Opis

Erin wie, że szczęśliwe zakończenia częściej zdarzają się w książkach niż w życiu. I właśnie dlatego chce zostać pisarką, najlepiej autorką romansów historycznych, w których on i ona, za nic mając konwenanse, pokonują wiele przeszkód, by wreszcie paść sobie w ramiona. Koniec. Kropka.

By zrealizować to marzenie, Erin jest gotowa na śmierć pokłócić się z babką i z pustym portfelem szturmować Nowy Jork. Ma nadzieję, że kurs pisarstwa pozwoli jej zapomnieć o tragicznych wydarzeniach z przeszłości oraz o Hunterze - niegdyś przyjacielu, później śmiertelnym wrogu. Szalenie przystojnym, bardzo inteligentnym i obrzydliwie seksownym wrogu...

Wzorując na Hunterze bohatera swego opowiadania, Erin nie przypuszcza, że chłopak kiedykolwiek je przeczyta. Jednak niespodziewanie Hunter dołącza do uczestników kursu... Ups! Chłopak nie tylko bezbłędnie rozpoznaje siebie w postaci chłopca stajennego, ale postanawia odpłacić Erin pięknym za nadobne.

Z każdymi kolejnymi zajęciami grupa bawi się coraz lepiej, czego nie można powiedzieć o Erin.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Love Story

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Copyright for the Polish edition © 2013 by Wydawnictwo Jaguar

Redakcja: Ewa Holewińska

Projekt okładki: Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce © Andrey Kiselev/Fotolia.com

Skład i łamanie: EKART

ISBN 978-83-7686-221-7

Copyright © 2011 by Jennifer Echols

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Podziękowania

Dziękuję mojej wspaniałej redaktorce, Jennifer Heddle, a także Nicole James, Catherine Burns, inspektorowi Steve’owi Osborne’owi z nowojorskiej policji, Laurze Bradford, tacie oraz, jak zawsze, moim krytykom: Catherine Chant i Victorii Dahl.

1Prawie jak damaErin Blackwell

Kapitan Vanderslice wydawał się tego wieczoru prawdziwym dupkiem. Ujął skrytą w rękawiczce dłoń Rebeki i ucałował ją, gnąc się przy tym w głębokim ukłonie.

– Panno O’Carey, pani uroda rozkwita ostatnio w niezrównany sposób.

– Pan, sir, także wygląda jak zawsze doskonale – skłamała Rebeca. Wysoki i ciemnowłosy, mógłby uchodzić za przystojnego, gdyby nie zbłąkana kula, która musnęła jego policzek dziesięć lat temu, podczas wojny secesyjnej, grawerując na nim szeroką bliznę od nosa do oka.

Krążyły plotki, że ta widoczna rana nie była jedyną, jaką odniósł podczas wojny – dlatego właśnie, chociaż był kawalerem w jednym ze stanów granicznych, które okrutna wojna pozbawiła wielu młodzieńców, rozczarowanie co do perspektyw posiadania potomka stało się główną przyczyną odrzucenia jego zalotów przez wiele dam. Jednakże obawa o wygaśnięcie rodu nie trapiła babki Rebeki, egoistycznej i obrotnej w interesach kobiety, której zdaniem taki związek byłby korzystny, ponieważ oznaczałby połączenie ogromnej stadniny kapitana Vanderslice’a z jej własną.

Miało to jednak znaczenie dla Rebeki. Rozpaczliwie szukała teraz słów, które nie obraziłyby kapitana, ale nie zachęciły go także do dalszych zalotów.

– Czyż te derby zorganizowane przez pułkownika Clarka nie były cudowne? Słyszałam, że planuje urządzać je dorocznie.

– To się z pewnością nie przyjmie – oznajmił wyniośle kapitan, mieszając w szklance do whisky swój Mint Julep.

– Och, wydaje mi się, że wyścig odniósł ogromny sukces, gromadząc dziesięć tysięcy widzów – upierała się Rebeca. Kiedy wymieniała z kapitanem te nieprzyjemne uprzejmości, jej wzrok przeczesywał imponującą salę balową w poszukiwaniu drogi ucieczki, zanim niezobowiązująca rozmowa zamieni się w zaloty, tak jak na każdym spotkaniu towarzyskim w ostatnim czasie.

Szczęście jej nie sprzyjało. Na zwykłej zabawie tanecznej ktoś z jej przyjaciół z sąsiedztwa w stosownym momencie przerwałby im rozmowę, odciągając wdzięczną Rebecę poza zasięg kapitana. To jednak nie była zabawa taneczna – pułkownik Clark zorganizował wyścig dla najlepszych trzylatków z okolic Louisville, a na wspaniały bal w jego posiadłości zostali zaproszeni tylko najbogatsi. Wśród setki gości Rebeca była całkiem sama.

A może nie całkiem? Kątem oka dostrzegła poruszenie. Obramowany zwieńczonym łukiem okna, które wpuszczało chłodne powietrze majowego wieczoru, ciemny frak Davida roztapiał się w mroku za tarasem, ale złociste włosy i wyprasowana biała koszula lśniły w łagodnym świetle, odbijającym się od luster w sali balowej.

Sama poprosiła go o spotkanie. Wcześniej tego wieczora wycofała się do tego kąta sali balowej, z którego roztaczał się widok na ogród, i wyglądała na zewnątrz po każdym tańcu przez cztery kadryle, trzy reele i jeden walc. Gdy w końcu go dostrzegła, miała wrażenie, że jej odziane w koronki łono unosi się w rytmie gwałtownych uderzeń serca.

– Panno Rebeco!

Podskoczyła, omal nie rozrywając ciasno zawiązanego koronkowego gorsetu, ale to tylko podstarzały pan Gordon stanął pomiędzy nią a kapitanem Vanderslice’em. Uśmiechnęła się z wdzięcznością za jego interwencję. Niedawno, podczas spaceru po ogrodzie w posiadłości jej babki, podzieliła się z nim opinią na temat kapitana i planów starszej pani.

– Dzień dobry, panie Gordon. – Skłoniła głowę i podała mu dłoń.

– Witam pana – rzucił szorstko kapitan.

Pan Gordon przywitał kapitana najlżejszym skinieniem głowy i znowu zwrócił się do Rebeki:

– Byłem doprawdy zachwycony popisem pani klaczy w trzeciej gonitwie. Słyszałem, że sama ją pani trenowała?

– Pani ją trenowała! – zachłysnął się kapitan, patrząc ze zdumieniem na Rebecę.

Rebeca nie odrywała wzroku od pana Gordona, co wydawało się dobrym pomysłem, skoro kapitan tylko oburzał się, zamiast uczestniczyć w rozmowie.

– Zapewne usłyszał to pan od stajennych – odparła. – Ale przypisuje mi pan zbyt wiele zasług. Nasz młody David Archer wykonał większość pracy.

– I wybrała ją pani spośród innych do trenowania – przypomniał pan Gordon.

– No cóż, tak – przyznała Rebeca. – Najpierw jednak przedyskutowałam tę materię z Davidem.

– Młody Archer. – zastanowił się pan Gordon. – Zapewne szuka dla siebie miejsca w życiu i sposobu na wydostanie się z ogromnego cienia swego nadzwyczajnie utalentowanego ojca.

