Love. Inne historie miłosne - Elżbieta Turlej - ebook
Opis

Zaskakujące, szokujące, nietuzinkowe historie pokazujące, że miłość to temat-rzeka, o którym nigdy nie da się powiedzieć ostatniego słowa.

Karlica z Wrocławia, która mimo swej niepełnosprawności próbuje założyć rodzinę;

80 – letnia Genowefa, która urodziła się w czasach, gdy rozwód był hańbą. Odrzuca wielką miłość, by dotrzymać złożonych komu innemu obietnic;

Młodzi ludzie wybierający życie w związkach poliamorycznych;

Wyzwolona, uzależniona od seriali samotna matka, szukająca przygód na portalach internetowych;

Więźniarka pragnąca przeżyć miłość za kratami, a nawet...

Mateusz Grzesiak, najsłynniejszy współczesny coach.

Bolesne i nieoczywiste reportaże Elżbiety Turlej prezentują cały atlas ludzkich emocji. Oszczędnym, ale pulsującym od emocji językiem autorka kreśli historie uczucia – tego realnego i tego wymarzonego, istniejącego lub umarłego, a czasem nigdy nie przeżytego. Rozmawia z tymi, którzy są królami Internetu, jak i z tymi, których niezwykłych historii nigdy bez niej nie moglibyśmy poznać.

Elżbieta Turlej oddaje rytm naszych czasów i pokazuje jak dziś, w dobie elektronicznych komunikatorów i mediów społecznościowych, można kochać, szukać miłości i tęsknić.

Fragmenty:

„Pracowałam w wiejskim sklepie, potem dojeżdżałam do miasta. Tam z drżeniem serca usłyszałam od kuzyna, taksiarza, że Zygfryd o mnie pytał. Powiedział mu, że wziąłby mnie z dziećmi, w jednej koszli. Bylebym tylko odeszła od męża. Nie odeszłam.“

„Rozrysujmy. Łukasz (30 l.) ma relację miłosnoseksualną z kobietą X i kobietą Y. Pierwsza mieszka na południu Polski, jeszcze studiuje i spotyka się z innym mężczyzną, który w tym układzie jest metaamorem (czyli innym partnerem partnerki) Łukasza. Druga pracuje w usługach, mieszka na Pomorzu i oprócz tego, że jest poli, jest również biseksualna. Czyli – oprócz Łukasza i jego metaamora – jest związana z kobietą, która też jest w innym związku miłosnoseksualnym“.

„Na sympie puchy, co lepsi kandydaci przebrani. Loguję się na tindera (via Facebook). Prosty mechanizm: ustalam promień w jakim szukam. Precyzuję płeć i wiek. Wyskakuje coś jakby talia zdjęć obiektów, które słajpuję czyli przesuwam w lewo (nie podoba mi się), albo w prawo (podoba mi się). Jeśli i ja podobam się obiektowi, jesteśmy zmaczowani i możemy się umówić“.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MOJE HOBBY

TO

MIŁOŚĆ

CAŁA JA

KLUCZ DO WNĘTRZ

Zuzanna Maria M., AŚ Lublin

Katalog XII Międzynarodowego i XXIV Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Więziennej, Sztumskie Centrum Kultury i Zakład Karny w Sztumie, Sztum 2015, s. 8.

Dziewiętnastoletnia Zuzanna Maria M. dostała wyróżnienie w kategorii „Literatura”. Wiersz Jestem bohaterką własnego skandalu, którego fragmenty są mottem tej książki, to collage ułożony z wyciętych nagłówków dzienników i tygodników. Zuzanna Maria M. miała dostęp do gazet opisujących jej sprawę (i wykorzystała je do zrobienia pracy konkursowej) w więzieniu w Lublinie. Trafiła tam, po zabiciu, wraz z Kamilem N., jego rodziców. Zamordowali, bo matka nauczycielka i ojciec funkcjonariusz straży granicznej nie akceptowali ich związku. Złapani kilka godzin po dokonaniu zbrodni natychmiast przyznali się do winy. Opowiedzieli śledczym, że chcieli, aby ich życie upodobniło się do świata pokazywanego w filmach czy książkach. Przyznali, że najtrudniejsze było wejście w role. W sklepach brakowało rekwizytów. Nikt nie podpowiadał, jakie powinno być światło i jak się ustawić. Dlatego, zanim zadali pierwszy cios, krążyli z nożami wokół łóżka, na którym spały ofiary. Kilka razy zmieniali stronę. Wreszcie stanęli – Kamil nad mężczyzną, Zuzanna nad kobietą. Potem popatrzyli sobie w oczy. Odliczyli: trzy, dwa, jeden, zero...

