martwych ludzi spotkało się z mniejszą dozą litości, niż na to zasługiwali.

Tymczasem miejsce zbrodni brał już w posiadanie oddział techników, rozpoczynając zbieranie śladów i dowodów. I właśnie w chwili, gdy można było w końcu wyjąć komórkę dziewczyny, ta znowu zamilkła.

Sandra przestała przysłuchiwać się rozmowie lekarza sądowego z komisarzem i odwróciła się w stronę jednego z techników, który wyjął właśnie komórkę z torebki w aucie i kierował się w stronę biało-czerwonej taśmy, żeby wręczyć aparat jednej z policjantek.

To ona będzie musiała odebrać, jeśli ktoś zadzwoni znowu. Nie zazdrościła jej.

– Wyrobisz się do południa?

Pogrążona w rozmyślaniach Sandra nie zrozumiała pytania Crespiego.

– Słucham?

– Pytałem, czy możesz dostarczyć materiał jeszcze dziś przed południem – powtórzył komisarz, wskazując lustrzankę leżącą w bagażniku.

– Och, tak, jasne – pospieszyła z odpowiedzią.

– Możesz to zrobić teraz?

Chciała stąd uciec i zająć się tym zaraz po dotarciu na komendę. Ale wobec nalegań zwierzchnika nie mogła się wycofać.

– Dobrze.

Sięgnęła po przenośny komputer, żeby podłączyć do niego aparat fotograficzny i zapisać w nim obrazy utrwalone na karcie pamięci. Potem mogłaby je wysłać mailem i w końcu wyjść z tego koszmaru.

Należała do pierwszych osób, które dotarły na miejsce zbrodni, ale była też jedną z pierwszych szykujących się do jego opuszczenia. Jej praca się kończyła. W odróżnieniu od kolegów mogła zapomnieć o wszystkim.

Gdy przyłączała aparat do komputera, inny policjant podał Crespiemu portfel zamordowanej dziewczyny. Komisarz otworzył go, żeby zobaczyć, czy jest w nim jakiś dokument. Sandra rozpoznała ją ze zdjęcia na dowodzie tożsamości.

– Diana Delgaudio – przeczytał ledwie słyszalnym głosem Crespi. – Dwadzieścia jeden lat… a niech to diabli!

Krótkie milczenie podkreśliło to odkrycie.

Przyglądając się nadal dokumentowi, komisarz przeżegnał się. Był człowiekiem religijnym. Sandra mało go znała, nie był kimś, kto demonstruje swoje przekonania. W policji szanowano go bardziej z powodu długich lat służby niż w uznaniu rzeczywistych zasług. Ale być może był właściwym człowiekiem do rozwiązania takiej zbrodni jak ta. Osobą zdolną do poradzenia sobie z horrorem bez szukania możliwości wyciągnięcia osobistych korzyści poprzez kontakty z prasą.

Lepiej było, żeby dwojgiem nieżyjących młodych ludzi zajął się współczujący glina.

Crespi odwrócił się do policjanta, który przyniósł mu portfel, żeby mu go oddać. Wziął głęboki oddech.

– Dobrze, jedziemy zawiadomić rodziców.

Oddalili się, zostawiając Sandrę przy pracy. Tymczasem zrobione przez nią zdjęcia zaczynały pojawiać się na ekranie komputera, w miarę jak były przenoszone z jednej pamięci do drugiej. Przyglądając się im, błyskawicznie przebiegła w myśli poranną pracę. Zdjęć było prawie czterysta. Ukazywały się jedno po drugim, niczym ujęcia niemego filmu.

Oderwał ją od tego sygnał komórki, którego wszyscy się spodziewali. Odwróciła się w stronę koleżanki, która sprawdzała na wyświetlaczu dane dzwoniącego. Przeciągnęła dłonią po czole i w końcu odpowiedziała:

– Dzień dobry, pani Delgaudio, mówi policja.

Sandra nie wiedziała, co mówi matka po drugiej stronie linii, ale mogła sobie wyobrazić, co poczuła, słysząc obcy głos i słowo „policja”. To, co aż dotąd było tylko złym przeczuciem, zaczynało zamieniać się w bolesną prawdę.

– Policyjny patrol jedzie już do pani i wszystko wyjaśni – próbowała uspokoić matkę ofiary policjantka.

Sandra nie była w stanie tego słuchać. Skupiła się znowu na obrazach, które pokazywały się kolejno na ekranie komputera; miała nadzieję, że zainstalowany program prędko poradzi sobie z ich ładowaniem. Postanowiła, że nie będzie miała dzieci, ponieważ jej największe obawy wiązały się z tym, że skończą na fotografiach takich jak te, które przesuwały się teraz przed jej oczami. Twarz Diany. Nieobecny wyraz twarzy. Rozczochrane czarne włosy. Makijaż rozmazany przez łzy. I usta wykrzywione w czymś w rodzaju smutnego uśmiechu. Spojrzenie, które kontemplowało nicość.

Program komputera niemal zakończył operację kopiowania, gdy na chwilę ukazał się widok twarzy na pierwszym planie, odmienny od innych.

Sandra odruchowo nacisnęła klawisz i zatrzymała przegrywanie. Z mocno bijącym sercem przewinęła do tyłu ostatnie zdjęcia, żeby sprawdzić, czy coś jej się nie przywidziało. Wszystko wokół niej zniknęło, jakby zostało wchłonięte przez czarną dziurę. Był tylko ten obraz na ekranie. Jak mogła tego nie zauważyć?

Twarz dziewczyny na zdjęciu była ciągle nieruchoma.

Sandra odwróciła się gwałtownie w kierunku miejsca otoczonego biało-czerwoną taśmą. A potem puściła się biegiem.

Diana Delgaudio zwróciła oczy w stronę obiektywu.