Serce Rebeki znowu zabiło mocniej, tym razem z lęku. Wiedziała, że pan Gordon podtrzymuje rozmowę po to, żeby nie dać kapitanowi okazji do prawienia jej komplementów, i doceniała jego starania. Wolałaby jednak nie dopuścić do tego, by przy tej okazji inny pracodawca wpadł na pomysł podkupienia ze stadniny babki jej służącego i ukochanego.

– Cóż, nie wiem, czy młody Archer dorównuje ojcu talentem – wycofała się. – Niewykluczone, że mam lepsze oko do koni,niż sama przypuszczałam, ale damie nie wypada przyjmować tego rodzaju pochwał.

– Damie nie wypada przede wszystkim w takim stopniu interesować się końmi! – wybuchnął zapomniany kapitan. – Rebeco, czy pani oszalała? Wizyty w stajni zrujnują pani reputację! Powinienem pomówić o tym z pani babką!

– Ach, to wyśmienity pomysł! – zgodziła się Rebeca. – Panie Gordonie, czy byłby pan tak miły i pomógł kapitanowi znaleźć moją babkę?

– Pani koniecznie powinna nam towarzyszyć – oznajmił kapitan, podając jej ramię.

Rebeca cofnęła się o krok.

– Nie ma takiej potrzeby. Jestem całkowicie niezdolna do narzucenia sobie dyscypliny, więc myślę, że lepiej będzie, jeśli pan dotrze do sedna problemu, a ja poczekam tu i oddam się pokutnym rozważaniom nad moim postępowaniem.

– Chodźmy, kapitanie! – zakrzyknął pan Gordon z udawanym oburzeniem. Kiedy położył dłoń na ramieniu kapitana, by poprowadzić go za sobą, jego wzrok napotkał spojrzenie Rebeki.

Mrugnęła do pana Gordona. Była mu wdzięczna za pomoc i czuła ukłucie winy, że go oszukuje. Gdyby tylko wiedział, że nie tylko ratuje ją przed niechcianym zalotnikiem, ale także otwiera jej drogę do spotkania z potajemnym kochankiem, nie byłby zapewne tak skory do pomocy.

Patrzyła na eleganckie sylwetki dwóch mężczyzn, lawirujących między gośćmi balowymi i znikających w przyległej sali w poszukiwaniu matrony rodu. Raz jeszcze rozejrzała się ukradkiem po zebranych i wycofała w kierunku łukowatych drzwi na taras. Poruszała się z męczącą powolnością z powodu przeklętej mody w tym sezonie, wymagającej noszenia absurdalnie ciasnej sukni z tiurniurą, w której można było robić kroki długości kilku centymetrów. Taka suknia bez wątpienia podkreślała wdzięki panny na wydaniu, ale była skrajnie niewygodna dla panny żywiącej uczucia do chłopca stajennego.

W końcu wyszła przez zwieńczone łukiem drzwi na zewnątrz. Zimne powietrze i pozbawiona ramion suknia sprawiły, że zadrżała, ale wiedziała, że musi ukryć swoją niewygodę. Jedynym sposobem na kontynuowanie tego romansu i nienarażenie się na zamknięcie w sypialni aż do pełnoletności – a przy tym nienarażenie Davida na utratę pracy lub, co gorsza, spotkanie z wymiarem sprawiedliwości – było dysponowanie w każdych okolicznościach wygodną wymówką. W tym momencie jej wymówka była taka, że na balu zakręciło się jej w głowie i chciała zaczerpnąć świeżego powietrza. Coś takiego nigdy dotąd się nie zdarzyło – stajenni mówili jej, że jak na damę ma zaskakująco mocną głowę – jednakże zawsze musiał być ten pierwszy raz.

Później, jeśli zdoła się spotkać z Davidem, jej wymówką będzie to, że po wyścigach zostawiła jedną wytworną rękawiczkę jeździecką w boksie ulubionej klaczy, a David rozpoznał ją i nie dowierzając, że nieokrzesani robotnicy wyścigowi odeślą zgubiony drobiazg pod właściwy adres, postanowił osobiście przynieść ją na bal.

Taką przynajmniej wymówkę wymyśliła Rebeca i takie polecenia wydała Davidowi, on jednak znany był z niesłuchania poleceń i unikania konsekwencji swojej niesubordynacji dzięki czarującemu uśmiechowi. Nie mogła wykluczyć, że znużył się czekaniem i postanowił wrócić do domu.

W zwykłych okolicznościach Rebeca nie podejrzewałaby służącego o taki brak szacunku, ale David nie był zwykły. Nie był też oddany ani cierpliwy, a romans z nim przypominał próbę zapanowania nad zaprzęgiem kotów. Kilkakrotnie Rebeca była bliska poddania się i groziła mu, że zerwie z nim całkowicie, żeby wdać się w romans z synem handlarza warzyw. To, że David sprawiał wrażenie praktycznie nieporuszonego jej groźbami, sprawiało, że pragnęła go jeszcze bardziej.

Wojna secesyjna wybuchła, kiedy oboje mieli zaledwie cztery lata, a chociaż ominęła samo Louisville, odcisnęła głębokie piętno na jego społeczności poprzez ciągłą groźbę ewakuacji i niepokój o ukochanych mężczyzn. Ojciec Rebeki był oficerem w sztabie generała Williama Nelsona i zginął od kuli w brzuch podczas bitwy pod Richmond, zaś jej matka pomału zgasła z powodu złamanego serca.

Rebeca ogromnie tęskniła za rodzicami, nie pamiętała jednak wiele z tamtych czasów, poza białym morzem Unijnych namiotów w obozie wojskowym na obrzeżach miasta. Jej wychowaniem zajęła się wyniosła babka. Być może zgorzkniała ona po śmierci córki, jednakże Rebeca przypuszczała, że starsza pani była cierpka z natury, ponieważ z tak przykrym i jednostronnym charakterem z pewnością trzeba się było urodzić. Rebeca znajdowała pociechę w wyprawach na słoneczne pastwiska, gdzie bawiła się w wojnę i inne niestosowne dla panienki rzeczy z Davidem, synem masztalerza. Z pewnością zabroniono by im się spotykać, gdyby tylko ktoś to zauważył.

Nikt jednak nie poświęcał im uwagi. Rebeca obejrzała się przez ramię, ale poprzez irytująco białe falbany sukni zobaczyła, że nikt nie widzi, jak oddala się od imponującej posiadłości i zalanych światłem okien sali balowej, przemierzając taras i kryjąc się w chłodzie nocy.

Nagle stanął przed nią David, któremu szerokie ramiona i wąskie biodra w połączeniu z eleganckim strojem stajennym – długim frakiem jeździeckim, obcisłymi bryczesami i wysokimi butami – nadawały dziś wygląd prawdziwego dżentelmena. Zauważył ją i pochylił się za żywopłotem, dzięki czemu stał się niedostrzegalny dla kogoś, kto wyjrzałby na taras, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Rebeca obeszła żywopłot i rozejrzała się po ogrodzie, po czym, upewniwszy się, że nie zostaną tu przyłapani, podniosła spojrzenie na Davida.