Jak powstała ta książka

Ta książka to fragment mojej „reporterskiej ścianki”, do której przyczepiam teksty sprzed lat, informacje zamieszczane w mediach społecznościowych, na blogach i portalach. Kiedy docieram do opisanych w nich ludzi, przyczepiam do ścianki także notatki dotyczące ich dalszych losów. Bywa miło, ale zdarza mi się też słyszeć od odnalezionych bohaterów, że zadaję zbyt bolesne pytania, przybijam, przygwożdżam, nie pomagam. Ale ja próbuję tylko zrozumieć.

Każdy rozdział opowiada o kimś innym, wszystkie łączą temat i struktura. Najpierw, niczym żółta karteczka na ściance, informacja z mediów. Potem historia. Na końcu komentarz – bo przecież dziś informacja bez komentarza nie istnieje...

Chciałam, by książka ta oddawała rytm naszej teraźniejszości. By pokazała, w jaki sposób przez ostatnie ćwierć wieku zmieniło się spojrzenie na bliskość, intymność, poczucie bezpieczeństwa, co te pojęcia znaczą dla dzisiejszych trzydziestolatków, jak w chaosie komunikatorów można kochać, szukać miłości czy za nią tęsknić. Przede wszystkim jednak chciałam napisać wciągające historie ze współczesną Polską w tle. A dlaczego o miłości? Ponieważ – mimo wszystkich zmian w naszym życiu, nowych celów, oczekiwań i wyzwań – to właśnie o miłości nieustająco marzymy.

W SŁODKIEJ NIEWOLI LICZB

Ludzie pytają o moje życie. Zależnie od humoru wymyślam różne odpowiedzi. Konfabuluję, ale zawsze mówię to, co chcą usłyszeć.

Z wywiadu w dziale „Ludzie” w jednym z pism lifestyle’owych

Liczby. Liczby są dobre. Janek – w skali od jednego do dziesięciu – na początku był ósemką. Zbyszek piątką. Brat, żeby nie komplikować bezimienny, dziesiątką. Syn (z tych samych względów anonimowy) jedynką.

Ona, urodzona w 1949 roku, mieściła się poza skalą. Gdy zamyka oczy (wada plus trzy), widzi siebie na pięciolinii. Jest czarną kropką w zapisie koncertu fortepianowego a-moll Edvarda Griega.

Dlaczego? Nie wie. Po co? A jakie to ma znaczenie? Co czuje, kiedy myśli o tej kropce? Cyfry. Matka zaczęła chorować na raka piersi, kiedy miała osiem lat. Zmarła, kiedy skończyła dziesięć. Brat, wtedy pięcioletni, trafił do ciotki, ona z ojcem zamieszkała z babcią. Ta zmarła rok później. W tamtych czasach rozwiązywała zadania z jedną niewiadomą, potem z dwiema, wreszcie przyszły logarytmy i całki. Nie wie, co jej to dawało, po prostu to lubiła. W PRL-u nikt nie cackał się z uczuciami, ani nie pytał, jakie znaczenie może mieć dla dziecka wyprowadzka na drugi koniec Polski, do Katowic. Ojciec znalazł tam robotę w kopalni, brat poszedł do technikum ekonomicznego, ona do studium nauczycielskiego.

Pierwsza pensja: tysiąc trzysta pięćdziesiąt złotych.

Pierwsze papierosy: Popularne, jedenaście złotych paczka.

Pierwszy chłopak: nauczyciel wychowania fizycznego, urodzony w Zabrzu 11 sierpnia 1950 roku. Podczas stosunku zabezpieczyli się prezerwatywą EROS-OL-EX firmy Unimil.

