Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Love Line II - Nina Reichter

Znacznie łatwiej jest udawać miłość niż ukryć, że kogoś kochasz

Bethany McCallum chciałaby, aby jej życie znowu stało się normalne. Ale czy to możliwe, skoro jej ukochany, Matthew Hansen, za kilka miesięcy bierze ślub z córką magnata medialnego, były mąż chce powrotu, a w dodatku nowa praca w „Newsweeku” zaczyna się od szantażu, za którego sprawą Bethany i Matt są zmuszeni współpracować ściślej niż kiedykolwiek wcześniej?

Czy zawodowa relacja będzie funkcjonować, skoro oboje zdają sobie sprawę z napięcia, jakie pojawia się między nimi?
I czy profesjonalizm wystarczy, aby zachowali dystans?

Gdy tajemnice z przeszłości wyjdą na jaw, może się okazać, że stare grzechy mają długie cienie.
Czy za ich sprawą miłość… zyska niespodziewanego sojusznika?

Wspaniali bohaterowie i wartkie dialogi – literatura kobieca w najlepszym wydaniu!

Piękna! Zaskakująco dojrzała i aktualna. Wciąga od pierwszej strony.
Bestselerki

Czy można pomylić film wysokobudżetowy z powieścią dla kobiet? Można. Nina Reichter snuje opowieść z rozmachem oscarowego reżysera!
Marta Cecelska, wymarzona-ksiazka.blogspot.com

Kwintesencja emocji przybrana w słowa, przez które długo nie zaśniesz spokojnie.
Marcelina Pomper, mirror-of--soul.blogspot.com

Love Line II rozczula delikatnością i uwodzi stylem, a do tego zaskakuje dojrzałością. To nie kolejny melodramat, a przepiękna opowieść o pułapce własnych ograniczeń i miłości tak prawdziwej, że czasem aż brak tchu.
Angelika Zdunkiewicz, lustrorzeczywistosci.pl

Nina Reichter jest jedną z najzdolniejszych pisarek literatury kobiecej.
Urszula Słomińska, Youtube: Słomka

To książka, obok której nie można przejść obojętnie. Nie daje o sobie zapomnieć
Sylwia Stawska, kobiecerecenzje365.blogspot.com

Nina Reichter - pisarka, autorka bestsellerowych powieści dla kobiet. Z wykształcenia prawniczka. Doceniana za znakomity język oraz wnikliwą obserwację otaczającej nas rzeczywistości.
Obsypana doskonałymi recenzjami seria „Ostatnia spowiedź” w 2014 roku zajęła pierwsze miejsce w plebiscycie czytelników na najlepszy świąteczny prezent książkowy.

Opinie o ebooku Love Line II - Nina Reichter

Fragment ebooka Love Line II - Nina Reichter

ROZDZIAŁ 1

[Podkład muzyczny: Katy Perry Wide Awake]

 

Nawet w najśmielszych snach Bethany McCallum nie podejrzewała się o to, że potrafi tak dobrze udawać.

McCallumowie nie różnili się od typowej amerykańskiej rodziny w czasie świąt. Dwudziesty piąty grudnia rozpoczął się rozpakowaniem prezentów, a potem, w atmosferze bliskości i wśród śmiechu, na stół wjechał parujący indyk.

Biegając w kraciastej sukience i roznosząc po domu radość, Faith bawiła się z kuzynostwem w berka, Gemma i Michael posyłali sobie maślane spojrzenia, Jane z mężem skupiali się na strofowaniu trzynastoletniej Anne, aby wyjęła słuchawki z uszu, a Bethany zajęła się odnoszeniem talerzy, by zagłuszyć w ten sposób nieznośne kłucie w sercu.

Poza tym gdy znikała w kuchni, chowała się przed badawczym wzrokiem Roberta, który inaczej mógłby coś zauważyć – nadzwyczaj czujnie obserwował ją w te święta. Znajdowanie sobie obowiązków pomagało, także dlatego, że gdy zewsząd lała się bliskość i miłość, trudniej było grać twardą – złamane serce chwilami bolało tak, jakby zamierzało wydostać się z piersi.

W tle grał telewizor, ustawiony – o dziwo – na bajki zamiast jak zazwyczaj na kanał CBS News, ale oprócz tego w domu Helen McCallum nie widać było większych zmian.

– Beth, przyniesiesz mi wody? Od wczoraj czuję ciśnienie. Chyba powinnam wziąć tabletki – powiedziała matka.

Odwracając się z naręczem misek, Beth złapała spojrzenie Roberta.

– Ja to zrobię – powiedział bezgłośnie i mijając ją, z wyrozumiałością musnął jej ramię.

W tej samej chwili z kanapy odezwał się Michael Botley, a jego pouczający ton świadczył o tym, że nadal nie miał dosyć pokazywania, jaki to jest obeznany w sprawach procedur bankowych.

– I pamiętaj, co ci mówiłem. Przypatrz się tej umowie – wrócił do tematu, choć Beth, stojąca teraz z naczyniami w rękach i ze sztucznym uśmiechem, już dawno pożałowała, że poprosiła go o radę w tej sprawie. – Tam musi być haczyk. Nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby ci w Citi czterystu tysięcy bez zabezpieczenia. To wykluczone przy twoich zarobkach… – rzucił, a gdy Gemma dyskretnie trąciła go łokciem, rozłożył tylko ręce i mruknął pod nosem: – No co?

Zanim Beth odeszła, zmuszając się do podziękowania, przeszło jej przez głowę: „Jakim cudem Gemma mogła się związać z takim dupkiem?”.

Przez cały wieczór nie zamieniły nawet zdania. Beth za bardzo się bała, że siostra mogłaby ją rozszyfrować.

Gdy z głębokim westchnieniem wkładała naczynia do zlewu, Robert wszedł za nią do kuchni. Obserwując ją z tyłu, nalał wody do szklanki, a potem podszedł nieśpiesznie i położył ręce na jej barkach.

Pod wpływem tego dotyku Beth najpierw lekko się wyprostowała. Ale w końcu odprężyła się nieco i spuściła głowę.

– Nie martw się. To koszmarny buc – mruknął.

– Ten buc ma rację. Mówili, że nie mam szans na ten kredyt… a potem nagle go dostałam. Procedury bankowe to dla mnie czarna magia. Nieznany wróg.

– Wolałaś wroga, po którym wiedziałaś, czego się spodziewać? – rzucił rozbawiony i oboje wiedzieli, o kim mówił.

– Otóż to.

Objął ją od tyłu i ścisnął jej barki, a skonsternowana Beth zastanawiała się, czy powinna pozwolić na ten dotyk. Ale zanim zdążyła zdecydować, westchnął i poczuła, że ojcowskim gestem przytknął usta do jej głowy.

– Nie chcę być kimś takim w stosunku do ciebie – odezwał się czułym tonem.

– Kim?

– Wrogiem.

Obróciła się, co spowodowało, że znalazła się w jego ramionach. A jednak zamiast się wzdrygnąć, poczuła się… jakoś bezpiecznie. W końcu to właśnie te ramiona obejmowały ją przez ostatnie siedem lat, zanim znalazł sobie Lauren.

– Wolę być kimś, kogo działania możesz przewidzieć.

Robert utkwił w niej oczy, brązowe i intrygujące, i na moment stał się tym samym Robertem Forleyem, którego pokochała w szkole średniej, gdy jeszcze nic nie zapowiadało tego, że zostanie znanym reporterem. Ani że będzie tak przystojny.

Z wiekiem stał się znacznie bardziej interesujący, niż gdy pisała jego imię na marginesach notatek, choć po ślubie rzadziej to dostrzegała. Przyzwyczaiła się do niego jak do porządnego mebla, który zaraz po zakupie oglądasz co piętnaście minut, a potem w ogóle zapominasz, że go masz.

Teraz Robert patrzył na nią cierpliwymi oczami.

– Kiedyś przysięgałem, że będę ułatwiał ci życie. A teraz je utrudniam. W zdrowiu i w chorobie, pamiętasz? – Musnął kciukiem jej twarz.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby ten dotyk nie przypominał jej podobnego gestu… który jednak wywoływał w niej zupełnie inny stan.