Uśmiechnął się do niej, prześlizgując się wzrokiem po niskim wycięciu sukni. Była tak pochłonięta studiowaniem jego rysów po całym dniu spędzonym na wyścigach i balu, a jej serce tak gwałtownie tłukło się o klatkę piersiową, że dopiero po chwili przypomniała sobie, że powinna się z nim przywitać.

– Witaj, Davidzie.

– Witam, panienko O’Carey. – Zwracał się do niej tak, jak stajenny powinien się zwracać do dziedziczki z bogatej rodziny ziemiańskiej. Trzeba przyznać, że jego słowa zawsze były stosowne, przynajmniej przy świadkach, jednakże coś w jego głosie mówiło jej, że nie uważa się za gorszego od niej pod żadnym względem. To właśnie sprawiało, że tak ją do niego ciągnęło.

Jego następne słowa nie były w najmniejszym stopniu stosowne.

– Przejdziemy się koło stajni?

Powinna się roześmiać. Coś takiego nigdy nie uszłoby im na sucho, napatoczyłby się jakiś świadek i doniósł babce o zbliżającej się nieuchronnej tragedii, co pozwoliłoby ocalić cnotę Rebeki i całkowicie popsuło jej wieczór.

Rebeca nie roześmiała się. David patrzył na nią wyczekująco, a w stalowobłękitnych oczach nie było śladu humoru.

– Zabłociłabym pantofelki – mruknęła. – Pokojówka zauważyłaby to z rana. – Wysunęła spod rąbka sukni czubek złocistego pantofelka, żeby mu je zademonstrować.

– W takim razie, jak sądzę, nie powinniśmy się oddalać. – Mocna ręka pochwyciła jej nadgarstek i pociągnęła ją ku niemu.

Z zaskoczeniem uniosła oczy, zastanawiając się, co może mieć na myśli.

– Chodź ze mną za te krzewy, wasza wysokość – powiedział. – Chodź ze mną w ciemność. Czyż nie tego chciałaś, kiedy poprosiłaś mnie o przyniesienie ci rękwiczki, której nie zapomniałaś?

Oczywiście, że tego chciała, nie była jednak gotowa, by się do tego przyznać, a już zwłaszcza stawić czoło konsekwencjom swoich słów.

Pociągnął ją i w tym momencie żar wylał się z jej serca, przepełniając jej łono, wykwitając rumieńcem na policzkach i płynąc iskrzącym strumieniem aż do opuszków palców i stóp. Ten chłopak stajenny – czy też na kogo zdążył wyrosnąć, kiedy nie patrzyła – był dostatecznie silny, by zabrać ją w głąb ogrodu, niezależnie od jej woli. Musiała za nim podążyć.

Kiedy to zrobiła, David wyszeptał przez ramię:

– Zaczynam podejrzewać, że nie wiesz o miłości tak wiele, jak wcześniej się przechwalałaś. Byłaś zaskoczona, że odkryłem twój podstęp.

Zatrzymał się pod drzewem, którego liściaste konary pokrywały wonne białe kwiaty, lśniące w świetle księżyca.

– Gotowa jestem się założyć, iż nauczyłam się w moim buduarze tyle samo, ile ty w stajni – odparowała. – Moja pokojówka była dawniej chórzystką, ale jeśli piśniesz o tym choć słówko mojej babce, znajdziesz w swojej kawie tłuczone szkło.

Prychnął cicho przez nos. Rebeca nie była pewna, czy powinna to uznać za śmiech czy westchnienie, ponieważ jej obecność zazwyczaj wywoływała w Davidzie obie te reakcje.

W tym momencie położył palce na jej dolnej wardze – palec wskazujący z jednej strony, a kciuk z drugiej – i lekko ją ścisnął, jakby przygotowując jej usta na to, co miało nastąpić.

– Zaraz cię pocałuję, Rebeco. Nie krzycz.

Jej nerwowy chichot urwał się, gdy ich wargi się spotkały.

Od tamtych zamierzchłych letnich dni, spędzanych na wspólnych zabawach, uważała Davida za najdroższego jej sercu przyjaciela. Był dla niej tak ważny, że starannie kryła się z tą przyjaźnią przed babką. Teraz jednak oboje mieli osiemnaście lat, a przez ostatnie miesiące ta sama tajemnica osnuwająca ich przyjaźń stała się w jej wyobrażeniach mroczna i niecierpliwa. David był już mężczyzną, ona kobietą, o względy której starali się inni, a jednak łączył ich ten pocałunek. Otwarła usta, czekając na wszystko, o czym marzyła i czego oczekiwała.

Nie oczekiwała natomiast dłoni Davida na swoim gorsecie. Chwyciły ją w talii, a następnie pogładziły jej plecy i przesunęły się do przodu. Kiedy jeden z kciuków wytyczył linię na jej dekolcie, niebezpiecznie blisko jej łona, z gwałtownym westchnieniem przerwała pocałunek.

Czy ja także westchnęłam? Przeraziło mnie, że mogłam wydać taki dźwięk, czytając własne opowiadanie w otoczeniu kolegów z roku. Mój egzemplarz Prawie jak dama leżał na długim stole z ciemnego, lakierowanego drewna, podobnie jak sześć innych egzemplarzy przed pozostałą szóstką studentów, czyli połową naszej grupy. Jednak nikt z nich go nie czytał – dwoje szeptało między sobą, dwoje czytało podręczniki, a dwoje pisało coś na laptopach. Nikt też na mnie nie patrzył, ale na wszelki wypadek, żeby ukryć swoje westchnienie, odetchnęłam jeszcze raz głęboko, jakbym nie mogła się nacieszyć cudownie świeżym nowojorskim powietrzem. Potem odetchnęłam jeszcze raz i wstrzymałam oddech, koncentrując się na sercu, które dostało chyba palpitacji.

Denerwowałam się. Ja się denerwowałam! Pech sprawił, że moje opowiadanie miało być jednym z pierwszych trzech analizowanych na zajęciach. Pozostawała mi tylko nadzieja, że nie okaże się pierwsze. Byłam pewna moich umiejętności pisarskich, ale nikt nie ma ochoty iść na pierwszy ogień. A moje opowiadania były dla mnie najważniejsze na świecie.

Szczególnie właśnie to jedno, ponieważ zaczerpnęłam je po trochu z życia i mówiło o moim własnym, całkowicie prawdziwym chłopcu stajennym z domu w Kentucky. Na początku przyjaźniliśmy się, jak David i Rebeca, ale potem wydarzyło się coś strasznego i przez całe lata nie potrafiłam się z tym pogodzić. Teraz już wiedziałam, że nie będziemy mieć następnej szansy.

Co innego w moim opowiadaniu. Mogłam stawiać przeszkody na drodze miłości, tak jak w prawdziwym życiu – a potem, w odróżnieniu od prawdziwego życia, mogłam kazać bohaterom je pokonywać. Świadomość, że wszystkie kawałki układanki wskoczą na właściwe miejsca, a historia Davida i Rebeki zakończy się nierealistycznym happy endem, powodowała u mnie przypływ adrenaliny i euforii. Właśnie dlatego chciałam zostać powieściopisarką.