Janek był drugi, półtora roku później. Miała dwadzieścia dwa lata, on skończył czterdzieści dwa. Był wicedyrektorem kopalni, wysoko w strukturach partyjnych. Spotkali się na imieninach u koleżanki ze szkoły, na stole leżały kocie języczki Goplany, z magnetofonu kasetowego Grundig leciał Biały krzyż Czerwonych Gitar, po nim ktoś puścił Let it Be Beatlesów. Pierwszy stosunek odbyli u niego, na jedenastym piętrze dolarowca przy ulicy Uniwersyteckiej 12. W tym czasie jej płaszcz z Mody Polskiej wisiał w szafie ubraniowej fornirowanej, wbudowanej we wnękę ściany przedpokoju. Na dole dolarowca był Pewex. Dżinsy kosztowały osiem i pół dolara.

Janek stał się miłością jej życia. Przed nią miał legion bab, ale z żadną się nie związał na dłużej, żadna nie wprowadziła się do mieszkania na jedenastym piętrze z parkietem dębowym i terakotą. A ona tak. Ich zbiory miały część wspólną: czytali kryminały Joego Alexa, chodzili do Filharmonii Śląskiej, chodzili do kina (zdobyli bilety na Cygana z Alainem Delonem). Po roku zdradził ją z kadrową. Płaszcz z Mody Polskiej zapakowała do walizki, wyjechała do brata, wówczas studenta politechniki.

Brakowało jej symetrii, dlatego szybko związała się ze Zbyszkiem. Był dziesięć lat starszy, rozwiedziony, szefował jednemu z oddziałów PKO, powtarzał, że jest miłością jego życia. Szybko – odwrotnie proporcjonalnie do Janka – zdecydował się na ślub. I dziecko, które, kiedy przysięgali sobie w katowickim USC (oboje niewierzący i w PZPR), było już embrionem.

Po dwóch latach, trzech miesiącach i pięciu dniach koło hotelu Polonia spotkała Janka. Zaprosił ją do kawiarni. Zamówił krem sułtański, ona wzięła deser cejloński. Pojechali do niego, na Paderewskiego. Po stosunku umyła się mydłem Oro, a on włączył magnetofon szpulowy Aria. Kiedy wróciła do domu o dwudziestej drugiej pięć, Zbyszek czekał przy stole w kuchni, rozwiązywał krzyżówkę z „Przekroju”. Syn spał, pachnący mydełkiem dla dzieci Jacek i Agatka. Przez następne dwadzieścia lat widywała ich w podobnej konfiguracji z częstotliwością cotygodniową. Najpierw w wolne niedziele, potem w weekendy. Dni robocze spędzała z Jankiem. Dlaczego? Po co? Co czuła?

Liczby. Liczby są dobre. Do idealnej dziesiątki brakowało Jankowi tylko dwóch punktów. Czyli tego, żeby się oświadczył i poprosił, by została miłością jego życia na dobre i złe. Zbyszek wyliczony na pięć punktów (ojcostwo, kucharzenie, oddanie, prowadzenie domu, wierność) nie miał pięciu przymiotów Janka. Czyli: tajemnicy, znajomości kobiet, opisywanej w Wichrowych Wzgórzach (jej ukochana powieść, w PRL-u kilka razy wznawiana) niedostępności, dyskrecji, przeciętności. Synowi do idealnej dziesiątki brakowało najwięcej. Z wiadomych względów. Z tego samego powodu brat wydawał się ideałem. Tylko on wiedział (oprócz Janka, Zbyszka i syna), jak wygląda jej życie. Koledzy ze studiów (zaoczna matematyka), Związku Nauczycielstwa Polskiego czy pokoju nauczycielskiego, który szybko zamieniła na pokój dyrektorski, nie mieli pojęcia o jej praktycznym dzieleniu z resztą (twierdzenie z dziedziny ideałów głównych).

Kiedy wyjeżdżała na wakacje z Jankiem do Dubrownika albo do Złotych Piasków, mówiła, że jedzie z bratem. Kiedy znajomi spotykali ich w filharmonii, przedstawiała go jako stryja z Krakowa. Albo – podczas zakupów w supermarkecie Belg lub pierwszym salonie Baty w dolarowcu – kuzyna z Wrocławia. W tamtych czasach już był na emeryturze, więc mało kto kojarzył go z kopalnią, Edwardem Gierkiem czy pierwszym szeregiem pochodów pierwszomajowych.