– Nie chcę, żebyś życzyła mi źle – ciągnął. – Albo myślała, że gdybym zniknął, zniknęłyby twoje problemy…

– Nigdy bym tak…

– Bo jestem ojcem Faith – przerwał jej. – Ale to trwa już zbyt długo, Beth.

Zapanowała między nimi ciężka, bardzo znacząca cisza i Bethany zmusiła się, żeby nie odwrócić wzroku.

– Nie wiem, czy święta to właściwa okazja, ale… ten buc ma rację. Nie chcę od ciebie pieniędzy.

Stali przytuleni, a on głaskał wzrokiem jej twarz. Nagle gdzieś w domu skrzypnęły drzwi, a Beth trochę nieświadomie wykorzystała ten moment i się odsunęła.

– Chyba nie bardzo rozumiem. – Odeszła w głąb kuchni.

– Wycofam roszczenie. – Obserwował ją, by w końcu dostrzec, że wyswobodzona z jego ramion, oplotła się własnymi. – Wycofam je, a ty rozwiążesz umowę kredytową.

– Darujesz mi dług i pozwolisz, by Lauren pokroiła cię żywcem? – zakpiła, odwróciwszy się do niego przez ramię.

– Wyprowadziła się, mówiłem ci.

– Nie pierwszy raz…

– Ale tym razem to ja o to poprosiłem – uciął jej wątpliwości, ale Beth już odeszła kawałek i teraz mógł jedynie wpatrywać się w jej unoszone prędkim oddechem barki. – Beth, ona już dla mnie nie istnieje – dodał spięty.

Wtedy dotarł do nich śmiech Faith bawiącej się z kuzynostwem, a Beth odwróciła się nerwowo od drzwi, nagle przytłoczona atmosferą, liczbą ludzi, natłokiem słów i dźwięków. Robert całkowicie ją zaskoczył. Po chwili uświadomiła sobie, z czego wynikała jego dobroduszność.

– To dlatego, że masz szansę na fuchę w NCC?

Kiwnął głową, a potem spojrzał na nią czule.

– Nie mówiłem, póki to nie było nic pewnego. Teraz czeka mnie ostatni etap. Testy przed kamerą. Bułka z masłem.

Przypomniała sobie, co pomyślała wtedy w restauracji. Że ukrył to przed nią, żeby nie podniosła alimentów. Zrobiło jej się głupio.

– Dziękuję. Ale może poczekajmy z tym, aż…

– Nie muszę czekać, aż dostanę robotę, żeby wiedzieć, że nie chcę cię krzywdzić, Beth. W tym szpitalu… widziałem, jak na niego patrzysz. I chyba zrozumiałem zbyt wiele.

Oddech zapiekł ją w gardle.

– Co takiego zrozumiałeś?

– Że w ten sposób cię nie zatrzymam. – Niewypowiedziana prawda zawisła między nimi. – I jeśli chcę postąpić właściwie, muszę pozwolić ci odejść.

Przez chwilę bez słów patrzyli na siebie.

– Zastanawia mnie tylko… – powiedział. – Kiedy chcesz go przedstawić Faith? To chyba uczciwe pytanie.

Cała ta rozmowa wydawała się Beth nierzeczywista. Czy to się naprawdę działo, właśnie teraz, kiedy ostatnie dni były spowitym mgłą koszmarem? A potem pojawił się smutek. Głęboki i przemożny jak otchłań. Czy uważałby ją za żałosną, gdyby wiedział, w jaki sposób Matthew ją zostawił? Że tak szybko to zrobił? I że choć otaczają ją ludzie, czuje się całkiem sama, bo przez cały dzień robi dobrą minę do złej gry?

– Uważam, że znacznie na to za wcześnie. – Zdobyła się na unik.

– Aha. Więc to nic pewnego.

Podniosła wzrok i utkwiła go w Robercie. Czuła, że zaraz się rozpadnie.

– Za krótko jesteśmy razem – wybrnęła.

– W porządku. Chodzi mi tylko o dobro Faith. W końcu nie po to ją wychowywałem, żeby teraz przyszedł jakiś goguś i…

– Nie przyjdzie. Wierz mi. – A potem powoli zwróciła się z powrotem w stronę kuchni. Oparła ręce na zlewie.

Czuła na plecach wzrok Roberta.

– Za tydzień w sobotę chcę zabrać małą do zoo. Pójdziesz z nami?

– Rodzinny spacer? Nie wiem, czy chcę przyzwyczajać Faith do…

– Do widoku matki z ojcem razem? Bo to takie okropne?

Spojrzała na niego, a jej mina mówiła: „Wiesz, o co mi chodzi”.

– Obiecałem jej to zoo, bo od miesiąca prosi mnie o jakieś zwierzę, a nie da się mieć psa na dwa domy.

– Prosiła o psa? – zapytała Beth.

– Nie do końca. Nie zgadniesz.

– To o co?

Z uśmiechem błąkającym się pod nosem, Rob powiedział:

– O kieszonkową małpkę.

Beth McCallum stała jak wmurowana, drętwo obserwując, jak wychodził.

*

– Takie formalne spotkania są jak wyrywanie zębów.

Bree wypiła haustem wódkę z colą i podsunęła Anette pustą szklankę, a ta spojrzała na nią ostrzegawczo, choć znajdowały się w kuchni, więc było jasne, że Bill, który zabawiał w salonie Matthew, nie mógł ich zobaczyć.

– Tylko nie przesadź, skoro bawisz się w tę udawaną ciążę. – Macocha przechyliła butelkę nad tumblerem Bree, a potem nad swoim kieliszkiem, rzucając spojrzenie przez drzwi.

Bill Watson omawiał coś z Matthew i wyglądał na przyjacielsko zaaferowanego rozmową, ale Anette mogła się założyć, że chociaż Bill zachowywał się jak przykładny gospodarz, indyk, którego jadł, stawał mu w gardle.

Nawet stąd było widać, że cały ten teatr to pozory.

– Skaranie boskie. Nie mogę nawet spokojnie zalać zmartwień.

Uniosła szklankę i stuknęły się, po czym Anette wypiła pierwsza i odchrząknęła.

– Popatrz na niego. Prawie wiarygodnie udaje, że się cieszy. – Wskazała pustym kieliszkiem w stronę salonu, a Bree, kierując wzrok w tę samą stronę, uśmiechnęła się pod nosem.

– Ma w tym wprawę. Ale będzie się musiał przyzwyczaić do myśli, że już mi nie pryśnie.

– Kiedy masz wizytę?

– Dopiero po powrocie z Londynu. – Bree westchnęła.

Lecieli tam w przyszłym tygodniu. Matthew już wcześniej planował pojawić się w domu, a w zaistniałej sytuacji zaproponował, żeby poleciała z nim. Byłaby wniebowzięta, gdyby nie pewien szczegół.

To, że miał ją na oku.

Oczywiście im bliżej niej był, tym ciężej było udawać – miała wrażenie, że gada za dużo, robi zbyt częste aluzje do ciąży, pocą jej się dłonie – w końcu był psychologiem, mógł coś zauważyć.

Ale pocieszała się tym, że trzynasty stycznia zbliżał się z każdym dniem, więc teraz postanowiła przestać się zamartwiać i napiła się jeszcze, a potem oparła dłonie o blat i zrobiła długi wydech, patrząc w sufit. Gorzki alkohol przyjemnie rozprężał. Poza tym jeszcze nie szkodził.

– To wszystko nie jest zresztą takie proste – powiedziała w końcu. – Najpierw muszą zrobić punkcję. Biorę lek, który stymuluje produkcję komórek.

– Punkcję jajników? – zapytała Anette, na co Bree kiwnęła głową, a uśmiech Anette zrobił się pobłażliwy.

– Masz humory?

– Czuję się jak burza z piorunami.

Anette prychnęła. A potem chlusnęła resztką drinka do zlewu. Następnie metodycznie przepłukała i wytarła szklankę.

– Musisz działać jak najszybciej. Zorientuje się, jeśli będziesz to przeciągać.

– Jacobsen robi, co może. Procedura i tak nie powinna przebiegać tak prędko – powiedziała Bree. – Normalnie etap przygotowania trwa kilka miesięcy.