Ludzie na kursie pisania kreatywnego w moim liceum nie podzielali takiego punktu widzenia, ale teraz uczęszczałam na rozszerzone warsztaty pisania kreatywnego w nowojorskim college’u, który słynął z kursów pisania kreatywnego i edytorstwa. To prawda, że te warsztaty były obowiązkowe dla wszystkich pierwszorocznych studentów z rozszerzonym programem studiów, a większość z nich nie specjalizowała się w filologii angielskiej i nie była zainteresowana pisarstwem, ale byłam pewna, że przynajmniej część z nich zobaczy w moim opowiadaniu to samo, co ja, i pokocha je tak samo, jak ja.

Gdyby rzeczywiście tak było, nie mogliby się oderwać od lektury, a potem powtórnej lektury mojego zachwycającego romansu. Jednakże, o dziwo, sprawiali wrażenie zajętych własnymi sprawami. Ledwie słyszałam ich oddechy poprzez stukanie klawiszy laptopów i późnopopłudniowy ruch na ulicy za oknem, ale byłam całkowicie przekonana, że żadne z nich nie westchnęło. Dziewczyna siedząca obok mnie pisała SMS na podstępnie wyglądającej czarnej komórce, jakby czytanie mojego opowiadania było tylko kolejną pracą domową i nie zmieniło w najmniejszym stopniu jej życia.

Chrzanić ich wszystkich. Z powrotem zagłębiłam się w lekturze.

***

– Czy chcesz, żebym przestał? – wyszeptał David, całując kącik ust Rebeki. – Jeśli zostaniemy przyłapani, ty możesz zostać zamknięta w pokoju, ale ja stracę pracę. Mój ojciec także może stracić pracę, a wtedy mnie zastrzeli. – Pocałował jej podbródek, pocałunkami wytyczył szlak wzdłuż jej szyi i zaczął pieścić ustami jej obojczyk. Ostatni pocałunek złożył w najniższym punkcie dekoltu, pomiędzy jej piersiami, a potem przerwał i spojrzał na nią. Jego jasne włosy zaplątały się w koronkowe falbanki jej sukni. – Lepiej, żeby to było warte ryzyka.

– Zgadzam się w zupełności – westchnęła głęboko, co nie było łatwym zadaniem w jej gorsecie. Jeśli dalej tak pójdzie, może się zdarzyć, że zemdleje z nadmiaru ciasno zasznurowanych emocji.

Z jej przyzwoleniem jego wargi musnęły aksamitną skórę między jej piersiami. Delikatnymi dotknięciami języka wytyczył ścieżkę ku drugiej stronie jej szyi, którą pokrył pocałunkami, kończącymi się w gładkich pierścieniach włosów, ułożonych kunsztownie przez pokojówkę.

– Z resztą musimy poczekać, aż znajdziemy się naprawdę sami – warknął jej do ucha, sprawiając, że w chłodnym nocnym powietrzu dreszcz przeszedł ją po szyi i ramionach. – Chciałbym cię dotknąć ustami tutaj. – Jego dłoń znowu ześlizgnęła się po jej dekolcie i objęła jej pierś. Kciukiem pocierał jej sutek, stwardniały pod koronkowym materiałem.

Teraz to ona przyciągnęła go bliżej, jej palce odnalazły białą koszulę pod frakiem, a dłonie przesunęły się po gorących, twardych mięśniach jego muskularnej piersi. Pocałowała go w usta.

Objął ją, chwytając za ramiona i przytrzymując w miejscu, podczas gdy jego język odkrywał na nowo wnętrze jej ust.

Rebeca nie miała pojęcia, jak długo trwała ta rozkoszna chwila, aż w końcu David odsunął się, oddychając ciężko, i oparł czoło o jej czoło.

– No cóż, zaspokoiłem swoją ciekawość, panienko O’Carey. Dziękuję za uroczy wieczór.

– Drań. – Popchnęła go lekko.

Z łajdackim uśmiechem oparł się o pień drzewa, a białe płatki obsypały ich oboje.

Zaczął grzebać w bryczesach, a choć Rebeca myślała, że ostatnie kilka minut było najbardziej intensywne w jej życiu, nic nie mogło się równać z przerażeniem i rozkosznym zawstydzeniem, które buzowały w jej żyłach aż do chwili, gdy zauważyła, że chciał po prostu wyciągnąć z kieszeni zegarek.

– Lepiej wracaj, zanim zaczną cię szukać – powiedział, spoglądając na cyferblat.

– Masz rację. – Cofnęła się i obserwowała go teraz spokojnie, ponieważ jej serce zwolniło już rytm. Oczywiście miał zegarek, żeby mierzyć czas trenujących koni, ale bez trudu potrafiła wyobrazić go sobie jako dżentelmena noszącego zegarek z dewizką – w tym stroju przypominał raczej młodego dandysa niż pracownika stajennego. Mógłby być pożądaną partią w okolicy, a wtedy babka pozwoliłaby im się pobrać.

To się jednak nie miało spełnić. Rebeca potrząsnęła głową, by odzyskać jasność myśli. Czym innym było wymykanie się na schadzki z chłopcem stajennym, a czym innym – oddanie mu całego serca.

– Nie mam nawet ochoty poruszać tego tematu, ale czy przyniosłeś mi tę rękawiczkę?

Popatrzył na nią z nagłym zdumieniem, więc pomyślała, że zapomniał, a teraz babka zażąda naprawdę dobrego wytłumaczenia jej zachowania, jeśli przypadkowo spotkają się, gdy będzie wracać do sali balowej.

Jednak ociągał się tylko po to, by ją celowo przestraszyć. Z uśmiechem wyjął ciasno zwiniętą rękawiczkę z drugiej kieszeni bryczesów.

– Nie mogę chyba wejść na salę balową, machając moją wymówką – westchnęła Rebeca. – To by wyglądało dziwacznie. – Z własnej kieszeni wyjęła balową torebeczkę i spróbowała wsunąć rękawiczkę przez jej wąski otwór. Nie udało jej się to.

– Pozwól, że ja to zrobię.

Instynktownie odsunęła się, nie chcąc, żeby pobrudził palcami jej rękawiczkę i torebkę, ale natychmiast spojrzała na niego, zawstydzona. To jasne, że umył się przed spotkaniem z nią, jego ręce nie były brudne, jak zazwyczaj w stajni. Była przerażona tym, że przyszła jej do głowy taka myśl, zupełnie jakby brud stanowił nieodłączną część Davida. Jego ponure spojrzenie powiedziało jej, że potrafi doskonale odczytać jej myśli.

Delikatnie wyjął z jej dłoni rękawiczkę i torebkę. Rebeca patrzyła, jak wsuwa rękawiczkę do środka, uważając, by nie otworzyć torebki zbyt szeroko i nie rozedrzeć jej.

– Widziałem kiedyś, jak wąż pożerał szczura – wyjaśnił. – Za północną stajnią twojej babki. Musiał w tym celu zdjąć szczęki z zawiasów.

– Ten wąż może sobie z tym nie poradzić – odparła, ale dokładnie w tym momencie torebka poddała się i rękawiczka wślizgnęła się do środka. Oboje odetchnęli z ulgą.

David zawiązał ozdobne sznureczki i oddał Rebece torebkę, muskając palcami jej palce.

– Kiedy się znowu spotkamy?

O świcie, kiedy będziesz nas wiózł powozem do domu -mogła rzucić złośliwie, ale powaga w jego spojrzeniu podpowiedziała jej, że ten pocałunek, który ich w końcu złączył, zmienił także wszystko między nimi. Nawet jeśli go nie kochała, nie mogła go zawieść.