Na początku nowego tysiąclecia ona sama przestała go poznawać. Zachorował na raka płuc. Choroba zjadała go: utrata masy ciała na poziomie siedemdziesięciu procent, utrata głosu na poziomie dziewięćdziesięciu procent. Otoczenie również stało się inne. Z dolarowca dawno zniknął Pewex. Zastąpiły go sklepiki z reklamami coca-coli i papierosów, których oboje nie palili. Janek, wiadomo. Ona dla symetrii. W szkole też wszystko było inne: od dyrekcji, poprzez krzyże zawieszone nad tablicami, po podejście do matematyki. Nagle liczby zeszły na drugi plan, a na pierwszym pojawiły się uczucia. Młode matematyczki przekonywały, że współcześni małoletni Polacy to pokolenie obrazu: zanim zrozumieją, muszą zobaczyć, powąchać, posmakować. Dodawały, cytując znane jej Zbiory i relacje Henryka Dudy (WSiP, Warszawa 1977): „Nawet matematyka, najszlachetniejsza i najbardziej abstrakcyjna ze wszystkich nauk, nosząc koronę wysoko ku górze, korzeniami musi głęboko tkwić w Ziemi, na której żyjemy”. I tak – podczas organizowanych w jej szkole warsztatów matematycznych – uczniowie odnajdywali cyfry w gotowaniu zupy marchewkowej, pieczeniu ciast kruchych, nakrywaniu do stołu. Przygotowywanie ciasta zamieniało się w poznawanie ciągu Fibonacciego, cięcie klusek stawało się zabawą z kształtami, ale też z układem współrzędnych. A kiedy – razem z kadrą pedagogiczną – wszyscy siadali do stołu, żeby zjeść pomoce dydaktyczne, widelce i noże zamieniały się w odcinki równoległe i prostopadłe, zaś kwadratowe serwetki w tangramy. Po co? Co im to miałoby dać? Czemu służyć? Nie rozumiała. Matematyka to matematyka. Jak mówił, przywoływany przez jej wykładowców fizyk i filozof Ernst Mach, jej potęga polega na „pomijaniu wszystkich myśli zbędnych i cudownej oszczędności operacji myślowych”. Po prostu: to królowa nauk, władczyni życia.

Janek umierał w domu przez dwieście dwadzieścia pięć dni. Na jedną dobę trafił do szpitala i stamtąd zadzwonili o siódmej pięćdziesiąt z informacją, że nie żyje. Pochowała go, przeczytała testament, w którym zapisał jej – jako jedynej bliskiej istocie – mieszkanie na jedenastym piętrze dolarowca. Dwa tygodnie po pogrzebie pojechała na kurs metodyczny, pokazujący, jak przy użyciu nagrań z zawodów skoku o tyczce wyjaśnić dzieciom, na czym polega wykorzystanie w praktyce środka ciężkości.

Na szkolenie Matematyka w teatrze i studiu nagraniowym nie pojechała. Tym razem zachorował Zbyszek. Też na raka. Też była mu potrzebna, żeby robić zakupy, gotować, sprzątać. Gdy znalazła go martwego, wezwała pogotowie. Umarł chyba we śnie. Nie słyszała, o której, chociaż spała obok. Za ścianą. Syn od lat mieszkał za granicą. Aby go poinformować o śmierci ojca, musiała wystukać na przenośnym telefonie marki Panasonic zestaw cyfr. Na pogrzebie i później trzymali dystans. A przecież mieli dużo wspólnych tematów. Na przykład liczby. Oboje umieli nimi obracać: ona w szkole, on w banku. Mimo to – z wiadomych względów – dla niej nadal był jedynką.