– Ale normalnie nie kosztuje dwieście tysięcy. – Anette spojrzała jej prosto w oczy. – Ta kobieta. Kontaktował się z nią?

Bree spojrzała w stronę salonu.

Matthew coś mówił, ojciec kiwał głową, trafiając do ust widelcem z kawałkiem indyka. Wyglądali jak dwaj mężczyźni prowadzący cywilizowaną konwersację.

Odkąd skończyła dziewiętnaście lat, Anette pomogła jej wielokrotnie, dlatego Bree już dawno zdążyła się przekonać, że jej pytania wynikają z troski.

– Była na Balu Dziennikarza. Słowa papy chyba zrobiły swoje.

Anette uśmiechnęła się kącikiem ust.

– Nie boisz się?

– Czego?

– No wiesz… że on ją kocha?

Dyskretna obawa w głosie Anette była niepokojąca, macocha należała bowiem do osób bardzo powściągliwych. Nie przyjmowała do wiadomości, że coś może nie pójść po jej myśli. Nawet wtedy, kiedy sytuacja była obiektywnie niepewna.

– Wcześniej najwyraźniej nie wiedziała, kim jestem; teraz wie. Dla pewności udzielę jeszcze kilku wywiadów. Opowiem o naszym szczęściu i miłości, w otoczeniu torebek od Prady. A za miesiąc będzie wiedziała tyle o naszych ślubnych planach, że z pamięci wyrecytuje listę gości. Wystraszy się. – Bree dopiła drinka, po czym pochyliła się i pod kranem wypłukała usta. Przytrzymała tylko misternie ułożone włosy.

– Chuchnij – powiedziała Anette.

Bree wykonała polecenie.

– Nic – uśmiechnęła się macocha.

Ale gdy obserwowała Bree oddalającą się w stronę salonu, westchnęła.

– Nie o to pytałam…

*

Gdy wszyscy goście w końcu wyszli, a w domu w East Hills pozostał już tylko bałagan, Gemma oparła się o futrynę w kuchni, nie spuszczając oka z myjącej talerze Beth.

Obserwowała ją przez te święta – ubrany w wąską spódnicę kłębek nerwów – i doszła do wniosku, że kości biodrowe siostry przebijały przez materiał jeszcze mocniej niż zwykle.

Beth oczywiście starała się nie dać nic po sobie poznać.

Cały dzień wędrowała z półmiskami między kuchnią a salonem, słuchała anegdot i przechwałek, które Michael serwował przy stole, i nawet trafnie wyczuwała moment, kiedy powinna się śmiać. Ale Gemma przejrzała tę wątłą fasadę.

Odkąd wraz z Faith przekroczyły próg domu w East Hills, Beth przypominała rozedrgany liść. Zlękniona i niepewna, unikała skupiania na sobie uwagi, i już w chwili, gdy z głębokim westchnięciem odwieszała szalik przy drzwiach, Gemma odniosła wrażenie, jakby Beth mocno ulżyło – w domu było tylu dorosłych, że mogła w spokoju zamknąć się w swojej głowie i odpocząć od pilnowania Faith.

Te święta musiały być dla niej niezłym aktorskim wyczynem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że dłonie trzęsły jej się, nawet gdy wyciskała na gąbkę płyn do naczyń.

– Jak się trzymasz? – zapytała Gemma w końcu.

Beth przelotnie spojrzała za siebie.

– O co chodzi?

– Daj spokój, mnie nie nabierzesz.

Odkręcona woda leciała, a Beth przestała myć talerz i tylko wlepiła oczy w kran. Nieruchomo trzymała naczynie w rękach, a woda spływała po nim z cichym szumem, jak smutny akompaniament.

W tle w radiu subtelnie grało The Christmas Joy Is Coming. Obok zlewu stał półmisek z resztkami koreczków.

– Możesz strugać ten teatr przed matką, ale ja widziałam, jak gula rosła ci w gardle przy życzeniach. – Gemma zakręciła kieliszkiem czerwonego wina.

– Szczęścia, miłości, spełnienia marzeń – recytowała, biorąc w dwa palce kwadratowy kawałek sera. – Musiało ci być ciężko. Poza tym słyszałam, jak potem popłakiwałaś w holu. – Wrzuciła sobie ser do ust.

Bethany wymownym ruchem zakręciła kran.

– Czy będąc złośliwą w święta, nie grzeszy się podwójnie? Poza tym chcę tylko ogarnąć dom, a potem stąd jechać. Więc jeśli możesz…

– A ja chcę porozmawiać z własną siostrą. – Gemma zajrzała jej w oczy i oparła dłonie na kuchennej wyspie. – Czy nie od tego są takie głupie okazjonalne spędy jak ten? Przecież widzę, że coś się dzieje!

– Rzekła osoba, która przez pół roku ukrywała Michaela Botleya.

– Nie rozmawiamy teraz o mnie.

– Może powinnyśmy zacząć?

– Jak będę miała z nim problem, na pewno do ciebie przyjdę. A ty? Nie ufasz mi? – Gemma spojrzała tak, że równie dobrze mogłaby powiedzieć: „Kretynko, przecież chcę twojego dobra”. W końcu głęboko westchnęła. – Robert coś wyczuł i gapił się dzisiaj na ciebie jak pies, który dostrzegł do połowy wykopaną kość – powiedziała. – Matka jest ślepa i najwyraźniej to lubi. Ale gdy ostatnio tu byłaś, powiedziałaś mi, że spotykasz się z facetem, z którym łączy cię pewna historia, o której… szczerze? Wcale nie chciałabym aż tyle wiedzieć. Ale nie jestem pewna, czy sobie przypominasz, kto siedem lat temu stanął za tobą murem, gdy matka…

– Zamilcz! – Beth uniosła rękę. A potem, nie starając się ukryć irytacji, nerwowo odrzuciła ścierkę.

Westchnęła i dysząc, zaczęła patrzeć przed siebie.

Gemma podążyła za jej spojrzeniem.

Na kuchni, koło półmiska z owocami, w dziwnej pozycji leżała mała porcelanowa baletnica. Była obrócona na bok, miała ukruszoną jedną nogę. To była jedna z ulubionych figurek matki, Gemma pamiętała ją z dzieciństwa. Helen, ilekroć gdzieś ją stawiała, zawsze doklejała pointy do mebla niewidocznym plastrem, tak że figurka stała w pięknej pozie, choć nie do końca „z własnej woli”.

Faith i Anne, córka ich najstarszej siostry Jane, strąciły ją dzisiaj, paradując w holu podczas zabawy w Top Model.

Teraz roztrzaskane kawałki figurki leżały smutno, ale Gemmie wcale nie zrobiło się przykro.

– Cokolwiek się wydarzyło, nie ocenię cię tak jak matka, wiesz o tym.

Beth w końcu pokręciła głową.

– Wiem. Ale to zbyt świeża rana…

Gemma przez chwilę nie była pewna, czy chce naciskać. A potem bez słowa podeszła do lodówki, dolała sobie wina i napełniła drugi kieliszek dla Beth.

Gdy ruszyła z powrotem, Bethany stała już oparta plecami o wyspę, jakby nad czymś myślała. Ze splecionymi przed sobą rękami wpatrywała się w wielkie panoramiczne okno z tyłu kuchni. Za szybą śnieg powoli tańczył białymi płatkami, a w radiu Mariah rozpoczęła delikatne OHoly Night.

Gemma stanęła z boku i podała Beth kieliszek, a ta przestała pocierać ramiona puchatego swetra.

Opowieść płynęła wolno; była subtelna i elegancka, jak płatki śniegu rozkołysane za oknem. Nie było w niej pochopnych decyzji, dziecinnych działań, zgubnej namiętności. A jednak Gemma dobrze pamiętała, co połączyło jej siostrę z tamtym mężczyzną siedem lat wcześniej. Odbyły wtedy kilka szczerych rozmów.

I doskonale wiedziała, że uczucie, o którym mowa, nie jest i nigdy nie było letnie. A potem dowiedziała się, że Beth spędziła trzy tygodnie, znosząc w milczeniu cierpienie i odtrącenie.

Nie zrobiła nawet awantury.