– Moja babka jedzie jutro do Frankfort w interesach – powiedziała. – Poszukam wtedy jakiejś okazji.

– Zrób tak. – Dotknął jednym palcem czubka jej nosa, a potem dolnej wargi. – Uważaj na kapitanów.

Roześmiała się.

– Będę uważać – wyszeptała i uciekła z altanki.

Wróciła na salę balową, rozglądając się przy wejściu ukradkiem. Nikt na nią nie spojrzał – nawet jej babka, stojąca pod przeciwległą ścianą, ani kapitan Vanderslice, pogrążony w rozmowie ze mocno starszą panią Woodson, której niewątpliwie groziła szybsza śmierć z powodu zanudzenia. Wszyscy sprawiali wrażenie zajętych własnymi sprawami. Mint Julep był tego wieczora sprzymierzeńcem Rebeki, przytępiając zmysł obserwacji pozostałych gości. Nikt nie zauważył, jak wchodziła, ani nie skomentował zawartości jej torebki, która w tym momencie pękała w szwach.

Nie musiała nawet sięgać do kieszonkowych pieniędzy, by opłacić milczenie pokojówki, jak robiła to kilka razy wcześniej, kiedy spotykała się z Davidem w stajniach. Wtedy bawili się tylko razem, nie całowali. Nauczył ją zjeżdżać na linie ze strychu na stos siana poniżej, jakby była piratem szturmującym statek handlowy. Teraz była już zbyt dorosła na zabawy i zdecydowanie zbyt dorosła na zabawy z chłopcem stajennym.

Patrząc na drzwi, przez które weszła, Rebeca pomyślała, że to ostatnie nie zmieniło się ani na jotę. Oślepiona światłami sali balowej, nie rozpoznawała już kształtów w ciemnościach, w których wcześniej spacerowała, ale dostrzegła przelotnie jasną głowę w pewnej odległości za tarasem. David obserwował ją i czekał na nią.

Pozwoliłam sobie na długie, pełne satysfakcji westchnienie. To opowiadanie stanowiło wstęp do wielkiej przygody Rebeki i Davida, zmierzającej do szczęśliwego jak w bajce zakończenia, i było wszystkim, czego pragnęłabym doświadczyć z moim chłopcem stajennym. Było idealne. Cała grupa będzie zachwycona.

Żałowałam tylko, że nie raczą dodać mi pewności siebie i potwierdzić tego na głos. Siedzieli z pochylonymi głowami, skoncentrowani na swojej pracy, jakbyśmy czekali na metro. Może później w ciągu semestru poczujemy się na tyle swobodnie, że zaczniemy wspólną dyskusję. To jednak były dopiero drugie zajęcia. Mimo wszystko w zwykłych okolicznościach sama spróbowałabym wciągnąć ich w rozmowę. Nie cierpiałam ciszy.

Okoliczności dzisiaj nie były zwykłe. Aby odciągnąć myśli od wiszącego nad moim życiowym marzeniem sądu, wyciągnęłam z torby kalkulator. Szef zaproponował mi, żebym w sobotę wzięła w kawiarni dwie zmiany. Jeśli się zgodzę, nie dam rady wybrać się na poranne broadwayowskie przedstawienie, które sobie upatrzyłam. Jeśli odmówię i kupię po promocyjnej cenie bilety na ten spektakl, mogę naruszyć rezerwę finansową, którą zgromadziłam przez wakacje, żeby zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc w akademiku. Moje stypendium pokrywało tylko czesne za studia, ale na szczęście zdołałam przekonać uczelnię do tego, że zapłacę czynsz na raty, ponieważ w dniu, w którym ukończyłam liceum, nieoczekiwanie popadłam w ubóstwo.

Bilet na Broadway wydawał się niepoważnym wydatkiem w obliczu groźby eksmisji, ja jednak, odkąd pamiętam, pragnęłam studiować pisarstwo w Nowym Jorku, a teraz obawiałam się, że mogę tu niedługo zabawić. Jeśli nie wykorzystam tego czasu jak najlepiej, to równie dobrze mogłabym tu w ogóle nie przyjeżdżać.

Wstukując liczby – Boże, moja stawka za godzinę była strasznie niska, a napiwki żałosne, niezależnie od tego, jak głęboki dekolt założyłam – powstrzymywałam się przed patrzeniem na wchodzących do sali studentów. W szczególności unikałam wzroku dwóch hałaśliwych chłopaków, którzy wtargnęli do środka i zajęli miejsca dokładnie naprzeciwko mnie, tak jak na poprzednich zajęciach. Najwyraźniej znali się już wcześniej, a jeden z nich, Hindus, sprawiał wrażenie zarozumiałego typa, który może mi dokuczać z powodu Prawie jak dama. Ludzie już dawniej nabijali się z tego, że piszę romanse, więc miałam tylko nadzieję, że on i jego kumpel nie uwezmą się na mnie.

Jako ostatnia weszła Summer, a ja poczułam, że mięśnie moich ramion lekko się rozluźniły. Nigdy nie należałam do tych nieśmiałych dziewcząt, które nie potrafią zrobić kroku bez wsparcia najlepszej przyjaciółki, ale zaprezentowanie własnego opowiadania kompletnie obcym ludziom przypominało robienie striptizu w świetlicy męskiego więzienia. Spojrzałam na Summer, oczekując przyjacielskiego pytania, jakim współlokatorka mogłaby chcieć mnie uspokoić, na przykład: Jak poszła matematyka?

Summer spojrzała na mnie.

– Skąd masz tę apaszkę? – pisnęła, przyciągając uwagę wszystkich zgromadzonych w sali.

Wydało się! Starałam się mieszać przywiezione z domu ekskluzywne ciuchy z tanimi podróbkami, na które mogłam sobie pozwolić. Zamierzałam osuwać się w otchłań nędzy stopniowo i elegancko. Jednakże dziś rano, kiedy Summer wyszła na zajęcia o ósmej, byłam zmęczona już podczas ubierania się, więc wrzuciłam na siebie T-shirt, apaszkę i najwygodniejsze dżinsy. Tak się złożyło, że wszystko to było markowe. Powinnam bardziej uważać, bo Summer nie miała żadnych markowych ubrań, ale uwielbiała je i potrafiła je rozpoznać na pierwszy rzut oka.

Popatrzyłam na nią obojętnie.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Chciałam przez to powiedzieć, że doskonale wiem, o czym mówi, i powinnyśmy pogadać o tym później.

Przyjaźniłyśmy się dopiero od pięciu dni i najwidoczniej było jeszcze za wcześnie, żeby potrafiła odczytywać moje niewerbalne komunikaty. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

– I jeszcze te dżinsy – mruknęła.

– O co ci, do cholery, chodzi? – zapytałam, ciągle próbując jej przekazać, żeby się zamknęła.

Rzuciła torbę na wyściełane krzesło, złapała mnie za rękę i wyciągnęła z mojego miejsca. Obie potknęłyśmy się o perski dywan, kiedy wlekła mnie do drzwi.