Janek, gdy zamykała oczy i usiłowała go sobie przypomnieć, był niski i miał rzadkie włosy, w ostatnim okresie życia oddychał dzięki specjalnemu aparatowi. Nie zapamiętała żadnych słów, bo w sumie niewiele rozmawiali. Zbyszek we wspomnieniach jawił jej się jako mężczyzna wysoki, przystojny, o szerokich ramionach, długich nogach i niebieskich oczach w czarnej oprawie. Obaj wypadli ze skali. Ona – kiedy usiłuje znaleźć dla siebie miejsce – nadal jest czarną kropką na pięciolinii, w zapisie koncertu fortepianowego Edvarda Griega. Brat również jest dziesiątką, niestety, zajętą tworzeniem własnej skali: rozwodem, dzieleniem majątku z byłą żoną, konfliktami z dziećmi, które wprost proporcjonalnie do natężenia jego konfliktu z matką dystrybuują kontakty z wnukami

Dlatego, gdy odeszła na emeryturę, postanowiła, że wyskoczy z jedenastego piętra dolarowca. Wyliczyła, że spadając z prędkością ponad osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, po niespełna trzech sekundach roztrzaska się w okolicach Biedronki, która zastąpiła dawny Pewex. Trzy sekundy to za mało, żeby zwizualizować myśli, nadać im wartość etyczną i moralną. W sumie to byłaby dobra śmierć. Liczby naprawdę są dobre.

◈ ◈ ◈ ERRATA

Bohaterka rozdziału, namówiona przez koleżankę (bo wbrew pozorom prowadziła bogate życie towarzyskie), poszła do psychiatry. Ten zdiagnozował depresję, dał leki. Zapytał, czy jest coś, co lubi robić. Przypomniało jej się, że w dzieciństwie lubiła wysyłać listy. Zanotował więc, na oddzielnym blankiecie, wielkimi literami i z wykrzyknikiem: „PISAĆ, ABY ŻYĆ!”. Po powrocie na jedenaste piętro przykleiła receptę do lodówki i wystukała pierwszą stronę. Potem kolejne pięćset o niezwykłym wydarzeniu losowym i miłości, które nagle spadają na samotną czterdziestolatkę. Wysłała do kilkunastu wydawnictw, szybko odezwało się jedno z bardziej znanych. Książka, reklamowana jako ciepła podróż do świata rodzinnych wartości, okazała się bestsellerem. Recenzenci z pism dla kobiet oraz blogów prowadzonych przez same czytelniczki chwalili sielską atmosferę powieści, optymistyczne przesłanie oraz magię bijącą z każdej strony. Ktoś napisał: „To takie życiowe”. Inny dodał: „Pochwała prawdziwej miłości”. Kolejny: „Balsam dla duszy”. Od tej pory – a pisze od sześciu lat – bohaterka wydała dziesięć książek (jej dzienny reżim pisania to piętnaście–dwadzieścia stron). Wszystkie sprzedały się w liczbie mniej więcej pół miliona egzemplarzy, a ona sama została okrzyknięta królową bestsellerów i ludzkich serc. To ostatnie dlatego, że obok reżimu pisania narzuciła sobie reżim spotkań autorskich, które – oprócz tantiem – są jej źródłem dochodu (do tysiąca złotych za wizytę, ale telewizyjni celebryci liczą sobie nawet powyżej dwóch tysięcy). Biblioteki, które w ramach rozwoju czytelnictwa dostają z Biblioteki Narodowej dotacje na zakup nowych książek, chętnie dają jej zarobić. Biedniejsze placówki, z rocznym budżetem na zakup nowości w wysokości tysiąca złotych, nie zastanawiają się nad docenianymi, ale nieznanymi pisarzami ze świata, tylko kupują jej powieści; bogatsze – wydają większe środki na spotkania, bo przyciąga to do nich potencjalnych czytelników, skuszonych plakatami ze zdjęciem. Przyrost klientów (przedstawiony władzom samorządowym procentowo albo w liczbach) może być argumentem na utrzymanie biblioteki albo zwiększenie nakładów finansowych na jej prowadzenie. Na razie średnia krajowa – jeśli chodzi o wydatek na książki dla polskiego klienta biblioteki – to nieco powyżej dziesięciu złotych rocznie. Książki bohaterki kosztują średnio trzydzieści trzy złote.

PISTOLET, TEN NAJMŁODSZY

Przestrzegać zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

Trzeci z dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, które zostały zapisane na tablicach umieszczonych na budynku portierni przy bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej imienia Lenina

– Miszeńka, nie wolno ci o tym mówić! Przysięgnij, że będziesz milczał! – krzyczała babka, kiedy w zagonie truskawek przyznał, że wie, kto wymordował polskich oficerów w Katyniu.

– Nie będę, nie będę – uspokajał ją z poczuciem wyższości orlęcia lwowskiego albo małego powstańca.