– Nie chciałaś dowiedzieć się dlaczego? – zapytała. – Zwyzywać go? Rozbić kilku talerzy?

Beth wzruszyła ramionami.

– A co by to zmieniło?

I gdy Gemma stała tak ramię w ramię z Beth, patrząc w okno, i słuchała tego wszystkiego, a za szybą nowobogackie East Hill jarzyło się pełnymi lampek fasadami jak z filmu o Griswoldach, nagle zrozumiała powód, dla którego Beth tak postąpiła, i choć w domu było całkiem ciepło, poczuła, że owiał ją chłód.

– On nawet nie ma pojęcia, dlaczego tak postąpiłaś! – Niespodziewanie chwyciła pilota od radia i wyłączyła kolejną z żałosnych kolęd.

– Wie doskonale – odparła Beth. – Poza tym niewiele mnie to już obchodzi.

Gemma pokręciła głową, aby stracić sprzed oczu nachalne wspomnienie.

To był tamten dzień, kiedy widziały ojca po raz ostatni.

Wylatywał do Palestyny, a Gemma i Beth obserwowały z głębi holu, jak po karczemnej awanturze dotyczącej tego samego co zwykle – aby Bruce McCallum został w kraju – matka zastawiła mu drzwi.

Powiedziała, że jeśli on wyjdzie, to znaczy, że ona też może odejść. Postawiła się mu. Zagroziła rozwodem.

Po chwili jednak zaniosła się szlochem i osunęła na sofę w holu. Wtedy Beth zebrała się na odwagę i stanęła w progu.

– Jeśli wyjdziesz, to znaczy, że mnie nie kochasz – oświadczyła.

On jednak się zaśmiał, jakby go rozbawiła, a potem pchnął ją w tył i powiedział: „Może położysz się na wycieraczce i zaczniesz skomleć o miłość jak pies?”.

Jakiś czas później, gdy popalały papierosy za Targetem, Bethany przyznała się jej, że coś sobie wtedy obiecała. Że nie będzie prosić o niczyją miłość i przed nikim się nie upokorzy, nigdy. Dotrzymała słowa.

– To co masz zamiar teraz zrobić? – Gemma spojrzała na Beth z lekko zmrużonymi oczami.

– Bo ja wiem? Będę żyła dalej, udając, że przez ostatnie miesiące nic się właściwie nie wydarzyło.

Oczami wyobraźni Gemma zobaczyła kilka lat stagnacji. Kompletnego impasu, niechęci do związków, samotności.

– Myślisz, że mogłabyś kiedyś mu wybaczyć?

Dom sąsiadów matki, państwa Dunne, widoczny przez okno, zaczął migotać, jakby ktoś poruszył drobne lampki.

Pokręciła głową.

– Zdecydowałam. To koniec.

– I jesteś z tym szczęśliwa?

Zamek Griswoldów ostatni raz zamigotał, a potem efektownie zgasł.

*

Olaf Kozinsky lubił Boże Narodzenie. Nowy Jork nabierał wtedy specyficznej aury, błyszczał się i świecił, a poza tym na każdym rogu sprzedawano gorącą kukurydzę. Robiono to tylko w święta. Aromat masła unosił się między betonowymi budynkami, przynosząc myśl, że zabiegani ludzie wieczorem zapalą w kominku i przywieszą jemiołę. A cały świat, nawet ten tutaj – dżungla pełna szumu klimatyzatorów – uśmiechnie się i zwolni.

Oblizał palce z masła, obrócił kolbę ostatni raz i wyrzucił ją do kosza.

Matt umówił się z nim w Central Parku. Lecz nie powiedział dokładnie, gdzie chce iść. Zrobił z tego zagadkę. Zanim się rozłączył, rzucił tylko: „Pomyśl”.

Gdy Olaf się zbliżył, cmoknął z przekąsem.

– To było łatwiejsze od spania.

Matt Hansen stał przy Wollman Rink i oparty łokciami o balustradę spoglądał w dół na lodowisko. W długim płaszczu i z poszarzałą twarzą wyglądał jak szmata przewieszona przez barierkę. Westchnął.

– Czyli zrobiłem się przewidywalny.

– Musimy porozmawiać o umowie – rzekł Olaf. – Dzwonił Harold i…

Matt zwrócił twarz w jego stronę.

– Do cholery! – krzyknął Olaf. – Co się stało?

Na gładko ogolonej, przystojnej twarzy Matthew, o odcieniu tak równym jak u ludzi w telewizji, dokładnie pod okiem, nieco już blednąc, odznaczało się różowo-fioletowe limo.

Natomiast niemal równie mocno, jak siniak pod okiem Matta, Olafa zdumiało to, że ktoś zdołał go trafić. Treningi u Angusa to jedno, ale Matthew pochodził z Harlesden. Byle kto by mu nie przyłożył!

– Nie czytasz gazet? – zakpił Matt. – „Zięć Billa Watsona atakuje zapaśnika na ulicy”.

Olaf nie wiedział, o co zapytać najpierw.

– Zięć?

– Wiesz, jak brukowce przesadzają.

– Zapaśnika?

Matt wzruszył ramionami.

– Nie wyglądał.

– CO SIĘ STAŁO?!

– W zasadzie to mi ulżyło…

Olaf pokręcił głową.

– Traktujemy się poważnie?

Przez chwilę Matt zawiesił wzrok, jakby odpłynął we wspomnienia.

 

Gdy tamtego wieczora automatyczne drzwi hotelu Hilton Garden Inn się rozsunęły, wypadł przez nie na zgiętych kolanach, jakby wytaczał się z piekła.

Jeszcze przed chwilą tkwił w sidłach rodziny Watsonów. Otoczony ludźmi musiał utrzymywać uśmiech, przybierać maskę spokoju.

Teraz szum samochodów pędzących Broadwayem odprowadzał go w górę Manhattanu. Wyjściowe buty kłapały o mokry chodnik.

 

– Jak ci się udało uciec z przyjęcia? – zapytał Olaf, a Matt rzucił:

– Improwizacja, zapomniałeś? – I dodał kpiąco: – Przecież w tym Mystery był najlepszy.

 

[Podkład muzyczny: Kris Allen I Need To Know]

 

Zanim pokonał dwie przecznice, ból w skroniach nasilił się niemiłosiernie. Zauważył, że kolejni przechodnie odwracali za nim głowy, widocznie szedł jak pijany.

Grudzień. On był w garniturze… Ale wiedział, że to nie jest prawdziwy powód.

Zdawało mu się, że świat jakby zwolnił, okrył się mgłą, a on, zamiast po ulicach Nowego Jorku, wciąż szedł po Harlesden.

Jakiś przebłysk.

Jej łzy.

Mokry chodnik.

Wspomnienie.

I nagle znowu tam był.

Szedł na miękkich nogach.

Czuł się jak ranne zwierzę. Ranne zwierzę, w którym buzowała wściekłość.

Nagle ŁUP. Czyjś bark. Aż nim zachwiało, a facet się obrócił.

– Kurwa, patrz, jak leziesz! – Rozłożył ręce.

Skórzana kurtka, szerokie barki.

Dobrze, przynajmniej znalazł przeciwnika.

Pół sekundy wahania. A potem kurtyna furii przed oczami. Właściwie nie zarejestrował tego, kiedy wyprowadził cios, aż do momentu, kiedy tamten facet zrobił dwa kroki, jakby się zachwiał.

Wtedy zgięty wpół Matt zrozumiał, co zrobił. Sekundę później poczuł na sobie ciężar szarżującego męskiego ciała.

I ulgę.

 

– Chcesz mi powiedzieć, że zaatakowałeś kogoś bez powodu? – Olaf odwrócił się do niego całym sobą.

Matt wyprostował łokcie na balustradzie.

– Nie bez powodu. Potrącił mnie. Czego chciał Harold?

– Nie zmieniaj tematu!

Zastanawiał się, jak wytłumaczy to współpracującym firmom i sponsorom. Trener rozwoju osobistego i bójka w środku miasta.

– Chcesz wiedzieć, co się stało?

Olaf rozłożył ręce, jakby wreszcie mówili tym samym językiem, a Matt ogłosił z patosem:

– Armagedon rozpętał się nad moją głową. Ale, inaczej niż w kinie, Bruce Willis mnie nie ratował, a tylko pognębił.