Większość zajęć miałam w nowoczesnych budynkach, pasujących do współczesnej uczelni, ale rozszerzony kurs pisania kreatywnego odbywał się w przebudowanej willi. Siedzieliśmy w długiej jadalni wykładanej ciemną boazerią, z której spoglądały portrety nieżyjących akademików, a zamiast ławek mieliśmy do dyspozycji ciężki, rzeźbiony stół i ogromne, wygodne krzesła. Ta imponująca sala dodawała zajęciom i naszym próbom literackim powagi – aż do momentu, kiedy Summer i ja omal nie przewróciłyśmy się na dywanie, co przypomniało nam, że jesteśmy tylko pierwszorocznymi studentkami, ubranymi w szorty i bluzę od dresu albo, w moim przypadku, w markową apaszkę i…

– Markowe dżinsy! – W końcu znalazłyśmy się na korytarzu, a Summer przycisnęła mnie do ściany i syknęła mi to do ucha, poza zasięgiem słuchu naszych kolegów. – Mówiłaś mi, że kupujesz ciuchy w secondhandach!

– Naprawdę kupuję ciuchy w secondhandach. – Tak właściwie kupiłam tam tylko kostium na zajęcia tańca brzucha, trochę zbyt krzykliwy, ale o wiele tańszy niż nowy komplet sportowy. Ale często grzebałam w secondhandach, a to prawie to samo, co kupowanie.

– Nie ma takich cudów, żebyś znalazła apaszkę za dwieście dolców w secondhandzie – szepnęła Summer. – I jeszcze te dżinsy! Są z zeszłorocznej kolekcji i nie wmówisz mi, że kobieta nosząca dokładnie twój rozmiar padła trupem i podarowała nowiuteńkie designerskie spodnie na cele charytatywne. Myślałam, że jesteś spłukana i pracujesz w kawiarni, bo twoje stypendium pokrywa tylko czesne! Nie mówiłaś mi, że przywiozłaś z domu kartę kredytową!

– Nie przywiozłam, tę apaszkę i dżinsy dostałam w prezencie. – To nie było kłamstwo, moja babka kupowała mi wszystkie ubrania przez ostatnich sześć lat, kiedy z nią mieszkałam.

Summer wskazała mnie palcem.

– Wiedziałam, że wszystkie te szczegóły w twoim opowiadaniu są trochę zbyt realistyczne. To ty jesteś tak naprawdę Rebecą, tylko współcześnie, prawda? Masz stadninę w Kentucky.

– Co takiego? Skąd! Co w ogóle przyszło ci do głowy?

– W zeszły weekend, kiedy Jørdis przyniosła do akademika niedzielny „Times”, zajrzałaś od razu do działu końskiego.

– W „New York Times” nie ma działu końskiego.

Szturchnęła mnie w obojczyk.

– Wiesz, o czym mówię. Kolumna dotycząca wyścigów konnych w dziale sportowym.

Wyprostowałam się na pełną wysokość i spojrzałam na Summer z góry, starając się dać jej do zrozumienia, jak kompletnie absurdalna jest jej teoria, będąca oczywiście cholernie blisko prawdy.

– Z całą pewnością nie mam żadnej stadniny – oznajmiłam wyniośle. Stadnina należała do mojej babki, a nawet po jej ewentualnej śmierci nie miałam niczego odziedziczyć. Babka już o to zadbała.

Summer z uporem odwzajemniła moje spojrzenie, a potem jej wzrok ześlizgnął się na wysokość moich cycków.

– I jeszcze ta koszulka. Powinnam wiedzieć, że nikt, nawet ty, nie wyglądałby tak dobrze w zwykłym T-shircie. Jaka to marka? – Złapała mnie za ramię, wykręciła mi je na plecy i przycisnęła mi twarz do ściany. Trzymając mnie w ten sposób, pogmerała przy dekolcie na karku, żeby odczytać metkę. – Znamy się dopiero od kilku dni – mruknęła. – Ale zawsze zakładałam, że będę całkowicie szczera z moimi współlokatorkami, a to nie jest najlepszy początek.

Była dziewczyną z ubogiej rodziny, która starała się sprawiać wrażenie zamożnej. Ja byłam nagle zubożałą dziewczyną z bogatej rodziny. Wysoka i rudowłosa, we wszystkim różniłam się od Summer, drobniutkiej Afroamerykanki – ale obie pochodziłyśmy z południa Stanów i starałyśmy się dopasować do życia w Nowym Jorku. Od razu to w niej wyczułam i szczerze ją lubiłam aż do momentu, kiedy wywlekła mnie na korytarz i zaczęła grozić, że ujawni moje sekrety. Miałam właśnie dźgnąć ją łokciem w żebra i uwolnić się z jej uchwytu – za wszelką cenę musiałam ukryć markę tego T-shirtu – kiedy łagodny głos za nami zamruczał:

– Dzień dobry, miłe panie.

Summer i ja odskoczyłyśmy od siebie. Warsztaty pisania kreatywnego prowadził Gabe Murphy, przysadzisty mężczyzna z bulwiastym nosem i mnóstwem śnieżnobiałych włosów. Wyglądał jowialnie, jak Święty Mikołaj, ale podobnie jak większość studentów ubierał się w długie szorty i bluzę z kapturem. Doszłam do wniosku, że był kiedyś kalifornijskim surferem, aż pewnego dnia spojrzał w lustro i uświadomił sobie, że zbliża się do wieku emerytalnego z dwudziestokilogramową nadwagą. Wtedy właśnie postanowił, że przyjedzie do Nowego Jorku i spróbuje zostać pisarzem, ponieważ zawsze uważał, że kiedyś w przyszłości się tym zajmie.

Nie byłam nawet pewna, czy ma stopień akademicki. Na uczelniach amerykańskich tytuł profesora łączy się z odpowiednimi dyplomami uniwersyteckimi i pełnioną funkcją, a ja powątpiewałam, czy Gabe spełnia te warunki. Nie wiedziałam też, czy powinnam zwracać się do niego „panie doktorze”, „proszę pana”, czy po prostu „Gabe”. Nie przedstawił się, a konspekt zajęć był podpisany po prostu GABE MURPHY i nie dostarczał żadnych wskazówek. Nikt z pozostałych studentów nie zajął w tej sprawie stanowiska, więc radziłam sobie, zwracając się do niego „Przepraszam bardzo” albo…

– Dzień dobry – powiedziałam niezobowiązująco. – Summer doprowadzała moje ciuchy do porządku przed zajęciami. Chciałabym wyglądać profesjonalnie, kiedy będziemy omawiać moje opowiadanie.

– Jako pisarze, mamy prawo do ekscentryczności – oznajmił Gabe i gestem głowy wskazał, że powinnyśmy wejść za nim do sali.

Kiedy zniknął za drzwiami, uśmiech Summer nagle zniknął. Znowu wskazała mnie palcem.

– Jeszcze z tobą nie skończyłam.

– Widzę!

Weszłyśmy do środka i zajęłyśmy nasze miejsca – nie mogłyśmy się po cichutku na nie wślizgnąć, ponieważ odsuwanie i przysuwanie ogromnych wyściełanych krzeseł narobiło hałasu w panującej ciszy. Nawet gadatliwi chłopcy naprzeciwko mnie umilkli, kiedy pojawił się Gabe. Wszyscy patrzyli na nas potępiająco, jak na pięciolatki bawiące się w nawie kościoła podczas pogrzebu.

Gabe zignorował szuranie i powiedział kilka słów o tym, że docenia tych z nas, którzy byli dość odważni, by przedstawić swoje opowiadania jako pierwsi, zupełnie jakbyśmy się zgłaszali na ochotnika. Przekartkował leżące przed nim spięte teksty, żeby mieć pewność, że wszystkie są na miejscu. Na pierwszych zajęciach wyjaśnił, że studenci obawiają się udostępniać innym swoje opowiadania, ponieważ ktoś mógłby ukraść ich pracę i opublikować w internecie. Dlatego mieliśmy zostawiać jeden egzemplarz w bibliotece, gdzie mogliby go przeczytać pozostali, a potem przynosić na zajęcia po egzemplarzu dla każdego. W trakcie omawiania tekstu wszyscy powinni robić notatki na swoich egzemplarzach i po zajęciach oddać je z powrotem autorowi. Nie mogłam się doczekać kwiecistych pochwał kolegów.

– Te opowiadania układają się w naturalnej kolejności i gładko przechodzą jedno w drugie – oznajmił Gabe. – Dlatego zaczniemy od…

Rozległo się stukanie do drzwi.

W ciszy imponującej sali usłyszałam znowu własne westchnienie. Tym razem nie było ono pełne satysfakcji, ale kryło w sobie pytanie, jakaż to forma śluzowca ośmiela się dobijać do drzwi w takiej chwili.

Gabe podniósł się z miejsca, co musiało chwilę potrwać, biorąc pod uwagę masę fotela i jego własnego brzucha, opiętego T-shirtem z pozdrowieniami z kalifornijskiego kurortu. Uchylił drzwi i rozpoczął cichą rozmowę z intruzem. Ja i Summer siedziałyśmy najbliżej drzwi, ale nie mogłyśmy się oglądać przez ramię i gapić na Gabe’a, bo nie chciałyśmy sprawiać wrażenia wścibskich. Słyszałyśmy jednak, o czym jest mowa: intruz chciał się przenieść do naszej grupy, a Gabe stwierdził, że mamy wprawdzie jedno miejsce wolne, ale grupa na warsztatach pisania kreatywnego jest jak rodzina, więc zanim intruz do nas dołączy, pozostali studenci muszą wyrazić na to zgodę. Intruz oznajmił, że to nie powinno stanowić problemu.

Rozpoznawałam jego głos, albo może raczej rozpoznawałam ton jego głosu. Hindus mógł być zarozumiały, ale nawet on sprawiał wrażenie nieśmiałego w porównaniu z pewnością siebie w głosie intruza.

– Wszystko w porządku? – Jak się okazało, Summer potrafiła nawet szeptać piskliwie. – Boisz się, bo mamy omawiać twoje opowiadanie? Okropnie zbladłaś, znaczy, zawsze jesteś blada, ale teraz nawet twoje piegi prawie zniknęły.

– W porządku – zdołałam z siebie wydusić. Nie było w porządku. Ściskałam rzeźbioną krawędź stołu tak mocno, że nie zdziwiłabym się, gdybym połamała sobie palce.

Intruzem był mój chłopiec stajenny.

Nie mogłam pozwolić, żeby przeczytał moje opowiadanie.

2

– Mamy nowego studenta – oznajmił Gabe, zamykając drzwi. Odsunął stojący u szczytu stołu fotel i usiadł. – W każdym razie kandydata na nowego studenta. Na razie czeka na korytarzu i rysuje konia. A gdzie to my byliśmy?

Nie obchodziło mnie, gdzie byliśmy. Gabe przypomniał zasady dyskusji nad opowiadaniami i powinno mnie to interesować, ale w myślach byłam na korytarzu, razem z Hunterem Allenem, trącając go w łokieć, żeby nie wyszedł mu rysunek.

Każdy z nas musiał narysować konia w ramach demonstracji kreatywności na pierwszych zajęciach. Jak sądzę, Gabe chciał w ten sposób pokazać, że każda osoba ma niepowtarzalny punkt widzenia i dzięki temu wnosi coś do dyskusji grupowej. Zarozumiały Hindus z pewnością miał niepowtarzalny punkt widzenia, ponieważ narysował koński zad. Summer narysowała konia od spodu, bardzo niedokładnie, ponieważ nie miał zaznaczonej płci, a w każdym razie żadnych narządów rozrodczych – wyglądał jak Barbie albo Ken. Musiałam jednak przyznać, że ja nie pomyślałabym o takiej perspektywie, więc byłam pod wrażeniem. Sama miałam umiarkowany talent plastyczny, ale zrobiłam, co w mojej mocy, żeby uchwycić konia w ruchu, nie podczas wyścigu zorganizowanego przez człowieka, ale biegnącego dla samej przyjemności biegu – konia będącego po prostu koniem. Uwielbiałam z samego rana wyglądać przez okno sypialni, kiedy mgła unosiła się znad łąk, i patrzeć na ścigające się roczniaki, chociaż nikt nie obstawiał zakładów. Ścigały się po prostu dlatego, że tak właśnie robią konie.

Trzymałam kciuki za to, żeby Hunter narysował konia, który nie spodoba się grupie.

– Właśnie na takich zasadach będzie przebiegać u nas dyskusja – podsumował Gabe. – Musimy o tym od początku pamiętać, ponieważ atmosfera w grupie jest niezwykle ważna. – Mówiąc te słowa rozejrzał się po twarzach zebranych, mierząc wzrokiem każdego studenta jak doświadczony wykładowca pisarstwa. Byłam przekonana, że po prostu pracował przez całe lata na pół etatu jako nauczyciel w jakimś college’u w Kalifornii Południowej, żeby mieć z czego finansować pasję surfingową. – Aby wydobyć z siebie to, co najlepsze, musicie ufać sobie nawzajem. Jeśli atmosfera w grupie się popsuje, jest praktycznie nie do naprawienia. Czy są jakieś pytania?

Popatrzył na mnie, zupełnie jakbym bujała myślami w obłokach. Kto, ja? Zarumieniłam się, bo chciałam, żeby Gabe miał o mnie dobrą opinię. Uczelnia zapewniała najlepszym po jesiennym semestrze pierwszorocznym studentom z warsztatów pisania kreatywnego staż w jednym z największych nowojorskich wydawnictw, odbywający się na wiosnę. To byłby dla mnie krok w kierunku pracy w wydawnictwie po ukończeniu studiów, a może nawet do publikacji pewnego dnia własnej powieści. Poza tym za taki staż dostawało się więcej pieniędzy za mniej godzin niż w przypadku mojej obecnej pracy w kawiarni, która mnie wykańczała. Nie mówiąc już o tym, że nie musiałabym przez cały czas sterczeć w pracy na nogach.

Gabe nie sprawiał wrażenia faceta mającego poważne wpływy w komisji zajmującej się przydzielaniem staży, ale kiedy decydenci przejrzą moje portfolio, mogą go zapytać, jak się ze mną pracowało. A jeśli się okaże, że dobre stosunki z innymi twórcami są najważniejszym kryterium? Z drugiej strony… Czy ktoś słyszał o twórcy mającym dobre stosunki z kolegami po piórze? Wystarczy spojrzeć na Hemingwaya i Steina albo

Hemingwaya i Fitzgeralda, albo, do licha, Hemingwaya i kogokolwiek.

Znowu rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł mój chłopiec stajenny – tyle że bez bryczesów i fraka jeździeckiego. Miał intensywnie niebieskie oczy, w tym samym odcieniu, co jego koszulka polo. Można go było oskarżyć o próżność i celowe ubieranie się w taki kolor, gdyby nie jego niedbały wygląd, wskazujący, że nie troszczy się o takie drobiazgi. To oczywiście była nieprawda. Jego niedbały wygląd został starannie zaplanowany.

Czekałam, aż te niebieskie oczy napotkają moje spojrzenia. To jasne, że mnie zauważył, miałam długie rude włosy, które świeciłyby nawet w ciemności. Stojąc przed nami, po prawej stronie Gabe’a, popatrzył na wszystkich po kolei, tak jak wcześniej Gabe. Na wszystkich, poza mną.

– Przedstaw się nam – powiedział Gabe do Huntera. – Powiedz też, dlaczego chcesz być w tej grupie. Postaraj się nas przekonać. To twoja wielka szansa.

Hunter skinął głową.

– Nazywam się Hunter Allen. – Większość studentów pierwszego roku mruczała coś pod nosem, przedstawiając się grupie, ale on zachowywał się, jakby prowadził promocję swoich DVD z kursem samodoskonalenia. – Chciałbym być w tej grupie, ponieważ druga grupa rozszerzona pisania kreatywnego, w której jestem obecnie, nakłada mi się z kursem chemii.

To, że nie potrafię być w dwóch miejscach jednocześnie, najwyraźniej umknęło uwagi administratorów tej wspaniałej placówki edukacyjnej. Mam popieprzony grafik.

Jakiś chłopak parsknął radośnie, bo Hunter użył na zajęciach brzydkiego słowa, a kilka dziewczyn westchnęło z oburzeniem. Hunter testował Gabe’a. Hunter lubił testować ludzi.

Gabe przeszedł test, ponieważ nawet nie podniósł brwi. Siedział wygodnie rozparty w odsuniętym od stołu fotelu i patrzył na Huntera, dając mu wolną rękę.

– Poza tym – ciągnął Hunter – moi współlokatorzy, Manohar i Brian – wskazał gestem ręki Hindusa i jego kumpla – powiedziali mi, że w tej grupie jest nie tylko wolne miejsce, ale też mnóstwo ślicznych dziewczyn.

Teraz wszyscy chłopcy wybuchnęli śmiechem, a jedna z dziewcząt na końcu stołu wykrzyknęła:

– Jesteś przyjęty!

Summer spojrzała na mnie.

– Podoba mi się ten gość.

– Nie wątpię – mruknęłam. Hunter podobał się wszystkim dziewczynom. Nie wyłączając mnie.

– Poproszę o pańskiego konia, sir – powiedział Gabe.

Hunter podał mu kartkę i miał dość czelności, by uśmiechnąć się do nas przez ramię i zasalutować dwoma palcami, kiedy wychodził z sali.

Gabe przyjrzał się rysunkowi i podniósł go do góry, żeby nam pokazać. Wszyscy wyciągnęli szyje i zmrużyli oczy. To była końska uprząż – ogłowie, cugle, siodło – ułożona tak, jakby chłopiec stajenny umieścił ją na koniu. Obok narysował nawet widły do wybierania nawozu. Nie było tylko konia.

Wiedziałam, że to wiadomość dla mnie. Kpił sobie, że po sześciu latach szkoły w końcu uciekł od zależności ode mnie. Nie życzył sobie być więcej nazywany chłopcem stajennym.

Wiedziałam, że nie spodoba mu się moje opowiadanie.

– Wszyscy, którzy są za tym, żeby Hunter Allen dołączył do naszej grupy, niech podniosą rękę – powiedział Gabe.

Wszyscy obecni poza mną podnieśli ręce.

Summer spojrzała na mnie.

– Dlaczego nie podnosisz ręki? – zapytała na głos.

Będę musiała z nią później pomówić poważnie na temat taktu i subtelności, ponieważ niech to wszystko szlag.

– Uważam, że mamy dość osób w grupie – powiedziałam. – To jest kurs rozszerzony i jak rozumiem, grupy powinny być niewielkie. Limit wynosi dwanaście osób.

– Trzynaście osób – poprawił mnie Gabe.

– Powinien wynosić dwanaście – upierałam się. – Poza tym już przygotowaliśmy harmonogram pracy nad naszymi tekstami.

Czułam, że spojrzenie Summer wypala mi dziurę w policzku.

– Czegoś ty się naćpała?

Podniosłam głos, żeby zagłuszyć radosne prychnięcia facetów.

– Pracuję, żeby się utrzymać na studiach, i zależy mi, żeby moje ciężko zarobione pieniądze przekładały się na pracę w jak najlepszych warunkach.

Summer darowała sobie odpowiadanie mi i zwróciła się do Gabe’a:

– Mogę zagłosować za Erin?

– Nie – odparł Gabe.

– A czy ja mogę zagłosować dwa razy? – zapytał Brian.

Grupa zachichotała, a Manohar posłał koledze oburzone spojrzenie.

– Dlatego, że to mój współlokator! – oznajmił Brian w odpowiedzi. – To, że jestem gejem, nie znaczy, że podobają mi się faceci, ty zboku.

Hunter otwarł drzwi i zajrzał do środka.

– Udam, że tego wszystkiego nie słyszałem.

Cofnął się i znowu zamknął drzwi.

– Tak czy inaczej Erin zostaje przegłosowana – stwierdził Gabe. – Mamy trzynastą osobę w grupie. – Popatrzył na mnie i z zakłopotaniem zacisnął wargi. Potem, wśród radosnej paplaniny grupy, odsunął swój ciężki fotel i podszedł do drzwi, żeby wpuścić Huntera. Skrzypce zapiszczały rozpaczliwe, jak w tej scenie, kiedy bohaterka zaraz zostanie czymś dźgnięta w horrorze, ale nie sądzę, żeby ktoś poza mną słyszał ten podkład muzyczny. Skrzypce utonęły w narastających oklaskach, kiedy Hunter wszedł za Gabe’em do sali. Gabe zajął miejsce u szczytu stołu i wskazał Hunterowi jedyne wolne krzesło po przeciwnej stronie.

Hunter obszedł stół, zatrzymując się po drodze, żeby strzelić Manohara i Briana dłońmi w tył głowy.

– Nie powiedzieliście mi o koniu.

Brian udał, że zrywa się za nim z krzesła, więc Hunter odruchowo przyspieszył, przebiegł dwa kroki, a potem zwolnił do zwykłego nonszalanckiego tempa. Opadł na wygodne krzesło, jakby całe to zajście wyczerpało jego siły. Pochylił się z łokciem na oparciu, przyjrzał spod wpadającej w oczy blond grzywki siedzącej po jego prawej stronie dziewczynie i powiedział na tyle głośno, żeby wszyscy go usłyszeli:

– Cieszę się, że tu trafiłem.

Chłopcy roześmiali się, dziewczyny zachichotały, a atmosfera w cichej sali zmieniła się – nie byliśmy już stadem wystraszonych pierwszoroczniaków, tylko zaprzyjaźnioną grupą pisarską, dlatego tylko, że dołączył do nas Hunter.