Palce lepiły mu się od soku, powietrze pachniało przegryzionym źdźbłem trawy, a on miał piętnaście lat i słyszał od Matki i jej znajomych nie tylko o Katyniu, lecz także o Powstaniu Warszawskim, które upadło przez Ruskich. Gdy, z płonącymi oczami opowiadała o dawnych bohaterach, żałował, że nie urodził się wcześniej. I nie był jednym z tamtych, nieletnich, którzy na mocy porozumienia AK z Niemcami trafili do obozów jenieckich. Którzy na apelach, pod lufami hitlerowskich karabinów, na hasło „Żołnierze do lat dziewięciu wystąp!”, robili kilka kroków wprzód.

W szkole lat siedemdziesiątych o tym się nie mówiło. W domu, i owszem. Zwłaszcza gdy Matka poznała w szpitalu Mariusza Muskata, legendę Wolnych Związków Zawodowych. Na pięćdziesięciu metrach kwadratowych ich mieszkania przy Ogarnej prawdziwy patriotyzm – w odróżnieniu od podrabianego w zetempe czy zethape – unosił się niczym kożuch na mleku. Trochę przeszkadzał, przylepiał się do podniebienia, chciało się go chyłkiem wypluć do zlewu.

„Nikt uczciwy nie zrobił kariery w PRL, wszyscy na świeczniku są ubrudzeni” – słyszał podczas wizyt małżeństwa Gwiazdów. „Kto się dorobił w Polsce Ludowej? Donosiciele, ubecja, sprzedawczyki. Musimy się policzyć, ilu nas, prawdziwych Polaków, zostało” – wpadało mu w ucho, kiedy do Matki przychodziła Anna Walentynowicz. „Szkoły? Niczego dobrego się tam nie nauczysz. W tym kraju nie ma dla ciebie przyszłości” – brzęczało podczas zbiorowego wyszydzania Dziennika Telewizyjnego.

Początkowo usiłował wypluwać ten irytujący kożuch. Znał przecież szczęśliwych mieszkańców Polski Ludowej. Takich jak były partner Matki, żeglarz, który opłynął cały świat, pracował na sto którymś piętrze nowojorskiego World Trade Center i na trzy miesiące ściągnął ją do USA. Niepokoiło go też, czy rezygnując z edukacji, którą hojne państwo socjalistyczne umożliwiało szczególnie najbiedniejszym obywatelom, nie stanie się – może i stojącym po właściwej stronie – ale jednak pariasem. Zastanawiało go również, dlaczego Matka, tak psiocząc na system, korzystała ze wszystkich jego udogodnień: bezpłatnych studiów, nieźle płatnej pracy architekta, darmowej opieki medycznej. Ojciec, mieszkający oddzielnie, zatwardziały ateista, podsycał te wątpliwości. Mówił: „Widzisz, synu, ja w nic nie wierzę, ale wiem, że Chrystus był pierwszym komunistą, i Lenin też chciał dobrze”. I wściekał się, kiedy kochany Miszeńka dzielił oraz przeciwstawiał Nas i Was. Bo przecież wszyscyśmy jedno. Wszyscy tutejsi, tyle że w różnym stopniu i na inne strony rozwałkowani przez rodziny, politykę, głupi los.

Po jednej z takich rozmów starszy kolega podrzucił Miszeńce Rok 1984 Orwella, a Muskat dał do przeczytania kilka egzemplarzy „Robotnika”, pisma wydawanego przez liczący kilkaset osób nielegalny Komitet Obrony Rolników. I wtedy poszło. Pękło na pół. Orwell potwierdzał istnienie równoległych światów: świadomych i otumanionych, mądrych i głupich. Opisana w „Robotniku” śmierć niewinnych w Czarny Czwartek 1970 roku była dowodem na ten podział. Bo przecież swój nie strzeli do tutejszego, ja nie zabije mnie, lewa ręka nie odrąbie prawej. Tylko co z tą wiedzą robić? Starsi o kilkanaście lat chłopaki z Ruchu Młodej Polski nie mieli wątpliwości. Jedyną metodą, żeby pozbyć się Onych, było mówienie o nich głośno. Czyli rozrzucanie ulotek, kolportaż bibuły, drukowanie „Robotnika”.