Olaf zamrugał.

– Może się dowiedział, że zamiast jego córki posuwasz mechanika pokładowego?

– Co to ma znaczyć? – warknął Matt.

– Próbuję dotrzymać ci kroku, skoro serwujesz takie natchnione metafory! – wrzasnął Olaf.

A potem sapnął. Przez chwilę milczeli, a na twarzy Olafa odbijało się strapione zmęczenie.

Pięćdziesiątą Dziewiątą Ulicą szła jakaś parada, których mnóstwo odbywało się w okresie świątecznym w Nowym Jorku. Demonstrowali katolicy, baptyści, mniejszości seksualne – każdy, kto miał coś do załatwienia, a w co można było wmieszać miłosierdzie wobec bliźniego. Otoczyły ich odgłosy trąbek.

W tym czasie Matthew relacjonował Olafowi wydarzenia z przyjęcia w Hilton Garden Inn.

Trąbki spowodowały, że nie było słychać westchnięć tego ostatniego.

– Czyli ona już wie… – podsumował, mając okropną świadomość, że może przewidzieć, co teraz nastąpi. – To dziennikarka…

Matt aż się cofnął od balustrady.

– Od miesiąca czuję się tak, jakbym odcinał sobie kończynę. A jedyną rzeczą, o którą ty się martwisz, jest szmal!

– Spokojnie, spokojnie. – Olaf uniósł ręce. – Być może masz rację. Może nie trzeba panikować. – A potem westchnął z głębi siebie i pokręcił głową. – Poza tym… Matt… – Zrobił minę pod tytułem: „Sorry, stary, ale to szczera prawda”. – To nie było nic poważnego. Umawialiście się przez dwa miesiące, śliniłeś się do niej, udając, że pracujesz. Ale nie macie za sobą historii, jak ty i Bree. Spójrz na to obiektywnie. To kobieta, którą ledwo znasz… Z którą raz spałeś! Czemu się uśmiechasz?

Matt znów spuścił głowę. Tym razem jednak kącik jego ust był lekko uniesiony.

– O co chodzi? – drążył Olaf.

– O nic… Tylko… To lodowisko… Coś mi się przypomniało… – Wzruszył ramionami i przez chwilę milczeli.

A potem Olaf dodał:

– Naprawdę nie warto rozwalać sobie życia dla…

– Miłostki. Wiem – dokończył Matt. – Mam świadomość, co powinienem zrobić.

Może miało to coś wspólnego z chłodnym wiatrem, ale zdawało się, że uniósł barki i trochę się w nich schował. Główną ulicę przemierzała teraz hałaśliwa grupa ludzi z tęczą w dłoni, ale trębacze zniknęli za zakrętem.

Po kilku milczących minutach znowu się odezwał:

– Mówiłeś, że może nie trzeba panikować?

Olaf oparł dłonie na poręczy i zapatrzył się na łyżwiarzy, jakby chciał zmienić temat. Matthew jednak zbyt często miał do czynienia z ludźmi, z których należało coś wydobyć.

– No bo… ona o wszystkim wie, tak? – złamał się w końcu Olaf. – I nic się nie stało. Może gdyby chciała się mścić, to… już by to zrobiła?

– Nie rozumiem.

Olaf wzruszył ramionami.

– Przecież od chwili, kiedy napisała artykuł, do momentu, gdy go wydrukowali, minęło kilka tygodni. Pamiętam, jak mówiłeś, że chciała ci go pokazać. To było w ten dzień, kiedy dowiedziała się o Bree.

Matt dał znak ręką, aby kontynuował.

– W tym czasie zdążyłeś ją oszukać, przelecieć, zostawić i przestać się odzywać, i to dokładnie w tej kolejności. Jeśli mówisz serio, że ona nie czytała tego listu, to… bez kitu…

– Do rzeczy.

Olaf zwarł usta, jakby jednak nie chciał powiedzieć tego, co przed chwilą zamierzał.

– Nie napisała o tobie jednego złego słowa.

– Co takiego?

– Ten artykuł. Wyszedł wczoraj. Czytałeś go?

Zmarszczył brwi. Zapomniał o tym.

Olaf przewrócił oczami.

– To wiele wyjaśnia.

Wprawdzie umówili się na anonimowość i jasne, rozmawiali głównie o pracy, ale mogła go obsmarować… jeżeliby chciała. Wszystko da się napisać tak, żeby reszty każdy się domyślił. Olaf westchnął. Tym razem głębiej i wymowniej.

– Do tego miała powód. Dobry powód. – Wpatrywał się w niego. – A tekst jest… zaskakująco obiektywny. Szczególnie postscriptum.

– Postscriptum?

– Fragment, który widocznie dodała, gdy już zamykali numer. Myślałem, że o nim wiedziałeś.

Matthew popatrzył przed siebie, a Olaf odniósł wrażenie, że jego ramiona opadły nieco niżej.

– Przeczytaj go. Ale nie pozwól, żeby przysłonił ci to, co słuszne, żeby zmącił twój osąd.

Matt wolno pokiwał głową.

– Widocznie naprawdę poznajesz człowieka dopiero wtedy, gdy się z nim rozstajesz – powiedział tak cicho, że przez maszerującą nieopodal paradę Olaf ledwo go słyszał.

– Może ci się upiecze – zasugerował.

– Tylko że moje sumienie zaczyna mieć już trochę dosyć. Mówiłeś coś o jakiejś umowie… – Przypomniał sobie.

Olaf kiwnął głową. Przyszedł tu, by przekazać Matthew, że Harold Rosenbaum miał ostatnio niespodziewaną kontrolę. I ktoś mocno zainteresował się umową kredytową na blisko pół miliona, z której ktoś najwyraźniej ukrył jedną stronę. Ale teraz stwierdził, że to wcale nie musi być najpilniejszy pożar, jaki miał do ugaszenia.

Machnął ręką. Idąc tyłem, ruszył w stronę metra.

– Widzimy się w pracy?

Matt wskazał na swoją twarz, a Olaf się uśmiechnął.

– Co powiedziałeś Bree?

– Prawdę… w pewnym sensie. Uparła się mówić ludziom, że wpadłem na hydrant! – Wreszcie lekko się zaśmiał.

– Co z tym zapaśnikiem?

– Ugoda. Prawnik już się tym zajął.

Olaf kiwnął głową.

– Do jutra. Przeczytaj artykuł – powiedział i obrócił się w końcu, aby unieść do góry dłoń, odchodząc.

Matt w milczeniu pokiwał głową.

Gdy podczas powrotu do domu, wciskając twarz mocniej w kołnierz, mijał kiosk z gazetami, cały czas myślał o słowach Olafa.

„Pamiętaj, to laska, z którą raz spałeś”.

Minął kiosk, nie zatrzymując się.

ROZDZIAŁ 2

–Skurwysyn!

Clive Warren upuścił „Newsweeka” na biurko, a na szczęce zagrały mu mięśnie.

Hugh Stamp zerknął na niego spod zmarszczonego czoła.

– Skąd wiesz, że to on? Może to ktoś świeży? „Beau”? Albo „Sinner”?

Clive przesunął gazetę w jego kierunku.

– „Nikt nie jest do końca zły”? – zacytował. – Oni nie gadaliby takich nawiedzonych bzdur! To Lloyd, jestem tego pewien. Poza tym Darren mówił, że jakiś czas temu ten kutas pojawił się w Fifty Shades. Udawał wyluzowanego i wypytywał.

Skrajem półdupków Hugh przysiadł na biurku. Zdawał sobie sprawę, że nic nie jest tak szkodliwe jak dochodzenie do pochopnych wniosków.

– Masz kontakt z Darrenem?

– Mam swoich szpiegów – burknął Warren.

– Chapman?

Kiwnął głową.

Hugh zaplótł ramiona i odchrząknął.

– Trzymanie ręki na pulsie zawsze było twoją mocną stroną. Ale myślałem, że…

– Że co?! – Clive spojrzał na niego spod brwi i wstał, odpychając krzesło. – Wcześniej mieliśmy tylko na pieńku. Teraz autentycznie mnie wkurwił. – Przystanął i zaczął masować sobie kark.

Od czasów sprawy sądowej kilka lat temu, w którą Lloyd wciągnął Warrena, zaufania między nimi było tyle, co wody w Kuwejcie. W końcu Clive westchnął i rzucił:

– Już dawno spłaciłem swój dług. Aż tyle mu nie zawdzięczam.

Artykuł rzeczywiście mocno demaskował Clive’a. Nie tylko jego metody, ale też interesy. Na przykład nie każdy wiedział, co działo się na pięterku Fifty Shades. A szczególnie zainteresowały się tym śniadaniówki, w których Warren był tak częstym gościem. Fakt, że rok temu kupił udziały w tym klubie, świetnie prezentował się na ich paskach.

– Masz ochotę zrobić mu kuku? Może po prostu powiedz mu prawdę o siostrze?

Clive jakby ostygł. Zgarnął „Newsweeka” z biurka.

– To byłoby świństwo. Nawet jak na mnie. – Z egzaltacją wrzucił gazetę do kosza.

– Więc co chcesz zrobić? – Hugh okręcił się na biurku. – Na konferencji wyłączysz mu światło? – zakpił.

Kroki Clive’a były spokojne, ruchy metodyczne. A jednak Hugh wiedział, że gdy Clive wydaje się opanowany, bywa najbardziej niebezpieczny.

– Nie mam ochoty puknąć go w nos. – Przytknął pięść do ust. – Wolałbym dać mu nauczkę. Zawsze mnie dziwiło, gdy w filmach od razu zabijają przeciwnika. Tylko w Bondzie znalazł się jeden mądry. Jak mu było?

– Le Chiffre. – Hugh uniósł z powątpiewaniem brew. – Chcesz przywiązać Lloyda do krzesła i obić go po jajach?

Warren spojrzał z pobłażaniem.

– Nigdy nie potrafiłeś używać metafor, Hugh. – Podszedł do okna i zamyślony przytknął splecione ręce do ust. – Myślisz, że zdjęcia do The Date już ruszyły?

– Odrzuciłeś tę ofertę.

Clive obrócił się i uśmiechnął bardzo w stylu PUA.

– Uważasz, że powinniśmy się jej przyjrzeć jeszcze raz?

*

Robert Forley nigdy nie przypuszczał, że będzie tak zadowolony, gapiąc się na ptaki.

Był mroźny śnieżny dzień pasujący do początku stycznia, ale zimowa aura dodawała atmosfery rodzinnym wypadom. Gdy wymyślił to zoo, nie sądził, że plan się powiedzie. Teraz jednak, kiedy zajadając się hot dogami, mijali klatki z rozkrzyczanym ptactwem, był tak zadowolony z obrotu spraw, że nawet to ciągłe skrzeczenie jakoś mu nie przeszkadzało.

Beth czasem napotykała jego wzrok, a wtedy speszona odwracała oczy, ale spędzili całkiem miłe popołudnie, choć kiedy ich ręce się w pewnej chwili dotknęły, Robert poczuł, jak Beth się wzdrygnęła i przesunęła dłoń po balustradzie.

– Pingwiny łączą się w pary na całe życie – odczytała Faith, spoglądając na Jess, dumna, że udało jej się płynnie przeczytać cały opis w gablocie. A potem obie zaczęły chichotać.

– To tak jak Kris i Anna – zauważyła Jess po chwili.

– Tego nie wiadomo – oznajmiła Faith karcąco. – To było otwarte zakończenie – powiedziała, a stojąca nieopodal Beth obróciła się, zachodząc w głowę, kiedy córka przegrzebała zalegające w jej biurku notatki ze studiów.

Robert zatrzymał się przy niej.

– Ty ją tego nauczyłaś.

– A ty ją nauczyłaś mówić „poniewczasie”. Przysięgam, że nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że siedmiolatka będzie używać takich słów.

– Ma ojca dziennikarza. Ten zawód to także zboczenie… – powiedział, a Bethany dziwnie zamilkła i uciekła wzrokiem, by znaleźć sobie bezpieczne stadko flamingów.

Niemal w tej samej sekundzie poczuła, jak ktoś na nią wpada. Chłopak robił sobie selfie z flamingami, zapatrzył się w obiektyw i cofnął zbyt daleko, uderzając w Beth – a ta się zachwiała i poleciałaby do przodu jak długa, gdyby nie to, że na jej drodze stanęły zwinne ramiona.

– Wszystko w porządku? – Robert zajrzał jej w oczy.

– Nic się nie stało. – Otrzepała kurtkę zupełnie bez potrzeby.

– Przepraszam! – rzucił chłopak.

– Wcale nie jest nam przykro – mruknął Robert, oplatając Bethany ciaśniej ramionami. Choć kiedy zobaczył jej nagle wystraszony wzrok, musiał włożyć dużo siły woli w to, żeby nie zszedł mu ten filuterny uśmiech.

– Ścigamy się?

Zawsze mogli liczyć na dzieci. Faith wbiegła między gabloty, a Jess ruszyła za nią niczym jej posłuszny cień.

– Dziewczynki, spokojnie! – zawołała Beth.

– A ja się cieszę, że jesteśmy sami – rzekł. – Oczywiście jeśli pan terapeuta nie poczuje się zagrożony. – Robert zatrzymał na niej prowokujący wzrok.

Wydała się mocno zakłopotana. I nie chodziło wcale o tradycyjne uciekanie wzrokiem. Odwróciła się od niego i odeszła kilka kroków.

– On już mi nie doradza.

– Słucham?

– Może i jest terapeutą par, ale my już… nie… – Zamiast mówić, po prostu pokręciła głową. Byłby durniem, gdyby się nie domyślił.

Nagle wszystkie głosy w jego głowie zaczęły wiwatować, a plany – tańczyć kankana.

– Nie wytrzymał obciążenia? – Zajrzał jej w oczy, a na twarzy Beth zagościła imitacja uśmiechu. Pomyślał, że jest naprawdę piękna.

– To już nieważne…

Dla Roberta oczywiście było ważne, tym bardziej że wiedział o końcu tego związku wcześniej, niż w ogóle wyszedł z domu. Dopiero zaczął pracę w NCC, ale przepastne korytarze pełne były plotek.

Gdy te do niego dotarły, na początku się zdziwił… a potem dopadło go niejasne uczucie dumy. Jego prawie była żona sypiała z gościem, który obracał córkę właściciela stacji, no, no! Ale jeśli w NCC mówiono o ślubie, znaczyło to tyle, że Beth poszła w odstawkę. Musiała mocno oberwać. Nie miał zamiaru przepuścić takiej okazji.

– Przykro mi. – Wierzchem dłoni w rękawiczce potarł jej policzek.

– Przestań, byłam samolubna. – Spuściła wzrok. – Odkąd z nikim nie wychodzę, Faith nie wywołała żadnego ataku.

– Beth…

– Powiedzmy to sobie wprost. Próbując sobie kogoś znaleźć, gdy ona nadal jest mała, zachowywałam się nieodpowiedzialnie. Powinnam myśleć o dziecku. Oczywiście na końcu zostałam sama.

– Nie zostałaś sama. – Przysunął lekko jej brodę do góry i uśmiechnął się. – Masz mnie. – Niezwykle powoli pochylił się ku niej. Beth wlepiła w niego wzrok, ich oddechy się zmieszały i podczas gdy Robert zbliżał się niespiesznie do jej ust, a ona głęboko nabrała powietrza, poczuła motyle w brzuchu, które leciutko zawirowały.

Odrobinę.

– Daj mi jeszcze jedną szansę, Beth… – wyszeptał, gdy ich usta dzieliły milimetry, chociaż dostrzegał w jej oczach zagubienie. – Na początek zacznijmy powoli.

– Tato, tato! – usłyszeli nagle i odskoczyli od siebie. Beth przyłożyła zwiniętą pięść do ust i chrząknęła, mając nadzieję, że tymczasem jej rumieńce nieco zbledną.

– Nie tak głośno, Faith… – Robert zaklął pod nosem.

Ale cokolwiek Faith chciała ogłosić, stało się nieważne. Z rozpędu uderzyła o uda rodziców, zmuszając ich do niezręcznego uścisku, i szeroko się uśmiechnęła.

– Powoli? – zapytała Beth jakiś czas później, wiedząc, że jeśli nie przełamie ciszy, zanim spacer się skończy, zrobi się niezręcznie. A jednak Robert wydał się rozbawiony.

– Zaczniemy od niezobowiązującego eventu.

– Eventu?

– W ogóle niekojarzącego się z miłością. Co powiesz na wspólne wesele?

*

W drodze do domu Faith co rusz ciągnęła Beth za rękaw, zadając wciąż to nowe pytania. Wszystkie jednak oscylowały wokół tego samego tematu, a mianowicie: „Czy tatuś znów będzie z nami mieszkał i czy z powrotem przeniesiemy się do babci Helen?”.

Na domiar złego obok szalejącej córki szła przysłuchująca się wszystkiemu (i z pewnością zdająca w domu relacje z zasłyszanych spraw) Jess.

– Mamo, mamo, odpowiedz! – wołała Faith. – Przecież widziałam, że prawie go pocałowałaś.

„Prawie to ON pocałował mnie” – o mało jej się nie wymsknęło, tylko co za matka rozmawia z dzieckiem o takich sprawach?

– Dziewczynki, chcecie lizaki? – zapytała, aby zmienić temat, i zatrzymała się przy stoisku z gazetami. Długa, rozkładana lada uginała się pod batonikami, chipsami i pełnymi konserwantów rogalikami 7Days.

– Ja chcę rogalika!

– A ja chcę batona!

Jako wróg słodyczy Beth była ostatnia do stosowania takich metod, ale dziś dałaby córce nawet czekoladową fontannę, byle tylko uciec od jej pytań.

– Pięć dolarów i siedemdziesiąt centów.

Gdy płaciła, kątem oka dostrzegła okładkę nowego numeru „Galaxy”.

„Dlaczego najtrudniej przyznać się do błędu i pójść dalej?” – przeczytała lead.

Pod spodem małymi literami widniało: Felieton Blanki Guston.

– I jeszcze tę gazetę.

– W takim razie jedenaście siedemdziesiąt.

Zapłaciła. Dziewczynki dzięki Bogu zajęły się jedzeniem, a ona, nie patrząc przed siebie, szła i jedną ręką wertowała czasopismo.

Jeżeli się spodziewała, że „Galaxy” podniosło poziom, to się pomyliła. Artykuł składał się z banałów, a jedna oczywista rada poganiała drugą. A jednak pewne zdanie – bez wątpienia był to cytat, czego Blanka nie zaznaczyła – zwrócił jej uwagę.

„Nie oceniaj ludzi po ich błędach, a po tym, co robią, by je naprawić”.

Nie zorientowała się, że szła coraz wolniej, aż całkowicie się zatrzymała. Wtedy poczuła wibracje w kieszeni.

Wyjęła telefon i przeczytała: „Czy dzisiaj oznaczało: tak?”.

Beth popatrzyła na roześmianą córkę.

A potem w milczeniu przed siebie.

*

Robert Forley pracował w NCC już dwa tygodnie, kiedy pewnego dnia przy próbie wejścia do męskiej toalety omal go nie cofnęło. Kilka metrów dalej przy pisuarze stała… znajoma blond głowa. Nie widział wprawdzie twarzy, ale szerokie barki poznawał.

Z początku chciał zwiać, ale potem pomyślał, że wyszedłby na tchórza, gdyby Hansen jednak się odwrócił. Przewidywał, że kiedyś go spotka. Zwłaszcza że miały się rozpocząć meetingi związane z tym jego programem, który zakupiło NCC. No, ale nie przypuszczał, że spotkają się w takim miejscu.

A potem męska ciekawość wzięła górę. Podszedł do sąsiedniego pisuaru.

– Jak to szło, panie Hansen? „Jesteś mężczyzną, który wypisuje esemesy do kochanki, siedząc na sraczu” – zacytował melodyjnie. – Och, jaki był pan wtedy wygadany – dodał. – A jednak wybrała mnie.

– Długo się głowiłeś, jak zagadać, żeby mnie podejrzeć?

Złapany na tym, gdzie patrzył, Robert poderwał wzrok i momentalnie się zmieszał.

Długo milczał, szukając w głowie dobrej odpowiedzi. A potem przestał szukać.

– Wyszczekany czy nie, i tak zostaniesz tylko epizodem. Nic nieznaczącym żigolakiem, o którym szybko zapomni. – Nie podejrzewał, jak bardzo tamten nie lubił tego określenia.

Matthew skończył, wsadził ręce pod kran. W tym czasie Forley też się obrócił i zobaczył, jak wyciera ręce z uniesioną wysoko brodą.

– Przez siedem lat jakoś nie zapomniała. Nie mówiła ci?

Robert nie był pewien, czy udało mu się ukryć zaskoczenie i złość.

Matthew uśmiechnął się bokiem ust.

– Czyli nie mówiła. – Podszedł bardzo blisko, spoglądając Robertowi w twarz. – Siedem lat temu spędziliśmy razem wieczór. Pamiętny. Zapytaj ją.

Robert wytrzymywał to spojrzenie, choć mięsień na jego policzku drgnął.

– Miejmy nadzieję, że pieprzysz się tak samo kiepsko, jak łżesz. Siedem lat temu Beth prawie cały czas leżała w szpitalu. Była w ciąży.

Hansen parsknął.

– Nic dziwnego.

Ktoś spuścił wodę w toalecie, podczas gdy Robert, którego wmurowało, po prostu tam stał.

– A teraz wybaczy pan, panie Forley. – Matthew zasalutował mu z kpiną i poszedł.

 

Dziesięć sekund później Robert Forley stał nadal w tym samym miejscu, a wypukłe żyły przecinały jego różową szyję, gdy drzwi toalety uchylił zagadkowo uśmiechnięty Hugh Stamp. Wysłany przez Clive’a, przyszedł osobiście przekazać prawnikom NCC jego żądania co do kwoty, ale nie przypuszczał, że trafi mu się taki fart. Nawet nie umył rąk, tylko zszedł z pola widzenia i sięgnął po telefon. „Panie Hansen…”; „Wróciła do mnie…”. Nie przypuszczał, że Hansen był tak głupi, żeby zdradzać tę bogatą lalę.

– Nie uwierzysz, co właśnie słyszałem, Clive.

ROZDZIAŁ 3

Matthew Hansen sprawiał wrażenie zamyślonego. Nieruchomy wzrok zawiesił na oknie, podczas gdy pas startowy coraz szybciej umykał pod kołami.

W końcu Nowy Jork pod nim stawał się mniejszy i mniejszy, a widok był niemal nostalgiczny. Przypomniał sobie, co czuł, gdy pierwszy raz tu lądował.

Marzenia.

Nadzieje.

Mieszkając w Harlesden, latami myślał, że tylko się przygotowuje. A to „właściwe życie” rozpocznie się dopiero, gdy on się stamtąd wydostanie.

W samolocie ktoś charknął i Matt odwrócił twarz od okna.

Brzuchaty facet siedzący po drugiej stronie przejścia, który wyglądał, jakby właśnie się obudził, sięgnął po gazetę. Obleśnie oblizując palce, którymi wcześniej jadł darmowe orzeszki, przekładał otłuszczone kartki. „Newsweek” był w tym tygodniu grubszy niż zazwyczaj. Spomiędzy stron wystawał dodatek specjalny.

Matthew przekrzywił głowę, bo chciał przeczytać tytuł.

W końcu mu się udało.

Houdini w służbie jej królewskiej mości.

Z ciężkim westchnięciem pokręcił głową i odwrócił oczy.

Wtedy jego wzrok padł na zamknięte powieki śpiącej, siedzenie dalej, Bree.

Pomimo zapadnięcia w sen usta układała w półuśmiech – zobaczył błogi wyraz twarzy dziecka, które nie ma żadnych problemów. Cieszył się, że jest spokojna. Dla dobra ich obojga powinna teraz dużo wypoczywać, pomyślał.

„Witamy na pokładzie American Airlines” – rozległ się głos w kabinie. „Burza nad Nowym Jorkiem, która zatrzymała nas na ziemi, już minęła i, jak państwo widzą, pięknie się rozpogadza” – mówił kapitan tonem gawędziarza. „Znajdujemy się na wysokości przelotowej, odległość od Heathrow to około trzech tysięcy trzystu mil” – ciągnął, a Matt Hansen powtórzył w myślach z ironią: „Burza minęła. I pięknie się rozpogadza”.

Gruby facet po drugiej stronie przejścia parsknął śmiechem. Rubasznym. Jakby usłyszał świński dowcip. Wczytywał się w artykuł Beth, najwyraźniej z nadzieją, że spłynie na niego wiedza PUA.

Matt odwrócił wzrok. Spojrzał przelotnie na swoją marynarkę. Przedział pierwszej klasy miał przy oknach haczyki na odzienie wierzchnie. W kieszeni trzymał mocny lek nasenny. Ale zbyt dobrze wiedział, że to nie snu potrzebował.

Wtedy grubas upuścił gazetę. Spadła na środek przejścia, a dodatek specjalny rozłożył się elegancko przed Matthew. Ze śliskich stron spoglądała na niego skromnym wzrokiem brunetka.

Nie wytrzymał i pochylił się.

– Pożyczę to.

Grubas spojrzał na niego, ale kiwnął głową.

Dodatek miał trzydzieści stron. Gdy już miał zacząć czytać, zobaczył, że budzi się Bree.

Pochyliła się do niego, wydawała się spięta.

– Co robisz?

– Nic. – Uśmiechnął się. – Chyba rozprostuję kości.

*

Po drodze do toalety wpadł jeszcze na matkę z dzieckiem. A potem, gdy zamknął zasuwę, z westchnieniem opuścił głowę.

Jak na ironię teraz to on sam robił to, o co kiedyś oskarżył Roberta Forleya. Zamykał się w kiblu, by… W zasadzie nie miał pojęcia, co zamierzał. Chyba po prostu chciał spojrzeć na stare wiadomości Beth. To na chwilę uśmierzało ból – powodowało, że przez parę minut się nie męczył, nie czuł oczekiwania.

I wtedy zobaczył tę jedną. Nową.

Nie widział jej, zanim wszedł do samolotu.

To oczywiście nie był esemes od Beth. Nie łudził się, więc nawet nie drgnęła mu powieka, gdy otwierał skrzynkę.

A jednak mimo wszystko serce mu tąpnęło, gdy zobaczył nadawcę – Camille.

Napisała, jak bardzo się cieszy, że Matt przywiezie Bree i będzie mogła ją wreszcie poznać, zamiast zadawalać się ochłapami informacji, jakie co pewien czas znajdowała w serwisach plotkarskich. Matt podejrzewał, że w ich małym domu w Harlesden od tygodnia panował popłoch.

Kiedy zaczął zarabiać jakie takie pieniądze, wykupił segment, który przez lata wynajmowali. Dom, w który jego rodzice i tak włożyli masę serca, stał się w końcu ich własnością. Matka się popłakała. Ojciec podchodził do tego gestu z rezerwą.

Matt to rozumiał. Ed Lloyd, człowiek dumny, traktował to jak jałmużnę. W dodatku jałmużnę od syna, który miał być kimś wielkim, a został… no cóż.

A potem rozciągnęli nad jego zawodem zasłonę milczenia. Konkretnie w chwili, gdy pieniądze z bycia PUA mocno ułatwiły leczenie Camille.

Wtedy usłyszał pukanie do drzwi. Dyskretne. A potem cichy głos.

– Skarbie, pośpiesz się. Wszystkie są zajęte, a ja teraz sikam co piętnaście minut.

Wsunął telefon do kieszeni, a potem obrócił się do lustra, napełnił ręce i chlusnął sobie zimną wodą w twarz. Mrugnął kilkakrotnie, zanim znów mógł wyraźnie dostrzec swoje odbicie.

Znękany życiem człowiek, pomyślał.

Przemknęło mu przez głowę, że była dziewczyna Olafa (naprawdę lubił Tanyę) wspominała kiedyś, że ciąża dawała jej w kość, ale dopiero od ósmego tygodnia.

Gdy otworzył drzwi, Bree uśmiechnęła się ciepło. On natomiast, wracając na miejsce, dwoma palcami mocno ścisnął skronie. Pulsujący ból stał się niemal stałym towarzyszem, odkąd wszystkie jego plany przekreślił ten apteczny test.

Z powrotem wsunął się na fotel obok okna. Przesuwając się nad siedzeniem, poczuł, że zahaczył nogą o coś leżącego na ziemi i to trącił. Gdy się schylił, z początku niczego nie zobaczył.

A potem, obok przewróconej torebki Bree, na szarej wykładzinie dostrzegł białe apteczne pudełko.

Przeczytał.

Mensinorm.

Nie wiedział, że coś brała. Nie interesował się suplementami, które powinna zażywać kobieta w ciąży, bo nie przewidywał, że dopuści do takiej ewentualności.

I wtedy usłyszał wewnętrzny głos: „No cóż, teraz wszystkiego będziesz się musiał dowiedzieć, tatusiu”.

*

Zanim Bree Watson pojawiła się w drzwiach, w szeregowcu przy Harley Road Marcie Lloyd zdążyła już trzy razy przetrzeć półki, umyć schody i potraktować lampy testem białej rękawiczki.

Ganiała z mopem, Ed Lloyd starał się ją wymijać, balansując pomiędzy mokrymi plamami jak baletmistrz. Camille natomiast stresowała się najbardziej – toteż robiła wszystko, by pokazać, że lekceważy ten szał.

Nie chciała panikować, dlatego zamykała się w pokoju, to znów zjeżdżała do kuchni i przewracała oczami. W środku cała dygotała. W końcu to ona od przeszło trzech lat z grzesznym podekscytowaniem wyszukiwała w internecie każdą wzmiankę na temat Bree.

To samo uczucie niepokoju ogarnęło jadącą limuzyną Bree Watson. Wiedziała, że dopadnie ją stres, dlatego na kwadrans przed lądowaniem chlapnęła jeszcze uspakajającego „łyczka” w samolotowej toalecie, a potem przepłukała usta.

Teraz, dotarłszy do Harlesden, milcząco patrzyła przez szybę.

Mijali kolejne szeregowce; jednakowe, ciasne, z małym daszkiem nad jeszcze mniejszym wykuszem. Różniły się tylko świątecznymi wieńcami powieszonymi na drzwiach. Na każdym ośnieżonym podjeździe niemal obowiązkowo znajdował się komunalny kubeł na śmieci i zdezelowany osobowy ford.

– Twoi rodzice naprawdę nie chcą się stąd wynieść? – zapytała w chwili, gdy tyłek kolejny raz podskoczył jej na dziurze w jezdni.

Zastała to, czego się spodziewała: ulice przesiąknięte powolnością, twarze ziejące nudą. Harlesden było żywą ilustracją industrialnego przedmieścia bez perspektyw.

– Oni tu pasują, Bree. Camille może wjeżdżać do ogrodu, przed domem nie ma schodów. Poza tym to dumni ludzie – dodał po chwili namysłu.

– To chyba nie komplement. Serio uważasz, że tu pasują?

Na twarz Matthew wypełzła kpina. I przez ułamek sekundy Bree miała niejasne wrażenie, że miał ochotę dodać: „Ja też”. Samochód jechał powoli, a Bree obrzuciła wzrokiem jednakowe budynki i wzięła głęboki wdech.

Musiała tylko pamiętać, aby nie wchodzić do tyłka tej kalece, Camille.

Planowała być sympatyczna i urocza, ale nic więcej. Tacy ludzie mają świra na punkcie litości. Tak jakby istniał sposób, żeby przestała ją czuć!

Zerknęła na Matthew. Miał spuszczoną głowę. Gdy dostrzegł, że patrzyła, uśmiechnął się, jednak ten uśmiech bardziej przypominał krótki, słaby grymas.

– Chcę, żebyś wiedziała – chwycił ją za rękę – że zachowam się jak mężczyzna. Możesz być spokojna.

Nabrała głęboko powietrza, myśląc, jak długo marzyła o usłyszeniu tych słów.