Był grudzień 1979 roku, kiedy Miszeńka przylepił swoje pierwsze zawiadomienie o manifestacji pod Stocznią Gdańską, a potem uczestniczył w pierwszym nielegalnym zgromadzeniu. Było – jak się to mówiło – kozacko. Robotnik, Lech Wałęsa, krzyczał do kilkudziesięciu osób („Za rok każdy przyniesie po kamieniu, postawimy pomnik poległym”), powietrze drgało od warkotu z pobliskiej zajezdni (milicja, aby go zagłuszyć, kazała włączyć silniki stojących tam autobusów), ciało było młode, rwało się do życia, ruchu, napierdalanki. Piętnastoletni Michał Wojciechowicz czuł, że właśnie dostał od ojczyzny swoją Godzinę W. Osiem miesięcy później, po imprezie u kolegów z Ruchu Młodej Polski (wpadli jajogłowi i robotnicy) przypadkiem podsłuchał rozmowę Lecha Wałęsy, Jerzego Borowczaka i Bogdana Borusewicza:

– Lechu, dasz radę czternastego?

– No dopiero mi się dziecko urodziło... Ale dam!

– No dobra, to zaczynamy strajk w obronie Ani.

15 sierpnia, w drugim dniu strajku w Stoczni Gdańskiej, poczuł, że musi tam być. Nawet jeśli przyjdzie zginąć. A może właśnie dlatego, bo przecież tak słodko ginąć za ojczyznę. Matka nie protestowała, tak jak matka braci Kozłowskich, którzy (przed napierdalanką z milicją) usłyszeli w drzwiach: „Idźcie, synkowie, bić się za ojczyznę”.

I znów było kozacko! Poszedł do pobliskiej piekarni, powiedział, że strajk i ludzie nie mają co jeść. Właściciel rzucił tylko „Weź te skrzynki” i żukiem pełnym chleba wjechali na teren stoczni. Nikt go nie wyganiał, kiedy oświadczył, że chce zostać – był przecież najmłodszy z nich. Pistolet. Jak mówił o nim Wałęsa: „typowy polski charakter”. Dostał przydział do strajkowej drukarni. Mógł wjeżdżać i wyjeżdżać, drukować i rozrzucać ulotki o tym, co dzieje się w stoczni. Jezusie słodki, jakie to było kozackie! Ciało wprzęgnięte w rewolucję, chodziło jak trybik w maszynie. Dłonie wykonywały zestaw powtarzalnych ruchów – szyba, flanela, farba drukarska, matryca z tekstem, kartka, wałek. Nogi niosły po dachach, serce pompowało krew, kiedy ręce gestem siewcy rozrzucały ulotki.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

MISTRZU I MAŁGORZATA

Dostępne w wersji pełnej

ZDRADZAJĄCY I ZDRADZANI

Dostępne w wersji pełnej

ŚWIĘTA RODZINA

Dostępne w wersji pełnej

NA ZAWSZE RAZEM, CHOCIAŻ OSOBNO

Dostępne w wersji pełnej

POŚCIELÓWY

Dostępne w wersji pełnej

UWIĄD

Dostępne w wersji pełnej

NIEBOSKA MATKA POLKA

Dostępne w wersji pełnej

EWANGELIA WEDŁUG ŁUKASZA

Dostępne w wersji pełnej

CHODŹ, ZACZARUJ MI ŚWIAT

Dostępne w wersji pełnej

KOBIETA Z KANGUREM W TOREBCE

Dostępne w wersji pełnej

LOVE

Dostępne w wersji pełnej

OCH, KAROL

Dostępne w wersji pełnej

WYSKOK Z WIADRA

Dostępne w wersji pełnej

NA OŁTARZU MIŁOŚCI ALBO ŻYCIÓWKA W TOKSYNIE

Dostępne w wersji pełnej

GDY SŁOWA ZAMILKNĄ, PRZEMÓWIĄ KAMIENIE

Dostępne w wersji pełnej

KONIEC

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Ania Kowalska

Zdjęcie na okładce

Jitka Saniova/Trevillion Images

Redakcja

Maria Białek

Korekta

Bogusława Jędrasik

Jadwiga Piller

Copyright © by Elżbieta Turlej, 2016

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-094-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl